THE BLOG

30
Apr

klęska urodzaju / wszystko po 500

Udostępnij:

Wypłynąć na szerokie wody to marzenie niejednego młodego artysty. Młodego wiekiem czy młodego duchem? I czy – wypłynąć czy raczej – popłynąć?

Aukcja Młodej Sztuki 15 czerwca 2010 roku w Polswiss Art. Pojawia się nazwisko Krzysztof Strykier (ur. 1942). Wcześniej to samo nazwisko, tej samej osoby pojawiało się na liście 100 najbogatszych Polaków wg tygodnika Wprost. Brzozy (lot. 108) fotografia papier 15 x 21 cm z ceną wywoławczą 500 wylicytowano na 800. Nadal na tych aukcjach są nazwiska artystów urodzonych w latach 50., 60.  czy 70. XX w.

Od pewnego czasu klika domów aukcyjnych organizuje aukcje sztuki młodych artystów pod różnymi nazwami: Polswiss Art – Akcję Sztuki Najnowszej Aukcje Sztuki Super Młoda, Desa Unicum – Aukcje Sztuki Młodej, a Sopocki Dom Aukcyjny – Aukcje Młodej Sztuki. Czy wystarczy zmienić nazwę, by mieć innych klientów?

 Termin, jak dla mnie, jest kalką językową z „Young British Artists”. Jest tu  zawarta nadzieja na sukces rynkowy równie spektakularny, jak w przypadku artystów angielskiego nurtu z lat 90. Ubiegłego stulecia. Tyle, że wtedy chodziło o młodych artystów: studentów i niedawnych absolwentów uczelni artystycznych, dopiero debiutujących w świecie sztuki.

Oprócz aukcji stacjonarnych nie może zabraknąć internetowych – i tu bezkonkurencyjny jest portal artinfo.pl, a daleko w tyle pozostają między innymi: Internetowa Galeria Młodych – Rynek Sztuki w Łodzi czy Rondo Sztuki w Katowicach.

Czy i czym się różnią? Właściwie niczym, bo większość klientów ta sama, tematyka podobna, poziom prac różny – są lepsze i gorsze. Większości każda aukcja młodej sztuki kojarzy się przede wszystkim z tanią jakością. Cena minimalna wynosi zazwyczaj 500 zł., przy tzw. jubileuszowych dochodzi do 1 tysiąca. Zapewne dla młodych artystów, kończących licznie co roku Akademie Sztuki czy Wyższe Szkoły Plastyczne – jest to pewien prestiż. Dom aukcyjny stara się zorganizować promocje, imię i nazwisko artysty pojawia się w katalogu aukcyjnym, a potem wyniki pozostają w sieci. W ten sposób wchodzi on do obiegu rynkowego z mniejszym czy większym sukcesem.

Z poziomem artystycznym oferty bywa różnie, ale za to niektóre domy robią aukcje nawet kilka razy w roku. Oglądając katalogi aukcyjne można odnieść wrażenie, że panuje w nich lekki chaos. Oczywiste, że spora część nazwisk autorów powtarza się. Większość prac jest nierówna, wtórna, czasem wręcz nieestetyczna. Ale czy to wina artysty, który chce sprzedać i gorsze prace? Innym czynnikiem jest cena aukcyjna wobec ceny galeryjnej. Zdarzają się prace artystów związanych z galeriami – z wtórnego rynku. W przypadku gdy cena na aukcji jest wyższa lub taka sama jak w galerii – nie ma problemu. Gorzej, kiedy jest odwrotnie.

Oczywiście istnieje grupa twórców, którzy radzą sobie całkiem nieźle na aukcjach tego typu – ich nazwiska są już dobrze rozpoznawalne, uzyskują wysokie notowania i mogą się utrzymać ze sprzedaży swych prac.

Analizując rekordy końcowe aukcji młodej sztuki można stwierdzić, że zazwyczaj sprzedaje się ok. 90% licytowanych prac. Są artyści, których prace osiągają ceny zbliżone nawet do 6-7 tys. złotych. Padają nawet rekordy powyżej 10 tys. przy startowej 500 zł. Jak to przekłada się to na zysk artysty? Kwestia polityki pieniężnej zależy przede wszystkim od domu aukcyjnego. Jednak zazwyczaj – po odliczeniu kosztów pochłanianych przez organizatora aukcji – twórca dostaje ok. 50% wylicytowanej kwoty, od której musi jeszcze odprowadzić podatek. Czasem więc cała zabawa nie jest warta zachodu, gdyż uzyskana kwota nie pokrywa nawet kosztów materiałów.

Tak na dobrą sprawę, decyzja o uczestniczeniu w aukcjach młodej sztuki należy przede wszystkim do artysty. Jednak byłoby dobrze, gdyby była to sprawa przemyślana.

Nie ma co nastawiać się na odkrycie drugiego Sasnala.

Na ewentualny wzrost notowań młodego twórcy wpływa wiele czynników: miejsca wystaw, obecność w ważnych kolekcjach instytucjonalnych, czy prywatnych, liczba recenzji w prestiżowych tytułach (chociaż tych jakby coraz mniej). Nikt normalny i odpowiedzialny nie zagwarantuje określonego zwrotu z inwestycji.

Kto kupuje? Najczęściej są to osoby trzydziestoparoletnie. Jedni kupują z myślą o wystroju mieszkania lub biura, inni poszerzają swoje kolekcje.

Są galerie, których wybory okazują się strzałem w dziesiątkę. Ale bez reklamy. Stałe wizyty na ASP mogą tylko przyprawić o ból głowy. Poziom niektórych dyplomów można porównać do prac przedszkolaków. Strach pomyśleć – skoro tak malują teraz, to jak było, gdy zaczynali?… O trwałości czy jakości prac za kilka tysięcy też nie chciałbym się wypowiadać. Przypomniała mi się historia znanej businesswoman, która zadzwoniła do mnie mówiąc, że obraz jej spada z blejtramu. Wprawdzie miejsce w którym wisiał było dość ryzykowne (na zewnątrz budynku), ale zaledwie niespełna rok. A obok wisiał obraz ponad stuletni – bez uszczerbku. Pytam: gdzie WARSZTAT ?!

Nie słychać już opowieści o zakupie dyplomu studentów na korytarzach ASP przez tzw. kolekcjonerów.

Najważniejsze mieć to co się chce z opcją o ile na to mnie stać, czasami pusta ściana wygląda lepiej!

Dla MOMArt_ Tomasz Darowny

27
Apr

Malarz, który został Świerzym

Udostępnij:

Był antytezą karierowicza-celebryty. Zdystansowany, introwertyczny, nie zabiegający o poklask. Nad uczestnictwo w nagłośnionych „iwentach” przedkładał kolację w niewielkim gronie naprawdę bliskich mu ludzi. Chronicznie nie znosił tłum; zżerała go trema, gdy miał przemówić do większego grona. Nawet do studentów z pracowni plakatu głównie… milczał.

Niedostępny, bo nieśmiały

Przypadkowym znajomym wydawał się nieprzystępny, zamknięty, złośliwy. Wszystko przez to, że bezbłędnie wyczuwał głupków, lizusów, cwaniaków. Wtedy bywał morderczy w słowach. Rzucał zdanko, pół zdania, słówko. W jego opinii postaci czy zjawiska niegodne uwagi nie zasługiwały na większe wydatkowanie energii.

Bliscy mu ludzie wiedzieli, że to ciepły i czuły, wręcz nadwrażliwy facet. Umiał przyjaźnić się i kochać. Pamiętam – przy mnie nie wstydził się wyznawać swego uczucia do Magdy, żony.images-3 imgres-1 images-4 images-10imagesimages-8 images-7

Czerwony szalik

Wydawał się nie tyle długowieczny, co wieczny. Jego śmierć była zaskoczeniem. Kiedyś wypełniał „salonową ankietę”. Jedno z pytań brzmiało „jak chciałbym umrzeć”. Świerzy odpowiedział: zdrowy – na leżąco. Właściwie mu się spełniło… Chorował tak krótko, że mało który z przyjaciół o tym się dowiedział; z tego powodu mało kto odwiedził go w szpitalu. Ja nie zdążyłam. Może dobrze – zapamiętam go we wściekle czerwonym szaliku, a nie w piżamie, z uroczym łobuzerskim uśmieszkiem, z którym wygłaszał niepopularne opinie. Zapamiętałam, jak śpiewał do zapalniczki, która miała udawać mikrofon, a Waldek – piosenkarza. Kolebał się w rytm jakiegoś sentymentalnego utworu, robił smutne miny i był przy tym tak zabawny, że wyliśmy ze śmiechu. Urodzony parodysta. Doskonały obserwator. Muzyk, za którego grali inni.images-6 imgres images-4 images-5

…Urodziłem się 9 września 1931 roku w mieście, które za mojego życia czterokrotnie zmieniało nazwę – z Katowic na Kattovitz, potem na Stalinogród i znów na Katowice – tak zaczynał autobiografię. „Chciałem być malarzem, a zostałem Świerzym”, dodawał. I na tym kończył. Wyciąganie z niego zwierzeń czy komentarzy do jego własnej sztuki wymagało cierpliwości i podchodów. Pytany, jak określić jego specjalność, mawiał, że jest „patrzaczem”. Kimś, kto umie patrzeć i zapamiętywać. Potrafi namalować „z głowy” podobizny bądź karykatury znajomych, polityków, aktorów; z pamięci odtwarzał czołg T-34, konia, kanarka, gitarę, postaci ulubionych jazzmanów…

Gitary nie zawracał – za młodu grał na tym instrumencie w studenckim zespole. I całe życie miał melodię do muzyki. Zawsze towarzyszyła mu przy pracy (miał gigantyczną kolekcję winyli, ciasno ustawionych na specjalnie robionych półkach; potem ze względów praktycznych przerzucił się na CD). Bawiąc za granicą, znikał na całe dnie w… sklepach muzycznych. Ta pasja odzwierciedliła się w serii „Jazz na plakacie”.

Ideał kobiety i kobiet

W życiu prywatnym – zdeklarowany domator. Opuszczał mieszkanie na warszawskiej Starówce wyłącznie kiedy musiał. Potrafił przesiedzieć tydzień, dwa, nie czując żadnej potrzeby bodaj spaceru. W związkach wierny. Z pierwszą żoną Teresą miał córkę Dorotę, japonistkę. Kiedy była dzieckiem, nie bardzo wiedział, jak z nią postępować – nie umiał niczego zakazywać ani nakazywać; nie umiał wychowywać. Za to gdy stała się bystrą małolatą, znalazł z nią porozumienie jak mało z którym kumplem. Potem tak samo znakomicie dogadywał się z trójką wnuków (gdy podrośli). Powtarzał – nie rozumiem, co znaczy konflikt pokoleń.

A kobiety? Oto jego ideał: piękna, ciepła, dowcipna, dobra, zgrabna, utalentowana, fotogeniczna szatynka. Taka, jak pewna studentka poznańskiej PWSSP. Magda zapisała się do pracowni plakatu i… zakochała się w znacznie starszym od siebie profesorze. Z wzajemnością. Powie ktoś – klasyka. Ale u nich sprawa nie ograniczyła się do romansu. Dla obydwojga to była miłość życia, do końca życia.

Zdaniem Magdy, współbycie z Waldkiem to sama przyjemność. Nie bywał uparty, z łatwością dawał sobie coś wyperswadować. Nigdy nie nudził, nawet kiedy milczał. Humor pogarszał mu się tylko wtedy, gdy nie szła mu robota – czyli prawie nigdy.

Dziś Magda odmawia wspominania, przywoływania męża. Rozumiem ją – na razie za bardzo boli.imgres-2 images images-3 images-2 images-6 images-5 images-9

Więc na koniec – trzęsienie ziemi. Nawiedziło Los Angeles w roku 1999, a choć uderzyło w pustynię i nie zgarnęło ofiar śmiertelnych, zatrzęsło całkiem solidnie. Mieszkaliśmy w tym samym hotelu, zaproszeni na otwarcie wystawy „Wątki westernowe w plakacie polskim”. Budynek kolebał się na boki, żyrandole tańczyły, otwierały się szafki. Magda uczepiona mężowskiego ramienia nie puściła go ani na minutę, nawet na pójście do toalety. Jak ginąć, to razem!

Przeżyliśmy. Przecież Świerzy miał zawsze szczęście. Do końca.

26
Apr

Kariera niepolityczna – cz. 2.

Udostępnij:

Stan wojenny. Nie czułam się zasłużona dla podziemia. Po prostu nie odbiegałam od antykomunistycznej normy. Spontanicznie biegałam od znajomych do znajomych (mróz był, nic prawie nie jeździło, ale grzała wściekłość); naradzałam się w Galerii Krytyków i w Formie (była taka galeria na Jasnej), roznosiłam wieści. Poza tym robiłam „Dedykacje”, takie czarne rysunki dedykowane ludziom ze środowiska. „Dedykacje” traktowałam jak korespondencję. Osobiście wręczałam „listy”, prosząc o odpowiedź w dowolnej formie. Na minimalną skalę, integrowałam rozbity świat.

Bojkotowałam galerie, jak inni. Wystawialiśmy tylko w prywatnych mieszkaniach i w kościołach. Wszystkie pokazy miały manifestacyjny charakter: precz z komuną! Większość zorganizował Janusz Bogucki. Kiedyś złożył u mnie specjalne zamówienie. Miałam narysować dyptyk, Alfę i Omegę. Długo ślęczałam, misternie pokrywając cienką tekturkę grafitem. A w Świętym Krzyżu (tam była wystawa) wilgoć. Papier paskudnie spuchł, cały wysiłek diabli wzięli. Zdjęłam dyptyk, ale na pamiątkę wykonałam kopię. Tym razem na drewnianym podkładzie. Trzymam w szafie do tej pory.

Stan wojenny odwołano, lecz aura nadal nie sprzyjała sztuce, wystawom, pisaniu krytyk. Wciąż pracowałam nad cyklem „Dedykacji”. Niedochodowa robota. Czymś trzeba było zarobić. Wymyśliłam zajęcie pożyteczne i apolityczne: do kościołów dochodziły ciuchowe zrzuty; ludzie wymieniali się nimi między sobą. Doradzałam, co i jak przerobić, uatrakcyjnić. Tak jakoś samoistnie zaczęłam szyć patchworki ze starych swetrów, T-shirtów, dzianin. Posypały się zamówienia, nawet baby z zachodnich krajów brały, bo to rękodzieła, niepowtarzalne, za psi grosz, czego świadomości nie miałam. Żyć za coś musiałam, sierotką już będąc. Zostałam specjalistką od mody. Poznałam fotografów: Tadeusz Rolke, Janusz Sobolewski, Marek Czudowski. On też żyć za coś musieli. Na stylistkę mnie angażowali. Brałam z szafy własne dodatki, pożyczałam od znajomych szaliki i swetry, wzbogacałam skromny makijażowy asortyment o farby tempery, pigmenty, spreje. Cud, że modelki nie nabawiły się łuszczycy czy innych liszajów. Dziewczyny czasem profesjonalne były, innym razem amatorki, dupska bez wdzięku. Dwie moje faworyty – Lidka Popiel i Małgosia Niemen do dziś zachowują urodę i klasę, ja do nich sympatię. Ogólnie, super zabawa.

Zdarzył mi się epizod z wyborami Miss Polonii. Sobolewski i Czudowski pstrykali foty prowincjonalnym pięknościom, ja przysposabiałam je do kontaktu z obiektywem. Niektóre zupełnie surowe były. Makijażowałam, stroiłam we własne łachy, które nie zawsze do mnie wracały…

Przy tej robocie zapoznałam fryzjera Marka. Oryginał. Miał artystyczne zapędy i słabość do ludzi sztuki. Od takich nie przyjmował gratyfikacji. Mnie też strzygł za darmo, niestety. Ciepał moje marne włosiny w natchnieniu, asymetrycznie. Nazywał to rzeźbieniem głowy. Po takiej operacji odwoził do domu. Był obezwładniająco przyjacielski i kompletnie ślepy na poczynione mej głowie krzywdy. Gdy po raz kolejny oszpecił, poryczałam się jak dziecko. To był koniec Markowych eksperymentów, których konsekwencją stało się wielomiesięczne noszenie turbanów i innych kombinacji zakrywających czaszkę,

Wracając do zdjęć. Tadeusz Rolke nie ograniczał się do mody. Kiedyś dostał zlecenie na Janusza Olejniczaka: utwory Chopina na długogrającym analogu. Wywieźliśmy fortepian w szczere mazowieckie pola. Zima, śnieg. Malowniczo, lecz chłodnawo. Olejniczak trząsł się na mrozie, lekko siniejąc. Zrobiłam go na biało – gęba, włosy, koszula. Wtopił się w pejzaż. Wyszło awangardowo. Następna była Kora i Maanam na okładkę „Nocnego patrolu”. Załapałam się na okładkowy kadr: widać moją stopę w czerwonych bucikach i nogawkę amarantowych portek.

Potem była Kora solo do kalendarza. Miejsce akcji: pracownia Eda Dwurnika w bloku na Sadybie. Mała, zastawiona płótnami. Spędziliśmy tam z tydzień. Kora wyluzowana, wszystko pozwalała z sobą wyczyniać. Po sesji pakowała się do wanny i doszorowywała do białości. O ile wiem – bez uszczerbku na zdrowiu.

Z czasem, nieśmiało, zajęłam się modą w „Płomyku”. Odbiorcami tygodnika były nastolatki, a w tym wieku każdy chce się ubrać, nawet w kraju biednym jak PRL. Rysowałam ciuchowe kompozycje z komentarzami. Zebrało mi się sporo fajnych plansz. Tak powstał pierwszy tomik ciuchowy (w wydawnictwie Watra); potem następny. Do kolejnej książeczki wykorzystałam pomysły z pocztówek dla KAW-u (wyjaśniam skrót: Krajowa Agencja Wydawnicza). Mieli cykle poradnicze, ja skupiłam się na przeróbkach i patchworkach. Im właśnie – pracom z łatek, poświęciłam trzecią modową książkę. Męczyłam się z nią dobrych kilka lat. Niekończące się sesje fotograficzne, ciągłe poszukiwania atelier i miejsc do zdjęć. Goniłam po Warszawie obładowana jak handlara, z torbiskami pełnymi szmat. W mieszkaniu, obok płyt przygotowanych do malowania i arsenału narzędzi plastycznych, rosły sterty łachów do pocięcia. Cygański obóz. Wreszcie ukazał się tomik o tych bieda-kreacjach („Łatki, skrawki, kawałki” zatytułowałam). Tylko okładka była kolorowa, też moje dzieło. W wydawnictwie zdecydowano, że foty będą czarno-białe! A atutem moich ciuchowych układanek były barwy, tonacje, odcienie. Trudno. Żeby nie polec przez beznadziejny poziom edytorski, wycinałam sylwetki modelek, naklejałam na biały karton. Każdą stronę komponowałam inaczej, nawet teksty ustawiałam rozmaicie, pod różnymi kątami. Tyrałam tygodniami. Wyszło cacko. Myślicie, że sukces? Skąd. Cienki papier przebijał, kształty rozmazywały się, nie było widać zróżnicowanych faktur. Zadowolony był tylko fotograf, który zgarnął imponującą kasę. Wedle cennika. Mnie wypłacono honorarium za okładkę i teksty, których prawie nie było. Starczyło na miesiąc. Postanowiłam: koniec z dłubaniem szmat. Szuu! Wywaliłam wory resztek.

Był jednak zysk: rozeznałam się w modzie, opanowałam historię stroju. Dostałam działkę w kwartalniku „Moda”. No i wciąż współpracowałam z fotografami. Tak dociągnęłam finansowo do wielkiego przełomu.

 

Tu poniżej – zdjęcia nie z moimi ciuchami ani moim udziałem, ale jakoś w klimacie. Tych sesji, w których brałam udział, nie ma w sieci. Na szczęście, pozostały mi pocztówki KAW-u (z niektórych skorzystała Paulina Ołowska do swej obecnej wystawy w Zachęcie), książki Watry i rysunki (oryginały). Tekstów ani wycinków chyba już nie mam…  Najlepiej zachowana jest dokumentacja dorobku Tadeusza Rolke – bo żyje i są ludzie chętni na schedę po nim. Po Januszu Sobolewskim – ani śladu. Po Marku Czudowskim? Nie wiem, nie mogę znaleźć.

images-2 imgres-7 imgres-6 imgres-5 imgres-4 imgres-2 images imgres-1 imgres-3 imgres bilde

26
Apr

Kariera niepolityczna – cz. 1

Udostępnij:

Jak do trzydziestki nie zrobisz kariery, masz przechlapane. Udało mi się zmieścić w terminie. Jeszcze studentka ASP, zadebiutowałam w mediach. Szczęśliwy traf, który przyjęłam za regułę. Było tak: przeczytałam w tygodniku „Kultura” artykuł na artystyczne tematy i poczułam potrzebę zapolemizowania z autorem tekstu, etatowym redaktorem kultowej gazety inteligenta, zarazem moim profem od historii sztuki. Miał chłop klasę. Nie odął się na mój tupet, dał maszynistce do przepisania i kazał wydrukować. Rozpalił we mnie ambicję. Pióro w łapę i dalej!, krytyki wypisywać. Sądy miałam ostre, buńczuczne, niepoprawne. Aż pan Andrzej Osęka mnie dostrzegł, z czymś tam, co wydrukowałam, raczył się nie zgodzić, dać publicznie wyraz. Z wycinkami z „Kultury” wystartowałam do „Literatury”, drugiego kultowego tygodnika inteligenta polskiego. Przyjął mnie Jerzy Putrament. Stary, ze słuchem już nie bardzo. – Kto? Nałkowska? To proszę, niech pisze.

.11cda77dfb_thumb images imgres imgres-2 imgres-1

Poczułam się dowartościowana. Kombinowałam, żeby nie pisać standardowo, jak ognia unikałam banałów/komunałów. Formę literacką szlifowałam ręcznie. Gryzmoliłam kilka wersji, żeby czysto było, bez skreśleń. Na jakieś imieniny czy pod choinkę mama sprawiła maszynę walizkową. Była wykuta z żelaza powleczonego sraczkowatym lakierem. Ważyła tonę. Chodziła jak czołg. Czcionki przebijały w taśmie dziury; kupowałam nową taśmę, zakładałam na rolkę, paskudząc się czarnym smarem. Pisałam w trzech kopiach; pierwsza elegancka, na bieli, dwie pozostałe na przebitce przypominającej burą bibułę. Bum, bum, waliłam w klawisze i cały postgomułkowski blok słyszał, że panna ma wenę. Kiedyś ktoś przyszedł z upomnieniem – Boże Ciało, a ja walę jak w bęben, świętość lekceważę, śpiewy zagłuszam.

Ale nie udało się zdusić we mnie żywiołu krytycznego. Po trzech latach miałam dorobek wystarczający, żeby aspirować na członka Stowarzyszenia Dziennikarzy. Przedłożyłam wymagane rekomendacje: jedna pochodziła od geja z telewizji, druga od szefa Galerii Krytyków, gdzie udzielałam się jako krytyczka właśnie. Zero kumoterstwa, dziś rzecz nie do pomyślenia. Przyjęli.

A w kraju – Solidarność! Strajki, niezgoda na komuchowe panoszenie, w mediach poszukiwania młodych nieskażonych umysłów. Na mnie padło, znów przypadkiem. Zaprosiła mnie wpływowa kobieta z radiowej Jedynki, której córka była w tym samym co ja wieku. Tak dostałam cotygodniowy felieton w codziennej kulturalnej audycji (takie czasy były!). Czytałam moje teksty. Komplementowano mnie, że mam talent przystępnego tłumaczenia artystycznych zawiłości.

A ja drżałam na widok mikrofonu. Przemagałam tremę, pisząc teksty, które odczytywałam, siląc się na naturalność. Jak się pomyliłam, zaplułam, zająknęłam, trzeba było podczyścić na montażu. Takie czasy, takie wymogi. Żebrałam u starszych radiowców o pomoc. Po dwóch czy trzech lekcjach pokazowych odesłali z kwitkiem. Wtedy ojciec okazał się ojcem. Montażu nauczył, udzielił cennych rad. Nie było łatwo – archaiczny stół montażowy, taśma z nagraniem na wielkich szpulach-talerzach, przygotowany nożyk chirurgiczny do cięcia, do brzegu stołu przyklejone skrawki przylepca. Wsłuchiwałam się w charkoty i chroboty w spowolnionym tempie, wycinałam wszystkie „eeee”, „yyyyy”, przydechy, westchnienia. Rękodzieło.

Z radia przeskoczyłam do TVP. Kolejny cud: zaprosili do Dziennika, kultura była wtedy ważna. Prócz tego miała odciągnąć ludzi od polityki. Dostałam zadanie: prezentować wystawy, z ekipą do galerii biegać, komentować. Bez żadnej przynależności, bez pleców! A co gorsza, bez żadnego doświadczenia. Udało mi się jeden materiał stworzyć i bum! Stan wojenny.

W tym momencie zaniechałam medialnej kariery. Nie wahałam się ani minuty, sterowana odruchem moralnym: nie będę na usługach mediów, czerwonych, wrażych, zaprzedanych. Nie znalazłam w rodzinie zrozumienia. Awantura ze starym, że w radio wciąż siedzi (choć on tylko zajmował się dźwiękiem); on – że to on się poświęca, że ktoś przyzwoity musi trwać na stanowisku..

 

Tu uwaga: nie mogę znaleźć w sieci ŻADNEGO zdjęcia mojego ojca. Udało mi się wyciągnąć kilka fot ludzi, którym zawdzięczam start: okładkę książki Andrzeja Osęki, Macieja Gutowskiego, jego żonę Magdę Hniedziewicz-Gutowską i Andrzeja Matynię. Nie żyje już Maciek, mój profesor i mentor; Andrzej Matynia, który bez obciachu rekomendował mnie do SDP (wtedy to był cud, wydarzenie, żeby dwudziestokilkulatka tuż po studiach trafiła do grona znakomitości). Tamci ludzie nie bali się pomagać tzw. młodym zdolnym. Nie formowali sieci ani układów. Nie wiem, byli czy nie partyjni (Matynia na pewno był). Ale nie paraliżowali kariery innym, o innych przekonaniach.

25
Apr

Miękkie lądowanie z trzepaka

Udostępnij:

Paulina Wilk, lat 34, ma opanowany warsztat reporterski; zna się na pisaniu tekstów publicystycznych; wie, jak zbudować zdanie oraz napięcie; potrafi efektownie rozpocząć artykuł czy rozdział.

Tak właśnie brawurowo otwiera swą drugą książkę „Znaki szczególne” – podkładaniem złotówek pod koła rozpędzonego pociągu Berlin-Moskwa. Chodzi o PRL-owskie monety – z białawego, tandetnego metalu, łatwe do rozgniecenia na blaszkę. Łatwe też do przewiercenia na wylot (kiedyś kursował dowcip: Jak podnieść wartość złotówki? Wywiercić dwie dziurki i sprzedawać jako guziki za 1,50 zł).

Więc od tego Paulina zaczyna autobiografię. Od dziecięcych zabaw w mało romantycznych okolicznościach przyrody. I w ogóle w nieciekawych okolicznościach ekonomiczno-politycznych.

Urodziła się rok przed stanem wojennym – ale lata szczenięce spędziła pod czułą kuratelą rodziców, nieświadoma, że służą wrażemu systemowi. Jej ojciec służył w sensie dosłownym – w szeregach armii. Jeśli wierzyć pamięci autorki „Znaków szczególnych” (a nie ma powodu, żeby nie), jej mama sceptycznie odnosiła się do soc-propagandy. Jednak Wilk nie próbuje oceniać postaw ani wyborów rodzicieli.images images-1 Wilk_Znaki_m

Skupia się na trzepakowych problemach – własnych i rówieśników. O dzieciństwie pisze z lekką nutką nostalgii, jednocześnie ze swadą. Zręcznie dobiera i szkicuje obrazy charakterystyczne dla schyłkowego PRL-u. Jest sobą, Paulą W. – zarazem przedstawicielką pokolenia.

A mnie podczas lektury zapala się lampka ostrzegawcza – tak miała mięciutko, milutko, bezpiecznie? W domu ani mru, mru o brakach w sklepie, o narastającej niechęci do władz? Żadnego konfliktu? Nie czuła, że tuż obok coś jest nie halo? Przecież dzieci są doskonałymi papierkami lakmusowymi, instynktownie odbierającymi nastroje… No dobrze, niech będzie, że akurat ona nie wykazała się instynktem – miała ledwie dziewięć lat, kiedy nastąpił Okrągły Stół i nasz wiekopomny przełom.

Po nim państwo Wilk robią, co w ich mocy, żeby dzieci (jest jeszcze syn) pchnąć na właściwe tory – każą uczyć się języka angielskiego. Jak przebiegały te dodatkowe lekcje, Paulina rozpisuje się na kilku stronach. Język Szekspira uważa za przepustkę do wielkiego świata, do którego może w każdej chwili wpaść, na kilka dni lub znacznie dłużej. Z czasem coraz częściej wypady funduje jej korporacja (redakcja „Rzeczpospolitej”), szczęście i nieszczęście w jednym – bo oto zły kapitalista zwalnia utalentowaną i wszechstronną dziennikarkę, nie bacząc na jej zalety. Wilk jest w dole, lecz dzięki tej pierwszej życiowej klęsce zrywa się do prawdziwej samodzielności – zakłada z koleżanką własny mini-biznes, sprofilowany na kulturę.

Tyle mniej więcej dowiadujemy się o autorce za sprawą części autobiograficznej „Znaków szczególnych”. Pomijam fragmenty dotyczące jej miejsca zamieszkania (czteropiętrowy blok, gdzie nikt się nie zna, gdzie zaginęła instytucja „sąsiada”) – bo podpadają już pod inny temat, stanowiący trzon książki: refleksje i uwagi o kulturowo-socjologicznych przeobrażeniach zaszłych w mentalności oraz stylu bycia polskich obywateli między 1990 rokiem a ostatnimi miesiącami.

Żeby skondensować uwagi – życiorys Pauli Wilk jawi się nie tylko szczątkowo. Co gorsza, jest irytująco nieciekawy, pisany sztubacko, infantylnie, bez pazura, z którego słynie autorka. Powie ktoś – za młoda na autobiografię, za mało przeżyła. Nie w wieku pies pogrzebany, lecz w schematyczności opisanych wydarzeń. W wyświechtanych trzepakach, wylakierowanych meblościankach z Emilii (sklepu meblowego), w banale spostrzeżeń. Przecież do trzydziestki niektórym zdarza się PRAWDZIWE ŻYCIE. Tu nie ma nic, co godne zapamiętania.

W tą słabiutką literacko materię Paulina Wilk wplata publicystykę. Współczesną, gorącą. W dużej mierze już znaną z jej prasowych wystąpień. I kolejny zarzut: to, co wydaje się fajerwerkiem w krótszych tekstach, w książce blednie, rzednie, psują się temu zęby, nie tylko przednie.

Do tego to nieznośne używanie zaimka „my” zamiast liczby pojedynczej! Paulina wygłasza bądź to mądre, trafione uwagi, bądź gładkie komunały o swoim pokoleniu. Jakby nie dostrzegała rozwarstwienia, pogmatwania i zróżnicowania postaw. A przecież to jej przypadek był szczególny – gdyby pochodziła z innej rodziny, na pewno inaczej zapamiętałaby stan wojenny. Nie uważałaby naukę angielskiego za ewenement, czy w ogóle znajomość kilku języków obcych. Nie miałaby takiego nabożeństwa do podróży. Zabawne – to ja, z pokolenia jej rodziców, dostrzegam spolaryzowanie w jej generacji. I widzę innego typu zmiany, jakie zaszły w mentalności urodzonych pod koniec lat 70. oraz na początku następnej dekady. Słowem – rozczarowanie.

Na „Znakach szczególnych” większość krytyków nie zostawiła suchej nitki. Mimo to popularność autorki rośnie; jej książka sprzedaje się znakomicie. Wniosek: tego typu opracowania są potrzebne. Zwłaszcza pokoleniu, które przejrzy się w nich, jak w lustrze.

 

Paulina Wilk „Znaki szczególne”, Wydawnictwo Literackie, 2014, ISBN: 978-83-08-05330-0

24
Apr

Mój wujaszekj

Udostępnij:

 Najgorszy jest strach. Że dostałeś od życia bonus, za który przyjdzie uiścić opłatę i nie wiesz, czy cię stać. Nie zasługujesz przecież na premię, ktoś tam w górze się pomylił. W moim mniemaniu, nie zasługiwałam na wakacje w ekskluzywnej podwarszawskiej miejscowości, w willi z ogrodem, z psem, kotem, kurzą fermą, służącą, ciocio-babcią, ciotką, wujem, kuzynką. Kolejność właściwa. Krewnych znałam, naddatkiem były zwierzęta, duża zielona przestrzeń dookoła domu i gruba pani krzątająca się w kuchni. Spłacałam więc cud, choć nikt tego wyraźnie nie wymagał. Krzątałam się ze szczotą, ścierałam kurze, pieliłam chwasty. Kuzynka, rok starsza, opierdalała się słusznie i przykładnie, lecz w tym jej nie naśladowałam. Czułam przymus bycia użyteczną, choć miałam wakacje, a na świadectwie same piątki. Ale strach, strach, rany boskie!

Miałam sposoby na odczarowanie lęków. Wtulałam się w zwierzęta, zastępujące lalki. Wsadzałam do taczek imitujących wózek psa razem z kotem, jedno i drugie w wieku szczenięcym. I wiecie, osiągnęłam pedagogiczny sukces, one się pokochały! Zrywałam czereśnie, sadowiąc się na wysokiej gałęzi, jak Baron Drzewołaz. Zbierałam żuki, polewałam czekoladą, wsadzałam do lodówki. Łakocie takie. Rodzina, ta z willi, miała inne plany na moje wakacje.

Ciocia-babcia, babcikiem zwana: – Zjedz kurczaczka, świeżutki, kiedy ty to potem będziesz jadła, niebożątko, matka w pracy…

Ciocia, moja chrzestna: – Taka zdolna jesteś, moja krew, moja krew, ale tatusia to ci Bozia nie dała dobrego, oj, nie, oj, nie…

Kuzyneczka, strosząc fioki: – Małka, przyjedziemy wieczorem, pilnuj chaty.

I tyle ją widziałam, pomknęły z mateczką, moją ciocią, na warszawskie zakupy. Tu na scenę wkracza mój wujaszek. Zastaje mnie letnim popołudniem na tarasie z książką (o, debilko!) w łapach, z mokrym rowkiem między rozkwitającym w przyspieszonym tempie biustem. Już wydałam z siebie wkład w porządek ich wypasionej willi, wypociłam przy pucu, teraz cieszyłam się odpoczynkiem z lekturą w spracowanej dłoni. Wujaszek zygnął na moje młodociane i jeszcze pulchne ciało. Nigdy nie lubiłam dziada, z wzajemnością. A tu siurpryza – dziad w lansadach! Łasi się, zaprasza do wnętrza. Jego panie w stolicy, babcik gdzieś między kurami, my sami. Nie wiedzieć czemu, strach mnie obleciał. Umknęłam do łazienki, zamknęłam na klucz. A tu on się dobija, że potrzebuje, musi, coś tam chce tu teraz natychmiast. Pokorna służka, otwieram i nura mu daję pod ręką rozkazującą, uniesioną, na framudze wspartą. Łubudu, na górę. Tam on za mną.

Popatrz, jaki ładny; powąchaj, jak ładnie pachnie, zagaja i fiuta pcha przed oczy, które odwracam, odwracam, bo nie znam i nie chcę. Wozduch, owszem, czuję, bo w nozdrza wwierca się ten cały Old Spice czy coś równie wyrafinowanego, czym oblał się nie oszczędzając na Wielkanoc. Ale kto bogatemu zabroni. Bogaty czy nie, wstrętem napełnia. I strachem. Bo on między skamleniem o rączkę, jedno dotknięcie, groźby mi posyła. Nie mówić nikomu, nasza tajemnica, i tak nikt nie uwierzy. Wtedy baby wracają, jestem uratowana. Przed czym? Sama nie wiem. Bo, nie wiem, czy skumaliście, jestem jeszcze dzieckiem. Mam dwanaście lat, idzie mi na trzynasty. Cyc mi wyrósł bez mojej woli ani zainteresowania, jak zrobić z niego użytek. Wujaszek wiedział. Podniecała go nagonka na durną młódkę. Nadeszły święta Bożego Narodzenia, Wigilia w rodzinnym, kochającym się gronie. Ciocia, może ciocio-babcia posyła mnie po weki do piwnicy. Wisz, na której półce…Wujaszek wyczaił, pomyka za mną schodami od garażu. I znowu przyciska całą dorosłą, męską osobą, obłapia, chce międlić. Znów robię piskorza. Wymykam się i chodu! Na górę, do ludzi, gwaru i całego choinkowego uniesienia. Wygrywam, jestem szybsza.

Siedzimy przy tej wilii, a ja trzęsę się w środku. Każą jeść barszczyk, świętować, cieszyć się choinką pod powałę. Tu mateczka, dopuszczona do stołu biesiadnego rozwódka z córcią, w poczuciu własnej gorszości startuje z jakąś siłowo żartobliwą kwestią. Jej perlisty śmiech ją dekonspiruje. Też targa nią strach. Ale stara się, biedaczka, dostosować do ogólnoświątecznej aury. Wujaszek nie zna zmiłuj. Cierpkim słowem kosi rodzicielkę. Nie ripostuję, jeszcze nie ten czas, żebym czuła się mocna w gębie, zwłaszcza wobec adwokata, słynnego papugi, co bronił zabójców najgorszego autoramentu i wygrywał, pobierając suty haracz od ich rodzin. Tylko patrzę, ale jakoś tak brzydko, że cioteczka-chrzestna nie wyrabia, od stołu mnie odciąga ze słowem nagany: Jak tak masz patrzeć na wujka, to nie przyjeżdżaj!

No i nie przyjeżdżałam. Długo, przez wiele lat. Bo rykiem moim wielkim ta Wigilia zakończyła. Aferą rodzinną. Sądem nade mną, bez adwokata ani ułaskawienia. Wyrok: prowokowałam, kokietowałam, kusiłam biednego samca. On niewinny, bezsilny wobec potęgi młodocianej dupencji.

Sprawa rozwiązała się sama, kiedy wujaszek objawił się bigamistą. Po całości. Tu willa, rodzinka; w Warszawie druga kobieta, kolejna córunia, mieszkanko; gwarancje, plenipotencje, czułości. Wtedy gęby ciotek, babć, krewnych i znajomych królika nagle rozwiązały się. Opadł czador hipokryzji. Samiec był seksoholikiem. Rżnął, co miało szparę między nogami. Dowalał się (z różnym skutkiem, lecz o tym sza!) do szwagierki, teściowej, nawet grubej służącej. Lista długa.

Byłam kiedyś na filmie „Mój wujaszek”. Mój też zasługiwał na film. Nakręciłam go sobie w głowie. Zapamiętałam.imgres images Moj-wuj-2-J.Tati images-1 urlimgres-5 imgres-6 imgres-4 imgres-2 images imgres-7 imgres-3 imgres imgres-5 images-1 imgres-1

 

23
Apr

„lewa“ sygnatura czy żadna ?

Udostępnij:

Sygnatura (średniowieczna łac. signatura – oznaczenie, pieczęć; łac. signare – znaczyć, pieczętować) – znak lub ciąg znaków stanowiący jednoznaczny, niepowtarzalny identyfikator obiektu, przedmiotu lub dokumentu.

Średniowiecze to okres, w którym, z bardzo nielicznymi wyjątkami dzieła nie miały podpisu konkretnego artysty – były anonimowe. Artysta miał status zwykłego rzemieślnika, w jego pracy liczyło się zaangażowanie oraz mistrzostwo wykonania, a nie on sam.

Sytuacja ta zmieniła się w dobie renesansu. Wtedy twórcy zaczęli podpisywać swe prace (uzupełniane były często łacińskimi formułami). Artyści tej epoki zdali sobie sprawę, że każde dzieło sztuki ma niepowtarzalny charakter. Michelangelo Buonarroti (Michał Anioł) napisał w jednym z sonetów: „ … sztuka uczyniła mnie mistrzem i monarchą…“. W końcu doceniono rolę sztuki jak i artystów. Równolegle zaczęło rozwijać się kolekcjonerstwo. Ludzie zamożni kupowali i zamawiali obrazy u mistrzów, by potem móc je podziwiać i ozdabiać nimi wnętrza swych zamków i pałaców czy rezydencji. Obrazy i dzieła sztuki stały się wówczas towarem, a co za tym idzie – zaczęły osiągać określoną cenę. I dopiero wtedy zaczęto zwracać uwagę, kto był ich twórcą.

Z czasem przekonano się, że dzieło podpisane przez artystę – wcale nie musiało być przez niego własnoręcznie namalowane. Chodziło przede wszystkim o potwierdzenie, iż odpowiada ono wymogom i standardom warsztatu mistrza. Praktyka ta była dość popularna, a przykładem są m.in. pracownie tak wielkich artystów jak Raffaello Santi (Rafael), Rembrandt Harmenszoon van Rijn  (Rembrandt), czy późniejszych, naszych rodzimych artystów, m.in. takich jak Wojciech Kossak, czy Alferd Wierusz-Kowalski.

W 1968 r. powołano Rembrandt Research Project (Komisja do Badań Twórczości Rembrandta). Przed historykami sztuki, konserwatorami oraz chemikami stanął m.in. problem ustalenia wiarygodnego podpisu Rembrandta. Stało się to konieczne, bowiem w zbiorach muzealnych i kolekcjach prywatnych na całym świecie znajdowały się bowiem setki obrazów mających podpis mistrza.

Na bazie trzech podstawowych publikacji o charakterze katalogowym (są nimi: książki Wilhelma von Bode i Cornelisa Hofstede de Groota (1896-1905), Abrahama Brediusa (1935) i Horsta Gersona (poprawiona edycja katalogu Brediusa, (1969)) Komisja rozwinęła koncepcję katalogowania łącząc ją z wynikami przeprowadzonymi prac badawczych. Badane dzieła zostały podzielone na trzy kategorie: A – dzieła bezsprzecznie identyfikowane z Rembrandtem; B – dzieła których autorstwo Rembrandta nie jest potwierdzone, lecz niewykluczone; C – dzieła których autorstwo nie jest potwierdzone – związane są z kręgiem Rembrandta. Po wielu skomplikowanych analizach, z użyciem najnowszej technologii oraz pracy grafologów wyodrębniona została sygnatura, co umożliwiło wyeliminowanie z rynku znacznej liczby obrazów niesłusznie – jak się okazało – łączonej z artystą. Przyniosło to również zaskakującą dla wielu historyków sztuki niespodziankę. Okazało się, że poza wieloma fałszywymi sygnaturami, na pracach uczniów figuruje autentyczny podpis Rembrandta. Wyniki pracy zostały opublikowane, i wzbudziły sporo emocji. Zawierały bowiem negację autorstwa m.in. obrazu Mężczyzna w złotym chełmie ze zbiorów Gemälde Galerie Alte Meister (Galerii Starych Mistrzów) w Gemäldegalerie (Galeria Malarstwa)w Berlinie, który Komisja przypisała Johannowi Ulrichowi Mayrowi z Augsburga.

Mężczyzna w złotym hełmie, 1650, Gemäldegalerie w Berlinie - dzieło z kręgu Rembrandta, niegdyś przypisywane samemu mistrzowi

Mężczyzna w złotym hełmie, 1650, Gemäldegalerie w Berlinie – dzieło z kręgu Rembrandta, niegdyś przypisywane samemu mistrzowi

Ernst van de Wetering, asystent, członek zespołu RRP, a od 1970 prezes, współtwórca A Corpus of Rembrandt Paintings badając dwa dzieła z Kolekcji Lanckorońskich w zbiorach Zamku Królewskiego w Warszawie Dziewczyna w kapeluszu i Uczony przy pulpicie uznał po trzech weryfikacjach za autentyczne prace Rembrandta.

 

Mężczyzna w złotym hełmie, 1650, Gemäldegalerie w Berlinie - dzieło z kręgu Rembrandta, niegdyś przypisywane samemu mistrzowi

Mężczyzna w złotym hełmie, 1650, Gemäldegalerie w Berlinie – dzieło z kręgu Rembrandta, niegdyś przypisywane samemu mistrzowi

Udowodniło to, że zgodnie z tradycją cechową, podobnie jak średniowieczni mistrzowie, także i on kładł sygnaturę, jako potwierdzenie “jakości produkcji“ swojego warsztatu. Sygnatura może być niezmiernie ważnym elementem przy ustaleniu autorstwa obiektu. Jest często pomocna przy ustalaniu czasu, w którym powstał obraz. Musi jednak spełniać podstawowy warunek: powinno się mieć absolutną pewność o jej autentyczności. Od XVII wieku w handlu znajduje się wiele obrazów z fałszywymi bądź naniesionymi później sygnaturami.
Pamiętajmy, że wielu artystów często nie sygnowało swoich prac wcale, albo nieraz – częściowo. Z faktu, że dzieło jest sygnowane, wcale nie wynika, że jest autentyczne.

W przypadku obrazów to kryterium może być jednak ważne, jeśli sygnatura „siedzi“ w malaturze. To może być bezpośrednim argumentem na rzecz prawdziwości obiektu  (uwaga, już wcześniej niektórzy artyści byli fałszowani również za życia, co trwa zresztą do dziś). Jednak brak sygnatury nie czyni dzieła nieautentycznym. Znane są przypadki, że artysta nie do końca zadowolony z jakości dzieła – nie sygnował go celowo. Tak samo pojawiają się obiekty sygnowane przez niego później. Czasami po wielu latach kiedy obraz „dojrzewał”  i stawał się skończonym dziełem artysty. Kryterium sygnatury może pełnić rolę kryterium, negatywnego lub pozytywnego. Potwierdza autentyczność dzieła, lub jej zaprzecza na skutek niekompetencji fałszerza.

Sporą część dorobku twórczości Jana Stanisławskiego po jego śmierci podpisała żona. Podobnie rzecz miała się z Jackiem Malczewskim. Wojciech Weiss – szkice, rysunki – na odwrocie owalna pieczęć z napisem wokół: ZE ZBIORU DZIEŁ WOJCIECHA WEISSA. DOM ARTYSTY z faksymile monogramu wiązanego WW oraz numer, czasami rok powstania ołówkiem. Prace na papierze Andrzeja Wróblewskiego podpisywała jego matka. Obrazów olejnych (z nielicznymi wyjątkami) w ogóle nie sygnował, a jeśli już – to z tyłu i na pewno nie ołówkiem. Prace Alfreda Wierusza-Kowalskiego zapewniające mu dziesiątki lat powodzenia przyczyniły się do obniżenia poziomu artystycznego jego twórczości. Powtarzając wciąż te same tematy i motywy, pod koniec życia wszedł w okres masowej, niemal rzemieślniczej produkcji. W swojej pracowni zatrudniał uczniów do wykonywania kopii najbardziej poszukiwanych dzieł. On sam dopiero je wykańczał i sygnował własnym nazwiskiem. Epifaniusz Dworniak znany jako Nikifor, namalował kilka tysięcy obrazków. Podpisywał je, również sygnował pieczątkami podkreślając wartość swoich prac i siebie jako artysty: Nikifor Matejko, Nikifor Artysta Malarz, Mistrz z Krynicy. Wojciech Kossak był krytykowany za seryjną produkcję swoich obrazów – replik i wariantów kompozycyjnych. Malował ich coraz więcej w schyłkowej fazie życia, wiele spośród nich wykonał wspólnie z synem Jerzym. Nie raz sygnował namalowane przez Jerzego obrazy. Stanisław Ignacy Witkiewicz sygnował niemal wszystkie portrety, podawał ich typ, czas powstania (bardzo często nawet datę dzienną) oraz informację o zażytych środkach spożywanych w celach pobudzająco-twórczych. Takie były badawcze eksperymenty Witkacego. Z ich pomocą chciał określić, jaki jest wpływ poszczególnych specyfików na postrzeganie otaczającego świata oraz formę artystyczną powstających prac.

Z biegiem lat, obok podpisu pojawiają się w opisie informacje o wielkości i technice malarskiej, często naklejki z wystaw (bywa, że ten sam obraz ma naklejki z różniącymi się wymiarami, czy techniką malarską).

Książka Sygnatury malarzy polskich Tomasza Lewickiego wydana przez Fundację Dobrej Książki w 2000 r. (z późniejszym rozszerzeniem), z jednej strony niweluje, ale z drugiej – pogłębia rozterki kolekcjonerskie.

Dla MOMArt_ Tomasz Darowny

16
Apr

znajdź różnicę

Udostępnij:

Wszyscy pamiętamy z dzieciństwa grę „znajdź różnicę”, czyli poszukaj elementów, którymi różnią się obrazki.

Witkacy – firma portretowa. Przeglądając katalogi aukcji natknąłem się na… no właśnie – na co? Raczej na “coś”, bo inaczej tego nazwać nie można! Widząc taką ofertę na allegro czy ebayu nie okazałbym zdziwienia, ale tu?! Dom aukcyjny Nico Auctions, 4023 Kennett Pike Suite 248 w Greenville, DE 19807 w katalogu z 24 września 2013 (lot. 510).

nico_witkacy

Czytam opis: Bears Signature of Stanislaw Ignacy Witkiewicz / Medium: Pastel on paper / Polish Portrait of a Woman / Measures: 18 x 24 inches / Bears signature lower right & Dated lower right / Provenance: Private collection, Poland

Estimate $1,000-2,000. Starting bid: $500 – cena wywoławcza, jak i estymacja, powalająca… No i ta polska proweniencja… wprost od fałszerza? Bears Signature (nosi podpis / podpisano) of Stanislaw Ignacy Witkiewicz – poniżej  to coś, czym straszyć można nie tylko Panią Annę Żakiewicz!

20028068_1_l

Bardzo mnie ciekawi jakie używki dają taki malarski rozmach?

A jak było z oryginałem ? Po raz pierwszy pojawił się 6 marca 2010 r. w Desie Unicum (lot. 99) jako składowa zestawu czterech portretów rodziny państwa Maciaków. Zestaw rodzinny jakby niepełny – brak portretu starszego syna!

A komplet stanowiły: 1. Portret Heleny Maciak – pastel, papier, 66 x 52 cm, sygn. l.d.: Witkacy 1934 IV NP N (znak Pi) + (herb) (T.E) rysowane z zagwarantowaniem brandszlajchą; 2. Portret Heleny Maciak – pastel, papier, 69 x 49 cm, sygn. p.d.: Witkacy 1938 1/2 // NP1 N (znak Pi) 2 tyg (T.B) [Prz. Ok N4] – i właśnie o nim będzie dalej; 3. Portret Jadwigi Maciak pastel, papier, 68,5 x 48,5 cm, sygn. l.d.: Witkacy 20 XI 1936 Po wieczorku (T.E) + piwo NP N (znak Pi); 4. Portret Franciszka Maciaka pastel, papier, 64,5 x 49,5 cm, sygn. d.: Witkacy 1934 IV (T.B1) N (znak Pi) PN + cof=(Mer). Ta rodzina w pakiecie oferowana była za kwotę 160 tys., ale amatorów powiększenia rodziny za taką cenę nie znalazła.

Po trzech latach (12 marca 2013) próby sprzedaży podjął się Polswiss Art. Na aukcję trafiły tylko trzy elementy z zestawu: dwa Portrety Heleny Maciak z 1934 r. (lot. 46) i 1938 r. (lot. 12), oraz Portret Franciszka Maciaka (lot. 26). Cena za każdy 35 tys., i żaden niesprzedany. Ale co się stało z Jadwigą?

18 czerwca 2013 w Polswiss Art wracają do gry: dwa Portrety Heleny, tym razem bez Franciszka. I znacząca zmiana strategii – portret z 1934 r. (lot. 27) wyceniono na 15 tys., a licytacja zakończyła się na kwocie 27 tys. Drugi – z rokiem produkcji 1938 (lot. 38) – wyceniony na 20 tys. pozostał do wzięcia!

Czy tylko ja tego nie rozumiem?!

Ale czas mknie i już 8 grudnia 2013 w Sopockim Domu Aukcyjnym najwyższa pora na spotkanie z…? Tak! Z Portretem Heleny Maciak z 1938 r. (lot. 201) i jego niebagatelną ceną wywoławczą 46 tys.! Niechciany pół roku wcześniej za 20 tys., ale z ceną 46 tys. – dlaczego nie?

Oj! Pechowy ten portret – zarówno w wersji eksportowej jak i rodzimej.

1361794549_2855

Nikt go nie chce? Dlaczego? Podobno Portret Heleny powstał podczas trzeciego pobytu Witkacego u rodziny Maciaków (27 III-15 IV 1938) w Nowym Sączu. Ten pobyt artysty był wyjątkowo trudny – tuż przed wyjazdem Witkacy dowiedział się, iż jego ukochana Czesława Okińska-Korzeniowska (znowu) zrywa z nim dowiadując się o jego romansie z siedemnastoletnią Marią Zarotyńską (wybranką/kochanką fryzjera z Zakopanego). Ten wypoczynek w gościnnym domu Maciaków miał złagodzić ból tego rozstania. Czy złagodził? Tego nie wiemy…

Wiemy natomiast, że największe uznanie – 680 tys. – zyskał Udzielny Byk na urlopie – Portret Leona Chwistka z 1913 r. (lot.29). To dotychczas jedyny portret autorstwa Witkacego wykonany w technice olejnej sprzedany na aukcji w Polsce. Było to 10 grudnia 2000 roku w Polswiss Art, a cena wywoławcza wynosiła 545 tys. Skarb ten – prawdopodobnie – nadal jest ozdobą prywatnej łódzkiej kolekcji.

Dla MOMArt_Tomasz Darowny

16
Apr

Wiecznie młoda, zawsze naga

Udostępnij:

Nie należał do przystojniaków. Niewielkiego wzrostu, o aparycji urzędnika, z rzadką bródką dokoła szczęki, w okrągłych drucianych okularkach nie miał szans grać roli uwodziciela. Ale też nie miał zamiaru. Zawsze uprzejmy, nie szokował ekstrawagancjami. Słowem, z wyglądu i zachowania zaprzeczenie artysty-cygana.  images-8 images-5

Malarzem został wbrew ojcu (który piastował wysoki urząd we francuskim Ministerstwie Wojny) , który przeznaczył go do prawniczej kariery. Jednak Pierre Bonnard był uparty. Studiował jednocześnie na Wydziale Prawa w Paryżu i na Akademii Sztuk Pięknych oraz Akademii Julian. W latach 80. XIX wieku wymagało to, podobnie jak dziś, sporej niezależności finansowej. Młodzieniec pochodził z nieźle prosperującej, ziemiańskiej rodziny, jednak daleko mu było magnatów. Toteż wcześnie zaczął przyjmować zlecenia na graficzne prace, które pomagały mu załatać większe dziury w budżecie. Jednak jego pasją było malarstwo. Uważał się za „mizernego impresjonistę” i słynął z wielkiej skromności tudzież obsesyjnego poprawiania płócien. Kiedyś chciano go zaaresztować w Galerii Luksemburskiej, bo dozorca zauważył „wariata”, który wyjmował z kieszeni tubki, wyciskał farbę na palec, podbiegał do obrazów, smarował coś, odskakiwał, znów paćkał. To Bonnard, który korygował własne dzieło sprzed 20 lat, wiszące w galerii! Nigdy nie uważał płócien za skończone. Znany był z tego, że nosił w kieszeniach tubki farb, pojawiał się przed wernisażem swych prac i palcami poprawiał gotowe, rozwieszone na ścianach kompozycje. Goście w drzwiach galerii, a autor na nich nie zważa. Marszandzi imali się podstępów, żeby pozwolił się odciągnąć od korygowanych do ostatniej chwili obrazów.

Muza z pamięci

Swoje przeznaczenie spotkał na szczycie wzgórza Montmartre. Był rok 1893, Pierre miał 26 lat, odniósł właśnie pierwsze zawodowe sukcesy. Zobaczył ją – uderzającą piękność. Miłość od pierwszego wejrzenia! Powiedziała, że ma 16 lat i nazywa się Marthe de Méligny. Kłamczucha – była o sześć lat starsza, a jej prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Maria Boursin. Mniejsza z tym. On już wiedział, że tylko ta kobieta będzie jego muzą, modelką, żoną. Przez pół wieku wspólnego życia powstało około 150 obrazów i ponad 700 rysunków, których Marthe jest jedyną bohaterką.images-4 imgres-1 images-1 images-6 self-portrait-in-a-shaving-mirror-1935 images-9 images-10 images-7 imgres-4 imgres-2 images-3

 

Nigdy przedtem Bonnard nie namalował kobiecego aktu – od spotkania Marthe robił to niemal wyłącznie. Co ważne – ona nigdy nie pozowała mężowi. Za leniwa, za drażliwa, zbyt nerwowa, żeby usiedzieć w jednej i tej samej pozie. Pierre malował ją z pamięci, niekiedy korzystając ze szkiców. Wpadał z zeszytem do łazienki, rzucał na kartki kilka kresek, aby potem na podstawie „impresyjnego” szkieletu wykonać malowidło. Poza tym, nieustająco obserwował żonę w życiu codziennym. Najczęściej – podczas ablucji i pielęgnowania ciała. W tym przypadku łazienka zastąpiła pracownię.

Trudno wyobrazić sobie większą bliskość – fizyczną i psychiczną – niż między Pierrem a jego ukochaną. Jednak w sztuce Bonnarda jest coś więcej, niż intymność. To gra w udawanie. On wciąż ją podgląda w sytuacjach nie przeznaczonych dla spojrzeń innych; ona zdaje się (udaje?) nie być tego świadoma.

I najważniejsze – na obrazach męża Marthe nie starzeje się. Lata płyną, ona wciąż pozostaje smukłą dziewczyną o małym biuście, wąskich biodrach i wspaniałych, długich nogach. Bonnard setki razy powracał do podobnych scen: rytuał mycia się Marthy (jedna z jej manii), wchodzenie do wanny (zwanej tubą z racji kształtu); nieruchome wylegiwanie w wodzie (ówczesna terapia na emocjonalne zaburzenia), osuszanie wilgotnego ciała ręcznikiem. Nie nudziło mu się? Jak widać – wcale. Fascynacja jedną jedyną kobietą zstąpiła mu potrzebę szukania innych podniet czy tematów.

Ciemna strona sielanki

Biedny Pierre Bonnard ! Przez 50 lat musiał się zadowalać się niemal wyłącznie towarzystwem Marthe, a nie należało to do zajęć radosnych. Kobieta cierpiała na manię prześladowczą, mizoginizm, hipochondrię. Do tego podobno miała suchoty. Józef Czapski, jeden z niewielu długoletnich przyjaciół Bonnarda, odsłania kulisy tego związku: „Miała częste ataki wariacji, nie dopuszczała prawie nikogo do siebie, zmuszała Bonnarda do zerwania z wieloma przyjaciółmi, których nie chciała widzieć. Bonnard ją pielęgnował, nie odstępował w najgorszych okresach, nie dopuszczał, by ją lekarze zabrali do kliniki czy domu dla umysłowo chorych, a po jej śmierci nie pozwalał nigdy nikomu wchodzić do pokoju, w którym umarła”.

imgres imgres-3 woman-with-dog-1891 images-2

Kiedy Marthe odeszła na zawsze, Bonnard utracił raj, cel, sens sztuki. Pięć lat później, w 1947 roku zmarł malarz, który świadomie pozostawał w konflikcie z epoką, z nowościami artystycznymi. Georges Braque tak to ujął: „Radość życia była znakiem jego epoki, nie jest natomiast znakiem naszych czasów”

 

 

.s://www.youtube.com/watch?v=NNyXKt61TNI&list=RDNNyXKt61TNI

16
Apr

Rosłam w cieniu

Udostępnij:

Temat i tytuł: „Rosłam w cieniu Anteny” wymyślił red. nacz. tygodnika „Antena” – periodyku, któremu kres położyła prywatyzacja mediów. I nikomu nie żal, nie tylko góralowi. Pozostał tytuł, do którego redaktor bardzo się przywiązał ze względu na dwuznaczność w odniesieniu do mojej osoby. W cieniu czy nie, duża nie wybujałam. Może właśnie przez zacienienie okolicy. No bo jak – babcia wiecznie niezadowolona z dykcji wnusi, piłowała do skutku: – Co ty mówisz, nie można nic zrozumieć. Musiałam jej powtarzać, aż zadowoliłam czułe reżyserskie ucho. I tak szczęście, że wybaczyła mi brak przedniojęzykowego „ł”, obowiązującego w czasach jej młodości. Ale „h” nieme i „ch” musiałam fonicznie odróżniać. Potem gnębił mnie tata: – Co ty nucisz, okropnie fałszujesz.

Fakt, słuchu absolutnego nie posiadam i z tej racji pewnie go zawiodłam. Niczym nie zasługiwałam na pochwały. Dobre stopnie? U nas w rodzinie to norma. Uzdolnienia plastyczne? Masz po dziadku. Ładnie tańczę? Ho, ho, żebyś widziała, co ja wyprawiałem na parkiecie. Król balangi! Mama chwaliła, lecz między komplementy i czułości wsączała do ucha jadowite: – Przez ciebie nie wyszłam po raz drugi za mąż. Kto by chciał kobietę z dzieckiem. Dla ciebie się poświęcam, przez ciebie odejmuję sobie od ust.

Ciotki. Politowanie wymieszane z lukrem, zachwyt podszyty dyskredytacją. Nawet kiedy zaproszą na Wigilię, zawsze znajdziesz pod choinką prezenty kategorii C, może D. Tymczasem kuzynka ma grupę A, kuzynek też, a ty uśmiechaj się z wdzięcznością, że dobry Mikołaj dał ci książkę (lubisz czytać, prawda?) lub kolejny długopis (tak ładnie piszesz…) albo grę planszową chińczyk (z hasłem „człowieku nie irytuj się”).

Więc kiedy jakiś facet mówi, że kocha, nie wiesz, jak wypłacić się za łaskę. Jeszcze nie rozumiesz, że ładujesz się w uzależnienie. Że będziesz bać się utraty uczucia, na które przecież nie zasługujesz. Tak miałam. Z drugim mężem miało być forever. Zgrzytnął klucz w zamku; ja – stójka w przedpokoju, herbata w czajniku, do tego coś na ząb. On pisał, ja – cisza jak makiem zasiał. Ja pracowałam – stawał nade mną, nawijał, domagał się zainteresowania tudzież strawy. Dawałam się terroryzować. Uczuciowo byłam miękka.

W dniu, w którym pierdyknęła czarnobylska elektrownia, on przebywał w Gruzji na naukowo-artystycznej wyprawie. Ja też byłam bezpieczna – tkwiłam w grubych murach Pałacu Kultury, aranżując w jego zastępstwie wystawę. Wyszłam pod wieczór. Patrzę, w aptekach kolejki po jod. Groza! A ja sama. On, ten ukochany, nie martwił się. Nie zadzwonił. Wrócił, kiedy przyszła jego pora. Naszykowałam powitalną ucztę, rzecz niełatwa w 1986 roku. Nawet nie spróbował dań. Przeżarłem się, mówi, w Gruzji świetnie karmili. Elegancki to on zawsze był…

A ja w cieniu. Aż wyszłam na słońce._MG_7792 _MG_7771 _MG_7790