THE BLOG

28
Jun

Bycze życie po śmierci (o „Samotnym matadorze” – Juanie Belmonte)

Udostępnij:

Wino, kobiety i adrenalina – to była jego dieta przez długie lata. Walkę z bykiem traktował jako specyficzną formę twórczości. Jak metafizykę.

Unieśmiertelniony przez Hemingwaya

Juan Belmonte Garcia z Sewilli, rocznik 1892imgres-6, urodził się z defektem na pozór uniemożliwiającym start na arenie: chudziutkie, krzywiczne kończyny dolne plus potężny tors. Groteskowy kontrast. W tym nieciekawym ciele skrywała się gmatwanina kompleksów i dumy, nieśmiałości i brawury. Na przekór danym wyjściowym, Juan marzył o karierze toreadora. I odniósł sukces. Wypracował własną technikę drażnienia zwierzaka muletą. Stał nieporuszenie w miejscu, manewrami płachty zmuszając coraz bardziej ogłupiałego byka do wielokrotnych rund dookoła własnej osoby. I nagle pach! – zadawał śmiertelny cios.

url 442-juan-belmonte2 441-juan-belmonte1imgres-6

Tego pierwszego uśmiercił w 1910 roku. Potem zarabiał 9 tysięcy dolarów w ciągu jednego popołudnia, stając do walki z dwoma, nawet trzema rozwścieczonymi bestiami. W 1919 roku osiągnął szczyt: uśmiercił 234 byków podczas 109 corrid – rekord nie do pokonania przez następnych 46 lat! Kiedy nastąpiła detronizacja, fenomenalny torrero od trzech lat znajdował się już na tamtym świecie.

Zanim to nastąpiło, Belmonte próbował innych sposobów na życie – poza corridą. Nabył działkę w Andaluzji, hodował rasowe byki, napisał autobiografię (oczywiście, z pomocą ghostwrittera), przyjaźnił się z Ernestem Hemingwayem.

imgres-9 imgres-8 imgres-10 imgres-5 imgres-6 images-2 images images-1 imgres-11 Fascynacja Hem9ngway’a corridą  została utrwalona na zdjęciach – noblista na widowni areny, noblista ściskający bohaterów mulety, noblista… nie akceptujący starości.

Miał wiele wspólnego z amerykańskim noblistą – obaj nie akceptowali starości, fizycznego upadku, utraty potencji i powodzenia u dam

.BELMONTE M LIBRO JUAN BELMONTE, SALVADOR BALIL Juan_Belmonte_002 imgres-5imgres-4 imgres-3Juan Belmonte wystylizowany na bóstwo – i taki, jakim był pod koniec życia.

Hemingway unieśmiertelnił geniusza mulety w dwóch głośnych powieściach, „Śmierć po południu” i „Słońce też wschodzi”. Tydzień przed 70. urodzinami Belmonte przegalopował wokół rancza, wypalił cygaro, łyknął wina, wyciągnął pistolet i palnął sobie w łeb. Rok wcześniej identycznie postąpił Hemingway.

Samotność emeryta

Wydarzenie trafiło na łamy prasy, m.in. tygodnika „Life”. Ponad cztery dekady później na podstawie tej relacji powstał film zatytułowany „Belmonte”. Niedawno zaś Króla Corridy przypomniał Jay Writght w komiksie „The Lonely Matador”.imgres-5

Wizualnie znakomite. Konwencja groteski. Brzydko-zabawne figury obwodzi wyraźny czarny kontur; płasko kładzione kolory są skontrastowane z miejscami podrysowanymi ołówkiem czy kredkami. Poza zwykłymi planszami, komiks uatrakcyjniają elementy dodatkowe – do wyjmowania, rozkładania, przesuwania. Na przykład – afisz reklamujący wyroby wędliniarskie czy plakat zapowiadający występ torrera – kiedyś tam, dawno temu.

Ale nie o przeszłe sukcesy w tym tomie chodzi. Młody brytyjski rysownik i scenarzysta zabawił się w probabilistykę – co by było, gdyby…? Gdyby odarty z glorii sławy i samczych sukcesów toreador nie targnął się na życie, lecz wiódł je wedle wskazań doktora?

Śledzimy sześć dni z nieciekawej egzystencji ex-gwiazdora areny. Mieszka teraz w ubogiej dzielnicy niezidentyfikowanego miasta (wszystkie szyldy i napisy po angielsku), samotnie (zgodnie z tytułem), jeśli nie liczyć psa. Obydwaj, pan i pupil, nie grzeszą wzrostem ani urodą. Ale mają metodę na poprawę samooceny – przebierają się. Oto bohater. Krucza brew, uwodzicielskie baki, wypomadowana czupryna. No i starannie wystylizowany strój. Z kolei kundel paraduje z… rogami, zamocowanymi na łbie jak kokarda.

Jednak codzienność tej dziwacznej pary jest mało rozrywkowa. Samotny Matador to snuje się z psem po domu, to odwiedza market, to znów ćwiczy na siłowni. Gdy telewizja transmituje walkę byków, mistrz śledzi przebieg i oczywiście wkurza się na gafy innych. Nieoczekiwanie w piątek w toreadora wstępuje dawny duch Nieustraszonego Pogromcy Byków. Rusza do walki z własnym psem, udającym rozjuszone monstrum. Demonstruje najlepsze zagrywki. Przypadkowi widzowie, spacerowicze dębieją z wrażenia. Sukces!

W sobotę Belmonte porywa się na kolejny wyczyn. Wspina się na dach pobliskiej kamienicy i niszczy wymalowane na fasadzie ostrzeżenie przed skutkami palenia papierosów. Zamiast tego, wypisuje buńczuczne hasło: „The Fight lives on”. Czy, i jak walka potoczy się dalej, Wright nie informuje. Ale zostawia nas z nadzieją.imgres-6 imgres-10 imgres-12 imgres-8 imgres-9A gdyby nie strzelił samobója? Czy tak przebiegałyby jego dni, jak to wyobraził sobie i narysował Jay Wright?

 

The Lonely Matador

Rysunki i koncepcja Jay Wrighta

Tłum. Zuzanna Neczyńska

Wyd. Centrala – Central Europe Comics Art,

Poznań, 2011

28
Jun

Wszechświat wywiedziony z Żyrardowa (recenzja „Ballady o kapciach” Aleksandra Kaczorowskiego)

Udostępnij:

Aleksander Kaczorowski jest bohemistą, tłumaczem Hrabala, literaturoznawcą. Pogodny człowiek, pozbawiony jadu. Nie spodziewałam się, ze za jego sprawą odjadę. W przeszłość, w teraźniejszość, w dusze ludzkie. I zastanowię się nad tzw narodowym charakterem Polaków.

„Ballada o kapciach” (trzy eseje o zadupiach z okolic Warszawy) to książka niby osobista, w istocie uniwersalna, psychologiczno-historyczna. Demaskatorska. Autobiografia? Skąd, złuda. O autorze – co kot napłakał. Jego poszukiwania przodków i rekonstruowanie ich życiorysów rozgałęziają się na całą Polskę; na ziemie objęte zaborami; na naszą dawną i całkiem nieodległą historię; prowadzą za ocean; do krajów, gdzie emigrantów z „priwislanskiego kraju” najwięcej. Z biegiem spraw autor porzuca familijne historie i koncentruje na losach anonimowych (dotychczas) mieszkańców podstołecznych miasteczek (Żyrardów, Grodzisk).

To nie jest polski patriota wedle kodeksu PiS. Wyśpiewując swą „Balladę…”, demaskuje narodowe legendy. Podważa mit o odwadze; dewaluuje (podając fakty) etos prawości, chrześcijańskiego miłosierdzia, ofiarności i bohaterstwa.

Po pierwsze, nie jesteśmy en masse szlachtą – większość naszych galicyjskich przodków pochodzi od chłopa pańszczyźnianego, przez cara uwłaszczonego (dekret z 1863). Wielu naszych herbowych antenatów bieda spychała do pozycji gorszej niż zamożnego chłopstwa – i z tej grupy rekrutuje się tzw inteligencja. Po drugie, daleko nam do aniołów – często ponad interes państwa wybijał się interes własny.

Przykładem korupcyjnej hańby – losy Żyrardowa i tamtejszych zakładów włókienniczych, prosperujących najlepiej w Europie do momentu wkroczenia francuskiego kapitału. Po I wojnie niejaki Marcel Boussac, zwany „królem bawełny”,

url imgres-5 cdior-12_v_5apr12_rex_b MC9367 imgres-4 imgres-3imgres-3Ten sympatyczny starszy pan, entuzjasta rasowych koni, przyczynił się – świadomie – do upadku  Zyrardowa.

przekupił Władysława KucharskiegoWladyslaw_Grabski imgres-4 imgres-3, ministra skarbu odrodzonej Rzeczypospolitej: nabył Żyrardów za jeden procent wartości zakładów, celowo doprowadził je do ruiny – po to, by wyprowadzić z impasu swą francuską firmę tekstylną.

Gdyby ktoś nie wierzył w takie świństwo, może przekona go mocno publicystyczny poemat Czesława Miłosza (wówczas 21-letniego studenta Uniwersytetu Batorego) „Przeciwko nim”, który Kaczorowski cytuje. Nie są to wyżyny poetyckiego kunsztu, za to jaka siła perswazyjna!

Powie ktoś – zamierzchłe czasy. Tak, lecz reperkusje trwają do dziś. Otóż topiąc nasze lny, Boussac stał się najbogatszym człowiekiem Europy, którego imperium zawaliło się dopiero w 1980 roku, kiedy prezydent Mitterand imgres-4 imgres-3odmówił mu kolejnego kredytu z państwowej kiesy. Z tej zaprogramowanej klęski Żyrardów nigdy się nie podniósł. No, może pomogą mu lofty w ekskluzywnym skansenie – jedynej zachowanej w Europie XIX-wiecznej osadzie przemysłowej.177650 368704 imgres-3 imgres-4

jak to się ma do biografii Kaczorowskiego? Urodził się w Żyrardowie. Potem rodzina przeprowadziła się do Grodziska, gdzie „balladzista” chodził do liceum. Znów niby zero atrakcji – a wychodząc z grodziskiego pałacyku zwanego Lokomotywką autor dokopuje się źródeł wiedzy o tamtejszych Żydach i ich relacji z Polakami. Znowu nasza kompromitacja. Jeśli ktoś pomówi Kaczorowskiego o tendencyjność – odsyłam do „Naszej klasy” Słobodzianka. „Ballada…” dziwnie z nią współbrzmi.

 

Aleksander Kaczorowski

Ballada o kapciach

Wyd. Czarne, Wołowiec 2012

27
Jun

Gruba

Udostępnij:

– Masz chyba ze sto w biodrach, zachichotał koleś.

Jakoś wcześniej nie zauważyłam, że porastam sadłem. Dojrzewanie u jednych ma własności odchudzające, u drugich spulchniające. Byłam drugim przypadkiem. Puścił mi się cyc i zaczęłam rosnąć w tyłku. Na nieszczęście, hormony jeszcze milczały, nie wiedziałam, co to kokieteria. Chłopaki mniej mnie kręcili, niż przepychanki słowne z koleżankami, jak ja niewypierzonymi, wciąż osadzonymi w dzieciństwie. Żarłam, co dawano. Bez kontroli, posłusznie. Aż do dnia, kiedy padła wzmiankowana powyżej uwaga. Odbyłam konsultację z lustrem. Rany, w kloszowej spódnicy z wełny boucle naprawdę przypominałam obiekt do toczenia. Co jak co, ale estetyczne walory zawsze stanowiły dla mnie priorytet. Nie spodobałam się sobie w zwierciadle. W dodatku ambitnie uczestniczyłam w szkolnym teatrzyku, patoczyłam się na scenę, wygłaszałam z niej wzniosłe kwestie.

Taką sztukę wtedy graliśmy: „Dwie bułki z szynką”. Nie, nie zaangażowano mnie do roli wędliny. To był dramat o ostatnim dniu wakacji roku 1939. Dwoje naszych rówieśników – fikcyjnych, rzecz jasna – wyruszyło na wycieczkę z wałówką, znaczy – dwiema kajzerkami przełożonymi różowymi mięsnymi płatami. Nie pamiętam, czy bohaterowie tej cudnej i pouczającej sztuki spożyli wikt, czy też padające na ojczyznę faszystowskie bomby konsumpcję im udaremniły. Dość, że stawałam w obliczu publiczności, która śledziła losy odgrywanej przeze mnie panny, tej od szynki. Nie wątpiłam: widzowie życzą mi kolejnego kataklizmu, abym tylko nie spożyła opakowanej w nieprzetłuszczający się papier, następnej dawki kalorii. Na oko było widać – mam tego towaru nadmiar.

Najtrudniejsza okazała się walka z macierzą. Powodowana troską o jedynaczkę, co dzień wyprawiała mnie do szkoły z drugim śniadaniem. Zaczęłam pozbywać się tego posiłku. Oddawałam wszystkożernym chudzielcom. Potem kwestia zupy, od której nieodmiennie zaczynał się obiad – o, co to, to nie. Kluchy na kolację – żadną miarą. Słodycze precz. Ciasteczka dla gołębi. W ostateczności, brałam żer do gęby, żułam, następnie wypluwałam. Matka rozpaczała. Żaden jej argument nie skutkował. Że rosnę – już to zrobiłam, ripostowałam, teraz idę wszerz. Że zgłupieję – dotychczas byłam durna, że nie zauważyłam, jak wyglądam – odparowywałam. W końcu rodzicielka znalazła się w takim stanie ducha, że uderzyła po wsparcie do teściowej, z którą nie rozmawiała od lat. Porażka. Babunia okazała się sprzymierzeńcem krnąbrnej wnusi.

Schudłam. Najpierw dla siebie. Ale praca nad formą okazała się jak znalazł, gdy z oczu opadła mi dziecięca zaćma i dostrzegłam istnienie płci przeciwnej. Bardzo interesujące zjawisko, które też ciągnęło w stronę lasek. Na horyzoncie pojawiły się ciekawsze rozrywki, niż szkolny teatrzyk. Dwie bułki z szynką nie mogły konkurować z Beatlesami czy Stonesami. Grało się, tańczyło, pociło. Świetne ćwiczenia sprawnościowe, odchudzające zarazem.

Był taki czas, kiedy poszło mi w drugą stronę. Traciłam na wadze jak ciało zanurzone w cieczy, choć byłam sucha. Za sucha. Sprawcą był pewien pięknooki alkoholik. Dwa studenckie lata z nim przerobiłam. Znikał, gdy miał ciąg. Matka, ojciec moczymordki używali mnie jako wykrywacza gradusów. Gdzie synalek polazł i czy pobiera, kazali tropić. A pił w nie najlepszym towarzystwie. Starałam się sprostać wyzwaniu. Efektem – wieczny dygot w całym ciele; w kiszkach – zacisk. Co zjadłam, wysrywałam. Jak kaczka. Mogliby z moich wątpi tłoczyć środki na przeczyszczenie. Za to prezentowałam się doskonale w spodniach typu dzwon o obniżonej talii. Bioder nie posiadałam, tylko dwa wystające gnaty. Jak modelka. Gorzej z włosami. Wychodziły. Każdy stracony włos opłakiwałam, jako że Bozia nie dała nadmiaru.

Pamiętam ten dzień. Wiosna, jaśminy, złoty deszcz, ja smutna. Chłopca nie było dobrych kilka dni. Niedoszli teściowie znów wyznaczyli mi tropicielskie zadanie. I wiecie, zbuntowałam się. Siadłam na zabytkowych schodach Akademii Sztuk Pięknych pod Mojżeszem (kopią dzieła Michała Anioła, jakby kto nie wiedział), wylałam z ócz potok słonego płynu, odsmarkałam się, otrzepałam i poszłam kupić nowe rajstopy. Miłość przeszła, jak ręką odjął. Po dwóch tygodniach narzeczony, całkiem trzeźwy i smutny jak pies baset, czołgał się u mych stóp. Bezskutecznie. Chodziłam już z innym, bez nałogów. Od tej pory nie byłam gruba.po galeriach 2_fot.wh _007_ U Staszka – degustuję 10363445_748760975176115_239737505_n po galeriach 2_fot.wh _016_ po galeriach 5_Grze Drozd_fot.wh _21.05.14_003 po galeriach 5_Grze Drozd_fot.wh _21.05.14_008

PS. Myli się ten, kto sądzi, że już mam z górki. Pilnuję się. Gimnastykuję codziennie, nie przeżeram. Ale jeśli po zimie czy po wakacjach zauważam ciasnotę w dżinsach, przestaję jeść słodycze. I zwiększam dawkę ćwiczeń.

27
Jun

Rosłam w cieniu

Udostępnij:

Temat i tytuł: „Rosłam w cieniu Anteny” wymyślił red. nacz. tygodnika „Antena” – periodyku, któremu kres położyła prywatyzacja mediów. imgres-4 imgres-3 imgres-5 images Oto jak rosła sama „Antena” Oraz jej poprzednik – „Radjo”.

I nikomu nie żal, nie tylko góralowi. Pozostał tytuł, do którego redaktor bardzo się przywiązał ze względu na dwuznaczność w odniesieniu do mojej osoby.

W cieniu czy nie, duża nie wybujałam. Może właśnie przez zacienienie okolicy. No bo jak – babcia wiecznie niezadowolona z dykcji wnusi, piłowała do skutku: – Co ty mówisz, nie można nic zrozumieć.

Musiałam jej powtarzać, aż zadowoliłam czułe reżyserskie ucho. I tak szczęście, że wybaczyła mi brak przedniojęzykowego „ł”, obowiązującego w czasach jej młodości. Ale „h” nieme i „ch” musiałam fonicznie odróżniać. Potem gnębił mnie tata: – Co ty nucisz, okropnie fałszujesz.

Fakt, słuchu absolutnego nie posiadam i z tej racji pewnie go zawiodłam. Niczym nie zasługiwałam na pochwały. Dobre stopnie? U nas w rodzinie to norma. Uzdolnienia plastyczne? Masz po dziadku. Ładnie tańczę? Ho, ho, żebyś widziała, co ja wyprawiałem na parkiecie. Król balangi!

Mama chwaliła, lecz między komplementy i czułości wsączała do ucha jadowite: – Przez ciebie nie wyszłam po raz drugi za mąż. Kto by chciał kobietę z dzieckiem. Dla ciebie się poświęcam, przez ciebie odejmuję sobie od ust.

To obliguje. Latami ulegałam jej emocjonalnym szantażom. Ona w tym miała czarny pas. Rekompensowała sobie inne życiowe klęski, trzymając mnie w uczuciowym szachu.

Ciotki. Politowanie wymieszane z lukrem, zachwyt podszyty dyskredytacją. Nawet kiedy zaproszą na Wigilię, zawsze znajdziesz pod choinką prezenty kategorii C, może D. Tymczasem kuzynka ma grupę A, kuzynek też, a ty uśmiechaj się z wdzięcznością, że dobry Mikołaj dał ci książkę (lubisz czytać, prawda?) lub kolejny długopis (tak ładnie piszesz…) albo grę planszową chińczyk (z hasłem „człowieku nie irytuj się”).

Więc kiedy jakiś facet mówi, że kocha, nie wiesz, jak wypłacić się za łaskę. Jeszcze nie rozumiesz, że ładujesz się w uzależnienie. Że będziesz bać się utraty uczucia, na które przecież nie zasługujesz.

Tak miałam.

Z drugim mężem miało być forever. Zgrzytnął klucz w zamku; ja – stójka w przedpokoju, herbata w czajniku, do tego coś na ząb. On pisał, ja – cisza jak makiem zasiał. Ja pracowałam – stawał nade mną, nawijał, domagał się zainteresowania tudzież strawy. Dawałam się terroryzować. Uczuciowo byłam miękka.

W dniu, w którym pierdyknęła czarnobylska elektrownia,

CHERNOBYL Oto Czarnobyl i skutki awarii. imgres-3 imgres-4

on przebywał w Gruzji na naukowo-artystycznej wyprawie. Ja też byłam bezpieczna – tkwiłam w grubych murach Pałacu Kultury, aranżując w jego zastępstwie wystawę. Wyszłam pod wieczór. Patrzę, w aptekach kolejki po jod. Groza! A ja sama. On, ten ukochany, nie martwił się. Nie zadzwonił. Wrócił, kiedy przyszła jego pora. Naszykowałam powitalną ucztę, rzecz niełatwa w 1986 roku. Nawet nie spróbował dań.

Przeżarłem się, mówi, w Gruzji świetnie karmili. Elegancki to on zawsze był…

A ja w cieniu. Aż wyszłam na słońce.

.po galeriach 5_Grze Drozd_fot.wh _21.05.14_010 po galeriach 5_Grze Drozd_fot.wh _21.05.14_006po galeriach 5_Grze Drozd_fot.wh _21.05.14.011 W słońcu i promieniach sympatii mojej przyjaciółki, która robi mi zdjęcia z widoczną sympatią. po galeriach 5_Grze Drozd_fot.wh _21.05.14_007

 

 

 

 

24
Jun

na maxa dla Maxa

Udostępnij:

Od wielu lat znaczące miejsce na rynku sztuki zajmują aukcje charytatywne, a największe stężenie osiągają z końcem roku. Wiele z nich cieszy się prestiżem i jeszcze większym zainteresowaniem – i to nie tylko „łowców okazji”, ale i tzw. “nowych”, którzy stawiają pierwsze kroki w zbieractwie. Przykładem takich aukcji jest np. Wielkie Serce w Krakowie, aukcja kwartalnika Exit w Warszawie (teraz przeniesiona do internetu), Stowarzyszenia Aperio w CK Zamek w Poznaniu czy Fundacji In Situ na rzecz centrum artystycznego w Sokołowsku.

Aukcje te stanowią mało ryzykowny poligon, od którego warto rozpocząć eksperymenty z własną kolekcją. To świetny moment, szczególnie kiedy nie mamy sprecyzowanych upodobań czy osobistych pasji. Tu możemy je przetestować i poznać emocje towarzyszące licytacji. Na aukcjach tych, tak jak i na innych pojawiają się prace bardzo różnej klasy. Prawie zawsze ceny wywoławcze zaczynają się od 100 zł, choć sporadycznie – to niektóre mają ceny gwarantowane – czyli limit poniżej którego nie można pracy sprzedać.

Najprościej jest skoncentrować się na sztuce najnowszej. Dlaczego? Jest nam bliższa emocjonalnie, bo powstaje w czasie nam bliskim i jest dla nas łatwiejsza w odbiorze. Na aukcjach tych nie spotkamy falsyfikatów – prace przekazują sami artyści, lub fundacje ich reprezentujące.

Aukcje charytatywne to prawdziwa arena okazji i znaczących rekordów. Są też dowodem na prawdziwość twierdzenia, że „naród jest nieobliczalny”!

Czy to przygoda dla każdego? Oczywiście, że tak! Przede wszystkim, jeśli mamy dość zasobny portfel, to znajdziemy na nich dzieła autorów, których nazwiska znamy, nawet będąc ignorantem w dziedzinie sztuki. Pod drugie – za niewielkie kwoty możemy kupić prace, które po prostu nam się podobają. Często okazuje się, że w sposób niezamierzony dokonaliśmy świetnej inwestycji. A jeśli nie, to i żal mniejszy, bo wydane pieniądze poszły na szczytny cel. Na aukcjach charytatywnych często pojawiają się nowe osoby – np. znające beneficjenta aukcji. Przychodzą towarzysko i kupują! Tak rozpoczyna się ich wielka kolekcjonerska przygoda. Nie zawsze te pierwsze zakupy pozostają w kolekcji, bo jej budowa polega też na wyprzedawaniu prac, które “odstają”, a poszukiwaniu tych wymarzonych. Zawsze jednak sprzedaż „zakupów charytatywnych” odbywa się z zyskiem. Znam też przypadki kolekcjonerów, którzy ponownie przekazują na aukcje charytatywne te prace, które na takich aukcjach kupili.

Buczkowska

A co niebawem?

Wybrane fragmenty z info prasowego:

2. Aukcja Charytatywna dla Maxa  – ma na celu zebranie znaczącej kwoty finansowej umożliwiającej rehabilitację, terapię i edukację Maxymiliana Buczkowskiego-Stępińskiego. Max jest dzieckiem autystycznym. Urodził się z wieloma wadami, między innymi dziurą w sercu, wodogłowiem, niesprawnym płucem. Po ciężkich operacjach, które przebył jako niemowlę, pozostała mu epilepsją i ogólne opóźnienie rozwoju. Ma trudności w zakresie mowy, duże problemy z koncentracja uwagi i przystosowaniem społecznym. Uniemożliwia mu to funkcjonowanie w zwykłej szkole, naukę i kontakt z rówieśnikami. Wymaga specjalistycznej opieki, która jest bardzo kosztowna. 

Pierwszą Aukcję dla Maxa zorganizowano 2 lata temu. Był to moment, w którym potrzeby dziecka stały się palące, a brak stosownej terapii mógł zaprzepaścić jego dalszy rozwój. Udało się zgromadzić znaczącą kwotę pieniędzy, która pozwoliła na dwuletnią rehabilitacje Maxa oraz na edukację w szkole przystosowanej do jego potrzeb. Ten ostatni fakt jest nie bez znaczenia, bo 4 godziny dziennie, które Max spędza w szkole, to jedyny czas, w którym jego mama – Dorota Buczkowska, może zając się sprawami zawodowymi i życiowymi. Miesięczne koszta edukacyjno-rehabilitacyjne dziecka z takimi problemami to ok. 6 tys. zł. Po dwóch latach zgromadzone fundusze powoli się wyczerpują. Max poczynił ogromne postępy, widać że terapie przynoszą efekt, wydatki nie idą na marne. Ważne jest, aby móc kontynuować te działania, tak aby nie zaprzepaścić dotychczasowego wysiłku dziecka i jego matki. Dlatego powstała idea powtórzenia aukcji. To krok naturalny, wobec faktu, że Dorota Buczkowska jest artystką. Już raz przekonała się o tym, że może liczyć na wsparcie swojego środowiska. Po raz drugi także się nie zawiodła. 

Aukcja odbędzie się 28 czerwca 2014 r. o godz. 12.00 w Nowym Miejscu w Warszawie, al. Jerozolimskie 51 lok. 2. Rejestracja możliwa od godz. 10.00. Licytuje Maciej Narożny. Wystawa przedaukcyjna czynna codziennie w godz. 14.00-19.00. 

http://www.artinfo.pl/archiwum/pl/katalog-aukcji/katalog/2-aukcja-charytatywna-dla-maxa2/

16
Jun

a na imię mu nr 10

Udostępnij:

Aukcja dzieł sztuki / Dom Aukcyjny Polswiss Art / 10 czerwca 2014 / 78 pozycji / wycofano 1 

Wtorek. Z nieba leje się skwar, klimatyzacja działa na full, zimne napoje i wino…

Stanisław Janowski Trzewikom na chwałę, pajacom na przestrogę (lot. 1) olej, płótno z 5 tys. – zarobił na szewca lub trzewiki tylko dodatkowe 500 zł. Pastel na papierze Stanisława Ignacego Witkiewicza Portret Eugeniusza Konarskiego (lot. 3) z 35 tys. mimo że autor malując NP i N[] (nie pił i nie palił) rozniecił pragnienie licytującego przez telefon o dodatkowe 7 tys. Jacek Malczewski Muza na drabinie z 1918 r. (lot. 10) olej na desce (lub jak napisał ekspert  w opinii „na dykcie”). Spada i z drabiny, i z licytacji… z okrzykiem 415 tys. Wlastimil Hofman Autoportret (lot. 11). Proponowany w Agra Art (19 października 2008 roku) za 25 tys. teraz wyceniony na 30 tys. nabrał wyrazu i za wytrwałość dostał dodatkowe 10 tys. Stanisław Tomkiewicz-Woyenko Wiedeńska ulica  (lot. 14) olej, płótno. Zmroził wszystkich! Na zewnętrz prawie 30 stopni, a tu zimowy widok za 140 tys.! Wojciech Weiss Pejzaż z Kalwarii (lot. 14) olej, płótno z 35 tys. zakosił dodatkowe 5 tys. Stanisław Batowski Kaczor Obrona Lwowa w 1918 r. (lot. 22) ze 120 tys. bronił się krótko, bo do kwoty 135 tys. Dama z małpką autorstwa Mieszka Jabłońskiego (lot. 29) bawiła się kupującymi nieco dłużej – z 15 tys. do 27 tys. Leopold Gottlieb Ogrodnicy (lot. 31) olej, płótno naklejone na dyktę. Temat ogrodów na czasie, nie dziwi więc rywalizacja – telefon z licytującym na sali nr. 62. Zaskoczenie! Wygrywa nr 10, który tylko raz i ostatecznie włączył się z do uprawy ogrodu – wywołanie z 220 tys. a koniec za 335 tys.

 

Leopold Gottlieb - Ogrodnicy, 1926-1927 Nr katalogowy: 31 olej, płótno naklejone na dyktę; 71,5x89,5 cm

Leopold Gottlieb – Ogrodnicy, 1926-1927 Nr katalogowy: 31
olej, płótno naklejone na dyktę;
71,5×89,5 cm

Prac Jerzego Nowosielskiego sztuk pięć! Na starcie Czarna pływaczka (lot. 38) olej na płótnie – pozycja okładkowa. Zaczęła od startowych 160 tys. w dobrym stylu – licytuje nr 62 na sali przeciw osobie „na telefonie”. Ale proszę – powtórka sprzed kwadransa. Przy kwocie 250 tys. włącza się nr 10 i na tej kwocie kończy popis pływacki.

Bez tytułu Wilhelma Sasnala (lot. 39) linoryt, papier (nakład 100 szt.) za wywoławcze 3 tys. Szymon Monadzajn Martwa natura z dzbankiem olej, płótno (lot. 50) – do 35 tys. doliczono za dzbanek dodatkowe 10 tys.

Eugeniusz Zak Portret kobiety (lot. 53) pastel, karton – wyceniony na 110 tys. Uprzedzono, że praca sprzedawana jest bez sztalugi (pełna rzeźba, kryta złotem płatkowym – to oczywiście o sztaludze) – osiągnął 125 tys. Martwa natura ze skrzypcami Andrzeja Pronaszki (lot. 54) olej, płótno – mimo tekstu w katalogu “swoisty rarytas” nie wykazała się wirtuozerią osiągając cenę 27 tys. Rzeźba z terakoty Konstantego Laszczki Grupa trzech postaci (lot. 56) wyceniona na 5 tys. za postać nie utworzyła „grupy wsparcia” za 15 tys. Ryszard Winiarski i 36TH Game (lot. 57) akryl, płótno z 95 tys. popis gry zakończył na 105 tys.

Jerzy Nowosielski – czyli ciąg dalszy. Pociąg (lot. 59) olej na płótnie – chociaż tytuł wskazywał na pełen skład – tam tylko lokomotywa. Nie okazał się ani pendolino, ani TGV i nie doczekał się pasażera chcącego zapłacić za przejażdżkę 90 tys.

Jerzy Nowosielski - Pociąg, 1972 r. Nr katalogowy: 59 olej,płótno, 35x50

Jerzy Nowosielski – Pociąg, 1972 r. Nr katalogowy: 59
olej,płótno,
35×50

 

Stefan Gierowski DXV (lot. 60) olej, płótno z 80 tys., mimo że widziany wcześniej w Katowicach, w stolicy uzyskał dodatkowe 22 tys. Portret anonimowy Magdaleny Abakanowicz (lot. 61) masa papierowa, metal, żywica - anonimowy nabywa za 1 tys. więcej niż nie anonimowe 45 tys. Jerzy Nowosielski Lustro - olej, płótno (lot. 62), ale odbicie nie tylko lustrzane – także w opisie - JERZEMU/JERZY (Nowosielski) to było około 25 lat przedtem. Ani przedtem, ani teraz za 130 tys. Ani w lustrze ani bez lustra…, że o ramie nie wspomnę… Kupowanie darowanych komuś prezentów, szczególnie z tak widoczną dedykacją jest ryzykowne…  L

Iwo Zaniewski Dziewczyna spinająca włosy olej, płótno (lot. 67) spinała licytujących od 12 tys. a dała się uczesać dopiero przy 30 tys. No i Franciszek Starowieyski Paskudztwo świata po upadku antyku (lot. 68) pastel na papierze. Szkoda, że nie dodano, iż praca wystawiana była w 2008 roku w Galerii grafiki i plakatu i opisana w Rzeczpospolitej z 24 września przez Monikę Małkowską jako “Gruba modliszka w akcie i uniesieniu”. “Paskudztwo” za 25 tys. paskudziło do 33 tys. Stefan Gierowski DCX (lot. 72) olej, płótno. Obraz oferowany 19 czerwca 2005 roku w Agra Art za 42 tys + 15 % opłat. Co oczywiste – za 120 tys. nie było chętnego. Henryk Stażewski Kompozycja nr 104 - relief, akryl na płycie (znany z kolekcji Cezarego Pieczyńskiego oferowany za 25 tys. przy estymacji 45-55 tys. zakończono warunkiem w Desie Unicum 3 października 2012 r.). Teraz obraz pojawił się w dolnej cenie estymacji i znowu licytujący nr 10 wygrywa przy 55 tys.

Kim był tajemniczy Pan (nr 10), który chwilę po zakończonej licytacji opuścił siedzibę domu aukcyjnego? Wzbudził spore zainteresowanie! Pewnie pozostanie to tajemnicą… do czasu.

Nieoczekiwana zmiana. Tadeusz Dominik (lot. 75). Miał być Pejzaż olej, płótno (81×100 cm) – zaoferowano Pejzaż mazowiecki większy (110×130 cm), a co za tym idzie – drożej! Pierwotna wersja w katalogu za 30 tys. ten zastępca za 45 tys. Pejzaż jednak nie ujrzał na horyzoncie żadnego kupującego…

Interwencja – niebieska linia wzdłuż reprodukcji Edwarda Krasińskiego (lot. 77) reprodukcja na papierze, płyta pilśniowa, niebieski scotch – bez specjalnych sił wsparcia poszedł 2 tys. ponad wywoławcze 18 tys.

 

14
Jun

Rebeliantki z górnej półki – czyli o dołach ubrania (cz. 2)

Udostępnij:

„Jak ja nienawidzę tej baby! Jest głupia, prostacka i gadatliwa”, wściekał się Charles Baudelaire na samo wspomnienie George Sand. Za co tak jej nie lubił? Głównie miał jej za złe, że zachowywała się i ubierała jak facet. Co więcej, była rozwódką, uprawiała męski zawód: dziennikarz; pisała powieści z godną pozazdroszczenia łatwością i w ten sposób zarabiała na utrzymanie siebie, dzieci a czasem i kochanków. Jawnie uwodziła mężczyzn, zmieniała ich jak rękawiczki (z tych najsłynniejszych, zaliczyła Alfreda de Musset, Prospera Mérimée, Franciszka Liszta i Fryderyka Chopina) i używała męskiego pseudonimu: George czyli Jerzy

.imgres-9 imgres-7 imgres-3 imgres-1 imgres-6 imgres-4 Oto „Jerzy” Sand na portretach. Niebrzydki, znaczy, niebrzydka, prawda? 

Na dodatek paliła cygara i przeklinała. Naprawdę nazywała się Amantine Aurore Lucile Dupin; miała „mocne” geny (praprawnuczka Augusta II Mocnego z nieprawego łoża) i takiż charakter. Po raz pierwszy założyła męski strój przed premierą dramatu „Antony” Aleksandra Dumasa. Podczas spektaklu spodziewano ostrych reakcji, może nawet zamieszek. Więc pani Dupin asekuracyjnie ubrała się w surdut, kamizelkę i spodnie – żeby w razie czego umknąć przed burdą. Na premierze skandalu nie było, jednak nowy kostium tak się jej spodobał – a wypada dodać, że była atrakcyjną kobietą i dobrze się w nim prezentowała – iż postanowiła go nosić jak najczęściej. I ta oto rebeliantka stała się symbolem romantyzmu…

imgres-8 George Sand George Sand imgres-5 imgres-2 images DSC01685A tak flama Chopina prezentowała się w rzeczywistości, to znaczy – na fotografiach. I w kolejnym fizycznym wcieleniu – jako rzeźba.

Gdy prekursorka sufrażystek zeszła z tego świata, garnitur i smoking na kilkadziesiąt lat wróciły na tradycyjne – czyli męskie – ramiona. Był wszak wyjątek, który stanowiła inna francuska artystka. Tym razem chodzi o Sarah Bernhardt, największą gwiazdę scen paryskich. Smukła jak chłopak, wielokrotnie wcielała się w męskie role.

PHO00478 images-1 images-2 imgres-3 images images-3 hamlet imgres-2 imgres-1 Sarah Bernhardt w rolach męskich i w pełnej kobiecej krasie.

Kostium złożony z surduta i spodni tak się jej spodobał, że z teatru przeniosła go do stroju codziennego, co uznano za godną jej sławy ekstrawagancję. Kolejna diva w smokingu i cylindrze, z papierosem w dłoni – to Marlena Dietrich (obejrzyjcie scenę z filmu „Maroko” z 1930 roku, jest na youtube), imgres-5 imgres-6 imgres-4 imgres-1 imgres-3 imgres-2Najlepiej ubrany mężczyzna Hollywoodu – czyli Marlena D.

złośliwie określana jako „najlepiej ubrany mężczyzna w Hollywood”. Niemiecka aktorka lansowała styl dandysa, natomiast jej amerykańska konkurentka i niemal równolatka Katherine Hepbourn nosiła się jak robotnik – w szerokich spodniach z podwyższonym stanem, wpuszczoną do środka koszulą i sznurowanych, ciężkich buciorach.

images images-1 images-3 images-2Katherina Hepburn – kto powie, że nie była piękna w męskich ciuchach?

Podobno sukienkę z własnej woli założyła raz – na swój ślub. W ich ślady poszła bodaj największa legenda kina – „szwedzki sfinks czyli Greta Garbo. Jej image był dziełem hollywoodzkiego projektanta kostiumów Adriana Gilberta, lecz ten zmaskulinizowany wizerunek (spodnie, płaskie buty i założona na bakier fedora) stał się jej wyróżnikiem także poza planem.

No i nie można zapomnieć o „Królowej Krystynie” (1933 rok) z Garbo w roli biseksualnej władczyni, ubranej w męski XVII-wieczny strój.images imgres-3 imgres-2 imgres-1

Z haremu na rower

Wydawało by się – nic bardziej kontrastującego z emancypacją niż wschodnie hurysy. A jednak! Tureckie kobiety, u siebie w kraju stojące znacznie poniżej mężczyzn w społecznej hierarchii, stały się przykładem dla jednej z najbardziej postępowych dam Ameryki Północnej, prekursorki feminizmu za prezydentury Abrahama Lincolna. Niejaką Amelię Bloomer, żarliwą wojowniczkę o prawa dla kobiet, pionierkę dziennikarstwa kobiecego, zainspirował artykuł (nawiasem mówiąc, w piśmie wydawanym przez jej męża) o strojach Turczynek. Szarawary!

imgres-3 imgres-1 imgres-6 imgres-4 images imgres-5 imgres-2Pani Bloomer i admiratorki jej stroju – w życiu i karykaturze.

Uznała je za ubiór praktyczny, pozwalający na znacznie większy ruchowy komfort niż pętające się przy kostkach, wielowarstwowe spódnice elegantek. W 1851 roku w periodyku dla pań zatytułowanym „The Lily” madame Bloomer zaczęła lansować modę na szerokie i długie pantalony, bufiasto zebrane tuż nad kostką. Dodajmy, że pani Amelia walczyła też z ciasno sznurowanym gorsetem, przekonując czytelniczki do czegoś w rodzaju luźnej tuniki sięgającej kolan. Nie da się ukryć, nie był to ubiór dodający kobiecie gracji. Toteż na zwolenniczki „bloomerek” (tak nazwano te nowe spodnie) spadł grad dowcipasów i karykatur. Śmiano się jednak dopóty, dopóki nie nastał rowerowy szał. Pod koniec XIX wieku boomerki zdobyły uznanie nawet w oczach tradycjonalistów. Spodnie bajadery pozwalały niewiastom zachować skromność podczas szybkiego pedałowania, podczas gdy uniesione wiatrem spódnice odsłaniały aż za wiele… Z czasem tuniko-sukienka zaczęła się skracać, aż zamieniła się w bluzkę z żakietem, zaś szarawary przeobraziły w pumpy kończące się nad zgrabną łydką.

Harem zainspirował też pewnego króla – króla francuskiej mody z przełomu stuleci. Paul Poiret images imgres-10 images-1 imgres-6Król mody i jego klientki.

otworzył dom mody w 1903 roku, szokując kreacjami jak z tysiąca i jednej nocy. Jego znakiem firmowym stały się spodnie-bajadery i spódnico-spodnie. Nie całkiem wymyślił je sam – zapatrzył się na kostiumy z Baletów Rosyjskich. Niestety, mało która niewiasta miała figurę baletnicy. imgres-3 imgres-2 imgres-1 imgres-8 imgres-9 imgres-7 imgres-5 imgres-4Tak wyglądał ideał Poireta – kobieta Orientu w Paryżu. Wyzwolona niewolnica, gorąca, leniwa, zmysłowa. Dziś niektóre dziewczyny ubierają się w identyczne spodnie-szarawary, nieświadome, że zaprojektowano je sto lat temu (z okładem).

Większość fanek Poireta, zakładających fałdziste tuniki do bufiastych przypominała piec z orientalnym dekorum. Jednak spódnico-spodnie wielokrotnie powracały na modową arenę, zawsze przywiane wiatrem ze wschodu.

 

10
Jun

Emancypacja w spodniach

Udostępnij:

 

Joanna d’Arc, królowa Krystyna szwedzkaokladka-200 images,

Georg Sandimages, Emilia Plater, Sarah Bernhardt, Amelia Bloomer, Zofia Stryjeńska i Marlena Dietrich – oto kobiety, którym zawdzięczamy… wolność. Niby sprawa niższej rangi: co zrobić z nogami? Czym je zakryć? One postanowiły oblec kończyny dolne – spodniami. Urodziły się w innych epokach, pochodziły z rozmaitych krajów, wykonywały odmienne zawody, zajmowały różne społeczne pozycje. Na pozór, nie mają ze sobą nic wspólnego. Poza jednym: wszystkie zrzuciły spódnice. Powody po temu były różne, a i konsekwencje nie takie same. Jedno wspólne: panie ubrane/przebrane w męskie ciuchy sięgały tam, gdzie w kieckach nie dałyby rady. Inaczej mówiąc, proces maskulinizacji damskiej szafy jest jednocześnie historią feminizmu.

imgres imgres-1 imgres-2 imgres-3Swięta czy przeklęta? Mniejsza z tym – w spodniach. Znaczy, w czymś, co przypomina współczesne legginsy. Czyli Joanna d’Arc. 

 

Chłopczyca i garsonka

Które elementy męskiej garderoby zaadaptowała dla siebie płeć piękna? Właściwie wszystkie, od stóp do głów, od kapelusza po mokasyny. Najszybciej zaakceptowano praktyczne bluzki i żakiety, „zmiękczane” damskimi dodatkami. Najoporniej zaś szło z upowszechnieniem spodni, w pojęciu większości męskim atrybutem i genderowym wyróżnikiem.

Przełomowym wydarzeniem stała się pierwsza światowa wojna. Kobiety musiały zastąpić mężczyzn na wielu stanowiskach. Po tym kataklizmie nic już nie było jak dawniej. Emancypacja nabrała przyspieszenia na każdym polu. To wtedy narodził się typ dziewczyny zwanej chłopczycą. W 1922 roku ukazała się powieść Victora Margueritte’a „Chłopczyca”images, której bohaterka obcięła krótko włosy i domagała się równouprawnienia dla przedstawicielek swojej płci. Ale uwaga! Wzorcowa „la garconne” z czasów art déco pożyczyła od chłopaka zawodowe ambicje, zamiłowanie do sportów oraz swobodny styl bycia. Co do stroju, to manifestowała seksualność i prowokowała, długimi po szyję (wydekoltowaną) nogami w jedwabnych pończochach, wystającymi spod kusej spódniczki. Międzywojenna modnisia pogardzała też gorsetem i robiła, co mogła, żeby biust zminimalizować do zera, podobnie jak biodra.

Od słowa „la garconne” pochodzi garsonka – oficjalny, nieśmiertelny kostium kobiety pracującej wśród samców, których nie powinna rozpraszać wdziękami. I ten powściągliwy image obowiązuje bizneswoman do dziś.

Wracając do przeszłości – główni projektanci szalonych lat jazzu: Coco Chanel, Elsa Schiaparelli, Jean Patou lansowali spodnie przede wszystkim na rekreacyjne potrzeby, z powodzeniem. „Kupiono” je w wakacyjnych kurortach, podczas uprawiania sportów, i oczywiście w łóżku. Jedwabne lub wełniane piżamy należały do niezbędnego wyposażenia elegantki tamtej epoki – kobiety wyzwolonej, podróżującej po świecie i sypiającej nie tylko z mężem…

Ale babę w portkach na ulicy wielkich miast długo uważano za widok gorszący. Jeszcze w latach 50. XX wieku do eleganckich lokali dama w spodniach nie miała wejścia. Aż do czasu, kiedy Yves Saint Laurent zastąpił małą czarną czarnym smokingiem dopełnionym białą koszulą i muszką. Od 1966 roku, kiedy na wybiegu pokazały się wystylizowane na dandysów, androgyniczne modelkiimgres images-3 images-2, skończył się spodniowy ostracyzm. Do sprawy przyłożył się też Helmut Newton, fotografując chłopczyco-wampy w eleganckich „garniakach” w prowokacyjnie erotycznych sytuacjach.

Dwa lata później scenę mody i życia zrewolucjonizowali młodzi. Pojawili się nowi idole: muzycy rockowi, modelki i nieznani bliżej, malowniczo odziane dzieci-kwiaty. Wszyscy w dżinsach (to też był kiedyś męski roboczy strój) identycznych dla obydwu płci. I problem przestał istnieć.

08
Jun

Po grudzie i po maśle (recenzja „Duszy światowej”, wywiadu Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską)

Udostępnij:

Rozmowy toczyły się rok temu w sierpniu; ostatnia część – ni to dogrywka, ni podsumowanie tego, co zdarzyło się przez następnych kilka miesięcy – została dopisana w styczniu tego roku. Efekt tych spotkań czyli wywiad-rzeka Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską ukazały  się w postaci książki „Dusza światowa” we wrześniu 2013

.imgres-1

Czytałam tomik z coraz żywszym zainteresowaniem, aż do fazy euforycznej. Poczułam się wśród swoich! Ba, Masłowska wydała mi się spokrewnioną – nomen omen – duszą. I wcale nie światową w znaczeniu, w jakim użyte jest tytułowe sformułowanie, zaczerpnięte z „Mewy” Czechowa.imgres-9

Nie ma powodu biadolić nad infantylizacją i zgłupieniem w Polsce, skoro jest grupa ludzi na intelektualnym i moralnym poziomie autorek!

Młodsze o połowę kobiety – fakt, wyjątkowo utalentowane – zdają się być wykarmione tą samą myślową strawą, co moja generacja. One też brzydzą się medialnym zgiełkiem wokół kulturalnych wydarzeń (jak ostatnia powieść Masłowskiej), skutecznie zagłuszającym merytoryczne rozmowy. One również wyżej cenią rozwój osobisty, niż splendory, celebrytyzm i bywanie. Jednocześnie, znają wartość pieniądza i ani im w głowie chwytanie się byle chałtury, żeby przeżyć. One zarabiają, bo są tego warte!

Albowiem twórca kultury wcale nie jest najpłodniejszy na głodzie (w sensie dosłownym). Przeciwnie, artystę w ciągłym niedostatku najłatwiej kupić, złamać, przetrącić mu kręgosłup moralny… Ale to nie przypadek Masłowskiej ani Drotkiewicz.

.imgres-2 imgres-8 imgres-3 imgres imgres-7

 

Robimy w dowcipasach

Zawartość „Duszy…” została podzielona na 20 rozdziałów. W nich – zagadnienia z różnych bajek i sfer rzeczywistości, od błahostek jak zabawy kulinarne (choć właściwie z nich też wynika wiele ważkich wniosków) po problemy wagi superciężkiej, konstytuujące życiowo-zawodowy szlak Doroty Masłowskiej. Znakomity chwyt, żeby nie spłoszyć czytelnika mniej wyrobionego – a jednocześnie, usatysfakcjonować tego bardziej wymagającego.

Co istotne: indagowana nie jawi się jako najważniejsza i jedyna bohaterka. Agnieszka Drotkiewicz prowadzi wywiady z pozycji dobrej, wieloletniej znajomej autorki „Wojny…”, bynajmniej nie starając się uczynić swą osobę przezroczystą. Często dorzuca osobiste spostrzeżenia, nawiązuje do własnych doświadczeń, cytuje swoje lektury.

Stylistyka rozmów zachowuje walor prywatnych pogaduszek (bez deprecjacji tego typu wymiany zdań). Jest lekko, zabawnie, zadziornie. Masłowska jak zwykle bawi się słowami, tworzy neologizmy, zaskakuje elastycznością językowych wygibasów. Nie ma wątpliwości, że potrafi wycisnąć tę materię do cna, i to na zawołanie. Choćby opowiadając o paskudnym żarciu, które zapamiętała ze względu na towarzyszący posiłkowi klimat. Robi się kabaretowo, skeczowo; czytelnik chichocze i niemal słyszy, jak rozmówczynie zwijają się ze śmiechu.

Aż nagle, w niezauważalny niemal sposób dukt wywiadu skręca ku intelektualnym szczytom. Robi się filozoficznie, psychologicznie, naukowo. Poważnie.

 

Robimy w kotach

Źródłem, z którego wypływa ta wywiadowcza rzeka, jest ostatnie dokonanie Masłowskiej, jej trzecia powieść „Kochanie, zabiłam nasze koty”. Początkowo strumień rozmowy ledwo się sączy. Drotkiewicz zagaja od… morza strony – że niby zbiornik wodny, mieszkanie nad nim ukształtowało imaginację jej rozmówczyni. Autorka nie za bardzo daje się naciągnąć na wynurzenia na temat znaczenia oceanu w „Kotach”, tłumacząc – w co wierzę! – brakiem dystansu do dopiero co ukończonej prozy.images imgres-4 imgres-5

Na szczęście, pierwsze lody (wody?) szybko zostają przełamane. W momencie, gdy rozmowa zahacza o moralny aspekt pisarstwa, nurt „rzeki” płynie wartko i głęboko. Masłowska nie przebiera w słowach, nie szuka efektownych określeń. Mówi wprost: obieg mainstreamowy jest śmiertelnie groźny, gdy interesują cię sprawy ważne. Pieniądze stają się niebezpieczne, mieszkanie w Warszawie, dostosowywanie się do tutejszych kryteriów.

Dorota M. żywi też niechęć (jakże ją rozumiem!) do wczasów z gatunku all inclusive, do przerażającej nadprodukcji dóbr jadalnych, z których większość musi się zmarnować; do obżerania się po czubek kokardy. Toż to nieetyczne! Obce człowiekowi, który powinien pożywienie darzyć szacunkiem, a jeść – ze smakiem.

Dostaje się również hipsterom i „kulturalnym snobom”, rozkojarzonym i wiecznie zabieganym w poszukiwaniu najciekawszego wydarzenia, najlepszej zabawy, itp. Masłowska, znów tak jak ja (pardon za te odniesienia do własnej osoby, lecz właśnie zbieżności między nami uderzyły mnie w „Duszy…” najmocniej), dostrzega absurd festiwali filmowych i wszelkiej kompulsywnej konsumpcji kultury, nie tylko że nie wzbogacającej, a przeciwnie – odmóżdżającej. Przy okazji, przywala zakochanym w sobie redaktorom, mającym poczucie swej ważności poprzez ocieranie się o znanych i sławnych.

Jest jeszcze fragment poświęcony facebookowemu śmieciarstwu – publikowaniu błahostek, filmików, zdjątek. Do niedawna tak jak D.M. opierałam się wejściu w poczet społeczności internetowej. Złamałam się, bo zaczęłam postrzegać sieć jako sposób na dotarcie do szerszego grona odbiorców z ważnymi treściami. Jednak Masłowska nie musi szukać kontaktów poprzez net. Jej problemem jest nadmiar – obserwatorów, ciekawskich, fanów i nienawistników. Ją przeraża (rozumiem!) wiecznotrwała dawka zła, walająca się po Internecie. Nieusuwalna, zatruwająca nawet po śmierci autorów jadowitych słów; po odejściu w nicość ich adresatów. Zło, które jest „niebiodegradowalne”.

 Córka Rydzyka

Książkę zamyka ponowne nawiązanie do powieści „Kochanie, zabiłam…”. imgres-6Ale tym razem chodzi o reakcje na książkę. Niektóre przywodzą na myśl scenariusz filmu Stanisława Barei. Oj, mocno dostaje się dziennikarskiemu prymitywizmowi! Tysiące wywiadów, których udzieliła autorka, w większości koncentrowały się nie na jej dziele, lecz sprawach pobocznych, od Facebooka po Smoleńsk, aż po absurd, którym popisała się „Rzeczpospolita”. Opublikowany tam wywiad z D.M. opatrzono leadem „Katastrofa smoleńska to cierpienie wielu ludzi”. Cytat wyrwany z kontekstu, zupełnie nie oddający klimatu całej rozmowy.

Na tym nie koniec: lead ewokował dalsze idiotyzmy. Otóż inny periodyk nazwał Masłowską „córką Rydzyka”, by chwilę potem wystosować przeprosiny do ojca-dyrektora za insynuację, jakoby posiadał dzieci…

„Jest jeszcze jeden przerażający wniosek z tej historii: (…) poprzez taktykę leadu i totalnie powierzchowne traktowanie rzeczywistości możliwa jest medialna burza-widmo z tobą w roli głównej, ale bez ciebie”

Mniejsza jednak o polską paranoję i snobizmy – dla mnie najbardziej frapujące, zarazem zdumiewająco zbieżne z moimi odczuciami były refleksje Masłowskiej dotyczące natury twórczości i pisarstwa. Że literatura to coś pomiędzy misją a szarlatanerią; że nie sposób pisząc, realizować wstępnych założeń czy wizji – bo trzeba być otwartym na odkrycia i przypadki, które zdarzą się po drodze. Wtedy dopiero pisanie (czy inna kreacja) ma wartość, gdy niesie ku nieznanemu, gdy prowadzi sama sobą. „Jako osoba aspirująca do wolności osobistej upatruję jej również w byciu otwartą, byciu konserwatywną, nie przyjmuję poglądów w zestawie” – deklaruje Masłowska. I broni tej postawy jak lwica małych. Nie daje sobie narzucić żadnych gotowych formatów, mód, tych wszystkich „must have”, „must know” – w odniesieniu do wyborów zawodowych, kulinarnych, ubraniowych i stylu życia.

Czy martwi się, że kiedyś skończy się jej dobra passa, że zabraknie talentu? Przecież potencjał kreacyjny często z latami ulega wyczerpaniu.

Otóż nie. Wywiad zamyka wypowiedź zdumiewająca u trzydziestolatki, która odniosła spektakularny sukces: „Trzeba być czujnym, znajdować sobie nowe pola wolności i niezależności, bo wszystko się zmienia. (…) Być wrażliwym na to, co się w tobie dzieje. Jeśli pozostaniesz w kontakcie ze sobą, nie możesz zbłądzić. W każdym razie nie możesz mieć do siebie żalu o książkę, która się nie spodoba, czy cokolwiek, co robisz, bo po prostu idziesz swoją drogą, robisz wszystko najlepiej jak możesz”.

Mądre słowa. Obawiam się jednak, że mało kto weźmie je za swoje – wymagają dojrzałości. Takiej, jaką odnajduję u Doroty Masłowskiej.

 

Dusza światowa

Z Dorotą Masłowską rozmawia Agnieszka Drotkiewicz

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

 

08
Jun

Tropami gwiazdy Dawida (komiks „Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz”)

Udostępnij:

W autobusie do Kazimierza

Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz”imgres-3 to komiksowy reportaż francuskiego rysownika i scenarzysty Jérémie’ego Dresa (rocznik 1982), imgresabsolwenta Art Décoratifs w Strasburgu. Przegapiłam premierę francuską; po raz pierwszy zobaczyłam rzecz w wersji angielskiej. W takich oto okolicznościach: jechałam busem do Kazimierza, siedząca przede mną siwowłosa kobieta czytała/oglądała komiks. Zaintrygowała mnie, zajrzałam jej przez ramię. Rzecz o obecnych polsko-żydowskich układach, z perspektywy przybysza z Zachodu. No, ciekawe!

Komiks został przełożony na polski. Oglądam: rysunek szkicowy, bez światłocienia. Spontaniczna charakterystyka postaci ociera się czasem o karykaturę, lecz nade wszystko jest roboczą notatką, pospieszną rejestracją sytuacji. Niby dokument (wszystkie postaci mają prawdziwe imiona i nazwiska, rozmowy z nimi były nagrywane), lecz emocjonalny, osobisty. I ten gorący klimat udziela się oglądającym.

Uważaj na Polaczków

Cofnijmy się do roku 2010. Jérémie, Francuz przed trzydziestką, wolnej profesji (artysta) wyrusza w nieznane. Kierunek – Polska. Młody człowiek szuka tropów ukochanej babci Temy, która niedawno zmarła. Przed I wojną mieszkała w Warszawie; jej rodzina pochodziła z Żelechowa.

Jedyna rada, jakiej ojciec Jérémie’ego udziela synowi przed wyjazdem, to „przede wszystkim uważaj na Polaczków”. imgres-1 imgres-2 imgres-4 imgres-6 images imgres-7

Hm, nieprzyjemne. Czy autor książki podzieli tę paskudną opinię?

Do narratora wkrótce dołącza Martin, starszy brat mieszkający w Izraelu. Zaczyna się ich wspólna przygoda. Z jednej strony, są turystami/reporterami, zamierzającymi zdać obiektywną relacją na temat obecnej sytuacji żydowskiej społeczności w Polsce. Chcą zrozumieć polski antysemityzm. Zbadać, na jakim jest obecnie etapie.

Jest lepiej – lub tak samo

Subiektywne potrzeby łączą się u nich z poszukiwaniem obiektywnej prawdy – przecież bracia Dres szukają własnych korzeni. Najpierw snują się po gorącej (jest środek lata) Warszawie. Odbywają mnóstwo spotkań – z rabinami, pracownikami ŻIH-u; z ludźmi podobnie jak oni zainteresowanymi odszukaniem przodków. Są poruszeni, gdy niespodziewanie odnajdują groby pradziadków, ocalałe na żydowskim cmentarzu w Warszawie. Kulminacyjny moment ich eskapady, to wyjazd do Żelechowa, gdzie urodziła się babcia. Tu nie czują się komfortowo: zachowanie lokalnej społeczności odbierają jako wrogie, wydaje im się, że są śledzeni. Z duszą na ramieniu zapuszczają się na teren zdewastowanego kirkutu. „Nagle znikają miłe wrażenia tolerancji i odnowy, których dotychczas doświadczyliśmy. Zastępuje je poczucie opustki i upokorzenia” komentuje autor.

Potem nastrój znów im się poprawia. Odwiedzają Kraków, uczestniczą w panelu dyskusyjnym poświęconym odrodzeniu żydowskiemu w Polsce; idą na koncert żydowskiej muzyki w synagodze, potem w knajpie na Kazimierzu posilają się tradycyjnymi daniami jidisz. Tak jak zapowiada tytuł komiksu, nie kierują się już do Oświęcimia, bo „to nic nie zmieni”.

Wracają do siebie przekonani, że Polska zmienia się na lepsze. Ale… jest jeszcze jedno spotkanie. Jérémie umawia się już w Paryżu z niejaką Anną Rabczyńską, emigrantką z Warszawy, przedstawicielką „pokolenia’68”. Ta burzy jego w miarę pozytywne wrażenia. „To wszystko, co pan widział, to Disneyland finansowany przez Amerykanów”, twierdzi. Jej zdaniem mieszkańcy nadwiślańskiego kraju pozostali antysemitami. „Nie wróciłabym tam za żadne pieniądze”, stanowczo oznajmia sfrancuziała Polka.

Książkę zamyka posłowie autorstwa Martina Dresa, tego starszego: konkrety dotyczące występujących w opowieści osób plus sentymentalny wizerunek babci Temy. Mimo wszystko kończę lekturę z uczuciem przykrości. Świadectwo wystawione nam przez braci Dres idzie w świat. Przebija przez nie nasz antysemityzm… To jak z nami jest?

imgres imgres-1 images

 

Jérémie Dres – scenariusz i rysunki

Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz”

Tłum. Natan Okuniewski

Przedmowa – Jan Śpiewak

wyd. MF Studio,

Warszawa 2013