THE BLOG

31
Jul

Ona tańczy

Udostępnij:

K & E party 2013 - 36 by CN

Tańczyć…  Na łeb, na szyję. Do utraty tchu, godności, fryzury. Trans, który odczarowuje rzeczywistość. Usuwa w nieważność dane wyjściowe: tania kiecka, krótki wzrok, brak gruntu pod nogami.

Rozkolebana rytmem, nie znam przeszkód. Mam przyczepność do ścian, do lustra, do każdego mebla, stołu, lady. Choć sama jestem taka bardziej antylady. Raczej Kopciuch pod protegą diabła.

Pierwszą lekcję dała mi Lodzia. Pomoc domowa babci, sucha staruszka – dziś pewnie oceniłabym ją jako kobitkę w średnim wieku – wiejskiej proweniencji, posiadaczka suki Tumry i klitki w suterenie vis-à-vis naszego mieszkania. Przychodziła, gdy babunia udawała się do radia i ja zostawałam jedyną żywą duszą w mieszkaniu powierzonym Lodzi do pucu.

Lodzia mną się nie przejmowała, i słusznie. Wiedziała, że jej nie zdradzę. Rozkręcała babciną heterodynę na ful, żeby całą sobą chłonąć emitowane w środkowodziennych godzinach utworasy-obertasy. Kapela pod dyrekcją Dzierżanowskiego, to był jej faworyt.

imgres-2 imgres-12 imgres imgres-1 images

Cała drżała z przejęcia, kiedy padała zapowiedź. Usuwała krzesła z dużego salonu, robiąc wolne miejsce wokół stołu. W napiętym oczekiwaniu, stawała w rozkroku, ręce na biodrach, głowa zadarta. Na pierwsze dźwięki smyków i basetli z jej ust wyrywało się zawadiackie „ju-hu”. Potem Lodzia ruszała w tan. Solo. Wypastowana podłoga niosła ją jak ślizgawka. Wirowała, przysiadała, wyrzucała ramiona i giczoły, obracała kokieteryjnie główką. Śledziłam zafascynowana ten performans. Niezdarnie usiłowałam ją naśladować.

Folklor uładzony poznałam na lekcjach baletu i rytmiki, pod kierownictwem emerytowanej primabaleriny madame Prusickiej. Najpierw wszystkie pozycje klasyczne, pas de ciseaux, plie, pointy, pas de deux. Nuda. Potem żywioł raz na ludowo. Najbardziej spodobał mi się mazur z odmiennymi kroczkami dla pań i panów. Aż dziw, że nie umarłam ze śmiechu na widok gromadki podopiecznych madame. Kluchy w podrygach, udające dorosłych. Powiedzmy otwarcie – nam, sześcio- i siedmiolatkom, daleko było do kociej gracji.

Z mazura – skok do rocka. Pierwsze próby połączone z nieśmiałymi obłapankami. Wagary, gdy zrobiło się cieplej; wolne dni, gdy starsi podchodzili do próbnej matury, potem do prawdziwej. A smarki z niższych klas biegały na kursy z anatomii narządów rodnych.

Czar pocztówek (każdy z nas ich tysiąc miał, zamiast nowej pary dżins), płyty długogrającej z zagranicy. O rany, że to się nie znudziło, powtarzane po kilkadziesiąt razy na każdej z prywatek! Ale nie nudziło. Zwłaszcza, że ćwiczyliśmy z coraz to innym partnerem. Potem zaczęliśmy łączyć się w pary, doszły elementy gry wstępnej, od seksu robiło się coraz goręcej. Kto by się przejmował, że „She loves you” leci już piątą godzinę? Ważne było – roztańczyłam się. Już nie niezguła. Teraz byłam jak dynamit. Samoistnie poznałam kroki, figury, przerzuty.

Z takim potencjałem przyjechałam na praktyki robotnicze. Pokarano nimi wszystkich studentów w efekcie marca ’68. Nam pierwsze praktyki zorganizowano jeszcze przed rozpoczęciem studiów na ASP. Rok zerowy skierowano do puławskich Azotów, czort wie po co, dla sztuki nic z tego nie wynikało. Przyjechałam z dwudniowym opóźnieniem. Trafiłam akurat na imprezę. Miałem niezłe entre. Wiecie, co miałam na sobie? Przebojową kreację à la kobieta pierwotna. Mini z wyleniałej pelisy mamy, włosem na wierzch, przepasaną w talii szerokim skórzanym pasem z Zakopca (imitacja stroju Jontka). Pod spodem jeno majtki. Stanika brak, obuwia takoż. Wparowałam na świetlicę przy Hendriksie. Nikomu nieznana, zrobiłam wrażenie. Dzika baba do dzikiej muzy. Dołączył do mnie długowłosy, pięknooki młodzian w dżinsach. Kroku dotrzymał, wyczuł taneczne manewry.

Wokół nas zrobiło się pusto. Zorientowaliśmy się, że mamy widownię. To zobowiązywało. Kierowani intuicją, bez słowa, daliśmy show. To była wielka cielesna improwizacja, sceny balkonowe, wabienie i porzucanie. Gdy on poszedł na siku, czy skończyła się muzyka – umknęłam. Jak Kopciuch o północy. Chciałam zaintrygować, wykreować suspens w naszym milczącym porozumieniu. Bo nie uwierzycie – nie zamieniłam nawet słowa z moim tanecznym partnerem. Nie znaliśmy swoich imion, w ogóle – o sobie nic.

W Puławach mieliśmy spędzić miesiąc. Skoszarowani w hotelu robotniczym, takim baraku-prowizorce. Wiadomo było, gdzie się szukać. Jeszcze tej samej nocy on podczołgał się pod mój pokój i zaczął czule wyć. Odpowiedziałam wdzięcznym skamleniem. Tanecznie rozpoczęty romans zelektryzował nie tylko nas, spodobał się całej reszcie przedstudyjnych praktykantów. Kibicowali nam, kochali za cudną harmonię w tańcu. Nie było rady, musieliśmy się w sobie zakochać, ze sobą chodzić. Potem bla, bla, beznadzieja. On – młodzieńczy alkoholizm, ja – gotowa oferować swe młode życie dla ratowania jego ciała, duszy, zdrowia. Bez pozytywnego skutku.

Tak czy siak, dance mnie zdradził. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Ale wiecie – kiedy czuje się uderzenie muzy w lędźwiach i leci na jej fali, to żadnych oporów. Uzależniające. Stałam się nałogowcem tańca. Podczas lewitowania w dźwiękach nie czułam przeszkód. Można mnie było kupić za działkę disco. Brałam, tańczyłam, żyłam.

Lata osiemdziesiąte, już po odwołaniu stanu. Erupcja dyskotek. Najbardziej lubiłam Remont i Stodołę, duże sale-hale, z klimą, nagłośnieniem, że hej. Ale nie gardziłam żadną okazją. SARP, Klub Dziennikarzy, Ściek. Prywatnie, po domach. Wszędzie żyło się muzą.

Nie wierzcie, że lata 80. to polska smuta. Kiedy już skończono ze stanem woj., z Jaruzelem, z zatrzymaniami w gaciach o północy, z osadzeniami za niewinność, ruszyła taneczna fala. Od połowy dekady osiemdziesiątki kipiała dzikość. W sztuce, modzie, tańcu i obyczajach. Jakbyśmy czuli, że tyle, co wyskaczemy, to nasze.

Muza i aura sprzyjały. Zaczęło się od pamiętnego koncertu Perfectu w Stodole, kiedy ZOMO bezradnie wysłuchiwało zbiorowego prowokacyjnego kwiku „Chcemy być sobą”, w kolejnych refrenach przemielonego na „Chcemy bić ZOMO”. imgres imgres-2 imgres-1 imgres-12Byłam tam, widziałam, napawałam uziemieniem ZOMO.

Żywioł kultury neue wilde wzmagał się z każdym olśnieniem. Premierowe wystąpienia Republiki w kinie Klub (potem przerobionym na redakcję „Życia Warszawy”, następnie na klub Scena), numery Maanamu, łódzkie Rockowiska. „Wstaję z rana, walę drania, cała ściana popryskana, i dziewczyna rozebrana czeka już”. Zapamiętałam ten wers, choć autora ani wykonawcy – nie. Takie teksty na Rokowisku latały. Prawda, Słowacki to nie był, ale siła nośna – daleko większa. Nam wieszczy nie było trzeba, tylko poczucia siły, bodźca do wzlotu, adrenaliny. Bez tańca chyba podusilibyśmy się.

Wiele lat potem kolejny raz taniec przesądził o życiu. Była wydana celebra z okazji 50. wydania jakiegoś rozrywkowego programu TVP; miałam zrobić mini-reportaż dla „Rzeczpospolitej”. Poniedziałek (dzień tygodnia, nie nazwisko), wieczór po pracy w redakcji, ze mną fotoreporter. Idziemy na robotę do klubu Siódemka, gdzie muzyka. Gdzie muzyka i nie tylko. Także bohaterowie-jubilaci. Młynarski, Jaroszyński, Daukszewicz. Po półoficjalnej fecie – dance. Spontaniczne. Ktoś mnie bierze w obroty. Obcy w mieście, nieznany w środowisku. Rodak z zagranicy. Kręcimy się pośrodku maciupciej salki. No, nie tak żywiołowo, jak kiedyś. Ale jakoś nam idzie, jakoś idzie. On nie zna kroków rocka, nadrabia tupaniem i animuszem. Trochę podeptana, daję się prosić do kolejnych numerów. Dalszy ciąg w prywatnym mieszkaniu. Znów tańce-łamańce, śmigam z tym, kto się nawinie, podkręcona zainteresowaniem obcego samca. Następnego dnia – nerwówka. Spotykać się, czy uciec? Doświadczenie podpowiada: spadaj, mała.

Jednak idę. On chudy, ja też. On młody wdowiec, ja – prawie rozwódka, w trakcie sprawy. Ja nieufna, on – przestraszony swą odwagą.

Ludzie, to się sprawdziło. Przetańczyliśmy już niemało. Nadal się zdarza, że zatrąbi, zatupie. Mój Słoń.Przybylak image003-1 Przybylak Propaganda_Jagoda Przybylak_fot.wh_004 Przybylak Propaganda_Jagoda Przybylak_fot.wh_005 Przybylak image002

 

 

 

31
Jul

Wystarczy być… dysydentem (recenzja filmu „Podejrzany: Ai Weiwei”)

Udostępnij:

Nie zazdroszczę Andreasowi Johnsenowi: 38-letni filmowiec-samouk imgres-18 specjalizujący się w dokumentach undergroundowych, tropiący sytuacje pogwałcenia praw człowieka przez oficjalne czynniki (głównie w krajach pozaeuropejskich) tym razem trafił na wyjątkowo trudnego bohatera. Po pierwsze, do „Podejrzanego…” trudno było dotrzeć. Ale w 2009 roku duński marszand Ai Weiwei’a załatwił reżyserowi numer komórki artysty. Tu kolejny problem: AWW wcale nie był zainteresowany dokumentem o sobie. Odmówił wielu reżyserom napalonym na filmowanie tak prominentnej postaci ze świata sztuki i polityki.imgres-17

I oto Duńczyk jako jedyny dostał zgodę, a to za sprawą swego wcześniejszego obrazu „Murder”, traktującego o pewnej Nigeryjce wyklętej za aborcję.

Nie znaczy, że dalej szło jak po maśle. Johnsena czekały trzy lata żmudnego podążania za chińskim twórcą, który z wprawą guerillasa miga się, bąka pojedyncze słowa i nieustannie testuje swe otoczenie – na inteligencję, bystrość, uczciwość. Reżyser, operator i oświetleniowiec w jednej osobie musiał sam sobie radzić w Pekinie (bez znajomości chińskiego) i poruszać się śladami Weiwei’a w tempie narzuconym przez artystę.

Opowieść zaczyna się w chwili opuszczenia przez Ai’a 81-dniowego więzienia, zamienionego na areszt domowy. aiweiwei-the-divine-comedy-single-dumbass-01-wide-web-624x351 imgres-12 images-3 imgres-19imgres-20imagesimgres-2

Nic wstrząsającego się nie dzieje. AWW wraca do swego dostatniego domostwa, pięknej młodej żony (też artystki), kilkuletniego synka, któremu udziela pierwszych lekcji męskości.imgres ai-weiwei-the-fake-case

Lekki niepokój wnoszą dopiero rozmowy z matką, doświadczoną przez komunistyczny reżim.

Natomiast relacje „podejrzanego” z pobytu w zakładzie penitencjarnym są skąpe i chwilami wręcz humorystyczne (jak to dwóch strażników oka z niego nie spuszcza, a on wpuszcza ich w maliny). Prawdziwa groza jest w tym filmie niewidoczna. Rząd chiński zdaje sobie sprawę z pozycji twórcy; z tego, że oczy świata są na niego zwrócone i w trosce o własny wizerunek nie ryzykuje drastycznych posunięć.

imgres-16 imgres-14 imgres-15 images-7 imgres-13 images-5 aww_box1 Ai-Wei-Wei-The-Fake-Caseimages-4 imgres-1 images-6Różne instalacje Ai Weiwei’a prezentowane na świecie. Jego gwiazda świeci tym jaśniej, im głośniej o prześladowaniach i szykanach ze strony chińskiego reżimu.

 

Dokument w niewielkim stopniu oddaje oddaje walkę z cieniami – funkcjonariusze, urzędy, przedstawiciele władz są na ekranie niewidoczni. Trudno więc spodziewać się spektakularnych scen. Jednak artysta nie ma łatwo: jest nieustanne monitorowany. Inwigilatorów nie sposób namierzyć – jednak o ich obecności świadczyła popielniczka pełna petów, odkryta pewnego dnia przez Weiwei’a wraz z Johnsonem (co ten sfilmował). Mógł z tego powstać dokumentalny thriller. Lub Big Brother na serio. Szkoda, że Duńczyk nie umiał wygrać.

Dodatkowym aspektem budującym napięcie jest ogromne poparcie, jakie AWW ma u rodaków. Kiedy sąd skazał go na karę za niepłacenie podatków (9 mln juanów, ok. 1,1 mln euro) – społeczeństwo zrobiło zrzutkę. Dosłownie. Przez ogrodzenie wokół domu artysty zaczęto przerzucać banknoty uformowane w „samolociki” bądź owinięte wokół kamyków, owoców.

Tym razem kamera Johnsona zarejestrowała ten spontaniczny gest Chińczyków. Oraz pewne wzruszenie Ai’a.

Bo tak w ogóle jego mimika niewiele wyraża. Można się jedynie domyślać stresu i emocji, które nim powodują. Czasem jednak podejrzewam, że bohater ma kłopoty z samoidentyfikacją. Jakby nas – międzynarodowe forum – kokietował. Wie, że stał się celebrytą. Wybitnie inteligenty, potrafi tak rozegrać każdy konflikt z władzą, by zyskać punkty u światowej opinii publicznej. A polityczne manewry przekuć w artystyczny sukces. I ta postawa „uprzywilejowanego dysydenta” niektórych (w tym mnie) zaczyna niepokoić. Szkoda, że Johnsen nie uchwycił w swym filmie tej dwuznaczności.

Bohater przechytrzył go, jak chiński reżim.images-8

 

Podejrzany: Ai Weiwei” prod. Chiny, Dania, Wlk. Brytania, 2013; reż Andreas Johnsen. W kinach od 1 sierpnia 2014

 

29
Jul

wokół Göringa / 3 x C / część II Carinhall

Udostępnij:

Myśliwski pałacyk Carinhall stał się symbolem władzy, pychy, bogactwa - ale i tragicznej miłości.

Blockhaus_g

Göring w połowie 1933 roku był już wystarczająco potężny, by zrealizować marzenia powstałe za życia Carin. Kupił 100 tysięcy akrów ziemi, odległych 120 km od Berlina, w urokliwym miejscu położonym na stromym zboczu między dwoma jeziorami. W lipcu 1933 roku stało się ono placem budowy wymarzonego domu z kamieni i bali. Projekt zawierał niewielki holl prowadzący do pokoju kominkowego o powierzchni 60 m kw, niewielką kuchnię i dwie toalety, a na górze gabinet z dużym tarasem – gabinet, który stał się miejscem poświęconym pamięci żony. Tu znajdował się obraz, przed którym zawsze paliła się lampka. Po aferze z wieńcem, Göring przeniósł grób Carin do wybudowanego na niewielkim wzniesieniu mauzoleum, do którego prowadziła kamienna ścieżka wprost do drzwi z brązu zdobionych swastykami. Za nimi znajdowała się niewielka izba oświetlona przez małe okienko wychodzące na jezioro. 19 czerwca 1934 roku zabrana z grobu w Lowö trumna Carin, okryta sztandarami ze swastykami, została przewieziona do Niemiec i złożona w sarkofagu.

Marszałek Göring twając w żałobie umiał jednak cieszyć się życiem - szczególnie za państwowe pieniądze. Myśliwski pałacyk przeistoczył się w reprezentacyjny pałac jednego z najpotężniejszych ludzi III Rzeszy – z maskotką - małym tygrysem!

 tumblr_lpzfb2FizF1r18o95o1_500

Nie wiadomo, czy Adolf Hitler sam wpadł na ten pomysł, czy też podsunął mu go Göring? Carinhall ma zostać przebudowany na chwałę III Rzeszy! Po tej decyzji to Rzesza finansowała przebudowę pałacyku, by można było w nim podejmować najpotężniejsze osoby świata. Tu miała być prowadzona polityka w sposób niekonwencjonalny i pozbawiony dyplomatycznej sztywności. Wielcy III Rzeszy chcieli olśnić swych zagranicznych gości przepychem i bogactwem, pokazując jednocześnie swoją potęgę. Goście przybywający do Carinhallu, mieli zobaczyli prawdziwe skarby sztuki. Do wybuchu II wojny światowej zgromadzono tam 200 obrazów, rzeźb i gobelinów. W większości były to dary bogatych biznesmenów i przedsiębiorców szukających protekcji wpływowego polityka - czasami – podarunki zagranicznych przyjaciół. Włoski dyktator Benito Mussolini podarował posąg Wenus. Nowe zdobycze zapewniały wojska niemieckie, które po zajęciu Polski, Norwegii, Danii, Belgii, Holandii i Francji plądrowały muzea, zamki, pałace i kościoły. Oczywiście „ratowano je” przed wojenną pożogą!

Z czasem myśliwski pałacyk stał się drobną częścią wielkiego kompleksu. W głównym budynku mieściły się apartamenty Göringa i jego drugiej żony Emmy z domu Sonnemann - niemieckiej arystokratki. Ślub odbył się 10 kwietnia 1935 roku, a towarzyszyła mu parada 30 tys. żołnierzy i pokaz najnowocześniejszych niemieckich samolotów, co nadało uroczystości rangę państwową – szczególnie że drużbą był Adolf Hitler. Göring doczekał się córki Eddy, której chrzestnym został… Hitler, a żona Göringa - Emma – zaczęła pełnić funkcję pierwszej damy u boku kawalera Hitlera.

Göring „zaprosił” do Carinhall holenderskiego antykwariusza i znawcę sztuki Aloisa Miedla, którego żonę i dzieci aresztowało gestapo. Obiecał Miedlowi, że wyjdzie z dworku z nakazem ich zwolnienia, jeżeli będzie dla niego pracował. Chciał wiedzieć, gdzie ukryto najcenniejsze obrazy i jak do nich dotrzeć, gdzie znajdują się obrazy Rubensa, Vermeera, Memlinga. Interesowała go przede wszystkim słynna kolekcja Goudstikkera. Alois Miedl nie miał wyboru. Od tego czasu poszukiwał dzieł sztuki dla Göringa. Większość zbiorów w Carinhallu pochodziła z wojennego rabunku. Gdy rozpoczynała się wojna, było tam 200 dzieł sztuki; gdy się kończyła było już 1375 obrazów, 250 rzeźb, 108 gobelinów, 60 perskich i francuskich dywanów oraz 175 arcydzieł sztuki rękodzielniczej. Była to bez wątpienia jedna z największych i najcenniejszych kolekcji sztuki na świecie. Czym jeszcze zadziwiał Carinhall?

innenansicht_4

Wielką biblioteką, ogromną salą gimnastyczną i basenem, gdzie gospodarz usiłował pozbyć się nadwagi – zresztą bezskutecznie. Kapiącymi przepychem reprezentacyjnymi pomieszczeniami - z marmurowymi podłogami, kosztownymi dywanami, francuskimi gobelinami i obrazami największych mistrzów włoskich, holenderskich i francuskich. Wspaniałymi rzeźbami i innymi obiektami sztuki. Jadalnią wielkości 250 m kw, w której za stołem mogło zasiąść 40 osób. Ale największą atrakcją było okno z widokiem na jezioro. Miało 10 m szerokości i 5 metrów wysokości, a jego szyby chowały się w podłogę. Podobne okno, choć nieco mniejsze (6 x 3 m) miał w salonie swojej alpejskiej willi Hitler.

A w gabinecie wielkie dębowe biurko, a na nim w srebrnych ramkach fotografie Carin i Hitlera…

28
Jul

Taneczna opowieść o miłości (o Munchu i braku miłości)

Udostępnij:

Tytuł płótna brzmi witalnie, optymistycznie: „Taniec życia”. Emanuje z niego energia. Jakże inaczej, skoro autor zderzył maksymalnie kontrastujące barwy – zieleń i czerwień, biel i czerń. Nie modelował figur światłocieniem – wypełnił kontury sylwet płasko położonymi kolorami, nie dbając o detale. Scenę namalował szerokimi, szybkimi pociągnięciami pędzla. Dynamikę tonacji i techniki potęgują pozy sześciu kobiet i czterech mężczyzn: wszyscy są w ruchu.

Gdy przyjrzeć się uważniej bohaterom tego symbolicznego „Tańca życia”, zdumiewa w nich brak radości. Niektórzy tańczą w zapamiętaniu, namiętnie obściskując się, jakby nie panowali nad pożądaniem. Inni poruszają się dystyngowanie, jak bezwolne manekiny. Jeszcze inni przyglądają się tanecznikom, nie skorzy do zabawy. Zda się, muzyka wyzwala w każdym odmienne odruchy, inne skojarzenia. Ci ludzie żyją w różnym tempie. Może nawet – w różnych światach?  images-3images-1

Bal na trawie

Obraz powstał na styku stuleci. Znamienny moment, skłaniający do rozliczeń, podsumowań, snucia proroczych wizji. Kończył się wiek XIX. W niektórych krajach Europy panowały nastroje dekadencko-katastroficzne. Malarstwo stawało się coraz bardziej drapieżne, pełne ukrytych znaczeń. Impresjonizm wydawał się zbyt „delikatnym” kierunkiem, żeby wyrazić za jego pomocą skrajne stany emocjonalne. Sztuka Muncha, całkowicie różna od impresjonizmu, stała się zaczynem nowego nurtu: rodził się ekspresjonizm.

Najlepszym przykładem – „Taniec życia”. Nie sposób przeoczyć to dzieło, „zaczepi” nas kontrastami kolorystycznymi i emocjonalnymi. Scena rozgrywa się tuż przed oczyma widza, bez dystansu. Jeszcze krok – i oglądający znajdzie się wśród tancerzy. To świadomy zabieg. Malarz chce narzucić widzowi swoich bohaterów, a raczej – ich emocje. Postaci jest tuzin. Balują na zielonej murawie, pod gołym niebem. Ich sylwetki wyraźnie odcinają się od ciemnej, nasyconej zieleniła. Czarne ubrania panów; białe muśliny pań. Tylko jedna dama nosi płomiennie czerwoną suknię. Z pewnością nie jest potulną niewiastą – trzeba nie lada temperamentu, żeby taki ciuch założyć!

Dwa przeciwległe krańce sceny zajmują kobiety samotne, bez partnerów. Z lewej strony widzimy promienną blondynkę w białej sukni, muskającą dłonią wyrastający obok niej kwiat (przypomina się Primavera z dzieła Botticellego). Przeciwległy kraniec płótna zajmuje pani smutna jak wdowa na pogrzebie. Cała w czerni, z twarzą ściągniętą grymasem rozpaczy, z załamanymi dłońmi, zdaje się uosobieniem bólu. Jednak ze sztywną pozą i żałobnym strojem nie konweniuje uczesanie damy: jej głowę otacza aureola gorących, niesfornych, złotorudych loków. Tak Edvard Munch scharakteryzował tuzin postaci, z których te pierwszoplanowe nie były mu obojętne…

Zabójcza moc miłości

„Taniec życia” to rozliczenie artysty z bliskimi mu kobietami. Jego emocjonalna biografia. Nie chodziło mu jednak o uwiecznienie pięknych uczuć ani wzruszających wspomnień. Nie, on chciał pokazać walkę płci. Chuć, która niszczy. Bowiem zdaniem Muncha miłość jest nieustającym zmaganiem między kobietą a mężczyzną. W dodatku owe zapasy prowadzą do jednego: do katastrofy. I to nie Ona, samica-diablica staje się ofiarą, lecz On, biedny samiec, omotany i bezradny wobec pożądania.imgres-3 images-7images-2 images-6

Takie poglądy szerzył nie tylko Munch – podobnego zdania był zapoznany w Berlinie przyjaciel, Stanisław Przybyszewski. Autor koncepcji „nagiej duszy” znajdował w malarstwie Norwega niemal dokładną ilustrację swych wizji i przekonań. Przy okazji berlińskiej wystawy Edvarda w 1894 roku nasz pisarz zanotował: „Jego obrazy to po prostu malowane preparaty duszy w chwilach, kiedy wszelki głos rozumu milknie, wszelka czynność pojęciowa ustaje – preparaty duszy, jak się wije i w dzikich porywach dęba staje, jak w ponurym stępieniu usycha, i z bólu krzyczy, i z głodu wyje”.images-1 images-9images-15 images-16images-8 images-4images-10

Aż trudno uwierzyć, że ten napuszony, grafomański styl znajdował wówczas swych entuzjastów. I to nie u byle kogo – Przybyszewski kolegował się z utworzoną w Berlinie „kolonią” skandynawskich intelektualistów, do której zaliczali się Ibsen, Strindberg, Kierkegaard, i, rzecz jasna, Edvard Munch. Spotykali się w winiarni Pod Czarnym Prosiakiem, gdzie królowała piękna Dagny Juell. Rok 1893 upłynął jej na burzliwych romansach. Najpierw stała się muzą Muncha, potem związała się ze Strindbergiem. images-11 images-13Wówczas interweniowali rodzice panny, na kilka tygodni zabrali ją do rodzinnego miasteczka, lecz nie zdołali na długo zatrzymać niesfornej córy. Już w sierpniu 26-letnia Dagny znów rozpalała zmysły bywalców berlińskiej winiarni, by jednego doprowadzić przed ołtarz. Piękny Stach, jak mówiono o Przybyszewskim, bynajmniej nie był niewiniątkiem – miał stałą partnerkę, matkę trójki jego dzieci. Ale dla Juell nie stanowiło to przeszkody. Swobodne obyczaje, słabość do mężczyzn oraz nieustanne flirty nie wyszły jej na dobre: wiosną 1901 roku, w dniu jej 34. urodzin zastrzelił ją wielbiciel i kochanek Władysław Emeryk, po czym targnął się na własne życie.

Choroba malarstwa

Teraz słowo o autorze. Największy mistrz norweski karierę rozpoczął w Niemczech i w Paryżu. imgres-4 imgres-5 imgres-3 imgres-3Mimo sukcesów czuł się wyobcowany. Nic dziwnego – nie należał do łatwych ludzi. Egoista, neurotyk, nadwrażliwiec. Jednym jawił się jako zamknięty w sobie melancholik, innym jako nieobyczajny pijak i raptus; jeszcze inni postrzegali go jako romantycznego marzyciela, ze strachem podchodzącego do kobiet. Jak było naprawdę? Sam Munch nie mógł się zdecydować. Raz postrzegał przedstawicielki płci pięknej jako Madonny, święte niewiasty. To znów widział w nich demony, wampiry, modliszki. Nie umiał z nimi postępować. I zawsze zakochiwał się w niewłaściwym obiekcie.

Przez całe życie borykał się z dziecięcą traumą: miał pięć lat, gdy matka zmarła na suchoty; piętnaście, kiedy odeszła na zawsze rok starsza siostra. Jednocześnie, u młodszej siostry zdiagnozowano chorobę psychiczną. Sam Edvard miewał ciężkie stany depresyjne; nieraz bliski był szaleństwa; kilkakrotnie lądował na leczeniu w szpitalu dla nerwowo chorych. Co ciekawe – zaburzone stany psychiczne uważał za materię sztuki. W niejednej jego pracy można odnaleźć motywy autobiograficzne, będące dokumentacją emocjonalnego rozchwiania. Kiedyś szczerze przyznał, że „malarstwo jest dla niego czymś w rodzaju choroby lub zatrucia”.

Akcja obrazu, o którym dziś mowa, została umieszczona w Asgardstrand, nadmorskiej wiosce położonej 50 mil od Oslo. images-14 images-2images-12To malownicze miejsce malarz odkrył w 1888 roku; spędzał wielokrotnie wakacje, aż ostatecznie w 1897 kupił tam dom. Dobrze mu się nad morzem pracowało, klimat i krajobraz koiły nadszarpnięte nerwy, plener inspirował twórczo.

Podziwiamy ten pejzaż w „Tańcu życia”: wysoki, porosły trawą brzeg, z którego ciągnie się rozległy widok na morze. Jest spokojny letni wieczór. Zachodzące słońce tonie w falach, odbicie ostatnich promieni tworzy łunę. Tak wygląda raj.

27
Jul

Rekonstrukcja pijaństwa i melancholii (o komiksie „Munch”)

Udostępnij:

Częste picie na nudne życie

Zacznijmy od stwierdzenia: Skandynawie piją. Depresyjny klimat? Nie, w Paryżu, Berlinie czy Nicei też pobierają. To może – klimat duszy? Na taki nic nie poradzisz.

Skandynawowie piją, ale Norwegowie chyba najwięcej. Autor graficznej opowieści „Munch” Steffen Kvernland (ur. 1963) imgres-4images-3 images-4imgres-28wielokrotnie pojawia się na stronach własnego komiksu, wraz z kumplem Larsem Fiske (ur. 1966). Obydwaj z kieliszkami bądź piersiówkami w dłoni.

Stosowanie dopingu w postaci gradusów ma swoje uzasadnienie – Edvard Munch (1863 – 1944),images-1 imgres-12 imgres-13 imgres-16 imgres-19 imgres-17 jak cała jak cała ówczesna bohema, nie stronił od butelki. Premedykował się w knajpach odwiedzanych przez innych utalentowanych „cyganów” albo w samotności, jako że nigdy nie założył rodziny. Nawiasem mówiąc, nazwisko genialnego malarza wymawia się „munk”, co znaczy „mnich”.images-3 images-6Munch sam siebie portretował przy butelce, a kumpli z Gospody Pod Czarnym prosiakiem – zatrutych używkami oraz zaczadzonych niezdrowym uczuciem do wyzwolonych dam.

 

Autor „Muncha” imgres-3rozgryzał bohatera i analizował jego arcydzieła przez siedem lat, publikując kolejne części w pięciu numerach magazynu „Kanon” (przy współpracy Larsa Fiske). Każde zeszyt/album miał swój leitmotif – i to pogrupowanie tematyczne wyraźnie zaznacza się w strukturze obecnie wydanego, całościowego tomu. Pobyt w Berlinie; dom rodzinny Edvarda, choroby i śmierć kilkorga członków rodziny; wyjazdy wakacyjne do Åsgårdstrand; motyw ojca; choroba i wyjazd do Nicei; historia „Krzyku”; i na koniec, powrót do berlińskich motywów. W aneksie – źródła, przypisy i szkice.

Z tych powodów najlepiej czytać/oglądać tom partiami. A jeszcze korzystniej – i tak właśnie zrobiłam – sięgnąć po album z reprodukcjami oraz biografią napisaną chronologicznie, po Bożemu. Dopiero wtedy komiks staje się w pełni zrozumiały, a sylwetka bohatera – pełniejsza.

 Dialogi z epoki

Koncepcja biografii, na którą Steffen K. wpada po wizycie w muzeum Muncha w Oslo – podaje dokładną datę tego epokowego wydarzenia: 18 listopada 205 roku – jest istotnie oryginalna. imgres-27Otóż teksty w „dymkach” będą wyłącznie cytatami z materiałów źródłowych, z dzienników bohatera, listów i wspomnień jego współczesnych oraz z późniejszych opracowań. Niestety, koncepcja nie wypaliła. Z wyrwanych z kontekstu zdań trudno sklecić sensowną narrację. Nie mówiąc o tym, że emfaza, histeria i symboliczne widzenie, charakterystyczne dla literatury z przełomu XIX i XX wieku, obecnie są trudne do przebrnięcia. Na szczęście, rzecz ratuje strona wizualna.

Kverneland połączył karykaturę (w tej konwencji utrzymane są jego autoportrety i podobizny Fiskego, niekiedy zastąpione zdjęciami), ze stylizacją z pogranicza karykatury (figura Muncha z przesadnie wyeksponowanym podbródkiem), z realizmem (niektóre postaci, w tym Munch, odtworzone są ze zdjęć czy konterfektów z epoki).imgres-10images-2Autoportret Muncha – i wizja Kvernlanda.

Co najbardziej zwraca uwagę – kopie najsłynniejszych dzieł wielkiego rodaka. SK odtworzył je (mniej lub bardziej wiernie) w takim stanie, w jakim są wszystkim znane, od siebie dodając etapy pośrednie. W tym celu wykonał niemal detektywistyczną robotę, grzebiąc w dokumentach i korespondencji oraz odwiedzając miejsca, które znalazły się na obrazach Edvarda M.

W jakiej scenerii i okolicznościach powstała „Melancholia”? Jak mogło wyglądać poszukiwanie ostatecznego rozwiązania do „Wampira”? Czy do „Madonny” i „Wampira” pozowała ta sama modelka? Kim była? Na te pytania Kverneland usiłuje znaleźć wiarygodne odpowiedzi.imgres-6imgres-11 imgres-15imgres-7imgres-5images-1 images-2 images-4

imgres-26

Plastycznie daje sobie znakomicie radę. Gorzej ze zrozumieniem epoki, jej ducha i twórczych postaw. Komiksowy Munch staje się komiczny, groteskowy. imgres-18

Cała bohema okazuje się śmieszna, wiecznie zapita, wyolbrzymiająca swe nieszczęścia i kultywująca dziwactwa, do granic patologii.

Chronologia na głowie

Opowieść zaczyna się od indywidualnej wystawy Norwega w Berlinie w 1892 roku. Wielki skandal, wielki sukces. Munch staje się europejską sławą. A że jest pięknym, wysokim, błękitnookim Skandynawem, lgną doń kobiety wszelkiego autoramentu. On owszem, korzysta ze swego powodzenia, ale nie zamierza się z żadną wiązać. Ponad miłość dam przedkłada kontakty z międzynarodowym środowiskiem zbierającym się co wieczór i noc w Gospodzie Pod Czarnym Prosiakiem. Atrakcją lokalu są… butelki, wypełniające, zarazem dekorujące całe ściany i okna. Wszystkich bywalców sportretował Munch: Strindberga, Vigelanda, Przybyszewskiego, a nade wszystko – muzę-kochanicę-wampira. Ideał wszystkich utalentowanych neurasteników. Dagny Juell, zwana Duchą. imgres-25imgres-24 imgres-23images-7Wyuzdana, wyzwolona, szalona. Piła butelkami absynt, zachowując (?) trzeźwość. Tańczyła solo, grała na pianinie. Zanim wzięła ślub ze Stachem, uwiodła w Prosiaku wszystkich. Stała się bohaterką kilku przedstawień Muncha, w tym „Zazdrości”. Jak łatwo przewidzieć, marnie skończyła – o czym możemy się dowiedzieć.images-5

Wątek berliński wraca w finale komiksu, a poprzedzają go fakty i domysły związane z najgłośniejszym dziełem Muncha. Chodzi oczywiście o „Krzyk”. Przy okazji, wspomniany jest skandal sprzed dekady – kradzież tego płótna i „Madonny” z Muzeum Muncha. Ale to zupełnie inna historia…

 

Scenariusz i rysunki – Steffen Kverneland

Tłumaczenie – Helena Garczyńska

Wyd. Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2014

25
Jul

wokół Göringa / 3 x C / cześć I: Carin

Udostępnij:

 

 Carin Göring

Carin Göring

Poznali się 20 lutego 1920 na zamku Rockelstad należącym do szwagra Carin – hrabiego Erika von Rosena - bogacza i podróżnika, dla którego Herman pracował jako pilot. Von Rosen postanowił polecieć ze Sztokholmu do zamku Rockelstadt nad jeziorem Baven w Szwecji, by zjeść kolację ze swoją siostrą i jej koleżanką. To była Carin – żona szwedzkiego arystokraty kapitana Nilsa von Kantzowa. Na kolację zaproszono także pilota, asa I wojny światowej, który opowiadał o swoich powietrznych wyczynach. Te opowieści, jak i jego dziarska sylwetka zrobiły duże wrażenie – ale i szwedzka arystokratka z domu baronowa Fock zawróciła mu w głowie. Tak właśnie zaczęła się ich płomienna miłość. Latem 1920 roku Carin porzuciła rodzinę i wyjechała z Göringiem do Sztokholmu. Po dwóch latach przenieśli się do Monachium, gdzie została przedstawił ją swojej matce. Oczekując na rozwód Carin podróżowali po południowych Niemczech, Bawarii i austriackich Aplach. Uzyskała go 13 grudnia 1922 roku i już 25 stycznia 1923 roku kochankowie pobrali się w Sztokholmie. Pomimo rozwodu Nils von Kantzow finansował utrzymanie domu Göringów w Monachium. Zapadł jednak na chorobę psychiczną i niedługo później zmarł. W październiku 1931 roku Carin Göring wyjechała do Szwecji na pogrzeb matki. Od lat walczyła z gruźlicą, a trudy podróży i wzruszenie spowodowały pogorszenie jej zdrowia i ostatecznie -17 października 1931 roku – jej śmierć. Trumnę złożono na rodzinnym cmentarzu Lovö na szwedzkiej wyspie Drottningholm, który Göring stale odwiedzał. Gdy złożył na grobie wieniec ze swastykami, szwedzka prasa zagrzmiała. “Szwecja została obrażona użyciem grobu dla celów propagandowych. Pozwólmy zmarłym spoczywać w spokoju!” - pisał dziennik Svenska Dagbladett. Wówczas Göring postanowił przenieść szczątki żony do Niemiec.

c.d.n.

 

23
Jul

Coś ze złamań

Udostępnij:

Zgrzyt, pisk gumy na asfalcie, okrzyk zdumienia, huk, wrzask. Oto ścieżka dźwiękowa zderzenia dziewczynki z rowerzystą.

Wizualne efekty ciekawsze: fontanna z nosa. Czerwona, nie do zatamowania. Dripping ciągnący się przez kilkadziesiąt metrów mokotowskich ulic, od Narbutta do Madalińskiego, do szpitala położniczego (niewłaściwa specjalność, ale lokalizacja po sąsiedzku); oględziny źródła wycieku, czyli mnie; skierowanie na pogotowie.

Powód zgrzytu i wytrysku banalny. Po lekcji angielskiego grzecznie podziękowałam pani, pogłaskałam jej kota Onufrego i pobiegłam w kierunku domu, trzy kamienice obok. Nie spodziewałam się rowerowego ataku, tak jak właściciel jednośladu nie spodziewał się pojawienia jakiejkolwiek przeszkody na swej trasie. Winy żadnej, uszkodzenia niewielkie, więc o co cały ten hałas?

Otóż nos. Był złamany. Minimalnie, na koniuszku, ale jednak. Zamienił się w banię, która ustąpiła dopiero po wielu dniach okładów. Siniaki schodziły jeszcze wolniej. Polegiwałam, zwolniona z lekcji. Różni ludzie przychodzili, odwiedzali, osładzali nosowe cierpienia. Czułam się bohaterką.

Od tej pory żadna z moich kości nie uległa złamaniu. Nie, kłamię. A ząb?

Leciałam do Brukseli fatalnymi liniami, takimi, które po rasistowsku dzielą podróżnych na godnych posiłku i nie. Linia demarkacyjna wypada na trzynastym rzędzie. Siedziałam w czternastym. Ssałam z głodu cukierka krówkę. I czuję, że twarda jakaś, na kościach jakby. Na szczęście, tylko czwórka, od tyłu; z przodu paszcza ok. Ale język nie chciał uwierzyć. Co sekunda lądował w wyrwie, kalecząc się boleśnie.

Bo to nigdy nie dzieje się wtedy, kiedy dentysta, i w ogóle jakikolwiek przedstawiciel służby zdrowia jest pod ręką. Zauważyliście? Nieszczęścia wybierają momenty, kiedy mogą zawładnąć ofiarą w całości, bez zmiłuj. Moim zdaniem, to celowe. Los (czy jakakolwiek siła sprawcza) nas testuje. Robi sprawdzian z siły woli, odporności na stres, zaradności, IQ.

Więc dokucza wtedy, kiedy o pomoc trudno. Wigilia świąt, czwartek przed długim weekendem, noc przed porannym nagraniem, na które raczej powinno się przyjść, bo już nie znajdą zastępstwa. Nawałnice. Duży mróz/duży upał. Zagraniczne wyjazdy, skąd w redakcji spodziewają się korespondencji. Przeddzień imprezy, na którą zaprosiło się pół Warszawy. Pierwsza wizyta u teściów.

Wszystko przerabiałam. Nie dałam się temu tam na górze, czy może jego konkurentowi z dolnych rewirów bytu.

Wracając do złamań. Najczęściej destruowałam przysięgi miłosne. Nie że femme fatale – samo mi tak wychodziło, gdy się nudziło. Wszystko przez to, że długo nie rozumiałam, co to znaczy, gdy mówię, że kocham. I nie czułam tego, co dziś bez wahania nazywam miłością i czym darzę pewnego pana, od wielu lat zresztą. I mam do kilkorga ludzi (inaczej zwanych przyjaciółmi, choć do nich uczucie fluktuuje).

Za to danym słowom pozostaję wierna. Obietnicom też. Zasady łamię, kiedy uznaję ich nieprzydatność (tylko krowa nie zmienia zdania; widocznie jestem krową, grzmiał kiedyś Artur Sandauer, takim samym gromkim głosem domagając się w aptece specyfiku na hemoroidy, czym wzbudził sensację w kolejce, jakby prosił o lek na syfa). Co do pamięci i względem niej wierności – wiem jedno: nie chcę jej gwałcić. Po co narażać ją na wysiłek sejfowania nic nie wartych śmieci? Niech sobie moja pamięć pamięta wedle własnego widzi-mi-się (widzi-jej-się). Wybiórczo. Skokowo. Skojarzeniowo.

A tu pomysł na książkę. Więc koniec pieszczot, do roboty. Speak, memory! Ale nie gadaj do mnie jak do Nabokova, który napisał wspomnienia po bożemu, chronologicznie. Nie spoglądaj, leniwa suko, na „Książkę” Łozińskiego (chciałabyś poskakać po przedmiotach, nic z tego, ten pomysł już zajęty). Nie cmokaj nad „Obsoletkami” Bargielskiej, nie masz poetyckiego talentu. Gadaj do mnie, moja pamięci, raczej jak do Máraia, impresyjnie. Albo jak do Felliniego w „Amarcordzie”. Podpowiedz mi obrazy, z których wysypią się kolejne. Resztę puść w trąbę, w niepamięć. Niech będzie chaos, w nim metoda.

155x220 obsoletki-p-iext382875272cc5bc4f80cce7c232d87a680b16bd4imgres155x220

22
Jul

Gdzie teraz jest Bowie? (recenzja z wystawy w Berlinie)

Udostępnij:

images-11images-13imagesimages-1  Bowie1 DB3imagesRóżne oblicza Davida Bowie – i rozmaite formy jego twórczej aktywności do oglądania w Berlinie, w Gropius-Bau do 24 sierpnia br.

 

Ubiegłoroczna rewelacja londyńskiego Victoria & Albert Museum, przeniesiona do berlińskiej galerii Martin-Gropius-Bau (pod tą samą kuratorską opieką Victorii Broackes i Geoffreya Marsha) nie tylko nic nie straciła – w Martin -Gropius-Bau pokazano kilkadziesiąt dodatkowych eksponatów.

Mówią o tej wystawie – podsumowanie dokonań wielostronnego artysty: muzyka, kompozytora, malarza, projektanta. Multiinstrumentalisty, showmana, piosenkarza, choć głos – taki sobie), aktora (choć kierował się instynktem, nie techniką). To efektownie opowiedziany życiorys jednego z muzycznych guru epoki. Prawie 400 eksponatów, w tym obrazy, projekty, teksty, listy, okładki płyt, kostiumy, fragmenty koncertów. Multimedia i tradycja.

Pokaz XXII wieku

Eeee tam, za mało. Nigdy jeszcze takiego pokazu nie widziałam. To żywioł. Atak na zmysły, świadomość, poczucie czasu i przestrzeni. Wejście w labirynt skonstruowany z obrazów i dźwięków, które nieustannie się zmieniają. Iluzyjny świat, którego nie ma, lecz który pochłania, absorbuje, napełnia tęsknotą. Najwyższa cyfrowa technika, jakieś monstrualne koszty, nie znam się na tym, ale wiem, że choć to wszystko wirtualne, to zniewala.

Idę w tłumie widzów ze słuchawkami na uszach. Mam wrażenie – pospolite ruszenie somnambulików. Obecni i nieobecni, zasłuchani we własne (choć skomponowane przez Bowiego) melodie, przewalają się przez sale? Korytarze? pasaże wybudowane w Gropius-Bau o nieostrych granicach. Poruszamy się jak w narkotycznym transie.

Uwaga, sprawdzam!

Show w Berlinie, jak przedtem ten w Londynie, nie jest peanem na cześć Bowiego. Mam wrażenie, że bohater sam sobie się przygląda. Od zawsze wiedział, skąd czerpać inspiracje. Mnóstwo czytał, namiętnie oglądał filmy, chodził po wystawach, słuchał muzyki. Zdobył solidne zaplecze kulturalno-kulturowe. Umiał dobierać współpracowników, rownie jak on nie poddającym się konwencjom – od projektantów mody zaczynając po tancerzy, choreografów, stylistów, operatorów, autorów klipów, itp.

Miał naście lat, kiedy zrozumiał, że wygląd – rzecz nabyta. Że powierzchowność, to również kreacja. Nieduży, szczupły, wręcz chudy facet o bujnej (wciąż) czuprynie i regularnych rysach przeobraził się w zjawisko. Ale najpierw nazwisko – Jones – zmienił na Bowie.images-4 images-8 images-6 images-5 images-3 images-9

Potem ubrał się w zieloną marynarkę odręcznie, pędzlem pomalowaną w pasy. Wystylizował się na androgyniczną istotę bez wieku. Zaczął hipnotyzować niepokojąco różniącymi się w barwie źrenicami. Zaczął zmieniać osobowość, prowokować poliwalentną naturą, niejednoznacznością seksualną. Ujawniał wielorakie talenty, ot tak, od niechcenia. Nie miał zaufania do żadnych wartości. Fascynował zmiennością, od autopogardy do samouwielbienia. Cyniczny, zarazem obłędnie wrażliwy, nafaszerowanym niepokojem i nienasyceniem.images-2 0,,17460912_303,00 images-12 images-10 images-16 images-15 0,,17648688_301,00 images-14images-2 imagesimages-1Kreacje Bowiego są swoistym gatunkiem sztuki – między kostiumem, rzeźbą, dopełnieniem spektaklu i muzyki. Jednocześnie, są przegięciem, karykaturą mody. Wspaniałe!

Lubię u artystów nieufność wobec własnej kariery – i Bowie się w tym zakresie sprawdza. Nigdy nie klapnął na laurach, nie zamienił poszukiwań w kopię swych największych sukcesów. Posiada cechę geniuszy: nie boi się puścić w dymem tzw. osiągnięć. Tworzy, odrzucając przeszłość – choć czasem do niej powraca. Ironicznie, z dystansem – co widać na wystawie w Berlinie.

Dwugłowa kukła

Wielokanałowa rejestracja z występów Bowiego wjeżdża nam, widzom, na twarze, sylwetki. I nagle – dzieję coś dziwnego: filmowa projekcja to niweluj, to ujawnia gabloty z kostiumami. Każda z kreacji warta omówienia. Ja najbardziej lubię dwa: surdut projektu Alexandra McQueena, uszyty z podziurawionej flagi brytyjskiej i skórzany, pikowany kombinezon autorstwa Japończyka Kansai Yamamoto (wedle samego Bowiego – potwornie niewygodny, gorący, udręczający, lecz jakże spektakularny)! Do tego buty na niebotycznej podeszwie…

DB13Jak się w tym poruszać, występować w świetle jupiterów? To kim jest Bowie – niewolnik czy dyktator mody?

W kącie jednej z sal siedzi mała szmaciana laleczka z czterema nogami i dwiema głowami. Głowami? Raczej owalnymi, nieforemnymi formami, na które są wyświetlane dwie twarze Davida Bowie. Niesamowite wrażenie – dwa oblicza zachowują się różnie wobec tego samego tekstu; manifestują odmienne emocje; niejako jedna głowa słucha drugiej, reaguje na to, co pierwsza śpiewa. Są jakieś spłaszczone, jaszczurze, nieludzkie. Zarazem, każdy rozpoznaje bohatera. Usta jednego Bowiego śpiewają „Where Are We Now?”, przebój z ubiegłorocznego, 24. w karierze albumu „The Next Day”.

Wargi drugiego rzutowanego Bowiego krzywią się w drwiącym grymasie…

Tę wideoinstalację wymyślił amerykański artysta Tony Ousler, współpracujący z brytyjskim gwiazdorem od 1997 roku, kiedy wespół tworzyli party koncert na 50. urodziny Davida. Tym razem szmacianka z buźką Bowiego została użyta użyta w klipie reklamowym wspomnianego krążka, wypuszczonego na 66. urodziny wszechstronnego showmana.url url

Co dwugłowa kukła ma do powiedzenia? Pytając – gdzie teraz jesteśmy?, pyta o siebie, o swój stosunek do miasta, gdzie przeżył dwa znaczące lata i gdzie zawsze witany jest jak jeden z „Heroes”. Pamiętacie? Tamten przebój z 1977 roku opowiadał o parze kochanków spotykających się przy Murze Berlińskim w tle przewijają się obrazy Berlina. A metropolia nad Sprewą kocha go jak swojego. Był tu, mieszkał dwa lata, kiedy mur dzielił miasto na soc i kapitalo-części. Co więcej – grał obok Marleny D., a to już powód do adoracji Berlińczyków. Kiedy teraz wraca do nich, nad Sprewę, nie potrzebuje podlizywać się. Jest swój.

21
Jul

Macho-ideał

Udostępnij:

imgres-4images-2images-8

 

 Tatuaż to dobre dla dzieci – przez jazgot metra przedarł się do mych uszu tknięty mutacją głos. – Wiesz, co sobie zrobię? Taką szeroką bliznę przez cały policzek. To dopiero cool.

I kto to mówi? Odwróciłam się i zobaczyłam mniej więcej osiemnastoletniego okularnika o astenicznej budowie. Schludny blondynek instruował kolegę o równie niewinnym wyglądzie. Kurczaki, którym marzył się look macho.images-9

Mieli rację. Dziewczynom podobają się twardziele, brutale i zawadiaki. Bez względu na epokę i generację. Pamiętam, na studiach moja koleżanka zarwała takiego Tomka, przyszłego aktora. Trochę debil, ale bicepsy – do podziwiania. Ona, drobniutka blondi z niezłą głową, nie pozwalała mu zabierać głosu w dyskusjach, tylko kazała prezentować tors (nagi!), który z lubością klepała, biła, kuksała. A Tomcio ani zauważył.

W liceum oglądałam się – i nie ja jedna – za takim Leszkiem, osobnikiem konfliktowym, wypowiadającym się monosylabami, opóźnionym w nauce. Chodził w pozie neandertalczyka, zaciskając pięści. Któregoś dnia nasz idol pojawił się ze śliwą pod okiem, podrapany i wymięty. – Ale piękny! – zawyłyśmy chórem.

Potem adorowałyśmy Franka, szczyt punkowego image’u. Nie chciał się myć, bo ciało miał pokryte tatuażami, misternie wydzierganymi przez utalentowanego plastycznie kolegę. Niestety, zamiast igłą i trwałymi tuszami, artysta tatuażysta wykonał dzieło flamastrami i długopisem.images-10

Jak wiadomo, punk never dead. imgres-3images

W Berlinie i Londynie spotykam czasem punk-plemiona, wielopokoleniowe rodziny, często z psami o łagodnych pyskach i spolegliwym charakterze. imgresOni wszyscy wyglądają, jakby czas dla nich nie istniał. Nastroszone pióra, czarne skórzane ciuchy (nawet w upał), ćwieki, agrafki, piercing; glany, podarte rajstopy (dla dziewczyn), upiorny makijaż.

Królestwem tych reliktów przeszłości są dworce. Natknęłam się na stado punków w postidustrialnej, opustoszałej dzielnicy po stronie wschodniej Berlina. Okolica nieprzyjemna, przechodniów brak. Byłam sama. Przyspieszyłam kroku – a oni coś do mnie krzyczą.imgres-6 Odpowiedziałam po angielsku. Wtedy oni też przeszli na ten język, uprzejmie dopytując, czy aby się nie zgubiłam. Bo gdyby, chętnie wskażą drogę. Prawdziwi opiekunowie samotnej kobiety.

 

 

18
Jul

Mydlany żar uczuć (o filmie „Pożądanie”)

Udostępnij:

„Pożądanie” jest filmem o erotycznej fascynacji, która dopada dwoje dojrzałych, spełnionych ludzi.  Co z niej wynika? Męka.

Kto oglądał trailer, może sobie darować pełny seans – bo już widział wszystko. Przez półtorej godziny dzieje się niewiele więcej. Piękna Sophie Marceau jako wzięta i rozwiedziona pisarka Elsa jeździ po świecie w celach promocyjnych; przystojny Francois Cluzet grający znakomicie prosperującego adwokata Pierre’a także podróżuje. Ich szlaki przecinają się tu i ówdzie, a w miejscach styku zaczyna iskrzyć.imgres-3 imgres-3 imgres-1 imgres-2

Miłość? Jak to, przecież mają swoje lata, doświadczenia, dzieci? Do tego pan posiada żonę, w którą wcieliła się reżyserka Lisa Azuelos. Zrobiła błąd – rola Anny nie należy do mocnych stron filmu. Azuelos, córka zjawiskowej (kiedyś) Marie Laforêt nie przypomina matki ani fizycznie, ani temperamentem. Duża, zwalista i pozbawiona wdzięku po prostu zawadza na ekranie. Tym trudniej uwierzyć w historię, którą oglądamy.

Bo złośliwy los co i rusz krzyżuje drogi Elsy i Pierre’a. Pożerają się oczyma, chcą się tak mocno, że aż widza boli – niestety, do konsumpcji nie dochodzi. W poprzek uczucia leży kłoda: rodzina. Pierre okazuje się tak przywiązany do małżonki tudzież dwójki uroczych dzieciaków, że gasi, tłamsi chcicę. Niemniej, coś mu się dzieje z fizjonomią – malujące się na obliczu męża rozmarzenie nie umyka uwadze Anny. Ale wbrew temu, co zrobiłaby każda zazdrosna baba, podejrzewająca partnera o zdradę bądź gotowość do niej, ta kobieta nie działa na swoją korzyść, nie stara się niczym specjalnym ponownie uwieść swego chłopa. Wkłada toporne marynary, w których wygląda jeszcze masywniej, niemal przytłaczając niezbyt postawnego Cluzeta.

W kontraście do niej, Marceau aż błyszczy w coraz to bardziej seksownych, ekskluzywnych kreacjach lub bez nich. Nie, nie, żadnych nagości – Azuelos usiłuje grać na zwłokę z wyobraźnią odbiorców.

 

images-1 images imgres

Pozwala swej bohaterce pluskać się w wannie pełnej piany, spod której wyłaniają się jedynie niewielkie fragmenty powabnej aktorki. Obawiam się jednak, że nawet te kadry jak z reklamy kąpielowych kosmetyków nie przyciągną spojrzeń męskiej widowni, o uwadze nawet nie wspominając. Podejrzewam, że nawet przedstawicielki płci żeńskiej nie będą w stanie wykrzesać zainteresowania dla sprawy.

Po co właściwie reżyserka każe tym ludziom snuć się po Paryżu i innych miastach Europy? Męczą siebie, męczą odbiorców. I choć dają budujący przykład silnej woli, zdolnej zapanować nad żarem uczuć, nikogo to zwycięstwo nie cieszy. A komu by szkodziło, gdyby Pierre choć troszkę dał się ponieść temu, co zdaniem Przybyszewskiego było na początku: chuci? I niechby cała love story zaczęła się od erotycznego spełnienia, po którym miałaby szansę się rozwinąć znacznie bardziej wciągająca intryga. A tak – wyszło mydło. Spienione w wannie.

Na koniec – z innej półki: po raz pierwszy uważam, że polski dystrybutor pomógł filmowi… tytułem: oryginalny „Une Rencontre” (Spotkanie) nie wzbudziłby raczej zainteresowania. Może tak trzeba było zostawić? Przynajmniej nie mielibyśmy złudzeń.