THE BLOG

30
Mar

Komunistka ucieka w absurd (o Ernie Rosenstein)

Udostępnij:

Erna-Rosenstein-Stan-Sie-851x1024 erna_1 erna-rosenstein-rowerzysci-2013-04-17 21.kolor_wystawa_18Erna-Rosenstein-Stan-Sie-851x1024erna_1Monika Małkowska

 

Mieszkanie na Górnym Mokotowie. Niby luksusowe jak na PRL-owskie standardy metrażowe. W istocie – ciasne, do tego zagracone. Zagracone? Zarośnięte! Materią na pozór nieożywioną, lecz stwarzającą pozory niezwykle witalnego organizmu. Obrazy kojarzą się z pejzażami po kataklizmie – z gołej gleby kiełkują jakieś rachityczne witki, trawki, patyki. I rozpływają się w ogromie przestrzeni pustych, astralnych. Obok – kompozycje niby-abstrakcyjne, lale dziwnie biologiczne, pączkujące, krągławe. Stłoczone jak tkanki widziane pod lupą, wręcz na naszych oczach rozmnażające się, rosnące. A ona, sprawczyni tego nadnaturalnego rozrostu, wydaje się być jego odnogą, bytem symbiotycznie połączonym ze światem wykreowanym w niewielkim pokoju.

Spotkanie pierwsze

Koniec lat 60. Wchodzimy do jej pracowni, w poczuciu wstępowania na artystyczny Olimp. Tego jeszcze nie widzieliśmy! Wrażenie przejścia na drugą stronę obrazu. Nic tu nie jest normalne. Szafka służy za magazyn rysunków. Szafka? Szafkopodobny kształt oblepiony reprodukcjami, rysunkami, sznurkami jak wodorosty. Obok krzesło kiełkujące naroślami, na którym strach siadać – a nuż wchłonie jak rosiczka owada? Telefon z ptasimi łapkami i wybebeszonym wnętrzem – obrzydliwy, zarazem fascynujący. Natłok obiektów nie z tej ziemi – surrealistycznych, niepoważnych, niepraktycznych. Wszędzie na ścianach obraz i rysunki; pracami zawalony pokryty ceratą stół. Najlepiej w tym bałaganie radzi sobie kot. No i gospodyni – Erna Rosenstein. Wysokim, dziecięcym głosikiem wyraża radość z naszego przyjścia.

Naszego, czyli grona Koła Miłośników Sztuki przy warszawskiej Zachęcie. A my, dumne małolaty, które dostąpiły zaszczytu oglądania sztuki in statu nascendi, nigdy tej wizyty nie zapomnimy.

Spotkanie drugie

Lata 80. Środowisko plastyczne bojkotuje oficjalne wystawy. Za brak subordynacji wobec władz Związek Polskich Artystów Plastyków rozwiązany; na jego gruzach zostaje uformowany posłuszny czerwonemu Związek Polskich Artystów Malarzy i Grafików. Erna jest wśród członków wrażego stowarzyszenia. Rozmawiam z nią, namawiając do zmiany stanowiska. Ale ona nie rozumie zarzutów. „Jestem komunistką od kiedy skończyłam 15 lat”, tłumaczy. Opowiada, że rodzice – inteligenci ze Lwowa żydowskiego pochodzenia – przerażeni lewicowaniem nastolatki, wysłali córkę do wiedeńskiego gimnazjum, żeby ją odciąć od złych kontaktów. Nic to nie dało, nawet przeciwnie. Konspiracyjne powiązania z socjalistyczną partią tylko umocniły w niepokornej córce lewackie przekonania. Na studiach w krakowskiej ASP (druga połowa lat 30.) od razu znalazła porozumienie z pokrewnymi duszami. Jonasz Stern, Sasza Blonder, Henryk Wiciński i inni doznali represji ze strony uczelnianych władz. I byli z tego dumni. Organizowali manifestacje, które często przybierały parateatralne formy (dziś powiedzielibyśmy – happeningi). I tu Erna odgrywa zapamiętane sprzed półwiecza fragmenty spektakli o prospołecznej wymowie. Wysokim głosikiem odczytuje z kartki kwestie własne i cudze. Opisuje, jak wyglądały maski, z którymi występowali. Oni, pierwsza Grupa Krakowska (do której jeszcze oficjalnie Rosenstein nie należała, dopiero przystąpiła po II wojnie).

Co znamienne: Erna nie dostała „Cypiska” (jak nazywano nagrody przyznawane władzom ZPAMiG-u równolegle z podziemnymi nagrodami im. Cybisa, wręczanymi od 1973 roku do dziś za dokonania na niwie malarskiej). Przyznano jej ten honor dopiero po przełomie, w wolnej Polsce, w 1996 roku. Ona sama czułaby się niezręcznie, gdyby stan wojenny pomógł jej w karierze.

Spotkanie trzecie

Rok 1991, Erna pisze do mnie kartkę pocztową z własnoręcznie wykonanym rysunkiem – lewitujące w pustce uśmiechające się usta (15 sztuk), coś jak multiplikacja uśmiechu Kota z Cheshire. Pisze: „Śmiejmy się ze wszystkiego!!!n Wszystko jest bylejakie, tak jak ta pocztówka!” (te zdania są podkreślone).

Rok później nakręcam o niej program dla TVP. Umawiamy się w znanym mi już mokotowskim mieszkaniu. Nic się nie zmieniło, jedynie rozrosły się sztuczne (czytaj: artystyczne) pnącza. Przyjmuje mnie w sandałach (na bose stopy?), w najzwyklejszych, skromnych ciuchach. Zawsze tak chodzi. Często zamiast torebki używa siatki, takiej makramowej, jak po zakupy. Mimo to artystka zwraca powszechną uwagę: zdobi ją niecodzienna biżuteria. Własnoręcznie robiona ze znalezionych na ulicy, wśród śmieci, zdestruowanych przedmiotów. Kamyk, kapsel, klucz, spinacze – oto jej „precjoza”. Dla artystki nic nie ma wartości – i wszystko jest cenne. Czyta mi wiersze (wydala kilka tomików). I pokazuje pamięciowe portrety rodziców. Głowy (twarz) unoszące się w nicości, w błękicie. Rzecz szczególna – na ogół w obrazach Rosenstein brak konkretów, podobizn, odniesień do rzeczywistości. Ale to był przymus wewnętrzny – pokazanie tego, co najbardziej boli. Erna nie skarży się na los, uśmiecha się niemal zawsze, nigdy nie drąży tematu holokaustu. Jednak to w niej jest: wojna we Lwowie, ucieczka z getta, ukrywanie się pod przybranym nazwiskiem. Stąd jej infantylno-nieobecna poza. Żarty z życia. Żarty ze śmierci. Szaleństwo, które stało się metodą. Surrealizm, panaceum na ból.

Spotkanie czwarte

Erna opowiada, jak to było, kiedy ogłoszono socrealizm. Ona – partyjna od czasów KPP. Nie akceptowała tej stylistyki, tej doktryny. Opowiedziała – a ja wierzę, bo była osobą niezdolną do kłamstwa – że w 1949, po ogłoszeniu jedynej słusznej polityki kulturalnej i wdrożeniu (na razie teoretycznym) w dokonania twórcze z różnych dziedzin, w tym – w sztuki plastyczne, jako jedna z niewielu (jedyna?) – przeciwstawiła się Erna. Na walnym zgromadzeniu ZPAP wstała i zabrała głos. – Mnie się wydaje, że wy się tu wszyscy mylicie – zapiszczała swym dyszkantem. – Nie potrafię dostosować się do narzuconej artystycznej koncepcji. Muszę się zastanowić, więc na razie będę robiła ceramikę – zadeklarowała.

I nie wystawiała na OWP (Ogólnopolskie Wystawy Plastyczne). Nie dostawała nagród, zamówień na prace publiczne (jak wielu innych, o których tu nie będę mówić), ba! w ogóle nie miała z czego żyć. Do tego poniosła dodatkowe straty: partia, do której należała, potępiła jej postawę. Dostała naganę z wpisaniem do akt.

Spotkanie piąte

Miała prawie dziewięćdziesiątkę, kiedy odeszła. Artur Sandauer, jej mąż, jej rocznik (1913) zmarł 15 lat wcześniej. Nie zmieniła się do końca. Biegała, a z czasem już tylko przychodziła na wszystkie wernisaże. Jak zawsze w ozdobach własnego pomysłu i wyrobu, z siatką pełną zdobycznych papierów i tomikami poezji. Zanosiła się dziecięcym chichotem, rzucała odjechane uwagi. Coraz mniej obecna w realnym świecie, coraz głębiej zanurzona w rzeczywistości wyobrażonej. Odpłynęła w nią, chyba bez bólu…

Wystawa w Królikarni nie tyle przywołuje jej osobowość, co odkurza dorobek. Nie lubię tej ekspozycji. Jest zimna, estetyczna, uporządkowana. Tu stoliczek z blatem pokrytym kompozycją Erny (pod szkłem); ówdzie szafa z „szuwarami”; w gablocie – telefon z kaczymi (?) łapami. Pod szkłem biżuty, surrealistyczne obiekty, reliefy z pudełek po czekoladkach.

Ani jednego zdjęcia artystki. Ani słowa o jej biografii. Zamiast programów o niej – a powstało kilka, np. Andrzeja Falbera (1992) – filmy nijak się do niej mające. Erna tu nie mieszka.

Erna Rosenstein „Nakładanie” – Królikarnia, Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego, wystaw czynna do 25 maja

z4826164Q,Erna-Rosenstein-w-1996-r-erna-rosenstein-2014-03-11-006erna-rosenstein-2014-03-11-001erna-rosenstein-2014-03-11-001erna-rosenstein-2014-03-11-002erna-rosenstein-2014-03-11-011id_657114_275340_x_1037_y_800_wm_25_817521.kolor_wystawa_18erna-rosenstein-2014-03-11-020TRUCIZNAerna-rosenstein-pozar-w-hadesie-2013-04-17

sandauer_artur_aleksander_jalosinski_forum_1

23
Mar

Być jak artysta

Udostępnij:

Autobiografii ciąg dalszy…

Chciałam robić sztukę. W socjalizmie był to najlepszy sposób na zabawowe, nieobarczone przymusami życie. Poza tym podczas procesu twórczego organizm produkuje adrenalinę, hormon o działaniu podobnym do cracku. Więc ekstaza gwarantowana.

Rodzina nie miała nic przeciwko. Po mojej stronie były geny i tradycja – dziadek scenograf, mama uzdolniona rysunkowo. Mnie od maleńkości parło do kredek, farbek, mazania. Już w przedszkolu objawiłam nieschematyczne myślenie: podarowałam mamie laurkę przedstawiającą grupę dzieciaków na łące. Narysowałam same główki, resztę postaci uznałam za zbędne.

Zapisana na kółko plastyczne w wieku, kiedy nie podejmuje się decyzji samodzielnie, od razu polubiłam zajęcia: babranie w barwnych pigmentach, sypanie kaszą, wydzieranie skrawków, lepienie z gliny. Rozwijanie artystyczne odbywało się w Pałacu Młodzieży. Lokalizacja – Pałac Kultury i Nauki, pierwsze piętro, wejście za legitymacją. Najpierw dowożona przez starszych, za którymś razem posmakowałam samodzielności. Trasę z Mokotowa do Śródmieścia pokonywał trolejbus linii 56, pojazd dawno wycofany z użytku. Wsadzona do wehikułu, zostałam polecona dorosłym pasażerom wraz ze słowami „Proszę ją wysadzić przy PKiN-ie”. „Nie wiedziałem, że dzieci wysadza się przy Pekinie”, zachichotał jakiś pan, raniąc mą godność osobistą. Umiałam powstrzymywać fizjologiczne potrzeby.

W podstawówce stałam się dyżurną siłą do przyozdabiania klasy. Polskie stroje ludowe (wykonałam kopie na podstawie maciupcich ilustracji z Encyklopedii Powszechnej, duża dowolność interpretacyjna); stroje historyczne (to samo źródło, podobne efekty); mundury historyczne (patrz: powyższe). Przeszłam eliminacje wstępne do olimpiady historycznej, wykonując miniatury flag z czasów bitwy pod Grunwaldem. Pasjami rysowałam szlaczki, zachwycając nauczycieli estetyczną stroną zeszytów. W liceum o wysokim poziomie ogólnym (im. Konopnickiej, Mokotów) po raz pierwszy zakosztowałam emocji projektowania ciuchów.

Było tak. Nagłe wezwanie do dyrektorki, a ja akurat wycinam dekoracje na bal szkolny. W nieprzepisowym stroju (teoretycznie obowiązywały granatowe fartuchy), utytłana, z nożyczkami w dłoni. W gabinecie – delegacja z zakładów odzieżowych Kora, specjalizujących się w młodzieżowej konfekcji. Ci z Kory uznali potrzebę skonsultowania swej produkcji z ewentualnymi odbiorcami. Powołali międzyszkolną nastoletnią radę (sic!); zaproponowali samodzielne projektowanie; wysłali na targi do Poznania. Do tej pory trzymam szkice: patykowate laleczki w mini à la Mary Quant i botkach wedle Courrege’a. Awangarda mody made in PRL.

Po maturze wystartowałam na warszawską ASP. Poniosłam klęskę. Słabo mi poszedł rysunek z modela, podstawa egzaminu. Rodzina nie rozpaczała. Babunia, kobieta z artystycznymi koneksjami po kokardę, twardo zauważyła „Są różne sztuki piękne i wiele pięknych zawodów. Możesz zostać kwiaciarką”.

Nieoczekiwanie, pomocną dłoń wyciągnął wujo, bojkotowany przez większość rodziny za przynależność partyjną. Zajmował wysokie dyrektorskie stanowisko. Polecił mnie w pracowni graficznej Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Podobno po roku-dwóch praktyk przyjmowano na akademię bez egzaminów, czy też po egzaminach-fikcji.

Poszłam na wstępną rozmowę, wówczas długowłosa małolata w mini. Nie wywarłam korzystnego wrażenia. W poważnym zakładzie obowiązywał poważny wygląd. Miałam się dostosować i przyuczać w pracowni graficznej. Start – bladym świtem, koniec roboty – wczesnym popołudniem. Żadnych przyjaźni na terenie zakładu pracy, żadnych rozmów z innymi zatrudnionymi w PWPW. Narzucona obcość. Mrówcza praca i cisza. Spietrałam, dałam dyla.

I dobrze, bo dostałam ekstra szansę: hospitowanie w pracowni starszych roczników Akademii Sztuk Pięknych. Nieopierzona gówniara, znalazłam się wśród rozwydrzonych, zadomowionych na Krakowskim Przedmieściu studentów. Skłamałam, żeby mnie traktowali jak swojaczkę. Przeniosłam się z innej uczelni, tłumaczyłam, dlatego nikt mnie wcześniej nie znał. Oszustwo okazało się najlepszym dopingiem. Musiałam wykazać się umiejętnościami. Pracowałam jak szalona, korygując słabości. Po roku intensywnych ćwiczeń opanowałam do perfekcji rysunek żywego modela. Zdałam z najwyższą punktacją. I wtedy sprawa się rypła: pojawiłam się wśród pierwszoroczniaków. Ci starsi poczuli się skonfundowani – niby z pierwszego roku, a rysowałam odważniej niż oni. Najlepszy dowód, że sztuka nie zna reguł.

23
Mar

Król Henryk I i jego Najpiękniejsza (o Henryku Tomaszewskim i Teresie Pągowskiej)

Udostępnij:

O małżeńskim duecie Tomaszewski/Pągowska krążą dziesiątki anegdot i opowieści. Wśród warszawskiej bohemy – para wyjątkowa. Byli pod każdym względem nietypowi.

Nie konkurowali ze sobą, lecz współpracowali. Inspirowali się wzajemnie. Można było im pozazdrościć: urodziwi, utalentowani, wyróżniający się na socjalistycznym tle niegdysiejszą klasą i szerokim, pańskim stylem życia. Do ostatnich dni zakochani w sobie wzajemnie. On przystojny (czy raczej – charakterystyczny), z wysokim czołem i charakterystycznymi, uniesionymi do góry krzaczastymi brwiami. Arbiter luzackiej elegancji: zamszowe buty, dżinsy, golfy. Starszy od Teresy o 12 lat, więc także trochę jej opiekun. O jej urodzie, super zgrabnych nogach oraz zastępach wielbicieli mówi się do dziś. Andrzej Wajda ze studenckich plenerów zachował wspomnienie jej olśniewających kończyn (do czego przyznał się w katalogowym wstępie!). Wyjawił też, że w Teresie wszyscy się kochali…

Punktualny ołówek

 My wszyscy z Henia jesteśmy – tak mawiają artyści zajmujący się grafiką użytkową, którzy zdobywali podstawy warsztatu między latami 50. a 90. ubiegłego stulecia. Pokolenia, dla których Henryk Tomaszewski był guru. Albo królem Henrykiem I. Lub po prostu HeniemZdrobniałe imię, przez większość stosowana w odniesieniu do naszego najsłynniejszego plakacisty, nie świadczyła o spoufaleniu się czy braku szacunku do mistrza. Przeciwnie, ta forma wyrażała poczucie duchowego powinowactwa i podziw dla jego postawy artystycznej oraz etycznej. W pieszczotliwym określeniu „Henio” zawierały się miłość, uwielbienie i respekt. Jego kariera zaczęła się przed wojną, jednak światowy rozgłos stał się udziałem HT, gdy w 1952 roku objął atelier plakatu na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Stworzył pracownię-mit, obleganą przez młodych ludzi z całego świata, pragnących choćby przez kilka miesięcy odbyć staż pod okiem mistrza.

Znany był z niekonwencjonalnych metod nauczania. Niekiedy przypominało to happeningi, innym razem – testy na IQ. Odgrywał różne scenki, opowiadał anegdoty, albo nic nie mówił i odstawiał pantomimę. Niewiarygodnie dowcipny, nie przebierał w słowach. Bywał dosadny, co w niczym nie ujmowało mu klasy. Kłopoty z kręgosłupem sprawiły, że mocno się zgarbił. Mimo to potrafił paść na kolana i w takiej pozycji robić korekty. Zawsze szkicował tradycyjnym ołówkiem. Kiedyś któryś ze studentów przywiózł mu z wojaży zagraniczne cudo, wynalazek zwany rapidografem. Henio zaczął rysować nowym narzędziem, lecz szło mu fatalnie. Starannie zakręcił rapidograf, z niejakim obrzydzeniem odłożył i powrócił do ołówka. Jak zwykle, na klęczkach. Za swój obowiązek wobec podopiecznych uważał punktualność. Na uczelni pojawiał się pierwszy, nie uznawał „kwadransa akademickiego”. Z czasem, żaden student nie ośmielał się spóśnić – było mu głupio wobec profesora. Zadawał studentom abstrakcyjne tematy, np. przedstawienie uczuć. Rzecz niezwykła w czasach, gdy motywem przewodnim były rocznice, obchody, filmy i cyrk. Uczył też sprawiedliwości i odwagi. Do legendy przeszła jego reakcja na lizusowską, propartyjną postawę pedagoga nazwiskiem Damski, który w 1968 roku wypowiedział się przeciwko studenckiemu zrywowi. „Różne ch… widziałem, ale damskiego – pierwszy raz”, zareagował Tomaszewski, po czym opuścił salę obrad.

Gdy w 1985 roku przechodził na emeryturę, z różnych stron świata zjechały rzesze jego ex-studentów. Pożegnalna feta odbyła się w hoolywoodzkim stylu. Kulminacyjnym punktem uroczystości było odciśnięcie w gipsowej płycie dłoni i stóp mistrza. Dowód, że uznano go za równego gwiazdorom.

 Mowa ciał i plakatów

Boże, ten człowiek jest geniuszem!” wykrzyknął Rosław Szaybo na widok plakatu do wystawy Henry’ego Moore’a. Był rok 1959, dwa lata po odwilży. Ułożenie nazwiska rzeźbiarza z pięciu niby-koślawych liter wydawało się bezczelnością. Albo rewolucją. Nie pierwszą i nie ostatnią w dorobku Henryka Tomaszewskiego. Potem szokował wielokrotnie dowcipem, trafnym skrótem myślowym i… brakiem komercyjnego podejścia do swych prac.

Przez całe życie gardził wystawami własnych dokonań, nie zabiegał o pokazy. Dopiero tuż przed osiemdziesiątką miał pierwszą w Polsce retrospektywę. Tylko dlatego, że organizatorom udało się przenieść pokaz z Berlina do Poznania. I to po dwóch latach zabiegów!

Miał to być przegląd wszystkich prac. Niedoczekanie. Autor ocenzurował własny dorobek. Z ponad dwustu plakatów pozwolił eksponować zaledwie jedną trzecią. A z Tomaszewskim nie było dyskusji. Niechętnie godził się też na prezentacje zagraniczne. Jednak pod koniec lat 70. przyjął zaproszenie do Ameryki. Tu szkopuł: jak większość z jego generacji, nie władał językiem angielskim. Toteż odautorski komentarz zastąpił gestami i mimiką. Starannie też ułożył slajdy – tak, że sens wynikał z kontekstu. Spotkanie okazało się sukcesem. Po zakończonej prezentacji widzowie podchodzili do HT i aby wyrazić wdzięczność oraz podziw – głaskali go po ramieniu, ściskali, obejmowali. Podobnie jak prelegent, użyli mowy ciał.

 Prywatny szacunek

Kto znał Tomaszewskiego bliżej, wiedział, że w jego prywatnym życiu centralne miejsce zajmowała „Tesulka”. Czyli Teresa Pągowska, malarka. Wzięli ślub w latach 60. Odbił ją poznańskiemu malarzowi i pedagogowi Stanisławowi Teisseyre’owiNawet gdy Pągowska nie była już młoda, pozostawała cudownie kobieca. Zawsze ubrana z fenomenalnym wyczuciem, trochę nonszalancko, trochę klasycznie. Wzbudzała onieśmielenie. Jednocześnie umiała zdobyć się na autoironię. Potrafiła nabijać się z własnej „nieśmiertelnej” kokieterii; malować „oszpecające” obrazy, na których farbuje sobie włosy bądś kładzie na rzęsy hennę.

Często przechodzę w pobliżu ich warszawskiego domu przy ulicy Jazgarzewskiej. Mimowolnie nasuwają mi się na pamięć sytuacje, w jakich zdarzało mi się uczestniczyć. Teresa z nieodłącznym papierosem zaprasza do atelier, żeby pogadać o najnowszych obrazach; Henryk po powitaniu wycofuje się do innego pomieszczenia, nie narzucając żonie i jej gościowi (czyli mnie) własnej obecności. Wyjątkowa kultura współbycia dwojga artystów! I szacunek dla potrzeb drugiego.

Mieli osobne pracownie. Ustalili, że bez zaproszenia nie wchodzą do siebie. Natomiast do ich domowego rytuału należały wieczorne spotkania. Zazwyczaj póśno, niemal nocą. Potem siedzieli i gadali do rana. Obydwoje tworzyli w samotności, dopiero pod koniec wzywając partnera na konsultacje. Henryk często nie wytrzymywał, wzywał żonę jak do pożaru: „Powiedz natychmiast! Tu są trzy projekty, który podoba ci się najbardziej?”

Ona odwrotnie. Mężowi nie wolno było wchodzić, zanim nie uznała obrazu za skończony. Albo, gdy miała z płótnem jakiś problem. Wtedy on upierał się, żeby obejrzeć jak najwięcej prac Teresy, nie tylko prace „z problemem”. Czasem padały miażdżące konstatacje: „To możesz zdjąć ze sztalugi, tu jeszcze nic się nie dzieje”. Pągowska popadała w rozpacz. Kłóciła się straszliwie z mężem, ale – jak przyznawała – racja zawsze była po jego stronie.

 O miłości prawie wszystko

 Zdarzało się, ze artystka zaczynała pracę za dnia, i nie zauważała, kiedy zapadał zmierzch. Malowała po ciemku. Jej oczy jakoś przystosowywały się do mroku. To dowód wielkiej pasji, zaangażowania w sztukę. Jak mówiła – malując czuła się tak, jakby fruwała. Albo popadała w rozpacz, przerażenie, złość. Bo letnie uczucia nie dotyczą wielkiej sztuki. Tak jak prawdziwy związek dwojga dusz. Pomimo zamkniętych drzwi pracowni, Teresa dostawała liczne dowody mężowskiego uczucia. Na piśmie. Rano zastawała przypięte do drzwi karteczki. Pokazywała mi niektóre. „Proszę nie otwierać. Pokój pełen miłości do T”, głosiła jedna. Albo „T. skarbie najpiękniejszy, dzień dobry. Ja dzień dobry chcę być”.

Takich liścików były setki. Wszystkie wykaligrafowane pięknym ręcznym pismem.

Czy w sztuce Pągowskiej można odnaleźć wpływy plakatów Tomaszewskiego? Oczywiście! Jego zasługą było oczyszczanie obrazów z wszelkiego nadmiaru. „Zanim poznałam Henryka, używałam więcej farby”, przyznawała malarka. To on naprowadził ją na trop malowania bezpośrednio na płótnie, bez białego gruntu.

A w drugą stronę? Kawałek Pągowskiej widać w plakacie do wystawy „Ars Erotica” (łabędź z frywolnie rozchylonymi kobiecymi nóżkami zamiast skrzydeł). Hołdem złożonym jej wdziękom jest plakat do „Manekinów”: zgrabna kobieca noga w wyjściowej pończoszce i dłoń w eleganckiej czarnej rękawiczce. Bywało dosadniej. Damski pantofelek, anonsujący ekspozycję obrazów Teresy Pągowskiej, każdemu kojarzył się z… no, z najbardziej intymnym detalem jej ciała. „Love”, słynny plakat zapowiadający indywidualny pokaz Tomaszewskiego w amsterdamskim Stedelijk Museum (1991) traktuje o miłości w ogóle. Pomysł wyszedł od popularnych stickersów, na których wyraz „love” zastępuje serduszko. HT zamienił litery słowa „love” w formy dwuznaczne, nasuwające erotyczne skojarzenia („o” jak dziurka, „v” jak damski trójkącik). Bo na twórczość Tomaszewskiego po prostu wpływała bliskość żony.

 Anioł śmierci

Czy tak wybitna para nie myślała o tym, żeby wyrwać się z socjalistycznej biedy, osadzić gdzieś na Zachodzie? Pągowska o tym marzyła, Henryk nie chciał nawet słuchać. Był do szpiku kości warszawiakiem. W żadnym mieście, poza rodzinnym, nie czułby się sobą ani nie znalazłby impulsów twórczych. Teresa zdawała sobie z tego sprawę. Podróżowała dużo więcej niż mąż. Był okres, kiedy wielokrotnie jeździła do Paryża, Szwajcarii, Włoch. Nawiązała kontakty, miała propozycje wystaw. Namawiano ją na emigrację z komunistycznego PRL-u. Kiedyś zabrała Henryka. Błagała go: „Nie musimy zostawać na całe życie. Posiedźmy dwa lata – za grosze dają nam urządzone mieszkanie i dwie pracownie”. Tomaszewski odmówił. Początkowo rozżalona, po latach Pągowska przyznała, że wyjazd byłby błędem. Dla nieświadomym, dla niego – świadomym.

 Teresa Pągowska zmarła prawie siedem lat temu. Nagle. W domu, pod XVIII-wieczną rzeźbą anioła, który czuwał nad domownikami z podestu schodów. W ułamek sekundy jej życie przerwał atak serca. Niektórzy uważają, że to właśnie był prezent od losu – przeciwieństwo długoletniego odchodzenia Henryka Tomaszewskiego. Pochowała go półtora roku wcześniej. Długo sama nie była.

 Teresa Pągowska: ur. w Warszawie 1926 – zm. tamże w 2007; Henryk Tomaszewski: ur. w Warszawie 1914 – zm. tamże w 2005

 

21
Mar

Z butem na głowie (o Elsie Schiaparelli, surrealistycznej projektantce mody)

Udostępnij:

Dziś o sztuce innego rodzaju – o modzie. O kreacjach, którym bliżej do surrealistycznych rzeźb, niż do praktycznych ciuchów „do włożenia” .Poczytajcie.

W tym roku przypada 124. rocznica urodzin „artystki, która robiła ubrania”.

Tak Elsę Schiaparelli pogardliwie określała Chanel. Tymczasem jej największa konkurentka nie miała nic przeciwko „obeldze” – bo istotnie traktowała projektowanie mody jak sztukę. W propozycjach Coco drażnił ją – Elsę –  brak poczucia humoru, nadmiar praktycyzmu oraz konserwatyzm. Zdaniem Schiaparelli, elegancja musi iść w parze z ekstrawagancją. Dama z klasą jest nieprzewidywalna i dowcipna. A prawdziwa moda, to antyteza banału i nudy. Elsę pasjonował szok – jako zjawisko estetyczne i psychologiczne. Nic dziwnego – działała w czasach, gdy psychoanaliza była na ustach wszystkich. Czy można sięgnąć do podświadomości za pomocą stroju?

Na fali surrealizmu

Zabawa, prowokacja i stawianie tradycji na głowie – takie były główne założenia niepokornej Włoszki. Yves Saint Laurent twierdził, że wymierzyła Paryżowi policzek, za co spostponowani ją pokochali. Fakt, jej kariera miała niekonwencjonalny przebieg. Podobnie jak życie prywatne. Schiap – jak skracano długie nazwisko włoskiej projektantki – nie znała się na krawiectwie, lecz na filozofii, astronomii i sztuce. Odniosła fantastyczny sukces w czasach, gdy na arenę sztuki wtargnął surrealizm. Czyli po 1925 roku. Do wybuchu drugiej wojny grupa pod przywództwem André Bretona zrewolucjonizowała malarstwo, kino, literaturę. Za pośrednictwem Elsy, nadrealistyczne idee wtargnęły także do świata mody. To ona uchodzi za antenatkę ubraniowych fantazji; na nią powołują się modowi anarchiści – Galliano, McQueen, Gaultier; jej dedykowali kolekcje Yves Saint Laurent i Giorgio Armani; pod jej okiem stawiali pierwsze kroki Pierre Cardin i Hubert de Givenchy.Duch surrealistki objawia się we wściekłych tonacjach różu. W odcieniach określanych mianem magenty, fuksji, purpury, amarantu. Pink total look, ku chwale Schiap.

Schocking pink, to firmowy kolor Schiap. Wprowadziła ten „wulgarny” odcień na salony. Dowiodła, że jest twarzowy i znacznie ciekawszy, niż tradycyjna czerwień. Kiedy w 1954 roku (miała wtedy 64 lata i właśnie zakończyła karierę projektantki) opublikowała autobiografię, okładkę zdobiła jej podobizna w charakterystycznej barwie. Dzieło nosiło tytuł „Shocking Life”, co idealnie oddawało temperament autorki.

Sukienka do odwijania

Nie była klasyczną pięknością, lecz zwracała powszechnà uwagę. Ostra, szczupła brunetka o wielkich oczach, wydatnych ustach i nieregularnym nosie. Nie milkła przy autorytetach, miała własne zdanie. Pozwalała jej na to towarzyska pozycja oraz wykształcenie. Córka szanowanego rzymskiego uczonego i neapolitańskiej arystokratki przyszła na Êwiat w 1890 roku, w Palazzo Corsini. U stryja, astronoma Giovanni Schiaparelli (odkrywcy kanałów na Marsie), zdobywała podstawy nauk ścisłych. Jako jedyna dziewczyna zdała na studia filozoficzne. Jednocześnie pisała bulwersujące, nasycone erotyzmem poematy. Gdy wpadły w ręce ultrakatolickiej rodziny, zapadł wyrok skazuąàcy: klasztor! Ułaskawienie nadeszło po roku, kiedy osadzona podjęła strajk głodowy. Ledwo odzyskała wolność, prysnęła do Londynu. Byle dalej od domu. Po drodze na Wyspy Brytyjskie dała popis tupetu. Zaproszona na bal do Paryża, wystąpiła w nader śmiałej kreacji. Suknię zastąpiła długim pasmem błękitnej tkaniny, którym omotała się od stóp do głów. Bez jednego szwu! Udrapowana materia była tu i ówdzie podpięta, lecz wszystko trzymało się na słowo honoru. W trakcie imprezy materia stopniowo odwijała się, grożąc obnażeniem panny. To był pierwszy modowy performance autorstwa Elsy. W Londynie zarabiała jako niańka i edukowała się artystycznie. Biegała po muzeach, wolontarystycznie uczestniczyła w uniwersyteckich wykładach. Miała niespełna 22 lata, gdy wyszła za mąż za znacznie od siebie starszego francusko-szwajcarskim arystokratę, hrabiego Williama de Wendt de Kerlor. Na początku lat 20. małżonkowie przenieśli się do Nowego Jorku. Elsa rozkwitała intelektualnie. Zaprzyjaźniła się Gaby Picabią, ex-żoną dadaisty Francisa Picabii, weszła w krąg awangardy, poznała Marcela Duchampa, Mana Raya. Niestety, małżeństwo nie kleiło się, a całkiem rozpadło, kiedy na świat przyszła córka zwana Gogo. Już jako samotna matka Elsa ruszyła do Paryża, w ślad za swymi artystycznymi przyjaciółmi. Tamże, zachęcana przez wielkiego kreatora mody Paula Poireta, na serio zabrała się za projektowanie strojów.

Numer jeden w modzie

W przeciwieństwie do Chanel, nie miała pojęcia o warsztacie krawieckim. Poradziła sobie – szkicowała kreacje i dawała do rozrysowania asystentom. Tak obecnie pracuje większość designerów, ale w międzywojniu Elsa była wyjątkiem. Zaczynała od zera. Zadebiutowała w 1927 roku kolekcjà „Pour le Sport” w swym pierwszym atelier House of Schiaperelli. Dzianiny i len, to były jej ulubione surowce. Ośmieliła się nawet lansować szorty dla kobiet-sportsmenek. Potem przyszła kolej na swetry-golfy, ręcznie dziergane przez sprowadzone z Armenii chałupniczki. Największy hit? Czarny sweter z cienkiej wełny, z białą muszką pod szyją „rysowaną” ściegiem. Największe zamówienie? 40 sztuk dla amerykańskiego klienta. Cały „nakład” poszedł pierwszego dnia, więc nadeszły kolejne zlecenia. Efektem, otwarcie butiku Schiap Shop przy Placu Vandome w Pary˝u w 1931 roku. Rozgłos przyniosły jej nie tylko projekty, również niestandardowe pokazy mody.

To były precyzyjnie obmyślone spektakle w specjalnie zaprojektowanych scenografiach, z po aktorsku zagranymi miniscenkami, efektami świetlnymi i dobraną muzyką. Atrakcję stanowiły też motywy przewodnie kolekcji: instrumenty muzyczne, motyle, cyrk, astrologia, pogaństwo. Najbardziej niekonwencjonalny był show zatytułowany „Zatrzymaj się, patrz i słuchaj”. Nic dziwnego, że paryska elita pędziła na pokazy do Schiap, jak na premiery teatralne. Poza tym, tylko Elsa mogła poszczycić się współpracownikami z najwyższej artystycznej półki: Jean Cocteau, Salvador Dali, Leonor Fini, Alberto Giacometti…

Często pracowali dla niej gratis, dla zabawy. Dodawali jej ognia i odwagi – a ona nie obawiała się ryzyka. W 1934 roku amerykański tygodnik „Time” uznał ją za numer jeden w modzie, jej rywalce Chanel przyznając zaledwie drugą pozycję. Jednak to Coco istnieje w powszechnej świadomości, zaś o Elsie wiedzą głównie specjaliści. Dlaczego i kiedy zniknęła z modowego firmamentu?

Jeszcze w 1940 roku, jeszcze w wolnej od okupantów Francji, Schiap wystąpiła z kilkoma nowymi pomysłami, zgodnymi z aurą czasów. Lansowała wtedy trencze i taftowe suknie drukowane w deseń zwany kamuflaż (nietrudno policzyć, że wyprzedziła modę na militaria i wzory moro o ponad 40 lat). Po 14 czerwca i poddaniu Paryża Niemcom projektantka schroniła się w Nowym Jorku, uzasadniając rejteradę zaproszeniem na cykl wykładów. Na Sekwanę wróciła po zwycięstwie aliantów. Jednak powojenna bieda nie sprzyjała żartom i wywrotowym pomysłom w ubiorze. Choć Breton utrzymywał pozycję, surrealizm stracił rozpęd – na plan pierwszy wysunęło się emocjonalne malarstwo gestu. A na cenę mody wszedł Dior i zawrócił kobietom w głowach swym New Look.

Elegancja znów kojarzyła się z klasyką. W 1954 roku Schiap poddała się: zamknęła paryski butik i wycofała do Nowego Jorku. Nie straciła całkowicie kontaktu z modą. Zmarła w 1973 roku, w wieku lat 83.

Spadkobiercy

Była dumna z rodziny. Dwie córki Gogo, jedynaczki ożenionej z armatorem-milionerem Robertem Berensonem, zrobiły artystyczne kariery. Piękna Marisa zabłysnęła jako modelka i aktorka (grała jedną z głównych ról w „Kabarecie” Boba Fossa). Druga wnuczka Berry zajęła się fotografią, wyszła za mąż za aktora Anthony’ego Perkinsa. Zginęła w strasznych okolicznościach: 11 września 2001 roku znajdowała się na pokładzie samolotu porwanego przez terrorystów, skierowanego na północnà wieżę WTC…

Spacer z homarem

Zadziwiajàce – Elsa działała zaledwie przez ćwierçwiecze. W tak krótkim czasie wylansowała nie mniej innowacji, niż Chanel w dwukrotnie dłuższym okresie. Przypomnę te najważniejsze. Była „matką syntetyków”: łączyła tradycyjne tekstylia z akrylem, celofanem, metalową nitką. Ba, posłużyła się nawet przezroczystym plastikiem! Gdybym miała stworzyç ranking jej najtrwalszych, aktualnych do dziś pomysłów, pierwsze miejsce ex equo przyznałabym kolorowym suwakom, służącym wygodzie i zarazem ozdobie (wprowadziła je w 1935 roku) oraz deseniom-imitacjom, drukowanym na materiałach. Wspominałam już o wzorze moro – dodam jeszcze druk w imitacje sierści dzikich zwierząt. Były jeszcze motyle, koniki z karuzeli, akrobaci. W bardziej kosztownej wersji drukowane desenie zastępowały unikatowe hafty i aplikacje – jak na przykład homary na słynnej sukni noszonej przez Wallis Simpson, żonę Edwarda VIII. Spośród wyjściowych koncepcji Schiap najwyżej cenię długie, wieczorowe suknie dopełniane pelerynkami bądź żakietami z tej samej tkaniny (do tej pory modny zestaw).

Ozdoby? Nie biżuteria, lecz hafty z motywami przeniesionymi z dzieł sztuki: renesansowe słońce-twarz, złoty kołnierz a la wieniec laurowy, barokowy motyw kwietny. Jeśli chodzi o jubilerskie ozdoby (w tej dziedzinie Elsa najchętniej współpracowała z Jeanem Schlumbergerem), moim faworytem jest naszyjnik z przezroczystego plastiku z wtopionymi naturalistycznymi insektami. Ale najzabawniejsze są żakiety kostiumów popołudniowe. Usta wyhaftowane wokół kieszonek (rysunek Dalego), dłoń w miejscu paska (według szkicu Cocteau), guziki pod postaciami klaunów. Jeśli chodzi o dół kostiumów, to ponadczasowym hitem stały się wąskie spódnice, jak bandaże warstwami oplatające sylwetkę. W kategorii najdziwniejszych idei palma pierwszeństwa należy się kapeluszom w kształtach rozmaitych przedmiotów (but, korona, rożek lodów, lisi pyszczek, piramida z loków) – wszystko wykreowane z pomocà małżeństwa Salvadora i Gali Dali. Hiszpański surrealista był także współautorem torebki w formie telefonu ze słuchawką w kształcie homara, sakiewki ze świecącą żarówą w środku, torebki-aktówki udającej złożoną gazetę oraz torebki z wmontowaną w zapięcie pozytywką, grającej melodyjkę przy każdym otwarciu.

Szkielet sukienki

Na koniec, o wariactwach zaadaptowanych przez współczesnych kreatorów. W 1938 roku Elsa przedstawiła sukienkę-szkielet. Trochę makabryczną, trochę śmieszną: oł Dalego). Siedemdziesiàt lat póêniej Alexander McQueen zaprojektował dla firmy Samsonite ekskluzywne walizki wytłaczane w… szkielet. Największy sukces Elsy, to perfumy Shocking, najsłynniejsze spośród ośmiu wylansowanych przez nià zapachów. Ten szokujący, premierowy powstał w 1937 roku. W amarantowym pudełku gnieździł się flakonik projektu Leonor Fini. Naprawdę szok: buteleczka udawała kobiecy tors w miniaturze! Za prototyp posłużył manekin Mae West, słynnej seksbomby lat międzywojennych. W 1993 roku pomysł powtórzył Jean-Paul Gaultier, rzucając na rynek wodę toaletową „Classique”. Jego wkład, to dopełnienie wersji kobiecej zapachu – wariantem męskim. W buteleczce imitujàcej popiersie wysportowanego młodzieńca. Ale nikt nie odbierze Schiaparelli palmy pierwszeństwa: ona wprowadziła do mody szok.

20
Mar

Neurastenik w świetle

Udostępnij:

Doskonała monografia Aleksandra Gierymskiego w warszawskim Muzeum Narodowym uświadamia skalę talentu i oryginalność artysty

 

„… żyć w kraju obcym jest podle, ale wielkie to szczęście nie patrzeć na tę kanalię »estetyczno-artystyczną« u nas. Tu albo reklama, albo baty… ”. Aleksander Gierymski nisko cenił rodaków, czemu dał wyraz w liście do Stanisława Witkiewicza. Urodzony warszawiak, pionierski dokumentalista „egzotyki” tego miasta, próbował zagrzać tu miejsce, lecz rozgoryczony brakiem zrozumienia, opuścił kraj.

Monachium (studia), potem Rzym, Francja, Niemcy – to najważniejsze punkty na mapie jego nomadycznego bytowania. Pozazdrościć – miał okazję czerpać ze źródeł europejskiej sztuki; naśladować, inspirować się, przyswajać najnowsze kierunki, którymi ekscytował się kulturalny świat. Ale nietowarzyski przybysz z Warszawy pozostał osobny. Tak w sensie artystycznym, jak na płaszczyźnie prywatnej, życiowej.

 Cienie w akcji

W stołecznym Muzeum Narodowym pokazano – po raz pierwszy w historii – lwią cześć jego dorobku, od wczesnych, akademickich prób po ostatnie pejzaże i weduty. W sumie około 120 obiektów. Do tego 70 grawiur, szkiców, rysunków – jako że Gierymski zarobkował głównie jako ilustrator prasowy. Eksponaty zaaranżowane w chronologicznych porządku podzielono na grupy tematyczne, arcydziełom oddając osobne saloniki.

Wczesne płótna „w stylu renesansowym” i nieco późniejsze sceny teatralne oraz rodzajowe są jeszcze etapami w poszukiwaniu własnej wizji. Iskrzyć zaczyna około 1874 roku, kiedy 24-letni malarz przystępuje do pracy nad obrazem „Gra w moro”. Nie tylko robi szkice – także fotografuje odpowiednio ubranych i upozowanych modeli (zachowane zdjęcia wystawiono w muzeum). Nie tylko dba o kompozycję postaci – równie baczną uwagę zwraca na różne rodzaje światła, na taniec cieni. To jakby drugi motyw, kolejna „gra w moro”.

Alchemik światła

Tak, to będzie jego temat, pasja i nieustająca fascynacja: światło. Wyposaży atelier w skomplikowaną konstrukcję służącą do imitowania świateł, do rzucania refleksów: coś w rodzaju tekturowych „reflektorów”, oklejonych złotym i srebrnym papierem. Przy ich pomocy uzyskuje efekty oświetlenia naturalnego lub sztucznego. Czasami chodzi mu o pełne lśnienie, częściej – o promienie przygaszone, zanikające.

Choć tak długo przebywał w „ojczyźnie słońca”, daremnie wypatrywać w jego dorobku sielskich letnich krajobrazów. Wenecja kojarzy mu się z kanałami ponurymi jak śmierć albo z… wnętrzem. Bo cóż cudowniejszego nad jasność przefiltrowaną przez rozetę w Bazylice świętego Marka? Co wspanialszego nad wieczorny widok Sekwany, w której odbija się masyw chmur odcięty jak nożem smugą bieli? Pogodny słoneczny dzień, to nuda, banał. Brzaski, zmierzchy, noce – o, to dopiero momenty prawdziwej emanacji światła. W efekcie, u Gierymskiego prawie nigdy nie widać błękitnego nieba. Jest perłowoszare, różowawe, fioletowe, granatowoczarne. Przez to nie-niebieskie niebo przeciska się łuna lub mży jasność. I spowija powietrze.

„Patrząc z bliska na jego robotę, niepodobna znaleźć ani jednej farby, która by była surową – zauważał Antoni Sygietyński. „Stąd nadzwyczajna kolorowość i głębia przestrzeni, która nawet profanów uderza: stąd powaga jego obrazów.”

 Przebierańcy w altanie

Kulminacja świetlnej orgii następuje „W altanie”. W jednej salce zebrano studia wstępne i dzieło finalne. Pięciu głównych bohaterów – to nie są żadni wyrafinowani arystokraci, lecz uliczna zbieranina przebrana w rokokowe stroje. Tylko na takich modeli artystę było stać. Stać go też było na siedem lat mozołu i co najmniej kilkanaście osobno rozpracowanych kompozycji, które później okazały się fragmentami monumentalnego obrazu. Bez wątpienia jedno z najwspanialszych osiągnięć naszego malarstwa. Artyście udało się wykreować jedyną w swoim rodzaju materię złożoną z obiektów istniejących fizycznie i z niematerialnej jasności. Co ciekawe – pomimo maksymalnie realistycznie oddanej „plecionki” słońca i cienia, kompozycja jest w zasadzie antytezą realizmu, a tym bardziej impresjonizmu. Ani to motyw „z życia wzięty”, ani wrażeniowe odtworzenie ulotnej aury. Po prostu, efekt wieloletniej harówki.

 Desperat w Rzymie

Do jakiego kierunku przynależał? Realista, impresjonista, luminista – takimi określeniami go charakteryzowano. Jedni krytycy widzieli w nim wielkiego kolorystę; inni – genialnego rysownika. Bolesław Prus, dość afektowanie nazywając Gierymskiego „kapłanem światła”, napisał w 1888 roku: „… U niego nie ma przedmiotu małego lub dużego, pięknego czy brzydkiego, lecz są tylko przedmioty rozmaicie oświetlone. (…) oświetlenie jest ideą jego obrazów”.

Mimo wielu słów uznania, artysta uskarżał się na brak zrozumienia ze strony rodaków. Fakt, nigdy się nie dorobił. Nie uzyskał też profesury w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, na co w pewnym momencie liczył.

Czy dlatego nękała go melancholia na przemian z neurastenią? Zdaniem nielicznych bliższych znajomych Aleksandra, doskonałość tej sztuki brała się właśnie z pesymizmu autora i jego wiecznego niezadowolenia z osiągnięć.

Ostatnie lata życia spędził w Rzymie. Mieszkał sam w zabytkowym, ponurym rzymskim pałacu, zwanym „Casa dei desperati” z racji licznych tam popełnionych samobójstw. Przedwcześnie postarzały, w zaniedbanym ubraniu, przypominał ducha któregoś z desperatów. Zmarł w szpitalu psychiatrycznym w wieku 51 lat.

 

Aleksander Gierymski 1850 – 1901, Muzeum Narodowe w Warszawie, wystawa czynna od 20 marca do 10 sierpnia

09
Mar

Czym Hopper bił modelkę

Udostępnij:

Do naszych kin wejdzie wkrótce film „Shirley – wizje rzeczywistości”. Trzynaście obrazów Edwarda Hoppera, animowanych przez aktorów, z  dopasowaną (wymyśloną) fabułą. Kto naprawdę pozował Hopperowi? Kim była kobieta z jego płócien? O tym w moim tekście poniżej.

Shirley – Visions of Reality
Austria 2013, 92′

reżyseria: Gustav Deutsch
scenariusz: Gustav Deutsch
zdjęcia: Jerzy Palacz
montaż: Gustav Deutsch
muzyka: Christian Fennesz, David Sylvian
obsada: Stephanie Cumming, Christoph Bach, Florentin Groll, Elfriede Irral, Tom Hanslmaier
producent: Gabriele Kranzelbinder
produkcja: KGP Kranzelbinder Gabriele Production
dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

w kinach od 21 marca 2014

A tu – mój tekst:

Podróż za granicę smutku

To scena tak prosta, że jeden rzut okiem wystarczy, by ją zarejestrować, zapamiętać, opisać… Czyżby? Owszem, detali w tej kompozycji niewiele; jedna jedyna przedstawiona postać tkwi w bezruchu; wszystko namalowane bez szczegółów, trochę szkicowo. Dlaczego więc ten nieskomplikowany widok wywołuje u oglądających złożone reakcje? Czemu w tych niby spokojnych, statycznych scenach czai się napięcie? Co sprawia, że fascynuje, wymusza uwagę i… wzrusza?

 Wielkomiejski spleen

„Pokój hotelowy” Edwarda Hoppera zawiera pewną powszechnie znaną, acz trudno uchwytną, a jeszcze trudniej wyrażalną cechę współczesności – smutek wielkich miast. Samotność wśród tłumów, ubóstwo w bogactwie. Izolacja od innych nie z wyboru, lecz ze strachu, doznanych urazów, kompleksów.

U Hoppera najczęściej ofiarą metropolii pada kobieta. Artysta pokazuje ją przygniecioną depresją, niezdolną do jakichkolwiek obronnych ruchów. To kobieta-nikt. Nie tyle konkretny człowiek, co umowna figura. Marionetka o zatartych, niewyraźnych rysach twarzy. Jakaś niezbyt atrakcyjna istota płci żeńskiej w bliżej nieokreślonym wieku, choć z pewnością nie stara.

Toteż mało kto zważa na emocje tej pani. Większość widzów bierze za dobrą monetę jej apatię i wyobcowanie: pewnie ta dziewczyna troszkę się zadumała, rozmarzyła. Zapewne nie ma ochoty rozmawiać z innymi, więc jest sama. Wszystko jedno, gdzie – na balkonie własnego domku na prowincji, w barze przy głównej ulicy miasta, w biurze (choć szef wyszedł i dawno minęły godziny urzędowania…). Poza tym, przecież nic złego się nie dzieje.

 Pochylona nad sobą

Choć obraz powstał ponad 80 lat, nic się nie zdezaktualizowało. Każdy, kogo los rzucił na kilka dni do obcego miasta; komu było dane zamieszkać w tanim, pozbawionym charakteru, niewygodnym hotelu, może poczuć się jak bohaterka pracy. Przypatrzmy się uważnie tej młodej kobiecie w hotelowym pokoju. Ubogo wyposażone wnętrze, zupełnie bez charakteru i jakoś nagie. Wszystkie sprzęty zbite w kupę, ściśnięte, najmniejsze, jak tylko można. Duże jest jedynie okno zasłonięte cienką białą tkaniną. Pokój ma jasne ściany bez żadnych ozdób czy obrazków. Podłogę pokrywa zielona wykładzina; w kącie fotel obity tapicerką w podobnym, nieprzyjemnie ostrym odcieniu zieleni. Tylko staromodne drewniane łóżko wydaje się w miarę wygodne, choć zapewne materac został wyleżany został przez setki, tysiące klientów. Jest ranek, do hotelowego pokoju wsącza się ostre, aż kujące oczy światło. Łóżko jeszcze nie zostało zasłane – ale nic nie wskazuje na to, że ktoś z niego skorzystał, wyspał się, wypoczął. Na wygładzonej białej pościeli siedzi kobieta w bieliźnie. Tuż przy niej – neseser podróżny, niedbale rzucone pantofle, na półce kapelusz. Na pozór, pani zajęła się lekturą. Jednak jej poza nie wskazuje na to, że jest zainteresowana tym, co czyta. Ba, chyba w ogóle rozumie sensu słów. Bo ona wcale nie patrzy na książkę (której grubość sugeruje, że może to być hotelowa Biblia). Wzrok nieznajomej spoczywa na jej rękach, udach. A może w ogóle przymknęła powieki i nie patrzy na nic? Trudno stwierdzić, jej twarz skrywa cień, rysy są ledwo widoczne. Ostre światło oświetla dokładnie tył głowy, starannie wygładzoną fryzurę i zgarbione plecy. To nie fabuła sprawiła, że czytelniczka aż się pochyliła nad tomem. Jej ramiona przygniatają niewesołe myśli; ciąży jej własne ciało oraz sytuacja, w jakiej się znalazła.

 Zderzenie przeciwieństw

Uruchommy empatię. W tym spokojnym obrazie dzieje się dramat. Rozgrywa się w głowie, w sercu, w całym ciele tej kobiety. Nie ma to żadnego związku z epoką, w jakiej przyszło jej żyć. Nawet więcej – modelka Hoppera wydaje się istnieć poza czasem. Przed kilkudziesięcioma laty, ćwierć wieku temu czy dziś – bez znaczenia. Także historia tej, która pozowała malarzowi może powtórzyć się w zawsze, w każdym środowisku. Bo choć nie widać dokładnie rysów twarzy dziewczyny, wiadomo, kim była: to Josephine Nivison-Hopper. Żona i modelka artysty. Również jego jedyna przyjaciółka, sekretarka, opiekunka oraz – ofiara. Zamknięty w sobie, nieco psychopatyczny, poddany zmiennym nastrojom Edward traktuje Jo (jak nazywał Josephine) jak worek treningowy, w sensie fizycznym i psychicznym.

Poznali się na plenerze malarskim w Nowej Anglii. Obydwoje dawno przekroczyli wiek młodzieńczy: byli po czterdziestce. Ona (urodzona w 1883 roku) jest tylko o rok młodsza od tego, który ma zostać jej partnerem. Jak do tego doszło, trudno dociec. On prawie nigdy nie zabiera głosu, odzywa się tylko wtedy, gdy ktoś zadaje mu wprost pytanie. Wysoki, chudy, zakompleksiony, jeszcze nie przewiduje sukcesu, który odniesie. Ona zaś jest jego przeciwieństwem – żywa, ruchliwa, zawsze otoczona grupką „cygańskich” przyjaciół, podobnie jak ona zamieszkujących nowojorską dzielnicę Greenwitch Village. Jo zakochała się w Eddiem, bowiem pociągali ją tacy jak on wysocy mężczyźni. Dlaczego Hopper odwzajemnił jej uczucia? Kiedyś, podczas jednej z tysięcznych kłótni, kiedy wściekła dopytywała się, dlaczego ją poślubił, wyznał lakonicznie: „Miałaś kręcone włosy, byłaś sierotą i mówiłaś po francusku”.

Skromna ślubna ceremonie odbywa się w 1924 roku. Żadne z nowożeńców nie jest jeszcze znanym artystą. On zarabia satyrycznymi rysunkami do gazet, ona jest nauczycielką. I to ona pierwsza zostaje zauważona, zaproszona do zbiorowej wystawy w Muzeum Brooklińskim. Co robi lojalna baba? Upiera się, żeby do pokazu dołączono prace męża. W efekcie, krytyka docenia Edwarda, pomijając Jo. Od tego momentu jego kariera rusza z kopyt; jej twórczość zostaje w cieniu.

Wkrótce Eddie zostawia akwarele, które dotychczas były jego główną techniką i przerzuca się na oleje. Płotna podobają się, osiągają coraz wyższe ceny, są kupowane do muzeów.

Malarstwo ptaka i robaka

Pierwszy większy zarobek pozwala parze kupić samochód, używanego dodge’a. Pojazd staje się zarzewiem konfliktów – Ed nie zgadza się, by żona zrobiła prawo jazdy, a gdy ta mimo jego oporów najmuje prywatnego instruktora i zdaje egzamin, mąż stawia weto za każdym razem, gdy ta chce sprawdzić w praktyce nabyte umiejętności. Samochodowe utarczki wyzwalają w artyście brutala. Coraz częściej zdarza mu się bić Josephine (kiedyś nawet wywleka ją przez okno auta) i na wszelkie możliwe sposoby usiłuje upokorzyć ją jako kierowcę. Z czasem rywalizacja o kierownicę rozpościera się na wszelkie aspekty współżycia. Napięcie prawie nigdy nie słabnie, każda błahostka może stać się zarzewiem niezgody, obrzucania obelgami, szarpaniny, rękoczynów. Ona zaprasza znajomych, on siedzi jak na szpilkach, co chwila popatrując na zegarek, czym oczywiście wypłasza gości. Kupują dom na Cape Cod – i znów spory o każdy detal nie mają końca. Mniejsza jednak o wystrój wnętrz – gorzej, że Edward nie daje żonie szans jako artystce. On ma dużą pracownię, jej zaś pozwala pracować kątem w kuchni bądź w sypialni, gdzie kiepsko ze światłem.

Całe życie Hopperów zostaje podporządkowane jego pracy. On potrzebuje natchnienia i stosownych plenerów – więc objeżdża okolice i kraj w poszukiwaniu motywów. Zrywa się (i żonę) o najdziwniejszych godzinach, żeby zobaczyć światło, o jakie mu chodzi. Mimo to Jo nadal próbuje malować i robi to we własnym, niepodobnym do mężowskiego stylu. Hopper kwituje jej wysiłki z zabójczą złośliwością: „Ja postrzegam świat z lotu ptaka, Josephine skłania się ku perspektywie robaczej.” Kiedy jemu siada natchnienie i traci ochotę do pracy, ona wie, jak go zmotywować: naciąga na blejtram nowe płótno i zaczyna malować. Reakcja jest natychmiastowa – on też rusza do akcji.

 Uwięziona pozowaniem

Wściekle zazdrosny o osiągnięcia żony, malarz znajduje wreszcie sposób na to, by ją ubezwłasnowolnić: czyni ją modelką, jedyną modelką. Zaludnia przedstawiane wnętrza sobowtórami Jo. Nie przyznaje jej jednak prawa do bycia sobą. Zmienia osobowość żony, odbiera jej wesołość, inteligencję, ambicje. Pani Hopper nie odnajduje się w tych przedstawieniach: „Grube i niezdarne stworzenie, które wygląda, jakby przesadziło z alkoholem. Tak naprawdę on wcale nie wierzy, że ja tak wyglądam. Po prostu nie jest w stanie namalować mnie takiej, jaka jestem.”

Skąd dowiadujemy się, jakie były odczucia modelki? Otóż Josephine pisze pamiętniki. Okrutne w swej szczerości, oddające tortury psychiczne, na jakie skazywało ją współbycie z artystą. Są takie momenty, kiedy Ed zachowuje się „jak prawdziwy goryl” – ciągnie ją za włosy, uderza nią o meble, niemal zabija. Jo nikomu nie skarży się, nie ujawnia mężowskiej agresji, w imię miłości godzi się na ten układ. Jedyny bunt, na jaki się zdobywa się po szczególnie paskudnych akcjach artysty, to… próba zagłodzenia się na śmierć. Jo kładzie się do łóżka i rozpoczyna strajk głodowy.

W tym sadomasochistycznym związku zdarzają się jednak pogodne chwile. Niespodziewanie, jakaś melodia grana w radiu sprawia, że Edward porywa żonę do tańca. Czasami, w niezwykle rzadkich przypływach życzliwości dla małżonki, to on jej pozuje, dla urozmaicenia czytając na głos poezję.

Z latami artysta staje się coraz bardziej introwertyczny, unikający kontaktów z innymi. W poszukiwania tematów przebywa kilometrami nowojorskie ulice albo przesiaduje w kinie. Umiera niespodziewanie dwa miesiące przed ukończeniem 85 lat. Światkiem jego odejścia – siedział w fotelu, w pracowni i nagle nie żył, w ciągu minuty, bez bólu, bez krzyku – jest oczywiście Josephine. Poczuła się wreszcie wolna od tortur? Skąd! „Nie poczekał na mnie” poskarżyła się w pamiętniku. I dołączyła do męża dziesięć miesięcy później. Jak wyznała przyjaciołom, nie potrafiła żyć bez Edwarda.

Edward Hopper „Hotel Room”, 1931, olej na płótnie, wł. Museo Thyssen-Bornemisza, Madryt

Hopper_a-woman-in-the-sun newyork-movie chair-car-1965 hopper.self-portrait hopper_edward_morning Edward-Hopper-Wallpaper-19201080 9803 hotel-room-full edward_hopper_018_room_in_brooklyn_1932 Edward Hopper &カイ-57 hopper.nighthawks

09
Mar

Być jak idol – czyli jak zostałam tym, kim jestem

Udostępnij:

Kasprowy Wierch znakomicie się nadawał. Właśnie kolejka wyrzuciła grupkę turystów; inni już przybyli wcześniej. Pokazałam, co potrafię: być jak Karin Stanek.

imgres-3 imgres-2 imgres imgres-1

Parodiowałam gwiazdę naszej rockowej sceny z całym zaangażowaniem mojej dwunastoletniej osoby. „Jedżemy autostopem, jedżemy autostopem!…” Aplauz. Przeszłam do repertuaru Katarzyny Sobczyk: „O mnie się nie martw, o mnie się nie martw…” imgres images KasiaSobczyk550Pani Kasia Sobczyk w wieku starszym i w młodości – kiedy  miałam pomysł, żeby ją naśladować.

Szło coraz lepiej, audytorium powiększało się. Na wirsycku ładnie głos niosło, nie trzeba było wzmacniacza ani mikrofonu. Występ przerwała zażenowana mama. Nie zostałam piosenkarką, choć zadebiutowałam na szczycie. A tak bardzo się starałam …

To nie był wielki aktor, ale miał inne zalety. Pszenny blondyn o pulchnej buźce dziecka, z dołkiem w brodzie. Kapitan, czy porucznik, nie pomnę. Występował bez munduru ani dystynkcji. Rozwiązywał mordercze zagadki z łatwością Sherlocka Holmesa. Raz dostąpiłam zaszczytu: druga żona ojca, telewizyjna inspicjentka, pozwoliła uczestniczyć w nagraniu „Kobry” (popularny cykl telewizyjnych kryminalnych spektakli w dobie PRL). Zobaczyłam akcję od strony niedostępnej zwyczajnym śmiertelnikom. On tam był. Specjalnie dla mnie zademonstrował, jak posługuje się atrapą pistoletu. W nocy nie mogłam spać, ćwicząc strzelanie pod kołdrą. Postanowiłam zostać jego asystentką. Dziś nie pamiętam, jak się nazywał. Jakoś na N…

Zakochałam się w jej sylwetce, oczach, niedorosłym wdzięku. Byłam w jej wieku i też – zdaniem wielu oraz lustra – fotogeniczna, zwłaszcza gdy skopiowałam jej makijaż. No, nie taka chuda. Zaczęłam zrzucać kilogramy, marząc o jednym: być jak Twiggy, być jak Twiggy.

images-3 imgres-2 imgres-1 imgres-4 images imgres imgres-3 images-2 imgres-6 images-1Twiggy i jej ogroooomne oczy.  O reszcie nie wspomnę… Ale być jak ONA chciała większość nastolatek. Nic dziwnego, uchodzi za ikonę tamtej epoki. I do dziś zachwyca.

 

Być jak panna Gałązka – to pozostało bez odbioru ze strony świata.

Z Twiggy porażka, więc zeszłam z marzeniami na ziemię: Marzenka. Wszyscy chcieli się z nią kolegować. Ona pierwsza zrobiła prawo jazdy i dostała auto – nie byle malucha, lecz ekskluzywny model 125. Potem pierwsza usamodzielniła się, przeniosła do własnego dwupoziomowego locum z pracownią, i to nie w bloku – w kamieniczce na Starówce. Pierwsza wyjechała do Francji jako bejbisiterka. nie do przeciętnego mieszczańskiego domu – do rodziny artystycznej, znającej Polańskiego i tym podobne sławy. Stanowiła ideał tego, co chciałam osiągnąć. Lecz w sferze uczuć nie zazdrościłam Marzence: była nieszczęśliwie zakochana. W tym nie różniłyśmy się od siebie – także miałam pociąg do drani.

Nie to, co tamta laska. Miała ksywkę Lalka. Podziwiali ją wszyscy, niezależnie od płci. Zasłużenie. Blond cudo, długonoga, wysoka, ubrana w zachodnie ciuchy. Ignorowała zajęcia. Studia i pracownie służyły jej za scenę, koledzy z ASP – za tło, na którym prezentowała się jeszcze korzystniej. Kręcili się koło niej asystenci reżyserów i początkujący aktorzy. Uległa takiemu z zagranicznym wozem, przystojnemu jak ona. Na oko – modelowa para. Ale Lalka źle wybrała, nie wyczuła zagrożenia. Zlikwidowano ją, w czym kochaś maczał palce. Została wykasowana z życia, zanim przystąpiła do dyplomu. Pogrzeb utajniono. Oj, głupia ty, głupia ty…

Zmieniłam idoli. Ta para zwracała uwagę na Krakowskim Przedmieściu urodą oraz nieszablonowym strojem. Ona jasna, on z burzą ciemnych loków, jak Bob Dylan czy Tadeusz Woźniak; ona w mini, on w rozkloszowanym płaszczu do kostek. Dłużniewscy, Małgosia i Andrzej. imgres imgres-3 imgres-4 w images imgres-5 imgres-1 imgres-2

Oczywiście, w sieci nie ma wczesnych zdjęć Dłużniewskich. Są tylko nieliczne ich prace i zdjęcia z czasów, kiedy Andrzej stracił wzrok. Tak czy siak – to ONI są moimi wzorcami i idolami.

 

Stanowili dla mnie wzorzec partnerstwa w życiu i sztuce. Aspirowałam do ich towarzystwa. Z niewielkimi szansami – byli starsi, dumni, wymagający. Założyli galerię w prywatnym mieszkaniu na Freta, zapraszali konceptualistów, intelektualistów, idealistów. Gdy dostąpiłam zaszczytu, żeby uczestniczyć – biegłam, choćby waliło się, paliło. W stanie wojennym do sztuki doszła polityka. Tym bardziej imponowali. I wiecie – tak jest nadal. On uległ wypadkowi. Stracił wzrok, ale nie zaprzestał działalności. Pracuje, prowadzi zajęcia, kontaktuje ze światem. Nie użala się. Ma fantastyczną rodzinę. Idol, który budzi szacunek.