Testowa

BLOG

25
Aug

Ideał daleki od mojego (to i owo o filmie „Pan Idealny”)

Udostępnij:

Nieczęsto zdarza mi się wychodzić z seansu filmowego przed zakończeniem. Na ogół daję szansę nawet ewidentnym knotom, bo może, bo a nuż…
Jednak chyba staję się mniej cierpliwa.
Ostatnio dwukrotnie zdarzyło mi się opuścić salę kinową na długo przed pojawieniem się końcowych napisów.
Pierwszy z tych dwóch przypadków, to łabędzia pieść Andrzeja Żuławskiego Andrzej Zulawski w Ksiegarni Krytyki Politycznejczyli „Kosmos” (bardzo teoretycznie wg Gombrowicza)

.514db637-5220-46c3-89d7-d9df6c688618 z18588860Q,Kadr-z-filmu--Kosmos--Andrzeja-Zulawskiego

Ale trudno, o zmarłym nie wypada…
Natomiast wczorajsza wpadka nie ma żadnego zgonu na usprawiedliwienie.
Reżyser tego filmowego nieszczęścia Paco Cabezas (Hiszpan) liczy sobie 38 lat Paco4i nie wydaje się, żeby jego życiu cokolwiek zagrażało, Chyba, że ktoś mu sprawi zasłużony łomot za… obrażanie (ludzkiej inteligencji).
Bo oto mamy do czynienia z kinem akcji pożenionym z komedią romantyczną – ale jak zwał, tak zwał. Ja ten gatunek określam innym mianem: góra dla oligofrenów (może też obrażam?).
„Pan Idealny” („Mr. Right”), f43f3f17aa57ac4efa82adeee9517770 maxresdefault maxresdefault_livektóry wchodzi na nasze ekrany 08.09. trwa raptem półtorej godziny. Było nas kilka osób, które mniej więcej po kwadransie zaczęły odczuwać niepokój zbliżony do strachu: nie wyrobimy.

Tak też się stało. W połowie filmu opuściłam (nie sama) projekcję.
I dobrze zrobiłam: poszłyśmy (z przyjaciółką i panią, która wyraziła chęć przyłączenia się do nas) na wystawę Romana Owidzkiego w Galerii le Guern.
Ale nie mam zamiaru w jednym poście wykonać salta od dna na wyżyny (intelektualne, klasy ludzkiej i rangi dokonań).
Zmilczę więc, mruczeniem wyrażając dezaprobatę dla pierwszego i aprobatę dla drugiego z wczorajszych doświadczeń.

 

Z fejsa:

Ola Uszyńska Pani Moniko, ja również byłam załamana Kosmosem – tym bardziej, że moje oczekiwania co do filmu były spore. Dotrwałam do końca, ale nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać…

Jacek Kasprzycki Pani Moniko! To już nie ten sam A.Ż. Co w Trzeciej Części Nocy. Pierwszy raz wyszedłem z filmu mistrza Szamanka. To było coś okropnego… Potem to dzieło “na spokojnie” zobaczyłem w tv. I wrażenie potwierdziło się…
25
Aug

Rysunki, których mogło nie być (o komiksie „Spotkanie w Phoenix Sandovala)

Udostępnij:

rvd_a_phoenix_by_tonysandoval-da7y9yq okladka-600rendez_vous_a_phoenix_by_tonysandoval-da2xel7

Ta historia trochę przypomina amerykańskie mity „od pucybuta do milionera”. No, może jeszcze Antonio Sandoval nie uzbierał tyle na koncie, co Bill Gates, ale i tak spełnił swój American dream. A dokonał tego… nielegalnie. Po latach zdecydował się opowiedzieć o tym w autobiograficznym tomie „Spotkanie w Phoenix”. Warto podkreślić, że polskie wydanie ukazało się równocześnie z francuskim (brawo dla Timofa!).tony-sandoval

Sądzę, że artystę zmotywowała napływająca do Europy fala uchodźców i ich dramatyczne przejścia. On sam też jest imigrantem. W drodze do samorealizacji pokonał nie jedną granicę. Samouk urodzony i dorastający w zakurzonym meksykańskim miasteczku niedaleko granicy z USA, całymi dniami tworzył komiksowe plansze. Szlifował styl, który do tej pory go wyróżnia: to trochę zeuropeizowana manga – wielkogłowe figurki o lalkowatych buźkach i rachitycznych ciałkach. Połączenie słodyczy i koszmaru.Wzbudził mój szacunek fenomenalnie opanowanym warsztatem (tła malowane akwarelą plus rysunek rapidografem, czymś w rodzaju wiecznego pióra z rurką zamiast stalówki, piekielnie trudne w użyciu), a także – wyobraźnią.Sollies_Ville_-_Tony_Sandoval_-_P1200209 Rendez-vous-à-Phoenix-Sandoval-une Tony_Sandoval_20090313_Salon_du_livre_1

Sandolval snuje własne baje, łącząc meksykańskie upodobanie do makabry z powszechnymi zmorami współczesności. Na kartach jego komiksów smoki kooperują z pogrążonymi w depresji nastolatkami, demony pomagają przetrwać hejt rówieśników, zaczarowany hełm sprawia, że można uporać się z największą stratą… Do tego trochę seksu, a jeszcze więcej uczuć, na co dzień tłumionych, bo utrudniających poruszanie się w brutalnym świecie.

Polscy fani komiksu dobrze go znają, nawet osobiście, jako że kilkakrotnie odwiedzał nasz kraj. Nie ma daleko, mieszka w Berlinie, dokąd przeniósł się z Barcelony; od siedmiu lat współpracuje z francuskim wydawnictwem; zdobywa nagrody (m.in. trzykrotnie nominowany do Nagrody Eisnera, laureat festiwalu w Angouleme). Ale zanim rozkręcił artystyczną karierę, miał ostro pod górkę.

O tym właśnie traktuje „Spotkanie w Phoenix”.

Do tego miasta udaje się młody Tony, żeby połączyć się z amerykańską blond ukochaną. Czasy są przedinternetowe, jedyne dostępne formy komunikacji to telefon i listy, które zakochany młodziak pracowicie zdobi własnoręcznymi rysunkami. Jednak za mało, żeby uczucie kwitło… Gdy chłopak kolejny raz nie dostaje amerykańskiej wizy, decyduje się na desperacki krok: nielegalne przekroczenie granicy. Nie sam w ten sposób emigruje, współtowarzyszą mu inni ryzykanci pod „opieką” przewodnika o wyglądzie bandziora. Oczywiście, nie jest to działalność charytatywna. A szanse na powodzenie przedsięwzięcia – pół na pół. Po rozmaitych perypetiach Tony’emu udaje się zrealizować plan. I nie zdradzam tu zakończenia historii, bo przecież wszyscy je znamy dzięki biografii artysty.9782888907688.pt06 skan2-640skan3-640

Co znamienne – tym razem autor nie ucieka w fantazjowanie. Stworzył, czy raczej odtworzył z pamięci reportaż o takich jak on, poszukujących szczęścia poza ojczyzną. Dla większości emigrantów spełnieniem marzeń jest lepszy zarobek. Jak mówi jeden z uciekinierów, dzienna stawka wysokości trzech dolców to bogactwo w porównaniu z 30 pesos, na które może liczyć w kraju. Różnica w kasie ma emocjonalną cenę: rozstanie z rodziną. Żeby złagodzić tęsknotę, pewien mężczyzna rokrocznie wracał do domu i ponownie przeprawiał się przez zieloną granicę – o czym dowiadujemy się z kroniki Sandovala.

Poza dokumentalnym wątkiem, w „Spotkaniu…” zainteresowała mnie stylistyczne zróżnicowanie rysunków. Obok charakterystycznych pajacyków z ogromnymi głowami (tak autor przedstawia siebie samego) pojawiają się niemal realistycznie oddane ludzkie typy, nieobecne w innych komiksach Tony’ego: zbiry o kaprawych gębach, Afroamerykanie o wyglądzie Shreka, uciekinierzy o rysach twarzy pozwalających domyślić się ich pochodzenia. Tom zamyka dedykacja dla… owego „antycznego” rapidografu, który wprawdzie już zastąpiły inne narzędzia pracy, lecz to jemu Sandoval zawdzięcza własny styl. skan1-640 maxresdefault

 

 Spotkanie w Phoenix

Scenariusz i rysunki – Tony Sandoval

Tłum. – Jakub Jankowski, Katarzyna Sajdakowska

Wyd. Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

24
Aug

Sznycel większy niż apetyt (o wystawie Martina Parra w wiedeńskim KunstHaus)

Udostępnij:

 

Stoi w pełnej krasie na tle własnych zdjęć i zachęca publiczność, tłumnie zwiedzającą jego retrospektywę w Kunst Haus, do… pstryknięcia z nim selfie.

Tak naprawdę, żywą postać imituje płaska plansza – wycięty po konturach fotograficzny portret artysty – ale złudzenie jest. Już ten gest oddaje specyficzne (chciałoby się rzec, angielskie) poczucie humoru Martina Parra, rzecz jasna Brytyjczyka, intelektualnego pobratymca Latającego Cyrku Monty’ego Pythona.Martin-ParrMartin-Parr-Collection-England-Minehead-Autoportrait-Butlins-1998

Kto jeszcze nie zna tego nazwiska, niech czym prędzej nadrobi zaległości: rocznik 1952, wielka sława fotoreportażu, od 22 lat w Agencji Magnum (obecnie przewodniczący), wydawca, kurator wystaw, bohater prawie setki albumów i publikacji, kolekcjoner najbardziej kiczowatych pocztówek świata.p03hjg6p

 

Parówka w pazurach

O jego gwiazdorskiej pozycji świadczy także zaproszenie ze strony wiedeńskiego Muzeum Hundertwassera (Kunst Haus), obchodzącego ćwierćwiecze istnienia, do uświetnienia jubileuszu wielką wystawą. Ponad trzydziestoletni dorobek mistrza dopełnia zestaw premierowy, zamówiony przez Wiedeń: cykl „Cakes & Balls”. Parr przez dwa ostatnie lata odwiedzał naddunajską stolicę, wypatrując momentów najbardziej charakterystycznych dla miasta, gdzie tradycje z czasów Franciszka Józefa są wciąż celebrowane. Więc – życie kawiarniane i balowanie, w sensie ścisłym. Angielski fotograf odwiedził siedem balów z niezliczonych tego typu wydarzeń wydawanych w Wiedniu oraz zaglądał do rozlicznych kafejek, gdzie zatwardziali lokalsi mieszają się z turystyczną masą wszelkiej maści.

Każdy, kto kiedykolwiek zawadził o Wiedeń, wie, co jest kulinarnym symbolem siedziby Habsburgów: sznycel. AUSTRIA. Vienna. 2016.Parr uznał, że monstrualnych rozmiarów kotlet, zwisający poza brzegi talerza, ma wystarczającą wizualną siłę, żeby stać się „bohaterem” kadru. I metaforą łapczywości. Podobnie jak gigantyczne ciacha serwowane podczas zabaw czy gargantuiczne parówki (parr–ówki), AUSTRIA. Vienna. Ball der Wiener Kaffeesieder. 2016.pochłaniane przez anonimową uczestniczkę jakiegoś balu. Wędlina trzymana w drapieżnych palcach kobiety (u nas mówi się „en pazur”), na wysokości wyeksponowanego biustu, niesie seksualne skojarzenia… A błyszcząca, balowa sukienka tworzy groteskowy kontrast z mało elegancką formą konsumpcji.

To cały Parr: kpina, lecz bez sprawiania przykrości fotografowanym; ironia, ale równoważona czułością. Jak mało kto, potrafi wydobyć symboliczną warstwę z pozornie banalnych sytuacji. Jak mówi, poszukuje „niezwykłości w zwykłości”. W tym celu troszkę oszukuje: „podkręca” kolory fleszem, którego używa nawet przy słońcu. Efekty są zdumiewająco malarskie, zmysłowe, nasycone emocjami.

 

Relaks w tłumie

Jego wizja to wyraz krytycznej postawy wobec świata konsumpcji i pozornych wartości.

Jest bezlitosny, zarazem dowcipny i fenomenalnie wyczulony na formę. Do tego z socjologicznym zacięciem. Nic dziwnego, że jego fotografie są określane jako „straszliwie piękne obrazki”. On sam woli sformułowanie „dokumentacja subiektywna”.

Fotografie tak barwne jak to tylko możliwe, wręcz bijące po oczach jarmarczną jaskrawością, stały się jego znakiem rozpoznawczym już w latach 80., kiedy mało który fotoreporter posługiwał się kolorem. Ale Parr, lekko skręcając w stronę kiczu, tym celniej oddał mentalność niższych warstw społecznych, a także nowobogackich snobów.

W Wiedniu przypomniano cykl, którym artysta wywołał swego czasu burzę reakcji. „Ostatni kurort” („Last Resort”) z lat 1982-85 powstał na wybrzeżu morskim w pobliżu New Brighton, gdzie powstały „wakacyjne wioski”, do których tłumnie zjeżdżała angielska klasa pracująca. 349960 345392 die-gnadenlosen-alltagsbilder-des-fotokuenstlers-martin-parr-41-64604767191_feature_anderson

Parr uzmysłowił odbiorcom, że to zaprzeczenie wypoczynku, intymności, kontaktu z naturą. Kolejki po hot dogi, jadalnie na tysiąc miejsc, „plaża” wylana betonem, a nade wszystko – ludzkie masy, stłoczone jak sardynki w puszce. Do tego brud, śmieci i ogólne wizualne paskudztwo.

Początkowo, te zdjęcia okrzyknięto przekroczeniem społecznych norm, zaś autorowi zarzucono cynizm i nabijanie się z niezamożnych ludzi. Tymczasem Parr swe bezkompromisowe podejście łączy ze współczuciem dla tych, którym zafundowano tak podłe warunki „odpoczynku”. Mówi: „Kiedy publiczność oglądając moje zdjęcia śmieje się i płacze, to akurat jest to, co chcę osiągnąć. We mnie te sceny wywołują takie same, skrajne reakcje”.

MP6-large_trans++zhC_wx102xa17MHAde_wYcQnt3Do9q32eBGQ3uCh9EU tumblr_inline_o968tbbUJ91s1f1b3_500

 

Zoom na pychę

Realizując serię „Small World” (1989–2012) Parr objechał świat, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc „zdobytych” dla przemysłu turystycznego. Wycieczki przewalające się wśród zabytków, najbardziej zainteresowane utrwalaniem się na ich tle, to sytuacje jak z filmu „Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”.Martin-Parr

Parr nie koncentruje się na mankamentach i śmiesznostkach klasy średniej. Tematem zdjęć objętych tytułem „Luxory” są nowobogaccy, a dokładnie – ich brak osobistej kultury. BELGIUM. Knokke. 2001.SWITZERLAND. St Moritz. Snow Polo World Cup. From 'Luxury'. 2011.d0343458eca8a277f49103a0fa894fbd martin-parr-05caption_017Martin_Parr_Nice_2015_INT_2

Bo tak fotograf postrzega nachalne obnoszenie się z insygniami zamożności. Paniusie w futrach, staruszki obwieszone biżuterią, gangsterzy udający dżentelmenów, małe dziewczynki umalowane jak kokoty… To wszystko nie budzi aprobaty Parra, lecz trudno mu zarzucić manipulację. Po prostu on jest wyczulony na fałsz, pychę, prostactwo. I niczego nie tuszuje.08d6bef5c4c5719c8872af5606595f8611658-web

Wiedeńską wystawę zamykają dwie ściany wytapetowane setkami zdjęć eksponowanymi na styk, tworzącymi kolaż nazwany „Common Sense” (1994–99). Chodzi o globalny konsumpcjonizm, o nadprodukcję „dóbr”, w istocie będących bezwartościową tandetą. A jak się, drogi widzu, już nasłodzisz widokiem tych wszystkich maskotek, idiotycznych stroików i innych gadżetów, dodaj coś od siebie: selfika z Martinem Parrem. Który bezczelnie cię podpuszcza.

 

 

Martin Parr „A Photographic Journey” – Kunst Haus Wien (Muzeum Hundertwassera), Wiedeń, wystawa czynna do 2 listopada

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

21
Aug

…I koń stworzył Kossaka (recenzja z wystawy w sopockiej Państwowej galerii Sztuki)

Udostępnij:

 

Chyba lepszego prezentu w sezonie letnim Sopot nie mógł dostać – paradę koni arabskich. Nie tych z Janowa – namalowanych przez trzy generacje  Kossaków.

Prezentacja z muzealnym rozmachem – 208 prac wypożyczonych z kilkunastu instytucji i prywatnych kolekcji. Niepowtarzalna okazja porównania skali talentów i wzajemnych wpływów słynnej „dynastii” malarskiej. Kuratorską opiekę powierzono Stefanii Krzysztofowicz-Kozakowskiej, historyczce sztuki, której tematyka wystawy i epoka są szczególnie bliskie.

Zresztą, nie ona jedna ma słabość do dokonań Kossaków. Obok Matejki, to z pewnością najlepiej znane w Polsce nazwisko. Tym większy wstyd, że krakowskie gniazdo rodu – dworek zwany Kossakówką, powoli zamienia się w ruinę…

 

Koń, jaki jest, nie każdy widzi

Największą przestrzeń zajmuje nestor rodu Juliusz (1824 –1899). Parterowe sale wypełnia niemal w całości jego sztuka, z niewielkim aneksem. Otóż jeden z pokoi Juliusz dzieli z wnuczkami, Magdaleną Starzewską-Niewidowską, z12927936IH,Magdalena-Samozwaniec-w-Warszawie--Zdjecie-niedato PL_Wojciech_Kossak_Magdalena_Samozwaniecznaną pod pseudonimem Samozwaniec oraz Marią Pawlikowską-Jasnorzewskąpawlikowska2 pawlikowska_jasnorzewska_maria_6121012_1. W gablotach z literackim dorobkiem genialnej poetki i ciętej jak giez Madzi znajdują się także historyczne powieści pióra ich kuzynki Zofii Kossak.

Tuż obok – ciekawostka: jedyny zachowany cykl akwarel autorstwa Leona, młodszego brata Juliusza, powstańca i Sybiraka („Bitwa po Somosierrą i Austerlitz”).

Jednak główną atrakcją są araby.

reprodukcja_bew1076FB0Polowanie_z_sokolem 37-kossak_jul_1 Juliusz_Kossak_Odsiecz_SmolenskaMohort 60053093_1_1000x700_malarstwo-juliusz-kossak-album-wyd-1990-ksiazka-aut-maciej-maslowski-poznan

 

 

Nikt nie odmówi tym zwierzętom urody – i właśnie z racji gracji rozpanoszyły się w sztuce polskiej od romantyzmu. Obok Piotra Michałowskiego, najbardziej zasłużony w „końskim temacie” był Juliusz Kossakmaxresdefault-1, znawca i fan wierzchowców krwi arabskiej. Portretował je głównie na zamówienie właścicieli stadnin. Są wizerunki całopostaciowe (np. wspaniała teka z tuzinem najpiękniejszych okazów należących do Erazma Wolańskiego); są też konterfekty „twarzowe” czyli samego pyska. Niektóre podobizny dopełnia wykaligrafowany poniżej opis i rodowód zwierzęcia.

Za najpiękniejsze dzieło, zarazem dowód mistrzostwa autora uważam „Stadninę przy wodopoju” (1857). Różne końskie maści, rozmaite ustawienie głów, uszów, ogonów… Cała paleta końskich zachowań.

Juliusz doskonale opanował akwarelę, technikę trudną, bo nie pozwalającą na korekty. Z olejem też dobrze sobie radził, czego dowodem „Portret syna generała Hauke”. Poważny kilkulatek dosiada wierzchowca, którego jabłkowita maść kontrastuje z jego ciemnym ubraniem.

Z lasu do ogrodu

To może spotkać się z nieprzychylnym przyjęciem obrońców praw zwierząt – mianowicie, teka „Rok myśliwca Wincentego Pola”. Każda z dwunastu kart ukazuje krwawą scenę, gdzie czworonożna lub fruwająca ofiara jest bez szans wobec wyposażonego w broń człowieka. Cóż, męska rozrywka, polska tradycja.

Lepiej zmienić temat i teren – przejść z lasu do parku jakiejś zasobnej arystokratycznej rodziny. Tam można spotkać elegancko wystrojoną „Amazonkę”(1868) na białym rumaku, ku której pomykają dwaj dżentelmeni, nie mniej wytwornie odziani.

Wielbiciele koni przysięgają, że to bardzo uczuciowe zwierzęta. O przywiązaniu wierzchowca do jeźdźca opowiada wzruszający obraz „Wierny towarzysz” (1871): żołnierz padł na polu bitwy, a koń go nie odstępuje. Zda się – opłakuje kamrata.

Bywalec salonów

Gigantyczny dorobek i niemały zarobek Juliusza, tudzież coraz mocniejsza pozycja artysty w wyższych sferach utorowały Wojciechowi (1856 –1942) drogę na salony. Okazał się błyskotliwym portrecistą dam i mężów z wielkiego świata. Świetna jest podobizna Teresy Sapieżyny (1911), uchwyconej w naturalnej pozie, bez idealizowania rysów modelki.

Za to nie można nie uśmiechnąć się na widok „Portretu córek w bryczce”. Panienki mają tak nabzdyczone minki, że od razu widać, jaką to łaskę wyświadczały tatusiowi, odrywając się od zabaw.p6551151145670

Oj, ten Wojciech! Uwodziciel, jakich mało – zarazem hojny mąż i ojciec, zapracowujący się, by zadowolić wszystkie kobiety, jakie przyszło mu utrzymywać lub obdarowywać. Aż czterokrotnie udawał się za ocean, by uzupełnić ubytki w kasie. Ślad tego widzimy na wystawie: pomiędzy ułanami w czakach bądź rogatywkach zaplątał się jeździec z innej bajki: w skórzanych portkach, wywijający lassem kowboj. Tak pan Wojciech dorabiał. Trzeba mu jednak przyznać – trzaskał pędzlem ze swadą, swobodnie, w błyskawicznym tempie oddając ruch i dynamikę scen.

Wojciech-Kossak Autoportret static1.squarespacePL_Wojciech_Kossak_Autoportret_z_paleta

Dobrym przykładem malarskich umiejętności Wojciecha jest „Mała Panorama Racławicka” z 1893 roku: trzy szerokie kadry umieszczone jeden przy drugim, na styk (nomen omen, jeden kadr wykonał Jan Styka). Panorama-Racławicka2Obydwaj przygotowali się starannie do monumentu, który do tej pory można oglądać przy wrocławskim muzeum. Dostali nawet pozwolenie (byli z Galicji, potrzebowali paszportów) na jednodniowy pobyt w Racławicach, żeby naszkicować lokalny pejzaż.Panorama-Raclawicka

Przyznaję, spisali się zacnie.

Na koniec – o dwóch najmłodszych przedstawicielach rodu. Karol (urodzony w 1896, dziesięć lat młodszy od kuzyna Jerzego), jest odkryciem pokazu. Zakochany w pejzażu Karpat Wschodnich, w huculskich obyczajach, wybudował dom w Tatarowie, lecz pomieszkał tam ledwo osiem lat: w 1943 roku domostwo strawił pożar, a dla Karola i rodziny zaczął się okres tułaczki.

Wreszcie – Jerzy. Trochę mi go żal… Nie nadążając z realizacją zamówień, ojciec zrobił z niego pracownika swej „fabryczki”. Czy Jerzy cierpiał jako kopista Wojciecha? Śladów buntu jakoś nie widać.

 

 

Kossakowie – Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, wystawa czynna do 2 października 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

20
Aug

Kreatywność pod gołym niebem (o plenerach malarskich i innych formach kontaktu z naturą)

Udostępnij:

Wyjść z domu. Iść przed siebie, daleko. Zapocić się, zedrzeć buty. Doświadczać przyrody i kontaktów z prostym ludem. Czy to już sztuka, czy jej namiastka?

Z roku na rok przybywa latem plenerowych iwentów. Dominują festiwale muzyczne – bo pod „otwartym” niebem muza szybuje wysoko, a jej fanom zdaje się, że kontaktują nie tylko ze sobą, ale też z wszechświatem. Tak, przyroda daje ludzkiej kreatywności impuls, kop, echo. Bywa nawet dla sztuki konkurencją. Niektórzy uważają, że zachód słońca nad morzem jest spektaklem dorównującym napięciem dramatom Eurypidesa. Co zaś do zalet wizualnych, to żadne dzieło rąk ludzkich nie może się mierzyć z pięknem tej sceny.

Naturę wyniesiono na piedestał w epoce romantyzmu, kiedy przestano ufać „mędrca szkiełku i oku”. Twórcy poczuli potrzebę wzniosłości, metafizyki i mistycyzmu – co odnaleźli w krajobrazach dzikich, nieokiełznanych, trudno dostępnych. To oni zapoczątkowali erę pieszych wędrówek, najczęściej odbywanych w samotności, by w skupieniu oddać się kontemplacji dzieła Stwórcy. William Turner przemierzył pieszo Anglię wzdłuż i wszerz (podobno potrafił dziennie pokonać do 40 km), odnajdując estetyczne walory w deszczu, mgle i mżawce. Goethe padał na kolana przez majestatem Alp, Johann_Heinrich_Wilhelm_Tischbein_-_Goethe_in_der_roemischen_Campagna

Caspar Friedrich składał hołd żywiołowi morskiemu.

024-caspar-david-friedrich-theredlist Caspar_David_Friedrich_-_Der_Mönch_am_Meer_-_Google_Art_Project001-caspar-david-friedrich-theredlist                     Caspar_David_Friedrich_-_Wanderer_above_the_sea_of_fog

Zarówno ci wielcy, jak i mniej utalentowani, starali się przelać wrażenia na papier, słowem bądź obrazem.

 

Z czasem peregrynowanie w pojedynkę przeobraziło się w eskapady grupowe. Tak powstała moda na spędzanie wakacji w plenerze (spolszczona wersja francuskiego terminu „plein airs”, co oznacza otwarte powietrze, wolna przestrzeń). Bazą dla wycieczek krajoznawczo-artystycznych były zazwyczaj zabite deskami wiochy; miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tam artyści organizowali „kolonie”.

Pionierzy malowania i życia w naturze pojawili się we Francji w latach 30. XIX wieku. Barbizończycy (nazwa wywodzi się od miejscowości Barbizon w pobliżu Fontainebleau) CorotSaintQuentinuznali miasta za siedliska zła, skażone degeneracja moralną i kapitalistycznym wyzyskiem. Znaleźli azyl niezbyt daleko od Paryża, ale daleko od cywilizacji. Żyjąc w spartańskich warunkach, nie rozpraszani miejskimi pokusami, oddawali się w całości twórczości

Corot_Mont_Soracte182627 Guigou_Paul_Camille_An_Autumn_Morning

W ślad za barbizończykami ruszyli impresjoniści. Ci, jak wiadomo, chcieli utrwalić ulotne wrażenia – blaski i cienie, gęstość powietrza, zmienność pogody, pór dnia. Plener stał się ich żywiołem. Niektórzy amatorzy natury i naturalności opuszczali metropolie na długie miesiące, nawet lata. To przypadek Vincenta van Gogha, który doznał olśnienia w gorączce południowej Francji, Van_Gogh_-_Blick_auf_Arles_mit_Iris_im_Vordergrund Van_Gogh_-_Weizenfeld_bei_Sonnenuntergangczy Władysława Ślewińskiego, którego malarsko rozgrzała zimna Bretania oraz charyzmatyczna osobowość Paula Gauguina – ten zaś wkrótce zrezygnował ze skalistego bretońskiego wybrzeża na rzecz egzotycznego Tahiti. Znaleźli się też tacy, którzy chcieli efemeryczne zjawiska osadzić na geometrii: kuli, stożku, walcu. Przy tym upierał się Paul Cézanne, bez względu na stan zdrowia czy warunki atmosferyczne maniakalnie malujący górę świętej Wiktorii w okolicy Aix.

 

A kiedy plenery pojawiły się w Polsce?

Do połowy XIX wieku studenci naszych nielicznych szkół artystycznych kopiowali krajobrazy z wzorników. Na ostatnim roku dostępowali łaski odmalowywania widoków według… pejzaży holenderskich. Dopiero niejaki Jan Piwarski, profesor warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, wprowadził do programu zajęcia zwane plenerowymi seminariami. Wałęsanie się po kraju weszło w krew jego wychowankom: Wojciechowi Gersonowigerson-cmentarz-w-gorach_0ilMVAG

              , Franciszkowi Kostrzewskiemu5c65a58eff4df79f71e113ff4f0d83e9,

                      Józefowi Szermentowskiemus2-droga-do-wsi. Im zawdzięczamy narodziny polskiego malarstwa plenerowego. Oraz popularność letnich wyjazdowych „dokształtów”, do tej pory obowiązkowe na studiach plastycznych.

Trzy lata pewna młoda artystka ruszyła w pojedynkę przez Polskę, od Gdańska po południową granicę, pieszo. Plonem jej łazęgi okazały się selfies i filmiki kręcone komórką. Przy okazji piechurka skonstatowała: „społeczeństwo jest niemiłe”. Rodacy nie zauważyli, że na ich oczach tworzone jest dzieło sztuki. Za to kuratorzy okrzyknęli, że „star is born”.

Bo obecnie niewiele potrzeba, żeby doszlusować do artystycznego panteonu. Wystarczą mocne nogi.

 

 

 

 

 

16
Aug

Sportowa marchewka (czyli krzywda Tomasza Zimocha)

Udostępnij:

Każdy słyszy o restrykcjach nowej władzy wobec dawnej załogi mediów. Mam swoje zdanie, swoje obawy i własne doświadczenie.
Ale tu coś szczególnego.

Otóż.

Co dzień słucham w radiowej Trójce reklam Lidla, które zręcznie łączy ze sportem, ale nade wszystko ze swym nazwiskiem p.Tomasz Zimoch. Zadziwiło mnie, że PR zezwala na taką autoreklamę – bo chyba więcej zyskuje (w każdym aspekcie) red. Zimoch niż marchewka, pory i inne warzywa, które reklamuje.
Trochę to… poniżej godności gwiazdora dziennikarstwa sportowego.

Jednocześnie, ten sam słynny redaktor sportowy ma program w radio Zet (od poniedziałku do piątku).

I czegoś nie rozumiem.

Czytam w „Dzienniku Gazecie Prawnej” wywiad z Barbarą Stanisławczyk, obecną prezes Polskiego Radia.
Tamże – co następuje: „Pan Zimoch przeżył tu (tj. w Polskim Radio – przyp. MM) stan wojenny. Przeszedł weryfikację i został w Polskim radiu, podczas gdy inni siedzieli w więzieniach, byli szykanowani, walczyli o inną Polskę. (…) Nie zwolniłam go, ale skierowałam sprawę do komisji etyki radia, która wyraziła swoją opinię. Była negatywna, mimo to pan Zimoch pozostawał pracownikiem PR. On sam wypowiedział umowę, próbując zrzucić winę na pracodawcę (…). P. Zimoch porzucił stanowisko w gorącym okresie, tuż przed Euro 2016 i igrzyskami. Na dodatek naruszył wizerunek Polskiego Radia. Skierowaliśmy więc sprawę do sądu”.

To jak – sam wymówił, naruszył wizerunek, poszedł do prywatnej stacji – ale PR wciąż daje mu zarobić (kompromitująco autolanserskimi) reklamami Lidla?

Ktoś tu zwariował. A ktoś inny liczy kasę.

12
Aug

Wiersze wydrapane paznokciem (recenzja komiksu „Słowackiego”)

Udostępnij:

Na okładce wieszcz ma wytrzeszcz – jakby grozą napełniało go to, co ogląda z niebios na ulicy swego imienia. okladka-600

Przy Słowackiego (nr 41 m 4) w centrum Katowic mieszka młode małżeństwo, Judyta Sosna i Igor Jarek. z19810938Q,Igor-i-Judyta--a-za-nimi-jeden-z-ich-poetyckich-ko

Wspólnie tworzą blog Hopsiup; razem zadebiutowali komiksem „Słowackiego”: Jarek teksty, Sosna rysunki.

Ona – freelanserka z wyższym wykształceniem plastycznym (po ASP Katowice). On (rocznik 1989) ćwiczy szkołę życia z wynikiem raczej niedostatecznym. Były górnik, były sprzedawca kwiatów na bazarze, aktualnie bezrobotny.

Poeta amator, zdecydowanie utalentowany, z doskonałym uchem na dialogi i myśli (własne oraz cudze), które w „Słowackiego” przerobił na komiksowe teksty i dymki. Sosna cała wsłuchana w jego klimaty, drapie twarde i harde rysunki jakby je rzezała w węglu kamiennym. To nie tyle ilustracje, co wizualne zapisy treści, bo pisane kostropatymi literami słowa wysuwają się na plan pierwszy. Najpierw czytamy, potem patrzymy na szczątkowe, posiekane, „nienarracyjne” kadry. Całość czarno-biała, choć w wymowie bardziej czarna.

skan5-600 skan2-600 skan3-600

Tomik cienki, jak przystało na debiut poetycki, składa się z kilkunastu mini-opowiastek z puentami lub bez. Takie wiersze prozą. Temat: autobiografia w strzępkach. Z wątkami wniesionymi przez kumpli, gęsto przewijającymi się przez podany powyżej adres. Centrum miasta, to wpadają, popijają, gadają. Jarek trochę słucha, trochę obserwuje, jak „krople piwa na stole same wchłaniają swoje kształty”. Czasem do głosu dorywa się szczur Tetro, domagając się wypuszczenia z klatki. Dialog z Tetro – jak większość rozmów – snuje się wokół spraw ostatecznych: „Wiesz, chciałbym umrzeć… mieć was wszystkich z głowy”, oznajmia gryzoń.

Umierania w tych historiach dużo. Zastanawiająco dużo, gdy pomyśleć, że autor liczy sobie ledwo 27 lat. Tyle, co III RP, która jednym dała, a innym zabrała. W towarzystwie, w jakim obraca się Jarek, przeważają ci drudzy. Nie, żeby margines. Ludzie żyjący z dnia na dzień, zrozpaczeni, przez to agresywni. Chudzi, grubi, starzy, młodzi. Los im dowalił bez ich winy, zwyczajnie nie dał szans, z racji miejsca zamieszkania chociażby.

Jarek i Sosna i tak mają lepiej – mają siebie. Mogą wspólnie pojechać poza miasto na majówkę. Podróż „napakowanym do granic możliwości busikiem” pozwala na obserwacje prawie humorystyczne: starsza kobieta wrzeszczy do telefonu relację z Zoo, gdzie trzymała krokodyla za ogon, co uwieczniła na foci. Igor Jarek też chciałby odwiedzić Zoo, chwycić gada za ogon, zaimponować Sośnie – o ile ta przeżyje jazdę autobusem, atakowana brzuchem jakiegoś grubasa, wyduszającego z niej każdy oddech.

Jeśli w tym miejscu czytelnik uśmiechnie się, to nie na długo. Zaraz będzie dołująco – story o dwóch konsumentach kebabu, którym pan pisarz przyglądał się niemądrze długo, za co spotkała go zasłużona kara z do dziś widoczną konsekwencją w postaci blizny nad brwią.

Zapomnieć o optymizmie? Gdzieś tam pojawia się nikły promyk. Oto bezrobotny, zgłodniały chłopak dostaje od kogoś jałmużnę, kupuje buły i… jest gotów podzielić się nimi z poetą, też nietęgo wyglądającym.

W ogóle Jarka z każdym dniem coraz go mniej, jak zauważa jeden z tych, co wpadają bez zapowiedzi na Słowackiego. „Więc jeśli chcecie mnie odwiedzić, to szybko, tylko musicie liczyć się z tym, że może mnie już nie być na tyle, żebym zdołał otworzyć wam drzwi”.

Dawno nie czytałam/oglądałam równie mrocznego komiksu. To nie skarga ani oskarżenie, to… strach. Przed życiem, które przerasta.

 

„Słowackiego”

Rysunki – Judyta Sosna, scenariusz – Igor Jarek

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2016

 

Tekst opublikowany w „Rzeczpospolitej”.

11
Aug

Bajki z rozpaczy (o książce z fantastycznymi opowiadaniami Erny Rosenstein)

Udostępnij:

 Tej książce dała szansę Europejska Stolica Kultury. Firmowane w tym roku przez Wrocław„Bajki” Erny Rosenstein big_erna_rosenstein_bajki_600x800_Gquv2

dotarły do szerszego kręgu odbiorców – choć pierwsza edycja miała miejsce dwa lata temu, na 10. rocznicę śmierci artystki – a zmarła w zacnym wieku 91 lat.

Uznano ją za czołową polską surrealistkę. Chciała zaczarować rzeczywistość, bo nie mogła w nią uwierzyć.z4826164Q,Erna-Rosenstein-w-1996-r-

Wydawać by się mogło, że Rosenstein, od młodzieńczych lat komunizująca, w PRL-u miała wielką szansę… Nie skorzystała z niej. Przez okres socrealizmu nie wystawiała, bo mierziła ją obowiązująca stylistyka. Potem też była osobna, dla jednych – fascynująca, wedle innych – dziwaczna. A po ustrojowej transformacji znów oberwała za lewicowe przekonania. Na szczęście, doceniono jej twórczość, nawet uhonorowano Nagrodą im. Cybisa (1996).

Wydano także kilka tomików jej wierszy, choć w minimalnym nakładzie. Pisała całe życie, imając się rozmaitych form. Pamiętam, jak mi kiedyś odczytała sztukę teatralną – skrzyżowanie kabaretu politycznego z teatrem lalek (wypada przypomnieć, że współpracowała z Cricotem i przyjaźniła się z Tadeuszem Kantorem).

Pamiętam też jej mieszkanie – meble i sprzęty „obrośnięte” rysunkami i rozmaitymi doklejonymi elementami, tuszującymi funkcjonalność tych obiektów. erna-rosenstein-2014-03-11-020 0f6bf46aPodobnie jej biżuteria – nosiła broszki czy wisiorki własnoręcznie sklecone ze znalezionych kamyczków, zakrętek, resztek. W takich ozdobach pojawiała się na większości warszawskich wernisaży, zawsze pogodna i otwarta na wszelkie twórcze eksperymenty.

Dziwi, że do zilustrowania „Bajek” nie wykorzystano jej znakomitych rysunków.

Erna-Rosenstein-Stan-Sie-851x102454_rosensztein 7_2fd2c5259

.erna-rosenstein-pozar-w-hadesie-2013-04-17

Bajki? Właściwie nie wiadomo, do jakiego gatunku te literackie miniatury przynależą.

Niektóre, jak np. „Poławiacza cieni” znakomicie sprawdziłyby się jako scenariusze filmowe (zresztą, figura Chaplina odgrywa tu ważną rolę): „Na ekranie olbrzymie oko zasnuwa się bielmem. Wszystko znika. Po chwili znowu konkretyzują się kształty”)”. Inne, jak „Gruzy” wydają się autokomentarzem Rosenstein do obrazów.

 Erna_Rosenstein,_Gdzieś_daleko_altana erna_rosenstein_kolebka_OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tom otwiera „Nieudana podróż”, humorystyczna rymowanka (jedyna!) przeznaczona dla małolatów. Dla nich jest również „Chłopczyk”, liryczna historyjka o dobrym dziecku , które musiało pracować, żeby utrzymać tatusia. Ale już „Babcia”, pomimo dydaktycznego smrodku, ma metaforykę wybiegającą poza wyobraźnię przeciętnego malucha.

Większość opowiastek adresowana jest do dojrzałego czytelnika. Do takiego, który zna biografię Rosenstein (przypomnianą na końcu książki). Bowiem kluczem do zrozumienia tych utworów są własne przeżycia artystki. Dramatyczne, traumatyczne. Nie chodzi tylko o wojnę, pobyt w lwowskim getcie, prześladowania za pochodzenie, ukrywanie się pod różnymi nazwiskami i tułaczkę. Największym wstrząsem było dla niej zamordowanie rodziców podczas ucieczki do Warszawy, czego była świadkiem. Nie przez Niemców, lecz polskiego szmalcownika.erna4d

Ten motyw wracał w jej malarstwie w sposób mniej lub bardziej czytelny.

W wierszach, w bajkach krzyk Erny brzmi inaczej. Mocniej, dobitniej. Jest oskarżeniem: „To nie ręce, to kłębowiska gąsiennic. Mnożą się… Szarańcza… Biały archanioł z mieczem powstaje, by walczyć. Opadają go. Żrą. Biały archanioł słania się. Pochłaniają go. Po chwili zostaje sczerniały szkielet ze srebrnym mieczem w ręku. Chodzi po ulicach, jest śmiercią”.

Kiedy czytam te słowa, widzę jej obrazy… I wiecznie uśmiechniętą twarz. Z rozpaczy, której nie daje się wyrazić. N/Z ERNA ROSENSTEIN , PLENER W OSIEKACH , KONIEC LAT 60 Sosnowski86a_kopia

 

Erna Rosenstein „Bajki”

Wybór, opracowanie, posłowie – Jarosław Borowiec

Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2016

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

 

10
Aug

Zbrodnia z wyroku losu (o książce „Zbrodnia hrabiego Neville’a”)

Udostępnij:

Urodzona nie tyle w czepku, co w kapeluszu – Amélie Nothomb, aktualnie 50-latka (okrągłe urodziny obchodziła tego lipca), nie pokazuje się nigdy bez jakiegoś dziwacznego nakrycia głowy.

.Amélie_Nothomb_02828_G.Garitan 6376549-amelie-nothomb-se-sous-estime Amelie-Nothomb-1 475675-amelie-nothomb-637x0-3 Amelie-Nothomb_visuel_article2  photo-par-Pablo-ZamoraAmélie_Nothomb_14_mars_2009 amelier_nothomb_coul_240px-1

A pod kopułą nieźle jej buzuje. Córka belgijskiego arystokraty, wieloletniego ambasadora w azjatyckich krajach, nie korzysta z rodzinnej fortuny. Sama zarabia na siebie, i to dobrze.

Wystarczają jej cztery godziny dziennie poświęcone na pisanie. I już. Resztę czasu „konsumuje życie”.

Najpierw pasja, potem profesja, pozwoliły Nothomb wydobyć się z depresji, manifestującej się bulimią i anoreksją, co więcej – skorzystała z tych doświadczeń w literaturze. Jej doskonale przyjęty debiut „Higiena mordercy” (1992) zapoczątkował pisarską kanonadę: od tamtej publikuje co roku nowe dzieło, wyczekiwane przez krytykę i fanów.

Większość tłumaczona na wiele języków, w tym polski.

Także jestem wielbicielką jej stylu; podziwiam lapidarność, przewrotność i celność. Ostatnie cztery lata – co za przykrość! – nie ukazała się u nas żadna nówka belgijskiej gwiazdy, choć autorka nie próżnowała.

Wreszcie jest! „Zbrodnia hrabiego Neville’a” od pierwszej strony wciąga jak odkurzacz i nie można jej odłożyć, nie doczytawszy do końca. Paradoksalnie, już na początku czytelnik dowiaduje się, kim jest, a raczej będzie morderca: to tytułowy bohater, o czym informuje go wróżka.

Co więcej, zbrodnia ma się wydarzyć podczas dorocznego, tradycyjnego garden party, wydawanego przez Neville’ów w ogrodach podupadającego zamczyska. Nie tylko zabytkowa budowla pilnie wymaga napraw, również domowy budżet, od lat doraźnie łatany, obecnie sięgający dna.

W scenerii jak z angielskich powieści gothic rozgrywa się kilkudniowa akcja, w dużej mierze sprowadzona do dialogów czołowych postaci. Obok hrabiego (wzorzec z Sèvres, arystokrata doskonały), na pierwszym planie plasuje się niejaka Sérieuse (pol. „poważna”), najmłodsza z trójki jego latorośli. W przeciwieństwie do pięknych i utalentowanych starszych dziedziców familii (o znaczących imionach Orestes i Elektra), siedemnastoletnia Poważna nie wyróżnia się ani urodą, ani zdolnościami. Owszem, inteligentna, ale pozbawiona cech szczególnych, z biegiem lat zapada na dolegliwość nietypową w jej wieku: obojętność. Nic jej nie bawi, nie wzrusza, nie pociąga. Snuje się po życiu jak widmo i cierpi, nie cierpiąc wcale. Czy taka egzystencja warta jest podtrzymywania?

Tę kwestię musi rozważyć ona sama, a także jej szlachetny papa. Wróżka podpowiedziała jedynie słuszne rozwiazanie, z którego Sérieuse zamierza skorzystać: skok w niebyt, w zgodzie z wyrokiem Losu. Ciekawych, jak rzecz się zakończy, odsyłam do „Zbrodni…”

Proszę jednak nie sądzić, że Nothomb popełniła kryminał. Jej minipowieść (i nie tylko ta, o której tu mowa) ma czarodziejską własność „rozciągania się” w umyśle odbiorcy. Pomijając fenomenalny talent do pisania skondensowanych, pełnych zaskakujących zwrotów dialogów (aż proszą się o teatralną inscenizację), autorka porusza mnóstwo ważkich problemów współczesności.

Indolentna małolata, nie widząca celu w życiu – to bynajmniej nie wyimaginowana postać, lecz symboliczna figura, reprezentantka pokolenia przebywającego w wirtualnym świecie, odklejonego od realiów, egoistycznego, zagubionego i w pewnej mierze – zrozpaczonego brakiem celu. Hrabia, pomimo rozlicznych pozytywów, ma poważną wadę: nic nie wie o swoich dzieciach, nie potrafi do nich dotrzeć, z nimi rozmawiać. Żyje pozorami, udawaniem dawnej świetności, tradycją nie przystającą do obecnych czasów. Wreszcie – drugoplanowi bohaterowie, owe doskonałe, utalentowane dzieci Orestes i Elektra, to w istocie medialnie wypromowane wydmuszki, które wykonując muzykę nie potrafią wydobyć z niej… duszy.

A jeśli mamy ocalić pozamaterialne wartości, to tylko poprzez cud sztuki – uważa Nothomb. Ja też.

 

Amélie Nothomb

Zbrodnia hrabiego Neville’a

Tłum. Małgorzata Kozłowska

Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2016

04
Aug

Dusza butem obnażona (o wystawie Davida Hockney”a w Royal Academy of Arts)

Udostępnij:

– Ile dni mogę ludziom zabrać? – zastanawiał się David Hackney przed przystąpieniem do serii portretów, do których pozowali jego znajomi, przyjaciele i rodzina. – Zdecydowałem, że poproszę ich o trzy całodzienne sesje, z przerwami na lunch. W sumie, 20 godzin.

Nikt nie odmówił.BLOG_ARTS_HOCKNEY_Main

Ba, wszyscy zaproszeni na posiedzenie do studia czuli się wyróżnieni propozycją. Bo to mistrz wybrał modeli. Postawił im jeden warunek: mieli stawić się w jego kalifornijskim studio w określonym terminie. Hockney nie pozwalał sobie na przestój, jego asystent koordynował harmonogram. Gdy jeden gość nawalił, zamiast niego artysta namalował kilka owoców, w anturażu, w jakim portretował ludzi.

W ciągu dwóch lat (od 2013) powstało ponad 90 podobizn. Większość prezentuje obecnie londyńska Royal Academy of Arts. Pokaz został zatytułowany z buchalteryjną oschłością: „82 portrety i 1 martwa natura”. I znowu sukces, znów tłumy.IMG_2686-e1467279557183-1024x1024  hockney_postcard_pack_all_2_web

 

 

Powracające fascynacje

Najsłynniejszy, najbardziej wszechstronny i onieśmielający erudycją brytyjski artysta osiągnął zacny wiek 79 lat, lecz nie spowalnia pracy. Miał krótki przestój, gdy dopadł do lekki udar, z którego wyszedł bez szwanku, nie zmieniając przyzwyczajeń: nadal pali jak smok i nie oszczędza się w żadnym zakresie.

Debiutował w epoce pop-artu, lecz szybko stał się marką samą dla siebie. Jego talent dostrzeżono już za czasów studenckich, a dyplom, któremu towarzyszył skandal, zwrócił na niego uwagę środowiska. Potem było tylko lepiej.

W 1979 artysta wyniósł się do Kalifornii, lecz wkrótce zatęsknił za Anglią i od ponad 30 lat kursuje między hrabstwem Yorkshire, skąd pochodzi, dwoma rezydencjami w Los Angeles i siedzibą w ekskluzywnej londyńskiej dzielnicy Kensington.

W pewnym sensie miejsca zamieszkania (pomieszkiwania?) podpowiadają mu motywy i pomysły. Hockney znany jest z tego, że gdy „chwyta” temat, opracowuje go w dziesiątkach wariantów. Tak było z poprzednim cyklem – pejzażami z jego rodzinnych stron – objętym wspólnym tytułem „Obrazy Większe” (2012). Wystawa tych płócien w londyńskiej Royal Academy of Arts pobiła frekwencyjny rekord galerii: 600 tysięcy widzów (ja też tam byłam).

Po krajobrazach malarz znów przerzucił się na portretowanie. Wierne wobec pierwowzoru. To dlań nie pierwszyzna. Realistyczne odtwarzanie ludzkich rysów, postaci, a nade wszystko osobowości pasjonuje go od końca lat 60. Niektóre typy fascynują go szczególnie, więc wraca do nich co jakiś czas (łącznie z jego własną osobą).

Kilka z tych postaci zaistniało także w serii „82 portrety…”

Choćby – Margaret Hockney. Starsza siostra artysty jest emerytowaną… siostrą, znaczy – pielęgniarką. Małgorzata zasiadła przed mistrzem w białej grzecznej bluzce, z rękoma złożonymi na podołku, bezpretensjonalna, akceptująca, ciepła.Margaret-Hockney-14th-15th-16th-August-2015

Jakże inaczej prezentuje się Celia Birtwell, choć również nosi skromną białą koszulę. key 78 - Celia BirtwellmastJednak jej poza zdradza napięcie, czujne spojrzenie wwierca się w malarza (tym samym – w widza), palce rąk chodzą niespokojnie i w ogóle znana projektantka mody zdaje się niecierpliwić. Trudno jej się dziwić, wielokrotnie już pozowała Hockney’owi. MC740698Po raz pierwszy malarz uwiecznił ją w 1970 roku. Na tamtym słynnym portrecie Celia nosi nazwisko Clark; pozuje w eleganckim apartamencie wespół z ówczesnym mężem Ossie’m Clarkiem oraz kotem Percym.Mr and Mrs Clark and Percy 1970-1 by David Hockney born 1937

Państwo Clark to była topowa para Swinging Sixties. Piękni, robiący zawrotną karierę, wyluzowani. Niestety, 20 lat temu biseksualny Ossie został zamordowany przez kochanka – za to Celia ponownie wyszła za mąż, który nota bene też dostąpił zaszczytu pozowania Davidowi H.

Oprócz designerki, przed obliczem malarza zasiadło wielu znanych postaci ze świata sztuki i biznesu: John Baldesari, konceptualny artysta, wpływowy marszand Larry Gagosian, bankier lord Jacob Rothschild, a także kuratorka całego przedsięwzięcia Edith Devaney.

W przeciwieństwie do osób pozujących w odświętnych kreacjach, Edith nosi się roboczo. Wpatrzona w artystę jak bożyszcze, zdaje się deklarować: „cała jestem dla ciebie”.

Mniej respektu dla gwiazdora wykazał najmłodszy bohater serii, 11-letni Rufus Hale, syn artystki Tacity Dean. hockney-rufus-hale-xlarge_trans++ILFBuYb-N5MIHKH0sBbcxHqJ93JRoQBdcQgh8mtCags  Rufus Hale i… David Hockney. Jest podobieństwo!  18-encounter-hockney-beach.nocrop.w529.h767

Hockney’owi chłopiec przypomniał jego samego w tym wieku. Możliwe – ładny blondynek zasiadł na podium z powagą, zarazem nonszalancją, z ołówkiem w dłoni. Jakby chciał narysować tego gościa przy sztalugach.

 

Wycięci z realiów

– Zależało mi na całopostaciowych wizerunkach, żeby było dobrze widać obuwie – wyznaje Hockney. – Buty obnażają osobowość właściciela, podobnie jak układ stóp. Zresztą, każdy szczegół jest wymowny, podobnie jak mowa ciała. Tylko zatraciliśmy umiejętność czytania tych przekazów. Chciałem, żeby odbiorcy zauważyli, jak wiele informacji dostarcza nasz wygląd.David_Hockney_Royal_Academy_INT_list gayfordcrop-large_trans++2MfxYBFyJ_71J1uDNKnZO-xxajWwnrlt5CkSJHzyTxY-1 hockney-rita-pynoos-xlarge_trans++_sK7DIx3ECHmbBnXSg3Ghdq7woX2xbJbO13DEuuG7hw

Hockney wszystkim narzucił rygor: początek sesji o godz. 9 rano, wybieranie pozy, szkic węglem na przygotowanym płótnie, wypełnianie konturu akrylowymi farbami, godzinna przerwa na lunch, powrót do pracy. Blejtramy identycznych rozmiarów, jedno krzesło na podium, za nim – błękitna kotara, turkusowa wykładzina, żadnych rekwizytów. Kolory jak z telewizyjnego blue, lub greenboxu. Ustawioną na takim tle postać można „wyciąć” z kontekstu i „przenieść” w dowolne miejsce. Artyście chodziło o co innego – żeby wyabstrahować modeli z rzeczywistości. Żeby każdy objawił się jako osobny, niepowtarzalny byt. Udało mu się.

 

David Hockney „82 portrety i 1 martwa natura” – Royal Academy of Arts, Londyn, wystawa czynna do 2 października 2016

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”.dscn8571

PRZYJACIELE I GOŚCIE

PAPIERY WARTOŚCIOWE

ŻYCIE W OBRAZKACH

O MOMART

Powody, dla których musi powstać MOMArt

 

Sztuka jest potrzebą niemal atawistyczną. Człowiek jeszcze nie potrafił wyartykułować swych spostrzeżeń dotyczących świata, emocji, duchowych potrzeb – a już malował. To nie tylko chęć  upiększania najbliższego otoczenia, nie tylko wizualna oprawa różnego rodzaju rytuałów, nie jedynie ekspresja jednostkowych przeżyć.

Szuka – to człowieczy instynkt. Droga do samorozwoju. Dlaczego więc współcześni ludzie odeszli od sztuki?

Bo ani jej nie rozumieją, ani im się nie podoba.

Estetycznie ich zraża; technicznie i warsztatowo wydaje się łatwa, wręcz na amatorskim poziomie; przesłań nie wychwytują. Zawód krytyka sztuki (w tradycyjnym rozumieniu) przestał istnieć, zaś specjaliści wykształceni na historii sztuki, kulturoznawstawie czy medioznawstwie; kuratorzy i sami artyści stworzyli obieg zamknięty. Hermetyczny język, jakim porozumiewają się specjaliści „od sztuki” oraz nieprzystępność wizualna sprawiają, że sztuka stała się dziedziną obojętną większości, a nawet – znienawidzoną. Dziennikarze zatrudnieni w mediach nie potrafią przybliżać współczesnej twórczości szerokim kręgom odbiorców – jedynie powielają informacje, i tak powszechnie dostępne.

W efekcie, wielu ludzi „boi się” kultury – odrzucają ją a priori, bo nie chcą poczuć się „głupsi”. Lub też sądzą, że to artysta z nich kpi.

O autorce: Kobieta pracująca

 

– To jak panią przedstawić?

Często słyszę pytanie poprzedzające wejście na antenę czy wizję. Przez kilkanaście lat nie było problemu: krytyk sztuki „Rzeczpospolitej”. Gdy odeszłam, prosiłam o skreślenie nazwy gazety podczas prezentacji. Ale przecież krytykiem też już nie jestem, mniejsza z tym, dlaczego.

Kiedyś przy introdukcji mojej osoby padało: artystka. Znów – odpowiadało to prawdzie przez kilkanaście lat. Bywało, że nazywano mnie designerką. Trochę na wyrost, lecz powód był.

W notce o MM (jedynej w sieci) znalazłam określenie „grafik”. Fakt, skończyłam Wydział Grafiki, konkretnie – Pracownię Drzeworytu. Ani razu po studiach nie stanęłam przy graficznej prasie.

Za to próbowałam robić filmy animowane – cierpliwości starczyło mi na dwie noncamerowe miniatury. W literackim zakresie zadebiutowałam „Małą encyklopedią ruchu”; potem były książki o modzie i kulinariach. Robiłam maskotki, malowałam gumowe lalki, kleiłam makiety. Dłubałam biżuterię ze skóry, nizałam korale, zdobiłam malunkami drewniane chochle i deski. Tworzyłam kartki pocztowe, okładki do płyt, kalendarze; projektowałam książki, reklamy, katalogi.

W przerwach pomiędzy tym i owym, stylizowałam znane osoby, asystowałam przy zdjęciach,  aranżowałam wystawy, prowadziłam plenery, uczestniczyłam w sympozjach, wygłaszałam referaty.

Pisałam. Do periodyków, dzienników, miesięczników. Do katalogów. Do ludzi znanych i nie. Przeprowadzałam wywiady na tematy hobbystyczne z osobami medialnymi. Recenzowałam  wystawy, książki, filmy, komiksy. Przygotowywałam wariackie przyjęcia. Opisywałam wariackie przyjęcia. Złożyłam książkę o wariackich przyjęciach. Realizowałam programy telewizyjne, nagrywałam, montowałam, wygłaszałam felietony. Byłam radiowcem i tzw. osobowością telewizyjną. Uczyłam. Dzieci, młodzież i dorosłych. Historii sztuki, plastyki, matematyki. Obroniłam doktorat. Jak to zebrać do kupy?

Niedawno usłyszałam: ty jesteś jak Irena Kwiatkowska – kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi. Zbiegiem okoliczności, przed wielu laty Irena Kwiatkowska, aktorka współpracująca z Teatrem Radiowym dla Dzieci (dzieło mojej babci), sprezentowała mi łóżeczko – plecione, wiklinowe. Szybko z niego wyrosłam, niestety. Ale może dostałam od niej coś więcej?

Niefarty

– Ty miałaś jakieś niefarty?, powątpiewał koleś, kiedy podzieliłam się z nim zamiarem spisania tychże. Żeby to jeden! Ja na pechu chowana, wpadkami karmiona, klęskami kołysana. Bez obaw, to tutaj nie będzie listą skarg i zażaleń do losu. Przeciwnie. Jest słońce na mojej ulicy. Znam różne smaki: gorycz i słodycz, kwas i jałowość. Wodę, wódę, papierosy (z narkotykami doświadczeń brak). Głód i sytość. Insomnię i spanie na akord. Biedę, strach o jutro i poczucie komfortu. Dzięki kontrastom wiem, co dobre – bo jak wodzianki nie pojesz, nie ucieszysz się jesiotrem. Czego dowodem – pobyt w Moskwie za pieriestrojki, gdy trzy tygodnie karmiona kawiorem, za największy przysmak uznałam jajko na twardo. Są tacy, którym życie serwuje wyłącznie cenną ikrę. Plus szampan w dowolnej ilości. Szczęśliwcy? Bynajmniej. Upośledzeni. W czepku urodzeni frustraci. Nie wiedzą, co to radość, co satysfakcja. Znam ją. I znam jej wartość. Całe dobro bierze się z niedoli właśnie. Z kontrastu pozytyw/negatyw. Skala nieważna. Wiadomo, kropla wody może przesądzić sprawę. W uczuciach też. Lubię ludzi za drobiazgi, skreślam – również za przewinienia na pozór minimalne, ale jakoś decydujące.

I nigdy nie wiesz, kiedy nastąpi iluminacja. Jak tamtego dnia, kiedy wypindrzona wyszłam od fryzjerki, w poczuciu własnej atrakcyjności. Na środku Marszałkowskiej, w środku dnia, zaliczyłam orła na psiej kupie. Śmierdzącej, żółtej, miękkiej. Dłoń wraz z wodą podała mi nieznana osoba. Kobieta, żeby była jasność. Od ust – a był upał – odjęła sobie mineralną, poświęcając płyn na doprowadzenie do stanu używalności mojej ufajdanej kiecki. I jak nie kochać bliźniego?

REGULAMIN

Jak działa MOMArt

Rzecz o sztuce i kulturze – z subiektywnego punktu widzenia.
Teksty aktualizowane co tydzień – ale nie zawsze najgorętsze.
Komentarze do zjawisk na czasie – plus uwagi i odniesienia do przeszłości.

A propos publikacji – czekam na:
głosy/reakcje/uwagi/sugestie/zdjęcia.
Wszystko w telegraficznym skrócie.

Wykluczam wycieczki osobiste/wulgaryzmy/interesy własne.

KONTAKT

Monika Małkowska
monika@momart.org.pl