THE BLOG

29
May

Kreatywne zdrady kreatora

Udostępnij:

 

Powtórka z szaleństwa

Trzy lata temu na nasze ekrany wszedł dokument „Szalona miłość” w reżyserii Pierre’a Thorettona. Wizja dość ostrożna, wypolerowana, panegiryczna, naszkicowana trzy lata po śmierci YSL, po spektakularnej wyprzedaży kolekcji dzieł sztuki wyżej wzmiankowanej pary (Laurent–Bergé). Można było pójść dalej, głębiej. Tymczasem dostaliśmy ckliwy romans w homoseksualnym wydaniu, z kilkoma hardcorowymi scenami. 

Zawdzięczamy to niejakiemu Jalil Lespertowi, aktorowi, ostatnio reżyserowi (w którego żyłach płynie krew algierska – pewnie stąd zainteresowanie afrykańskimi klimatami).

Niewiele nowego wynika z obecnego obrazu. Reżysera interesuje to samo (szalone) uczucie i te same momenty kariery (także szalonej). Dodał więcej odważnej erotyki oraz narkotyki i inne używki. Sztuka, inspiracje, projekcje i projektowanie pozostają daleko w tle. Bergé (jak wiadomo, nadal żyjący partner YSL) przystał na ten mniej lukrowany konterfekt przyjaciela. Może doszedł do wniosku, że nie ma co zamiatać faktów pod dywan, bo stały się powszechnie znane. Poza tym, nadeszła pogoda dla osób rozmaitych seks-orientacji. 

 

Oszałamiająca kariera i psia wierność

Główny atut filmu – to główna postać. Gra go Pierre Niney z Comédie-Francaise, znakomity jako Yves-młodzieniec, mniej wiarygodny jako pan po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce. Wedle blurbów, ma być „oszałamiająco wrażliwy”. Hmmm… Jeśli ktoś się mruga nerwowo oczyma, poci się i wykonuje nieskoordynowane ruchy rękoma – to nie dowód wrażliwości, lecz świadectwo neurotycznej osobowości naszych czasów.images-1 imgres-2 imgres-4 images imgres-3 images-8

Druga czołowa postać, to Pierre Bergé (znakomita rola Guillaume’a Gallienne’a, też z C-F). Żyjący do tej pory wieloletni (ponad pół wieku – choć nie brakowało kryzysów) partner w życiu oraz interesach projektanta, jego dobry duch, opiekun. Nade wszystko – cierpliwy i wyrozumiały kochanek. Obecnie, spadkobierca i dysponent wszelkimi dostępnymi materiałami. Oczywiście, reżyser pozostawał z nim w kontakcie. 

Historia Yvesa Saint Laurenta rozpoczyna się w domowej cieplarni w Algieri, gdzie przy aplauzie matki rozkwita jego talent. Potem opowieść skręca do Paryża. W domu mody Diora pojawia się efebowaty młodzieniec o gęstej czuprynie, lat 21. Jak się okazuje, wybitnie utalentowany projektant. Po niespodziewanej śmierci szefa młody zdolny obejmuje kierownictwo artystyczne firmy. Wtedy też dochodzi do spotkania z Pierrem Bergém. Jest miłość od pierwszego wejrzenia, pocałunek nad Sekwaną i szał uniesień. A potem – zdrady, oszustwa i szantaże emocjonalne ze strony YSL wobe nieszczęsnego, wiernego jak pies Pierre’a.

Sława, pieniądze, grono wielbicieli – to nadmiar szczęścia, nie do uniesienia przez zakompleksionego odludka, jakim w gruncie rzeczy pozostał Yves. Z czasem jednakże nieśmiały chłopak krzepnie, staje się coraz pewniejszy nie tylko swych umiejętności, także swej władzy. Zaczyna manipulować zauroczonymi nim ludźmi. Prowadzi niebezpieczne emocjonalne rozgrywki, rani partnera, przekracza zaklęte rewiry, uzależnia się od seksu, używek, alkoholu. Itd, itp, nic ponad powszechnie znane schematy. O ileż mocniejszy i ciekawszy od strony charakterologicznej był obraz wielkiego Liberace Soderberga z Michaelem Duglasem w tytułowej roli. 

 

 

Za ciasne na modelki

Żeby uświadomić rangę dokonań YSL, zarazem maksymalnie zbliżyć się do realiów, w filmie użyto oryginalnych kreacji Laurenta, wypożyczonych z muzeów. Zabawne – z trudem znaleziono modelki o gabarytach przystających do tamtych arcydzieł krawiectwa (wtedy na wybiegach pojawiały się znacznie drobniejsze dziewczyny). Zadbano też o „prawdę miejsc” – plenery zdjęciowe w Maroko, w hotelu Westin (dawniej Intercontinental), gdzie mistrz haute-couture prezentował nowe kolekcje, jego studio. Jednak dbałość o detale, kostiumy, podobieństwa nie przesądzają o randze filmu.images-7 imgres imgres-1 images-3To prawdziwy Yves Saint Laurentimgres

Lespert nie zawraca sobie głowy zewnętrznymi powodami, dla których Yves sięga po takie czy inne wzory, motywy, inspiracje. Zda się – pomysły spadały mu z nieba. Natchnienie? Nie tylko. Jak każdy wybitny artysta, YSL był swego rodzaju medium wyczuwającym kierunek nadchodzących zmian.

 

Przypomnę jego kilka rewolucyjnych dokonań – i powody ich zaistnienia. images images-1 imgres-3Sukienka-trapez images-3 a lat grzeczna dziewczynka. Potem – uproszczona wersja z motywem zapożyczonym z obrazów Mondriana (1965) images-5 images-9stanowiła reakcję na inwazję mini z Wysp Brytyjskich (Mary Quant); damski smoking (1966) zapowiadał epokę androginizmu, ruch feministycznyimgres-2; bluza safari (1969) wieńczyła rewolucję dzieci-kwiatów i otwierała modę na egzotyczne podróże; koszula-rubaszka z początku lat 70. wyprzedzała pogoń za marginesami mody, spoza europejskiego kręgu. Orientalne fascynacje stanowiły clou kolekcji inspirowanej Baletami Rosyjskimi (1976), images-2 images-4uważanej za apogeum wyrafinowania sztuki YSL: wstęp do ery yappiesów, zachłyśnięcia się bogactwem, rękodziełem, drogą marką. Odwrotność oszczędnościowych i praktycznych pomysłów z lat 60.

 

Tak – każda kolekcja Saint Laurenta zapowiadała przewrót w obyczajowości. Ale o tym ani słowa w filmie. Szkoda.images-6 imgres-1images-2 imgres-5 images-4 images-10

 

 

 

 

Yves Saint Laurent, Francja 2013; reż Jalil Lespert; YSL – Pierre Niney, Pierre Bergé – Guillaume Gallienne

 

29
May

Harcerka

Udostępnij:

Mam to we krwi. Moi krewniacy-przodkowie, Olga i Andrzej Małkowscy, propagowali piękną ideę skautingu jeszcze zanim Polska odzyskała niepodległość. To zobowiązywało – ale nie w PRL-u, kiedy harcerstwo zostało skażone myślą komunistyczną. Tak uważano w rodzinie. Więc ćwiczyłam sprawności samodzielnie.malkowski olga url-1 url 2008-03-28_GK_.Muzeum_Harcer_2_1 Malkowscy-Lwow-Katedra Ncm_zakop_malkowscy W Warszawie jest skwer ich imienia… Na Mokotowie, niedaleko miejsca, gdzie urodziłam się i mieszkałam.

Najważniejsze – niezłomność ducha i hart ciała. Skaut jak żołnierz. Musi znosić niewygody. Łóżko, pościel? Luksusy. Odrzuciłam je. Którejś nocy zamiast umościć się na materacu, który co wieczór opuszczałam z pozycji pionowej do horyzontalnej, posłałam sobie pod tymże. Prześcieradło na gołej podłodze, oto godne mnie wyzwanie. Oj, strasznie twarda ta klepka! Wytrzymałam pół godziny. Podłożyłam pod prześcieradło koc. Niewiele lepiej. Kolejne ustępstwo – kołdra. Nadal nici ze snu. Rano obudziłam się później niż zwykle. Na tapczanie, na który przeniosłam się nie wiedzieć kiedy. Pewnie we śnie, bo nie pamiętałam. Klęska? Nie, robota podświadomości, mnie przy tym nie było.

Harcerz musi posiąść finkę. Dopraszałam się tak długo, aż dostałam. Nie była to wersja wypasiona, lecz kilka różnych ostrzy i innych narzędzi moja finka miała. Postanowiłam sprawdzić, ją i siebie. Ech, wyrzezać coś, udydolić, uzdatnić! Oto jest. Wiklinowy wózek dla lalki, fason z budką. Przerobię na spacerowy, bez zadaszenia. Mordowałam się z wikliną do skutku. Witki poddały się, lecz podtrzymujący konstrukcję gwóźdź – bynajmniej. Sterczał sobie w najlepsze. To nakryłam pledzikiem i gotowe.

Przyszła ciotka. Zademonstrowałam własnoręcznie przemodelowany pojazd. Przepełniona dumą i radością, skakałam na tapczanie, jak na batucie. Nóżka się mnie omskła; poślizg; efektowny zjazd poza tapczan. Po gwoździu. Z rozrytego uda trysnęła jucha. Czerwona fontanna długo nie dawała się zatamować. Ale chłopaki i harcerze nie płaczą. Dzielnie zniosłam ból. Gorzej z dumą – cierpiała. Nie opanowałam technicznej sprawności.

Za to udało się z bosakiem. Zapadła decyzja: dziś nie zakładam butów. Temperatura sprzyja, grubo ponad dwadzieścia pięć Celsjusza. Krótka sukienka, przeciwsłoneczne okulary i butelka wody. Wyruszam z Narbutta. Cel: Rondo Waszyngtona. Pieszo, to pikuś. Boso – oto wyzwanie. Przeszłam. Obeszłam rondo, zawróciłam. To samo w drugą stronę. Już z mniejszym entuzjazmem, lecz konsekwentnie na łapach. O, gdybym wiedziała, co mnie czeka w następnych dniach! Odgnioty, bąble, zadrapania. A nade wszystko, ból porównywalny chyba tylko do tego, jaki cierpiała andersenowska Mała Syrenka, zamieniwszy ogon w ludzkie nogi. Ona miała doping w uczuciu, ja – tylko w silnej woli. Ona nie osładza karesami.

Spróbowałam kolejnej umiejętności: dać sobie radę bez pieniędzy. Okazja była. Mama wyjechała do sanatorium, zostawiając mnie pod opieką wiecznie nieobecnego ojca i równie nieobecnej jego drugiej żony. Na wszelki wypadek rodzicielka zostawiła mi stówę. Absencja starszych w niczym nie przeszkadzała, zawsze ceniłam uroki wakacyjnie opustoszałej stolicy. Oraz samodzielne dysponowanie czasem. Poza tym, kilka znajomych i parę ciotek pozostało w nagrzanych murach. Odwiedzałam, korzystałam z gościnności. Przed powrotem mamy wylizałam (po harcersku, czyli porządnie) nasz pokój. Za zaoszczędzoną stówę kupiłam mateczce bluzkę. Popłakała się ze szczęścia, że ma takie dobre dziecko. Nie wiedziała, że szkoliłam się w survivalu.

Ostatni raz pojechałam z nią na wakacje tuż po maturze. Sierpień, Zakopane. Dwa tygodnie potopu. I nagle – pogoda jak marzenie. Poszłam zdobywać góry. Nie to, że pierwszy raz. Znałam je dobrze, lecz tym razem nie było szans na zaprawę, rozćwiczenie kroku marszowego pod, i z górki. Od razu mierzyłam wysoko: Kasprowy. W pojedynkę. W tamtych czasach samotnej turystce na perci nic nie zagrażało. Obcy ludzie na szlaku mówili sobie „dzień dobry”, uśmiechali się, byli życzliwi. To lezę.imgres-1 imgres Byłam TU! Sama.

Osiągnęłam szczyt z niezłym wynikiem na czas. Postałam chwilę, popodziwiałam panoramę, wypiłam w schronisku herbatę. Ruszyłam z powrotem. Ale na trasie w dół zaczęły się schody. Każdy, kto zna te sprawy, wie, że schodzenie daje w kość bardziej niż radosne pięcie się ku górze. W pewnej chwili –uuuu! – odczułam ból mięśni ud. Ale nie ma rady, trzeba się dowlec, bez względu na pogodę. Właśnie – gdzie podziało się piękne słońce, które towarzyszyło mi na starcie? Co znaczą te czarne chmurska nad głową? Znaczyły ulewę. Przeczekałam pod krzakami (na szczęście zeszłam już odpowiednio nisko). To ostatni raz, kiedy przećwiczyłam samotną wspinaczkę.

Spływ kajakowy po wielkich jeziorach mazurskich z grupą równolatków (małolatków, dodajmy) zapamiętałam z trzech powodów. Pierwsza – kisiel we włosach. Gotowaliśmy sobie sami i murowaną deserową pozycją była różowawa trzęsąca się masa. Słodka, kleista, raz o konsystencji zupy, innym razem – twarda guguła. Tak czy siak, rzadko kiedy jadalna. Znaleźliśmy nowatorskie zastosowanie – rzut kisielem w przeciwnika. Znaczy, załogę innego kajaka. Z tej bitwy nikt nie wychodził obronną ręką. Potem kolejne zawody – komu uda się wypłukać to kartoflane gówno zimną wodą z jeziora?

Drugi powód, dla którego spływ tkwi w pamięci: marsz przez jezioro z kajakiem u boku. Cud? Nie, płycizna, mniej więcej do kolan. Do tego szuwary. Jak zamachnąć się wiosłem? Trzeci powód, to spotkanie z kleszczem. Oko w oko. Tak naprawę, chodziło tylko o moje oko, jego gały nie widziałam. Wlazł mi, bestia, podczas snu. W sam kącik powieki, tuż przy nosie. Nie zdążył się jeszcze dobrze zakotwiczyć, kiedy został zauważony i wyciągnięty za dupę. Nie, nie przez chirurga. Tej misternej akcji podjęła się starsza koleżanka. Z sukcesem. Może nie zdawała sobie sprawy ze skali zagrożenia? Ja zresztą też nie.

Po raz ostatni posmakowałam harcerskich rozkoszy na praktykach robotniczych przed rozpoczęciem artystycznych studiów. Kilkunastoosobową grupkę zainstalowano u małorolnego chłopa, daleko od cywilizacji. Dziewczynki na stryszku, chłopaki w namiotach. Pilnował nas niewiele starszy asystent z wydziału rzeźby. Stasio, roztrzęsiony odpowiedzialnością mizerota. Postanowiliśmy mu pokazać, kto tu rządzi. Przede wszystkim, podkopywaliśmy jego wątłe zdrowie codziennym balangowaniem. W szkółce leśnej, do której oddelegowano naszą formację, sialiśmy zniszczenie. Nie ze złej woli – z niewiedzy. Które miejskie dziecko potrafi odróżnić chwasty od ledwo zasadzonych, rachitycznych zalążków dąbków czy innych olch? Wyrywaliśmy te słabizny, a leśniczy – włosy z głowy, gdy zobaczył rezultaty naszej pracy. Kazał się wynosić. I o to chodzi! Tkwiliśmy więc bezprizorni na wiosze, jak w obozie karnym, oczekując wizyty ciał decydenckich. Na wszelki wypadek zbieraliśmy argumenty przemawiające za natychmiastową za ewakuacją. W słoju gromadziliśmy wije, robale i nieczystości wyłowione z wody naszym zdaniem niezdatnej do picia, zaś w przekonaniu autochtonów – jak najbardziej. Ale mimo to nudno było.

Któregoś popołudnia w sile cztery panny i jeden mołodiec wybraliśmy się autostopem do najbliższego miasteczka. Ot, tak, dla zabawy, nikomu nie meldując wycieczkowych zamiarów. Szofer jechał do Olsztyna – niech będzie Olsztyn. Pełen spontan. Planowaliśmy powrót autobusem. Optymiści! Do naszej wiochy nic nie kursowało. Najbliższy bus o wyglądzie dużego ogórka odchodził następnego dnia koło południa. No, to zaopatrzeni w suchy prowiant (bułki i serki topione) ruszamy w powrotną drogę tą samą metodą.

Wciąż graliśmy chojraków, otwartych na przygodę. Tymczasem zrobiło się późno, ciemno, na mazurskich jednopasmówkach ustał ruch kołowy. Piechotą nie damy rady, to ze czterdzieści kilometrów. O, wraca z pola kombajn żniwny. Niech będzie, byle do przodu. Nie było łatwo zmieścić się w cztery osoby plus traktorzysta na żerdzi ponad wielgachnymi ostrzami, migającymi w ciemności metalowym blaskiem. Bo zapadła noc. Kombajnista wskazał dom sołtysa – tam się prześpicie. Gospodarz – ludzkie panisko, udostępnił stryszek nad oborą. Wdrapaliśmy się po ciemaku. Pachniało łajnem i czymś miłym, słodkawym. Siano. Podobno spanie na sianie działa halucynogennie. Owszem – co chwila wydawało nam się, że ktoś do nas włazi, może zamorduje? Rano – rany, jak wleźliśmy na stryszek po drabince kruchej jak słomka, pokonując bajoro fekaliów? I jak teraz zejść, omijając dowody dobrego odżywiania sołtysowego inwentarza? Czy skauci trenują skoki przez kupy? Jeśli nie, powinno się taką sprawność wprowadzić. Znakomicie ćwiczy koncentrację.

Poranny powrót do obozowiska przypominał podchody. Zamaskowani wyrwanym zielskiem, podczołgaliśmy się od tyłu chałupy. Daremnie. Roztrzęsiony (jak zwykle, no, może teraz trochę bardziej) opiekun i tak nas wypatrzył. Spojrzałam – jakby trochę przez noc posiwiał…

Wiele lat później wracałam z Poznania z ekipą telewizyjną, firmowym busem. Prowadziła dama, co w zmaskulizowanym zawodzie kierowców stanowiło rzadkość. Poza nią, pięcioosobową grupę tworzył operator, oświetleniowiec, dźwiękowiec i ja. Powodem spedycji była wystawa Henryka Tomaszewskiego w poznańskim Muzeum Narodowym, pierwsza retrospektywa za życia mistrza. Po telewizyjnym wyczynie mieliśmy pragnienie, co na ogół w drodze stanowi utrudnienie. Tym razem nie. Na trasie Poznań-Warszawa spadła mgła jak ta z „Amarcordu” (pamiętacie? przedzierający się przez mleczną magmę dziadek zastanawia się, czy już umarł i trafił do nieba). Nasz van nie tyle jechał, co truchtał w tempie danego dziadka. Bez trudu wysiadaliśmy, załatwiali na poboczu fizjologiczne potrzeby i doganialiśmy pojazd. Obywało się bez tradycyjnych ę i ą – panie na prawo, panowie na lewo, czy odwrotnie. Robiliśmy swoje jeden obok drugiej/drugiego. I tak nie było nic widać. O tym, że nie jesteśmy w niebie, informował szum moczu. Po jego natężeniu ustalaliśmy wzajemne położenie, żeby nie ulec zmoczeniu. Zuchy!

PS. Z perspektyw lat widzę – byłam pionierką (nie harcerką) w modnej obecnie zabawie przeżywania bez pieniędzy, bez wygód, bez butów. Sporty ekstremalne, to moja domena. Mogę być druhną przewodniczką.

 

 

 

 

 

28
May

rybak w sieci ekspertów

Udostępnij:

Podrobione dzieła sztuki, odrzucone przez ekspertów, tylnymi drzwiami wracają, a kupują je klienci łaszczący się na „taniość i okazję”. A okazji nie ma! Tracą pieniądze, ale czy tylko oni tracą? Oczywiście robią to za swoje pieniądze – “bo kto bogatemu zabroni” czyli na własne życzenie, ale pozwalają oszukać się fałszerzom, handlarzom czy w końcu antykwariuszom. Chyba trochę wstyd?

W większości kolekcjonerzy to ludzie sukcesu, więc są przekonani o nieomylności swoich decyzji. Ale… kolekcjonowanie nie polega na podniesieniu ręki na aukcji, kupieniu obrazu, powieszeniu go na ścianie i czekaniu na wzrost jego wartości. Kolekcjonowanie to codzienna i żmudna praca. Fachowcy nazywają to „ćwiczeniem oka” – czyli obejrzeniu wielu prac wybranego artysty. A tego nie robi się w tydzień czy rok. Może dopiero po wielu latach przeglądania katalogów, albumów, oglądania wystaw można zaryzykować stwierdzenie czy wybrana praca jest falsyfikatem czy oryginałem. Kupujący – bo jeszcze nie kolekcjoner – często nie ma czasu na samokształcenie i opiera swoją wiedzę na przypadkowych ekspertyzach, najczęściej bezwartościowych i z wyświechtaną formułką. Nie zawsze gwarantowaną pomocą są doradcy instytucjonalni, czy prywatni – a co najgorsze, że kupują zawierzając podpowiedziom obwoźnych handlarzy sztuką z bagażnika.

Ale tych mi nie żal …

Bez żadnej odpowiedzialności sprzedawane są obiekty z pseudoekspertyzami, w których nawet nie pada stwierdzenie, że obraz jest lub nie jest autentyczny. Ekspertyzy tradycyjnie wystawiają historycy sztuki. Wielu z nich nie ma prostej wiedzy praktyczno-technicznej. Nie znają się np. na gatunkach podłoża malarskiego, jak również na sposobach nakładania farb, ponieważ sami nigdy nie malowali obrazów. Oceniają autentyczność obrazu tylko „na oko” – czy jego stylistyka zgodna jest z innymi uznanymi pracami autora. A jak wiadomo każda dobra podróbka (fals) kompozycyjnie przypomina autentyczną pracę! Chyba nie bez racji mówi się, że najlepszymi fałszerzami mogą być konserwatorzy. Oni mają często większą wiedzę niż niejeden historyk sztuki.

„Poradnik Polskiego Kolekcjonera” wydany został w 2003 roku (nakład wyczerpany; 458 stron; ponad 1000 barwnych fotografii) przez Wydawnictwo Kluszczyński. Został w nim reprodukowany celowo falsyfikat obrazu przypisanego Malczewskiemu. No i voilà! Po kilku latach ten publikowany dla przykładu obraz pojawia się w ofercie – z nową ekspertyzą! Hura!! Znowu mamy oryginał?

Czy falsyfikaty powinny być niszczone? Nie ma jednoznacznego stanowiska, zatem zakwestionowane (fałszywe) dzieła sztuki wracają na rynek ponieważ nie wszyscy antykwariusze zainteresowani są eliminacją podróbek…

A jak radzą sobie z niwelowaniem podróbek inni? Zgodnie z francuskim prawem obraz powinien zostać spalony przed paryskim magistratem! A ponieważ w Polsce magistratów nie ma…

Przypomnę obraz „Rybaka” Leona Wyczółkowskiego, zakupiony przez Muzeum Narodowe w Gdańsku.

 

Leon Wyczółkowski "Rybak"

Leon Wyczółkowski “Rybak” Muzeum Narodowe Gdańsk

 

Cytując za PAP 2009 -02-25 (20:40)

Obraz Leona Wyczółkowskiego “Rybak z siecią” ponownie zostanie wystawiony w gdańskim Muzeum Narodowym. Przez niektórych ekspertów obraz jest uważany za falsyfikat, ale po długiej dyskusji, w której wzięła udział m.in. policja i prokuratura, dyrekcja gdańskiego Muzeum Narodowego nabrała przekonania, że zakupiony przez nią obraz jest jednak autentykiem.

Muzeum chce przygotować specjalną wystawę poświęconą sporowi wokół autentyczności obrazu. Jak poinformował dyrektor Muzeum Narodowego w Gdańsku, Wojciech Bonisławski, na wystawie znajdzie się sam przedmiot dyskusji – obraz “Rybak z siecią” Leona Wyczółkowskiego (1852-1936) oraz wszystkie ekspertyzy i obszerna dokumentacja. Wykonany techniką gwaszu i akwareli obraz gdańskie Muzeum Narodowe kupiło jesienią 2007 r. Sprzedawca – prywatny właściciel, otrzymał za obraz 80 tys. zł. Dołączył do niego ekspertyzę potwierdzającą autentyczność dzieła, sporządzoną przez prof. Jerzego Malinowskiego z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Niedługo po nabyciu obrazu dyrekcja Muzeum Narodowego, chcąc mieć absolutną pewność co do tego, że nie jest on falsyfikatem, zleciła drugą ekspertyzę – technologiczną. Jej autor, prof. Dariusz Markowski z Instytutu Zabytkoznawstwa i Konserwatorstwa UMK uznał, że obraz jest wykonaną już po śmierci Wyczółkowskiego kopią olejnego obrazu znajdującego się w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Głównym argumentem, który wysunął profesor Markowski był fakt, że “użyty w obrazie pigment tzw. biel tytanowa weszła do użytku już po śmierci Wyczółkowskiego”.

Dysponując rozbieżnymi ekspertyzami dyrekcja muzeum przekazała obraz prokuraturze i poprosiła o zajęcie się sprawą. Centralne Laboratorium Kryminalistyczne zbadało autentyczność podpisu umieszczonego na dostarczonym mu obrazie, ale eksperci orzekli, że nie są w stanie wydać wiążącej opinii.

Z kolei śledczy z Prokuratury  Gdańsk – Śródmieście, postanowili zbadać, co działo się z obrazem przed sprzedażą. Prokuratorzy ustalili, że od momentu wystawienia pierwszej – potwierdzającej autentyczność obrazu opinii, do czasu sprzedaży pracy gdańskiemu muzeum, obraz znajdował się w prywatnej galerii, z której mógł być wypożyczany. Powzięto przypuszczenie, że dzieło mogło zostać podmienione.

Teza ta upadła w momencie, gdy autor pierwotnej opinii, prof. Jerzy Malinowski potwierdził, że “mamy do czynienia z tym samym dziełem, które badał wcześniej”. Śledztwo, dotyczące tego, czy osoba sprzedająca obraz mogła dopuścić się oszustwa, polegającego na świadomej sprzedaży fałszywego obrazu, zostało umorzone.

Gdy trwało postępowanie prokuratury i policji, również prof. Malinowski zlecił dodatkowe badania obrazu. Kompleksową ekspertyzę, obejmującą badania chemiczne przeprowadzili pracownicy Politechniki Warszawskiej. Zdaniem autorów badań obraz namalował Wyczółkowski. W ekspertyzie tej powołano się m.in. na amerykańskich specjalistów, którzy stwierdzili, że pigment o nazwie biel tytanowa był używany już w czasie, gdy Wyczółkowski żył.

Muzeum uznało więc, że dzieło jest autentyczne.

A do  tematu powrócę

Dla MOMArt_Tomasz Darowny

25
May

Po grudzie i po maśle

Udostępnij:

Rozmowy toczyły się rok temu w sierpniu; ostatnia część – ni to dogrywka, ni podsumowanie tego, co zdarzyło się przez następnych kilka miesięcy – została dopisana w styczniu tego roku. Efekt tych spotkań czyli wywiad-rzeka Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską ukazał  się w postaci książki „Dusza światowa” we wrześniu 2013 .imgres-5 imgres-4 imgres-3 imgres-3 imgres-9 images imgres-5 imgres-8 imgres-11 imgres-2 imgres-4 images-1 images-2 images-3 imgres-6 imgres-10 imgres-7 images-4Dorota Masłowksa w różnych odsłonach. Młoda, młodsza i najmłodsza.

 

Czytałam tomik z coraz żywszym zainteresowaniem, aż do fazy euforycznej. Poczułam się wśród swoich! Ba, Masłowska wydała mi się spokrewnioną – nomen omen – duszą. I wcale nie światową w znaczeniu, w jakim użyte jest tytułowe sformułowanie, zaczerpnięte z „Mewy” Czechowa.

Nie ma powodu biadolić nad infantylizacją i zgłupieniem w Polsce, skoro jest grupa ludzi na intelektualnym i moralnym poziomie autorek!

Młodsze o połowę kobiety – fakt, wyjątkowo utalentowane – zdają się być wykarmione tą samą myślową strawą, co moja generacja. One też brzydzą się medialnym zgiełkiem wokół kulturalnych wydarzeń (jak ostatnia powieść Masłowskiej), skutecznie zagłuszającym merytoryczne rozmowy. One również wyżej cenią rozwój osobisty, niż splendory, celebrytyzm i bywanie. Jednocześnie, znają wartość pieniądza i ani im w głowie chwytanie się byle chałtury, żeby przeżyć. One zarabiają, bo są tego warte!

Albowiem twórca kultury wcale nie jest najpłodniejszy na głodzie (w sensie dosłownym). Przeciwnie, artystę w ciągłym niedostatku najłatwiej kupić, złamać, przetrącić mu kręgosłup moralny… Ale to nie przypadek Masłowskiej ani Drotkiewicz.

 

Zawartość „Duszy…” została podzielona na 20 rozdziałów. W nich – zagadnienia z różnych bajek i sfer rzeczywistości, od błahostek jak zabawy kulinarne (choć właściwie z nich też wynika wiele ważkich wniosków) po problemy wagi superciężkiej, konstytuujące życiowo-zawodowy szlak Doroty Masłowskiej. Znakomity chwyt, żeby nie spłoszyć czytelnika mniej wyrobionego – a jednocześnie, usatysfakcjonować tego bardziej wymagającego.

Co istotne: indagowana nie jawi się jako najważniejsza i jedyna bohaterka. Agnieszka Drotkiewicz prowadzi wywiady z pozycji dobrej, wieloletniej znajomej autorki „Wojny…”, bynajmniej nie starając się uczynić swą osobę przezroczystą. Często dorzuca osobiste spostrzeżenia, nawiązuje do własnych doświadczeń, cytuje swoje lektury.

Stylistyka rozmów zachowuje walor prywatnych pogaduszek (bez deprecjacji tego typu wymiany zdań). Jest lekko, zabawnie, zadziornie. Masłowska jak zwykle bawi się słowami, tworzy neologizmy, zaskakuje elastycznością językowych wygibasów. Nie ma wątpliwości, że potrafi wycisnąć tę materię do cna, i to na zawołanie. Choćby opowiadając o paskudnym żarciu, które zapamiętała ze względu na towarzyszący posiłkowi klimat. Robi się kabaretowo, skeczowo; czytelnik chichocze i niemal słyszy, jak rozmówczynie zwijają się ze śmiechu.

Aż nagle, w niezauważalny niemal sposób, dukt wywiadu skręca ku intelektualnym szczytom. Robi się filozoficznie, psychologicznie, naukowo. Poważnie.

 

Źródłem, z którego wypływa ta wywiadowcza rzeka, jest ostatnie dokonanie Masłowskiej, jej trzecia powieść „Kochanie, zabiłam nasze koty”. Początkowo strumień rozmowy ledwo się sączy. Drotkiewicz zagaja od… morza strony – że niby zbiornik wodny, mieszkanie nad nim ukształtowało imaginację jej rozmówczyni. Autorka nie za bardzo daje się naciągnąć na wynurzenia na temat znaczenia oceanu w „Kotach”, tłumacząc – w co wierzę! – brakiem dystansu do dopiero co ukończonej prozy.

Na szczęście, pierwsze lody (wody?) szybko zostają przełamane. W momencie, gdy rozmowa zahacza o moralny aspekt pisarstwa, nurt „rzeki” płynie wartko i głęboko. Masłowska nie przebiera w słowach, nie szuka efektownych określeń. Mówi wprost: obieg mainstreamowy jest śmiertelnie groźny, gdy interesują cię sprawy ważne. Pieniądze stają się niebezpieczne, mieszkanie w Warszawie, dostosowywanie się do tutejszych kryteriów.

Dorota M. żywi też niechęć (jakże ją rozumiem!) do wczasów z gatunku all inclusive, do przerażającej nadprodukcji dóbr jadalnych, z których większość musi się zmarnować; do obżerania się po czubek kokardy. Toż to nieetyczne! Obce człowiekowi, który powinien pożywienie darzyć szacunkiem, a jeść – ze smakiem.

Dostaje się również hipsterom i „kulturalnym snobom”, rozkojarzonym i wiecznie zabieganym w poszukiwaniu najciekawszego wydarzenia, najlepszej zabawy, itp. Masłowska, znów tak jak ja (pardon za te odniesienia do własnej osoby, lecz właśnie zbieżności między nami uderzyły mnie w „Duszy…” najmocniej), dostrzega absurd festiwali filmowych i wszelkiej kompulsywnej konsumpcji kultury, nie tylko że nie wzbogacającej, a przeciwnie – odmóżdżającej. Przy okazji, przywala zakochanym w sobie redaktorom, mającym poczucie swej ważności poprzez ocieranie się o znanych i sławnych.

Jest jeszcze fragment poświęcony facebookowemu śmieciarstwu – publikowaniu błahostek, filmików, zdjątek. Do niedawna tak jak D.M. opierałam się wejściu w poczet społeczności internetowej. Złamałam się, bo zaczęłam postrzegać sieć jako sposób na dotarcie do szerszego grona odbiorców z ważnymi treściami. Jednak Masłowska nie musi szukać kontaktów poprzez net. Jej problemem jest nadmiar – obserwatorów, ciekawskich, fanów i nienawistników. Ją przeraża (rozumiem!) wiecznotrwała dawka zła, walająca się po Internecie. Nieusuwalna, zatruwająca nawet po śmierci autorów jadowitych słów; po odejściu w nicość ich adresatów. Zło, które jest „niebiodegradowalne”.

 

Książkę zamyka ponowne nawiązanie do powieści „Kochanie, zabiłam…”. Ale tym razem chodzi o reakcje na książkę. Niektóre przywodzą na myśl scenariusz filmu Stanisława Barei. Oj, mocno dostaje się dziennikarskiemu prymitywizmowi! Tysiące wywiadów, których udzieliła autorka, w większości koncentrowały się nie na jej dziele, lecz sprawach pobocznych, od Facebooka po Smoleńsk, aż po absurd, którym popisała się „Rzeczpospolita”. Opublikowany tam wywiad z D.M. opatrzono leadem „Katastrofa smoleńska to cierpienie wielu ludzi”. Cytat wyrwany z kontekstu, zupełnie nie oddający klimatu całej rozmowy.

Na tym nie koniec: lead ewokował dalsze idiotyzmy. Otóż inny periodyk nazwał Masłowską „córką Rydzyka”, by chwilę potem wystosować przeprosiny do ojca-dyrektora za insynuację, jakoby posiadał dzieci…

„Jest jeszcze jeden przerażający wniosek z tej historii: (…) poprzez taktykę leadu i totalnie powierzchowne traktowanie rzeczywistości możliwa jest medialna burza-widmo z tobą w roli głównej, ale bez ciebie”

Mniejsza jednak o polską paranoję i snobizmy – dla mnie najbardziej frapujące, zarazem zdumiewająco zbieżne z moimi odczuciami były refleksje Masłowskiej dotyczące natury twórczości i pisarstwa. Że literatura to coś pomiędzy misją a szarlatanerią; że nie sposób pisząc, realizować wstępnych założeń czy wizji – bo trzeba być otwartym na odkrycia i przypadki, które zdarzą się po drodze. Wtedy dopiero pisanie (czy inna kreacja) ma wartość, gdy niesie ku nieznanemu, gdy prowadzi sama sobą. „Jako osoba aspirująca do wolności osobistej upatruję jej również w byciu otwartą, byciu konserwatywną, nie przyjmuję poglądów w zestawie” – deklaruje Masłowska. I broni tej postawy jak lwica małych. Nie daje sobie narzucić żadnych gotowych formatów, mód, tych wszystkich „must have”, „must know” – w odniesieniu do wyborów zawodowych, kulinarnych, ubraniowych i stylu życia.

Czy martwi się, że kiedyś skończy się jej dobra passa, że zabraknie talentu? Przecież potencjał kreacyjny często z latami ulega wyczerpaniu.

Otóż nie. Wywiad zamyka wypowiedź zdumiewająca u trzydziestolatki, która odniosła spektakularny sukces: „Trzeba być czujnym, znajdować sobie nowe pola wolności i niezależności, bo wszystko się zmienia. (…) Być wrażliwym na to, co się w tobie dzieje. Jeśli pozostaniesz w kontakcie ze sobą, nie możesz zbłądzić. W każdym razie nie możesz mieć do siebie żalu o książkę, która się nie spodoba, czy cokolwiek, co robisz, bo po prostu idziesz swoją drogą, robisz wszystko najlepiej jak możesz”.

Mądre słowa. Obawiam się jednak, że mało kto weźmie je za swoje – wymagają dojrzałości. Takiej, jaką odnajduję u Doroty Masłowskiej.

Dusza światowa

Z Dorotą Masłowską rozmawia Agnieszka Drotkiewicz

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

 

25
May

Uczycielka (cz. 2)

Udostępnij:

Przygód dydaktycznych cd.

Z Europejskiej Akademii Sztuki nie wyniosłam nic, poza wyczuciem czasu i zdumieniem, że mogę być dla studentek idolem (idolką). Na zajęciach nazwanych Warsztatem Krytyka w Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. Wańkowicza po raz pierwszy doświadczyłam efektu bumerangu. Mój esej wrócił do mnie! Ale jako praca kogoś zupełnie innego…

Było tak: zadałam studentom dziennikarstwa napisanie czegoś o grafice – co to takiego, kiedy powstała, jakie są współczesne możliwości. Pewien misiek natrafił w internecie na mój tekst, skopiował. Na zajęciach zaczyna głośno czytać, cały dumny. Kto to napisał, pytam. Ja, promienieje misiek. Prostuję: nie, to moje słowa. Jak ściągasz, wiedz przynajmniej z kogo.

Myślicie, że chłopina skonfundował się? Bynajmniej. Uważał, że miał prawo. W sieci wszystkie dzieci są nasze.

Teraz wykładam na Wydziale Sztuki Mediów (do ubiegłego roku: i Scenografii) w stołecznej Akademii Sztuk Pięknych. Lubię to, z wzajemnością. Wykładam też na wynos, na innych wyższych artystycznych uczelniach. Na Akademii Teatralnej. W PAN.  Tam, gdzie mnie zaproszą. I tam, gdzie sama sobie stworzę grono zainteresowanych, chętnych chodzić po wystawach i dyskutowania na rzeczony temat. To moja kolejna pasja i kreacja. po galeriach 2_fot.wh _014_ 10286951_1404597876490397_6567601835897228404_o po galeriach 4_Vivian Maier_fot.wh _16.05.14_001_ Monika Małkowska_Gdzie jest sacrum_ DAP_szkoła marszandów i kolekcjonerów_fot.wh_0001 po galeriach 2_fot.wh _016_ po galeriach 2_fot.wh _019_ po galeriach 4_Vivian Maier_fot.wh _16.05.14_004_ ow zpap_ spotkanie studentówi ASP z Dr M Małkowską_21.03.14_fot.wh _006_galeryjna środa_fot.wh _005_

Dydaktyczną klęskę poniosłam dwukrotnie. Próbowałam nauczyć ukochanego człowieka tańca. Nie to, żeby nie miał słuchu – słyszał rytm i melodię, ale posiadał własne metody wymachiwania nóżką i odzwyczajenie od tychże graniczyło z cudem. Niby opanowywał podstawowe kroki, lecz gdy zagrało, szedł na żywioł, ignorując wytyczne. Najdziwniejsze, że obserwatorzy uważają nas za świetnych tancerzy.

Ten sam osobnik, garbiący się nad książkami, zdradził kiedyś chęć uczestniczenia w moim codziennym rytuale gimnastycznym. Pokazałam, ćwiczenie po ćwiczeniu. Skrupulatnie notował każdą pozycję, dodając schematyczny szkic. Wedle tego będzie praktykował, zapewnił. Sukces! Tak, rysunkowy. Gimnastyka wyobraźni, to jedyny wysiłek fizyczny godny intelektualisty. Ale i tak się kochamy.ow zpap_ spotkanie studentówi ASP z Dr M Małkowską_21.03.14_fot.wh _011_

25
May

Uczycielka (cz. 1)

Udostępnij:

Obyś cudze dzieci uczył – tak życzą ludzie tym, do których czują jakąś ansę. W moim przypadku to rodzinne przekleństwo. Belferka jest wpisana w tradycję. Bo to obowiązek, przekazać innym wiedzę, umiejętności, fachowe rady.

Babka, reżyserka radiowa, beształa znanych aktorów jak profesor Bladaczka krnąbrnych uczniów. I tak ją kochali, widać uznając zasadność jej despotyzmu. Mnie również to dotyczyło. Korygowała mi dykcję, aż do skutku.imgres imgres-1

Dziadunio scenograf, ongiś w zespole legendarnej Reduty, po wojnie założył Liceum Techniki Teatralnej. To podobno była fantastyczna szkoła. Jej absolwenci, zanim ruszyli w teatralny świat, znali go od podszewki. Wiem od Maćka Wojtyszki, imgres-2 imgres imgres-1jednego z wychowanków tejże. Trzecia żona dziadka (w mojej rodzinie rozwody i kolejne związki to norma), Hanna Małkowska, nota bene praprawnuczka Wojciecha Bogusławskiego (ojca teatru polskiego), też nauczała w tej szkole, a potem w łódzkiej PWSTiF. Mnie podszkoliła w panowaniu nad tremą.240px-Stanisław_Bogusławski,_Władysław_Bogusławski,_Stanisław_Gabriel_Kozłowski,_Hanna_Małkowska,_Witold_Małkowski_(grób)Tylko tyle znalazłam w sieci – grób mojego dziadka.

Ojciec, reżyser dźwięku i radiowiec, uczył na dziennikarstwie poprawnej wymowy, akcentacji, intonacji. Kandydaci na radiowe gwiazdy zdawali u niego egzamin na karty mikrofonowe. W jego ocenie, byłam przypadkiem beznadziejnym. – Intonujesz to zdanie, jakbyś nie rozumiała sensu – krytykował, katując przymusem kilkakrotnych repetycji.

Mnie także przyszło nauczać ludzki towar nie zawsze najlepszego gatunku. W najróżniejszych zakresach.

Zaczęło się od chemii. Miałam piątkę przez zupełny przypadek. Chemik zwany Pająkiem nie miał autorytetu. Przepocona koszulka z dziurami pod pachą, fryzura z pożyczką. Nie mówił z głowy – czytał. My też, z tego samego podręcznika. Przeganialiśmy go, a wtedy prosił: poczekajcie, jeszcze nie jestem w tym miejscu. Zorganizował kółko chemiczne, którego my, niesubordynowani uczestnicy, o mały włos nie doprowadziliśmy do eksplozji szkoły. Bo postanowiliśmy wypróbować, czy porzekadło „pamiętaj, chemiku młody, wlewaj zawsze kwas do wody” nadal jest aktualne – i postąpiliśmy odwrotnie. Fajczyło się, że hej! Biedny Pająk o mało nie skończył w szpitalu.

Ale to było w połowie roku. Na jego początku, gdy zaczynaliśmy kurs z chemii, zapoznałam się ze wstępem z podręcznika. Żeby zaspokoić własną ciekawość. Gdy nauczyciel zapytał, kto wie, o czym będą zajęcia, podniosłam łapę i powiedziałam, co wiedziałam. Dostałam ocenę celującą. Od tej pory byłam faworytą Pająka. Nigdy mnie nie pytał, z rozmachu stawiał najwyższą notę. Efekt – nie umiałam nic, nie kumałam równań. Aż do chwili, kiedy miałam podciągnąć koleżankę z dwóją. Konfuzja. Byłam na jej poziomie, albo gorzej. Ale noblesse oblige. Wkuwałam, żeby ją nauczyć. Ona zdała satysfakcjonująco; ja wreszcie zrozumiałam chemię.

W przedmaturalnej klasie i po maturze dawałam korepetycje z algebry. Mniejsza o przedmiot –moim podopiecznym był dwukrotnie starszy mężczyzna, do tego niewidomy! Na ulicy wyraźnie zdezorientowany, chętnie korzystający z mojego ramienia, u siebie w biurze stawał się przewodnikiem, dżentelmenem podsuwającym krzesło, reagującym tak, jakby nic nie umykało jego percepcji. Dla mnie – doskonała szkoła tolerancji, zrozumienia świata „innych” i… abstrakcji. Bo porozumiewaliśmy się wzorami równań, we dwójkę „widząc” to samo.

Na studiach uczyłam francuskiego. Gnałam pomiędzy zajęciami z Krakowskiego Przedmieścia na Mokotów, rezygnując z obiadu, bo brak na to czasu. Zasiadałam z niewiele młodszą uczenniczką i dawaj, ćwiczyć passe compose, nieregularne czasowniki i wymowę. Panna miała psa, pekińczyka. Kurdupel dekoncentrował mnie totalnie. Wspinał się na moją nogę i onanizował. Nie wiedziałam, jak reagować – kopnąć natręta czy ignorować? Chyba mało która mademoiselle roztrząsa podobne dylematy.

Kolejna pedagogiczna przygoda, już po dyplomie na ASP: to była nieznośna, rozpuszczona sześciolatka, której rodzice rozwodzili się, tając to przed małą. Ale ona wyczuwała, że coś się święci. Nerwowa i zrozpaczona, nie umiała panować nad emocjami. Zajmowałam się nią przez kilka godzin dziennie, zabierając na spacery i snując absurdalne opowieści o połykaczu piłek ping-pongowych. Razem projektowałyśmy przygody tej interesującej postaci; zataczałyśmy się ze śmiechu, uciekając od rzeczywistości. Wytrzymałam miesiąc. W tej nad wiek bystrej małej widziałam swoją kopię. Pewnie dlatego wciąż ją pamiętam.

Nie zapomnę też Japończyka, którego uczyłam polskiego. Naraił mi go Koji Kamojiimgres-2 imgres imgres-1, samuraj od lat osiadły w Warszawie. Jego rodak pracował w dyplomacji i musiał jak najszybciej opanować arkana naszej mowy. Tylko… nie mieliśmy żadnej wspólnej. Angielski, francuski, rosyjski odpadały – nie znał. Pozostawał system dla przedszkolaków: rysunki. Szkicowałam coś w jego kajecie, pantomimicznie wyjaśniałam o co chodzi. On zapisywał japońską transkrypcję i wkuwał słówka fonicznie. Uwielbiałam te lekcje! Japończyk często nawalał, przepraszał i uiszczał należność (w dewizach, oczywiście). Na święta dawał prezenty (bez podtekstów, uważał, że wypada). Dzięki jego darom poznałam smak sake; od niego dowiedziałam się, że przed wypiciem należy to podgrzać. Skorzystałam sporo z tych zajęć. Odkryłam i zastosowałam pozawerbalne sposoby międzyludzkiego porozumienia.

CDN

21
May

Tradycyjny i nowoczesny

Udostępnij:

imgres-1 Pochodził z Szydłowca (Strzelec, urodzony  14 stycznia 1928). Skąd wziął się u wiejskiego dziecka, wychowanego z dala od artystycznych centrów, zapał do rysowania wszędzie, na czym tylko się dało i czym się dało? Wrodzony talent. Nieskażony zapożyczeniami, wpływami. W pełnym tego słowa znaczeniu – malarz. Można jeszcze dodać – nauczyciel wielu pokoleń kandydatów na artystów. Za skromnie jak na wspomnieniową notę?

images-7 images-5 images-4 images-3    Bynajmniej. Tak bogatego, spełnionego życia, jak to, które stało się udziałem Tadeusza Dominika można tylko zazdrościć. Farby, pędzle, płótna – z tymi przedmiotami obcował najchętniej i najczęściej. W odniesieniu do jego sztuki chętnie posługiwano się muzycznymi terminami – że miał bezbłędny „słuch” do kolorów, że w każdej gamie znajdował harmonię i wydobywał akcenty. Jego własny, wyrazisty styl wyszedł mu ot, tak samoistnie. Bo zachował szczerość, wierność sobie. Wielokrotnie powtarzał studentom: rób, co naprawdę twoje, nie myśl, że coś jest lepsze. Tylko tak zaistniejesz – w przeciwnym razie cię nie będzie!

Los pomógł Dominikowi. Miał szczęście do ludzi, którzy zauważyli jego uzdolnienia, wsparli, pomogli. Pierwszy był Jan CybisTadeusz trafił do mistrza niemal prosto z frontu. Poszedł na egzamin wstępny w mundurze – jedynym wówczas „porządnym” ubraniu, jakie posiadał. Był rok 1946, akademia gnieździła się z gmachu Zachęty. Od tego momentu Tadeusz Dominik związał się z artystyczną uczelnią. Przeszedł wszystkie szczeble kariery akademickiej, od asystenta (dostał angaż zanim uzyskał dyplom) do profesora; z dwukrotnym epizodem na stanowisku dziekana Wydziału Malarstwa. Decyzję o emeryturze podjął w 1989 roku – chciał już tylko poświęcić się malowaniu.

„Tradycyjny i nowoczesny, abstrakcyjny i konkretny, ludowy i tkwiący w nurcie sztuki europejskiej” – tak Zbigniew Herbert scharakteryzował malarstwo artysty w 1960 roku. Słowa nadal aktualne.  images-2 imgres-1

images-3 Niewiele w jego dorobku wizerunków ludzkich. Tak to tłumaczył: „Umiem znakomicie robić portrety, umiałem już kiedy miałem 14 lat. Jako młody człowiek zarabiałem portretowaniem. Ale człowiek to jest gotowy obraz. Można go mniej lub bardziej zniekształcić, jak inni artyści robią. Dla mnie natura jest bogatsza…”

Ponad 30 lat temu Tadeusz Dominik uciekł z miasta w przyrodę. Inspirowała go w każdej postaci, o każdej porze roku. Chyba nikt nie umiał tak jak on wydobyć z pejzażu – bodaj najzwyklejszego, pozornie nieciekawego – kolorów, rytmów, dynamiki. Ale natura stanowiła tylko punkt wyjścia dla jego sztuki. Na obrazach zamieniała się w niemal abstrakcyjne formy. Niemal! Sam Dominik określał swoje kompozycje jako „znaki pejzażu”. Nie malował w plenerze, nie odtwarzał widoków. Chłonął je całym sobą, by następnie przetworzyć po swojemu. Genialnie syntetyzował kształty; odnajdywał paletę barw odległą od rzeczywistej, a zarazem idealnie trafiającą w nastrój krajobrazu i pogody. Zarazem przekazywał własne stany emocjonalne, niejako „podłączał się” pod naturę. Co znamienne – jego psychiczno-emocjonalna, pejzażowa mimikra nie dotyczyła tylko swojskiego, polskiego podwórka. W równie bezbłędny sposób wnikał w istotę egzotycznej roślinności gdzieś w Ameryce Południowej czy w zimne błękity lodowca.

images-7 imgres-4 imgres images imgres-2 images-1 imgres-5 imgres-3 images-8imgres-1 imgres

… Odchodził przez wiele miesięcy, ale bez cierpień. Spokojnie słabł. Polegiwał w swym „pałacu” (jak to żartobliwie określał), który zaczynem był drewniany domek fiński przetransportowany z centrum Warszawy do podmiejskich Łomianek. Z latami dwie izdebki rozrastały się, domek zamieniał się w dom. Potem powstała ogrodowa pracownia – szczyt szczęścia dla artysty. Tak, Tadeusz wielokrotnie podkreślał, że niczego mu do szczęścia nie brakuje, że osiągnął wszystko, o czym kiedykolwiek marzył. Zanim zakotwiczył pod Warszawą, pozwiedzał sporo świata, zaznał uroków życia, pozachwycał się kobietami, popróbował dobrych trunków…

Dominik szczerze przyznawał: – Kobiety interesowały mnie bez względu na ich profesję. Moja pierwsza żona była malarką, ale dwoje artystów musi popadać w konflikty, nawet gdy się kochają. W małżeństwie z Cynthią nie ma zawodowego współzawodnictwa. Natomiast ona znakomicie reaguje na malarstwo. Nigdy nie musiałem jej tłumaczyć, o co w nim chodzi. Bo sztuki nie trzeba rozumieć, tylko ją kochać.

images-4

21
May

życie dla sztuki

Udostępnij:

Wczorajszy dzień zawarł dwa ważne wydarzenia i zepchnął na dalszy plan zamierzone przeze mnie wietrzenie zakurzonego rynku sztuki.

Pierwsze to śmierć Tadeusz Dominika (1928-2014) – wielkiego artysty, którego prace stanowią podstawę wielu znaczących kolekcji.

Drugim była aukcja kolekcji Zbigniewa Rybczyńskiego (byłego dyrektora wrocławskiego CeTA i laureata Oscara), która odbyła się w warszawskim domu aukcyjnym Okna Sztuki.  Kolekcjoner znalazł się w trudnej sytuacji i swoją przyszłość w pewnym sensie uzależnił od tej aukcji… I to był test na wartość kolekcji, która w ocenie właściciela była bezcenna, ale za zawartą w niej wartość emocjonalną i historyczną nikt nie był gotów nadpłacać.

Oferowano na niej 280 obiektów – w tym grafiki autorstwa Rybczyńskiego, a także prace m.in. Pabla Picassa, Cypriana Norwida, Jana Lebensteina, Salvadora Dali, drzeworyty i miedzioryty map, planów miast polskich i scen historycznych.

A oto jak zareagował rynek – największym zainteresowaniem licytujących cieszyła się grafika Cypriana Norwida Modlitwa dziecka, (lot. 7) znana także pod tytułem Parabola o świecy pod korcem z 1855 roku, którą wylicytowano do 21 tys. (wyw. 9 tys.)

Widok Arsenału Holenderskiej Marynarki Wojennej, (lot. 8) wykonany przez Gerrita Berckhayde z przełomu XVII i XVIII wieku została sprzedana za cenę wywoławczą – 20 tys. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się grafiki – ręcznie kolorowana litografia Patricka Hughesa Multiples 1999, (lot. 24) która  osiągnęła cenę 22 tys. (wyw. 20 tys.), akwaforta Pabla Picassa Pour Roby, (lot. 36) datowana na lata 50. XX wieku została sprzedana za 6 tys. (wyw. 4 tys.), a litografia Endless Enigma Salvadora Dali (lot. 39) – za 9 tys. (wyw. 5 tys.).

DALI Salvador ENDLESS ENIGMA litografia barwna na papierze Arches, 53,5 x 66 cm w świetle passe-partout, sygnowana ołówkiem pod kamieniem p.d. "Dali", l.d. "196/300" dołączony certyfikat imienny STUDIO ART GALLERY z Nowego Jorku z 2. XII. 1985 r. z kolekcji  Zbigniewa Rybczyńskiego

DALI Salvador ENDLESS ENIGMA litografia barwna na papierze Arches, 53,5 x 66 cm w świetle passe-partout, sygnowana ołówkiem pod kamieniem p.d. “Dali”, l.d. “196/300″ dołączony certyfikat imienny STUDIO ART GALLERY z Nowego Jorku z 2. XII. 1985 r.

Za ponad 8 tys. wylicytowano XVII-wieczny plan Warszawy z dzieła Theatrum praecipuarum totus mundi Liber Sextus  (lot. 73) Georga Brauna (wyw. 4 tys.), a za 13 tys. (wyw. 4 800 zł) sprzedana została rycina Wjazd do Rzymu Ambasadora Polski w roku 1633  autorstwa Stefano Della Bella (lot. 103).
Większość licytowanych dzieł nie znalazła kupców, i jak można się spodziewać po zapowiedzi Rybczyńskiego, kolekcjoner wystawi je na aukcjach internetowych.

Osiągnięte wyniki mogły rozczarować kolekcjonera, ale tak jest kiedy sprzedaje się nie tylko zawartość artystyczną, ale i część swojego życia…

Warto przypomnieć, że decyzja Zbigniewa Rybczyńskiego o wyprzedaniu swojej kolekcji, związana jest z konfliktem pomiędzy nim a obecnym kierownictwem Centrum Technologii Audiowizualnych i ministrem kultury i dziedzictwa narodowego Bogdanem Zdrojewskim. Chodzi o nieprawidłowości finansowe w CeTA z okresu poprzedniego kierownictwa tej instytucji. Swoją kolekcję grafik oddał “pod młotek”, by mieć fundusze na prawników w procesach z ministrem. Docelowo zamierza wyjechać do Stanów Zjednoczonych.

Cóż, jak widać rynek sztuki jest bezwzględny i właśnie do tego tematu powrócę.

Dla MOMArt_ Tomasz Darowny

18
May

Przetrwanie w grobie (komiks „Córka Mendla”)

Udostępnij:

Gdyby nie upuszczony na nogę mrożony kurczak, którym Gusta Lemelman złamała sobie kości śródstopia, być może nigdy nie opowiedziałaby synowi historii swego ocalenia z Holocaustu; gdyby nie nadaktywność mamy (pomimo kontuzji), może Martin Lemelman nie wpadłby na pomysł, żeby ją zatrzymać w fotelu… pytaniami o życie.

Raj na kresach

W 1989 roku nagrał na wideo opowieść matki o jej losach i rodziny. Siedem lat później Gusta odeszła na zawsze. Minęło jeszcze kilka lat, aż Martin, ilustrator i wykładowca pensylwańskiego Kutztown University, zdecydował się zrekonstruować matczyne wspomnienia w formie komiksu.

Niedawno ukazał się polski przekład.

81Bf7QyN-DL imgres

Tłumacz Wojciech Szot, poza zwykłą translatorską pracą, spróbował zrekonstruować wydarzenia, które miały miejsce między 1937 a 1949 rokiem tam, gdzie los rzucił rodzinę bohaterki. W posłowiu sprostował kilka faktów, nazw i nazwisk, fonetycznie zapisywanych przez Martina – czego nie zrobili poprzedni wydawcy. Chwali mu się też zachowanie stylu oryginału, z jidyszyzmami i mało wyszukanym słownictwem (Gusta wyemigrowała do Ameryki jako dorosła osoba i nigdy nie nauczyła się literackiego angielskiego).

Opowieść zaczyna się na polskich kresach, w miejscowości Germakówka. Dziura zabita dechami. Klimaty jak ze „Skrzypka na dachu”; jak z obrazów Chagalla. W latach 20. liczyła niecałe trzy tysiące dusz, z czego około setki wyznania mojżeszowego. W relacji Gusty było to eldorado: „Przed domem było przepięknie. Przy ulicy rosły drzewa, zieleniły się trawniki. (…) Cudownie było latem wyjrzeć przez kuchenne okno. Mieliśmy wielki ogród, w którym rosły orzechy włoskie, dojrzewały wiśnie (…) gruszki i wielkie czerwone śliwki.”

Co najważniejsze – pomiędzy mieszkańcami panowała symbioza, bez względu na przynależność do różnych religii. Rodzice Gusty ona oraz szóstka jej rodzeństwa cieszyli się powszechną sympatią. Nie dziwota, że pani Lemelman chętnie wraca do wspomnień z tamtych bezkonfliktowych lat; przywołuje na pamięć żydowskie obyczaje; opowiada o tradycyjnych metodach wychowawczych, których – co tu kryć – padła ofiarą. Choć zdolna i bystra, w szkole nie otrzymywała najwyższych not, bo… nie odrabiała lekcji. Nie, nie leniła się – musiała pracować w domu i pomagać ojcu w sklepie.corkamendla_312488b45b41f7c92b5408dce1130d9a6cdskan5-824 TwoCentsp5859

Wspomnienia po półwieczu

Groza zaczyna się we wrześniu „roku pamiętnego”. Na razie tam, na wschodnich rubieżach Polski, Niemców nie było widać. Za to postrachem są czerwoni Rosjanie, uważający wszystkich Żydów za „bogatych kapitalistów” i wyciskający z nich co tylko się da. Potem niebezpieczeństwem stają się Ukraińcy i ich antysemityzm. Jesienią 1941 roku pojawiają się brunatne koszule. Zaczyna się tułaczka Żydów, gettoizacja, napiętnowanie. To wciąż nie jest najgorsze – dopóki nie zaczyna się Akcja Zagłady. Większa część familii Menachema Mendla zostaje złapana i wywieziona, nie wiadomodokąd. Nigdy już nie wrócili. Czwórka rodzeństwa – w tym Gusta – ratuje się. Gdzie? W… grobie. No, nie chodzi o prawdziwy grób, lecz o dół, a raczej kilka wykopów w lesie, maskowanych od góry gałęziami i liśćmi. Tak dotrwali do końca wojny. Zdarzają się momenty dramatyczne, lecz całej czwórce udaje się przetrwać.

Wiosną 1944 roku do Germakówki znów wkraczają Niemcy – tym razem uciekający przed Rosjanami. Gusta z siostrą i dwoma braćmi wracają do rodzinnego domu. Tam konstatują, że zajęła go pewna chrześcijańska rodzina. Postanawiają emigrować. Droga jest długa i niełatwa. Najpierw obóz dla przesiedleńców Neu-Freimann, gdzie Gusta bierze ślub z przystojnym i równie jak ona zagubionym uchodźcą. Aż wreszcie wymarzona Ameryka!

Martin i jego starszy brat Bernard urodzili się już jako obywatele Nowego Świata. Niewiele wiedzieli o przodkach i ich przeszłości. Minęło czterdzieści lat, zanim Gusta – w okolicznościach, o których było na wstępie – podzieliła się z synem swą historią.

W stylu elementarza

Holocaust nie jest tematem „wyczerpywalnym”. Niejeden artysta próbował zmierzyć się z Zagładą w najróżniejszych formach. Do historii komiksu należy już „Maus” Arta Spiegelmana i jego pomysł ze „zezwierzęceniem” bohaterów. Za wybitne dzieło uważam niedawno wydany tom „Zaduszki” Rutu Modan – choć fabuła nie dotyka bezpośrednio Holocaustu, lecz odnosi się do wojny i eksterminacji ludności żydowskiej poprzez obraz współczesnej Polski.

Czy „Córka Mendla” stanie się klasyczną pozycją? Nie sądzę. Rzecz dramaturgicznie jest mierna, wręcz nieudolna. Rozumiem, że Martinowi Lemelmanowi chodziło o wierność wobec relacji matki, która gubi wątki, przerywa sobie, miesza ważne fakty z nieistotnymi szczegółami. Gdyby zredagować jej narrację, książka zyskałaby na sile. Natomiast dobre słowo należy się ilustracjom Martina. Realistyczne, wykonane miękkim ołówkiem i piórem, wyglądają jak przerysowane ze starych zdjęć – i doskonale korespondują z wyblakłymi fotografiami z rodzinnego albumu, wykorzystanymi w tomie.

Na mnie największe wrażenie robią zbliżenia oczu – rysowanych i sfotografowanych. Jak z instalacji Christiana Boltanskiego, wykorzystującego archiwalne negatywy ludzi żydowskiego pochodzenia.

Na koniec zatrzymam się jeszcze nad samym stylem rysowania. Bezpretensjonalny, czytelny, nawet lekko naiwny skojarzył mi się z… elementarzem. Nie z takim zwykłym, ale z konceptualnym „elementarzem” autorstwa Ilji Kabakowa, wybitnego rosyjskiego artysty, który kiedyś zarabiał ilustrowaniem podręczników dla dzieci. Ten niegdysiejszy dysydent od 1988 roku mieszka w Nowym Jorku. Ciekawe, czy Lemelman kiedykolwiek go spotkał?

Scenariusz: Gusta Lemelman, Martin Lemelman; rysunki Martin Lemelman

Córka Mendla. Wspomnienia

Tłum. Wojciech Szot

Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2013

16
May

Zawód, który sprawił zawód

Udostępnij:

Nie wiem, co to znaczy być „zawodowym” krytykiem. Dla mnie to kreacja, a ta wymyka się sprofesjonalizowaniu. Bo czym, w ogólnym pojęciu, jest krytyka sztuki? Przekładaniem zjawisk awerbalnych na słowa. Ustalaniem hierarchii emocji, przeżyć, objawień. Tłumaczeniem sensu i bezsensu tego, co w głowie artysty.

Tego zawodu nie można się wyuczyć. Opanowuje się go samodzielnie, po omacku, metodą prób i błędów. Historia sztuki poznać nazwiska, daty, fakty, lecz nie szlifuje literackiego warsztatu. To właśnie z uniwerku wywodzą się kulturoznawcy i historycy sztuki posługujący się koszmarnym, hermetycznym slangiem.

Miałam skłonność do rzeźbienia w słowach. Rozumiałam innych artystów, bo sztukę znałam od wewnątrz. Analizując prace innych, krystalizowałam własne poglądy. Uczyłam się nonkonformizmu i odporności na opinie innych.

Za PRL-u krytycy sztuki mieli silną reprezentację w SDP; mieli też (i mają nadal) międzynarodowe stowarzyszenie AICA. Może bym się i zapisała, gdyby nie obowiązek płacenia składek w dewizach.

Jednak zawdzięczam AICA przeżycie, którego nigdy nie zapomnę: pierwszy w życiu wyjazd do Paryża. Na wystawę „Paryż-Moskwa” w Centre Pompidou. Pomogła Anda Rottenberg, ówczesna sekretarz stowarzyszenia.imgres-1 imgres imgres

Pobytu nad Sekwaną nikt nie sponsorował. Oficjalnie można było zabrać sto dolców. Zdobyłam, lecę. Grupka takich intelektualistów, że ach. Lądujemy na Orly. Tam wiatr. Podwiał mi szeroką kloszową spódnicę na tyłek. Nie zauważyłam, dopóki jakiś autochton nie zasyczał w języku Moliera „Mademoiselle, c’est tres beau, mais…” Sądził, że panna przybyła w celach zarobkowych i startuje od zaraz. W międzyczasie reszta wycieczki myk, myk, z Orly. Każdy do umówionego przytuliska. A ja tkwię w hali przylotów, bez konta ani kontaktów.

Bratem w bezradności okazał się Jan Tarasin, artysta wybitny, profesor ASP. Jechał na podobnych partyzanckich warunkach. Zadzwoniliśmy do domu PAN-u. Wynajęliśmy pokój bez wygód i sanitariatów, ze wspólną kuchnią. Jak dla skautów. Po uiszczeniu opłaty zabrakło na wikt. Co tam, fistaszki i jabłka wystarczą! A wejście na wystawy gratis, za okazaniem legitymacji. Poza tym Paryż sycił atrakcjami.images imgres imgres-1 imgres-2 imgres-3 images-1Janek Tarasin i jego wspaniałe obrazy.

Janek, człek nieduży z dużym nosem, chodził z głową spuszczoną. Przypominał zwierzątko węszące w trotuarze. Raz wypatrzył porzucony, a nie zużyty karnet do metra; innym razem – o, dobry Boże! – banknot 50-frankowy! Złote serce, zaprosił na porządną, ciepłą kolację.

W tym samym 1979 roku los zdarzył inną gratkę: Biennale Tkaniny w Lozannie. Magda Abakanowicz święciła triumfy na indywidualnym pokazie („pani to pewnie Abakanowicz”, uznał jakiś Szwajcar na otwarciu, zmylony moją najlepszą kreacją uszytą z chustek do nosa). Wtedy też Zosia Bohdziewicz-Winiarska dostała złoty medal, zaś ja – ataku astmy. Kwitły trawy, dla mnie – alergeny. Dusząc się jak Desdemona, wycharczałam błaganie o pomoc.images-2 images imgres imgres-2 imgres-4 imgres-1 images-3 imgres-3 images-1Magdalena Abakanowicz była wtedy u szczytu sławy i powodzenia.

Szwajcarzy udzielili, zawieźli do internisty. W gabinecie odebrało mi mowę: wnętrza urządzone antykami, prywatna pielęgniarka, komfort, dyskrecja. Doktor zbadał, zlecił roentgen (pokój obok). Po pół godzinie obejrzał moje wnętrze w negatywie. – Nie, nie ma pani tuberkulozy, zawyrokował z ulgą.

Mnie zaś huczało w umyśle: ile? Ile kosztuje medyczna konsultacja wśród antyków? Czy monsieur le docteur zatrzyma mnie jako sprzątaczkę? Jak długo będę odpracowywać usługę – rok, dwa lata? Lekarz miał gest – nie chciał honorarium. Poszło z konta wieszcza Adama, który zasłużył się lozańskiemu uniwersytetowi.

Odzyskawszy oddech, w drodze powrotnej ze Szwajcarii zwiedziłam Frankfurt na Menem. W tamtejszym muzeum – retrospektywa Jeana Tinguely’ego. Absurdalne machiny wszędzie; największe buszują w ogrodzie; niektóre same się rozmontowują. Rewelacja! Czegoś takiego nigdy wcześniej na oczy nie widziałam. Opisałam w surrealistycznym duchu, zgodnie z charakterem pokazu. Tekst poszedł w „Literaturze”, spodobał się decydentom, poprosili o jeszcze. Tak się zaczęło, choć krótko trwało. Stan wojenny na długie lata wstrzymał moją krytyczną wenę. Odleżała się i reaktywowała po przełomie. Ze znacznie większą intensywnością.

imgres-8 imgres-6 imgres-5 imgres-2 imgres-7 imgres-3 imgres-1 imgres-4

Jean Tinguely i jego rzeźby, z których większość poruszała się, hałasowała, robiła coś idiotycznego, rozbierała się (sama z siebie) oraz ogólnie dowodziła kruchej kondycji sztuki. Jak nie zachwycić się taką odwagą ze strony twórcy?