Testowa

BLOG

28
Jul

Marzenia ściętych głów (o wystawach Ai Weiwei’a w Wiedniu)

Udostępnij:

 

Ten widok na długo pozostanie mi w pamięci: wokół stawu przed barokowym pałacem Belvedere stoi siedem brązowych rzeźb przedstawiających gigantyczne zwierzęce łby. Są tu mysz, wół, lew, pies, małpa… Eksponowane na wysokich prętach, jak nabite na pal głowy pokonanych wrogów. Kolejne pięć pysków zostało zgrupowanych przed wejściem do budynku. Tu w gromadce ziemskich stworów wyróżnia się fantastyczny smok. Wszystko to symboliczne zwierza z horoskopu chińskiego.hr-headerzodiacsPREVIEW DER INSTALLATION "F LOTUS" VON AI WEIWEI: HUSSLEIN / AI WEIWEI

 

Porcelanowe kości

Autorem dzieła jest Ai Weiwei, zaś jego słynny cykl „Głowy Zodiaku” to reinterpretacja rzeźb z XVIII stulecia, którym… ucięto głowy. Dosłownie. Kiedyś było ich tuzin, ustawionych wokół basenu fontanny cesarskiej siedziby w Pekinie; ich układ tworzył rodzaj zegara słonecznego. W 1860 roku francuscy i brytyjscy rabusie dokonali dekapitacji – widać same łby łatwiej było spieniężyć. Z czasem odnalazło się siedem oryginałów, wedle których Weiwei opracował swoją wersję; pozostałe pięć wykreował z wyobraźni.

Poza zestawem zodiakalnym chiński gwiazdor zaprezentował w Wiedniu same premierowe prace.

Wpisał je w kontekst architektury i historii naddunajskiej stolicy. Prezentacja z gatunku site-specific nosi tytuł „translokacja–transformacja” (tak pisane, małą literą).

Żeby obejrzeć całość, trzeba pokonać ponad półkilometrowy dystans pomiędzy powalającym wyrafinowaną wystawnością Belvedere a skromnym modernistycznym pawilonem z połowy XX wieku. Minimalistyczna konstrukcja ze szkła i stali powstała na Expo ’58 w Brukseli; po zakończeniu wystawy miała być rozebrana. Jednak nagrodzona za „wizjonerski design” została zachowana i przeznaczona na muzeum sztuki współczesnej. Pięć lat temu pawilon przearanżowano i nazwano 21er Haus (Dom 21).

Ai Weiwei w historię tego miejsca wpisał rozdział z przeszłości swojego kraju. W przestrzeń Domu 21 wstawił inny dom, a raczej jego fragment. Zakupił zabytkową drewnianą rezydencję wzniesioną za dynastii Ming (lata 1368–1644), popadającą w ruinę w efekcie Rewolucji Kulturalnej. Kiedyś domostwo zamieszkiwała zamożna rodzina Wang, trudniąca się handlem herbatą. Centralną część siedziby, tzw. hol przodków, Weiwei przetransportował do Wiednia w postaci 1300 elementów. Tu ponownie zmontowano wysoką na 14 metrów konstrukcję. Drewniane kolumny, belki i mniejsze kawałki składały się jak klocki lego, bez jednego gwoździa. Stare drewno nabrało pięknej patyny. W ten szlachetny materiał artysta wmontował współczesne reliefy, motywami nawiązujące do tradycyjnych zdobień, lecz pomalowane na ostre, rażące oczy kolory. Bo Chiny wyprzedają swą dawną kulturę, frymarczą tym, co stanowiło podwaliny potęgi.

.Ai Weiwei ai-weiwei-fuellt-das-21er-haus-in-wien-aus-41-65342034

Ta swoista świątynia zajmuje środek pawilonu. Wokół niej rozmieszczono inne wizualne aluzje do chińskich obyczajów. Oto dwa „dywany”: jeden utworzony z tysięcy odtłuczonych dzióbków od czajników do herbaty (z daleka porcelanowe szczętki wyglądają jak usypisko z kości, co kojarzy się cmentarnie, śmiertelnie).

13671075_592874677559384_773380639_n13725556_1838411309726335_1589967920_n

Drugi kobierzec został „utkany” z herbacianego suszu, wciąż kusząco pachnącego. Na nim ustawiono dwa „domki” ze sprasowanej herbaty. W przeciwieństwie do listków, to ciężki kaliber – każdy waży tonę. Waga stanowi istotę tej instalacji – wszak w Państwie Środka rytuał parzenia i picia herbaty to była osobna sztuka. Ważna.

 

Forma jak „F”

Teraz czas na spacer. Trasa prowadzi do ogrodu przy Górnym Belwederze; tamże – wspomniane już „Głowy Zodiaku”. Ale nie tylko. Warto spojrzeć na staw o regularnym, symetrycznym kształcie. Taflę wody pokrywają lotosy, kwiaty symbolizujące czystość i długowieczność. Nie są to jednak prawdziwe rośliny. Ai ułożył 201 lotosopodobnych form z… kamizelek ratunkowych, chroniących przed zatonięciem. Tu już nie chodzi o przeszłość ojczyzny artysty. To metafora współczesnego świata, masowych migracji, nielegalnego przewozu uchodźców i łączących się z tym zagrożeń. Weiwei też jest wiecznym tułaczem – gdyby ktoś pytał, obecnie mieszka w Berlinie.lr-1462804494967 971a4720-4956-11e6-bde2-88ea9f1c6889_1280x720

Na tym nie koniec treści wpisanych w „Lotosy”. Otóż te „kwiaty” pływają po stawie w zorganizowany sposób – wespół tworzą pięknie wykaligrafowaną literę „F”. Co to oznacza? Autor pozwala widzom zgadywać, podpowiadając dwa słowa: fate i future.

Los i przyszłość.ai_weiwei_pieza_flotante_refugiados_viena_0130290750-01_big

Po tym akcencie uniwersalnym i aktualnym widza czeka kolejna wyprawa do Chin i tamtejszej kultury. Ostatni przystanek na trasie wystawowej kryje się pod dachem Belvedere. Wokół paradnych pałacowych schodów fruwają trzy stwory, przywołane z dalekowschodnich mitów, pamiętających III wiek przed naszą erą. Skrzydlate smoki, skomponowane z części rozmaitych zwierząt, kojarzą się z malarstwem Hieronima Boscha. Ale Ai łączy fantazję z rzeczywistością. Mianowicie, potwory zostały „wyrzeźbione” z białego jedwabiu rozpiętego na bambusowej konstrukcji. Wyglądają jak z papieru, co z kolei kieruje skojarzenia ku latawcom, ulubionej chińskiej rozrywce i sztuce

.0xAB1CF64CDCDF54B4C234268DEFF7963B 0xB3DD82781F0F902844AA11FA41D0AB3F

Smoki doskonale czują się wśród barokowych rzeźb, kandelabrów i dekoracji. Podobnie ich autor, który umie znaleźć się w każdej sytuacji. Duży, wręcz olbrzymi facet, nawet z własnej postaci uczynił trademark

.08789e5ac5be55a5f54b3b5fa070956b8c9e4e22 ai-weiwei-chinese-artist-2008-big 546400222 13238496

W ogóle ten niemłody już twórca (28 sierpnia będzie obchodził 59. urodziny) stwarza problemy krytykom i odbiorcom. Jest w nim pewna niejednoznaczność. Niby dysydent, a tak naprawdę celebryta. Niby nielubiany przez chińskie władze – a przecież wykorzystywany jako żywa promocja kraju. Karany więzieniem, lecz wszędzie przyjmowany z honorami. Niby pochylający się nad losem skrzywdzonych, zarazem kokietujący opinię świata. Jedno trzeba mu przyznać bez zastrzeżeń: wybitną intuicję w tworzeniu symboli czytelnych pod każdą szerokością geograficzną.204244_1000x5000xDC34384E208782E944473229A11774E6Výstřižek-5

 

 

Ai Weiwei „translokacja – transformacja” – Belvedere i 21er Haus, Wiedeń wystawa czynna do 20 listopada 2016

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

13
Jul

Sen seksem podszyty (recenzja z komiksu „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud{

Udostępnij:

Nie ma tematów za trudnych dla autorów komiksów, oczywiście tych ambitnych i wybitnych. „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud” The_Wolf_Manjest dziełem doskonałym, acz wymagającym od czytelnika bodaj ogólnej orientacji w teorii rozwoju psychoseksualnego, dziecięcych nerwicach i w ogóle rewolucji dokonanej w naukach humanistycznych przez Zygmunta Freuda mniej więcej stulecie temu.

Ale proszę nie uciekać!

„Człowiek-wilk” to wstrząsający dokument o tym, jak nauka błądziła.

 

Na kanwie prawdy

Rzecz została podana w fascynującej formie graficznej, którą zawdzięczamy Sławie Harasymowicz, urodzonej w Krakowie brytyjskiej artystce (dyplomowanej w 2006 roku)slawa,

nota bene ex-studentce Andrzeja Klimowskiegoklimowski andrzej_6139616Klimowski8_525 Arrival-2  (A tu – prace Andrzeja Klimowskiego),

wykładowcy Royal College of Art.

Choć była to jej debiutancka graficzna opowieść, Harasymowicz doceniło londyńskie Muzeum Freuda, gdzie plansze do „Człowieka-wilka” były eksponowane cztery lata temu50. Musiały się spodobać – Harasymowicz kreuje niepokojące wizje, jakby podążała tropami zaburzeń tytułowej postaci. Raz pokazuje sceny ujęte realistycznie, opierając się na fotografiach; to znów rozchwiewa kadry, zmiękcza kreskę, rozmywa obraz, przysłania fragmenty. Cały czas kadruje jak szalona, jakby traciła panowanie nad tym, co rzeczywiste, a co wyobrażone. To wszystko służy oddaniu emocji i stanu psychicznego głównych postaci.

Stronę wizualną wzmacnia równie świetny scenariusz. Autorem tegoż jest Richard Appignanesi (ur. 1940), Richard Appignanesi. photomieszkający w Londynie Kanadyjczyk. Pisarz, muzyk i wydawca, do tego erudyta, znawca historii kultury i filozofii, nie brzydzi się formami wywodzącymi się z pop-kultury, by „oswoić” młode pokolenia z zagadnieniami z wyższej intelektualnej półki.hysteria-slide3

Dialogi do komiksu „Człowiek-wilk” powstały na kanwie przełomowej pracy wiedeńskiego psychoanalityka – eseju „Z historii nerwicy dziecięcej”, napisanego w 1918 roku. Analizowanym „przypadkiem” był niejaki Siergiej Pankiejew, bogaty rosyjski arystokrata urodzony w Odessie w 1886 roku. Jednak ani uprzywilejowana pozycja społeczna, ani pieniądze nie dawały mu szczęścia. Zdiagnozowano u niego obłęd maniakalno-depresyjny, z którego próbowały go – bezskutecznie – wyleczyć najtęższe umysły tamtych czasów. Gnębiony depresją i poczuciem bezcelowości życia pojawił się w gabinecie Freuda, gotów podjąć ryzyko nowatorskiej terapii. Miał wówczas 23 lata.

 

Kim pan jest, panie Freud?

F-PktkpTURBXy9iZGM0ZTc4MDY0MTBlMTQyNTQxN2JhYTZmNTcyZWUwYS5qcGeSlQMAAM0DIM0BwpMFzQMgzQHC 26

Freud zdecydował się na eksperyment. Zastosował „kozetkową kurację”, pytaniami zmuszając Pankiejewa do przywołania najodleglejszych wspomnień oraz snów. Wtedy to Rosjanin przypomniał sobie koszmar z dzieciństwa: sen o białych wilkach, siedzących na drzewie i wpatrujących się weń z wrogimi (niewątpliwie) zamiarami.7602618188_7bff9e83bc_o 269293601_1280x720 7733820192_56f7cb69a3 7733819878_85b49a0522

Freud triumfował: wykazał, że w snach ujawniają się treści wypierane ze świadomości. A jego pacjent (opisany w eseju) zyskał pseudonim „człowiek-wilk”. Psychoanaliza trwała cztery lata i zakończyła się wraz z przełomowym dla świata momentem – w dniu morderstwa arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Wszystko byłoby pięknie i na chwałę Freudowi, gdyby… Pankiejew poczuł się lepiej.

Tak jednak nie było.

Czteroletnia (czy nawet pięcioletnia) terapia okazała się nieskuteczna. Pomimo że Rosjanin prawie uwierzył w swój ukryty homoseksualizm, kazirodcze pożądanie wobec ojca, a jednocześnie matki, w „histerię” jelit (przyczyna niepodziewanych wypróżnień w dzieciństwie i zaparć w dorosłym wieku) – było nadal źle. Co ważne – ujawnione w komiksie relacje z przebiegu leczenia wcale nie są korzystne dla „mistrza”. Czytając jego kwestie odnosi się wrażenie, że jest hochsztaplerem lub człowiekiem bardziej chorym niż jego pacjent. Jego „diagnozy” i metody „leczenia” przypominają średniowieczną szarlatanerię, nie zaś poważną naukę. Nasuwają się też wątpliwości natury moralnej. Wydaje się, że to lekarz wpycha chorego w odmęty szaleństwa, wmawiając mu, że chciał mieć dziecko ze swym własnym ojcem, jednocześnie pożądając matki.

 

Analiza analityka

Osobistą sytuację „rosyjskiego przypadku” dodatkowo gmatwa wybuch pierwszej wojny światowej (w której nadejście Freud nie wierzył – świadectwo, że intuicja go zawodziła), rewolucja sowiecka, raptowne zubożenie arystokracji… I oto znów Pankiejew zgłasza się do Freuda, tym razem bez grosza przy duszy.WOLFMAN-2-540x736

Niespodziewanie, papa psychoanalizy okazuje się wspaniałomyślny – nie tylko „leczy” pacjenta gratis, także wspiera go finansowo. Nie jest bezinteresowny: nadal prowadzi swoje naukowe badania, mając „królika” na własność. A Pankiejew uważa to za sprawiedliwe, bo przecież „Freud był mu to winien”: to pan Zygmunt uczynił go nędzarzem, to psychoterapeuta ubezwłasnowolnił go, czyniąc „synem zastępczym”.

Gdyby ktoś był ciekaw pokrętnych relacji psychiatra/pacjent – odsyłam do komiksu.

Niezwykły jest też finał obydwu postaci. Jak wiadomo, Zygmunt Freud, wiedeński Żyd, po Anschlussie Austrii salwował się ucieczką do Londynu, gdzie przeżył rok, nękany dolegliwościami związanymi z nowotworem szczęki; zmarł w 1939 roku.

Pankiejew zaś odszedł 40 lat później, w wieku 92 lat. Pięć lat wcześniej udzielił wywiadu-rzeki austriackiej dziennikarce, w którym tak wspomina sławetną terapię: „To było bezcelowe, zupełna katastrofa! Jestem w takim samym stanie, w jakim przyszedłem do Freuda po raz pierwszy.”

Ten komiks ma obecnie większy sens, niż za życia Freuda. Ma perspektywę i następstwa.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy wierzą w sprawczą moc psychoterapeutów.

 

Tekst napisany i opublikowany w „Rzeczpospolitej”.

 

Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud

Scenariusz: Richard Appignanesi

Rysunki: Sława Harasymowicz

Tłum: Sebastian Buła i Wojciech Szot

Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016

10
Jul

Jestem dziś stary i nie lubię imprez (recenzja komiksu „DYM”)

Udostępnij:

 

Czy człowiek przed czterdziestką może czuć się staro? Jeśli jest muzykiem, który zagrał ponad 600 koncertów i sporą część życia spędził w trasie – ma pełne prawo. Oto przypadek Pawła Sołtysa powszechnie znanego jako Pablopavo, bohatera komiksu „Dym”. Z podtytułem „wywiad graficzny”

dym-okladka

.zdjecie_pablo_autorzy

Przeprowadzili ten interview dwaj Marcinowie – dziennikarz muzyczny Węcławek, dwa lata młodszy od „warszawskiego barda” oraz Podolec (25-latek, rocznik 1991), odpowiedzialny za stronę graficzną albumu. Przez dwa lata wałkowali temat, wyciskając z Pablopavo zwierzenia i życiorys. Wstrzelili się idealnie: ich heros został laureatem „Paszportu Polityki” (2015), dzięki czemu stał się powszechnie rozpoznawalną postacią.

Gala „Paszportów” została odnotowana w komiksie. 3bf952b7-64bf-49f0-a66a-9915ca5eea4e

Nie, żeby muzyk nadmiernie ekscytował się tym wyróżnieniem – pozowanie do zdjęć i reakcje polityków wprawiały go w zażenowanie – ale cieszyła go radość sprawiona żonie. Bo Paweł Sołtys ma tradycyjne, niegdysiejsze priorytety: ukochana kobieta i rodzina (stan aktualny: dwa plus jeden), rodzice (którzy zaszczepili mu pogardę dla pieniądza i miłość do muzyki), no i kumple, za których dałby się posiekać.

Leitmotiv albumu to… dym. Z papierosa. Świadome, czy przypadkowe odniesienie do szlagieru naszych dziadków „Jak dymek z papierosa”?

Paweł S. snuje autobiograficzną opowieść w rytm wypalonych szlugów: pięć petów, pięć rozdziałów, pięć coraz bardziej zadymionych, zamazanych fotografii artysty. Obraz dopełniają teksty piosenek, mniej lub bardziej literacko trafione, zawsze szczere, zawsze osadzone w kontekście Warszawy, zawsze odnoszące się do prywatnych doświadczeń Sołtysa.

To nie pierwszy komiksowo-muzyczny dokument wykreowany przez Podolca. Trzy lata temu odtworzył scenę i atmosferę w legendarnym klubie „Fugazi” na podstawie relacji Waldemara Czapskiego, założyciela przybytku. Wówczas jako dominanty barwnej użył zimnego błękitu – bo ten odcień kojarzył mu się z przeszłością i nostalgią.

Biografię Pablopavo Marcin Podolec odmalował różnymi odcieniami sepii.

skan1-640 pablopavo-w-komiksie-1459420444 2Odniesienie do starych rodzinnych albumów i pozowanych zdjęć. Celowy zabieg – bo w gruncie rzeczy los współczesnego muzyka niewiele różni się od doświadczeń współczesnego artysty. Wiecznie w podróży, w trudnych warunkach, konfrontowani z publicznością, której smak i kultura nieraz pozostawiają wiele do życzenia.

W „Dymie” uwidoczniają się rozmaite mało romantyczne strony peregrynowania z koncertami po kraju. Po odbyciu trasy człowiek czuje się „wydrylowany jak oliwka”. Oczywiście, zdarzają się chwile wzlotów, kiedy twórczy impuls unosi solistę i zespół ponad rzeczywistość. Jest cudnie, za to powrót do codzienności staje się bolesny. Jak wytrzymać, wytrwać w tych skrajnościach? Jak nie poddać się nerwicom i nałogom?

Znamy tego typu wyznania z wielu biografii gwiazd estrady. Tym razem jednak wartością dodaną są rysunki Podolca oraz inteligentna, doskonale konsekwentna, koncepcja albumu. Sytuacje „tu i teraz”, czyli przebieg nagrywania rozmów, Podolec pokazuje w cartoonowej konwencji: trzech gości przy stoliku pod parasolem, jeden w bejsbolówce, jeden nagrywa, jeden zawsze siedzi tyłem (to autor rysunków). Gdy wymaga tego akcja, Podolec odtwarza warszawskie plenery z dokładnością dokumentalisty. Kiedy potrzebny jest jakiś charakterystyczny detal (np. wzmiankowana czapka z wizerunkiem Deyny, zawsze noszona przed Sołtysa) – Podolec wiernie to rejestruje.

Inaczej jest w momentach, w których Pablopavo przyznaje się do dwoistości swej natury – do koegzystencji dobrego Pablo i złego Pavo („Pablo jest grzeczny, nie wadzi nikomu (…) Pavo jest kulą, która trafia w płot”). Jak dr Jekyll i Mr. Hyde. Rysownik intrygująco przedstawia tę ambiwalencję: „złym” jest wielkolud o twarzy bez oczu i wyrazu, trochę przerażający, lecz nierealny; zaś jego przeciwieństwem – mały ludzik (nomen omen) o wyrazistej mimice. Co znamienne – obydwaj noszą bejsbolówki i namiętnie palą. Na razie żaden nie uleciał z dymem.

A Pablopavo już na zawsze pozostanie postacią ze świata muzyki – i komiksu.

 

Recenzja napisana dla „Rzeczpospolitej” 

„Dym Pablopavo. Wywiad graficzny”

Tekst: Marcin „Flint” Węcławek; rysunki: Marcin Podolec

Kultura Gniewu/Karrot Kommando, Warszawa 2016

10
Jul

Morderstwo w pozaczasie (recenzja komiksu „Patience”)

Udostępnij:

 

Od dawno mój faworyt. Wydaje albumy rzadko; u nas ukazują się na ogół z wieloletnim poślizgiem Ale akurat ten zatytułowany „Patience” Patience-Daniel-Clowes

Daniel Clowes (ur. 1961) 1024x1024clowes-1

opublikował w USA w tym samym roku, w którym pojawił się w Polsce.

Obsypywany nagrodami autor ma na koncie współpracę z Davidem Lynchem, z którym po łączyło go upodobanie do kampu, groteski i czarnego horroru, a wszystko to podane w surrealistycznym sosie.

 

W ten album wchodzi się jak w szaleństwo.2519298-i02-2016-073-19600050b

160307_BOOKS_Daniel-Clowes-panel1.jpg.CROP.promo-xlarge202e45767

Od pierwszych kadrów przyprawia o gęsią skórkę. „Patience”, czyli Cierpliwość – takie imię nosi bohaterka. Dwuznaczny tytuł. Domyślamy się, że ktoś tu będzie grał na zwłokę…

Zaczyna się tak banalnie, że aż boli. Jest rok 2012, jakieś amerykańskie miasto, jakaś para biedaków/przeciętniaków dowiadują się, że za pewien czas będą rodzicami. Są szczęśliwi, ale też oszołomieni. A czytelnik już spodziewa się najgorszego. Bo Clowes nawet prostą, intymną scenę potrafi nasycić grozą. To kwestia kadrowania, sposobu rysowania i kolorystyki. Barwy jakieś zgrzytliwe, odpychające, nienaturalne (czasem ciało jest niebieskie, to znów żółte lub fioletowe); linia dziwnie zimna, „nieżyczliwa” postaciom. Kadry niby realistyczne, sceneria z życia wzięta, lecz wszystko nagle przeobraża się w potworność, w wynaturzenie, wręcz obrzydliwość. Co zadziwiające – nawet fantastyczne sytuacje nacechowane są zwyczajnością. Ani przez moment ta dziwna bajka nie pozwala nam zapomnieć, że dzieje się tu i teraz. A ludzie? Kreatury-karykatury. Cóż, znamy podobnych aż za dobrze.

Już na samym początku orientujemy się, że Patience i jej mąż Jack Barlow, mimo miłości, nie byli względem siebie całkiem szczerzy. On nie dostał pracy, która pozwoliłaby im stanąć na nogi; ona nie miała tak świetlanej przeszłości, w jaką on wierzył. Jednak z pewnością dogadaliby się, wybaczyli sobie, żyli długo i szczęśliwie, gdyby nie to, że… Patience zostaje zamordowana.

Kryminał. Zrozpaczony Jack, najpierw posądzony o zbrodnię, potem uniewinniony, ma jeden cel w życiu: pomścić ukochaną. Zdeterminowany, nie cofa się przed szarlatanerią. Wchodzi w posiadanie „wehikułu czasu” i… zaczyna się jazda, nad którą mściciel nie do końca panuje: nie zawsze trafia we właściwy rok.

Clowes wspaniale charakteryzuje każdy okres i miejsce, do którego dociera nieszczęsny Jack. Przy okazji snucia historii, dokumentuje epokę. Taka dbałość o detal budzi szacunek!

Zadziwiające też, że wątek fantastyczny wcale nie czyni opowieści sympatyczniejszą czy łatwiejszą do przyjęcia. To nie bajka ani sf – to jakiś koszmar, horror. Autor cały czas przykłada odbiorcy prawym sierpowym rzeczywistości. Jack odkrywa po drodze „w tył” tyle paskudztw i szwindli, że brak kasy wydaje się przy nich najmniejszym problemem.

Bo prawdziwą przyczyną zła jest… niewłaściwe miejsce urodzenia.

Czy Patience musiała zostać ofiarą? Czy Jack ma szansę ją uratować, wszystko jedno, przy pomocy jakich zabiegów i urządzeń?

Clowes stawia mało optymistyczną diagnozę. Nie swoim postaciom – społeczeństwu. Temu najbardziej demokratycznemu na świecie, zasobnemu, gdzie rzekomo każdy pucybut z motywacją może zostać milionerem, a na pewno ukuć swój los. Jednak przykrość płynącą z ponurych konstatacji rekompensuje artystyczny poziom albumu.

Rewelacja – ale nie dla tych, którzy szukają w komiksie rozrywki. Do „Patience” trzeba cierpliwości. I intelektualnego wysiłku. Ale warto.

 

 

Recenzja napisana dla „Rzeczpospolitej”

 

„Patience”

Scenariusz i rysunki – Daniel Clowes

Tłum. – Wojciech Góralczyk

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2016

01
Jul

Jak tworzyć mity (Anda Rottenberg nagina fakty)

Udostępnij:

Kultura Liberalna

 Rzepa 7-8.03.2001 (1)Rzepa 08.03.2001Rzepa 28-29.04.2001
 ROZMOWA…

Wolność doskwiera. Rozmowa z Andą Rottenberg

Z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowskianda 980_980 z17032839IER,Anda-Rottenberg z16137721Q,Anda-Rottenberg--byla-dyrektorka-Zachety--w-antyhe

O społecznej roli sztuki po 1989 r., radzeniu sobie z ograniczeniami narzucanymi przez polityków i mechanizmy rynkowe oraz o pożegnaniu artystów ze sztuką krytyczną na rzecz eskapizmu – z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowski.

Grzegorz Brzozowski: Czy przeżyła pani w swojej kuratorskiej karierze taki moment, gdy miała pani poczucie rzeczywistego ukształtowania społecznej wrażliwości estetycznej?

Anda Rottenberg: Tak mi się w życiu złożyło, że propozycje moje czy moich kuratorów w Zachęcie zawsze wyprzedzały upowszechnienie, które nastąpiło po tych wszystkich skandalach. Te zmiany są absolutnie widoczne, musiał tylko upłynąć czas, który zawsze działa na korzyść artysty. Najpierw jest odrzucenie i poczucie obcości, potem czas na przyzwyczajanie się, a następnie już akceptacja. Najbardziej może spektakularnym tego przykładem były wystawy Katarzyny Kozyry. Zaczęło się od skandalu z „Łaźnią żeńską”, skandal powtórzył się z „Łaźnią męską” jeszcze zanim została pokazana w Warszawie i w Wenecji. Ale ponieważ w Wenecji dostała ona za tę pracę nagrodę, sytuacja się zmieniła. I po pewnym czasie okazało się, że ta wstrętna Katarzyna Kozyra to teraz nasza Kasia Kozyra. Dziś, cokolwiek zrobi, nie budzi już fali społecznego czy medialnego odrzucenia.

(…)

Zatem paradoksalnie pewien rodzaj wolności sztuki, który udało się w czasach komuny wygospodarować, okazał się po 1989 nieosiągalny?

Kiedy nastąpiła konstytucyjna wolność i teoretycznie zlikwidowano cenzurę, pojawiła się społeczna potrzeba wprowadzania ponownych ograniczeń, tworzenia ram, poza które nie powinno się wykraczać w imię niedookreślonych, niepisanych zasad. Niecenzuralny okazał się nowy, jeszcze nieprzyswojony język sztuki wprowadzany przez nowe pokolenie. Wtedy się tego nie spodziewałam, zajmowałam się przede wszystkim sztuką, nie edukacją muzealną, która była w powijakach. Wzięłam Zachętę w 1993 r., kiedy społeczeństwo nie było jeszcze przyzwyczajone do zderzenia z wolnością artysty. Ludzie nie bardzo wiedzą, co robić z wolnością. Potrzebują wskazówek.

W stanie wojennym byli tacy, którzy zadawali pytania w rodzaju: „Chciałbym żyć uczciwie jako artysta, proszę mi powiedzieć, gdzie mogę wystawiać, a gdzie nie, bo chce być postrzegany jako artysta opozycyjny”. Mówiłam: „Wie pan, jest pan wolnym człowiekiem, proszę wybrać”. Wolność doskwiera. Więc jeśli artyści nagle zaczęli rzeczywiście realizować swoją wolność, to było bardzo trudne do przełknięcia, a wkrótce okazało się obraźliwe.

Kiedy to panią uderzyło? Kiedy zdała sobie pani sprawę, że nauka wolności w szerszym społecznym wymiarze będzie dłuższym procesem, niż się wydaje?

Myślę, że stało się to właśnie po pierwszej wystawie Kozyry, pierwszej w tym ciągu wystaw uznanych za kontrowersyjne. Narastanie poczucia obcości wobec tej sztuki trwało ponad cztery lata, jego kulminacja nastąpiła przy Cattelanie. Widziałam to, czytałam gazety, słuchałam reakcji nawet moich kolegów, krytyków. Widać było, że nie starają się zrozumieć społecznych diagnoz stawianych przez wystawiających w Zachęcie artystów. Ale nic dziwnego, wprowadziłam do najważniejszego salonu w Warszawie – jeśli nie w Polsce – pewne ważne diagnozy wyrażane w bardzo wówczas niekonwencjonalny sposób.

Mam poczucie, że miałam pionierską rolę. Kiedy objęłam Zachętę, nikt o niej na świecie nie słyszał. Musiałam uzmysłowić piętnastu dyrektorom najważniejszych muzeów świata, trzydziestu ważnym kuratorom oraz dziesiątkom liczących się w świecie artystów, że istnieje takie miejsce, jak Zachęta, że tu się coś odbywa, że to ważna galeria i możemy podjąć współpracę. Pozycjonowanie takiego miejsca zajmuje mnóstwo czasu. Przede wszystkim polega to na wypracowaniu swojej własnej, dyrektorskiej wiarygodności, bez tego nic się nie uda. A tę wiarygodność buduje się przez realizację określonego programu. W tamtym czasie wszystko trzeba było robić naraz, z istniejącym zespołem, który znałam już gdy odchodziłam z Zachęty w 1973 r. Oni wszyscy tam zostali. Po dwudziestu latach wróciłam do rzeki, która nie płynęła zbyt wartko. Zostało w tym czasie przyjętych kilka młodych osób, kilka sama wprowadziłam. Na nich opierałam swoją działalność, cała reszta wymagała zmotywowania. I udało mi się to zrobić, co mnie zupełnie zdumiało.

Dzisiaj oczywiście wydaje się, że mogłam to zrobić lepiej i zupełnie inaczej, ale było do nadrobienia mnóstwo zaległości, zaczynając od wypełniania zaległych luk programowych, czyli prezentowania twórczości ważnych artystów, którzy nie mieli jeszcze poważnych, dużych wystaw. Kontynuowałam też tradycję wystaw problemowych, realizowanych wcześniej przez Janusza Boguckiego i Marka Rostworowskiego, tyle że w odświeżonej formule. Tej ciągłości też nikt nie dostrzegł. A tych młodych, niepokornych, ciekawych pokazywała głównie Hania Wróblewska w Małym Salonie, poniekąd na marginesie głównego nurty programowego, lecz to właśnie one spowodowały serię skandali wokół galerii.

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

(…)

Czy chodzi tu jednak przede wszystkim o wyzwanie, jaki stanowiły konflikty z przedstawicielami prawicy? Czy raczej potransformacyjna klasa polityczna jako taka nie sprostała zadaniu ustanowieniu warunków autonomii sztuki?

Pan Minister Dejmek, który jak wiemy, był zbliżony do kół postkomunistycznych, po czterominutowym pobycie na wystawie traktowanej dziś jako historyczna, „Gdzie jest brat twój Abel” z 1995 r., zasugerował ustami swego przedstawiciela, żebym się czuła odwołana. Czy inaczej: pan wiceminister zaproponował, żebym sobie szykowała następcę. Konsekwencją było rozpisanie konkursu na moje stanowisko na długo, zanim moja kadencja się skończyła. Nie twierdzę więc, że tylko prawica ma takie potrzeby, ponieważ liczba donosów na mnie ze strony kół postkomunistycznych, które trafiły na biurko ministra Dejmka, również była imponująca. Tak się akurat złożyło, że je wszystkie czytałam, czego nadawcy może nie wiedzieli.

To też były ukryte naciski polityczne, które dalej funkcjonują instrument, którym nie cenzurując wprost, można wpływać na profil funkcjonowania instytucji. Ja się akurat na to nie godziłam przy żadnym ministrze. Miałam może luksusową sytuację, a przynajmniej wydawało mi się, że mogę ją mieć. Gdy znalazłam się z dnia na dzień na ulicy bez środków do życia i ubezpieczenia, a okazało się, że muszę iść na operację, to było troszkę gorzej. Nie miałam jednak kredytów, małych dzieci, iluś tam uwarunkowań socjalnych, przy których człowiek się zastanowi, czy może sobie pozwolić na to, że odchodzi w każdej chwili. Bo w gruncie rzeczy chodzi o zachowanie lub niezachowanie posady, choć często mówi się wówczas o nieoddawaniu pola.

Kiedy na przełomie lat 2000/2001 byłam na krótkim urlopie w Brazylii, zadzwonił do mnie zastępca Michała Ujazdowskiego z propozycją, żebym zamknęła wystawę z tym nieszczęsnym Cattelanem. Odpowiedziałam: „Panie ministrze, galeria należy do pana, już pan zamknął wystawę Piotra Uklańskiego, może pan też zamknąć wystawę, którą zrobił szwajcarski kurator. Nie zamierzam pana w tym wyręczać”. Gdybym tę wystawę zamknęła, zapewne zostałabym w Zachęcie. Ale wiem, że to by mnie nie uratowało przed społecznym pręgierzem, bo nastroje już były przez prasę rozhuśtane. Gdybym została, to w poczuciu totalnego dyskomfortu i klęski – że właściwie zachowałam posadę za cenę zamknięcia ekspozycji – po prostu wstydziłabym się sama przed sobą. Mogłam sobie jednak na taki ruch pozwolić psychicznie i ekonomicznie, ponieważ nie miałam wielkich potrzeb materialnych. Ale dla bardzo wielu osób jest to bardzo trudne, ja to świetnie rozumiem.

.z13089391Q,Anda-Rottenberg--Sukienka-z-butiku-EM-Cashmere-prz 000003V69ANII1N8-C122-F4  Celebrytką być… scena z: Anda Rottenberg, SK:, , fot. Wojtalewicz Jarosław/AKPA

 

Tyle cytatów z wywiadu AR dla Kultury Liberalnej..

Teraz – mój głos.

 

Otóż mając do dyspozycji o wiele obszerniejsze, niż obecnie, lamy „Rzeczpospolitej”, broniłam awangardy, odważnych pomysłów, nawet prowokacji. Występowałam w obronie Andy i jej programu w Zachęcie. Natomiast, jeśli nie podobały mi się robione przez nią wystawy (jeszcze gdy kierowała galerią DAP, zjechałam pokazywane tam przez AR reklamowe słodkości Ryszarda Horowitza).  I proszę sobie poczytać, jak był naprawdę z odejściem Andy ze stołka dyrektorskiego w Zachęcie. Miała zapewnione miękkie lądowanie w MSN – co jednak się nie stało i stąd ten wrzask.

 

Rzepa 19.03.2001

25
Jun

Pod Twoją obronę (o wystawie „Maria Mater Misericordiae” w krakowskim Muzeum Narodowym

Udostępnij:

W krakowskim Muzeum Narodowym zaczęło się wielkie zgromadzenie… Marii Matek Miłosierdzia.06_Francesco_Ferrucci Andrea_Mantegna ce562d50-098a-4de8-a247-cf4ac18b91d9 7d4fee600ba3829163f394e5bbc68cb4_wide maria_mater_tablet 1d88218d-d6f0-4b59-ad7f-111797dbc614

Orędowniczek i opiekunek ludzkości jest prawie setka. Wyrzeźbionych, namalowanych, wyobrażonych w technikach graficznych. Pochodzą ze wszystkich stron Europy. Najstarsza powstała w 1100 roku, najmłodsza ma „zaledwie” 300 lat. Większość po raz pierwszy opuszcza swoje stałe miejsca – kościoły, klasztory, muzea. Każda z nich jest zasłużona dla sztuki, ale przede wszystkim – dla tych, którzy w Jej interwencji pokładali nadzieje. To bodaj najbardziej poruszający aspekt prezentacji: unaocznienie emocji, towarzyszących kultowi maryjnemu.

Od słynnych nazwisk, których dzieła trafiły do Krakowa, kręci się w głowie: Giotto, Michał Anioł, Memling, Mantegna, Dürer, Donatello, Ghiberti, Zurbarán, Rubens, Crivelli.

Jednak nie o rangę autorów tu chodzi, ważniejsza wymowa całej wystawy. Widać, jak dalece obiekty kultu stanowiły integralną część kultury, nie tylko odświętnej i elitarnej, również powszechnej, codziennej. I jeszcze coś mnie fascynuje – emanacja duchowości. Nie rzecz w tym, że to obiekty sakralne. Duchowość wyraża się w poważnym podejściu do sztuki, w szacunku dla odbiorcy. Jestem pewna, że również współcześni widzowie to odczują.

.mmm_otwarcie_9  T_7ktkqTURBXy81YzdiMWE5MzJhODk4NmI1MDVmYWMzYjg4NTk0NTdkNi5qcGVnk5UDAAHNAfHNAReTBc0DFM0BvJUH2TIvcHVsc2Ntcy9NREFfLzE0MGIxY2ZlN2YwYWM1MmVkYzAxMGQ3MDk3OGU4NGJlLnBuZwDCAA

Podział ról i przestrzeni

Wizerunki Matki Boskiej zebrane w muzeum (kuratorami są profesorowie Piotr Krasny i Giovanni Morello) to tylko część fascynującej podróży przez wieki. Kontynuacją – spacer po centrum miasta i obejrzenie in situ dzieł o podobnej tematyce, w czym pomocna będzie specjalnie przygotowana mapa.

Wypada dodać, że zgromadzone w Krakowie Matki Boże pełną rozliczne i zróżnicowane zadania – od karmienia własnego Syna do ratowania syna pewnej kobiety, która posłała latorośl do diabła. Owa rozpiętość ról, które powierzano Marii Miłosierdzia, zadecydował o aranżacji oraz układzie eksponatów. Sale wystawowe przeobrażono w swoistą świątynię z nawą główną, nawami bocznymi i prezbiterium. Orientację w tematyce ułatwia kolorystyka poszczególnych przestrzeni. Działów jest sześć – tyle, ile podstawowych typów ikonograficznych związanych z kultem Orędowniczki. A więc mamy Strażniczkę skarbca Bożego miłosierdzia (to przy wejściu), która styka się z wyobrażeniami Matki Boskiej Czułej. Z prawej strony jest Ornatka (czyli modląca się), następnie – Maria w płaszczu opiekuńczym. Przeciwległą „nawę” przeznaczono dla Madonny karmiącej Dzieciątko, zaś absydę zajmuje dramatyczna Pieta. 27244490504_48fff52b2d_o 11_Barnaba da Modena_Maria Matka Milosierdzia

W sumie – pełna gama emocji. Także – rozpiętość sposobów, w jaki artyści podchodzili do postaci Marii Misericordiae: od ekspresji, poprzez realizm, do idealizacji. O efektach decydowała też skala prac. Te najmniejsze, niemal miniatury służyły kultowi indywidualnemu lub mszom polowym; te pokaźniejsze zajmowały poczesne miejsca na ołtarzach. Jednak dzieło największe, o imponujących wymiarach 5 metrów na 3,5 wierni oglądali wyłącznie jeden dzień w roku – na uroczystość Wniebowzięcia Marii. W pozostałe dni arras – chodzi bowiem o XVII-wieczny gobelin wykonany na podstawie obrazu Petera Paula Rubensa – przechowywano w zakrystyjnej szafie. Dzięki temu tapiseria zachowała się w doskonałym stanie do dziś.

z20291945Q,Wystawa--Maria-Mater-Misericordiae--w-Muzeum-Narod 792e584381cdb0b7152823c9fdbe7105

Słodkie i melancholijne

Gdyby ktoś spytał, która najpiękniejsza – nie umiałabym dać odpowiedzi. Można za królową wystawy uznać Matkę Boską z Dzieciątkiem, narysowaną przez Andreę Mantegnę, renesansowego geniusza perspektywy, harmonii i… łudzenia oka. Pełna czaru niewiasta tuli z rozczulającą delikatnością maleństwo – scena głęboko ludzka, bez cienia koturnowości. Praca powstała prawdopodobnie dla Francesca Gonzagi, mantuańskiego władcy i stałego zleceniodawcy artysty.

Cudowne też są terakotowe rzeźby Luki della Robia i jego bratanka Andrei. Ich Madonny charakteryzuje wdzięk tudzież doskonała obserwacja modeli. Zwłaszcza zachwyca pełne liryzmu dzieło Luki (ten starszy z rodziny): nagie Dzieciątko tuli się całym ciałem do Matki, która spogląda smutno przed siebie, przeczuwając los Syna.

Nie tryska także radością Matka Boska karmiąca Jezusa, namalowana (na użytek prywatny) przez Hansa Memlinga, XV-wiecznego mistrza niderlandzkiego. Trochę na bakier z anatomią, umiał wydobyć sprzeczne uczucia rysujące się na obliczu młodej Marii.

Nie można nie wspomnieć obrazu Giotta. Choć namalowany na desce wizerunek uległ zniszczeniu i z postaci Dzieciątka ocalały jedynie rączki (jedną Jezus gładzi Matkę po policzku), przejmuje ekspresja twarzy Marii i jej przenikliwe „wszystkowidzące” oczy.

A Matka Boska Ornatka, mozaika z raweńskiej katedry, wykonana w 1112 roku? Też wspaniała! Na złotym tle, w szafirowej sukni, po prostu olśniewa. A równie dostojna i „bogata” Maria Tronująca, arcydzieło Paolo Veneziana? A wspaniałe ikony?

Proszę samodzielnie dokonać wyboru, o ile ktoś ma taką potrzebę.

 mater_rozpak_6685462_CRQh_mk_mater_misericordiae_NET19_4

Walcząca z biesami

Dzieła prowincjonalnych, nieznanych autorów, mają inne zalety. Przejmują szczerością, a pewna doza naiwności dodaje im uroku.

Trudno nie uśmiechnąć się, zarazem nie wzuszyć na przedstawienie Marii Wspomożycielki, która batoży straszliwego czarta porywającego nagie pacholę. To ilustracja XIV-wiecznej legendy, wedle której matka krnąbrnego malca w chwili gniewu posłała go do… diabła, a ten upomniał się o swoje.

Malowidło Niccolo di Liberatore (ok. 1468) miało być umieszczone na na sztandarze procesyjnym, ku przestrodze impulsywnych matek.

Jak wiadomo, Matka Boska rozumie ludzkie słabości. Dlatego przygarnia pod swój płaszcz niejedną nieszczęśliwą duszyczkę. Wielu artystów podejmowało ten wątek, ukazując Marię jako monument, do stóp której tulili się maleńcy wierni, z podziałem na płcie: panie po jednej, panowie po drugiej stronie potężnej Orędowniczki. Powodami oddania się Matce pod opiekę najczęściej były kataklizmy, pomory i zarazy. Cóż, jak trwoga, to do Boga. Ze wstawiennictwem Marii.

 

 

„Maria Mater Misericordiae” – Muzeum Narodowe w Krakowie, od 24 czerwca do 9 października 2016.

 

Tekst (nieco krótszy) ukazał się w Rzeczpospolitej

22
Jun

Kiedy nagość przestała być grzechem (o wystawie „Brescia. Renesans na północy Włoch” w warszawskim Muzeum Narodowym)

Udostępnij:

W stołecznym Muzeum Narodowym wystawa, jakiej dawno nie było w Polsce. Pół setki wspaniałych malowideł z XVI stulecia, czyli cinquecenta. Faza, gdy sztuka odrodzenia uzyskała doskonałość porównywalną z klasycznymi arcydziełami.

Do pokazu wybrano obiekty sygnowane przez tak wielkie nazwiska jak Rafael, Tycjan, Tintoretto, Lotto, Moroni. Są też dzieła artystów mniej znanych, lecz zasługujących na umieszczenie w towarzystwie geniuszy.brescia-renesans-na-polnocy-wloch-moretto-–-savoldo-moroni-rafael-–-tycjan-–-lotto-muzeum-narodowe-warszawa-2016-05-27-576x502  9_MNW_Brescia.-Malarstwo-polnocy-Wloch.-Moretto_Savoldo_Moroni_Rafael_Tycjan_Lotto brescia-renesans-na-polnocy-wloch-moretto-–-savoldo-moroni-rafael-–-tycjan-–-lotto-muzeum-narodowe-warszawa-2016-05-27-001-576x718   z20130788ICR,Giovanni-Gerolamo-Savoldo--Brescia-1480-1485IER---po-

Eksponaty wypożyczone z Pinakoteki w Brescii i Accademii Carrara w Bergamo, dopełnione dziełami z polskich muzeów. Plus meble z epoki, majoliki, szkła, zbroje, starodruki oraz rozmaite luksusowe przedmioty. Wszystko w wysmakowanej, inteligentnej oprawie.

Joanna Kilian, kuratorka ekspozycji, zaprosiła do współpracy słynnego scenografa teatralnego Borisa Kudličkę. Wspólnie wykreowali zachwycający wystawowy spektakl. Inscenizacja nawiązuje do przeszłości aluzyjnie, lekko, wręcz poetycko. W tej konwencji nie dziwi błękitny motyl, który unosi się przed jednym z obrazów.

 

Na początku były proporcje

Ekspozycję otwiera relief, wyryty w przezroczystej płycie. Przedstawia… ideę. Geometryczne figury oddają zasadę złotego podziału, wzorzec proporcji doskonałych. Przykładem – „Chrystus błogosławiący” Rafaela.

z20190652Q,Rafael---Chrystus-blogoslawiacy---ok--1505-1506

Podobno jest to autoportret „boskiego” artysty, który poza talentem wyróżniał się klasą i urodą. Popatrzmy: młoda, niemal dziewczęca twarz o regularnych rysach, zamyślone oczy, powściągliwe gesty. Niedużego formatu wizerunek zdaje się świecić, nie tylko za sprawą oświetlenia. Taki efekt osiągnął Rafael dzięki zastosowaniu złotego podziału oraz wspaniale zrównoważonym barwom.

Arcydzieło Rafaela istotne jest dla wystawy również z tej racji, że uświadamia wpływy tego pracującego w Rzymie artysty na inne włoskie ośrodki. Wypada też przypomnieć, że oprócz Rzymu i Florencji wyróżniała się Wenecja. Promieniowanie potężnej Serenissimy dosięgało miasta i ośrodki położone w północnych częściach kraju. Nie można też pominąć oddziaływania Mediolanu, gdzie przez dwie dekady pracował wszechstronny Leonardo.

Wprawdzie jego dzieł nie zobaczymy w Warszawie, za to wpływy – jak najbardziej. Wystarczy rzut oka na „Zwiastowanie” Alessandra Bonviciniego zwanego Morettim, by je dostrzec. Szlachetny typ urody Marii i archanioła Gabriela, ujęcie postaci, miękkość światłocienia, a nawet górski krajobraz rozciągający się za oknem – wszystko świadczy o podziwie autora dla osiągnięć da Vinci.

Malowidła Morettiego umieszczono w salach poświęconych sztuce religijnej. Aurę sacrum podkreśla i współtworzy „niematerialna” szklana kolumnada, zwieńczona łukami arkad, ledwo zarysowanymi cienką, ażurową konstrukcją. Aluzja do renesansowej architektury, której proporcje dawały wrażenie harmonii z naturą.

Nic co ludzkie

Włoskie malarstwo epoki odrodzenia powszechnie jest uważane za szczyt artystycznego kunsztu, połączonego z intelektualnymi wyżynami. Mistrzowie cinquecenta współtworzyli kulturalny klimat tamtych czasów; zmieniali obyczajowość, mentalność, rozumienie świata. Uświadamiali, gdzie jest miejsce człowieka, najdoskonalszej kreacji Stwórcy.

To również starali się podkreślić autorzy pokazu, grupując eksponaty tematycznie. Osobną przestrzeń wyznaczyli portretom. Poczesne miejsce przypada wizerunkom pędzla Giovaniego Battisty Moroniego. Można podziwiać jeden z najsłynniejszych konterfekrtów autorstwa Moroniego – pełnopostaciową podobiznę Giana Grumellego. Młody, przystojny bohater pozuje w wykwintnym jedwabnym stroju koloru koralowego. Zaróżowione policzki świadczą o jego jurności i zdrowiu; wyraz oczu dowodzi pewności siebie i spokoju, zaś atrybuty zdradzają intelektualno-artystyczne zainteresowania.

Nie gorzej niż Moroni czy inni mistrzowie portretu, jak Tycjan i Tintoretto (też obecni na wystawie) umiała przedstawić charakter, emocje i upodobania modeli Sofonisba Anguissola, brescia-renesans-na-polnocy-wloch-moretto-–-savoldo-moroni-rafael-–-tycjan-–-lotto-muzeum-narodowe-warszawa-2016-05-27-002-576x656jedyna kobieta-malarka w zestawie i osobliwość w tamtych czasach. Na autoportrecie widzimy ją przy sztalugach, z pędzlem w ręku; na obrazie „Gra w szachy” oglądamy jej trzy siostry.z20130784IH,Sofonisba-Anguissola---Cremona-1532---Palermo-1625

Wszystkie panny, córki patrycjusza z Cremony, otrzymały staranne wykształcenie, co odzwierciedla gra, którą się zajmują: szachy uchodziły za symbol mądrości.

Mitologia seksu

Prezentację zamykają dzieła o lekko erotycznym zabarwieniu. Akty pięknych ludzi były renesansową nowością. Pretekstem do ich malowania stała się mitologia klasyczna. Popyt na tę tematykę nakręcały… śluby, albowiem dzieła z roznegliżowanymi paniami w idyllicznym pejzażu często zamawiano na prezent dla młodożeńców.

Wśród rozebranych krasawic prym wiodła Wenus; płeć przeciwną reprezentowali głównie Apollo i Adonis. Często w towarzystwie bogów pojawiały się putta, wpatrzone z uwielbieniem w nagusów, a nawet rwące się do obłapki – jak figlarny Amor na wielkim płótnie Moretta, obejmujący „swoją” Wenerę za kolanko. Znacznie bardziej swobodna wydaje się bogini piękności wyobrażona przez Parisa Bordone.

cfb5dd42-4e72-46ad-a3d8-0b59f8a0df42

Leży frontem do widza, nawet nie starając się zakryć najintymniejszą część ciała. Te gorące sceny przeznaczone umieszczano w alkowach, by podsycać namiętność. Niektóre kompozycje pełniły też funkcje dydaktyczne: co za dużo, to niezdrowo!

Najwięcej frajdy mieli artyści: wreszcie bezkarnie odtwarzali wdzięki młodych modelek. Od tamtej pory akt wszedł na stałe do repertuaru artystycznych studiów.

Dzięki ci, Wenus!

Brescia. Renesans na północy Włoch – Muzeum Narodowe w Warszawie, wystawa czynna od dziś do 28 sierpnia

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” 06.06. 2016

31
May

Normalnie fakt (o malarstwie Wiesława Szamborskiego i innych artystach lat 60.)

Udostępnij:

 

002_f_small Najwyżej wyskoczył Marek Sapetto. Po jego lewej – skacze Mieczysław Wasilewski. Plener. Pozostałych nie poznaję.

 

Był kiedyś gwiazdorski duet: Marek Sapetto/Wiesław Szamborski. Pierwszy urodzony w 1939 roku, drugi dwa lata młodszy. Sapetto – Warszawiak, przystojniak, podrywacz; Szamborski wsobny, introwertyczny, milkliwy. Ale charakterologiczne różnice nie przeszkadzały im zgodnie pracować.221933_1325877666_e425_p

Zadebiutowali w 1968 roku, działali przez sześć kolejnych lat, przez ten czas organizując dziewięć wspólnych wystaw. Nie mieli programu, nie pisali manifestów. Uważali malarstwo za wystarczająco wymowne medium. („Myśleliśmy o tym, także i później, ale uznawaliśmy, że nie ma to sensu – tłumaczy Szamborski. – Jeżeli podpierałem coś tekstem, był nim tytuł”.)

Reagowali na to, co działo się w Polsce, mniej zwracając uwagę na wydarzenia w świecie. Byli forpocztą młodzieżowych buntów – choć w polskich warunkach miały zupełnie inny podtekst, niż w krajach Zachodu.02-b-003320002_1295956053407 czerwiec09 Wczesne prace Wiesława Szamborskiego…

02-b-003315-1001_1342080870099 sapetto_marek-przy_stole___dyptyk-OM776300-10993_20080313_850_51 … i prace Marka Sapetty.

 

Kontra plastycznej kontrukltury

 

Skupmy się jednak na sprawach sztuki zwanej wówczas plastyczną. Młodym chodziło o sprzeciw wobec… abstrakcji. Tej spod znaku informelu, czyli „organicznej”, skoncentrowanej na efektach wizualnych, fakturach, pięknie bądź dziwności materii. Bo po Odwilży (1956) sztukę nieprzedstawiającą uznano za szczyt nowoczesności i wyzwolenie z rygorów socrealizmu. Tabuny artystów rzuciły się do eksperymentowania z informelem, abstrakcyjną ekspresją, malarstwem gestu, itp.

Sapetto/Szamborski odrzucili te trendy. Stanęli także w opozycji do pięknoduchowskich postaw kapistów (którzy nadal uczyli w akademiach), nadal obstawiając „niezaagnażowaną” tematykę: martwe natury, pejzaże, portrety, akty. Kursowało wtedy popularne powiedzonko: „artysta tak maluje, jak ptaki śpiewają”. Sapetto/Szamborski zarzucili wokalne popisy na rzecz przekazu

.z20056725ICR,Wieslaw-Szamborski--Znowu-o-krowie--koniu-i-innych RTEmagicC_Szamburski

Wdarli się szturmem na pogodne, bezkonfliktowe poletko sztuki oderwanej od realiów. Ich prace drażniły starsze pokolenia „niedomalowaniem”, ekspresyjną deformacją podbitą wściekłymi kolorami. Jednak Sapetto i Szamborski zyskali wielu entuzjastów.Czas im sprzyjał: fala młodzieżowej kontrrewolucji ogarniała coraz więcej amerykańskich i europejskich miast i Europę, o czym dochodziły wieści nawet przez żelazną kurtynę. U nas kulminacją zamieszek (bynajmniej nie spontanicznych ani tylko młodzieżowych, lecz sterowanych odgórnie) okazał się Marzec’68.

Jakie były konsekwencje w sztuce?

Młoda artystyczna generacja zbuntowała się przeciwko wysmakowanym, ale obojętnym społecznie i politycznie dziełom. Zaczęły klarować się rozmaite tendencje figuratywne, w opozycji wobec znienawidzonego socrealizmu, także w kontrze do ugodowych estetów. W Warszawie powstał ruch „O Poprawę”, (1972), którego intencje wyjaśnia sama nazwa. Zaczęło dymić. I niewątpliwie jako jedni z pierwszych ogień podłożyli dwaj panowie S.

– Kiedyś całej wystawie daliśmy tytuł „Normalnie fakt” – przypomina Szamborski.Przed-zachodem-słońca-1975-22-0001-519x600 55ed69d4d3931

Fakt, pamiętam wrażenie, jakie wywarły na mnie obrazy duetu Sapetto/Szamborski, gdy po raz pierwszy zobaczyłam je w jakiejś warszawskiej galerii.

Szok, zachwyt i – przyznaję – próby naśladownictwa. Byłam jeszcze w szkole, lecz już z planami zdawania na Akademię Sztuk Pięknych. I strasznie chciałam, tak jak rzeczony tandem, „trzaskać” obrazy. Bo oni nie malowali, lecz atakowali płótna. Stosowali nowe chwyty: kadrowali w nietradycyjny sposób, ignorując zasady kompozycyjnej harmonii. Szaleli z perspektywą – to brali scenę z góry, z lotu ptaka, to zachodzili jakąś postać od tyłu, obserwując widok zza jej pleców, to spoglądali z dołu, zakłócając proporcje, jedne obiekty czy figury wyolbrzymiali, inne miniaturyzowali. Zachwyciły mnie również świadome „niechlujstwa”, jakich dopuszczali się w pracach. Zacieki, kleksy, tu i ówdzie grube kontury, jakiej linie kreślone bezczelnie w poprzek kadru. No i barwy! Czyste, świetliste, jaskrawe. Każdy zestaw kolorów dozwolony, nawet te uchodzące za zgrzyty. Farba kładziona cienko, laserunkowo, z pozostawionym miejscami gołym płótnem.

– Stosowałem często tak zwane niedomalowywania – przyznaje Szamborski. – Niektórzy mi nawet zarzucali, że obrazy są niedokończone. Ale nawet po wielu latach je aprobuję. A ściekająca farba ma inną funkcję niż u Pollocka. Starałem się, żeby spływała w sposób pasujący do całości.

.z20056724ICR,Wieslaw-Szamborski--Otwarte--1971--olej--plotno--1IER Choragiew-III-z-torsem-1973-7-0001-473x600

 

Duet nie przejmwał się kolorystyczną tradycją ani cyzelowaniem faktury. Szamborski trochę skorzystał z doświadczeń przy robieniu plakatu (większość plastyków dorabiała plakatami, okładkami, folderami i innymi użytkowymi zamówieniami), zwłaszcza, że w Dziekance mieszkał w jednym pokoju z Mieczysławem Wasilewskim, późniejszym sukcesorem pracowni plakatu Henryka Tomaszewskiego.

Jednym słowem – byli wspaniali. Inspirujący. Od nich – choć nie jedynie od nich – zaczęła się Nowa Figuracja.

 

Nóż na gardle, dusza na ramieniu, pędzel w dłoni

 

Podziwiałam i obserwowałam poczynania duetu. Poznałam ich biografie, podpatrywałam, co działo się w ich pracowniach na warszawskiej ASP. Nie wiedziałam jednak, jakie kłopoty miał Szamborski z pozostaniem w Warszawie (pochodził ze Skarżyska-Kamiennej). Z zewnątrz wyglądało, że był dzieckiem szczęścia: wkrótce po dyplomie na ASP zatrudniony w macierzystej uczelni, posiadacz własnej pracowni na Białostockiej. Jak ją zdobył?

Po partyzancku, mówi. Bo przez wiele lat przebywał w Warszawie…nielegalnie.

Współczesnym „słoikom” tamte utrudnienia są kompletnie nieznane. Dziś wystarczy mieć budżet na wynajem mieszkania. Jak było w tamtej epoce, niech opowie bohater tego tekstu.

– W Dziekance mieszkałem jeszcze rok po dyplomie, bo zapisałem się na Studium Pedagogiczne – opowiada Wiesław Szamborski w rozmowie ze Zbigniewem Taranienką. – W 1967 roku musiałem ją opuścić. Miałem nóż na gardle, a duszę na ramieniu. Rozpaczliwie zacząłem więc szukać jakiegoś miejsca. Łaziłem po praskich pustostanach, po zdewastowanych strychach. Wreszcie na Szmulkach znalazłem strych w kamienicy zbudowanej w okolicach I wojny. Białostocka 53, z oknami na Targówek. Niebezpieczna dzielnica. Do tego trzeba było to dostać oficjalne zezwolenie. Pytany o zameldowanie, podałem adres domu studenckiego Dziekanka, gdzie mój czasowy meldunek właśnie się kończył. Urzędniczka przystawiła pieczątkę, mogłem się wprowadzić. Później miałem meldunek okresowy u ciotki na Elektoralnej; zgadzała się nawet na zameldowanie mnie na stałe, ale ze względu na ogólne przepisy było to wykluczone.

Miałem gdzie postawić łóżko, żeby położyć na nim głowę, miałem gdzie zjeść i mogłem malować. Ale najpierw trzeba było te trzydzieści metrów na strychu doprowadzić do stanu używalności. Robiliśmy to przez lato z Markiem Sapettą. Włożyliśmy kupę roboty i masę pieniędzy. Nie miałem pojęcia, że na strychu mieszkały jeszcze… pluskwy. Przerażony, lałem jakiś trujący środek do farby, sypałem proszek w zapadającą się, wypełnianą tekturami podłogę, w kontakty, elektryczne instalacje. Udało się ich pozbyć, choć sam się też podtrułem.

Byłem szczęśliwy, że mam własny kąt, co prawda niepewny: brak warszawskiego meldunku nieustannie groził eksmisją. Dopiero po kilku latach starań uzyskałem ten meldunek. I to dzięki życzliwości Akademii Sztuk Pięknych, na której zgodnie z prawem nie powinienem być zatrudniony bez meldunku. Cóż, w Polsce panował wtedy chory system.

 

Zabawy na podwórku

 

Co potem? Marek Sapetto pierwszy zniknął ze sceny sztuk wizualnych kilka lat temu, nękany chorobą. Szamborski nadal działa z niezmienną intensywnością, która w jego przypadku sprowadza się do 15-20 płócien rocznie. Łatwo policzyć, jaki daje to wynik przez półwiecze. Tylko… mało kto o tym wiedział.

Po wieloletnim milczeniu Wiesław Szamborski odzyskuje głos za sprawą wystawą w Galerii Opera. (Tu wtręt: kto zgadnie, jaką polską galerię odwiedza rekordowa widownia? Otóż, Galerię Opera. A nabija frekwencję dzięki… antraktom. To wtedy publiczność sali koncertowej przemieszcza się do sal ekspozycyjnych. Koncepcję łączenia wszystkich twórczych dyscyplin Waldemar Dąbrowski, dyrektor Opery Narodowej, przeszczepił z Centrum Sztuki Studio Teatr-Galeria, którego ideę stworzył Józef Szajna w 1972 roku. Twórca „Repliki” objął dyrekcję Teatru Klasycznego z siedzibą w Pałacu Kultury i Nauki. A że sam łączył w kreacjach elementy sztuki wizualnej, teatru (wówczas zwanego plastycznym), performence’u i instalacji, starał się przekazać tę otwartość bywalcom Centrum Sztuki Studio. W 1982 roku Szajnę zastąpił inny reżyser działający na styku teatru i plastyki – Jerzy Grzegorzewski. Wówczas współszefowaniem Studio oraz promowaniem polskiej kultury zajął się Waldemar Dąbrowski. I do dziś dowodzi propaguje zasadę przenikania się sztuk.)

 

Monograficzny pokaz Szamborskiego w Galerii Opera prowadzi odbiorcę przez całą drogę twórczą od mocnego debiutu pod koniec lat 60., poprzez zbliżone do pop-artu prace z lat 70., wymownie „antyczerwone” kompozycje z następnej dekady, do coraz bardziej nierealnych, onirycznych pejzaży z pierwszych lat po-transformacyjnych, aż do ponownie krytycznych dzieł z lat dwutysięcznych, skierowanych przeciwko ogłupiającej konsumpcji.

Patrzę na obraz „Zabawy na podwórku”. Rok 1968. Jak na tamte czasy, gdy oszczędzało się każdy skrawek płótna, każdy blejtram – monument: 163 x 252. Puste, jasnoniebieskie pole, na nim oglądane z góry postaci grających w piłkę. Z jednej strony – amarantowy barak (garaże?), obok żółty dach z różowo-czerwonym kleksem. Widoczne od tyłu (i z góry) dziewczynka z jednej strony obrysowana ciemnym konturem. Ktoś kuca jak żaba, ktoś inny gapi się na grę. Proporcje porąbane, perspektywa też. Na dokładkę fragment kadru zamyka szerokie oranżowe pasmo, jak urwana w połowie rama. Ta praca nic nie straciła na brawurze, znakomitym ujęciu i, pomimo użycia nierealnej gamy kolorystycznej – jakiejś prawdzie.

Inne dzieło, które wciąż wzrusza: „Przedwiośnie” (1971). Starszy pan w niemodnym niebieskim „garniaku” spogląda z balkonu na paskudne, podełkowate domki rozrzucone na zielonkawym tle. Nad tym swojskim widokiem wisi potężna szara chmura. Odgadujemy, że pan z balkonu nie ma radosnego nastroju. Niby nadchodzi wiosna, a wymowa sceny dołująca.

Albo taki obraz: „O ptakach i klatkach”, rok 1984. Tytułowa klatka ujęta z góry, w niej – kanarek i karma dla niego. Jadowite żółcie i trujące zielenie nie przynoszą oczom ulgi. To opowieść o zamknięciu. Chyba nie trzeba mówić, do czego pije autor?

Oczywiste w wymowie są również kompozycje z późniejszych 80 lat. Szamborski, który uczestniczył w Ruchu Kultury Niezależnej, przemawia do odbiorcy coraz dobitniej. „Upadek Ikara” (1987) przedstawia scenę uliczną. Tłum przechodniów (wszyscy w odcieniach blue, co kojarzy się z „Błękitnym szoferem” Andrzeja Wróblewskiego czy jego „Rozstrzelaniami”) nie reagują, nie dostrzegają spadającej nagiej figury. Oczywiste nawiązanie do greckiego mitu i do dzieła Bruegla. Oraz do PRL-owskiej rzeczywistości końca komunizmu.Cztery-1993-20-0001-782x600 Jeszcze-bez-tytułu-1991-20-0001-790x479

Kiedy w następnych latach na jego płótnach zapłonie ostra czerwień, brzmi jak ostatni wrzask upadającego systemu. Gromada bezmyślnych plażowiczów, malowanych na pomarańczowo, czerwono i żółto gapi się w jednym kierunku nosi ironiczny tytuł „Głowy wyżej” (1989). Z tego samego roku „Sierpniowa sobota” to miejski pejzaż z dominantą karminu. Czerwone drzewa, czerwony mały fiat, czerwona teczka w ręku gościa stojącego przy jezdni. Ale niebo już niebieskie…

Warto podkreślić, że od lat 70. Szamborski coraz częściej bazował na fotografiach. Jednak daleko mu do innych naszych fotorealistów, a lata świetlne do amerykańskich hiperrealistów. Tu kolor, odmienny od rzeczywistego, używany jest symbolicznie. Pytany o powody tych zabiegów, artysta odpowiada: – Fotografia została kiedyś wymyślona między innymi po to, żeby malarze nie musieli płacić zbyt dużo modelkom. Korzystało z niej wielu malarzy, także u nas , jak choćby Aleksander Gierymski. Później fotografia się usamodzielniła. Dla malarza zdjęcie jest pewnym rodzajem szkicownika – zawiera więcej informacji niż najlepszy nawet szkic. Kiedy, jak i ile się z tego szkicownika korzysta w procesie twórczym nie jest do końca jasne. Bo cóż my wiemy o twórczości!

 

Post scriptumWiesław-Szamborski

Co spowodowało nieobecność Szamborskiego w naszym życiu artystycznym? Jaka jest przyczyna wycięcia z historii sztuki przywołanego tu duetu? Jasne, zmienne artystyczne mody i potrzeby.

Ale nie tylko. Po prostu obecnie dozwolone stało się manipulowanie faktami wedle komercyjnych potrzeb.

Jednych ze starszej generacji lansuje się jako „prekursorów” późniejszych trendów, dokonania innych przemilcza się lub przynajmniej umniejsza znaczenie. A na dokonania tandemu Sapetto/Szamborskie mogło by się powołać wiele ugrupowań, poczynając od nowych dzikich, poprzez „ładnowców” do współczesnej ekspresyjnej figuracji najróżniejszej proweniencji.

Im dłużej przyglądam się obrazom Szamborskiego, tym mniej rozumiem tego powody. Poza jednym: koło fortuny. Tak zwykło się określać niespodziewane kariery i równie nieoczekiwane zniknięcia. Lecz nie należy temu całkowicie wierzyć…

 

 

 

 

 

21
May

Homilia księdza Marka: do hejterów

Udostępnij:

Ukochani hejterzy, umiłowani propagatorzy kłamstw, i wy, odbiorcy bez właściwości, lecz przecież umiejący czytać i chętnie ulegający wszelkiej indoktrynacji!

Spieszę WAS poinformować, że już są opracowane nowe (niezbyt zmienione, ale jednak) zasady przyznawanie ministerialnych pieniędzy na priorytetowe zakupy – czyli te, o które podniósł się taki wrzask, że zabrano 7 milionów, o które tak walczyliście, bo kochacie sztukę współczesną i jej orędowników!

Więc, ukochani, profesor Andrzej Szczerski z ramienia AICA już podpisał się pod dokumentem opracowanym wraz z gronem profesjonalistów. Pismo owo dotyczy tychże priorytetów i kasy z budżetu, a suma nie zmniejszyła się ani o złotówkę!!!

Tak, najmilsi, nadal cztery muzea ze sztuką współczesną (przypomnę zapominalskim: MSN, MOCAK, MUzeum Sztuki w Lodzi i Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu) mogą ubiegać się o siedem baniek – i zapewne dostaną, jeśli dostosują się do tak trudnych wymagań, jak np. przysłanie komisji całych filmów wideo do wglądu, a nie jednej klatki; wyjaśnią, dlaczego te same prace (kopie) mają być we wszystkich czterech kolekcjach; dlaczego jakiś obiekt kosztuje kilkakrotnie drożej, niż na polskich aukcjach.

Idźcie więc w pokoju i głoście tę dobrą nowinę!!!

20
May

Nienawiść wedle Wikipedii (czyli socjotechnika hejtu)

Udostępnij:

Nienawiść wedle Wikipedii

Monika Małkowska

 

Czy ktoś z państwa był/jest obiektem hejtu?

To coś innego niż mobbing.

To nagonka zbiorowa, zaszczuwanie w każdej możliwej formie. Doświadczenie inferna: płomienie dobywają się zewsząd, parzą, wdzierają się w duszę i duszą…

Hejt odbiera poczucie sensu działania. Eliminuje radość życia.

Hejtowany staje się samotny – bo nagle znajomi znikają. Zrozumiałe: unikają psychicznego dyskomfortu. Obserwują więc z bezpiecznej odległości, jak akcja potoczy. Kiedy już będzie wiadomo, że psy zająca zjadły, pojawią się i zaczną współczuć, żałować. Tymczasem milczą. Tymczasem postronni obserwatorzy nabierają podejrzeń – może rzeczywiście coś jest na rzeczy, skoro nikt nie oponuje?

A że najtrudniej bronić się samemu, zaszczuwany milczy. Gdy tylko odezwie się, natychmiast padają dobijające argumenty: frustrat, nieudacznik, zdrajca!!

Znam to z autopsji.

Przechodzę przez piekło ostracyzmu i wycinania od momentu publikacji tekstu „Mafia bardzo kulturalna”. Półtora roku temu, na długo przez wyborami PiS-u.

Czytam w katalogu aktualnej wystawy „Salon odrzuconych” (jest aktualnie w sopockiej PGS): „Małkowskiej nikt nie knebluje, skoro cały czas publikuje w wysokonakładowym dzienniku. (…) Dyskusja zainicjowana przez Małkowską nie była merytoryczna”.

Za to hejt jest merytoryczny. Ba! naukowy.

Atakującym w sukurs przyszła socjotechnika. Nietrudno ją opanować, wskazówki dostępne w internecie. Raptem stroniczka z wypunktowanymi metodami.

Zaczyna się niewinnie: ośmieszanie. Ofiara nienawistników jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że jest namierzona. Sama wtóruje drwinom. Przecież zaśmiać się z siebie nawet zdrowo.

Tylko… ośmieszający jednocześnie poważnieją. Pompują się. Budują własny autorytet. I już są odrobinę do przodu.

Wtedy stawiają kolejny krok – manipulują faktami. Ofiarę hejtu eliminuje się, skąd tylko można; przemilcza dorobek, nie cytuje się, nie zaprasza do publicznych dyskusji.

Dalszej już idzie z górki. Nienawistnicy odwołują się do zbiorowych emocji: środowisko dowiaduje się, że hejtowany to szkodnik (w moim przypadku – sztuki polskiej). Starannie unika się wszelkiej tytulatury: nie ma publicysty, wykładowcy, doktora. Jest samo nazwisko, często nawet bez imienia. Rzucane obcesowo, jak jakaś ściera.

Hejterzy wiedzą, że największy absurd, powtarzany uparcie, w różnych kontekstach, musi zadziałać. I działa. W efekcie, atakowany obiekt traci wsparcie w środowisku. Zostają mu nieliczni współtowarzysze hejtowej zsyłki – ale o nich za moment.

Teraz rycerze nienawiści szykują ostateczny cios: kłamią. Nawet najbardziej jaskrawe łgarstwo, powielane w mediach, zamienia się w prawdę. Przykład z ostatnich dni: Roman Pawłowski w GW po raz kolejny publikuje tekst pełen mistrzowsko spreparowanych kłamstw i półprawd. Autor sam siebie cytuje, z lubością powielając bzdurę o „zabraniu przez ministra kultury siedmiu milionów przeznaczonych na rozwój narodowych kolekcji”. Co z tego, że na poprzednie kłamstwa zareagowała sama minister Wanda Zwinogrodzka, pisząc do gazety sprostowanie? Zignorowano je. Równie nieprzemakalni na niewygodną prawdę pozostają inne „lewicowe” media.

Kłamcy praktycznie pozostają bezkarne: prawnicy ich wyapelują.

Tu dochodzimy do kolejnej socjo-sztuczki: preparacja kontekstu. Zacytuję mistrza Pawłowskiego: „z komisji oceniającej wnioski o dofinansowanie kolekcji sztuki odwołano m.in. trójkę akademickich specjalistów, a na ich miejsce powołano Zbigniewa Dowgiałłę, autora obrazu »Smoleńsk«, Monikę Małkowską, krytyczkę lansującą tezę, że sztukami wizualnymi w Polsce rządzi mafia kuratorów, oraz Jacka Kucabę, rzeźbiarza specjalizującego się w pomnikach Jana Pawła II”.

Znów metoda podręcznikowa – tworzenie stereotypów, którego siłę wzmacnia permanentne używanie. Toteż autor buduje komunikat tak, żeby wytknąć, komu trzeba niekompetencję, prawicowe poglądy i postawić w opozycji wobec „ekspertów”. No i wklepać w twardy dysk wszystkich zainteresowanych kulturą, że oto dzieje się jej krzywda.

To uszlachetnia hejt, czyż nie?

 

 

PRZYJACIELE I GOŚCIE

PAPIERY WARTOŚCIOWE

ŻYCIE W OBRAZKACH

O MOMART

Powody, dla których musi powstać MOMArt

 

Sztuka jest potrzebą niemal atawistyczną. Człowiek jeszcze nie potrafił wyartykułować swych spostrzeżeń dotyczących świata, emocji, duchowych potrzeb – a już malował. To nie tylko chęć  upiększania najbliższego otoczenia, nie tylko wizualna oprawa różnego rodzaju rytuałów, nie jedynie ekspresja jednostkowych przeżyć.

Szuka – to człowieczy instynkt. Droga do samorozwoju. Dlaczego więc współcześni ludzie odeszli od sztuki?

Bo ani jej nie rozumieją, ani im się nie podoba.

Estetycznie ich zraża; technicznie i warsztatowo wydaje się łatwa, wręcz na amatorskim poziomie; przesłań nie wychwytują. Zawód krytyka sztuki (w tradycyjnym rozumieniu) przestał istnieć, zaś specjaliści wykształceni na historii sztuki, kulturoznawstawie czy medioznawstwie; kuratorzy i sami artyści stworzyli obieg zamknięty. Hermetyczny język, jakim porozumiewają się specjaliści „od sztuki” oraz nieprzystępność wizualna sprawiają, że sztuka stała się dziedziną obojętną większości, a nawet – znienawidzoną. Dziennikarze zatrudnieni w mediach nie potrafią przybliżać współczesnej twórczości szerokim kręgom odbiorców – jedynie powielają informacje, i tak powszechnie dostępne.

W efekcie, wielu ludzi „boi się” kultury – odrzucają ją a priori, bo nie chcą poczuć się „głupsi”. Lub też sądzą, że to artysta z nich kpi.

O autorce: Kobieta pracująca

 

– To jak panią przedstawić?

Często słyszę pytanie poprzedzające wejście na antenę czy wizję. Przez kilkanaście lat nie było problemu: krytyk sztuki „Rzeczpospolitej”. Gdy odeszłam, prosiłam o skreślenie nazwy gazety podczas prezentacji. Ale przecież krytykiem też już nie jestem, mniejsza z tym, dlaczego.

Kiedyś przy introdukcji mojej osoby padało: artystka. Znów – odpowiadało to prawdzie przez kilkanaście lat. Bywało, że nazywano mnie designerką. Trochę na wyrost, lecz powód był.

W notce o MM (jedynej w sieci) znalazłam określenie „grafik”. Fakt, skończyłam Wydział Grafiki, konkretnie – Pracownię Drzeworytu. Ani razu po studiach nie stanęłam przy graficznej prasie.

Za to próbowałam robić filmy animowane – cierpliwości starczyło mi na dwie noncamerowe miniatury. W literackim zakresie zadebiutowałam „Małą encyklopedią ruchu”; potem były książki o modzie i kulinariach. Robiłam maskotki, malowałam gumowe lalki, kleiłam makiety. Dłubałam biżuterię ze skóry, nizałam korale, zdobiłam malunkami drewniane chochle i deski. Tworzyłam kartki pocztowe, okładki do płyt, kalendarze; projektowałam książki, reklamy, katalogi.

W przerwach pomiędzy tym i owym, stylizowałam znane osoby, asystowałam przy zdjęciach,  aranżowałam wystawy, prowadziłam plenery, uczestniczyłam w sympozjach, wygłaszałam referaty.

Pisałam. Do periodyków, dzienników, miesięczników. Do katalogów. Do ludzi znanych i nie. Przeprowadzałam wywiady na tematy hobbystyczne z osobami medialnymi. Recenzowałam  wystawy, książki, filmy, komiksy. Przygotowywałam wariackie przyjęcia. Opisywałam wariackie przyjęcia. Złożyłam książkę o wariackich przyjęciach. Realizowałam programy telewizyjne, nagrywałam, montowałam, wygłaszałam felietony. Byłam radiowcem i tzw. osobowością telewizyjną. Uczyłam. Dzieci, młodzież i dorosłych. Historii sztuki, plastyki, matematyki. Obroniłam doktorat. Jak to zebrać do kupy?

Niedawno usłyszałam: ty jesteś jak Irena Kwiatkowska – kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi. Zbiegiem okoliczności, przed wielu laty Irena Kwiatkowska, aktorka współpracująca z Teatrem Radiowym dla Dzieci (dzieło mojej babci), sprezentowała mi łóżeczko – plecione, wiklinowe. Szybko z niego wyrosłam, niestety. Ale może dostałam od niej coś więcej?

Niefarty

– Ty miałaś jakieś niefarty?, powątpiewał koleś, kiedy podzieliłam się z nim zamiarem spisania tychże. Żeby to jeden! Ja na pechu chowana, wpadkami karmiona, klęskami kołysana. Bez obaw, to tutaj nie będzie listą skarg i zażaleń do losu. Przeciwnie. Jest słońce na mojej ulicy. Znam różne smaki: gorycz i słodycz, kwas i jałowość. Wodę, wódę, papierosy (z narkotykami doświadczeń brak). Głód i sytość. Insomnię i spanie na akord. Biedę, strach o jutro i poczucie komfortu. Dzięki kontrastom wiem, co dobre – bo jak wodzianki nie pojesz, nie ucieszysz się jesiotrem. Czego dowodem – pobyt w Moskwie za pieriestrojki, gdy trzy tygodnie karmiona kawiorem, za największy przysmak uznałam jajko na twardo. Są tacy, którym życie serwuje wyłącznie cenną ikrę. Plus szampan w dowolnej ilości. Szczęśliwcy? Bynajmniej. Upośledzeni. W czepku urodzeni frustraci. Nie wiedzą, co to radość, co satysfakcja. Znam ją. I znam jej wartość. Całe dobro bierze się z niedoli właśnie. Z kontrastu pozytyw/negatyw. Skala nieważna. Wiadomo, kropla wody może przesądzić sprawę. W uczuciach też. Lubię ludzi za drobiazgi, skreślam – również za przewinienia na pozór minimalne, ale jakoś decydujące.

I nigdy nie wiesz, kiedy nastąpi iluminacja. Jak tamtego dnia, kiedy wypindrzona wyszłam od fryzjerki, w poczuciu własnej atrakcyjności. Na środku Marszałkowskiej, w środku dnia, zaliczyłam orła na psiej kupie. Śmierdzącej, żółtej, miękkiej. Dłoń wraz z wodą podała mi nieznana osoba. Kobieta, żeby była jasność. Od ust – a był upał – odjęła sobie mineralną, poświęcając płyn na doprowadzenie do stanu używalności mojej ufajdanej kiecki. I jak nie kochać bliźniego?

REGULAMIN

Jak działa MOMArt

Rzecz o sztuce i kulturze – z subiektywnego punktu widzenia.
Teksty aktualizowane co tydzień – ale nie zawsze najgorętsze.
Komentarze do zjawisk na czasie – plus uwagi i odniesienia do przeszłości.

A propos publikacji – czekam na:
głosy/reakcje/uwagi/sugestie/zdjęcia.
Wszystko w telegraficznym skrócie.

Wykluczam wycieczki osobiste/wulgaryzmy/interesy własne.

KONTAKT

Monika Małkowska
monika@momart.org.pl