Testowa

BLOG

21
May

Homilia księdza Marka: do hejterów

Udostępnij:

Ukochani hejterzy, umiłowani propagatorzy kłamstw, i wy, odbiorcy bez właściwości, lecz przecież umiejący czytać i chętnie ulegający wszelkiej indoktrynacji!

Spieszę WAS poinformować, że już są opracowane nowe (niezbyt zmienione, ale jednak) zasady przyznawanie ministerialnych pieniędzy na priorytetowe zakupy – czyli te, o które podniósł się taki wrzask, że zabrano 7 milionów, o które tak walczyliście, bo kochacie sztukę współczesną i jej orędowników!

Więc, ukochani, profesor Andrzej Szczerski z ramienia AICA już podpisał się pod dokumentem opracowanym wraz z gronem profesjonalistów. Pismo owo dotyczy tychże priorytetów i kasy z budżetu, a suma nie zmniejszyła się ani o złotówkę!!!

Tak, najmilsi, nadal cztery muzea ze sztuką współczesną (przypomnę zapominalskim: MSN, MOCAK, MUzeum Sztuki w Lodzi i Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu) mogą ubiegać się o siedem baniek – i zapewne dostaną, jeśli dostosują się do tak trudnych wymagań, jak np. przysłanie komisji całych filmów wideo do wglądu, a nie jednej klatki; wyjaśnią, dlaczego te same prace (kopie) mają być we wszystkich czterech kolekcjach; dlaczego jakiś obiekt kosztuje kilkakrotnie drożej, niż na polskich aukcjach.

Idźcie więc w pokoju i głoście tę dobrą nowinę!!!

20
May

Nienawiść wedle Wikipedii (czyli socjotechnika hejtu)

Udostępnij:

Nienawiść wedle Wikipedii

Monika Małkowska

 

Czy ktoś z państwa był/jest obiektem hejtu?

To coś innego niż mobbing.

To nagonka zbiorowa, zaszczuwanie w każdej możliwej formie. Doświadczenie inferna: płomienie dobywają się zewsząd, parzą, wdzierają się w duszę i duszą…

Hejt odbiera poczucie sensu działania. Eliminuje radość życia.

Hejtowany staje się samotny – bo nagle znajomi znikają. Zrozumiałe: unikają psychicznego dyskomfortu. Obserwują więc z bezpiecznej odległości, jak akcja potoczy. Kiedy już będzie wiadomo, że psy zająca zjadły, pojawią się i zaczną współczuć, żałować. Tymczasem milczą. Tymczasem postronni obserwatorzy nabierają podejrzeń – może rzeczywiście coś jest na rzeczy, skoro nikt nie oponuje?

A że najtrudniej bronić się samemu, zaszczuwany milczy. Gdy tylko odezwie się, natychmiast padają dobijające argumenty: frustrat, nieudacznik, zdrajca!!

Znam to z autopsji.

Przechodzę przez piekło ostracyzmu i wycinania od momentu publikacji tekstu „Mafia bardzo kulturalna”. Półtora roku temu, na długo przez wyborami PiS-u.

Czytam w katalogu aktualnej wystawy „Salon odrzuconych” (jest aktualnie w sopockiej PGS): „Małkowskiej nikt nie knebluje, skoro cały czas publikuje w wysokonakładowym dzienniku. (…) Dyskusja zainicjowana przez Małkowską nie była merytoryczna”.

Za to hejt jest merytoryczny. Ba! naukowy.

Atakującym w sukurs przyszła socjotechnika. Nietrudno ją opanować, wskazówki dostępne w internecie. Raptem stroniczka z wypunktowanymi metodami.

Zaczyna się niewinnie: ośmieszanie. Ofiara nienawistników jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że jest namierzona. Sama wtóruje drwinom. Przecież zaśmiać się z siebie nawet zdrowo.

Tylko… ośmieszający jednocześnie poważnieją. Pompują się. Budują własny autorytet. I już są odrobinę do przodu.

Wtedy stawiają kolejny krok – manipulują faktami. Ofiarę hejtu eliminuje się, skąd tylko można; przemilcza dorobek, nie cytuje się, nie zaprasza do publicznych dyskusji.

Dalszej już idzie z górki. Nienawistnicy odwołują się do zbiorowych emocji: środowisko dowiaduje się, że hejtowany to szkodnik (w moim przypadku – sztuki polskiej). Starannie unika się wszelkiej tytulatury: nie ma publicysty, wykładowcy, doktora. Jest samo nazwisko, często nawet bez imienia. Rzucane obcesowo, jak jakaś ściera.

Hejterzy wiedzą, że największy absurd, powtarzany uparcie, w różnych kontekstach, musi zadziałać. I działa. W efekcie, atakowany obiekt traci wsparcie w środowisku. Zostają mu nieliczni współtowarzysze hejtowej zsyłki – ale o nich za moment.

Teraz rycerze nienawiści szykują ostateczny cios: kłamią. Nawet najbardziej jaskrawe łgarstwo, powielane w mediach, zamienia się w prawdę. Przykład z ostatnich dni: Roman Pawłowski w GW po raz kolejny publikuje tekst pełen mistrzowsko spreparowanych kłamstw i półprawd. Autor sam siebie cytuje, z lubością powielając bzdurę o „zabraniu przez ministra kultury siedmiu milionów przeznaczonych na rozwój narodowych kolekcji”. Co z tego, że na poprzednie kłamstwa zareagowała sama minister Wanda Zwinogrodzka, pisząc do gazety sprostowanie? Zignorowano je. Równie nieprzemakalni na niewygodną prawdę pozostają inne „lewicowe” media.

Kłamcy praktycznie pozostają bezkarne: prawnicy ich wyapelują.

Tu dochodzimy do kolejnej socjo-sztuczki: preparacja kontekstu. Zacytuję mistrza Pawłowskiego: „z komisji oceniającej wnioski o dofinansowanie kolekcji sztuki odwołano m.in. trójkę akademickich specjalistów, a na ich miejsce powołano Zbigniewa Dowgiałłę, autora obrazu »Smoleńsk«, Monikę Małkowską, krytyczkę lansującą tezę, że sztukami wizualnymi w Polsce rządzi mafia kuratorów, oraz Jacka Kucabę, rzeźbiarza specjalizującego się w pomnikach Jana Pawła II”.

Znów metoda podręcznikowa – tworzenie stereotypów, którego siłę wzmacnia permanentne używanie. Toteż autor buduje komunikat tak, żeby wytknąć, komu trzeba niekompetencję, prawicowe poglądy i postawić w opozycji wobec „ekspertów”. No i wklepać w twardy dysk wszystkich zainteresowanych kulturą, że oto dzieje się jej krzywda.

To uszlachetnia hejt, czyż nie?

 

 

07
May

Miejsce, które obchodzi 50-lecie (o Galerii Foksal)

Udostępnij:

Galeria Foksal (nie mylić z Fundacją Galerii Foksal) świętuje 50-lecie istnienia.

10653744_955135557845980_8198459721544423941_n To zdjęcie było w oknie Galerii Foksal

Pierwsza impreza-wernisaż odbył się 1 kwietnia 1966 roku – i pomimo zmieniających się okoliczności (każdych) galeria jak Chińczycy, trzyma się mocno.th_b6013a5beacabcb919d3a6564ae91b58_foksalgalleryimage4 wieslaw-borowski-z-przedmiotem-optycznym-str-7-foto-archiwum-galerii-foksal-2012-10-15 Instalacja (słynna) Stanisława Dróżdża, która miała premierę na Foksal. I Wiesław Borowski, jeden z założycieli galerii, z obrazem Zbigniewa Gostomskiego w ręku.

 

 

Z jubileuszowej okazji jeden z obecnych kuratorów Foksalu, Lech Stangret, zaproponował super cykl, tytułem nawiązujący do początków miejsca: „Miejsce”. W trzech odsłonach, 3 x 3.
Otóż dziewięciu artystów związanych od debiutu z Foksal urządza w trzyosobowych zespołach kolejne trzy wystawy. Wystawiają nowe prace, na ogół premierowo.
Odmiennością (na dzisiejszym tle) jest BRAK KURATORSKICH DECYZJI, WPŁYWÓW i w ogóle SUGESTII.

Trzech twórców dostaje do dyspozycji maleńką przestrzeń (bez okien), cztery ściany (w jednej – drzwi) – i musi się dogadać.
Najpierw była najstarsza generacja: Maria Stangret, Koji Kamoji i Zbigniew Gostomski.

SZUM-20160404-20-48 SZUM-20160404-20-471
Kto dogaduje się w „Miejscu” obecnie?

Krzysztof Bednarski (rzeźbiarz), Marek Chlanda (malarz, rysownik, autor instalacji i performance’ów) oraz Tomasz Ciecierski (malarz).
jest pięknie, jest równowaga, jest dialog (na trzy osoby).z19894406ICR,Z-Piekla-Danego--Piesn-XXXIV--S-el-fu-si-bel---Jes z19989763IH,Beczki-Krzysztofa-M--Bednarskiego

Trzecia odsłona też zapowiada się znakomicie: Robert Maciejuk, Leon Tarasewicz, Włodzimierz Zakrzewski. To już od 19 maja.

W kolejności: dwa pierwsze zdjęcia – pierwsza odsłona „Miejsca”; dwa następne – obecna; ostatnia fota to… przypadkiem, przed chwilą znaleziona na stronie galerii (Foksal) jakiś wernisaż tamże z moim udziałem (noszę szorty, gdyby ktoś chciał wiedzieć). Autorką zdjęcia była nieżyjąca już Irena Jarosińska. No, no. Jakże miło.e6a78952-dfa7-40ac-882d-95cce978d2ca

07
May

Stoi na stacji lokomotywa… (wokół wystaw adresowanych dla dzieci, z ich udziałem)

Udostępnij:

 

Wchodzę do Zachęty i cieszę się jak dziecko.

Bo wystawa „Tu czy tam?” jest dedykowana malutkim, starym malutkim i starym wychowanym wedle PRL-owskiego wzorca. Czyli również takim jak ja.

Wzruszam się, widząc obok najnowszych ilustratorskich dokonań – klasykę spod znaku Naszej Księgarni, zdobną w prace Jana Marcina Szancera, Bohdana Butenki, Olgi Siemaszko, Antoniego Uniechowskiego, Józefa Wilkonia i innych mistrzów, na których wychowywały się pokolenia.

A gdy oglądam interaktywne propozycje dla najmłodszych, wspominam „interaktywność” dostępną mojej generacji: książeczki do kolorowania oraz woluminy rozkładające się warstwowo lub rozciągające się harmonijkowo.

Przechowuję do tej pory taki skarb: bajkę „O Janku co psom szył buty” autorstwa Juliusza Słowackiego, zobrazowaną przez Szancera. Kilkumetrowa rozkładanka, właściwie – coś w rodzaju komiksowej sekwencji. Kompozycja doskonała w każdym układzie. Od tamtej „interaktywności” – jeden skok (choć w stumilowych butach) do Zachęty, gdzie zdarzyła się szczególna wystawa. Wieloznaczny tytuł „Tu czy tam?” – a może „Tu czytam?” – prowokuje do peregrynacji w różnych kierunkach. Także w przeszłość.

Jak każdy odbiorca prezentacji, otrzymałam zeszyt do zadań, czyli swoisty przewodnik po wystawie. Wykonuję jedno z poleceń: dopełniam eksponaty własnym komentarzem. I jako szkolna prymuska wyrywam się przed orkiestrę – domalowuję tło.tuczytam-dribbble 635939106197293819

 

 muzeum1

 

Konstrukcja brudu i słonia

W dobie tabletów i gier komputerowych książeczki do kolorowania wciąż mają się świetnie, ba, przeżywają „drugą młodość”. W ogóle dzieci są zachęcane do różnego typu współpracy z ilustratorami w tradycyjnej formie – czyli ręcznie i imaginacyjnie.

Na wystawie „Tu czy tam?” w pierwszej sali umieszczono czarne tablice – prawie takie same jak te, które są w każdej klasie. Na siedmiu panelach siedmiu z czternastu uczestniczących w pokazie artystów narysowało kredą coś w rodzaju zaczynu ilustracji. Dopełnienie ich należało do widowni, tej najmłodszej. Nie chodziło tylko o sprawdzian umiejętności plastycznych. Przede wszystkim pomysłodawcom zależało na sprawdzeniu, jak funkcjonuje wyobraźnia dzieciarni, od oseska chowanej na elektronice. Czy tacy wierzą w istnienie bakterii, których gołym okiem nie widać? A tu – Patryk Mogilnicki podsuwa im widok powiększonego brudu. Albo – czy maluchy kumają, jakiego rodzaju towar sprzedaje się w księgarniach? Sprawdza to Maciek Blaźniak swoim szkicem. Z kolei Anna Niemierko i Emilia Dziubak badają poziom dziecięcej empatii. Pierwsza zachęca do kontynuacji rysunku wywołanego wierszem „Źle skonstruowany słoń”; druga w imieniu małego misia apeluje do widzów „Proszę mnie przytulić”.

Te proste odruchy sympatii i ciepła potrzebne są chyba każdemu, niezależnie od wieku. Dlatego uważam, że pokaz wymyślony i kuratorowany przez Magdę Kłos-Podsiadło z wydawnictwa Wytwórnia i Ewę Solorz, autorkę książek dla młodych, uświadamia potrzebę odruchów społecznych.

W kolejnych salach Zachęty znajdujemy „przyjemności same oraz niespodzianek wiele” (że zacytuję Tadeusza Chyłę w „Balladzie o cysorzu”).

Część ilustracji przybrała formę przestrzenną. Ot, choćby ogromna „kolumna”, w której wycięto 16 par oczu. Przez otwory można podglądać umieszczone wewnątrz konstrukcji rysunki z książki „Oczy” Joanny Chmielewskiej. Jeszcze ciekawiej, także w tytule, przedstawia się „Tajemnica Malutkiej” Agaty Dudek: tym razem, żeby zobaczyć to i owo, trzeba wczołgać się do tuby, a potem przejść do kolejnego pomieszczenia i… usiąść na owym sekrecie Malutkiej.

NzIweDQ4MCFjcm9wfDEwMDF4Mzc1eDMwNDB4MjAyNw,zacheta wybrane1_otymzepl-005 20160403_0239

 

Mysz ma dość

Nie zdradzę, co to za tajemnica – za to podpowiem, co należy zrobić z orkiestrą przedstawioną przez Martę Ignerską w dziele „Wszystko gra”: nacisnąć guziki pod każdym członkiem zespołu. Wtedy grzecznie zagrają, każdy muzyk na swoim instrumencie. Jaka z tego nauka? Zapoznanie się z brzmieniem poszczególnych instrumentów, zauważenie miejsca w orkiestrze, wreszcie – usłyszenie całej melodii, którą okiełznał jedynie pan dyrygent.

Na tym nie koniec dźwiękowych atrakcji – bo oto za ścianą urzęduje rodzina pana Tralalińskiego, którego ojcem był Julian Tuwim. Poznałam w dzieciństwie tego rozśpiewanego jegomościa, ale dopiero teraz usłyszałam, w czym specjalizowali się poszczególni członkowie familii oraz krewni i znajomi Tralalińskich. Kto ciekaw, niech podejdzie blisko, jak najbliżej postaci sportretowanych przez Katarzynę Bogucką i nasłuchuje. I proszę zwrócić uwagę na nieszczęsną mysz, która ma tak dość, że zatkała uszka. Za dużo słyszy, a pragnie ciszy.

Następne ilustracjo-instalacje nie mniej inspirujące. Na przykład, jest coś jak szafa z szufladami, które wyciągane, ukazują prezenty otrzymane przez Prosiaczka na pierwsze urodziny (autorka tekstu i ilustracji – Aleksandra Płocińska). Ciągniemy „szufladę” za ryjek (prosiaczka) i widzimy czternastu gości oraz ich dary. Ale to, co najważniejsze, pozostaje niewidoczne: miłość.

Wśrod tych atrakcji – animacja. Oto pomyka przed nami słynna „Lokomotywa” Tuwima (pierwszy raz dała sygnał do odjazdu w 1938 roku!). Ciągnie za sobą 39 wagonów, a co w nich – wie, pamięta każdy, kto zapoznał się z tą lekturą. Teraz można pomanewrować zawartością transportu i ustawić po swojemu sześć fortepianów, armatę, słonia, banany oraz grubasów, zażerających tłuste kiełbasy.

Pamiętam to literackie arcydzieło z audycji mojej babci, Wandy Tatarkiewicz-Małkowskiej, która wykorzystywała onomatopeiczne waloty wiersza Tuwima. Zresztą, każdemu czytelnikowi dźwięki wpisane w „Lokomotywę” narzucają się same. Uffff…

Na deser w Zachęcie – mini-pokaz plakatów reklamujących wystawę „Tu czy tam?”. Jak powstaje ilustracja, podpowiadają jej autorzy. A jak przebiega proces twórczy, zwierzają się podczas spotkań z młodą (i starszą) publicznością, organizowanych w weekendy do końca trwania wystawy.

Czyli do 8 maja 2016.  tuczytam_zacheta_18-1024x768

Odkrywcy muzealnych magazynów

Idę do stołecznego Muzeum Narodowego i tam dowiaduję się, że także do 8 maja „W muzeum wszystko wolno”. Ale tylko dzieciom, nie ich rodzicom. To małolaty przygotowały pokaz złożony z prawie 300 eksponatów podzielonych na sześć działów. Pracowało nad nimi sześć zespołów kuratorskich (w sumie 69 osób) złożonych z ekspertów w wieku między sześć a 14 lat.

Owo gremium wybrało dzieła z magazynów muzealnych, wypowiedziało dezyderaty odnośnie aranżacji, wyartykułowało emocje, które – ich zdaniem – powinna generować wizyta wśród zabytków.

Pomysłodawcy i organizatorzy tych „iwentów” puchną z dumy: przyczyniają się do estetycznej edukacji maluchów, rozwijają ich wizualną wrażliwość, pobudzają intelektualny rozwój, prowokują do samodzielnego decydowania i dokonywania wyborów.

Niemała w tym zasługa Agnieszki Morawińskiej, dyrektorki MNW. Już 13 lat temu, kiedy kierowała warszawską Zachętą, wpadła na rewolucyjny w tamtym czasie pomysł. Zaprosiła grono artystów do współpracy przy wystawie „Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci” (wernisaż – maj 2003). Był to „szeroko zakrojony projekt, na który składa się wystawa prac wykonanych dla dzieci przez grono wybitnych artystów oraz projekt edukacyjny”. Wśród autorów znaleźli się m.in. Paweł Althamer, Dominik Lejman, Monika Sosnowska, Wilhelm Sasnal, Robert Maciejuk, Marek Kijewski.

Tym razem spożytkowane zostały głównie zasoby muzealnych magazynów; obiekty rzadko kiedy dostępujące zaszczytu goszczenia na salach wystawowych. Toteż bohaterowie portretów i innych kompozycji mają powód do wdzieczności wobec małych kuratorów: zaistniały jako obiekty publicznego zainteresowania, nawet adoracji. Z tym, że ich oprawa odbiega daleko od tradycji. Po pierwsze, nie ma podziału na epoki, chronologię, artystyczną rangę, klasę autora. Tu arcydzieło ma prawo sąsiadować z pracą mierną, która jednak w jakiś sposób zwróciła na siebie uwagę dzieciarni.

Po drugie, dobierając eksponaty do tematów, kuratorzy-amatorzy kierowali się wyobraźnią i przekorą. I tak w grupie „Las” znalazły się zwierzęta wszelkiej maści, tak udomowione jak dzikie; zarówno istniejące, jak wykreowane przez artystów. Chimery czy syreny wydały się dzieciom równie swojskie jak kot i pies. „Pokój strachów” przypominał nieco labirynty horroru w dawnych wesołych miasteczkach: rzeźba Bolesława Biegasa straszyła jarzącymi oczodołami truposzy, nad głowami zwiedzających gromadziły się złowieszczo kraczące kruki… Za to sekcja „Zmiany”, dotycząca przeobrażeń w ludzkim przyodziewku, momentami wywoływała śmiech – gdy raptem postać na starym zdjęciu poruszała nogą, wypalała z pistoletu czy machała do widza. To nie wszystko – chętni mogli się przebrać za bohaterów dawnych przedstawień, przywdziewając jakiś kostium z epoki.

Słowem, dużo zabawy, przygotowanej przez tych, którzy na ogół nie mają głosu w wystawowym temacie.

Też do 8 maja.

24
Apr

Rewolucja przy pomocy kolorów (o wystawie Henryka Stażewskiego w Fundacji Staraków)

Udostępnij:

 Miałam od niego buty – nie do chodzenia; i drewnianą łyżkę – nie do jedzenia. Te użytkowe obiekty Henryk Stażewski zamienił w dzieła sztuki. Pomalował w geometryczne wzory, ostrymi jak nóż kolorami, respektując przy tym formy przedmiotów.215226f419103f33f2ec2aaf33b712ab

Stażewskiego nie ma wśród żywych od 28 lat. Niewiele starszy od kapistów – urodził się w 1894 roku – wybrał inną drogę; uznawał innych mistrzów. Do mini-retrospektywy Stażewskiego w Fundacji Rodziny Staraków wybrano prace powstałe między 1958 a połową lat 80. Niektóre pochodzą z kolekcji organizatorów, inne są własnością narodowych muzeów, jeszcze inne – ze zbiorów Teresy i Andrzeja Starmachów. Same arcydzieła.

932fd040139dc071e7d3fe5933468229 big_1372101272stazewski_henryk-relief_nr_39   stazewski-kompozycja198330_stazewski_053_big-1 henryk-stazewski-nr.137-1957-akryl-na-desce-40-x-40-cm 63a09fe3net_700

 

Był guru wszystkich nowatorów. Fukał niechętnie, gdy ktoś o pokolenie młodszy mianował się awangardę; „Awangarda była jedna, i to my nią byliśmy”. My – chodziło o Władysława Strzemińskiego, Katarzynę Kobro i innych twórców abstrakcji geometrycznej.

Żeby uświadomić odbiorcom tę symbiozę, w Spectra Art Space Masters przedstawiono rzeźbę Kobro i obraz z serii „Powidoków” Strzemińskiego. Przeciwległą ścianę zajmują uwagi i „złote myśli” Stażewskiego, wypisywane przezeń starannym, lecz kulfoniastym pismem. Pełen kontrast – bo proszę nie myśleć, że to tylko refleksje wokół sztuki. Artysta dzieli się obserwacjami z najróżniejszych sfer życia. Jest tam np. długi katalog wykrzykników kobiety gadatliwej. I – to okropne! niesamowite! – niewiele się zmieniło.

Henryka S., zwanego powszechnie „Heniem”, poznałam w jego starszych latach, kiedy postępująca głuchota utrudniała mu kontakt z innymi. Posługiwał się wówczas właśnie karteczkami z wypisanymi nań (zawsze ręcznie) sentencjami, dowcipami, uwagami. Pamiętam też mir, jakim był otoczony przez wszystkich młodszych (a wszyscy byli młodsi) i jego szczególną pozycję w Galerii Foksal

.3956895962_b46067ce34_z kowalskaistazewski340 5227491e0a384

Ta pierwsza awangardowa galeria warszawska 1 kwietnia tego roku skończyła 50 lat. Do jej powstania w dużej mierze przyczynił się Stażewski.

Historyk sztuki Wiesław Borowski, jeden ze współzałożycieli Foksal, pojawił się na wernisażu u Staraków i wspominał pierwsze spotkania z mistrzem – w czasach, kiedy Stażewski nie wystawiał, bo jego sztuka kłóciła się z zasadami socrealizmu. Wydawała się dziecinnie, wręcz prowokacyjnie prosta: kilka linii, kilka figur geometrycznych, płasko położone barwy. Ale gdy ktoś usiłował odtworzyć te układy (znam taki przypadek) – ponosił klęskę. Bowiem Stażewski miał absolutny „słuch” kompozycyjny i kolorystyczny, a do tego wyczucie harmonii. Umiał tak rozłożyć akcenty,  że jakakolwiek zmiana zakłócałaby ład.

Abstrakcja Stażewskiego jest piękna i mądra. Niby nie ma tu śladu narracji, a jednak jest dramaturgia. Oto jakiś element układu odkleja się od tła, wysuwa na plan pierwszy, przekręca i sunie w dół. Co za brawura, jaka niesubordynajca! Te reliefy działają jak agitka, jak zachęta do buntu. Dowodzą, że nieposłuszeństwo, nawet anarchia mogą zamienić się w nowy ład.

Nie ma tu metafory – to mówią formy i ich ułożenie.

tumblr_nq9h8oUJfr1u28cajo1_500  544a42b33d8cestazewski2

Nic dziwnego, że twórczość Stażewskiego nie podobała się władzom. Uformowany przez międzywojenną awangardę, próbował nawet figuracji, ale zawsze syntetyzował i upraszczał formy, a odrzucał tępy realizm.

Pod względem artystycznym Stażewski nie uznawał kompromisów, za to jako człowiek wyznawał tradycyjną kurtuazję. Traktował z szacunkiem każdego, nawet młokosów. I nie odmawiał wstępu do swej „świątyni” – mieszkania z pracownią przy alei Solidarności 64 (wówczas Świerczewskiego), gdzie znalazł dach nad głową czasowo bezdomny inny twórca – Edward Krasiński. Gdy pan Henryk przyjmował gości, przywdziewał jeden ze swych reprezentacyjnych szlafroków oraz dobrany stylistycznie krawat. Bajecznie kolorowe, w paski bądź kwadraty, także wykrzykiwały sprzeciw wobec PRL-owskiej szarości. Dowodzą tego zdjęcia Tadeusza Rolke, umieszczone w osobnym pomieszczeniu, jako aneks do głównego pokazu. Patrzę na te foty i wzruszam się: Stażewski wygląda w szlafroku jak szlachcic w kontuszu. Panisko. Równie niezależny, jak jego sztuka.stazewski_okladka stazewski henryk msn_6189845 44742174stazewski_okladka

 

Henryk Stażewski – Spectra Art Space Masters (Fundacja Rodziny Staraków),Warszawa, wystawa czynna do 31 lipca

23
Apr

Ludzkie i nieludzkie doświadczenia Czapskiego (otwarcie Pawilonu Czapskiego w Krakowie)

Udostępnij:

Nie widać jej z ulicy: biała sześcienna konstrukcja za Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, została mistrzowsko wpasowana w skąpą przestrzeń na tyłach pałacu. To Pawilon Józefa Czapskiego (wnuka Emeryka), swoisty pomnik dla tego wspaniałego człowieka.

z19626325Q,Pawilon-Jozefa-Czapskiego z17829302Q,Pawilon-Jozefa-Czapskiego-w-Krakowie---wizualizacj   z19961556Q,Muzeum-Narodowe-w-Krakowie--Pawilon-Jozefa-Czapski

Uroczyste otwarcie odbyło się 22 kwietnia; przez kolejne cztery dni wystawy poświęcone Czapskiemu  udostępniono publiczności gratis.betlej_szczerski Dyrektorzy MNK – prof. Andrzej Betley i prof. Andrzej Szczerski. Pamiątkowa fota pod pawilonem.

Inicjatywa przyjaciół

Inauguracyjny pokaz wzbogacił dar Richarda Aeschlimanna, szwajcarskiego marszanda artysty: sprezentował Krakowowi tuzin płócien. Poza nimi, zobaczymy prace z kolekcji krakowskiego muzeum i depozytami z innych zbiorów, w sumie 23 obraz, z różnych lat.

Całe przedsięwzięcie to inicjatywa przyjaciół Czapskiego, m.in. pisarzy Wojciecha Karpińskiego i Adama Zagajewskiego. Ale największa zasługa należy do Krystyny Zachwatowicz, która zaprojektowała stałą ekspozycję i nad jej wykonaniem czuwała.

Podczas długiego życia pisarz/artysta/żołnierz dotknięty został przez niemal wszystkie kataklizmy i barbarzyństwa XX wieku. Co niezwykle, nie stracił pogody ducha, wrażliwości, empatii. Potomek bogatej, międzynarodowej arystokracji, wybrał polskość, lecz nie zgodził się na komunizm. Przez prawie cztery dekady wiódł mnisi żywot na emigracji w podparyskim Maisons-Laffitte, w domu-redakcji „Kultury”. Tu też zmarł w 1993 roku, w wieku 97 lat.

.jozef_czapski_artykul z19933273Q,Jozef-Czapski-i-Jerzy-Gierdroyc---nie-w-siedzibie- 30470908-a5e9-4c61-8b10-ccf20abf8719

 

 

Wielka praca w lilipucim wnętrzu

 

Największe wrażenie robi… jego pokój. Rekonstrukcja pomieszczenia w Maisons-Lafitte. Proszę sobie to wyobrazić – człowiek mierzący blisko dwa metry wzrostu gnieździł się i tworzył w klitce jak dla krasnala. 898e058a-84c8-4759-9e8b-ad0189d88747 330476_43MC_IMG_1982_4  Fot.-4.-Pamięci-Józefa-Czapskiego-12.01.1993_-olej-na-płótnieTuż przy drzwiach stały sztalugi; na nich zawsze jakiś obraz (ten prezentowany obecnie pochodzi z późnego okresu, kiedy artystę dopadła ślepota i posługiwał się już tylko czarną farbą). Obok na stoliku leży martwa natura: wyschnięte cytryny. Motyw, do którego malarz często wracał.

czapski-carafe Czapski_Autoportret_iL_medium059 Autoportret-z-książkami-1973-249x300

Tu też stoi tapczan, służący zarazem jako gabinet i czytelnia; vis á vis – zagracony biurko-stół; dookoła – półki z książkami. Minimum wygód – bo wszystko w głowie, w wyobraźni.

Na tymże drugim piętrze urządzono „Pokój świadka” – multimedialną przestrzeń, gdzie umieszczono materiały dokumentujące zbrodnię katyńską. W przyległych pomieszczeniach można zapoznać się z życiorysem Czapskiego, którego indywidualne losy zderzono z wydarzeniami, które wstrząsnęły światem.

Urodzony pod koniec XIX stulecia, miał wszystkie dane po temu, by prowadzić życie łatwe i przyjemne. Ale mały chłopczyk w marynarskiej bluzie patrzy na nas poważnie, wcale nie dziecięcym spojrzeniem. Te same uważne oczy odnajdujemy w pociągłej twarzy studenta prawa piotrogrodzkiego uniwersytetu; ten sam przeszywający wzrok ma ułan biorący brał udział w I wojnie światowej w szeregach carskiego Korpusu Paziów. I tenże młody człowiek po niecałym roku zwalnia się z wojska – z powodu pacyfistycznych przekonań!

Od tego momentu życiorys Czapskiego zaczyna biec dziwnymi zakosami. Bo gdy przyjeżdża do Polski, wybucha kolejny konflikt: wojna polsko-bolszewicka. Młody człowiek zarzuca poprzednią decyzję i znów walczy na froncie. Zdobywa oficerski stopień i nie byle odznakę: order Virtuti Militari.

Kumpel kapistów

Kolejny zakręt: w wieku 23 lat postanawia zostać malarzem. Na studiach na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych spotyka grono utalentowanych kolegów, z którymi formuje Komitet Paryski, w skrócie – K.P. Grupa studentów pod wodzą profesora Józefa Pankiewicza wyjeżdża do Paryża, gdzie „Józio” okazuje się niezastąpiony. Organizuje pieniądze w chudych czasach, pomaga kontaktami urządzić pierwsze wystawy, i jak zwykle – nie dba o własną karierę.

W Polsce poznaliśmy go w pełni dopiero po 1989 roku, jako że PRL-owskie władze uważały pisarza-artystę za wroga ustroju. Poniekąd słusznie – Czapski jako pierwszy dał świadectwo temu, co działo się „Na nieludzkiej ziemi”. Następnie brał intensywny udział w pracach komisji badającej zbrodnię katyńską.

 

Pali się!

W 1990 roku uczestniczyłam w niecodziennej fecie: Czapskiemu przyznano nagrodę imienia Cybisa.

I tu – cytat z książki „Zycie na przekąskę. Pustki w sklepach, pełnia w kulturze, czyli opowieści nie tylko z PRL”. Bo tam opisałam to dokładnie i na gorąco. A naprawdę paliło się.

„Co powiedziałby o tym Jan Cybis?! On, który z pobłażaniem pisał o swym koledze ze studiów i współuczestniku kapistowskiej eskapady: „…Józio stęka z malarstwem, że mu nie idzie…” („Dzienniki”, 1957). Nie jedyny to dowód, że zarówno ten artysta, jak i inni kapiści, niezbyt wysoko cenili talent Czapskiego.

Na przekór tym opiniom, nagrodę im. Cybisa za rok 1990 przyznano właśnie „Józiowi”. To najstarszy laureat tej nagrody – rocznik 1886, urodzony rok wcześniej niż mistrz, od którego nazwiska pochodzi nazwa wyróżnienie. Pierwsza nagroda, jaką Czapski dostał za malarstwo.

Co dziwne, za uhonorowaniem artysty przywróconego sztuce polskiej po prawie trzydziestu latach nieistnienia, głosowali przedstawiciele młodej generacji – Leon Tarasewicz i Jarosław Modzelewski. Oprócz nich w jury tego najbardziej u nas prestiżowego lauru uczestniczyli starsi malarze, również naznaczeni „Cybisem” – Teresa Pągowska, Jacek Sempoliński oraz Grzegorz Pabel, prezes Okręgu Warszawskiego ZPAP.

Pytanie tylko – jak nagrodę wręczyć?

Dziewięćdziesięciopięcioletni artysta nie był w stanie osobiście pojawić się na uroczystości w Warszawie, od dawna nie ruszał się z Paryża. Więc w imieniu malarza nagrodę odebrała jego siostrzenica Elżbieta Łubieńska. Bohater jednak też się pojawił – przemówił do zgromadzonych z ekranu telewizyjnego. Trzy lata wcześniej nagrała go Ewa Cembrowska, redaktorka TVP. We wrześniu 1988 roku telewizja polska po raz pierwszy odważyła wyemitować materiał o malarzu wykreślonym z rejestru sztuki za PRL-u.

Wydarzenia miało miejsce w auli ASP. Tamże wystawiono zaimprowizowaną ad hoc mini-wystawę Czapskiego: pięć płócien wypożyczonych z Muzeum Narodowego i Muzeum Archidiecezji Warszawskiej

041 4972_2 czapdski jcz63

Był 31 stycznia, najmroźniejszy dzień zimy 1991 roku.

Grzegorz Pabel, gospodarz spotkania, nie dotrwał do jego końca: paliło mu się. Dosłownie. Ogień trawił budynek akademii przy ulicy Myśliwieckiej. Prorektor Mirosław Duchowski także poczuł się w obowiązku pojawić się w miejscu katastrofy.

–To chyba fatum Czapskiego – nic, co go dotyczy, nie może przebiegać bezkolizyjnie – zauważył, nawiązując do barwnego życiorysu ex-kapisty”.

Recepcja i percepcja

Towarzysząca wydarzeniu mini-retrospektywa uświadomiła mi wtedy, jakiej klasy i jak oryginalny był to malarz. Jego mocne kolory, zdecydowane kontury, gwałtowne skróty i „cięte” kadrowanie zbliżało go raczej ku ekspresjonistom niż postimpresjonistom, będących dla kapistów wyrocznią.

To była pierwsza wystawa w powojennej Polsce artysty, którego wykreślono z naszej historii sztuki. Potem też nie było ich zbyt wiele. Toteż każdy kolejny kontakt z dorobkiem plastycznym – i to nieznanym! – Czapskiego staje się wydarzeniem. W obecnym zestawie zachwyciła mnie odważnym ujęciem „Recepcja” (1963) i doskonały „Młody mężczyzna na czerwonym tle” (1980). Jak zwykle, autor umiał patrzeć na przekór schematom.

Jozef Czapski, Mlody czlowiek na czerwonym tle, 1980, czapski_bar czap3

48613-ilustracja1 082_czapski 8605640

 

Teraz możemy obejrzeć nie tylko malarstwo – także słynne memuary owego „Cz.”. W pawilonie, w gablotach obok ekspozycji prac malarskich, znalazły się stronice z tych dzienników, powstających przez pół wieku, od 1942 roku. Uwagi, notatki i codzienne zapiski dopełniają rysunki. Czasem szkicowe, kreślone naprędce; innym razem rzetelne, wykończone portrety. Oczywiście, nie ma szans zmieścić pod szkłem całości: to 278 oprawionych tomów, 20 metrów bieżących tekstu i rysunków. jozefczapskidziennikipski-tom1-rgb-14 c452e373 hqdefault jozef-czapski-rysunek-z-dziennika-1971AR_5171

Oryginały są stopniowo poddawane digitalizacji, podobnie jak inne ponad 50 tys. fotografii i inne bezcenne dokumenty, przekazane testamentem przez Czapskiego.

 

 

 

17
Apr

Świat, który się nie rymuje (o konkursie BZ WBK Press Foto 2-16)

Udostępnij:

Za każdym razem, gdy oglądam najlepsze prace wyróżnione na konkursach fotoreporterskich, mimowolnie rozpatruję wedle przynależności do kategorii.

Proponowane kadry podzielono na sześć grup, które obowiązują od początku w konkursie BZ WBK Press Foto: Życie Codzienne, Wydarzenia, Człowiek, Sport, Kultura i Sztuka, Przyroda. Plus największy honor – Zdjęcie Roku. Oczywiście, oglądałam kadry po selekcji dokonanej przez jury (tradycyjnie pięcioosobowego, w tym roku obradującego pod wodzą Macieja Jeziorka, poza którym głosy oddawali: Anna Brzezińska-Skarżyńska, Agnieszka Rays, Chris Niedenthal oraz Waldemar Kompała). bzwbkwystawa

To oni wybrali najciekawsze pojedyncze klatki bądź foto-story z ponad sześciu tysięcy nadesłanych, autorstwa prawie 350 fotografów.

Tym razem przed napisaniem niniejszego tekstu najpierw podesłano mi materiał obrazkowy – setki fotografii. Dopiero długo potem dołączono tytuły i opisy.

Więc próbowałam w ciemno zgadnąć, jakie tematy i wydarzenia uwiecznili uczestnicy konkursu. To było ciekawe doświadczenie. Czasem udawało się – lecz zdarzały się kompletne pomyłki. I te kiksy uważam (dla siebie) za najbardziej pouczające. Rozbieżności między „przedstawieniem” a opisem uświadamiały mi, w jak dużej mierze opieram się na wizualnych stereotypach. Podobnie jak większość z nas.

Wydawało mi się, że w kategorii Człowiek będą portrety oraz opowieści o kimś wielkim, o kimś małym. Zobaczyłam profil kilkuletniego dziecka z buzią oszopeconą bliznami. Jak się okazało, to sześcioletni Kola, który wraz z bratem bawił się w Kijowie… miną. Kola miał szczęście – przeżył; jego brat – nie (fot. Mateusz Baj).

W dziale Sport zazwyczaj pojawiają się postaci bądź fizjonomie nacechowane wysiłkiem, walką, konkurencją.Tym razem jest scena luzowa: Michelle Jenneke wykonuje taneczne pas przed biegiem, który zaraz rozpocznie na bieżni w Pekinie (autorka – Aleksandra Szmigiel-Wiśniewska). Kolejne skojarzenie – w grupie Przyroda spodziewałam się widoków świata natury, ginących gatunków zwierząt lub egzotycznych miejsc. A co wygrało? Fota dziewczyny, która… robi sobie sweet focię z młodym gorylem, wyraźnie zaciekawionym nieznanym narzędziem (tę sytuację w madryckim Zoo uchwycił Paweł Wyszomirski). 130561-s_1460016811570616ab9cc68I jeszcze bardziej niezwykła sytuacja: wieżowce, między którymi przepływa rzeka, akurat zamarznięta, bo zima. A na lodzie – ludzie. Ćwiczą do meczu hokeja (Pekin, gdzie był Marek Berezowski).

Albo taka scena: rozemocjonowane nastolatki, które namiętnie telefonują wyglądają, jak zdarza się dziewczynom na udanej imprezie – tymczasem te panny informowały o alarmie terrorystycznym, na szczęście fałszywym (Paryż, fotoreportaż Tadeusza Koniarza). Kolejne „zmyłkowe” zdjęcie – piękny wizualnie kadr: zamglone, rozmyte postaci za zroszoną szybą – czyżby wycieczkowicze? Nie, uchodźcy z Bliskiego Wschodu i Afryki zgrupowani w Chorwacji (fot. Beata Zawrzel).

Na przekór unifikacji

Ale nie te wnioski uważam za najbardziej istotne. Ważniejsze, że pomimo globalizacji, na przekór niwelowaniu kulturowych i obyczajowych wyróżników – zaczął się, i staje się coraz wyraźniejszy, proces odwrotny. Otóż mieszkańcy zielonej planety dzielą się nie wedle granic i nacji, lecz według narzuconych im ról. Zjednoczona Europa? Skąd, raczej coraz bardziej podzielona – stanem majątkowym, możliwościami i wynikającym z tego stylem życia.

Na fotografiach prasowych ujawniła się prawda o współczesnych homines sapiens. To inna prawda niż ta, do której chcą nas przekonać wpływowe media i decydenci. Świat zrobił się porąbany, posiekany. Żyjemy na oddzielnych mini-planetach, zanurzeni w kosmos netu. Z jednej strony – łatwiej niż kiedykolwiek formujemy partie i lobbies, skrzykujemy się w grupy wsparcia, trzymające władzę, mające wspólne interesy. Z drugiej strony – pomiędzy tymi grupami nie zachodzi żadna spójnia. Jesteśmy odizolowani skalą podstawowych życiowych potrzeb. Dla jednych będzie to nowy jacht, dla innych – miska ryżu. Jedni nabywają nowe zamki, innych cieszy nie przeciekający dach nad głową.

Ci, co mają wszelkich dóbr nadmiar, wykorzystują tych „skażonych” permanentnymi niedoborami. Niewolnictwo rozkwita, milionerów przybywa. I wcale nie dotyczy to garstki zachodnich potentatów. Te dysproporcje są także udziałem nas, Polaków. Widać to ze szczególną mocą na corocznym konkursie fotoreporterskim.

Weźmy na przykład Zdjęcie Roku, pochodzące z fotoreportażu należącego do sekcji Życie codzienne. Jego autorka – Joanna Mrówka z Agencji Forum – uchwyciła sceny codzienne w Broniszowie. Widoczna bieda, bałagan i niemożność wyrwania się z tej mizerii. Wielodzietne rodziny, których ojcowie wyjeżdżają „za chlebem”. A gdy wracają na krótko do dom, stęsknione dzieciaki ani na chwilę nie odklejają się od taty.s_14600175675706199f7cb5a

Jeszcze gorsze warunki panują w obozie dla uchodźców w Libanie, gdzie dotarł ponad milion uchodźców z Syrii – sytuacja odnotowana przez Krystiana Bielatowicza, d.

Z innych powodów grozę budzą fotografie wykonane przez Grzegorza Dembińskiego w kardiochirurgicznej klinice w Poznaniu, gdzie pacjentami są dzieciaki.571145e50c20a_p571145df6d15b_o,size,445x270,q,71,h,34c373 571145e8b28c5_p

Inna konstatacja: tempo wydarzeń. Kadry „gorące” kilka miesięcy temu, dziś wydają się przywoływać zaprzeszłość. Bronisław Komorowski i zasmucony jego przegraną sztab wyborczy nie budzi już większych emocji (fot. Wojciech Grzędziński). Niejako odwrotną stroną tego medalu stała się „historia hostii”. c3JjPS9pbWFnZXMvNi8wLzgvMTU2MDgtSmFjZWsgVHVyY3p5ay5qcGcmY3JvcHNjYWxlPTEmeD0wJnk9MCZ3PTEwMjQmaD03OTYmdzE9NzUwJmgxPTU4Mw==_srcb51e9076b5ac45cdb5650e0bdbd43552

To była ulotna chwila – w sensie dosłownym: podczas Święta Dziękczynienia komunię rozdawał kardynał Kazimierz Nycz; poryw wiatru wyrwał z kielicha jeden z komunikantów. Prezydent elekt, jakim jeszcze wtedy był Andrzej Duda (urzędujący prezydent nie pojawił się na uroczystościach), wykazał się refleksem i schwycił opłatek w dłonie, jak motyla – zaś Jacek Turczyk, do którego trafiła Nagroda „Rzeczpospolitej”, uchwycił ten właśnie moment.

Trzęsienie ziemi, które miało miejsce rok temu w Kathmandu, a które przeżył i uwiecznił Maciej Dakowicz z pewnością dla niego pozostanie na długo, może na zawsze doświadczeniem traumatycznym – jednak dla tych, którzy nie doświadczyli tego osobiście, to „tylko” jedna z tragedii, gdzieś daleko, w Nepalu…

Na przekór egoizmowi

Współczesność nie sprzyja dobroczynności. W dobie, gdy za jedyną konkretną wartość uchodzą dobra doczesne, altruizm staje się coraz rzadszym przypadkiem. Dlatego ciepło mi się zrobiło na widok super-herosów zaglądających przez okna szpitala dziecięcego i rozbawiający małych pacjentów. Za tych bohaterów przebrali się alpiniści, dorabiający myciem okien w wieżowcach – co zauważył i utrwalił Tymon Markowski. Jakoś też lepiej człowiek się czuje, gdy ogląda foto-serię Grzegorza Pressa z klaunadą w wykonaniu dzieci z zespołem Downa. Wzbudzają radość i śmiech, a nie kpiny. Za to rozbawiają scenki z plaży w Międzyzdrojach. Monika Jaśkowska-Bablok uchwyciła ludzi określanych mianem „Januszy parawaningu” wraz z potomstwem, już z zadatkami na godnych następców tych gatunku. Y3c9MTE3MCZjaD01MTM=_src_130598-glowne 2

Także nie nazbyt poważnie wypada potraktować maskaradę Macedończyków, którzy przywołują – historycznymi kostiumami – epokę Aleksandra Wielkiego (foto. Michał Siwek).

Gdybym miała wskazać własnego faworyta (akurat z bliskiej mi kategorii Kultura i sztuka, lecz równie dobrze ten cykl mógłby należeć do grupy Człowiek) – to wybrałabym fotoreportaż Wojciecha Grzędzińskiego powstały podczas XVII Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego.

To zakulisowe migawki. Nikt nie siedzi za fortepianem, nikt nie wodzi palcami po klawiaturze. Czarno-białe, mroczne kadry pokazują pianistów w momentach relaksu, koncentracji, wyciszania…

Patrząc na te kadry, także wyciszam się – i mam nadzieję, widzowie pokonkursowej wystawy również.

 

 

14
Apr

Skok Janosika na Żupy Solne (o wystawie Władysława Skoczylasa w Wieliczce)

Udostępnij:

Dumna sylwetka zbójnika wykonującego taneczne pas nad ogniskiem, uzbrojonego w siekierę i pistolet czy posągowy Janosik naciągający cięciwę łuku to grafiki rozpoznawalna na pierwszy rzut oka. Wszystko to czarno-białe, mocne, zarazem dekoracyjne i syntetyczne; wystylizowane „na ludowo”, jednocześnie wyrafinowane, eleganckie.3823_01SkoczylasZbojnikDziewczyna 5s 3 Pochód zbójników, 1919, Władysław Skoczylas, Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka'' 6 Jutrzenka, Władysław Skoczylas, Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka 1920' 8 Pieta, Władysław Skoczylas, Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka

Wiadomo, że autor tych grafik – to Władysław Skoczylas (1883 – 1934). Jego prace są też symbolem czasów, gdy Polska odzyskała niepodległość. Wówczas Polacy tęsknili za własnymi bohaterami. I odnaleźli ich w sztuce Skoczylasa. Zarazem, jego prace wpisują się w klimat dwudziestolecia międzywojennego, jak malowidła Zofii Stryjeńskiej czy rzeźby Jana Szczepańskiego: mariaż modnej stylistyki Art Déco z folklorem. Tak powstała sztuka oddająca ducha narodu, przy tym nie zaściankowa czy wtórna, do tego dobrze przyjmowana w Europie.

– To nie przypadek, że prezentujemy dorobek Władysława Skoczylasa w Muzeum Żup Solnych w Wieliczce – zapewnia Klementyna Ochniak-Dudek, współorganizatorka przedsięwzięcia. – Przecież tu się urodził i spędził dzieciństwo, a następnie rodzina przeniosła się do pobliskiej Bochni. Nasze muzeum nabyło zestaw prac bezpośrednio od wnuczki artysty, co wraz z kolekcją warszawską daje pełny obraz jego dokonań. Dodam, że inicjatywa zorganizowania pokazu w Wieliczce wyszła ze strony profesor Maryli Sitkowskiej, kuratorki wystawy i autorki obszernej monografii Skoczylasa.

 

Niespożyta energia

Nie dany mu był długi żywot – zmarł w wieku 51, niespodziewanie zaatakowany białaczką. A zdawał się być niezniszczalny, o niespożytej energii. Jego aktywność nie ograniczała się do sztuki. Nauczał (m.in. w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych, potem przekształconej w akademię); organizował nowe formacje artystyczne – poza Rytmem także Stowarzyszenie Artystów Grafików „Ryt”; pełnił dyrektorskie funkcje w Ministerstwie Wyznań i Oświecenia Publicznego; angażował się w rozmaite inicjatywy służące środowisku plastycznemu, jak choćby w organizację Instytut Propagandy Sztuki – alternatywę dla tradycyjnej Zachęty.

Nade wszystko, zawdzięczamy mu renesans drzeworytu – najstarszej, znanej od średniowiecza techniki graficznej świata. Do dziś jego teki „Zbójnicka” czy „Podhalańska” stanowią niedościgły wzorzec mistrzostwa połączenia mistrzostwa warsztatowego i bezbłędnie znalezionej formy.

Znakomicie opanował także akwarelę, co widoczne we wczesnych pejzażach Podkarpacia, Kazimierza Dolnego (tam odbywały się malarskie plenery), czy w krajobrazach włoskich. 5 Pejzaż podhalański, Władysław Skoczylas 1924, Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem Doskonale radził sobie z projektowaniem książek czy plakatów – czego dowodem afisz zapowiadający bal studentów w 1905 roku.

Nie unikał portretów, w młodzieńczej fazie kobiecych, łagodnych, miękkich. Z czasem stworzył własny gatunek człowieka – symbol dumy i wolności. Inspirował się wyglądem mieszkańców Skalnego Podhala, lecz w istocie wykreował wizerunek-legendę. Pokazał rodakom ludzi pięknych fizycznie i charakterologicznie. Niezależnych, dzielnych, rządzących się własnym kodeksem moralnym. Ich sylwetki zdają się „wyciosane” w twardej materii, twarze mają rysy wyraziste, charakterne. Z takimi lepiej nie zaczynać.Glowa_gorala 30341-drzeworyt_Wladyslaw_Skoczylas_Glowa_junaka 2 Trzy głowy górali, drzeworyt, Władysław Skoczylas 1928 r.Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka 4 Głowa górala, 1928, Władysław Skoczylas, Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka'Oksza_Galeria_04_Dsc05212-

„ Urzeczony podhalańską legendą zbójecką, odtwarzał ludowy epos o junakach, którzy odwagą i wigorem dorównywali bohaterom antycznym, którzy cenili nade wszystko swobodę i niezależność i którzy, zrywając krępujące więzy cywilizacji, uchodzili na łono natury, podobnie jak oni pierwotnej i dzikiej” – pisał Henryk Anders, pierwszy monografista Rytmu. Zanalizował też  zestaw najbardziej wyrazistych cech twórczości artysty: „W grafice wyzyskuje Skoczylas pełny zestaw środków stosowanych w ludowym malarstwie. Idealizuje świętych, zwykłych śmiertelników typizuje. Głowy daje z profilu lub w ujęciu ściśle frontalnym. Nie wyrzeka się hieratyzmu, zwłaszcza dość dyskretnego – główną postać, niekiedy większą od innych, ustawia w miejscu centralnym. Czasami rozdziela strefy nieba i ziemi. Pejzaż w tle schematyzuje, a czasem zastępuje zrytmizowanym układem motywów dekoracyjnych – pojedynczych kwiatonów czy drzew. W scenach figuralnych unika przestrzenności, nie sugeruje głębi, nie stosuje perspektywy ani skrótów. Płasko ujęte sylwety ludzi i przedmiotów ustawia w szeregi równoległe do płaszczyzny ryciny” – to cytat z monografii „Rytm” autorstwa Henryka Andersa.

Górnik fedruje dłutem

Ojciec polskiego drzeworytu nie urodził się dla sztuki, lecz dla… górnictwa. Syn sztygara w Wieliczce, potem Bochni, niewiele miał danych po temu, żeby stać się tak wpływową postacią w sztukach plastycznych, jak to stało się jego udziałem.

Zadecydowały liczne talenty, niezmordowana pracowitość plus charyzmatyczna osobowość. Te cechy uwidaczniają się w autoportrecie: choć pozbawiony urody amanta, zwraca uwagę intensywnością spojrzenia.Autoportret-Władysław-Skoczylas-drzeworyt-1913-r.1 wskoczyla 581b8752ba907338a53a0873da2e5041

Dodajmy, że Skoczylas trafił ze swą sztuką na właściwy moment. I nie był sam. Miał obok siebie podobnie myślących i w zbliżonym stylu tworzących znakomitych rzeźbiarzy, malarzy, projektantów.

Te wyzwania pojęli artyści zrzeszeni w ugrupowaniu Rytm. Myśl zaiskrzyła w roku 1921 w środowisku stołecznych twórców z tego samego pokolenia urodzonego w latach 80. XIX wieku. Przed laty studiowali na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, potem obowiązkowo dokształcali się w Paryżu; w kraju zadebiutowali krótko przed I wojną. Po jej zakończeniu musieli debiutować ponownie, już w zupełnie innych okolicznościach polityczno-geograficznych.

W 1922 roku roku dziesięciu zuchów wystąpiło z pierwszym pokazem w warszawskiej Zachęcie. Był wśród nich Skoczylas, któremu przypadła też rola „teoretyka” formacji. Pisał: „Głównym celem Rytmu jest osiągnięcie możliwie wysokiego poziomu artystycznego wystaw, z szerokim uwzględnieniem współczesnych tendencji artystycznych”. Rytm przez dekadę uchodził w Polsce za grupę przodującą. Nic dziwnego – nie byli radykalni, stosowali złoty umiar, nawiązywali do klasyki, no i mieli świetny warsztat.

Właśnie z warsztatem Skoczylasa wystawa w Wieliczce pozwala zapoznać się. Można obejrzeć narzędzia, których używał, prześledzić kolejne etapy pracy, od szkiców po wykończone kompozycje, zaś podczas wernisażu będą wykonywane odbitki z oryginalnej matrycy, wykonanej ręką artysty. Może ktoś spróbuje?

 

 Władysław Skoczylas (1883 – 1934) – Muzeum Żup Solnych, wystawa czynna od 13 kwietnia do 12 czerwca 2016

 

 

10
Apr

Hucuł w służbie polskiej

Udostępnij:

Baba z koza, starowinka z kurami, ślepy huculski śpiewak, huculskie sieroty – to nie jest ten zestaw bohaterów, do jakich przyzwyczaił fanów Kazimierz Sichulski (1879 – 1942).05

Lwowianin studiujący na krakowskiej ASP pod okiem Wyspiańskiego i Mehoffera, zaczął spektakularną karierę „intelektualnego” karykaturzysty w satyrycznym pisemku „Liberum Veto”.

Tymon_Niesiolowski Karykatura WacLawa_Sieroszewskiego Karykatura_Chodowskiego ZulawskiStefan_Zeromski

Z tego wysokiego pułapu zapuścił się w czeluści Jamy Michalikowej, gdzie gnieździł się Zielony Balonik, pierwszy polski kabaret. Tamże Sichulski zdobył popularność wśród krakowskiej elity i zarobił trochę grosza. Do sukcesu „dołożyła się” żona – aktorka Bronisława Rudlicka, krakowski wamp, rudowłosa piękność portretowana przez Teodora Axentowicza. Wraz z przystojnym Kazikiem tworzyli super atrakcyjną towarzysko parę.

Ale, ale!

To, co Sichulskiego wyniosło na galicyjski Parnas – mianowicie karykatury – stało się wkrótce dlań obciążeniem, stygmatem. Uważano wprawdzie, że „kartony Sichulskiego to rzetelne dzieła sztuki, które karykaturę naszą stawiają w rzędzie pierwszorzędnych dzieł europejskich w tym kierunku” („Gazeta Lwowska” 1910), jednak żeby zdobyć uznanie jako artysta, nasz bohater musiał wyrwać się z gatunkowych ograniczeń.

Chciał poszerzać umiejętności, czerpać inspiracje z rozmaitych kultur, tradycji, stylistyk. Ruszył najpierw do Wiednia, gdzie studiował w tamtejszej Kinstgewerbeschule; potem podał się dalej na Zachód, do Włoch i Paryża. W tamtej epoce studiowanie na różnych uczelniach, w kilku krajach i rozmaitych szkołach nie stanowiło osobliwości. Edukacyjną paletę niektórzy dopełniali ekspedycjami w egzotyczne okolice Europy, gdzie krajobraz dziki, a ludzie nie tknięci cywilizacyjną dekadencją.

.202px-Kazimierz_Sichulski_avtoportret

Gdzie na początku XX wieku można było znaleźć dziewiczą naturę? Krakusom najbliższe były podkrakowska wieś i Tatry, środowisko lwowskie opowiadało się za Karpatach Wschodnich.

Trzech ich było, trzech równolatków, cała trójka ze Lwowa: Władysław Jarocki, Fryderyk Pautschi Kazimierz Sichulski. Natchnienie dawała im Huculszczyzna, którą odkrywali w pojedynkę bądź grupami. Zimą na przełomie lat 1904 i 1905 roku do Tatarowa nad Prutem wyruszyło trio – Jarocki, Sichulski i Pautsch (jego ojciec był tamże nadleśniczym) uformowali zespół „huculistów”, zwanych też „Hucułami”. Pierwszy pobyt trwał pół roku. To była przygoda typu survival.

Trzech zuchów zamieszkało w niedostępnej leśniczówce otoczonej dziewiczymi lasami. Zero miejskich wygód. Warunki  prymitywne, ale też dające smak „męskiej” przygody.

Dookoła ciągnęły się połoniny z rzadko porozrzucanymi huculskimi gazdostwami. W maju artyści wyprawili się w doliny wraz z autochtonami pędzącymi owce i przez dwa miesiące obozowali w specjalnie zbudowanym szałasie. Traperskie warunki pierwszej wyprawy nie zraziły ich. Wrócili bogaci w doświadczenia, a także szkice i obrazy.

.H0993-L16235124 sichulski_13 Kazimierz_Sichulski,_Hucułka,_1906 019_sichulskiXX

W 1907 roku Sichulski z powrotem zamieszkał w rodzinnym Lwowie. Duży dom, spora rodzina, powodzenie u publiczności i krytyki, od 1920 roku stanowisko profesora na lwowskiej uczelni – czyli spokojna egzystencja „ustawionego” artysty. Ale mistrz nie „zdradził” krainy nad Prutem i Czeremoszem. Odwiedzał ją często, rejestrując scenki rodzajowe, karmiąc oczy pejzażem oraz inspirując się folklorem.

Ten bliski kontakt widać na wystawie w sopockiej Państwowej Galerii Sztuki. Znalazły się tam prace Sichulskiego powstałe między 1906 a 1932 rokiem (wypożyczone z Lwowskiej Galerii Sztuki). Pomiędzy impresyjnymi, spontanicznie malowanymi krajobrazami i galerią wiejskich typów znalazła się kompozycja odbiegająca od pozostałych stylistyką.Madonna_C

To miała być mozaika. Niestety, do realizacji w trwałej technice nie doszło. „Madonna” (1914 rok) zwana też „Huculską Bogurodzicą” istnieje tylko w wersji wstępnej, na kartonie namalowanym temperą. To ukłon w stronę secesyjnej stylistyki z wyraźnym wpływem Klimta: złote tło; postaci obwiedzione wyraźnym konturem, całość mocno dekoracyjna. Ale Sichulski dał jednocześnie wyraz swej fascynacji góralszczyzną. Ubrał Madonnę w krasą spódnicę, upiększył sznurami korali. Jezus nosi biały kożuszek i koszulinę przewiązaną krajką, lecz stopy ma bose. Uczy się chodzić pod kuratelą matki. Sytuacja wydaje się zwyczajna; pozy Marii i Syna nie odbiegają od zachowań ludzkich. Jednak Dzieciątko wznosi rękę w geście błogosławieństwa. Błogosławi świat i Polskę, której przepowiada i przynosi niepodległość.

Epilog

Najpóźniejszy obraz prezentowany na wystawie nosi datę 1940. Artysta ma przed sobą jeszcze dewa lata życia – czego rzecz jasna nie jest świadom. Zdrowie – także, a może nade wszystko psychiczne – podkopały mu dwa wydarzenia: wybuch II wojny i wkroczenie do Lwowa Armii Czerwonej. Sowieci przeprowadzili gruntowną rewizję domostwa Sichulskich, pod pretekstem szukania broni. Tej nie znaleźli, za to… odkryli w piwnicy skarb. Dosłownie. Gliniany dzban wypełniony złotymi dwudziestodolarówkami. Cały majątek artysty i jego rodziny, ciułany w ciężkich porecesyjnych czasach. W kryzysowych latach trzydziestych Sichulski, nie dowierzając bankom ani polskiej walucie, każdy zarobiony grosz wymieniał na złoty kruszec. Ładował do gara, który chomikował w piwnicy. Oczywiście, czerwoni nie omieszkali zarekwirować tego cennego znaleziska. Po tym wydarzeniu Kazimierz zapadł na zdrowiu, jesienią 1942 roku trafił do szpitala, z którego wyszedł jako własny cień. Ostatnie dni spędził milczący, nieobecny, zapatrzony w ogród za oknem lwowskiego domu – jego ulubiony motyw malarski. Ostatnie słowa wypowiedział do najmłodszej córki: Widzisz, dziecko, życie jest jak ten liść na drzewie. Wyrasta, rośnie, dojrzewa, a potem więdnie i spada na ziemię. Tak jest i z naszym życiem.

 

Kazimierz Sichulski, malarstwo, rysunek z kolekcji Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki – Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, wystawa czynna od 8 kwietnia do 3 lipca

10
Apr

Jak Prospero stał się Kalibanem (o spektaklu „Burza” w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej)

Udostępnij:

 

Uchodzi za jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata. Na pozór krucha i delikatna, ma magiczną moc. Przekonaliśmy się o tym podczas „Burzy”.

Chodzi o Shirin Neshat, irańsko-amerykańską artystkę, której Krzysztof Pastor powierzył stronę wizualną spektaklu baletowego opartego na dramacie Szekspira.pastr_ag RTEmagicC_82a8005185 RTEmagicC_80abefe7a1

W „Burzy” scenografię zastępują/dopełniają projekcje wideo. Obrazy żywiołów, oszałamiające w swej grozie i pięknie, cudownie współgrają z tanecznymi układami. Czasem, w zbiorowych scenach, płynnie poruszające się grupy postaci zdają się wyłaniać z fal, piasków, chmur. Skojarzenia same się nasuwają…

Wizję wrogiej człowiekowi, zarazem majestatycznej i potężnej natury Shirin Neshat 8acd7fd11721636b5bea56cf7d9eb9ff885daeb4_254x191wykreowała wespół

z Shoja Azari, 220px-Viennale_talk,_Shoja_Azariamerykańskim filmowcem także pochodzącym z Iranu, prywatnie – życiowym partnerem. Do międzynarodowego przedsięwzięcia Krzysztof Pastor zaprosił także holenderskiego dramaturga Willema Brulsa08d8232, by wspólnie wydobyć z szekspirowskiego arcydzieła jak najwięcej znaczeń. Jednak kiedy ponad trzy lata temu zaczynali współpracę, nie przypuszczali, że sytuacja na świecie nada spektaklowi wymiar współczesnej metafory.

Łzy Prospero

„The Tempest” miała premierę dwa lata temu w Amsterdamie. Warszawska wersja będzie inna – poprzez rzeczywisty kontekst.

Tuż przed premierą spotkałam się z Neshat, Azarim, Willemem Brulsem i Abbasem Bakhtiarimabbas-bakhtiari-op, Irańczykiem mieszkający w Paryżu, wcielającym się w postać starego Prospero. Ten ostatni nie jest tancerzem, lecz muzykiem grającym na daf, tradycyjnym perskim instrumencie przypominającym płaski bęben. Jest obecny na scenie niemal przez cały spektakl. I, jak wyznaje, zdarza mu się płakać przy niektórych scenach. – To jak sytuacje wyjęte z życia – mówi. – Widzę fale uchodźców, odczuwam ich przerażenie, a także strach innych przed napływającymi „obcymi”.abbas

Bakhtiari mieszka niedaleko miejsca, które stało się celem terrorystów w listopadowym paryskim zamachu; widział ofiary, pomagał je ratować. Tym silniej reaguje na symbolikę baletu Pastora.

– „Burza” jest najbardziej ponadczasowym i według mnie, najciekawszym dramatem Szekspira – podkreśla Willem Bruls. – Jego geniusz sprawił, że sztuka daje się interpretować na wielu płaszczyznach. Bo przecież tytułowa burza to nie tylko żywioł. Także zderzenie kobiety z mężczyzną, cywilizacji z naturą, kogoś przybywającego z innej kultury do miejsca, gdzie panują odmienne obyczaje. Takim „obcym” jest Prospero, i odwrotnie – dla wygnanego króla owym „innym” staje się Kaliban. Dopiero kiedy przełamują kulturowe opory, zauważają podobieństwa między sobą.

– W „Burzy” dochodzi do konfrontacji trzech potęg: natury, magii i pragnienia wolności – dodaje Azari. – Chcieliśmy nadać wizjom natury jak największą siłę, toteż zdecydowaliśmy się na projekcję jednokanałową, na tle której rozgrywa się akcja. Ale na deskach sceny też pojawia się obraz. Coś jak lustro czy odbicie w wodzie. W tym kadrze tańczą soliści.

Baletowa interpretacja „Burzy” zachwyca nie tylko wieloznacznością przesłania, również niezwykłą wizualną urodą. Jednak Neshat zapewnia: – Piękno jako cel sam w sobie w ogóle mnie nie interesuje. Musi być skontrastowane z czymś, co burzy ład, niepokoi, drażni.

RTEmagicC_Het_Nationale_Ballet_-_Burza_-_fot._Angela_Sterling 05.www_Burza__Het_Nationale_Ballet__fot._Angela_Sterling_0103Het-Nationale-Ballet---The-Tempest---foto-Angela-Sterling-0442

burza_pas_war_01 Het-Nationale-Ballet-The-Tempest-c-Angela-Sterling-Photography-1Het-Nationale-Ballet-The-Tempest-c-Angela-Sterling-Photography

 

Na użytek wideo i filmu Neshat aranżowała w plenerze swoisty teatr. Poprzez układ/ruch/gestykulację grup męskich i żeńskich uświadamiała widzom wzajemną obcość, nieprzystawalność i zamknięcie na drugą płeć. Wymowę tej „mentalnej pantomimy” podbijał pejzaż: morze, pustynia, wydmy. I oto niektóre z tamtych wizji odzywają się echem w „Burzy”.

– Tak, przeniosłam do baletu Pastora niektóre idee z wcześniejszych wideo, bo problemy mojej ojczyzny stały się problemem świata – przyznaje artystka. – Sytuację w Iranie nałożyłam, zmieszałam z międzynarodową, oczywiście w metaforycznej formie. Dla mnie „Burza” ma osobisty aspekt: jest wygnańcem, jak Prospero. A sztuka – to magia.

 

 

 

 

PRZYJACIELE I GOŚCIE

PAPIERY WARTOŚCIOWE

ŻYCIE W OBRAZKACH

O MOMART

Powody, dla których musi powstać MOMArt

 

Sztuka jest potrzebą niemal atawistyczną. Człowiek jeszcze nie potrafił wyartykułować swych spostrzeżeń dotyczących świata, emocji, duchowych potrzeb – a już malował. To nie tylko chęć  upiększania najbliższego otoczenia, nie tylko wizualna oprawa różnego rodzaju rytuałów, nie jedynie ekspresja jednostkowych przeżyć.

Szuka – to człowieczy instynkt. Droga do samorozwoju. Dlaczego więc współcześni ludzie odeszli od sztuki?

Bo ani jej nie rozumieją, ani im się nie podoba.

Estetycznie ich zraża; technicznie i warsztatowo wydaje się łatwa, wręcz na amatorskim poziomie; przesłań nie wychwytują. Zawód krytyka sztuki (w tradycyjnym rozumieniu) przestał istnieć, zaś specjaliści wykształceni na historii sztuki, kulturoznawstawie czy medioznawstwie; kuratorzy i sami artyści stworzyli obieg zamknięty. Hermetyczny język, jakim porozumiewają się specjaliści „od sztuki” oraz nieprzystępność wizualna sprawiają, że sztuka stała się dziedziną obojętną większości, a nawet – znienawidzoną. Dziennikarze zatrudnieni w mediach nie potrafią przybliżać współczesnej twórczości szerokim kręgom odbiorców – jedynie powielają informacje, i tak powszechnie dostępne.

W efekcie, wielu ludzi „boi się” kultury – odrzucają ją a priori, bo nie chcą poczuć się „głupsi”. Lub też sądzą, że to artysta z nich kpi.

O autorce: Kobieta pracująca

 

– To jak panią przedstawić?

Często słyszę pytanie poprzedzające wejście na antenę czy wizję. Przez kilkanaście lat nie było problemu: krytyk sztuki „Rzeczpospolitej”. Gdy odeszłam, prosiłam o skreślenie nazwy gazety podczas prezentacji. Ale przecież krytykiem też już nie jestem, mniejsza z tym, dlaczego.

Kiedyś przy introdukcji mojej osoby padało: artystka. Znów – odpowiadało to prawdzie przez kilkanaście lat. Bywało, że nazywano mnie designerką. Trochę na wyrost, lecz powód był.

W notce o MM (jedynej w sieci) znalazłam określenie „grafik”. Fakt, skończyłam Wydział Grafiki, konkretnie – Pracownię Drzeworytu. Ani razu po studiach nie stanęłam przy graficznej prasie.

Za to próbowałam robić filmy animowane – cierpliwości starczyło mi na dwie noncamerowe miniatury. W literackim zakresie zadebiutowałam „Małą encyklopedią ruchu”; potem były książki o modzie i kulinariach. Robiłam maskotki, malowałam gumowe lalki, kleiłam makiety. Dłubałam biżuterię ze skóry, nizałam korale, zdobiłam malunkami drewniane chochle i deski. Tworzyłam kartki pocztowe, okładki do płyt, kalendarze; projektowałam książki, reklamy, katalogi.

W przerwach pomiędzy tym i owym, stylizowałam znane osoby, asystowałam przy zdjęciach,  aranżowałam wystawy, prowadziłam plenery, uczestniczyłam w sympozjach, wygłaszałam referaty.

Pisałam. Do periodyków, dzienników, miesięczników. Do katalogów. Do ludzi znanych i nie. Przeprowadzałam wywiady na tematy hobbystyczne z osobami medialnymi. Recenzowałam  wystawy, książki, filmy, komiksy. Przygotowywałam wariackie przyjęcia. Opisywałam wariackie przyjęcia. Złożyłam książkę o wariackich przyjęciach. Realizowałam programy telewizyjne, nagrywałam, montowałam, wygłaszałam felietony. Byłam radiowcem i tzw. osobowością telewizyjną. Uczyłam. Dzieci, młodzież i dorosłych. Historii sztuki, plastyki, matematyki. Obroniłam doktorat. Jak to zebrać do kupy?

Niedawno usłyszałam: ty jesteś jak Irena Kwiatkowska – kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi. Zbiegiem okoliczności, przed wielu laty Irena Kwiatkowska, aktorka współpracująca z Teatrem Radiowym dla Dzieci (dzieło mojej babci), sprezentowała mi łóżeczko – plecione, wiklinowe. Szybko z niego wyrosłam, niestety. Ale może dostałam od niej coś więcej?

Niefarty

– Ty miałaś jakieś niefarty?, powątpiewał koleś, kiedy podzieliłam się z nim zamiarem spisania tychże. Żeby to jeden! Ja na pechu chowana, wpadkami karmiona, klęskami kołysana. Bez obaw, to tutaj nie będzie listą skarg i zażaleń do losu. Przeciwnie. Jest słońce na mojej ulicy. Znam różne smaki: gorycz i słodycz, kwas i jałowość. Wodę, wódę, papierosy (z narkotykami doświadczeń brak). Głód i sytość. Insomnię i spanie na akord. Biedę, strach o jutro i poczucie komfortu. Dzięki kontrastom wiem, co dobre – bo jak wodzianki nie pojesz, nie ucieszysz się jesiotrem. Czego dowodem – pobyt w Moskwie za pieriestrojki, gdy trzy tygodnie karmiona kawiorem, za największy przysmak uznałam jajko na twardo. Są tacy, którym życie serwuje wyłącznie cenną ikrę. Plus szampan w dowolnej ilości. Szczęśliwcy? Bynajmniej. Upośledzeni. W czepku urodzeni frustraci. Nie wiedzą, co to radość, co satysfakcja. Znam ją. I znam jej wartość. Całe dobro bierze się z niedoli właśnie. Z kontrastu pozytyw/negatyw. Skala nieważna. Wiadomo, kropla wody może przesądzić sprawę. W uczuciach też. Lubię ludzi za drobiazgi, skreślam – również za przewinienia na pozór minimalne, ale jakoś decydujące.

I nigdy nie wiesz, kiedy nastąpi iluminacja. Jak tamtego dnia, kiedy wypindrzona wyszłam od fryzjerki, w poczuciu własnej atrakcyjności. Na środku Marszałkowskiej, w środku dnia, zaliczyłam orła na psiej kupie. Śmierdzącej, żółtej, miękkiej. Dłoń wraz z wodą podała mi nieznana osoba. Kobieta, żeby była jasność. Od ust – a był upał – odjęła sobie mineralną, poświęcając płyn na doprowadzenie do stanu używalności mojej ufajdanej kiecki. I jak nie kochać bliźniego?

REGULAMIN

Jak działa MOMArt

Rzecz o sztuce i kulturze – z subiektywnego punktu widzenia.
Teksty aktualizowane co tydzień – ale nie zawsze najgorętsze.
Komentarze do zjawisk na czasie – plus uwagi i odniesienia do przeszłości.

A propos publikacji – czekam na:
głosy/reakcje/uwagi/sugestie/zdjęcia.
Wszystko w telegraficznym skrócie.

Wykluczam wycieczki osobiste/wulgaryzmy/interesy własne.

KONTAKT

Monika Małkowska
monika@momart.org.pl