Testowa

BLOG

21
Apr

Zależało jej na Polsce (o Magdalenie Abakanowicz – w dniu Jej śmierci)

Udostępnij:

 

 

W piątek 21 kwietnia 2017 zmarła Magdalena Abakanowicz. Miała 87 lat.5447641443981_magdalena_abakanowicz

Chorowała mniej więcej od dekady – z Alzheimerem nie można wygrać. Ale jej przypadek jest szczególny, bowiem chorobę przyspieszyła… rozpacz. Abakanowicz przegrała walkę o Park Rzeźby, o budynek na przechowywanie jej monumentalnych prac, o obecność w warszawskich muzeach… Kiedy dopadła ją choroba uniemożliwiająca dalszą aktywność, nikt się nie palił, żeby zadbać o jej pozycję w naszej sztuce. Zepchnięto ją gdzieś na dalekie pozycje.

Ostatni raz oglądałam jej wystawę dwa lata temu w Berlinie (2015). Pokaz w nieczynnym klasycystycznym kościele trwał raptem tydzień, lecz był jednym z najpiękniejszych, jakie widziałam. Specyficzna architektura świątyni i przesycona światłem przestrzeń stworzyły idealny kontekst dla jej wielopostaciowych instalacji. Zwłaszcza słynne „Plecy” z 1976 roku zyskały kontemplacyjny wymiar.plecy_6440812

To było pierwsze dzieło Abakanowicz, które wywarło na mnie wrażenie obcowania z czymś niezwykle ważnym, ponadczasowym, ponadkulturowym. Potem zachwyciła mnie instalacja, w której obok figur „wylęgły się” i rozpączkowyały kokono-jajo-kamienie – czyli praca „Embriologia”.Embryology 1978-80 by Magdalena Abakanowicz born 1930

Oczywiście, najpierw musiałam natknąć się na „Abakany”, sizalowe ogromy, antyteza tradycyjnych gobelinów. Zafascynowały mnie dziką, nieokiełznaną witalnością i jakimś przyczajonym, zamaskowanym zagrożeniem. Drapieżne, organiczne stwory, rozrastające się ponad, poza wyobrażenie o tkaninie dekoracyjnej. Piękne i straszne, stworzone przez człowieka, a nieludzkie, jakby pochodzące od samej natury. To właśnie „Abakany” przyniosły autorce międzynarodowy sukces, gdy w 1965 roku dostała za nie Grand Prix na Biennale w Sao Paolo

Featured-Artist-Magdalena-Abakanowicz-Hero.g76_a441 abakany_34px 852fd1d2ceda9ce55e9bce04b7b3496e

Poznałam ją w Lozannie, na Biennale Tkaniny, gdzie otwierała indywidualną wystawę. Był rok 1979, Abakanowicz wydawała się niedostępną gwiazdą. Odważyłam się do niej podejść dopiero w 1994, w warszawskiej Kordegardzie, gdzie pokazywała „Gry Wojenne”. Genialnie znaleziony skrót siły i bezsiły, agresji i ubezwłasnowolnienia. Potężne pnie drzew ujarzmione, zakute w kajdany, wzięte na smycz. – Wtedy myślano, że emigrowałam – śmiała się artystka. – A ja na Mazurach robiłam „Gry Wojenne”, pierwszy cykl, do których użyłam drzew. Uciekłam od świata. I choć tak dużo podróżuję i mam pracownie w różnych miastach, zawsze szczycę się polskim obywatelstwem. To jest przynależność: mam obowiązek dawać znać, że mój kraj istnieje. Zależy mi, żeby Polska nie była na marginesie świata

.15_DSCN9615 tumblr_nkph90soic1qekn8bo1_500-1ukon a3

W latach 90. zaczęłam za nią jeździć na co ważniejsze wystawy w Polsce. Odwiedzałam ją w domu, prowadziłam wywiady, telefonowałam całkiem prywatnie. Wiedziałam już, że pomimo sukcesów nie pozbyła się dziecięcych lęków. Nie potrafiła być na luzie. Za fasadą „żelaznej damy” wciąż kryła się nieśmiała dziewczynka – co zauważyłam przed jej wystąpieniami publicznymi, które zawsze ją stresowały.

Już w latach 60. XX wieku jej nazwisko stało się marką. Emisariuszka kultury polskiej na świat w czasach, gdy tak niewielu udawało się przebić poza żelazną kurtynę i zaistnieć w świadomości zagranicznych odbiorców. I pozostać na lata, na równych prawach z zachodnimi autorami.

W późniejszych latach Abakanowicz irytowało kojarzenie jej poszukiwań tylko z tkaniną artystyczną; uparcie przedstawiała się jako „rzeźbiarka”. Poniekąd sama sobie była winna: przecież właśnie w nazwę tych tekstylnych monstrów wplotła swoje nazwisko. Swoją drogą, co za brawura w dobie programowej PRL-owskiej skromności! Ile w tym było dumy, świadomości własnej wyjątkowości. Bo też miała po temu powody: przełamała tradycyjną dekoracyjność tkaniny, zmierzyła się z monumentalną skalą – i to mieszkając w kawalerce, w bloku na Saskiej Kępie – a nade wszystko, wyłamała się z drugoplanowego szeregu kobiet-artystek, przewyższając sławą i pozycją większość mężczyzn, co nadal należy do rzadkości, a w dobie RPL było wyjątkiem.

Pytałam ją kiedyś o genezę „Abakanów”. Powiedziała: – Człowiek rodzi się z pewnym zasobem konieczności. Miałam własną wizję tkaniny, musiałam wyjść poza mury pracowni. Marzyłam o działaniu w przestrzeni, o zespoleniu prac z plenerem. „Abakany” przyniosły mi niesamowitą sławę. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Tokio, na lotnisku czekało na mnie pół tysiąca osób.

O Japonii Abakanowicz opowiadała zawsze ze wzruszeniem. Na prośbę mieszkańców Hiroszimy zrealizowała dzieło upamiętniające ofiary wybuchu bomby jądrowej. Grupa 40 postaci z brązu została ustawiona na wzgórzu, na którym ludzie usiłowali się schornić i gdzie umierali.

Europejczyk zrobił ze sztuki dekorację. A ja chciałam uwolnić sztukę od estetycznego działania. Chciałam przekazać rzeźbą coś awerbalnego. Jedna figura ludzka, pojedyncza rzeźba nie działa tak silnie jak zespół figur, tłum.

Po figurach siedzących pojawiły się postaci stojące, kroczące, potem tańczące… Do każdego cyklu rzeźbiarka dobierała stosowne surowce. Od antropomorficznych dzieł przeszła do abstrakcji – na pustyni Negev ustawiła 7 kamiennych kręgów; na Litwie, w leśnym parowie, wzniosła 26 „pni” z betonu; w Storm King Art Center w Nowym Jorku skonstruowała 4 „sakrofagi” z drewna w oszklonej konstrukcji. Jej kreatywność wydawała się nie mieć końca…

W latach 90. i na początku następnej dekady wciąż sięgała po coraz to nowe wyzwania, mierzyła się z kolejnymi materiałami, skalą, rozwiązaniami przestrzennymi. Jednocześnie, zaczęto ją odsuwać, minimalizować znaczenie dokonań. Z pewnością gdyby wyjechała z Polski – po czemu miała dziesiątki okazji – jej kariera nie załamałaby się tak gwałtownie. Jednak ona uważała, że emigracja pozbawi jej sztukę korzeni. Bo tylko w Polsce, z naszych doświadczeń czerpała inspirację.

Po roku 1989 jej sztuka przestała „pasować” do potransformacyjnego społeczeństwa. Dawne metafory jakby straciły sens. U nas – bo za granicą Abakanowicz nadal funkcjonowała po dawnemu, szanowana i uznawana za klasyka sztuki współczesnej. Ostatnia dekada wyraźnie jej nie sprzyjała: nie udało się zdobyć terenu na je wymarzony Park Rzeźby, nie dostała lokalu na magazyn prac. Ale jestem pewna, że dla sztuki Abakanowicz znów nadejdzie sprzyjający klimat – bo dzieła wybitne zawsze przetrwają

.Europos_parkas_1 1000168 6cf2eb29-8cd8-481f-b184-f0783bc235ae_5702c5a0949b5a70c5310a174f8b4d81512

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a

09
Apr

Szarża na tle wieszczów (o wystawie Łodzi Kaliskiej w sopockiej galerii PGS)

Udostępnij:

To tekst z katalogu do wystawy „Parada Wieszczów” – pisany w lutym 2017

 

„Radość niszczenia jest równocześnie radością tworzenia” – to jeden z bon-motów Michaiła Bakunina, teoretyka anarchizmu z połowy wieku XIX. Ten oto myśliciel mógłby napisać wstęp do wystawy Łodzi Kaliskiej oraz zanalizować ich postawę pod kątem przydatności dla rewolucji.

Jakiej?

Z pewnością skierowanej przeciwko kapitalizmowi (zwłaszcza współczesnemu), odbierającemu jednostce wolność rozumianą jako pełny i swobodny rozwój potencjału fizycznego, intelektualnego i moralnego.

We współczesnej sztuce polskiej przewijają się/pojawiają postaci będące w opozycji do obecnego systemu ekonomicznego, do porządków i układów neo-kapitalistycznego państwa tworzonego trochę na chybił-trafił.

Ale tylko Łódź Kaliska dotyka ważnych problemów dotkliwie i prześmiewczo, miękko i wyraziście. Bez dydatkycznego smrodku, bez zapalczywości, bez osobistych powodów.

Oni rewidują Polskę bawiąc się w Polskę.

Nie mają zakresu historycznego ani tematycznego.

Co im wpadnie w sokowirówkę pomysłów, staje się materią koktajlu pitego jednym haustem, do upojenia. Bo jak zabawa, to zaba…wa!

Jak wiadomo, gry i zabawy rozwijają świadomość, uczą kreatywności, umiejętności współpracy oraz społecznych postaw. W kontekście współczesnego społeczeństwa zwanego wysoko-ucywilizowanym (cokolwiek by to nie znaczyło), w istocie złożonego z bytów pojedynczych, egoistycznych, aspołecznych i nihilistycznych, droga obrana przez członków ugrupowania Łódź Kaliska jest tyleż outsiderska i niegdysiejsza, co niosąca otuchę – że tak jeszcze można.

„Czy pani jeszcze może…?” pytał Zenon Laskowik panią Pelagię (Bohdana Smolenia) w Kabarecie Tey, na co pani Pelagia ochoczo odpowiadała: „No pewnie, że mogę!”

Oni – Łodzianie – też jeszcze mogą.

Pomimo całkowitej zmiany politycznego i ekonomicznego kontekstu. Pomimo upływu lat. Pomimo to, że z młodzieńcow stali się dziadkami.

Nadal się bawią. Wciąż mogą.

1 x majonez archaiczny + 1 x stefan archaiczny 1 x stefan zolty, majonez zolty 1 x stefan bez konserwantow   1 x majonez zolty 1 x majonez rozowy

Stefan i majonez – cykl z gatunku new-pop

 

Biegają, bo udają

Znacie? Znamy! To obejrzyjcie.

Łódź Kaliska w pełni krasy, formy, stylu (własnego).

Zobaczymy ich numery wypracowane w ciągu kilku ostatnich lat. Ćwiczyli je kawałkami, za granicą, w pracowni, w plenerze.

Panie, panowie – oto polska premiera „Parady wieszczów”.

Będzie też krótki wstęp z przeszłości ugrupowania, której meandry prowadzą od „Bitwy pod Grunwaldem” do „Komuny Paryskiej”, zwłaszcza pewnej kobiety (ma na imię Marianna) z obnażonym biustem, która powiodła lud na barykady. To jednak tylko gwoli przypomnienia, że nie urwali się z choinki.

Bo dziś, na gościnnych występach, pod auspicjami Łodzi Kaliskiej, wystąpi kombo geniuszy-proroków: Jan Janina Kochanowski, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Stefan Żeromski. W tle zaś pojawi się szarża ułanów.szarza 2016_korekta_B_19.07.2016 szarza 2016_korekta_B_19.07.2016 (1)

Taki ultrapolski koktail, którym matki karmią dziatwę; belfrzy (kto by nie pamiętał Bladaczki z „Ferdydurke”) wbijają podopiecznym w jaźń, pamięć i świadomość; duszpasterze – w dusze. Od pokoleń, od zawsze. Taka tradycja.

Wracając do szarży: dla Państwa wygody kawaleria pozostawała w bezruchu. Dla zminimalizowania kosztów, trudów i niebezpieczeństw – konie zostały zastąpione kozłami. Gimnastycznymi. Aby scenie dodać walorów wizualnych – zamiast ubranych w mundury panów w akcji udział wzięły panie. Roznegliżowane.

Żeby sobie wyobrazić, jakby to wyglądało udynamicznione, puszczone w ruch – publiczność proszona była o truchtanie wokół nagiej damskiej konnicy. Taki teatr à rebours – „scena na scenie” nieruchoma, za to widownia w akcji. Do tego ktoś ze spektatorów biegających dookoła rozebranej konnicy filmował ją podczas okrążeń.

Na taśmie filmowej dało to efekt galopu, szarży. A jak ta iluzja wygląda na stop-klatce?

Postaci „szarżujących” pań są niewyraźne, kontury ich postaci tudzież sylwetki kozłów-wierzchowców – rozmazane; tło sprowadzone do horyzontalnych, zamglonych pasm kolorów. Na ekranie i na zdjęciach, za rozmytymi poprzez pęd kształtami ciągną się „komety” form, dające wrażenie jeszcze szybszego ruchu. Za to obserwatorzy – właśnie ci, którzy naprawdę przemieszczają się, lecz są na pierwszym planie, fotografowani z bliska – zdają się tkwić w tym samym miejscu.

Ten powszechnie stosowany (lecz nieuświadomiony przez widzów) chwyt unaocznił publiczności dawno temu Andrzej Wajda w filmie „Wszystko na sprzedaż”. Tamże, kilku statystów, zaopatrzonych w husarskie skrzydła i stosowne nakrycia głowy, biegało dookoła kamerzysty, robiąc za całą armię Sobieskiego.

Mniejsza jednak z trickami filmowymi. Ważniejsze są ułudy, na które dajemy się nabrać w wyniku podstępów Łodzi Kaliskiej.

8. unnamed 2. unnamed 6. unnamed 8. unnamed 7. unnamed 5. unnamed

Balladyna w postaci komiksu – z bohaterką na selfie

 

Prorocy w szyku

Tytuł „PARADA WIESZCZÓW” nie wieszczy niczego dobrego.

Nic w tym dostojnego, godnego wieszcza właśnie.

Już w określeniu „parada” kryje się kpina. Żaden bowiem godny tego miana duchowy przywódca nie pozwoliłby sobie na wzięcie udziału w paradzie – czyli popisowym przemarszu przed oczyma publiczności, w której każdy ma prawo zająć miejsce obserwatora. Czy to władca, czy arystokrata, czy chłop, czy robotnik – każdemu wolno gapić się na paradujących.

Wyklucza to elitarną, ekskluzywną i wyizolowaną z tłumu pozycję wieszcza.

Poza tym, co wieszcz miałby do roboty w takiej masowej manifestacji? I manifestacji czego? „Wieszczowatości”? Przydatności czy predyspozycji do natchnionego przepowiadania przyszłości?

Toż to obelga dla każdego Wernyhory – przyznanie się do swej nie-wyjątkowości, znalezienie wspólnoty wizji (lub interesów) z innymi profetami, wyruszenie z nimi ramię w ramię w trasę wyznaczoną na pochód. Do tego – jakież upokarzające powinności: tu pomachać ręką fanom, tam podtrzymać iskrę w wątpiących, ówdzie skłonić się przed trybuną decydentów.

I nawet nie wiadomo, pod jakim hasłem miałby być zorganizowany przemarsz: ku pokrzepieniu serc, ku przestrodze przed inwazją ideologicznego zła (jakie by ono nie było), czy może – w imię zamanifestowania duchowej siły, zdolnej stawić odpór wszystkiemu, co polskości wraże?

Tej niepewności nie rozwieje wystawa „Parada Wieszczów”.

Ba, zapewne wprowadzi większość widzów w konfuzję. Brak bowiem wyraźnych wskazówek, za czym Łódź Kaliska optuje, a przeciwko czemu się sprzeciwia. Przecież kpina z tradycji – to nie przesłanie.

Ale… może trzeba wznieść się ponad tradycję? Zobaczyć ją w nagiej, pozbawionej literatury, teorii i ideologii, wizualnej formie? Dostrzec wszystkie uwikłania w teatralny, kabaretowy aspekt: przecież w każdym dramacie drzemie też potencjał komediowy. Przegięcie tylko w jedną emocjonalną stronę sprawia, że rzecz traci wiarygodność. Każdy pozytywny bohater, jeśli nie ma wad, staje się papierową postacią. Zrównoważenie pozytywów negatywami – to żelazna reguła każdej wielkiej, ponadczasowej sztuki.

Są tacy autorzy, u których ironia nie tylko dominuje nad patosem – także ten patos wykoślawia do granic parodii (że przywołam Stanisława Ignacego Witkiewicza, Witolda Gombrowicza, Sławomira Mrożka).

Lubię Łódź Kaliską między innymi za to, że nie dmą w trąby powagi. Nie udają badaczy społecznych nastrojów, nie opatrują swoich działań pokrętnymi interpretacjami, naszpikowanymi naukową terminologią. Jeśli Łodzianie piszą autokomentarze – to na takim samym poziomie nie-powagi, jaki cechuje ich performances czy inscenizacje. Wszystko tu się miesza: śmiech i strach, zło i dobro, refleksja nad (polskością) i kpina z (polskości). Równolegle do tej emocjonalnej mieszanki tasowane są historia, teraźniejszość, przyszłość.

I wszystko to w karnawałowej atmosferze, w kostiumach improwizowanych z tego, co pod ręką.

Łodzianie/Kaliszanie nie stawiają jednoznacznych diagnoz.

Nie chcą nas, odbiorców, przekabacić na swoją stronę – gdyż nie sposób zaznaczyć granic tej „strony”. Sami do siebie nie mają poważnego podejścia. Ich autorytety są rozciągliwe, ich doktryny – ruchome jak piaski.

Co im tam wieszcz? Tyle, co majonez. Bo jak wydało się w trakcie przygotowań jednego z wątków „Parady wieszczów”, są takie miejsca na mapie Polski, gdzie krem-sos z żółtka i oliwy otoczony jest większym kultem, niż najsłynniejsze pióro okolicy.

I tę niemiłą intelektualistom prawdę trzeba przyjąć na klatę.1 x stefan zolty, majonez zolty

A Łodzianom/Kaliszanom to nie wstyd, nie hańba. Oni chichoczą. I kręcą swoje majonezy.

 

Łobuzy z podwórka sztuki

Teraz trochę historii. Łódź Kaliska plasowała się (od zawsze, od 1979 roku) nie tyle w głównym nurcie naszej sztuki, co na jej poboczach. We czterech (stan bieżący, bo zaczynali w piątkę) liczą ponad 250 lat. Jaki jest wiek przeciętnego członka ŁK nie zdradzę, proszę sobie wyliczyć średnią. Jako formacja formalnie zbliżają się do czterdziestki (okrągła rocznica wypadnie w 2019 roku) – a to w metryce ciała zwanego ugrupowaniem artystycznym wiek matuzalemowy. Tak długo grupy nie żyją!

Na oko wydają się poważnymi panami z poważnymi minami i jeszcze bardziej serio profesjami: architekt, chemik, historyk sztuki. I tylko jeden – artysta. Mimo wszystkie różnice zawodowe, dogadują się. A najlepiej im to wychodzi na spędach z udziałem pięknych pań, inaczej zwanych Muzami. Muzy ich inspirują, pozują do zdjęć/inscenizacji, biorą udział w happeningach.

Łodzian, ich Muzy oraz członków-kandydatów (bo i tacy są) cechuje swoista niewinność, która w ich sztuce przeobraża się w prześmiewczość. Ta zaś urasta do potworności. Coś na podobieństwo figur z „Pornografii” Gombrowicza.

Wszyscy czterej cierpią na zatwardziały syndrom ułańskiej fantazji z pop-kulturowymi powikłaniami. W doborze tematyki zachowują pełną niefrasobliwość. Każdy motyw dobry, jeśli inspirujący.

Na arenie polskiej sztuki nie ma analogicznego zespołu z podobnie długim stażem i niezmiennym (od początku) statutem. Wszystkie formacje bazujące na zróżnicowaniu form wyrazu, na ironii i absurdzie – jak choćby Azorro czy Łyżka Czyli Chilli – przetrwały znacznie krócej. Wyczerpywały się pomysły, zmieniały poglądy członków i ich status materialny, pojawiały się konflikty… Tymczasem Łódź Kaliska, zespół ukonstytuowany podczas Karnawału Solidarności, przetrwał zapaść stanu wojennego, przetrzymał dogorywanie PRL-u, przeżył transformację ustrojową, nie dał się zniszczyć polskiemu drapieżnemu kapitalizmowi i poradził sobie ze zmianami mentalnymi rodaków wynikłymi z braków i dobrodziejstw III RP.

Łódź Kaliska trwa na burzliwym morzu najnowszej historii Polski i płynie zawsze pod prąd obyczajowych huraganów. Takie don Kichoty made in Poland. Jedni przyklaskują ich straceńczej strategii, inni czują się obrażeni w swej ideologicznej powadze. A Łódź Kaliska nadstawia ciała z każdej strony – to naraża się patriotom, to feministkom, to prawicy, to lewicy. Bo Łodzianie nie uznają żadnego ideolo-prymatu. To ich siła.

Gdyby próbować odpowiedzieć na pytanie: kim są? – trudno byłoby znaleźć jeden adekwatny termin. Co więcej, próby zdefiniowania ugrupowania prowadzą poza słownictwo znane/stosowane w teorii sztuki.

 

Pierwsi do narażania (się)

Łódź Kaliska mistrzowsko dworuje sobie ze wszystkiego, co inni stawiają na piedestale. Nie faworyzuje żadnej stylistyki, czy raczej – anektuje wszystko, co aktualnie jej przydatne.

Łodzianom/Kaliszanom najbliższa jest postawa dadaistyczna, za którą „rdzenni” dadaiści zbierali cięgi (sensu largo i sensu stricto), co zdarza się również ŁK. Nawet jeśli cielesne urazy nie były/nie są ich udziałem, obrywają za stawianie się wpoprzek artystycznemu establishmentowi.

Można by ich nazwać permanentnymi anarchistami, nihilistami sztuki, kontestatorami zastanych porządków. Ale wszystkie te określenia są zbyt wzniosłe, nieprzystające do ich poglądów ani strategii działań.

Wolę ich określić mianem chuliganów sztuki. Oni nie filozofują. Po prostu są przekorni i wywracają na nice (patrz: Stanisław Lem, „Bajki robotów”) to, co „do wierzenia podane”. Nie ufają dogmatom – a może są po prostu ciekawi, co kryje się pod spodem?

Dlatego skupiają się na penetrowaniu rewersów sztuki.

Rewersów? Co ja mówię, to dla nich za elegancko! Oni włażą sztuce do flaków, zaglądają do ślepej kiszki, przysadki mózgowej i grasicy. Szukają sztuce brudu za paznokciem, nagniotka na pięcie, odrostów na farbowanej czuprynie. Są wyczuleni na każdy fałsz, tak twórców, jak odbiorców.

To łobuzy, dla których nie ma żadnej świętości.

Ale, ale! Nieprawda. Mają swojego boga: doskonałość formy. Siła przekazu zawarta w przemyślanym, dopracowanym w każdym calu kształcie. W tym aspekcie trwają przy tradycji.

Niby wyrośli na podglebiu Kultury Zrzuty, niby z pnia groteski, zgrywy, sztuki żenującej – a tak naprawdę w poszanowaniu dla Formy. Jak Witkacy – szaleni i zarazem zdyscyplinowani.

Trzynaście lat temu wywołali skandal za sprawą okładki w „Playboyu”: ogołocili z godności godło polski (naga młoda piękność „wpisana” w kształt białego orła, ze skrzynkami po coca coli jako narodowym rekwizytem). Niemniejsze poruszenie wywołali wystawą w Centrum Sztuki Współczesnej-Zamku Ujazdowskim „Niech sczezną mężczyźni” (2008), narażając się na ataki feministek. Powód? Rozebrali Muzy (to akurat nic szczególnego) i „zatrudnili” w typowo męskich zawodach, jak kominiarz, tapicer, wylewanie asfaltu.

Każda ich sesja (a organizują cykliczne zjazdy w Łodzi, rzecz jasna) była/jest ekscesem.

A podczas zjazdów dzieje się! To burze mózgów połączone z happeningami; spotkania pod patronatem Muz i galopady przez historię sztuki; penetrowanie codzienności, wyłuskiwanie inspirujących plotek z brukowców i z mroków przeszłości.

Z takiej wybuchowej mieszanki nie mogło powstać nic, co przystawało/przystaje do mainstreamowych nurtów.

 

Wieszcz bez wieszcza

Czym Kaliszanie zbulwersują trójmiejską publiczność?

Myślę, że każdy cykl z „wieszczej” serii ma obrazoburczy potencjał.

„Stefan Żeromski i Majonez Kielecki” narażą się pewnie podobieństwem do „Zupy Campbell” Andy’ego Warhola. Przystojne (choć zniekształcone nierzeczywistymi kolorami) oblicze pisarza pojawia się na tle zwielokrotnionego napisu „bez konserwantów”, zacytowanego z opakowania majonezu. Seria kilkunastu słoiczków tego przysmaku też kojarzy się z pracą na papierze amerykańskiego mistrza pop-artu. To jakże to? Przerobić autora „Przedwiośnia” na modłę amerykańską?

Juliusz Słowacki też może nie przypaść tradycjonalistom do gustu. Poemat „Balladyna” przeobraził się w krwawy komiks rozpisany na kilka plansz. Teksty (fragmenty oryginału) w dymkach ulatują z ust i myśli bohaterów zastygłych w przerysowanych gestach, z nadekspresyjną mimiką – jak aktorzy z amatorskiego teatru. Kampowego sznytu dodają inscenizacjom niedorzeczne, niby-historyczne kostiumy. Pikanterii całości dodaje stylizacja „na selfies” robione przez czarną heroinę dramatu (co by było, gdyby Balladyna miała telefon komórkowy?…). Kto nie lubi pure-nonsensu i kampu, może zatrząść się z oburzenia.

Adama Mickiewicza właściwie nie widać – jego obecność została sprowadzona do rozpikslowanej reprodukcji obrazu „Polonia” Jana Styki. Choć nie, jest jeszcze aneks: kilkadziesiąt białych, gipsowych popiersi wieszcza wrzuconych do akwarium (jak ryby bez wody).

Wreszcie – Janina Kochanowska zamiast znanego skądinąd poety z Czarnolasu. Łodzianie wykorzystali tu newsa sprzed kilku lat, w którym informowano o znalezieniu czaszki kobiety w miejscu domniemanej mogiły Jana Kochanowskiego. To wystarczyło, żeby ŁK zabawiła się w swoim starym stylu. Członkowie grupy i ich Muzy zaimprowizowali sytuacje ze znanych historycznych obrazów. Tuzin znanych malowideł przerobiono na sceny z życia Janiny Kochanowskiej – kobiety. Te fotograficzne pastisze na pewno zrewolucjonizują naszą wiedzę o renesansowym poecie. Przede wszystkim, poddadzą w wątpliwość jego tożsamość płciową. Może bodaj w tym przypadku feministki zostaną usatysfakcjonowane?

 

02
Apr

Ręczna robota w animacji (wystawa Piotra Kamlera w Kordegardzie)

Udostępnij:

Piotr Kamler.kamler10

W warszawskiej Kordegardzie (przy MKiDN) wystawa (23.03 – 23.04. 2017).piotr-kamler-galeria-kordegarda-warszawa-2017-03-21

Zachwycił mnie, zawstydził (że nie wiedziałam o nim). Przedstawiciel tzw. nurtu filozoficznego w animacji.

Młodszy o mniej więcej dekadę od Lenicy (Jana) i Borowczyka (Waleriana).
Młodszy też od mojego Mistrza Daniela Szczechury (bo On uczył nas na warszawskiej ASP fotografii i filmu animowanego; pierwsze zajęcia obowiązkowe przez dwa lata; drugie – wolontarystyczne, ekskluzywne, wymagające hartu ducha, bowiem czekało się wiele miesięcy na kamerę).
Ale mniejsza, to podobne pokolenie. Robili polską animację, wynosili na świat, zdobywali nagrody.

Piotr Kamler.

Rocznik… wczesny. Międzywojnie XX wieku. Osiem krzyżyków zaliczonych. Polski artysta we Francji. Autor filmów animowanych.

I te filmy są do obejrzenia! Lata 60, 70.
Jak to się wtedy ręcznie, zręcznie robiło. Pomysłem, zmysłem, inteligencją, wyobraźnią.vlcsnap-2010-08-31-07h28m11s99 Picture 76 Picture 74 137857378_1280x720

Bardzo polecam. Do 23 kwietnia.
Poniżej – kadry z filmów. Ręczenie robione marionety !!!

!Ulotna-misja chrono2

31
Mar

Nie szykuję się do odejścia. Rozmowa z Moniką Małkowską (Karolina Plinta)

Udostępnij:

Fikcyjny wywiad ze mną przeprowadziła pracownica magazyny SZUM. Miał być dowcipem na Prima Aprilis – ukazał się jednak dzień wcześniej, co nie było żartem, ale…  wyrazem samozadowolenia autorki, że oto znów mi dowaliła.
fotomontaż na podstawie zdjęcia: zwierciadlo.pl
Mafia kulturalna z upodobaniem demonstruje swoją elitarność, ale zarazem nie ma skrupułów, żeby zwykłego podatnika oskubywać z jego własnych pieniędzy. Śmieje mu się w twarz i ordynarnie sięga do kieszeni, bo przecież sztuce się należy…

Karolina Plinta: Pani Moniko, na wstępie chciałam pani podziękować za to spotkanie. Po raz ostatni rozmawiałyśmy ze sobą trzy lata temu, niestety wszystko skończyło się małym sporem, który, mam nadzieję, jest już za nami…

Monika Małkowska: Przyznaję, że sytuacja jest dla mnie dziwna. Wpuściłam panią do domu, pokazałam swoją kolekcję, opowiedziałam o sobie, a pani tekst… Był niedopuszczalny! Rozumiem, że zamierza pani mnie wreszcie publicznie przeprosić za ten paszkwil?

W zasadzie skontaktowałam się z panią na polecenie redakcji „Szumu”. Jesteśmy poruszeni pani ostatnią audycją w Czwórce (do której zaprosiła pani Andrzeja Biernackiego i Piotra Bernatowicza) i uznaliśmy, że warto rozwinąć niektóre wątki, które pojawiły się w tej dyskusji. Szczególnie interesuje nas problem wykluczenia, ponieważ po przyznaniu ministerialnych grantów sami czujemy się trochę zmarginalizowani.

Fortuna kołem się toczy…. No ale przecież „Szum” dostał grant z MKiDN, nie możecie narzekać. Wygląda na to, że jesteście pupilkami każdej władzy.

Niby trochę dostaliśmy, ale gdzie nam do „Arteonu”… W każdym razie postanowiliśmy przemodelować trochę nasz profil, i tu bardzo przyda się nam pani pomoc.

Pani Karolino, nie mam czasu na podchody. O co konkretnie chodzi?

No dobrze. No więc zamierzamy usunąć z naszej redakcji niektórych autorów, nazwijmy to, o zbyt oczywistych ideologicznych preferencjach – takich jak na przykład Agata Pyzik.

To ta od selfie-feminizmu? Dawno nie czytałam takich bzdur!

No właśnie.

I ta nowomowa… „Empowerować”? „Cisgenderowe”? Co to w ogóle znaczy?!

Też doszliśmy do takich wniosków. Planujemy więc nieco zmienić profil redakcji i może zgodziłaby się pani…

…pachnie mi to interesownością.

Bynajmniej, a nawet odwrotnie. Teraz chcemy robić pismo całkowicie apolityczne, takie jak „Arteon”.

Proszę mówić dalej.

Powiem wprost: czy zechciałaby pani podjąć regularną współpracę z „Szumem”? Nie ma pani obecnie, zdaje się, stałej redakcji…

I to właśnie ty jesteś osobą, która stara się o moje względy?! To naprawdę komiczne, biorąc pod uwagę, że kiedyś naśmiewałaś się z mojego bloga i porównywałaś mnie do Kory upalonej suszem z konopi indyjskich. Jak mam rozumieć tę zmianę zdania? I co to za kosz, który przyniosłaś ze sobą w torbie „Szumu”?

Proszę przyznać, że jest pani fanką Kory.

Więcej, byłam jej stylistką. Gdybyś chociaż trochę interesowała się historią krytyki polskiej drugiej połowy XX wieku, wiedziałabyś na przykład, że kiedyś zaprojektowałam dla niej ciuchy do kilku sesji fotograficznych, zresztą wykonanych we współpracy z Tadziem Rolke. Ostatnio jednak odkryłam, że w internecie przypisuje się im inne autorstwo, prowadzę w tej sprawie śledztwo…

Jednym z podstawowych problemów sztuki współczesnej jest jej ignorancja względem widza. Artyści i kuratorzy zachowują się często tak, jakby chcieli odbiorcę wyśmiać i zadrwić z jego kompetencji.

Nie pierwsze i nie ostatnie. Przy okazji: czy mogę spytać, na jakim etapie jest pani, jeśli chodzi o spiski mafii bardzo kulturalnej?

Wczoraj wybrałam się nad Wisłę i w oczy rzucił mi się ten poniemiecki hangar, jaki wybudował sobie MSN…

Właściwie to austriacki. Właścicielem pawilonu jest fundacja Thyssen-Bornemisza Art Contemporary, założona przez Franceskę von Habsburg.

To nawet gorzej, dawny okupant znów stoi u naszych bram! Czy ten pawilon nie jest czasem koniem trojańskim? To naprawdę smutne, że polski odbiorca musi zadowalać się ochłapami z Zachodu. Ciekawa jestem, ile pieniędzy zapłaciliśmy za to pudło tej austriackiej firmie?

Sugeruje pani, że mamy do czynienia z zamachem na polską suwerenność artystyczną?

Ja tylko pytam. Ale mam nadzieję, że ministerstwo kultury zajmie się tą sprawą.

Może wrócimy do tematu mody? Mogłaby pani pisać o niej na naszych łamach. Ma pani na szyi piękny naszyjnik, czy to masajskie dredy?

Dredy, które, przypomnę, również wyśmiałaś w swoim hejterskim artykule.

Dlaczego hejterskim? Przecież koniec końców nazwałam panią mistrzynią. Czas pokazał, jak bardzo trafna była moja diagnoza. Jest pani żywą historią polskiej krytyki artystycznej, a mi – cóż – został tylko ten Kubeł, w którym czasem performuję siebie i innych…

Co to za tampony oblepione brokatem w środku?

To wystawa wykuratorowana przez Zofię Krawiec, selfie-feministkę i ofiarę internetowego hejtu, oznaczaną tagiem #tanieporno. A także moją niegdysiejszą współlokatorkę, z którą rozstałam się w niezgodzie, ponieważ obraziłam jej chłopaka. Ostatnio udało nam się pojednać w Kuble i tak sobie pomyślałam, że może chciałby pani jednego tamponika…?

I co to miałoby niby symbolizować, jeśli chodzi o naszą nową relację?

Pani Moniko, tu nie chodzi tylko o naszą relację, ale także relacje kobiet w ogóle, przyjaźń siostrzaną.

Co sugerujesz?

No, na przykład myślałam o pani dawnej znajomej, Andzie Rottenberg… Przy okazji: czy szykuje pani jakąś aukcję swoich dzieł sztuki albo biżuterii i ubrań, podobną do tej, którą organizuje Anda? Śmierć to w końcu problem, który dotyczy nas wszystkich i warto pomyśleć zawczasu o uporządkowaniu pawlacza.

Nie znam tej pani. Zresztą osoby takie jak ja – z misją tropienia patologii w sztuce – raczej nie myślą o odpoczynku. Ktoś w końcu musi wskazywać ludziom wartości i definiować jakość, żeby publiczność nie nabierała się na kity, jakie często chce im wcisnąć środowisko artystyczne… Nie, definitywnie nie szykuję się do odejścia. Co gorsza, nie widzę następców.

Dorobek Łodzi Kaliskiej należy już do narodowego kanonu. I przede wszystkim, jest to sztuka o nas, o Polakach, w Polsce i o Polsce, dla Polaków.

A Iwo Zmyślony?

Rzeczywiście, obserwuję go od pewnego czasu i podoba mi się jego sposób myślenia. Kiedyś pisywał nawet do „Szumu”, ale widzę, że spadły mu klapki z oczu i dostrzegł totalitaryzm lewicowego reżimu, który obowiązuje w polskiej sztuce. Niełatwo jest sprzeciwić się mainstreamowi, tym bardziej cenię tak nonkonformistyczne postawy jak Iwona Zmyślonego. Ale żeby mnie zastąpił, musiałby napisać jeszcze z tysiąc tekstów. To w ogóle krytyk mało piszący, prawda? No, w każdym na razie na razie godnie zastępuje mnie w Tygodniku kulturalnym narodowej TVP Kultura.

No właśnie, „Szum”. Jak mówiłam, zamierzamy obrać nowy kierunek. Mamy nadzieję, że dzięki temu wyjdziemy z niszy tzw. pisma branżowego i zyskamy szersze grono odbiorców.

Pani Karolino, w końcu się zgadzamy! Jednym z podstawowych problemów sztuki współczesnej jest jej ignorancja względem widza. Artyści i kuratorzy zachowują się często tak, jakby chcieli odbiorcę wyśmiać i zadrwić z jego kompetencji. Jak często zauważa pan Zmyślony, opisy na wystawach są enigmatyczne, a wybór artystów nie uwzględnia wrażliwości konserwatywnej. Mafia kulturalna z upodobaniem demonstruje swoją elitarność, ale zarazem nie ma skrupułów, żeby tego odbiorcę, zwykłego podatnika, ujmijmy to wprost – oskubywać z jego własnych pieniędzy. Śmieje mu się w twarz i ordynarnie sięga do kieszeni, bo przecież sztuce się należy…

Pani także kuratoruje, 8 kwietnia w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie otworzy się wystawa Parada wieszczów Łodzi Kaliskiej. Skąd ten wybór?

Dorobek Łodzi Kaliskiej należy już do narodowego kanonu. I przede wszystkim, jest to sztuka o nas, o Polakach, w Polsce i o Polsce, dla Polaków.

Jednym z niekwestionowanych walorów wystawy będzie silna reprezentacja nagich kobiet. To może wielu się spodobać, szczególnie mężczyznom.

Łódź Kaliska jest dzisiaj jedną z niewielu grup artystycznych, która potrafi przeciwstawić się współczesnemu nihilizmowi i egoizmowi, ale robi to z lekkością, bez dydaktycznego smrodku i ukrytych intencji. W prezentowanym na wystawie filmie zobaczymy paradę wieszczów i towarzyszącą jej szarżę ułanów. Zastąpienie ułanów roznegliżowanymi paniami jest gestem estetycznym, jak pani wie, ważnym w sztuce od stuleci.

Znowu się zgadzamy! Czy mam rozumieć, że zgodzi się pani dołączyć do zespołu „Szumu”? Na zachętę przyniosłam pani nowy numer.

Doceniam ten gest. Dobrze, przygotuje kilka tekstów na próbę, a nawet mam kilka nieopublikowanych rzeczy w szufladzie…

Bardzo się cieszę! Mam nadzieję, że ta rozmowa będzie dobrym początkiem naszej przyszłej współpracy. Dziękuję za wywiad.

Tylko prześlij mi go do autoryzacji! W przeciwnym razie pozwę was wszystkich!

Warszawa, 1 kwietnia 2017

* Ta rozmowa niestety się nie odbyła.

15
Mar

Jak z kalendarzem Kory i okładką „Nocnego patrolu” było naprawdę

Udostępnij:

Zabawne – ale tak naprawdę, wcale nie śmieszne.

Przypomniałam (przez przypadek) zdjęcie Kory, które robiłam (stylizowałam) we współpracy z Tadziem Rolke.
I nagle okazało się, że te foty mają INNYCH autorów.
Póki co, łatwo to zweryfikować – choćby zadając kilka pytań dotyczących okoliczności powstania prac.
Za jakiś czas nikt już nie odpowie na te kwestie.

Przy okazji – zamieściłam na FB kilka historyjek o niektórych ciuchach z tej (i innych) sesji fotograficznych Kory i Maanamu.

Te zdjęcia Kory i Maanamu autorstwa Tadeusza Rolke nie byłyby takie, jakie są – gdyby nie mój udział. Owijałam Korę w moje jedwabie (te paski i niby-mini), aranżowałam i stylizowałam, na ile pozwalały warunki oraz moje zasoby. Bo to wszystko było z domowych zapasów. Teraz nikt temu nie da wiary – że to było z mojej własnej garderoby i szafy. Plus szaleństwa Dwurnika i w ogóle nasza pomysłowość.

KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80

Najśmieszniejsze, że to były MOJE (i tylko moje) ciuchy i jedwabie – a nie jakieś zasoby telewizyjnej czy teatralnej garderoby.
W naszym skromnym, trzyosobowym gronie potrafiliśmy zabawić się w super kreatorów. Ślad jest na zdjęciach.

kora maanam 1983 -3bb

O, to właśnie jedno ze zdjęć ze słynnej sesji fotograficznej u Dwurnika. Umazaliśmy Korę na wzór obrazu. Za nią w tle – praca (blejtram) Edzia. W ówczesnej biedzie podpartej modą na „japońszczyznę” najlepiej sprawdzały się kawałki (tzw. kupony) jedwabiu oraz szalone malunki na twarzy i włosach.
Kora znakomicie się nadawała do eksperymentów.
Ale bez udziału równie szalonej osoby, jaką byłam wówczas, sesja nie wypadłaby tak malowniczo…

Dodam jeszcze, że kawę/herbatę parzyła nam Teresa Gierzyńska, wówczas żona Edzia, doskonała fotografka. A po mieszkaniu (blok na Stegnach, jak dziś pamiętam, sama przez pewien czas wynajmowała z chłopakiem mieszkanie w bloku obok) plątała się mała dziewczynka – Pola.nocny-patrol-b-iext37704845

15
Mar

Życiodajna moc sztuki (o wystawach w Fundacji Stefana Gierowskiego i Salonie Akademii)

Udostępnij:

Jednego dnia obejrzałam dwie wystawy – tak różne, jakby z innych planet. I nie chodzi o użyte media ani stylistyki. Te prezentacje wyrażały odmienne stany ducha autorów: jedna była zastrzykiem optymizmu, druga niosła rozpacz.

Ta pierwsza, w Fundacji Stefana Gierowskiego – dawała nadzieję na PRZYSZŁOŚĆ, była świadectwem potęgi sztuki i siły przyjaźni.

Jej autorzy już nie żyją, lecz wiele lat wspólnie działali w Klubie Krzywego Koła, przy tym pracowali intensywnie, każdy w zupełnie inny sposób – a spotkali się… w obozie koncentracyjnym, w czasie wojny.

 dlubak zbigniew portret_6279751

Zarówno Zbigniew Dłubak (1921 – 2005), którzy przeszedł przez Auschwitz i Mauthausen,

jak Marian Bogusz (1920 – 1980), który też był więźniem Mauthausen

66423_bc78cb7e3, uważali, że koszmar wojny można przetrzymać tylko poprzez tworzenie i organizowanie pokazów malarstwa.

fo_dlubak_uwieziony_msl_l 6c0ae5719f8d14f642588f3a9d947f3b zbigniew-dlubak-tytul-xxxsystem-iiixxx-1975-r.-ze-zbioroxxw-muzeum-sztuki-w-lodzi-1200x1360

To obrazy Zbigniewa Dłubaka z różnych lat, a najwcześniejszy „zielony ludek” zatytułowany „Uwięziony” pochodzi z 1948.

m790 H1118-L13588200 Bogusz

A to obrazy Marana Bogusza, też z rozmaitych okresów. Ostatni – z serii kompozycji  malowanych na aluminium.

Podobnie udało się przetrwać oflag Romanowi Owidzkiemu (1912 – 2009), którego wystawę kilka miesięcy temu zorganizowała Galeria Le Guern.
Sztuka, twórczość i chęć dzielenia się dokonaniami oraz poglądami na prace innych dawały siłę niejednemu artyści. Ba, przeżycia obozowe stawały się motorem do jeszcze intensywniejszego działania po wyzwoleniu – przypadek Józefa Szajny.

Tego samego dnia poszłam do Salonu Akademii (pałacyk ASP), gdzie trwa wystawa ABS_2067.
Dziesięcioro młodych absolwentów Wydziału Sztuki Mediów wzięło udział w konkursie (i zostało zakwalifikowanych do pokazu przez jury) , którego tematem była projekcja ich życia za 50 lat.

Wyszłam powalona PESYMIZMEM tych młodych, utalentowanych ludzi. Szczególnie dwie prace nie dają mi spokoju: doskonałe w każdym sensie wideo „Modern Clown” Justyny Łoś i dramatyczne wyznanie Macieja Szczęśniaka. Tenże po prostu oznajmił, że… nie może stworzyć niczego, ponieważ myśl, co będzie za 50 lat, niesłychanie go przygnębia. „Istnieje możliwość, że świat jaki znamy, skończy się w wyniku wojny albo jakiegoś kataklizmu. To wszystko jest strasznie smutne i przygnębiające. Tak bardzo smutne, że nie mogę o tym myśleć”.

Zestawienie tych dwóch pokazów – to najlepszy dowód na to, że kultura, sztuka, wartości, a tym samym – nadzieja zostały zniszczone.

Nie jest to dobra wiadomość dla świata.

16
Feb

Nigdy nie byłam w żadnym układzie (rozmowa ze mną Bronisława Tumiłowicza)

Udostępnij:

 

Rozmowa z krytyczką sztuki Moniką Małkowską

 

-Z Pani ust wyjątkowo często padają negatywne określenia wobec konkretnych uczestników naszego rynku sztuki. Mówi Pani o imperium, monopolu a nawet mafii i korupcji. Czy nadal Pani to podtrzymuje.

-Potwierdzam. Można oczywiście używać łagodniejszych słów jak kartel czy klika w odniesieniu do grupy uprzywilejowanych kierowników instytucji państwowych i prywatnych galerii, oraz kuratorów i artystów. Ten układ, mimo zmian na scenie politycznej, nadal świetnie daje sobie radę.

-I doczekała się Pani równie soczystej reakcji. Padło nawet określenie neofaszystka. Kilka czasopism tzw. głównego nurtu – Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, Polityka, Newsweek -opisało Pani działania jako zdecydowanie szkodliwe. Że niby przez Panią zagrożony był 25-letni wspaniały dorobek polskich instytucji sztuki. Czy chociaż przeprosili za mijanie się z faktami?

-Ależ skąd. Nikt nie przeprosił. Tylko dyrektorka radiowej “dwójki” zadzwoniła z przeprosinami, że uczestnicy dyskusji w studiu bezceremonialnie natarli na mnie.

=O co poszło?

- O pieniądze. W sumie mafia je już i tak dostała, ale z lekkim opóźnieniem. Układ jednak wpadł w popłoch i na łamach prasy pojawiły się wyjątkowo wredne i kłamliwe słowa na mój temat. Chodziło o to, że na początku roku, jeszcze za rządu PO, wchodziłam w skład jednej z czterech komisji ministerialnych, która miała przyznać pieniądze z budżetu dla 4 priorytetowych muzeów sztuki nowoczesnej-Muzeum Sztuki w Łodzi, CSW Zamek Ujazdowski, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i …. Pieniądze – 7 mln zł- w skali światowej niewielkie, bo pozwalające na zakup jednej lub dwóch cennych prac, ale dla polskich instytucji ogromne. Wystarczy porównać – tutaj cztery muzea i 7 mln, a na pozostałe 125 muzeów – tylko trochę ponad 3 mln zł. Chcieliśmy w ramach tej komisji wprowadzić jakiś porządek w rozdzielaniu tak dużych pieniędzy i zmienić regulamin, aby nie kupować dzieł współczesnych w pakietach, ale by były to konkretne obiekty. Do komisji zaprosiliśmy konserwatorów sztuki, aby nie kupować prac w złym stanie, rozpadających się, nietrwałych, zapleśniałych itd.

- A konkretnie co miało być kupowane?

- Widzieliśmy, że komisja ma tylko przyklepać już zaplanowane zakupy, a nie decydować za dyrekcje muzeów. Choć każda placówka ma swoją specyfikę, ale okazało się, że powtarzają się niektóre nazwiska artystów, np. Zbigniewa Libery i jego Obrzędy intymne. Mieliśmy specyfikację zakupów, ale nie było wizualizacji, prace wideo można było obejrzeć tylko na pojedynczych fotosach. W sumie wypłata dotacji trochę się przeciągnęła, co wywołało burzę.

-Posypały się wyzwiska?

-W komisji było kilka osób, ale najwięcej oberwałam ja, jako osoba medialna, która od pewnego czasu pisze o patologiach.  W artykułach pojawiały się kłamstwa, że np. kolaborujemy z PiS-em, że pieniądze zostały zabrane i przekazane na Świątynię Opatrzności albo inne cele. Wszystko to była nieprawda, bo nikt pieniędzy nie odebrał. Nowopowołana komisja pod przewodnictwem Waldemara Baraniewskiego pieniądze rozdzieliła i już nikt jej o kolaborację z PiS nie oskarżył. Jest cicho.

-Ale przecież ta jedna sprawa nie przesądziła, że ma Pani na pieńku ze środowiskiem muzealników. Mówi Pani otwarcie o patologiach tam panujących. Gdzieś wyczytałem, że znalazła Pani “przekręt założycielski” obecnego układu życia artystycznego. 

-Określenie “przekręt założycielski” nie pochodzi ode mnie, a odnosi się w głównej mierze do Fundacji Galerii Foksal – nie mylić z Galerią Foksal. Rzecz w tym, że zakupy dla czołowych państwowych instytucji sztuki współczesnej idą przez prywatne fundacje i galerie, takie jak Fundacja Galerii Foksal i Galeria Raster. One bogacą się na publicznych pieniądzach, bo weszły w dobry układ. Składają wnioski o dotacje i zwykle wygrywają.  Samo wypełnienie wniosku jest dużą sztuką, a jego przeforsowanie jeszcze większą. Ponoć niektórzy urzędnicy proponują procent. Płyną pieniądze na programy i pomysły, ale często nie dochodzi do ich realizacji. Nie mam żadnych twardych dowodów ani dokumentów, które by potwierdzały tezę o przekrętach i wyłudzeniach. Niech się tym zajmą powołane struktury państwa. Jest jednak wysoce niestosowne, że generalnie artyści żyją na granicy biedy, wiele galerii sztuki plajtuje, bo nie jest w stanie utrzymać się na rynku, ale jest grupka wypasionych, która żeruje na państwie. Proszę sobie obejrzeć jakim budynkiem dysponuje Fundacja Galerii Foksal, która mieści się przy ul. Górskiego i zajmuje się obrotem dzieł sztuki, dużo sprzedaje i kupuje. Wystarczy porównać jej siedzibę z prawdziwą Galerią Foksal, przy końcu ulicy Foksal, która ma tylko dwie niewielkie salki wystawowe. Fundacja, która przechwyciła dobrą markę a z Galerią, nie ma nic wspólnego.

-Czy decydenci we władzach tego nie widzą?

 

-Nie za bardzo. Środowisko znawców sztuki jest wąskie i hermetyczne a układ ma to do siebie, że ustalił hierarchię wartości. Artyści nawet wybitni, którzy się nie załapali do sieci powiązań galerii i muzeów muszą walczyć o byt na własną rękę. Pomoc, dotacje i granty, pierwszeństwo z zakupach, wyjazdy na zagraniczne festiwale i opiekę kuratorską mają wciąż ci sami, których pozycja na rynku jest niekiedy sztucznie  wywindowana. Oczywiście każda ich prezentacja w kraju czy zagranicą to “wielki sukces”, ale realnie pozycja polskiej sztuki współczesnej dramatycznie spadła.

-Przestaliśmy się liczyć w świecie? Przecież nie zawsze tak było.

Był moment gdy Polska stała się modna . Po 89 roku nastał prawdziwy boom na naszą sztukę – Kozyra, Althamer, Libera. Żmijewski i inni byli bardzo poszukiwani, a również wybitni artyści zagraniczni do nas przyjeżdżali. Teraz nasi twórcy rzadziej się pojawiają w świecie, a do Polski już dawno nikt naprawdę wybitny nie przybył.

-Był np. Maurizio Cattelan.

-Tak. 5 lat temu. Jeżdżę na różne prezentacje, do Berlina, Rzymu, Paryża. O polskich artystach cicho, na Biennale Sztuki w Wenecji już dawno nie mieliśmy nic istotnego do pokazania. Król jest nagi. Ale opinię o naszym potencjale artystycznym kształtują przekupni kuratorzy. Oni są w stanie wmówić wszystko słabo przygotowanym decydentom i równie niekompetentnej publiczności. Jest układ szefów ważnych instytucji, galerzystów i kuratorów,  którzy ustalają między sobą, co dobre, co złe. To merytokracja. Bycie w układzie wystarcza, nie walczy się już o pozycję polskiej sztuki na rynku, ani o frekwencję w muzeach. Są etaty i szczodre dotacje państwowe. A jeśli nawet pojawiają się działania promocyjne, to są robione źle, nieskutecznie. Gdy organizuje się targi za granicą, to te prywatne struktury korzystają z pomocy finansowej państwa, bo udział w takich imprezach sporo kosztuje, ale nie  dbają o rzetelną reprezentację polskiej kultury, tylko troszczą się o własny biznes.

-Proszę podać jakieś przykłady artystycznych absurdów i sztucznie nadmuchanych wielkości.

-To trudna sprawa, bo dotyczy czasem nawet bardzo utalentowanych osób. Np. szanowana przeze mnie Katarzyna Kozyra, która zrobiła parę genialnych rzeczy, np. “Święto wiosny”, zaczyna się bawić w reporterkę w projekcie “Syndrom Wielkiego Tygodnia” – chodzi po Jerozolimie i rzuca pytania “Are you Jesus?”, albo staje się socjologiem i rozdaje ankieterkom formularze, by zbierali odpowiedzi w projekcie “Marne szanse na awanse”. Artur Żmijewski podeptał granice przyzwoitości  skłaniając za pieniądze biednego starca , aby “odnowił” sobie zacierający się tatuaż – numer więźnia obozu koncentracyjnego, podobnie Zbigniew Libera postąpił nieetycznie i zarejestrował w pracy wideo “Obrzędy intymne” ostatnie chwile swojej głuchoniemej i niewidomej babci. Ktoś inny nakręcił film z własnego pochówku.

-Sugeruje Pani, że to nie jest już sztuka, że nie ma żadnej wartości artystycznej. A przecież w obecnej dobie sztuką może być praktycznie wszystko czym zajmie się twórca.

-Taki pogląd, to jest ślepy zaułek. Trzeba edukować rodaków, aby nie dali się wziąć na zwietrzałe hasła dawnych przedstawicieli awangardy. Nie można brać dosłownie cytatu z Josepha Beuysa, że każdy jest artystą, ani naśladować Andy Warhola czy Marcela Duchampa, którzy uwznioślili gotowe produkty czyli “ready made”, jako dzieła sztuki. Sam Duchamp zresztą ostrzegał, że to jest pomysł na krótką metę. Nasz odbiorca jest słabo wyedukowany i daje sobie wmówić, że ma do czynienia z wielką sztuką. Niestety brak wiedzy dosięga również osób odpowiedzialnych za sprawy merytoryczne i finansowe w resorcie kultury.

-Dlaczego tzw. dobra zmiana w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zmiotła starego układu? Napisała Pani na facebooku, że w MKiDN rządzi konserwa.

-Moim zdaniem wystraszyli się. Mieli dość buczenia, krzyków i tupania. Zaakceptowali stary układ. Zresztą specjalistą od plastyki zrobiono w resorcie faceta po teatrologii, który się nie orientuje w cienkościach całej sfery. A środowisko zaczęło krzyczeć na zapas. Za jednym zamachem przywalono ministrowi Piotrowi Glińskiemu i mnie. A może ja zbierałam cięgi za Glińskiego, choć tak naprawdę widziałam szefa resortu i wicepremiera  dwa razy w życiu. A teraz jeszcze ktoś rozpuścił plotkę, że szykują mnie na szefa warszawskiej Zachęty.

-Jest Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych krytyczek sztuki, ma odpowiednie wykształcenie i świetny warsztat medialny. Czy to właśnie media, telewizja, radio, prasa , film, nie powinny edukować i sprawić, że każdy obywatel mógłby się w tym temacie jakoś orientować i samemu oddzielać ziarno od plew?

-Robię co mogę. Prowadzę w radiu audycje o sztuce, czasem występuję w TVP Kultura, sporo piszę, ale to wszystko zbyt mało. Zresztą cześć moich zajęć utraciłam w wyniku nagonki.  Społeczne zainteresowanie sztuką jest nikłe. Jest ciężko, bo nasze historyczne uwarunkowania sprawiły, że u nas bardziej liczyło się słowo niż obraz. Od 25 lat chodzę po różnych wystawach i często jestem sama w wielkiej sali. To się powoli zmienia. Są dwa momenty, gdy jest więcej publiczności – wernisaż i darmowe dni, np. Noc Muzeów. Oczywiście są wystawy przyciągające tłumy. Malarstwo Boznańskiej, Gierymskiego, sztuka Imperium Otomańskiego itd. Młodzież trochę więcej interesuje się sztuką współczesną. Edukacją, przynajmniej w odniesieniu do swoich dzieł, mogliby się zająć także tworzący artyści, ale nie każdy z nich jest intelektualistą i ma kwalifikacje humanisty.

- Czy dwa głośne filmy o naszych wybitnych współczesnych malarzach, o Beksińskim i o Strzemińskim, mogłyby masowemu odbiorcy trochę  przybliżyć kwestie sztuki współczesnej?

-Film “Ostatnia rodzina” chyba nieźle nakreślił osobowość Zdzisława Beksińskiego. Film Andrzeja Wajdy o Strzemińskim jeszcze nie wszedł na ekrany, oglądałam go jednak na specjalnym pokazie. Nie podobał mi się. Wielki Mistrz Kina chyba już dał się wyręczać innym ludziom z ekipy.

 

-Co nam zostaje?

 

-Tropić patologie i promować wybitne indywidualności w sztuce. Tym się będę nadal uparcie zajmować. Trzeba uświadamiać ludziom, że sztuka współczesna to nie absurd i wygłup, że opowiada, tak jak i przed wiekami, o naszym życiu, choć nierzadko w inny sposób.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz

 

Wywiad był publikowany w „Przeglądzie” w

08
Feb

Zbliżenie na „Jarnucha” (o wystawie Jerzego Jarnuszkiewicza w Zachęcie)

Udostępnij:

Ma pierwszą tak obszerną wystawę monograficzną w Polsce. Niektórych prac nigdy tu nie oglądaliśmy,  bo powstały w Kanadzie i stamtąd je sprowadzono.

W Zachęcie (do 17. kwietnia) jest wszystko; różne dziedziny sztuk wizualnych, których się ima – od rzeźby monumentalnej po medale, które najlepiej oglądać z lupą przy oku; od malarstwa, czarno-białych grafik (drzeworyt) – po barwne ex librisy (techniki metalowe).

Jerzy Jarnuszkiewicz,

Jerzy Jarnuszkiewicz, rzezbiarz,

zmarły w 2005 roku, miał też wielkie zasługi jako pedagog. Z jego pracowni na warszawskiej ASP wyszli m.in. Henryk Morel, (niestety, nieżyjący od dawna – samobójstwo) i Grzegorz Kowalski, który przejął dzieło po mistrzu i przekształcił atelier w Kowalnię.
Jednak bez „Jarnucha” – jak go wszyscy na ASP nazywali – nie byłoby tego, co najlepszego wykluło się z Kowalni, zaczynając od samego Kowalskiego.

Bogata, szczera i wielostronna twórczość; tak oryginalny i prawdziwy twórca, tak inspirujący pedagog.

Ekspozycja „Jerzy Jarnuszkiewicz. Notatki z przestrzeni” – to objawianie. Także od strony aranżacji i architektury przestrzeni (autor: Robert Rumas). A kurator Waldemar Baraniewski naprawdę postarał się jak najdokładniej zaprezentować swego bohatera. Nareszcie pokaz na miarę Zachęty!

58909014807cb  58908fe1e973a

pomnik jarnuszkiewicz3_p1_resize588606419bd06  58908fe5314f7 image_003 01 58908fe9acb83large_2

 

01
Feb

Hopper w Rzymie, w kinie, w małżeństwie (wystawa w Complesso del Vittoriano)

Udostępnij:

 

 Alfred Hitchcock, Terrence Malik, Michelangelo Antonioni, Wim Wenders, David Lynch, Ari Kaurismäki, Andrzej Wajda – to tylko niektórzy mistrzowie kina, zainspirowani malarstwem Edwarda Hoppera. W tym roku minie pół wieku od śmierci artysty, który czerpał natchnienie z… ekranu, i vice versa.

Przypominająca tę rocznicę wystawa w rzymskim Complesso del Vittoriano (do 12 lutego 2017) sprowokowała mnie do tropienia związków amerykańskiego twórcy z dziewiątą muzą. Oraz do rozważań o fenomenie jego stylu i koncepcji.

                                         Hopper-Apartment-Houses hopper_exhibition_rome_4 

                                                 60.54 hb_62.95

 

Wyniesiony na ołtarz

Tę prezentację można potraktować w kategorii symbolu: oto Stary Świat padł do nóg przybysza zza oceanu. Dowodem – oddanie, czy wręcz poddanie najbardziej prestiżowego miejsca w sercu Rzymu Amerykaninowi. Oto wystawę Edwarda Hoppera ulokowano na Kapitolu, w budynku-pomniku wzniesionym na cześć Wiktora Emanuela II, pierwszego króla zjednoczonych Włoch. Il Vittoriano, gigantyczny kompleks urbanistyczny z początku XX wieku (inauguracja – 1911), zwany jest także Ołtarzem Ojczyzny. Tamże, w zachodnim skrzydle, organizowane są pokazy artystów prawdziwie zasłużonych dla światowej sztuki.

Niewątpliwie Hopper zasługuje na przyjęcie do międzynarodowego Panteonu, ale „okoliczności przyrody” (i historii) dodają wydarzeniu pikanterii.

Po pierwsze, mistrz Edward hopper_exhibition_rome_1

zaliczany jest do nurtu realizmu amerykańskiego, jednego z pierwszych rdzennie tamtejszych kierunków, zapoczątkowanych przed I wojną, a reaktywowanych i rozkwitłych po krachu na giełdzie roku pańskiego 1929. Jak wiadomo, był to początek wielkiej depresji nie tylko na Nowym Kontynencie. Efektem zapaści ekonomicznej okazały się narodziny faszyzmu w Europie, a w dalszej konsekwencji, narastanie izolacjonizmu tak w polityce, jak w sztuce. Nie trzeba dodawać, że Włochy, obok Niemiec, były epicentrum faszystowskich idei.

Co zakrawa na paradoks, zarówno w ostoi demokracji czyli w Stanach Zjednoczonych, jak w państwach skrajnie nacjonalistycznej ideologii, wypowiedziano wojnę abstrakcji.

Sztuce nieprzedstawiającej przeciwstawiono figurację, która miała nawiązywać do tradycji i dawać odpór „zdegenerowanej” kosmpopolitycznej twórczości.

 

Samotnicy z Nowego Jorku

Tak więc amerykański „prowincjonalny” realizm z lat 30.-40. XX wieku nie pojawił się przypadkowo, lecz był reakcją na wydarzenia geopolityczne. Jednak niewielu autorów zza Wielkiej Wody przebiło się na europejskie forum. Wciąż niekwestionowaną stolicą kultury był Paryż, dyktujący mody, weryfikujący kariery, namaszczający nowych guru sztuki. Oczywiście, I wojna poczyniła spustoszenie w szeregach twórców wszelkich dyscyplin, dając handicap Nowemu Jorkowi. Kolejną falę talentów ze Starego Kontynentu przywiało do Stanów faszystowskie tornado.

Lata minęły, historia sztuki została poddana wielu rewizjom i rewindykacjom. Przewartościowano zjawiska z pierwszej połowy XX stulecia, dopuszczono na Parnas także urodzonych w USA, zaakceptowano odrębność, doceniono wkład w światową sztukę, wyceniono na nowo ich dokonania. Nie mówię o trendsetterach pop-artu w rodzaju Warhola, Lichtensteina czy Rauschenberga, nie o pionierach ekspresjonizmu abstrakcyjnego jak Jackson Pollock czy Willem de Kooning. Mam na myśli przedstawicieli pokolenia urodzonego w ostatnich dekadach XIX wieku.

Większość tamtej generacji miała kompleks Europy, odrabiała z poślizgiem lekcję impresjonizmu lub z zadyszką goniła modernistyczne nowinki. Nieprzemakalni na mody okazywali się najczęściej ci, którym mentalnie było daleko do Starego Kontynentu – piewcy zdrowych amerykańskich wartości, patrioci regionalizmu, pogardzający „dekadentami” z École de Paris. Niczego nie można im było zarzucić jeśli chodzi o techniczne umiejętności, jednakże brakowało im wizjonerskich mocy.

I oto wśród twórców „made in USA”, związanych z miejscem urodzenia edukacją, myśleniem i postrzeganiem świata, pojawiło się dwoje outsiderów. Edward Hopper (1882-1967)edward-hopper-9343823-1-402

i Georgia O’Keeffe (1887-1986). image_gallery  

Choć wykształceni we własnym kraju, bez zwyczajowego europejskiego „dokształtu”, okazali się tak silnymi osobowościami, że wyłamali się z ram rodzimych tradycji. I poszybowali w kierunku własnych wyobrażeń, obsesji, koncepcji estetycznych.

O’Keeffe, niemal równolatka Hoppera, pod wieloma względami stanowi jego przeciwieństwo. Jednak można dostrzec kilka punktów styku: obydwoje szukali w malarstwie silnych kontrastów światła i cienia, oboje fascynowali się pejzażem o magicznych, metafizycznych własnościach. Co najważniejsze, obydwoje umieli oddać w obrazach specyficzny stan świadomości – bycia wewnątrz zjawisk i poza nimi; stan z pogranicza napiętej czujności i snu. Łączyli intensywność fizycznego, zmysłowego odczuwania rzeczywistości z emocjonalnym chłodem. Najkrócej rzecz ujmując, obydwoje wykreowali (każde innymi metodami) malarski koktail życia i śmierci.

Do tej wspólnoty należy dodać podobieństwo cech charakteru: byli odludkami. Powie ktoś – toż mieli partnerów, pozostawali w wieloletnich związkach małżeńskich, ba! mieszkali w Nowym Jorku, kursowali po ulicach metropolii, odwiedzali tłumne lokale. Ale zarówno Hopper, jak O’Keeffe równoważyli wielkomiejski zgiełk wyciszeniem na odludziu. On – w letnim domu na Cape Cod, ona – na Ghost Ranch w Nowym Meksyku. Mimo wszystkie różnice, późne pejzaże Georgii tchną – podobnie jak widoki uwieczniane przez Edwarda – aurą niepokojącej pustki. Jakby naprawdę przedstawiali okolice zamieszkane przez duchy. 111964 AR-160429784 georgia-okeeffe-sunset,-long-island LakeGeorge

Jest akurat okazja, by porównać dorobek Hoppera i O’Keeffe. Równolegle do ekspozycji EH na Kapitolu, w wiedeńskim Kunstforum trwa (do 26 marca 2017) wielka monografia damy, wcześniej prezentowana w londyńskiej Tate Modern. Dodajmy, że w tym roku wypadnie 130. rocznica urodzin tej artystki.

 

Kadr w świetle reflektora

Wróćmy jednak do pierwszego bohatera. Już na pierwszy rzut oka sztuka Hoppera wyróżnia się na tle innych wybitnych dokonań tamtego okresu konstrukcją kadru. A konkretnie – liniami diagonalnymi. Abstrakcjoniści (najogólniej rzecz ujmując) dbali o wyważony układ pionów i poziomów albo o równowagę walorów i „energii” obrazu. Hopper inaczej. Jego domena, to skosy, skróty, cięcia. Postaci, budynki czy inne obiekty złapane są w sieć linii ukośnych. Te przedstawienia łatwo opisać, lecz nie sposób być pewnym ich znaczenia. Konkrety mieszają się z domysłami.

summer-evening hb_53.183rooms-by-the-seafd38f575756f5adad51b4b7d60d39648

Najpierw zauważamy światło, które ustawia plany, wchodzi w interakcję z figurami, kreuje nastrój. To antyteza miękkiego sfumata Leonarda da Vinci, zaprzeczenie ciepłego chiaroscuro Caravaggia, negatyw subtelnego mżenia jasności u Vermeera van Delft.

U Hoppera w plenerowych przedstawieniach dominuje światło poranne, gdy powietrze przejrzyste, cienie wyraziste, a paleta barw chłodna nawet w pełni lata. Gdy wydarzenia rozgrywają się we wnętrzach, oświetlenie także nie daje wrażenia przytulności. Zjadliwa jasność przeraża i obnaża. Ale przecież tylko te jarzące w ciemności punkty pomagają ludziom zorientować się w przestrzeni, zobaczyć innych, znaleźć punkt oparcia. Więc nocne ćmy ciągną do światła, na własną zgubę…

Malarzowi udała się sztuka niebywała – anonimowe postaci wyniósł do rangi bohaterów. Jednak wcale nie ich nie „uczłowieczył”, nie sprawił, że interesujemy się ich losami. Ot, statyści.

Ale bezruch tych figur kryje w sobie coś złowieszczego. Wyczuwamy zapowiedź dramatu, choć na razie cisza, suspens. I napięcie rośnie.

Czy można się dziwić, że Hopperem inspirowali się reżyserzy oraz operatorzy? I odwrotnie – nie wydaje się niczym dziwnym, że namiętnością malarza były nocne, samotne wypady do kina. Ten zwyczaj, nabyty już w czasie studiów (zresztą do wizyt w kinie i teatrach zachęcał go Robert Henri, jeden z pedagogów nowojorskiej School of Art and Design, gdzie Edward pobierał nauki), kontynuował potem całe życie. Za młodu fascynował go niemiecki ekspresjonizm – Fritz Lang, Friedrich Murnau, Robert Wiene. Potem polubił filmy grozy, thillery, czarne kryminały. Uważnie śledził tricki oświetleniowe, pracę kamery, przeciąganie scen, zawieszanie akcji. Poza tym, co działo się na ekranie, chłonął aurę małych całodobowych kin, gdzie przesiadywali single nie wiedzący, czym wypełnić nadmiar wolnego czasu.

 

Marionetki w dekoracjach

Realizm Hoppera jest pułapką. Bo nie mamy pewności: pokazuje rzeczywiste budowle i wnętrza, czy tylko teatralne/filmowe dekoracje? Jako się rzekło, nadrzędną rolę pełni tu światło. A oświetleniem można fałszować, tworzyć iluzję, podkręcać napięcie. Tak właśnie robił Hopper. Na jego płótnach lampy, jarzeniówki czy reflektory zdają się decydować o egzystencji istot uwięzionych w ich świetle. W tych pomieszczeniach nie jest przytulnie ani swojsko. Pozbawione indywidualnych cech pokoje, często hotelowe czy biurowe, mają wyposażenie „praktyczne”, zredukowane do niezbędnego minimum. Nagie ściany, pozbawione zasłon okna, kanciaste sprzęty – wszystko to zdaje się ograniczać swobodę tych, którzy wejdą do środka. To nie domostwa, to więzienne cele. Bo też bohaterowie – a najczęściej bohaterki – obrazów pana EH nie cieszą się pełną wolnością. Są więźniami własnych strachów, natręctw, upokorzeń. Niewoli ich samotność i kompleksy. Żyją na uboczu. Nic im z komfortów nowoczesności – najwyżej tyle, że mogą udać się do całonocnego baru lub przesiedzieć kilka seansów filmowych. Podobnie odklejone od rzeczywistości wydają się mieszkanki prowincji. Widać, że nie doświadczają biedy; są młode, zdrowe i atrakcyjne – mimo to żadnej satysfakcji z życia nie mają.

Ale czy mamy do nich sympatię i empatię? Niekoniecznie. Ot, wieczne frustratki. Same nie wiedzą, czego chcą. Może, gdy zdobędą się na jakiś desperacki krok lub staną się ofiarą mordercy, na chwilę poruszy nas ich nieszczęście. Póki co, dopóki jeszcze żyją, są tylko kompozycyjnym sztafażem. Bez nich pejzaże i wnętrza wydawałyby się… nieludzkie.

 

Wizje nierzeczywistości

Stan zawieszenia, w jakim tkwią figury z obrazów Hoppera, prowokuje do snucia domysłów. Co było przed chwilą, co stanie się za moment? A gdyby te kukły animować, jaką fabułę by opowiedziały? I czy poszczególne płótna dadzą się ułożyć się w jakąś narrację? Takie pytanie musiały nurtować austriackiego reżysera Gustava Detscha, który z trzynastu prac amerykańskiego malarza wysnuł opowieść o losach kobiety imieniem Shirley (film „Shirley – wizje rzeczywistości”, 2013, polska premiera 2014).f17_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer installation_view_-in-milano

Deutsch ulepił swoją bohaterkę z postaci z różnych kompozycji Hoppera, powstałych w ciągu kilkudziesięciu lat. Akcja filmu? Właściwie jej nie ma. Oglądamy trzynaście oderwanych od siebie epizodów, dla których punktem wyjścia stały się płótna EH.p3_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_michaela_c_theurl_yatzer f1_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer maxresdefault-1 0c416746f6ecbcc00d6f6337fc54e822faf05d94_860

Deutsch dał Shirley zawód, czy raczej dorywcze zajęcie: to aktorka offowego teatru, potem osoba dorabiająca w kinie jako bileterka. Poznajemy ją w Nowym Jorku lat 30. i towarzyszymy przez kolejne trzy dekady. Najczęściej chodzi w skromnej, gładkiej sukience; czasem pojawia się w halce, niekiedy całkiem goła. Nie wstydzi się swego ciała, ale też nie eksponuje wdzięków. Nie podkreśla urody makijażem, nosi grzeczne uczesanie. Pomimo braku jakiejkolwiek zewnętrznej ekstrawagancji, przyciąga uwagę. Bo to sfinks, niepokojąca zagadka. Co kryje się za jej biernością, ospałymi ruchami, twarzą niemal pozbawioną mimiki?

Tak jak Hopper swoje modelki, tak Deutsch pozbawił swoją bohaterkę umiejętności uzewnętrzniania emocji. Przytłumiona, depresyjna, niezdolna do głębokich związków. Neurotyczna osobowość naszych naszych czasów.

Jednak Shirley nie jest odklejona od rzeczywistości. Choć na ekranie milczy, jej głos dobiega z offu. Widz ma wrażenie, że słyszy jej myśli. Shirley komentuje wydarzenia, analizuje siebie, swoje położenie, dostrzega istnienie innych. Monolog wewnętrzny, chwilami przeradzający się w strumień świadomości. W ten sposób reżyser, zarazem scenarzysta, zrobił użytek z techniki literackiej modnej w epoce, w której rozgrywa się akcja.

Ten film nie narusza sekretów modelki Hoppera; nie informuje, kim w istocie była. Stała się figurą uniwersalną, choć jej pierwowzór znamy z imienia i nazwisk: Josephine Nivison-Hopper. Żona i modelka artysty. Również jego jedyna przyjaciółka, sekretarka, opiekunka oraz – ofiara. Zamknięty w sobie, nieco psychopatyczny, poddany zmiennym nastrojom Edward traktował Jo (jak nazywał Josephine) niczym worek treningowy, w sensie fizycznym i psychicznym.

Poznali się na plenerze malarskim w Nowej Anglii. edward.josephine-hopper.1927-cropped_800.creditObydwoje dawno przekroczyli wiek młodzieńczy: byli po czterdziestce. Ona (urodzona w 1883 roku) była tylko o rok młodsza od tego, który miał zostać jej partnerem. Stanowili swe przeciwieństwo: on chudy wielkolud (mierzył prawie dwa metry!), zakompleksiony, małomówny. Ona malutka, żywa, ruchliwa, zawsze otoczona grupką „cygańskich” przyjaciół z nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village.

Skromna ślubna ceremonia odbyła się w 1924 roku. Żadne z nowożeńców nie było jeszcze znanym artystą. On zarabiał rysunkami do gazet, ona nauczała. I to ona pierwsza została zauważona, zaproszona do zbiorowej wystawy w Muzeum Brooklińskim. Co robi lojalna baba? Upiera się, żeby do pokazu dołączono prace męża. W efekcie, krytyka doceniła Edwarda, pomijając Jo. Od tego momentu jego kariera rusza z kopyta; jej twórczość zostaje w cieniu.

Wkrótce Eddie zostawił akwarele, które dotychczas były jego główną techniką, i przerzucił się na oleje.

 

Uwięziona pozowaniem

Związki artystów na ogół są trudne i pełne konfliktów. Nie inaczej w małżeństwie Hopperów. Delikatny introwertyk w czasie kłótni przeobrażał się w brutala. Zdarzały mu się rękoczyny, ale nade wszystko dręczył Jo psychicznie, poniżał, utrudniał pracę twórczą

.automat sunlights-in-cafeteria Hopper, Edwardedward-hopper-in-mostra-a-roma-dal-1-ottobre_890581

Wreszcie znalazł sposób, by ją ubezwłasnowolnić: uczynił swą modelką, jedyną modelką. Zaludnił przedstawiane wnętrza sobowtórami Jo. Pani Hopper nie odnajdywała się w tych przedstawieniach: „Grube i niezdarne stworzenie, które wygląda, jakby przesadziło z alkoholem. Tak naprawdę on wcale nie wierzy, że ja tak wyglądam. Po prostu nie jest w stanie namalować mnie takiej, jaka jestem”.62b11dd9ca352f5d221d8bbc8a188770

Jak wyglądało prywatne życie tej pary, dowiadujemy się z pisanych przez Josephine pamiętników. Okrutnych w swej szczerości, oddających tortury psychiczne, na jakie skazywało ją współbycie z genialnym artystą. Jo nikomu nie skarżyła się, nie ujawniała mężowskiej agresji, w imię miłości i jego talentu godziła się na ten destrukcyjny dla niej, sado-masochistyczny układ. Jedyny bunt, na jaki się zdobywała po szczególnie paskudnych akcjach artysty, to… próba zagłodzenia się na śmierć. Kładła się do łóżka i podejmowała strajk głodowy.

Z latami artysta stawał się coraz bardziej niechętny kontaktom z innymi. Przemierzał kilometrami nowojorskie ulice, przesiadywał w kinie, przejeżdżał amerykańskie prowincje w poszukiwaniu motywów i światła. Umarł niespodziewanie dwa miesiące przed ukończeniem 85 lat. Świadkiem jego odejścia – siedział w fotelu, w pracowni i nagle nie żył, w ciągu minuty, bez bólu, bez krzyku – była oczywiście Josephine.

Czy po odejściu męża poczuła się wreszcie wolna od emocjonalnych tortur? Skąd! „Nie poczekał na mnie”, poskarżyła się w pamiętniku. I dołączyła do męża dziesięć miesięcy później. Jak wyznała przyjaciołom, nie potrafiła żyć bez Edwarda.                                                                            hqdefault

 

 

Edward Hopper – Complesso del Vittoriano, Rzym, wystawa czynna do 12 lutego 2017

Georgia O’Keeffe – Kunstforum Wien, wystawa czynna do 26 marca 2017

20
Jan

Uciekinierzy spod skrzydeł mistrza (o wystawie [Powidoki awangardy” w Piękna Gallery)

Udostępnij:

 

Kilka dni po premierze filmu „Powidoki” z17866615Q,Boguslaw-Linda--Wladyslaw-Strzeminski

– dopełnienie tegoż wystawą „Powidoki awangardy”. Bohaterem znów jest Władysław Strzemińskiz19229085Q,Wladyslaw-Strzeminski--1893-1952-, w towarzystwie pięciorga uczniów.obraz_powidoki_11

Niestety, tylko Stanisław Fijałkowski (rocznik 1922)KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE pozostaje przy życiu i twórczej aktywności. Pozostałych nie ma już wśród nas, ale reprezentuje ich dorobek.obraz_powidoki_9 stanislaw-fijalkowski-zupelnie-nowa-autostrada-6-2007-2012-10-24 fijalkowski

Jak wiadomo, mamy Rok Awangardy, z racji stulecia zaistnienia tak określanych zjawisk na terenach Polski i wiele muzeów szykuje okazjonalne wystawy. Piękna Gallery – nowy punkt na galeryjnej mapie Warszawy – zaskoczyła mnie (pozytywnie) doborem eksponatów. Wśród ponad 50 obiektów wiele rarytasów z prywatnych kolekcji. Zacznijmy od mistrza.

W zestawie dominują rysunki z lat 40. i tempery z następnej dekady, kiedy socrealizm wymusił na artyście stylistyczną i tematyczną zmianę. Jednak Strzemiński w niewielkim stopniu ugiął się pod naciskiem jedynie słusznej doktryny, nczego najlepszym świadectwem „Żniwiarki” i „Kłosy”. 6362ed3195f2c84dea572316aac243d2

Motywy ludowe, lecz forma bliska abstrakcji, syntetyczna, z umowną kolorystyką. Ciekawostką jest zrekonstruowany w 1995 roku przez Stefana Krygiera (zm. 1997) stefan_krygiel_atlas_sztukiprojekt Strzemińskiego dla kawiarni „Egzotyczna” w Łodzi. Świetny, dowcipny i dekoracyjny relief zniszczono w 1952 roku – może dzięki Krygierowi uda się go w jakimś łódzkim lokalu odtworzyć? Byłby nie lada atrakcją.

Skoro o Krygierze mowa. Wybór jego obrazów otwiera „Pejzaż z Bierutowic” (1949), obraz_powidoki_8noszący wyraźne piętno unistycznej koncepcji Strzemińskiego.

. 117 obraz_powidoki_1Ale z biegiem lat były uczeń wypracował własną poetykę, dochodząc do rozwiązań rodem z surrealizmu – czego dowodem „Symultanizm form”(1991), kompozycja oszałamiająca iluzyjną przestrzenią, w której kłębią się kształty obłe, organiczne, u podstawy obrazu przekształcające się w… psy

.Krygier-17-Porwanie Europy II                                                                   SZUKAMY SIÊ W PRZESTRZENI

obraz_powidoki_7

Do moich faworytów należy Antonii Starczewski (zm. 2000). 800antoni_starczewskiEwolucja jego sztuki poszła w kierunku minimalizmu nacechowanego przewrotnym humorem, z gatunku gorzkiego absurdu. Przykłady? Proszę bardzo: białe, ceramiczne „Kartofle” (w kształcie jak prawdziwe), obraz_powidoki_4

ułożone w równe rządki na białej tacy – natura poddana usystematyzowaniu. Albo grafika skomponowana z gazetowego tekstu, w którym wykreślono każde słowo, z gdzieniegdzie pozostawionymi pojedynczymi literami. Zawartość nieczytelna, za to wszystko mówi data: rok 1985. Starczewski003 70921

Inny mój ulubiony twórca to Stanisław Fijałkowski. W Piękna Gallery znalazł się pejzaż namalowany podczas wspomnianego pleneru w Bierutowicach. Podobnie jak u Krygiera, widać fascynację unizmem, jednak i wkład własny: doklejone w pewnym miejscu małe kamyczki. Aluzja, czy wręcz cytat z górzystych okolic, gdzie odbywał się letni studencki spęd pod wodzą Strzemińskiego. Potem Fijałkowski skręcił w stronę metafizyki, coraz to bardziej redukując elementy kompozycji, z czasem wypracowując własną wersję abstrakcji „filozoficznej”. Zaskoczył mnie pracą „Rozmowa pod przymusem” (1976), w której znaczącym detalem jest … sznur, realistycznie oddany, pojawiający pośród umownych, trudnych do zinterpretowania form. Jednak całość wymowna, stwarza wrażenie grozy, napięcia, zadawania bólu.

Lech Kunka „zdradził” unizm obraz_powidoki_5na rzecz eksperymentów bliskich op-artowi,

ikunka2

kunka

obraz_powidoki_6

zaś Judyta Sobel cbf044vtskłoniła się do sztuki bardziej tradycyjnej, wywodzącej się z postimpresjonizmu.c242745b28650b41fc7f0b902d6be076 44_sobell

Gdy ogląda się dokonania tych, dla których w pewnym okresie Strzemiński był guru, dochodzi się do ważnej konstatacji: mistrza trzeba mieć po to, żeby się jego dziełem zachłysnąć, a następnie od niego… uwolnić. Tego uczą „Powidoki awangardy”.

 

 

 

Powidoki awangardy. Strzemiński i uczniowie – Piękna Gallery, Warszawa, wystawa czynna do 28 lutego 2017

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” 20.01. 2017

PRZYJACIELE I GOŚCIE


PAPIERY WARTOŚCIOWE


ŻYCIE W OBRAZKACH


O MOMART

Powody, dla których musi powstać MOMArt

 

Sztuka jest potrzebą niemal atawistyczną. Człowiek jeszcze nie potrafił wyartykułować swych spostrzeżeń dotyczących świata, emocji, duchowych potrzeb – a już malował. To nie tylko chęć  upiększania najbliższego otoczenia, nie tylko wizualna oprawa różnego rodzaju rytuałów, nie jedynie ekspresja jednostkowych przeżyć.

Szuka – to człowieczy instynkt. Droga do samorozwoju. Dlaczego więc współcześni ludzie odeszli od sztuki?

Bo ani jej nie rozumieją, ani im się nie podoba.

Estetycznie ich zraża; technicznie i warsztatowo wydaje się łatwa, wręcz na amatorskim poziomie; przesłań nie wychwytują. Zawód krytyka sztuki (w tradycyjnym rozumieniu) przestał istnieć, zaś specjaliści wykształceni na historii sztuki, kulturoznawstawie czy medioznawstwie; kuratorzy i sami artyści stworzyli obieg zamknięty. Hermetyczny język, jakim porozumiewają się specjaliści „od sztuki” oraz nieprzystępność wizualna sprawiają, że sztuka stała się dziedziną obojętną większości, a nawet – znienawidzoną. Dziennikarze zatrudnieni w mediach nie potrafią przybliżać współczesnej twórczości szerokim kręgom odbiorców – jedynie powielają informacje, i tak powszechnie dostępne.

W efekcie, wielu ludzi „boi się” kultury – odrzucają ją a priori, bo nie chcą poczuć się „głupsi”. Lub też sądzą, że to artysta z nich kpi.

O autorce: Kobieta pracująca

 

– To jak panią przedstawić?

Często słyszę pytanie poprzedzające wejście na antenę czy wizję. Przez kilkanaście lat nie było problemu: krytyk sztuki „Rzeczpospolitej”. Gdy odeszłam, prosiłam o skreślenie nazwy gazety podczas prezentacji. Ale przecież krytykiem też już nie jestem, mniejsza z tym, dlaczego.

Kiedyś przy introdukcji mojej osoby padało: artystka. Znów – odpowiadało to prawdzie przez kilkanaście lat. Bywało, że nazywano mnie designerką. Trochę na wyrost, lecz powód był.

W notce o MM (jedynej w sieci) znalazłam określenie „grafik”. Fakt, skończyłam Wydział Grafiki, konkretnie – Pracownię Drzeworytu. Ani razu po studiach nie stanęłam przy graficznej prasie.

Za to próbowałam robić filmy animowane – cierpliwości starczyło mi na dwie noncamerowe miniatury. W literackim zakresie zadebiutowałam „Małą encyklopedią ruchu”; potem były książki o modzie i kulinariach. Robiłam maskotki, malowałam gumowe lalki, kleiłam makiety. Dłubałam biżuterię ze skóry, nizałam korale, zdobiłam malunkami drewniane chochle i deski. Tworzyłam kartki pocztowe, okładki do płyt, kalendarze; projektowałam książki, reklamy, katalogi.

W przerwach pomiędzy tym i owym, stylizowałam znane osoby, asystowałam przy zdjęciach,  aranżowałam wystawy, prowadziłam plenery, uczestniczyłam w sympozjach, wygłaszałam referaty.

Pisałam. Do periodyków, dzienników, miesięczników. Do katalogów. Do ludzi znanych i nie. Przeprowadzałam wywiady na tematy hobbystyczne z osobami medialnymi. Recenzowałam  wystawy, książki, filmy, komiksy. Przygotowywałam wariackie przyjęcia. Opisywałam wariackie przyjęcia. Złożyłam książkę o wariackich przyjęciach. Realizowałam programy telewizyjne, nagrywałam, montowałam, wygłaszałam felietony. Byłam radiowcem i tzw. osobowością telewizyjną. Uczyłam. Dzieci, młodzież i dorosłych. Historii sztuki, plastyki, matematyki. Obroniłam doktorat. Jak to zebrać do kupy?

Niedawno usłyszałam: ty jesteś jak Irena Kwiatkowska – kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi. Zbiegiem okoliczności, przed wielu laty Irena Kwiatkowska, aktorka współpracująca z Teatrem Radiowym dla Dzieci (dzieło mojej babci), sprezentowała mi łóżeczko – plecione, wiklinowe. Szybko z niego wyrosłam, niestety. Ale może dostałam od niej coś więcej?

Niefarty

– Ty miałaś jakieś niefarty?, powątpiewał koleś, kiedy podzieliłam się z nim zamiarem spisania tychże. Żeby to jeden! Ja na pechu chowana, wpadkami karmiona, klęskami kołysana. Bez obaw, to tutaj nie będzie listą skarg i zażaleń do losu. Przeciwnie. Jest słońce na mojej ulicy. Znam różne smaki: gorycz i słodycz, kwas i jałowość. Wodę, wódę, papierosy (z narkotykami doświadczeń brak). Głód i sytość. Insomnię i spanie na akord. Biedę, strach o jutro i poczucie komfortu. Dzięki kontrastom wiem, co dobre – bo jak wodzianki nie pojesz, nie ucieszysz się jesiotrem. Czego dowodem – pobyt w Moskwie za pieriestrojki, gdy trzy tygodnie karmiona kawiorem, za największy przysmak uznałam jajko na twardo. Są tacy, którym życie serwuje wyłącznie cenną ikrę. Plus szampan w dowolnej ilości. Szczęśliwcy? Bynajmniej. Upośledzeni. W czepku urodzeni frustraci. Nie wiedzą, co to radość, co satysfakcja. Znam ją. I znam jej wartość. Całe dobro bierze się z niedoli właśnie. Z kontrastu pozytyw/negatyw. Skala nieważna. Wiadomo, kropla wody może przesądzić sprawę. W uczuciach też. Lubię ludzi za drobiazgi, skreślam – również za przewinienia na pozór minimalne, ale jakoś decydujące.

I nigdy nie wiesz, kiedy nastąpi iluminacja. Jak tamtego dnia, kiedy wypindrzona wyszłam od fryzjerki, w poczuciu własnej atrakcyjności. Na środku Marszałkowskiej, w środku dnia, zaliczyłam orła na psiej kupie. Śmierdzącej, żółtej, miękkiej. Dłoń wraz z wodą podała mi nieznana osoba. Kobieta, żeby była jasność. Od ust – a był upał – odjęła sobie mineralną, poświęcając płyn na doprowadzenie do stanu używalności mojej ufajdanej kiecki. I jak nie kochać bliźniego?


REGULAMIN

Jak działa MOMArt

Rzecz o sztuce i kulturze – z subiektywnego punktu widzenia.
Teksty aktualizowane co tydzień – ale nie zawsze najgorętsze.
Komentarze do zjawisk na czasie – plus uwagi i odniesienia do przeszłości.

A propos publikacji – czekam na:
głosy/reakcje/uwagi/sugestie/zdjęcia.
Wszystko w telegraficznym skrócie.

Wykluczam wycieczki osobiste/wulgaryzmy/interesy własne.


KONTAKT

Monika Małkowska
monika@momart.org.pl