Testowa

BLOG

16
Feb

Nigdy nie byłam w żadnym układzie (rozmowa ze mną Bronisława Tumiłowicza)

Udostępnij:

 

Rozmowa z krytyczką sztuki Moniką Małkowską

 

-Z Pani ust wyjątkowo często padają negatywne określenia wobec konkretnych uczestników naszego rynku sztuki. Mówi Pani o imperium, monopolu a nawet mafii i korupcji. Czy nadal Pani to podtrzymuje.

-Potwierdzam. Można oczywiście używać łagodniejszych słów jak kartel czy klika w odniesieniu do grupy uprzywilejowanych kierowników instytucji państwowych i prywatnych galerii, oraz kuratorów i artystów. Ten układ, mimo zmian na scenie politycznej, nadal świetnie daje sobie radę.

-I doczekała się Pani równie soczystej reakcji. Padło nawet określenie neofaszystka. Kilka czasopism tzw. głównego nurtu – Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, Polityka, Newsweek -opisało Pani działania jako zdecydowanie szkodliwe. Że niby przez Panią zagrożony był 25-letni wspaniały dorobek polskich instytucji sztuki. Czy chociaż przeprosili za mijanie się z faktami?

-Ależ skąd. Nikt nie przeprosił. Tylko dyrektorka radiowej “dwójki” zadzwoniła z przeprosinami, że uczestnicy dyskusji w studiu bezceremonialnie natarli na mnie.

=O co poszło?

- O pieniądze. W sumie mafia je już i tak dostała, ale z lekkim opóźnieniem. Układ jednak wpadł w popłoch i na łamach prasy pojawiły się wyjątkowo wredne i kłamliwe słowa na mój temat. Chodziło o to, że na początku roku, jeszcze za rządu PO, wchodziłam w skład jednej z czterech komisji ministerialnych, która miała przyznać pieniądze z budżetu dla 4 priorytetowych muzeów sztuki nowoczesnej-Muzeum Sztuki w Łodzi, CSW Zamek Ujazdowski, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i …. Pieniądze – 7 mln zł- w skali światowej niewielkie, bo pozwalające na zakup jednej lub dwóch cennych prac, ale dla polskich instytucji ogromne. Wystarczy porównać – tutaj cztery muzea i 7 mln, a na pozostałe 125 muzeów – tylko trochę ponad 3 mln zł. Chcieliśmy w ramach tej komisji wprowadzić jakiś porządek w rozdzielaniu tak dużych pieniędzy i zmienić regulamin, aby nie kupować dzieł współczesnych w pakietach, ale by były to konkretne obiekty. Do komisji zaprosiliśmy konserwatorów sztuki, aby nie kupować prac w złym stanie, rozpadających się, nietrwałych, zapleśniałych itd.

- A konkretnie co miało być kupowane?

- Widzieliśmy, że komisja ma tylko przyklepać już zaplanowane zakupy, a nie decydować za dyrekcje muzeów. Choć każda placówka ma swoją specyfikę, ale okazało się, że powtarzają się niektóre nazwiska artystów, np. Zbigniewa Libery i jego Obrzędy intymne. Mieliśmy specyfikację zakupów, ale nie było wizualizacji, prace wideo można było obejrzeć tylko na pojedynczych fotosach. W sumie wypłata dotacji trochę się przeciągnęła, co wywołało burzę.

-Posypały się wyzwiska?

-W komisji było kilka osób, ale najwięcej oberwałam ja, jako osoba medialna, która od pewnego czasu pisze o patologiach.  W artykułach pojawiały się kłamstwa, że np. kolaborujemy z PiS-em, że pieniądze zostały zabrane i przekazane na Świątynię Opatrzności albo inne cele. Wszystko to była nieprawda, bo nikt pieniędzy nie odebrał. Nowopowołana komisja pod przewodnictwem Waldemara Baraniewskiego pieniądze rozdzieliła i już nikt jej o kolaborację z PiS nie oskarżył. Jest cicho.

-Ale przecież ta jedna sprawa nie przesądziła, że ma Pani na pieńku ze środowiskiem muzealników. Mówi Pani otwarcie o patologiach tam panujących. Gdzieś wyczytałem, że znalazła Pani “przekręt założycielski” obecnego układu życia artystycznego. 

-Określenie “przekręt założycielski” nie pochodzi ode mnie, a odnosi się w głównej mierze do Fundacji Galerii Foksal – nie mylić z Galerią Foksal. Rzecz w tym, że zakupy dla czołowych państwowych instytucji sztuki współczesnej idą przez prywatne fundacje i galerie, takie jak Fundacja Galerii Foksal i Galeria Raster. One bogacą się na publicznych pieniądzach, bo weszły w dobry układ. Składają wnioski o dotacje i zwykle wygrywają.  Samo wypełnienie wniosku jest dużą sztuką, a jego przeforsowanie jeszcze większą. Ponoć niektórzy urzędnicy proponują procent. Płyną pieniądze na programy i pomysły, ale często nie dochodzi do ich realizacji. Nie mam żadnych twardych dowodów ani dokumentów, które by potwierdzały tezę o przekrętach i wyłudzeniach. Niech się tym zajmą powołane struktury państwa. Jest jednak wysoce niestosowne, że generalnie artyści żyją na granicy biedy, wiele galerii sztuki plajtuje, bo nie jest w stanie utrzymać się na rynku, ale jest grupka wypasionych, która żeruje na państwie. Proszę sobie obejrzeć jakim budynkiem dysponuje Fundacja Galerii Foksal, która mieści się przy ul. Górskiego i zajmuje się obrotem dzieł sztuki, dużo sprzedaje i kupuje. Wystarczy porównać jej siedzibę z prawdziwą Galerią Foksal, przy końcu ulicy Foksal, która ma tylko dwie niewielkie salki wystawowe. Fundacja, która przechwyciła dobrą markę a z Galerią, nie ma nic wspólnego.

-Czy decydenci we władzach tego nie widzą?

 

-Nie za bardzo. Środowisko znawców sztuki jest wąskie i hermetyczne a układ ma to do siebie, że ustalił hierarchię wartości. Artyści nawet wybitni, którzy się nie załapali do sieci powiązań galerii i muzeów muszą walczyć o byt na własną rękę. Pomoc, dotacje i granty, pierwszeństwo z zakupach, wyjazdy na zagraniczne festiwale i opiekę kuratorską mają wciąż ci sami, których pozycja na rynku jest niekiedy sztucznie  wywindowana. Oczywiście każda ich prezentacja w kraju czy zagranicą to “wielki sukces”, ale realnie pozycja polskiej sztuki współczesnej dramatycznie spadła.

-Przestaliśmy się liczyć w świecie? Przecież nie zawsze tak było.

Był moment gdy Polska stała się modna . Po 89 roku nastał prawdziwy boom na naszą sztukę – Kozyra, Althamer, Libera. Żmijewski i inni byli bardzo poszukiwani, a również wybitni artyści zagraniczni do nas przyjeżdżali. Teraz nasi twórcy rzadziej się pojawiają w świecie, a do Polski już dawno nikt naprawdę wybitny nie przybył.

-Był np. Maurizio Cattelan.

-Tak. 5 lat temu. Jeżdżę na różne prezentacje, do Berlina, Rzymu, Paryża. O polskich artystach cicho, na Biennale Sztuki w Wenecji już dawno nie mieliśmy nic istotnego do pokazania. Król jest nagi. Ale opinię o naszym potencjale artystycznym kształtują przekupni kuratorzy. Oni są w stanie wmówić wszystko słabo przygotowanym decydentom i równie niekompetentnej publiczności. Jest układ szefów ważnych instytucji, galerzystów i kuratorów,  którzy ustalają między sobą, co dobre, co złe. To merytokracja. Bycie w układzie wystarcza, nie walczy się już o pozycję polskiej sztuki na rynku, ani o frekwencję w muzeach. Są etaty i szczodre dotacje państwowe. A jeśli nawet pojawiają się działania promocyjne, to są robione źle, nieskutecznie. Gdy organizuje się targi za granicą, to te prywatne struktury korzystają z pomocy finansowej państwa, bo udział w takich imprezach sporo kosztuje, ale nie  dbają o rzetelną reprezentację polskiej kultury, tylko troszczą się o własny biznes.

-Proszę podać jakieś przykłady artystycznych absurdów i sztucznie nadmuchanych wielkości.

-To trudna sprawa, bo dotyczy czasem nawet bardzo utalentowanych osób. Np. szanowana przeze mnie Katarzyna Kozyra, która zrobiła parę genialnych rzeczy, np. “Święto wiosny”, zaczyna się bawić w reporterkę w projekcie “Syndrom Wielkiego Tygodnia” – chodzi po Jerozolimie i rzuca pytania “Are you Jesus?”, albo staje się socjologiem i rozdaje ankieterkom formularze, by zbierali odpowiedzi w projekcie “Marne szanse na awanse”. Artur Żmijewski podeptał granice przyzwoitości  skłaniając za pieniądze biednego starca , aby “odnowił” sobie zacierający się tatuaż – numer więźnia obozu koncentracyjnego, podobnie Zbigniew Libera postąpił nieetycznie i zarejestrował w pracy wideo “Obrzędy intymne” ostatnie chwile swojej głuchoniemej i niewidomej babci. Ktoś inny nakręcił film z własnego pochówku.

-Sugeruje Pani, że to nie jest już sztuka, że nie ma żadnej wartości artystycznej. A przecież w obecnej dobie sztuką może być praktycznie wszystko czym zajmie się twórca.

-Taki pogląd, to jest ślepy zaułek. Trzeba edukować rodaków, aby nie dali się wziąć na zwietrzałe hasła dawnych przedstawicieli awangardy. Nie można brać dosłownie cytatu z Josepha Beuysa, że każdy jest artystą, ani naśladować Andy Warhola czy Marcela Duchampa, którzy uwznioślili gotowe produkty czyli “ready made”, jako dzieła sztuki. Sam Duchamp zresztą ostrzegał, że to jest pomysł na krótką metę. Nasz odbiorca jest słabo wyedukowany i daje sobie wmówić, że ma do czynienia z wielką sztuką. Niestety brak wiedzy dosięga również osób odpowiedzialnych za sprawy merytoryczne i finansowe w resorcie kultury.

-Dlaczego tzw. dobra zmiana w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zmiotła starego układu? Napisała Pani na facebooku, że w MKiDN rządzi konserwa.

-Moim zdaniem wystraszyli się. Mieli dość buczenia, krzyków i tupania. Zaakceptowali stary układ. Zresztą specjalistą od plastyki zrobiono w resorcie faceta po teatrologii, który się nie orientuje w cienkościach całej sfery. A środowisko zaczęło krzyczeć na zapas. Za jednym zamachem przywalono ministrowi Piotrowi Glińskiemu i mnie. A może ja zbierałam cięgi za Glińskiego, choć tak naprawdę widziałam szefa resortu i wicepremiera  dwa razy w życiu. A teraz jeszcze ktoś rozpuścił plotkę, że szykują mnie na szefa warszawskiej Zachęty.

-Jest Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych krytyczek sztuki, ma odpowiednie wykształcenie i świetny warsztat medialny. Czy to właśnie media, telewizja, radio, prasa , film, nie powinny edukować i sprawić, że każdy obywatel mógłby się w tym temacie jakoś orientować i samemu oddzielać ziarno od plew?

-Robię co mogę. Prowadzę w radiu audycje o sztuce, czasem występuję w TVP Kultura, sporo piszę, ale to wszystko zbyt mało. Zresztą cześć moich zajęć utraciłam w wyniku nagonki.  Społeczne zainteresowanie sztuką jest nikłe. Jest ciężko, bo nasze historyczne uwarunkowania sprawiły, że u nas bardziej liczyło się słowo niż obraz. Od 25 lat chodzę po różnych wystawach i często jestem sama w wielkiej sali. To się powoli zmienia. Są dwa momenty, gdy jest więcej publiczności – wernisaż i darmowe dni, np. Noc Muzeów. Oczywiście są wystawy przyciągające tłumy. Malarstwo Boznańskiej, Gierymskiego, sztuka Imperium Otomańskiego itd. Młodzież trochę więcej interesuje się sztuką współczesną. Edukacją, przynajmniej w odniesieniu do swoich dzieł, mogliby się zająć także tworzący artyści, ale nie każdy z nich jest intelektualistą i ma kwalifikacje humanisty.

- Czy dwa głośne filmy o naszych wybitnych współczesnych malarzach, o Beksińskim i o Strzemińskim, mogłyby masowemu odbiorcy trochę  przybliżyć kwestie sztuki współczesnej?

-Film “Ostatnia rodzina” chyba nieźle nakreślił osobowość Zdzisława Beksińskiego. Film Andrzeja Wajdy o Strzemińskim jeszcze nie wszedł na ekrany, oglądałam go jednak na specjalnym pokazie. Nie podobał mi się. Wielki Mistrz Kina chyba już dał się wyręczać innym ludziom z ekipy.

 

-Co nam zostaje?

 

-Tropić patologie i promować wybitne indywidualności w sztuce. Tym się będę nadal uparcie zajmować. Trzeba uświadamiać ludziom, że sztuka współczesna to nie absurd i wygłup, że opowiada, tak jak i przed wiekami, o naszym życiu, choć nierzadko w inny sposób.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz

 

Wywiad był publikowany w „Przeglądzie” w

08
Feb

Zbliżenie na „Jarnucha” (o wystawie Jerzego Jarnuszkiewicza w Zachęcie)

Udostępnij:

Ma pierwszą tak obszerną wystawę monograficzną w Polsce. Niektórych prac nigdy tu nie oglądaliśmy,  bo powstały w Kanadzie i stamtąd je sprowadzono.

W Zachęcie (do 17. kwietnia) jest wszystko; różne dziedziny sztuk wizualnych, których się ima – od rzeźby monumentalnej po medale, które najlepiej oglądać z lupą przy oku; od malarstwa, czarno-białych grafik (drzeworyt) – po barwne ex librisy (techniki metalowe).

Jerzy Jarnuszkiewicz,

Jerzy Jarnuszkiewicz, rzezbiarz,

zmarły w 2005 roku, miał też wielkie zasługi jako pedagog. Z jego pracowni na warszawskiej ASP wyszli m.in. Henryk Morel, (niestety, nieżyjący od dawna – samobójstwo) i Grzegorz Kowalski, który przejął dzieło po mistrzu i przekształcił atelier w Kowalnię.
Jednak bez „Jarnucha” – jak go wszyscy na ASP nazywali – nie byłoby tego, co najlepszego wykluło się z Kowalni, zaczynając od samego Kowalskiego.

Bogata, szczera i wielostronna twórczość; tak oryginalny i prawdziwy twórca, tak inspirujący pedagog.

Ekspozycja „Jerzy Jarnuszkiewicz. Notatki z przestrzeni” – to objawianie. Także od strony aranżacji i architektury przestrzeni (autor: Robert Rumas). A kurator Waldemar Baraniewski naprawdę postarał się jak najdokładniej zaprezentować swego bohatera. Nareszcie pokaz na miarę Zachęty!

58909014807cb  58908fe1e973a

pomnik jarnuszkiewicz3_p1_resize588606419bd06  58908fe5314f7 image_003 01 58908fe9acb83large_2

 

01
Feb

Hopper w Rzymie, w kinie, w małżeństwie (wystawa w Complesso del Vittoriano)

Udostępnij:

 

 Alfred Hitchcock, Terrence Malik, Michelangelo Antonioni, Wim Wenders, David Lynch, Ari Kaurismäki, Andrzej Wajda – to tylko niektórzy mistrzowie kina, zainspirowani malarstwem Edwarda Hoppera. W tym roku minie pół wieku od śmierci artysty, który czerpał natchnienie z… ekranu, i vice versa.

Przypominająca tę rocznicę wystawa w rzymskim Complesso del Vittoriano (do 12 lutego 2017) sprowokowała mnie do tropienia związków amerykańskiego twórcy z dziewiątą muzą. Oraz do rozważań o fenomenie jego stylu i koncepcji.

                                         Hopper-Apartment-Houses hopper_exhibition_rome_4 

                                                 60.54 hb_62.95

 

Wyniesiony na ołtarz

Tę prezentację można potraktować w kategorii symbolu: oto Stary Świat padł do nóg przybysza zza oceanu. Dowodem – oddanie, czy wręcz poddanie najbardziej prestiżowego miejsca w sercu Rzymu Amerykaninowi. Oto wystawę Edwarda Hoppera ulokowano na Kapitolu, w budynku-pomniku wzniesionym na cześć Wiktora Emanuela II, pierwszego króla zjednoczonych Włoch. Il Vittoriano, gigantyczny kompleks urbanistyczny z początku XX wieku (inauguracja – 1911), zwany jest także Ołtarzem Ojczyzny. Tamże, w zachodnim skrzydle, organizowane są pokazy artystów prawdziwie zasłużonych dla światowej sztuki.

Niewątpliwie Hopper zasługuje na przyjęcie do międzynarodowego Panteonu, ale „okoliczności przyrody” (i historii) dodają wydarzeniu pikanterii.

Po pierwsze, mistrz Edward hopper_exhibition_rome_1

zaliczany jest do nurtu realizmu amerykańskiego, jednego z pierwszych rdzennie tamtejszych kierunków, zapoczątkowanych przed I wojną, a reaktywowanych i rozkwitłych po krachu na giełdzie roku pańskiego 1929. Jak wiadomo, był to początek wielkiej depresji nie tylko na Nowym Kontynencie. Efektem zapaści ekonomicznej okazały się narodziny faszyzmu w Europie, a w dalszej konsekwencji, narastanie izolacjonizmu tak w polityce, jak w sztuce. Nie trzeba dodawać, że Włochy, obok Niemiec, były epicentrum faszystowskich idei.

Co zakrawa na paradoks, zarówno w ostoi demokracji czyli w Stanach Zjednoczonych, jak w państwach skrajnie nacjonalistycznej ideologii, wypowiedziano wojnę abstrakcji.

Sztuce nieprzedstawiającej przeciwstawiono figurację, która miała nawiązywać do tradycji i dawać odpór „zdegenerowanej” kosmpopolitycznej twórczości.

 

Samotnicy z Nowego Jorku

Tak więc amerykański „prowincjonalny” realizm z lat 30.-40. XX wieku nie pojawił się przypadkowo, lecz był reakcją na wydarzenia geopolityczne. Jednak niewielu autorów zza Wielkiej Wody przebiło się na europejskie forum. Wciąż niekwestionowaną stolicą kultury był Paryż, dyktujący mody, weryfikujący kariery, namaszczający nowych guru sztuki. Oczywiście, I wojna poczyniła spustoszenie w szeregach twórców wszelkich dyscyplin, dając handicap Nowemu Jorkowi. Kolejną falę talentów ze Starego Kontynentu przywiało do Stanów faszystowskie tornado.

Lata minęły, historia sztuki została poddana wielu rewizjom i rewindykacjom. Przewartościowano zjawiska z pierwszej połowy XX stulecia, dopuszczono na Parnas także urodzonych w USA, zaakceptowano odrębność, doceniono wkład w światową sztukę, wyceniono na nowo ich dokonania. Nie mówię o trendsetterach pop-artu w rodzaju Warhola, Lichtensteina czy Rauschenberga, nie o pionierach ekspresjonizmu abstrakcyjnego jak Jackson Pollock czy Willem de Kooning. Mam na myśli przedstawicieli pokolenia urodzonego w ostatnich dekadach XIX wieku.

Większość tamtej generacji miała kompleks Europy, odrabiała z poślizgiem lekcję impresjonizmu lub z zadyszką goniła modernistyczne nowinki. Nieprzemakalni na mody okazywali się najczęściej ci, którym mentalnie było daleko do Starego Kontynentu – piewcy zdrowych amerykańskich wartości, patrioci regionalizmu, pogardzający „dekadentami” z École de Paris. Niczego nie można im było zarzucić jeśli chodzi o techniczne umiejętności, jednakże brakowało im wizjonerskich mocy.

I oto wśród twórców „made in USA”, związanych z miejscem urodzenia edukacją, myśleniem i postrzeganiem świata, pojawiło się dwoje outsiderów. Edward Hopper (1882-1967)edward-hopper-9343823-1-402

i Georgia O’Keeffe (1887-1986). image_gallery  

Choć wykształceni we własnym kraju, bez zwyczajowego europejskiego „dokształtu”, okazali się tak silnymi osobowościami, że wyłamali się z ram rodzimych tradycji. I poszybowali w kierunku własnych wyobrażeń, obsesji, koncepcji estetycznych.

O’Keeffe, niemal równolatka Hoppera, pod wieloma względami stanowi jego przeciwieństwo. Jednak można dostrzec kilka punktów styku: obydwoje szukali w malarstwie silnych kontrastów światła i cienia, oboje fascynowali się pejzażem o magicznych, metafizycznych własnościach. Co najważniejsze, obydwoje umieli oddać w obrazach specyficzny stan świadomości – bycia wewnątrz zjawisk i poza nimi; stan z pogranicza napiętej czujności i snu. Łączyli intensywność fizycznego, zmysłowego odczuwania rzeczywistości z emocjonalnym chłodem. Najkrócej rzecz ujmując, obydwoje wykreowali (każde innymi metodami) malarski koktail życia i śmierci.

Do tej wspólnoty należy dodać podobieństwo cech charakteru: byli odludkami. Powie ktoś – toż mieli partnerów, pozostawali w wieloletnich związkach małżeńskich, ba! mieszkali w Nowym Jorku, kursowali po ulicach metropolii, odwiedzali tłumne lokale. Ale zarówno Hopper, jak O’Keeffe równoważyli wielkomiejski zgiełk wyciszeniem na odludziu. On – w letnim domu na Cape Cod, ona – na Ghost Ranch w Nowym Meksyku. Mimo wszystkie różnice, późne pejzaże Georgii tchną – podobnie jak widoki uwieczniane przez Edwarda – aurą niepokojącej pustki. Jakby naprawdę przedstawiali okolice zamieszkane przez duchy. 111964 AR-160429784 georgia-okeeffe-sunset,-long-island LakeGeorge

Jest akurat okazja, by porównać dorobek Hoppera i O’Keeffe. Równolegle do ekspozycji EH na Kapitolu, w wiedeńskim Kunstforum trwa (do 26 marca 2017) wielka monografia damy, wcześniej prezentowana w londyńskiej Tate Modern. Dodajmy, że w tym roku wypadnie 130. rocznica urodzin tej artystki.

 

Kadr w świetle reflektora

Wróćmy jednak do pierwszego bohatera. Już na pierwszy rzut oka sztuka Hoppera wyróżnia się na tle innych wybitnych dokonań tamtego okresu konstrukcją kadru. A konkretnie – liniami diagonalnymi. Abstrakcjoniści (najogólniej rzecz ujmując) dbali o wyważony układ pionów i poziomów albo o równowagę walorów i „energii” obrazu. Hopper inaczej. Jego domena, to skosy, skróty, cięcia. Postaci, budynki czy inne obiekty złapane są w sieć linii ukośnych. Te przedstawienia łatwo opisać, lecz nie sposób być pewnym ich znaczenia. Konkrety mieszają się z domysłami.

summer-evening hb_53.183rooms-by-the-seafd38f575756f5adad51b4b7d60d39648

Najpierw zauważamy światło, które ustawia plany, wchodzi w interakcję z figurami, kreuje nastrój. To antyteza miękkiego sfumata Leonarda da Vinci, zaprzeczenie ciepłego chiaroscuro Caravaggia, negatyw subtelnego mżenia jasności u Vermeera van Delft.

U Hoppera w plenerowych przedstawieniach dominuje światło poranne, gdy powietrze przejrzyste, cienie wyraziste, a paleta barw chłodna nawet w pełni lata. Gdy wydarzenia rozgrywają się we wnętrzach, oświetlenie także nie daje wrażenia przytulności. Zjadliwa jasność przeraża i obnaża. Ale przecież tylko te jarzące w ciemności punkty pomagają ludziom zorientować się w przestrzeni, zobaczyć innych, znaleźć punkt oparcia. Więc nocne ćmy ciągną do światła, na własną zgubę…

Malarzowi udała się sztuka niebywała – anonimowe postaci wyniósł do rangi bohaterów. Jednak wcale nie ich nie „uczłowieczył”, nie sprawił, że interesujemy się ich losami. Ot, statyści.

Ale bezruch tych figur kryje w sobie coś złowieszczego. Wyczuwamy zapowiedź dramatu, choć na razie cisza, suspens. I napięcie rośnie.

Czy można się dziwić, że Hopperem inspirowali się reżyserzy oraz operatorzy? I odwrotnie – nie wydaje się niczym dziwnym, że namiętnością malarza były nocne, samotne wypady do kina. Ten zwyczaj, nabyty już w czasie studiów (zresztą do wizyt w kinie i teatrach zachęcał go Robert Henri, jeden z pedagogów nowojorskiej School of Art and Design, gdzie Edward pobierał nauki), kontynuował potem całe życie. Za młodu fascynował go niemiecki ekspresjonizm – Fritz Lang, Friedrich Murnau, Robert Wiene. Potem polubił filmy grozy, thillery, czarne kryminały. Uważnie śledził tricki oświetleniowe, pracę kamery, przeciąganie scen, zawieszanie akcji. Poza tym, co działo się na ekranie, chłonął aurę małych całodobowych kin, gdzie przesiadywali single nie wiedzący, czym wypełnić nadmiar wolnego czasu.

 

Marionetki w dekoracjach

Realizm Hoppera jest pułapką. Bo nie mamy pewności: pokazuje rzeczywiste budowle i wnętrza, czy tylko teatralne/filmowe dekoracje? Jako się rzekło, nadrzędną rolę pełni tu światło. A oświetleniem można fałszować, tworzyć iluzję, podkręcać napięcie. Tak właśnie robił Hopper. Na jego płótnach lampy, jarzeniówki czy reflektory zdają się decydować o egzystencji istot uwięzionych w ich świetle. W tych pomieszczeniach nie jest przytulnie ani swojsko. Pozbawione indywidualnych cech pokoje, często hotelowe czy biurowe, mają wyposażenie „praktyczne”, zredukowane do niezbędnego minimum. Nagie ściany, pozbawione zasłon okna, kanciaste sprzęty – wszystko to zdaje się ograniczać swobodę tych, którzy wejdą do środka. To nie domostwa, to więzienne cele. Bo też bohaterowie – a najczęściej bohaterki – obrazów pana EH nie cieszą się pełną wolnością. Są więźniami własnych strachów, natręctw, upokorzeń. Niewoli ich samotność i kompleksy. Żyją na uboczu. Nic im z komfortów nowoczesności – najwyżej tyle, że mogą udać się do całonocnego baru lub przesiedzieć kilka seansów filmowych. Podobnie odklejone od rzeczywistości wydają się mieszkanki prowincji. Widać, że nie doświadczają biedy; są młode, zdrowe i atrakcyjne – mimo to żadnej satysfakcji z życia nie mają.

Ale czy mamy do nich sympatię i empatię? Niekoniecznie. Ot, wieczne frustratki. Same nie wiedzą, czego chcą. Może, gdy zdobędą się na jakiś desperacki krok lub staną się ofiarą mordercy, na chwilę poruszy nas ich nieszczęście. Póki co, dopóki jeszcze żyją, są tylko kompozycyjnym sztafażem. Bez nich pejzaże i wnętrza wydawałyby się… nieludzkie.

 

Wizje nierzeczywistości

Stan zawieszenia, w jakim tkwią figury z obrazów Hoppera, prowokuje do snucia domysłów. Co było przed chwilą, co stanie się za moment? A gdyby te kukły animować, jaką fabułę by opowiedziały? I czy poszczególne płótna dadzą się ułożyć się w jakąś narrację? Takie pytanie musiały nurtować austriackiego reżysera Gustava Detscha, który z trzynastu prac amerykańskiego malarza wysnuł opowieść o losach kobiety imieniem Shirley (film „Shirley – wizje rzeczywistości”, 2013, polska premiera 2014).f17_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer installation_view_-in-milano

Deutsch ulepił swoją bohaterkę z postaci z różnych kompozycji Hoppera, powstałych w ciągu kilkudziesięciu lat. Akcja filmu? Właściwie jej nie ma. Oglądamy trzynaście oderwanych od siebie epizodów, dla których punktem wyjścia stały się płótna EH.p3_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_michaela_c_theurl_yatzer f1_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer maxresdefault-1 0c416746f6ecbcc00d6f6337fc54e822faf05d94_860

Deutsch dał Shirley zawód, czy raczej dorywcze zajęcie: to aktorka offowego teatru, potem osoba dorabiająca w kinie jako bileterka. Poznajemy ją w Nowym Jorku lat 30. i towarzyszymy przez kolejne trzy dekady. Najczęściej chodzi w skromnej, gładkiej sukience; czasem pojawia się w halce, niekiedy całkiem goła. Nie wstydzi się swego ciała, ale też nie eksponuje wdzięków. Nie podkreśla urody makijażem, nosi grzeczne uczesanie. Pomimo braku jakiejkolwiek zewnętrznej ekstrawagancji, przyciąga uwagę. Bo to sfinks, niepokojąca zagadka. Co kryje się za jej biernością, ospałymi ruchami, twarzą niemal pozbawioną mimiki?

Tak jak Hopper swoje modelki, tak Deutsch pozbawił swoją bohaterkę umiejętności uzewnętrzniania emocji. Przytłumiona, depresyjna, niezdolna do głębokich związków. Neurotyczna osobowość naszych naszych czasów.

Jednak Shirley nie jest odklejona od rzeczywistości. Choć na ekranie milczy, jej głos dobiega z offu. Widz ma wrażenie, że słyszy jej myśli. Shirley komentuje wydarzenia, analizuje siebie, swoje położenie, dostrzega istnienie innych. Monolog wewnętrzny, chwilami przeradzający się w strumień świadomości. W ten sposób reżyser, zarazem scenarzysta, zrobił użytek z techniki literackiej modnej w epoce, w której rozgrywa się akcja.

Ten film nie narusza sekretów modelki Hoppera; nie informuje, kim w istocie była. Stała się figurą uniwersalną, choć jej pierwowzór znamy z imienia i nazwisk: Josephine Nivison-Hopper. Żona i modelka artysty. Również jego jedyna przyjaciółka, sekretarka, opiekunka oraz – ofiara. Zamknięty w sobie, nieco psychopatyczny, poddany zmiennym nastrojom Edward traktował Jo (jak nazywał Josephine) niczym worek treningowy, w sensie fizycznym i psychicznym.

Poznali się na plenerze malarskim w Nowej Anglii. edward.josephine-hopper.1927-cropped_800.creditObydwoje dawno przekroczyli wiek młodzieńczy: byli po czterdziestce. Ona (urodzona w 1883 roku) była tylko o rok młodsza od tego, który miał zostać jej partnerem. Stanowili swe przeciwieństwo: on chudy wielkolud (mierzył prawie dwa metry!), zakompleksiony, małomówny. Ona malutka, żywa, ruchliwa, zawsze otoczona grupką „cygańskich” przyjaciół z nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village.

Skromna ślubna ceremonia odbyła się w 1924 roku. Żadne z nowożeńców nie było jeszcze znanym artystą. On zarabiał rysunkami do gazet, ona nauczała. I to ona pierwsza została zauważona, zaproszona do zbiorowej wystawy w Muzeum Brooklińskim. Co robi lojalna baba? Upiera się, żeby do pokazu dołączono prace męża. W efekcie, krytyka doceniła Edwarda, pomijając Jo. Od tego momentu jego kariera rusza z kopyta; jej twórczość zostaje w cieniu.

Wkrótce Eddie zostawił akwarele, które dotychczas były jego główną techniką, i przerzucił się na oleje.

 

Uwięziona pozowaniem

Związki artystów na ogół są trudne i pełne konfliktów. Nie inaczej w małżeństwie Hopperów. Delikatny introwertyk w czasie kłótni przeobrażał się w brutala. Zdarzały mu się rękoczyny, ale nade wszystko dręczył Jo psychicznie, poniżał, utrudniał pracę twórczą

.automat sunlights-in-cafeteria Hopper, Edwardedward-hopper-in-mostra-a-roma-dal-1-ottobre_890581

Wreszcie znalazł sposób, by ją ubezwłasnowolnić: uczynił swą modelką, jedyną modelką. Zaludnił przedstawiane wnętrza sobowtórami Jo. Pani Hopper nie odnajdywała się w tych przedstawieniach: „Grube i niezdarne stworzenie, które wygląda, jakby przesadziło z alkoholem. Tak naprawdę on wcale nie wierzy, że ja tak wyglądam. Po prostu nie jest w stanie namalować mnie takiej, jaka jestem”.62b11dd9ca352f5d221d8bbc8a188770

Jak wyglądało prywatne życie tej pary, dowiadujemy się z pisanych przez Josephine pamiętników. Okrutnych w swej szczerości, oddających tortury psychiczne, na jakie skazywało ją współbycie z genialnym artystą. Jo nikomu nie skarżyła się, nie ujawniała mężowskiej agresji, w imię miłości i jego talentu godziła się na ten destrukcyjny dla niej, sado-masochistyczny układ. Jedyny bunt, na jaki się zdobywała po szczególnie paskudnych akcjach artysty, to… próba zagłodzenia się na śmierć. Kładła się do łóżka i podejmowała strajk głodowy.

Z latami artysta stawał się coraz bardziej niechętny kontaktom z innymi. Przemierzał kilometrami nowojorskie ulice, przesiadywał w kinie, przejeżdżał amerykańskie prowincje w poszukiwaniu motywów i światła. Umarł niespodziewanie dwa miesiące przed ukończeniem 85 lat. Świadkiem jego odejścia – siedział w fotelu, w pracowni i nagle nie żył, w ciągu minuty, bez bólu, bez krzyku – była oczywiście Josephine.

Czy po odejściu męża poczuła się wreszcie wolna od emocjonalnych tortur? Skąd! „Nie poczekał na mnie”, poskarżyła się w pamiętniku. I dołączyła do męża dziesięć miesięcy później. Jak wyznała przyjaciołom, nie potrafiła żyć bez Edwarda.                                                                            hqdefault

 

 

Edward Hopper – Complesso del Vittoriano, Rzym, wystawa czynna do 12 lutego 2017

Georgia O’Keeffe – Kunstforum Wien, wystawa czynna do 26 marca 2017

20
Jan

Uciekinierzy spod skrzydeł mistrza (o wystawie [Powidoki awangardy” w Piękna Gallery)

Udostępnij:

 

Kilka dni po premierze filmu „Powidoki” z17866615Q,Boguslaw-Linda--Wladyslaw-Strzeminski

– dopełnienie tegoż wystawą „Powidoki awangardy”. Bohaterem znów jest Władysław Strzemińskiz19229085Q,Wladyslaw-Strzeminski--1893-1952-, w towarzystwie pięciorga uczniów.obraz_powidoki_11

Niestety, tylko Stanisław Fijałkowski (rocznik 1922)KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE pozostaje przy życiu i twórczej aktywności. Pozostałych nie ma już wśród nas, ale reprezentuje ich dorobek.obraz_powidoki_9 stanislaw-fijalkowski-zupelnie-nowa-autostrada-6-2007-2012-10-24 fijalkowski

Jak wiadomo, mamy Rok Awangardy, z racji stulecia zaistnienia tak określanych zjawisk na terenach Polski i wiele muzeów szykuje okazjonalne wystawy. Piękna Gallery – nowy punkt na galeryjnej mapie Warszawy – zaskoczyła mnie (pozytywnie) doborem eksponatów. Wśród ponad 50 obiektów wiele rarytasów z prywatnych kolekcji. Zacznijmy od mistrza.

W zestawie dominują rysunki z lat 40. i tempery z następnej dekady, kiedy socrealizm wymusił na artyście stylistyczną i tematyczną zmianę. Jednak Strzemiński w niewielkim stopniu ugiął się pod naciskiem jedynie słusznej doktryny, nczego najlepszym świadectwem „Żniwiarki” i „Kłosy”. 6362ed3195f2c84dea572316aac243d2

Motywy ludowe, lecz forma bliska abstrakcji, syntetyczna, z umowną kolorystyką. Ciekawostką jest zrekonstruowany w 1995 roku przez Stefana Krygiera (zm. 1997) stefan_krygiel_atlas_sztukiprojekt Strzemińskiego dla kawiarni „Egzotyczna” w Łodzi. Świetny, dowcipny i dekoracyjny relief zniszczono w 1952 roku – może dzięki Krygierowi uda się go w jakimś łódzkim lokalu odtworzyć? Byłby nie lada atrakcją.

Skoro o Krygierze mowa. Wybór jego obrazów otwiera „Pejzaż z Bierutowic” (1949), obraz_powidoki_8noszący wyraźne piętno unistycznej koncepcji Strzemińskiego.

. 117 obraz_powidoki_1Ale z biegiem lat były uczeń wypracował własną poetykę, dochodząc do rozwiązań rodem z surrealizmu – czego dowodem „Symultanizm form”(1991), kompozycja oszałamiająca iluzyjną przestrzenią, w której kłębią się kształty obłe, organiczne, u podstawy obrazu przekształcające się w… psy

.Krygier-17-Porwanie Europy II                                                                   SZUKAMY SIÊ W PRZESTRZENI

obraz_powidoki_7

Do moich faworytów należy Antonii Starczewski (zm. 2000). 800antoni_starczewskiEwolucja jego sztuki poszła w kierunku minimalizmu nacechowanego przewrotnym humorem, z gatunku gorzkiego absurdu. Przykłady? Proszę bardzo: białe, ceramiczne „Kartofle” (w kształcie jak prawdziwe), obraz_powidoki_4

ułożone w równe rządki na białej tacy – natura poddana usystematyzowaniu. Albo grafika skomponowana z gazetowego tekstu, w którym wykreślono każde słowo, z gdzieniegdzie pozostawionymi pojedynczymi literami. Zawartość nieczytelna, za to wszystko mówi data: rok 1985. Starczewski003 70921

Inny mój ulubiony twórca to Stanisław Fijałkowski. W Piękna Gallery znalazł się pejzaż namalowany podczas wspomnianego pleneru w Bierutowicach. Podobnie jak u Krygiera, widać fascynację unizmem, jednak i wkład własny: doklejone w pewnym miejscu małe kamyczki. Aluzja, czy wręcz cytat z górzystych okolic, gdzie odbywał się letni studencki spęd pod wodzą Strzemińskiego. Potem Fijałkowski skręcił w stronę metafizyki, coraz to bardziej redukując elementy kompozycji, z czasem wypracowując własną wersję abstrakcji „filozoficznej”. Zaskoczył mnie pracą „Rozmowa pod przymusem” (1976), w której znaczącym detalem jest … sznur, realistycznie oddany, pojawiający pośród umownych, trudnych do zinterpretowania form. Jednak całość wymowna, stwarza wrażenie grozy, napięcia, zadawania bólu.

Lech Kunka „zdradził” unizm obraz_powidoki_5na rzecz eksperymentów bliskich op-artowi,

ikunka2

kunka

obraz_powidoki_6

zaś Judyta Sobel cbf044vtskłoniła się do sztuki bardziej tradycyjnej, wywodzącej się z postimpresjonizmu.c242745b28650b41fc7f0b902d6be076 44_sobell

Gdy ogląda się dokonania tych, dla których w pewnym okresie Strzemiński był guru, dochodzi się do ważnej konstatacji: mistrza trzeba mieć po to, żeby się jego dziełem zachłysnąć, a następnie od niego… uwolnić. Tego uczą „Powidoki awangardy”.

 

 

 

Powidoki awangardy. Strzemiński i uczniowie – Piękna Gallery, Warszawa, wystawa czynna do 28 lutego 2017

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” 20.01. 2017

15
Jan

Jasność w świetle (wystawa Jana Kucza i Janusza Antoniego Pastwy)

Udostępnij:

Na tle warszawskiej wystawowej urawniłowki pojawił się odmieniec: pokaz dwóch rzeźbiarzy w Salonie Akademii (chodzi o galerię przy ASP). Do 8 lutego można tam oglądać rzeźby Jana Kucza i Janusza Antoniego Pastwy.
Obydwaj artyści od lat związani ze stołeczną uczelnią, obydwaj niemłodzi, obaj szanujący tradycyjny warsztat.
Ich prace – starsze i powstałe całkiem niedawno – nie mają żadnej „nadbudowy” w postaci atrakcyjnej oprawy aranżacyjnej. Jest tylko dobrze ustawione światło. ’
Dawno już nie widziałam w Warszawie ekspozycji tak czystej w koncepcji i przekazie. Bo obydwu artystom nie chodzi o podpięcie się pod mody, lecz o prawdę.
Janusz Pastwa w jednej z sal zgromadził… zwierzęta. Pies, koń, osioł i wilczyca, ta kapitolińska. rzezba2_baner 4982
Każde bydlątko to pomysł na formę, fakturę, wykorzystanie własności surowca. Drewniany osioł jest zmęczony i szorstki; pies silny i kudłaty, choć z granitu; wilczyca wydaje się samą życiodajną naturą – jej sylwetka wpisana została w rytm drewnianych słojów.
U Jana Kucza – kontrastowe nastroje, biegunowo różne tematy i stylistyki. Instalacja zatytułowana „Nasza demokracja” jest zjadliwym komentarzem do rzeczywistości.
jan-kucz-nasza-demokracja-2011-2013-fot-k-kucz-2014-01-07 image
Kłębowisko groteskowych potworków – ni to kundli, ni świń, ni ludków – uszytych z czerwonej tkaniny, rozszarpuje skrawki białej materii. Mocne i trafione. Ale jest pociecha. I nadzieja. Daje ją poruszająca praca „Potrzeba dawania”. Dwie dłonie – jedna podstawiona w żebraczym, proszalnym geście; nad nią druga, zamknięta w pięść, jakby coś trzymała. Tak, to coś niezwykle cennego: spomiędzy palców sączy się blask. Światło pada na otwartą, podstawioną rękę. Oto najpiękniejszy dar, jaki można oferować. Nic materialnego – światło. Dobroć. Człowieczeństwo.z21235392IH
14
Jan

Po skosie lub dziane (czyli historia trencza i cardigana)

Udostępnij:

Jaka byłaby dziś damska moda, gdyby nie odważne kobiety, które… to i owo ukradły. Skąd? Z męskiej szafy.

Podprowadzony z wojny

Armia napoleońska podbiłaby świat, gdyby nie… zimno. Nad tym, jak podnieść morale wojska w starciu z niskimi temperaturami, zadumał się niejeden przywódca. Sukces odniósł James Thomas Brudenell, siódmy hrabia Cardigan (1797 – 1868),9625024-Lieutenant-General-James-Thomas-Brudenell-7th-Earl-of-Cardigan-1797-1868-on-engraving-from-1800s-Off-Stock-Photo który chcąc pomóc swym żołnierzom walczącym na wojnie krymskiej (1853-56) ubrał ich w długie, wydziergane z czystej wełny żakiety, założone pod mundurowe kurty. Wzór ściągnął od rybaków, marynarzy i pracowników doków, którzy już od co najmniej dwóch wieków nosili takie okrycia. Cardigan miał niezły pomysł, ale nie przewidział, że klimat Krymu okaże się zdecydowanie za ciepły na wielowarstwowe okrycia.

Na pewien czas dzianinowy docieplacz został porzucony, acz niezupełnie: używali go farmerzy i fani „nowoczesnych” sportów typu golf czy łyżwiarstwo, zaś około 1900 roku kardigan stał się „mundurkiem” drużyny baseballu przy Uniwersytecie Harvarda. 345503-69f22d40026dd5a5714d3cf65a7beb4bAle szalona kariera nadeszła dopiero w szalonych latach 20. XX wieku. W 1925 roku niejaka Coco Chanel wystąpiła w beżowym dżersejowym kardiganie obszytym lamówkami, założonym do plisowanej, sięgającej tuż za kolano spódnicy. Sweterek miał po bokach dwie kieszonki, a dopełniały go eleganckie „biżuteryjne” guziki oraz sznury sztucznych pereł. chanel_cotton_cardigan_650_size_42_copiaDzianis_550b32edc6c7955827008f8b

nowy żakiet Mademoiselle, choć uszyty z taniego, roboczego dżerseju kosztował nieprzyzwoicie słono. Ale co tam, za markowy design trzeba płacić – uznała pierwsza dama mody. I tak zostało.

 14778858276313356889_thumbnail_405x552 Cardigan-Modern R2114-Melange-Shawl-Collar-Cardigan-Canyon-brown-square 

Po skosie z pagonem

Im bardziej męsko, tym mniej ozdobnie. Co emancypantkom zostało po po stójkach, kołnierzykach, falbankach i żabotach? Nic, goła szyja. I znów skorzystały z męskich patentów: wełniany szalik okręcony i podniesiony kołnierz. Do tego płaszcz zawiązany/zapięty w pasie.

Skąd się wziął?

Gabardynę – wełnianą tkaninę o ukośnym splocie – opatentował w 1888 roku Thomas Burberry. 1_HISTORY_DESKTOP_SIBLING_LEFT_SQUARE 80abb3721769dc6a2d011dd46805505b

Odtąd jego nazwisko kojarzy się z lekkimi płaszczami, początkowo noszonymi przez wojsko – bo właśnie dla armii Burberry zaprojektował w 1901 roku trencz – lekki, przewiązany paskiem płaszcz. burberry-trench-coat-1938-advertiseingTrencz oznacza po francusku rów bądź okop, więc jak łatwo się domyślić to okrycie masowo używano podczas pierwszej wojny przez wojsko brytyjskie. Militarne korzenie widać w kroju i detalach: pagony, dwurzędowe zapięcie, liczne kieszenie, metalowe sprzączki przy pasku w kształcie litery D, służące jako uchwyty do wieszania map czy broni białej. Trencz przydawał się też w warunkach ekstremalnych – nosili go m.in. Roald Amundsen na biegunie południowym i George Mallory, zdobywający (bez powodzenia) Mount Everest. Jednak na szczyty mody prochowiec wyniosły gwiazdy kina. burberry1 7cce72117e314b75d875881610b6141e

Za króla trenczu wypada uznać pewnego niewysokiego przystojniaka o tragicznym wyrazie twarzy. Odkąd Humprey Bogart podniósł kołnierz trencza w „Casablance”, humphrey-bogart-casablanca-trenchcoatten ciuch zaczął być utożsamiany z okryciem twardzieli. Obok porucznika Colombo w beżowym, nonszalancko zarzuconym płaszczu występowały całe stada detektywów, łącznie z porucznikiem Borewiczem. Co z tego mają kobiety? Dziś – nie tylko okrycie, także sukienkę, noszoną na gołe ciało. 10819-3002

Natomiast w latach 50. i 60. trencz przynależał do wampów, kobiet-szpiegów oraz uroczych nowoczesnych kociaków jak Catherine Deneuve czy Audrey Hepburn.

 Karlie-Kloss-wearing-a-Burberry-Trench-coat-in-New-York-on-October-11th-1200x1801 Burberry-Art-of-the-Trench-2 bogarttrench1

11
Jan

Człowiek ze spiżu (recenzja filmu Andrzeja Wajdy „Powidoki”)

Udostępnij:

 Gdyby film warto było obejrzeć dla kilkusekundowej sekwencji – polecałabym „Powidoki” afterimage-2

 

z racji sceny w pracowni Władysława Strzemińskiego. Gdy na fasadę budynku wciągany jest baner z podobizną towarzysza Stalina, wnętrze, gdzie malarz pracuje nad kolejnym obrazem, zalewa fala czerwieni. Scena mocna w swej symbolicznej wymowie jak cios między oczy, komunikatywna dla każdego, bez względu na poziom wiedzy czy wrażliwość. Oto nastaje noc socrealizmu, co dla wielu twórców oznacza czas niebytu. Także, czy nade wszystko – dla awangardystów pokroju Strzemińskiego.

Filmy tak deklaratywne jak „Powidoki” nie mogą obyć się bez jednoznacznych ideowo momentów, toteż powyższą scenę uważam za plastycznie słuszną (jedynie słuszną) i wybaczam brak wyrafinowania. Jednak film skażony jest grzechami nie do zaakceptowania pod żadnym sztandarem, nie usprawiedliwionych żadnym programem. Andrzej Wajda przystąpił do swej ostatniej produkcji – bo nie ośmielę się określić „Powidoków” mianem dzieła – pod banderą rozliczeniowo-ekspiacyjną.ru-0-r-600600-n-4aa25140e35479b55469c40f36e72bf6scjfh2p4akpa

W obecnych realiach jazda bez trzymanki po komunizmie i ówczesnych bonzach była pójściem na łatwiznę, a zobrazowanie wielokrotnie opisywanej gehenny artysty wyrzuconego przez system na margines trąciło banałem. Całość sprawiała wrażenie przymilania się do mało wymagającego odbiorcy, a co gorsza – sprzeniewierzania się samemu sobie. Jakby Wajda wytracił wrażliwość na komplikacje natury ludzkiej i uwikłania w historię.

Bo nieważne, że zmarły niedawno mistrz miał na sumieniu flirt z komunizmem (nie tylko młodzieńczy, co łatwo darować); nieistotne, że w panteonie swych bogów nie miał żadnego abstrakcjonisty. „Powidoki” budzą mój sprzeciw z powodów artystycznych.

Najpierw bohater, płaski jak wycięty z obrazu powidok. Na nic wysiłki Bogusława Lindy (który heroicznie stara się wycisnąć z granej przez siebie postaci bodaj drugi wymiar).z21008398vpowidoki

7405abc6ebec4f57a514cda3a0d8463e.

I tak jawi się jako statua ze spiżu posypana pozłotką. Niezłomny obrońca wolności twórczej, mnisio nieczuły na kobiece awanse, pogodzony z poniżeniami pół-święty, do tego czuły rodzic i oddany pedagogz19082519qplan-filmu-powidoki-andrzeja-wajdy – nie, tylu zalet na raz nie byliby w stanie unieść Kirk Douglas pospołu z Garym Cooperem.

Nasz heros mierzy się ze światem tak złym jak dziewiąty krąg piekieł. To kolejna męka – oglądać bezduszne kreatury, którym oko nie drgnie, gdy poruszający się na szczudłach, jednoręki artysta (o geniuszu którego nikt nie wątpi, ale i nie mówi) dokonuje ekwilibrystycznych figur jako dekorator witryn.

Tu dochodzimy do kolejnej wtopy: obsada. Całe szczęście, że Nice Strzemińskiej, córce pary Kobro/Strzemiński, nie dane było oglądać swego filmowego wcielenia.

Bronisława Zamachowska (tak, córka tego Zamachowskiego) afterimage_04-h_2016nie przeszłaby przez sito konkursu recytatorskiego na szczeblu szkoły podstawowej – a tu powierzono jej wielce odpowiedzialną rolę, której, jak to się mówi, nie uniosła. Natomiast nie jej, lecz scenografa winą było włożenie cynobrowego okrycia na pogrzeb matki, co całkiem bez sensu kojarzyło się z postacią dziewczynki w czerwonym płaszczyku z „Listy Schindlera” 821e15ee034eae0d12ac45cf0421189608d9d9e0

i książką Romy Ligockiej. Nie każdej czerwieni powidoki przystają do sztuki Strzemińskiego.

 

883a2495-6ab2-42e3-b44e-5cf7d43cc461 Feta w Rzymie. Bez szans w Hollywood.

03
Jan

Muszkieterowie z autobusowego przystanku (recenzja komiksu/reportażu „Morze po kolana”)

Udostępnij:

Marcin Kołodziejczyk z18052904omarcin-kolodziejczyk-fot-radek-polak

zapadł mi w pamięć zbiorem reportaży „Dysforia”;

na Marcina Podolcamarcin_podolec już dawno miałam oko za sprawą jego komiksów, tak autorskich, jak powstałych na kanwie cudzych tekstów. Ale ze zderzenia dwóch wybitnych talentów nie zawsze wynika akt strzelisty, zwłaszcza gdy w grę wchodzą ambicje. Tu też ich (ambicji) nie zabrakło, lecz dwóch Marcinów nadało im właściwy kierunek – nie na własne pępki, lecz na zewnętrzną prawdę.

„Morze po kolana”,9788380321267

 

 

ich wspólne dokonanie, jest reporterską perełką, wykreowaną słowem i obrazkiem. Nie to, że gatunkowa nowość. Zdarzało mi się już wielokrotnie czytać komiksy-reportaże, ale najczęściej były to rysowane dzienniki autora, w których on sam odgrywał istotną rolę.

 

Trzech z fasonem

Tym razem inaczej. Żaden z Marcinów nie pojawia się w opowieści. Choć nieobecni, tworzą wirtuozerski duet: co jeden przemilcza, drugi dopowiada ilustracją. Obydwaj mają wzrok i słuch doskonałe. Podolec portretuje postaci jak żywe, Kołodziejczyk wkłada im w usta dialogi z życia wzięte. skan3-640A choć wiadomo, że jeden ma zacięcie karykaturzysty, zaś drugi – wyczucie frazy godne kabaretu; że całości równie daleko do realizmu, jak Międzyzdrojom do Cannes, to i tak ma się poczucie dotarcia do jądra prawdy o Polsce B z pierwszych dekad XXI stulecia. Właściwie, czas tu nie ma znaczenia. Ważny jest sezon – po sezonie. Znaczy, martwy.

Kiedy turyści opuszczają pensjonaty, pokoje gościnne i pola namiotowe, oazą życia towarzyskiego autochtonów staje się przystanek autobusowy. 09

Nie wszystkim miejscowym tam po drodze, a i nie każdego akceptują stali przystankowi bywalcy.10e55994e6-thumb14

Jak by ich opisać? „Trzech ich było, trzech z fasonem, dwóch wesołych, jeden smutny, bo miał żonę”.

Ten trzeci to Gumowy, z zawodu wulkanizator, inwalida (efekt wypadku przy pracy) na rencie, żonaty z Eweliną lat 24. O wierność Eweli lepiej nie pytać, co Gumowego doprowadza do rozpaczy tudzież poczynań przeczących instynktowi samozachowawczemu. „Pierwszy raz wulkanizator poszedł na tory kolejowe ze złym zamiarem wobec siebie w przeddzień Matki Boskiej Zielnej”, relacjonuje Kołodziejczyk. Potem następują jeszcze dwie podobne próby, żadna nie zwieńczona powodzeniem.

To dlatego w Gumowym narasta złość wobec drugiego muszkietera z przystanku, niejakiego Szczurka, któremu całkiem niechcący udaje się rejterada z doczesności. I to akurat w chwili, gdy Szczur (w dzieciństwie noszący imię Radzio) decyduje się na emigrację zarobkową, której słodyczy miał już okazję doświadczyć. Londyn nie przyniósł mu fortuny ani szczęścia, mimo że przez moment tak się wydawało. Trochę odłożonych funciaków pozwoliło mu łudzić się, że spotkał kobietę, z którą coś go połączy – na przykład dziecko, choć co do własnego ojcostwa w danym przypadku miał duże wątpliwości.

Jednak nie wyszło, a w dodatku w okolicy zawaliła się chałupa dziada zwanego Wajdelotą. To była kropla przepełniająca nie tyle kielich, co flaszkę goryczy (z piwem na popitkę). „Mniej więcej wtedy Szczurek odczuł w sobie ziarno niepokoju. Takie jakby zagmatwanie. To się w nim sfermentowało i…” – i podzielił się z kolegami wyjazdowymi planami.

 

Stoicki narrator

I wtedy Marian słyszy swój głos, który mówi „To razem się pojedzie!”.morzepokolana_p2

No właśnie, nie było jeszcze o tym trzecim, o Marianie. morzepokolana_p1

Po czterdziestce, po pięciu semestrach polonistyki w Gdańsku, po utracie jakichkolwiek szans na finansową samodzielność. Mieszkaniec przyczepy przy polu namiotowym, w sezonie kasuje za nie opłaty, w martwym – pilnuje. Czas wolny od zajęć spędza na obserwacjach i innych niezobowiązujących czynnościach. Byle do lata.

Marian to stoik. Nie rzuca się jak Szczurek, nie włazi na tory jak Gumowy. Stoi. I się rozgląda po wyludnionej okolicy, po burym pejzażu, po zalanej deszczem plaży. Pogodził się ze swym położeniem oraz uzębieniem. Mocno wybrakowanym, lecz są pozytywy tego stanu rzeczy: w przerwie międzyzębnej mieści się kieliszek.

To jemu Kołodziejczyk powierzył rolę narratora („Było nas trzech psychicznie indyferentnych: Szczurek, Gumowy i ja, Marian”). Marian beznamiętnie relacjonuje martwotę martwego sezonu, z perspektywy przystankowej „loży” obfitującego w wydarzenia. Bez cienia hipokryzji przyznaje, że „po Szczurku piłem jakby więcej. Częściej byłem w potrzebie”. I nie przejmuje się, że wątroba zaczyna odmawiać posłuszeństwa…

Podczas lektury tomu „Morze po kolana” nie sposób się nie śmiać. Językowe akrobacje Mariana et consortes mają kabaretowy potencjał (ta stylizacja Kołodziejczyka jest równie udana, jak ongiś niby-nowomowa blokersów w wersji Masłowskiej). Nie mniej zabawna jest rysunkowa charakterystyka lokalsów autorstwa Podolca. No humor-satyra…

Przerażająca satyra. Pod pozornie lekką formą, pod absurdem sytuacji, pod śmiesznością górnolotnych sformułowań bohaterów, obnaża nam się bezdennie pesymistyczny obraz Polski „w martwym sezonie”. Nie bez powodu w prologu zacytowano fragment dramatu Becketta „Czekając na Godota”: „To co, idziemy? – Chodźmy”.czekajacng_bor_lod_07

I nic się nie zmienia.

 

Morze po kolana

Tekst: Marcin Kołodziejczyk; rysunki: Marcin Podolec

Wydawnictwo Wielka Litera,

Warszawa 2016

01
Jan

Miłość w renesansowych dekoracjach (o wystawie „Love” w Rzymie)

Udostępnij:

 

W tej wystawie liczą się nie tylko znane nazwiska, których cała plejada: od Andy’ego Warhola do Tracey Emin, od Roberta Indiany do Yayoi Kusamy, od Toma Wesselmanna do duetu Gilbert & George. Na kształt pokazu mają też odbiorcy.

Ściany klatki schodowej pokrywają ich spontaniczne wyznania miłości – a do końca wystawy na pewno wpisów przybędzie (ja też umieściłam swój). Żaden wandalizm: organizatorzy sami zachęcają widzów do takiej aktywności. Zapraszają także publiczność do fotografowania się wśród eksponatów, zwłaszcza na kanapie w kształcie ust/serca projektu Salvadore Dalego. Jest jeszcze „Kissing Point”, miejsce, gdzie całusy oglądających stają się elementem prezentacji. A żeby było jeszcze słodziej, przestrzeń ekspozycyjną wyłożono różowym dywanem.

 

„Love” na dziedzińcu

Niepoważna wystawa? Skąd, pokazano dzieła klasyków pop-artu (niektórych już nieżyjących) oraz współczesnych twórcy z całego świata. W ponad 60 obiektach odzwierciedlają się rozmaite stadia miłosnego afektu, a także różne formy ich wyrażania i przeżywania.

A wszystko to w sercu Rzymu, gdzie każdy kamień ma historię.

Ten budynek nazywa się Chiostro del Bramante („kiosk” Bramantego). image chiostro_bramante

Od lat pełni funkcję centrum kulturalnego, ale powstał około 1500 roku, zaprojektowany przez genialnego architekta Donata Bramante. Ideał renesansu, doskonałe proporcje, dziedziniec otoczony krużgankami.

Środek tego podworca zajęła Miłość.chiostro-bramante-mostra-love

Rzeźba skomponowana z liter, dzieło amerykańskiego pop-artysty, leciwego (88 lat) Roberta Indiany. Dla Rzymu wykonał włoską wersję swej ikonicznej pracy „Love”. Pierwowzór (graficzny) powstał pół wieku temu; z biegiem lat Indiana stworzył warianty przestrzenne. W Chiostro obok karminowej kompozycji „Love”, stanął utrzymany w błękicie „Amor”.990810f9242641a8e264ce996a78ed28_xl

Już pod dachem galerii obiekty kolejnych Amerykanów związanych z pop-artem. Jest grafika Andy’ego Warhola z wizerunkiem Marilyn Monroe, symbolu powszechnego pożądania, zarazem niezaspokojenia. Inny pop-twórca, Tom Wesselmann (zmarły w 2004), zachęca do… palenia. Jego „Smoker” („smokerka”, bo to kobieta) nie ma twarzy. 51969e4c7c540fc9e5005abcfb118bb6

Gigantyczna plastikowa wycinanka, to same usta, w nich tlący się papieros. Gorąc, lśniące i seksownie rozchylone wargi zdają się zachęcać, żeby wyjąć z nich peta i całować. Są jak brama do nieba, a może piekła? Kto da się skusić, będzie zgubiony!

 

(A to inne palaczki, już nie z rzymskiej wystawy – jedna jest w Wiedniu w Albertinie. Kto rozpozna, która?)h0027-l07925878 5850390-1x1-940x940

 

Od zauroczenia do nienawiści

Tracey Emin (ur. 1963), _78593923_78593922

niegdyś enfant terrible brytyjskiej sztuki, przestała już szokować. Tym razem prezentuje grzeczne neonowe napisy, jarzące się fosforyzującymi barwami. Wbrew kolorom, hasła są przygnębiające: „My forgotten heart” (moje zapomniane serce) czy „Those who suffer love” (ci, co cierpią miłość). Oj, nie miała ta Emin dobrych doświadczeń z mężczyznami!

4ea67b440598b01892ae6f42848763cf te5403-1 te5537-1 9e7a5e66c8febf3fb0b75c0787c95b51

Australijska artystka Tracey Moffat (1960) tracey_moffatt

ukazała emocjonalny proces – od fascynacji do nienawiści.

Jej znakomity kolaż filmowy (tzw. found footage), zatytułowany po prostu „Love”, składa się z setek fragmentów rozmaitych filmów. Sekwencje układają się w opowieść o narodzinach uczucia, namiętności, aż do nienawiści, która pozwala uśmiercić niegdyś ukochaną istotę. Aż trudno uwierzyć, że w tysiącach filmów pojawiają się niemal bliźniacze ujęcia, gdzie ważniejsze niż słowa są mowa ciała i wymowa spojrzeń.

tracey_moffatt_galerie_dix9_helene_lacharmoise_302_1 moffatt_love_02-1

Nieco inny aspekt miłosnego opętania porusza szwedzka gwiazda Nathalie Djurberg (ur. 1978, Srebrne Lwy na Biennale w Wenecji 2009). Wespół z Hansem Bergiem, image-1

muzykiem i kompozytorem, kreują instalacje złożone z rzeźb (monstrualne sztuczne kwiaty), dźwięku i filmów animowanych. Formowane z modeliny trochę przerażające, zarazem zabawne lalki odgrywają na ekranie silne emocje. Jednak Djurberg nie pozwala nam polubić żadnego z bohaterów, ujawniając podwójność (potrójność?) prowadzonej przez nich gry. Zarówno miłosne spazmy jak łzy cierpienie służą zniewoleniu, opętaniu, zmanipulowaniu partnera/partnerki. Świetne.

.djurberg4 20121009083332-djurberg

 

Jak Narcyz z Apollem

Jeden z dwóch uczestniczących w wystawie Włochów – Franceso Vezzoli (1971) img-francesco-vezzoli-02_132945523457znany jest z ironiczno-prześmiewczego spojrzenie na rzeczywistość. Zamiast fascynacji kimś, manifestuje miłość własną.

Na jego pastiszowych fotografiach aktorka Eva Mendes prezentuje swe nienaganne ciało, upozowana wedle klasycznych arcydzieł. Jako Paulina Borghese (wyrzeźbiona w 1804 roku przez Antonio Canovę) eva-mendes-francesco-vezzoli-photoshoot-nsfw4i jako święta Teresa w ekstazie (wyobrażona przez Gianlorenza Berniniego w połowie XVII wieku). Widać, że modelka (a także tamte modelki z minionych epok) bardzo lubi własną urodę. Pomiędzy tymi pięknościami pojawia się autor. A dokładnie – jego realistyczna podobizna, wyrzeźbiona w alabastrze. Na marmurowym popiersiu artysty wydyma wargi jak do pocałunku. Zdaje się – chce obdarzyć pieszczotą… drugie popiersie, przedstawiające Apolla Belwederskiego. Obie rzeźby „wymieniają” spojrzenia. Wygląda to tak, jakby bóg piękna zakochał się – z wzajemnością – w Vezzolim. Zarazem, obaj kochają się w swej urodzie. Narcyzy!

Pokaz zamyka instalacja słynnej i niemłodej Japonki Yayoi Kusamy (ur. 1929). 031-yayoi-kusama-theredlist kusama-yayoi-_kusama-with-pumpkin_2010_1500x1000-625x417

To propozycja zakochania się w… dyniach. Tak jak autorka, która tytułem wyznaje uczucie: „All the Eternal Love I have for the Pumpkins”. 170825466-f8b987d4-bd87-4efb-9c59-454442729a98

Ale ostrożnie – ta aranżacja grozi zawrotem głowy. System luster zamienia aranżację z czarno-żółtymi tykwami w kosmiczny, bezkresny pejzaż. Wejdziesz, spojrzysz – jesteś zgubiony. Jak każdy, kto ulega władzy miłości.

 

„Love”, wystawa 17. współczesnych artystów – Chiostro del Bramante, Rzym, wystawa czynna do 19 lutego 2017

 

adres galerii:

 

chiostrodelbramante.it

30
Dec

Spotkanie w piekle (o wystawie wokół Boscha w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych)

Udostępnij:

 

W Holandii mijający rok mianowano Rokiem Hieronima Boscha, mtiwnja4njmznzq4ode3ndiw

jako że zmarł okrągłe 500 lat temu. Rocznicę uczczono trzema wystawami, na które peregrynowały tłumy. Nie było łatwo, obrazów mistrza z gwarantowaną atrybucją zachowało się zaledwie 25, do tego kilka rysunków. Jubileuszowe pokazy zainaugurowano w ’s-Hertogenbosch, mieście, gdzie geniusz urodził się, żył i zmarł; następnie pałeczkę przejęło madryckie Prado, gdzie najwięcej jego dzieł zakupionych przez Filipa II Habsburga. Cykl zamyka pokaz w Wiedniu, zogniskowany wokół „Sądu Ostatecznego”, dumy tamtejszej Galerii Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych.

Tematyka ostatniej z wymienionych ekspozycji podana w tytule: „Zagubiona natura? Hybrydy, gnomy, monstra (i nie tylko) w pracach Hieronima Boscha”. I nie tylko w jego dziełach – również w dawnych kronikach, w poszukiwaniach współczesnych artystów oraz… eksperymentach genetyków.

Z jednej strony niderlandzki mistrz był nieodrodnym dzieckiem epoki pierwszych zamorskich wypraw i geograficznych odkryć, z drugiej – wyprzedzał wizją XX-wieczne naukowe doświadczenia.

To pierwsza refleksja podczas oglądania wiedeńskiej wystawy – jak on zdołał połączyć średniowiecze z erą komputerów? Jak mógł być tak strasznie naiwny i tak zdumiewająco odkrywczy, profetyczny?

 

Fascynująca obrzydliwość

Myślę, że właśnie za to kochamy Boscha. Za unaocznienie tego, co ludzkie, choć naganne. Za zobrazowanie słabości charakteru, które bynajmniej nie są nam obce: chciwość, pycha, żądza władzy, tchórzostwo, lizusostwo. A także – seksoholizm, łakomstwo, opilstwo, folgowanie zachciankom. Jak się okazuje, bez względu na epokę, człowiecze przywary pozostają bezmienne. Ale tylko mistrz z Den Bosch umiał pokazać zło w sposób dwu, a nawet wieloznaczny. Śmiesznie i strasznie, fascynująco i obrzydliwie. Nie pokazywał ludzi postępujących wbrew nakazaniom Dekalogu, lecz nadał cielesność grzechom i występkom. W tym celu stworzył całą galerię kreatur, które na jego obrazach wiercą się, biegają, wchodzą ze sobą w interakcje, niejako odwracając uwagę od głównych tematów przedstawień.

Oto „Sąd Ostateczny”, jedno z największych gabarytami dzieł Boscha.cranachlastjudgementimage_scaledfullscreen

Niedawno stanęłam ponownie przed tym ołtarzem, powstałym około 1482 roku, więc dekadę przed odkryciem Ameryki przez Kolumba i kilka dekad przed uznaniem tego lądu za nowy, nieznany kontynent. Jednak era zamorskich wypraw zaczęła się wcześniej, w późnym średniowieczu, w czasach młodości mistrza Hieronima.

Jego – i nie tylko jego – wyobraźnię pobudzały opowieści marynarzy, „naocznych świadków” dziwów nieznanych, niespotykanych w Starym Świecie. Inspirowały go kroniki z tych eskapad i „naukowe” katalogi stworzeń zamieszkujących antypody.

.hieronymus-116e 126671 830556273-last-judgement-the-last-judgment-bosch-triptych-central-panel-art-academy-of-visual-arts 314112762-last-judgement-the-last-judgment-bosch-triptych-central-panel-art-academy-of-visual-arts

W wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych zaprezentowano niektóre z tego rodzaju opracowań. I tak w „Światowej Kronice” Hartmanna Schedla z Norymbergi (koniec XV wieku) oglądamy „portret” jednonogiej, acz humanoidalnej istoty, poruszającej się na owej „łapie” zwieńczonej gigantyczną stopą z niewiarygodną szybkością. Pół wieku później francuski rysownik Francois Desprez stworzył wizerunek pokrewnego monstrum – kobiety-cyklopa, kłapouchej i wyposażonej w sześciopalczaste kończyny. W ogóle cyklopy należały do najpopularniejszych stworzeń bytujących z dala od cywilizacji. Takoż syreny i mutanty będące krzyżówkami człowieka i zwierzęcia.

W kontekście tych rewelacji, kolportowanych w „uczonych” księgach, a także na pojedynczych grafikach, popularnym jarmarcznytm towarze (jak np. eksponowany w Wiedniu drzeworyt Mathiasa Gerunga, wyobrażający kobietę-diabła), wizja Boscha nie wydaje się taka szokująca, ani odosobniona.

Dodajmy, że imaginację artystów pobudzały obserwacje. Koniec XV i początek następnego stulecia dla większości mieszkańców Europy był okresem znojów, trosk i lęków. Wojny, zarazy, kataklizmy i pożary wiele rodzin pogrążało w biedzie, niejednego trwale okaleczały i wyrzucały na społeczny margines.

Na obrazach Boscha oglądamy całą galerię poszkodowanych przez los nieszczęśników. Okaleczeni żebracy i włóczykije, degeneraci i opętani (których w szpitalach dla obłąkanych można było oglądać za opłatą, jako ciekawostki) pojawiają się równie często, jak rozmaite monstra. Czasem nie sposób odróżnić, co malarz widział na własne oczy, a co dodał od siebie.210780444-last-judgement-harp-academy-of-visual-arts-hieronymus-bosch

 

Demony są wśród nas

Wpatruję się w „Sąd Ostateczny” – i zastanawia mnie podobieństwo scen rozgrywających się na ziemskim padole z torturami, którymi w piekle męczy się grzeszników.

W raju również nie dzieje się dobrze – Adam i Ewa są właśnie wyrzucani za wiadomą konsumpcyjną niesubordynację, a zbuntowane anioły strącane z niebiańskich wyżyn na ziemski padół. I już w locie przeobrażają się w demony…95f5c896aa7f76168759a34ff6ce890f

Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda taki diabełek, ma okazję: anonimowy XVI-wieczny dowcipniś skonstruował malutkiego bazyliszka z wysuszonych rybich łusek i błon.

Skoro o transformacjach mowa – na omawianej wystawie znalazł się męski portret pędzla Giuseppe Archimboldiego. Swoim zwyczajem, ulubiony malarz Rudolfa II „ulepił” głowę z zadziwiających, odmiennych niż w rzeczywistości, elementów. W tym przypadku na ludzkie oblicze złożyły się różne bydlątka, od swojskich, poprzez zwierzynę łowiecką, po egzotyczne jak słoń czy lew. W ten sposób Archimboldo zaznaczał, że Człowiek jest panem wszelkiego stworzenia.bosch-archimboldo-aq2u-x

Niektórzy naukowcy potraktowali to dosłownie – bo oto w nieco dalej widzimy… zdjęcie Dolly, słynnej sklonowanej owieczki. A obok – dokonanie niejakiego Stelarka, współczesnego artysty australijskiego, który przeszczepił sobie na przedramię trzecie ucho. Stelarc uznał ludzkie ciało za „przestarzałe” i poświęcił się działaniom artystyczno-chirurgicznym, ofiarnie eksperymentując na sobie samym.bosch1

O ile mniej ryzykowne było malowanie czy rzeźbienie rozmaitych wynaturzeń!

Przykładem – naczynia ulepione przez włoskiego rzeźbiarza Federico Bonaldiego, mistrza ceramiki zmarłego dwa lata temu. Jednak garnki w kształcie głowonogów o wielkich oczach i wyszczerzonych zębach bardziej bawią, niż straszą. Swoją drogą, gdyby wychylić zawartość takiego dzbana, można uwierzyć w diabły.bonaldi3_0  487514be9472dc429a96dea087a1d819 leviatano-1981_mape-620x330federico-bonaldi-al-museo-civico-di-bassano-del-grappa-2

Najważniejsze: dawne monstra umoralniały, przestrzegały przed grzesznym życiem. Natomiast obecne próby negowania praw natury są świadectwem ludzkiej pychy.

Bo te najbardziej przerażające demony są w nas.

 

Zagubiona natura? Hybrydy, gnomy, monstra (i nie tylko) w pracach Hieronima Boscha – Wiedeń, Gemälde Galeria (Akademie der Bildenden Künste), wystawa czynna do 29 stycznia 2017

 

Tekst ukazał się w Rzeczpospolitej

PRZYJACIELE I GOŚCIE

PAPIERY WARTOŚCIOWE

ŻYCIE W OBRAZKACH

O MOMART

Powody, dla których musi powstać MOMArt

 

Sztuka jest potrzebą niemal atawistyczną. Człowiek jeszcze nie potrafił wyartykułować swych spostrzeżeń dotyczących świata, emocji, duchowych potrzeb – a już malował. To nie tylko chęć  upiększania najbliższego otoczenia, nie tylko wizualna oprawa różnego rodzaju rytuałów, nie jedynie ekspresja jednostkowych przeżyć.

Szuka – to człowieczy instynkt. Droga do samorozwoju. Dlaczego więc współcześni ludzie odeszli od sztuki?

Bo ani jej nie rozumieją, ani im się nie podoba.

Estetycznie ich zraża; technicznie i warsztatowo wydaje się łatwa, wręcz na amatorskim poziomie; przesłań nie wychwytują. Zawód krytyka sztuki (w tradycyjnym rozumieniu) przestał istnieć, zaś specjaliści wykształceni na historii sztuki, kulturoznawstawie czy medioznawstwie; kuratorzy i sami artyści stworzyli obieg zamknięty. Hermetyczny język, jakim porozumiewają się specjaliści „od sztuki” oraz nieprzystępność wizualna sprawiają, że sztuka stała się dziedziną obojętną większości, a nawet – znienawidzoną. Dziennikarze zatrudnieni w mediach nie potrafią przybliżać współczesnej twórczości szerokim kręgom odbiorców – jedynie powielają informacje, i tak powszechnie dostępne.

W efekcie, wielu ludzi „boi się” kultury – odrzucają ją a priori, bo nie chcą poczuć się „głupsi”. Lub też sądzą, że to artysta z nich kpi.

O autorce: Kobieta pracująca

 

– To jak panią przedstawić?

Często słyszę pytanie poprzedzające wejście na antenę czy wizję. Przez kilkanaście lat nie było problemu: krytyk sztuki „Rzeczpospolitej”. Gdy odeszłam, prosiłam o skreślenie nazwy gazety podczas prezentacji. Ale przecież krytykiem też już nie jestem, mniejsza z tym, dlaczego.

Kiedyś przy introdukcji mojej osoby padało: artystka. Znów – odpowiadało to prawdzie przez kilkanaście lat. Bywało, że nazywano mnie designerką. Trochę na wyrost, lecz powód był.

W notce o MM (jedynej w sieci) znalazłam określenie „grafik”. Fakt, skończyłam Wydział Grafiki, konkretnie – Pracownię Drzeworytu. Ani razu po studiach nie stanęłam przy graficznej prasie.

Za to próbowałam robić filmy animowane – cierpliwości starczyło mi na dwie noncamerowe miniatury. W literackim zakresie zadebiutowałam „Małą encyklopedią ruchu”; potem były książki o modzie i kulinariach. Robiłam maskotki, malowałam gumowe lalki, kleiłam makiety. Dłubałam biżuterię ze skóry, nizałam korale, zdobiłam malunkami drewniane chochle i deski. Tworzyłam kartki pocztowe, okładki do płyt, kalendarze; projektowałam książki, reklamy, katalogi.

W przerwach pomiędzy tym i owym, stylizowałam znane osoby, asystowałam przy zdjęciach,  aranżowałam wystawy, prowadziłam plenery, uczestniczyłam w sympozjach, wygłaszałam referaty.

Pisałam. Do periodyków, dzienników, miesięczników. Do katalogów. Do ludzi znanych i nie. Przeprowadzałam wywiady na tematy hobbystyczne z osobami medialnymi. Recenzowałam  wystawy, książki, filmy, komiksy. Przygotowywałam wariackie przyjęcia. Opisywałam wariackie przyjęcia. Złożyłam książkę o wariackich przyjęciach. Realizowałam programy telewizyjne, nagrywałam, montowałam, wygłaszałam felietony. Byłam radiowcem i tzw. osobowością telewizyjną. Uczyłam. Dzieci, młodzież i dorosłych. Historii sztuki, plastyki, matematyki. Obroniłam doktorat. Jak to zebrać do kupy?

Niedawno usłyszałam: ty jesteś jak Irena Kwiatkowska – kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi. Zbiegiem okoliczności, przed wielu laty Irena Kwiatkowska, aktorka współpracująca z Teatrem Radiowym dla Dzieci (dzieło mojej babci), sprezentowała mi łóżeczko – plecione, wiklinowe. Szybko z niego wyrosłam, niestety. Ale może dostałam od niej coś więcej?

Niefarty

– Ty miałaś jakieś niefarty?, powątpiewał koleś, kiedy podzieliłam się z nim zamiarem spisania tychże. Żeby to jeden! Ja na pechu chowana, wpadkami karmiona, klęskami kołysana. Bez obaw, to tutaj nie będzie listą skarg i zażaleń do losu. Przeciwnie. Jest słońce na mojej ulicy. Znam różne smaki: gorycz i słodycz, kwas i jałowość. Wodę, wódę, papierosy (z narkotykami doświadczeń brak). Głód i sytość. Insomnię i spanie na akord. Biedę, strach o jutro i poczucie komfortu. Dzięki kontrastom wiem, co dobre – bo jak wodzianki nie pojesz, nie ucieszysz się jesiotrem. Czego dowodem – pobyt w Moskwie za pieriestrojki, gdy trzy tygodnie karmiona kawiorem, za największy przysmak uznałam jajko na twardo. Są tacy, którym życie serwuje wyłącznie cenną ikrę. Plus szampan w dowolnej ilości. Szczęśliwcy? Bynajmniej. Upośledzeni. W czepku urodzeni frustraci. Nie wiedzą, co to radość, co satysfakcja. Znam ją. I znam jej wartość. Całe dobro bierze się z niedoli właśnie. Z kontrastu pozytyw/negatyw. Skala nieważna. Wiadomo, kropla wody może przesądzić sprawę. W uczuciach też. Lubię ludzi za drobiazgi, skreślam – również za przewinienia na pozór minimalne, ale jakoś decydujące.

I nigdy nie wiesz, kiedy nastąpi iluminacja. Jak tamtego dnia, kiedy wypindrzona wyszłam od fryzjerki, w poczuciu własnej atrakcyjności. Na środku Marszałkowskiej, w środku dnia, zaliczyłam orła na psiej kupie. Śmierdzącej, żółtej, miękkiej. Dłoń wraz z wodą podała mi nieznana osoba. Kobieta, żeby była jasność. Od ust – a był upał – odjęła sobie mineralną, poświęcając płyn na doprowadzenie do stanu używalności mojej ufajdanej kiecki. I jak nie kochać bliźniego?

REGULAMIN

Jak działa MOMArt

Rzecz o sztuce i kulturze – z subiektywnego punktu widzenia.
Teksty aktualizowane co tydzień – ale nie zawsze najgorętsze.
Komentarze do zjawisk na czasie – plus uwagi i odniesienia do przeszłości.

A propos publikacji – czekam na:
głosy/reakcje/uwagi/sugestie/zdjęcia.
Wszystko w telegraficznym skrócie.

Wykluczam wycieczki osobiste/wulgaryzmy/interesy własne.

KONTAKT

Monika Małkowska
monika@momart.org.pl