THE BLOG

28
Aug

Przegięcie

Udostępnij:

To traktuję poważnie: oprowadzanie.

Spotkania w galeriach, otwarte dla chętnych. Pogoda, jaka by nie była, nie przeszkoda. Ostatnio – zmienna. Tak zmienna, że nie do przewidzenia. Brać kalosze i parasol czy sandały i okulary przeciwsłoneczne?

Spieszę do Propagandy. Wysokie obcasy, czarne dżinsy, złocista koszulka i czarna skórzana kurtka. Parasola brak, bo i po co? Ustał wiatr, porywisty jeszcze koło południa. Teraz słońce, coraz cieplej. Zdejmuję kurtkę. W takim stanie wsiadam do metra. Po niecałym kwadransie wynurzam się z tuby – a pejzaż jakby z innego zakątka świata. Nad Warszawą wisi czarne kłębowisko. Przedwczesna noc zasłania niebo, na lewym horyzoncie broniące ostatnich jasnych skrawków. Coś się zdarzy…  Co? Coś nieprzyjemnego, to pewne. Przyspieszam kroku. Przede mną dwie dziewczyny także wydłużają długie nogi.

– Podoba mi się ta chmura – zaskakuje mnie wypowiedź jednej z nich.

Na to druga:

– Mi też. Jest przegięta.

Gdybyście nie wiedzieli: chmury dzielimy na cumulusy, stratusy, altostratusy oraz przegięte. Poniżej kilka przypadków tego ostatniego gatunku

images-1 imgres-2 imgres-5  imgres-7 imgres-1imgres-6

 

 

28
Aug

Sny w cieniu dnia (o Paulu Delvaux i jego kobietach)

Udostępnij:

Żył długo, prawie wiek; zmarł 20 lat temu, 20 lipca 1994.

 

imgres-6 imgres-7 imgres imgres imagesimages-1Oto bohater tekstu: Paul Delvaux w różnych fazach życia.

Mamisynek

Zastanawiające: przez te 97 lat, które mu były dane, świat zmienił się o 180 stopni. A jego malarstwo – tylko troszkę.

Do końca pozostało programowo nie nowoczesne, figuratywne, nasycone tą samą poetyką. Plotkowano, że był sierotą. Nieprawda. Ale wychowywał się w niezdrowej atmosferze, wśród zaborczych kobiet. Wpływ na jego wyobraźnię miała matka i ciotki, które zakazywały mu uprawiania seksu oraz kontrolowały kontakty z kobietami. Czy wśród nich znalazł prototyp swej idealnej kobiety? Nie –sam tłumaczył to tak: „Rozdarty pomiędzy zmysłowością a szacunkiem dla kobiet, tworzyłem istotę, która jest kompromisem między Ewą a Marią Dziewicą

.imgres-6 images-3 imgres-2imgres-10  Ciągle ta sama kobieta… W setkach wariantów, zmultiplikowana. Skomplikowana czy nieskomplikowa?

Rodzicielka sprawiła, że nie poślubił swej pierwszej miłości – Anne-Marie De Martelaere zwanej Tam. Choć matka zmarła w 1933 roku, Paul wciąż nie umiał przeciwstawić się jej woli. Ożenił się cztery lata później (akurat w roku śmierci ojca, prawnika), ale… nie z ukochaną. Wziął za żonę Suzanne Purnal. To była katastrofa, zakończona rozwodem w 1952 roku. Rozstanie przyspieszyło zupełnie przypadkowe i nieoczekiwane spotkanie z Tam. Doszło do niego w 1947 roku we flamandzkiej wiosce rybackiej Sint-Idesbaldt – tam, gdzie w 1982 roku, otwarto muzeum imienia Paula Delvaux.

Jego ślub z Tam odbył się 30 lat wcześniej.

Tam, gdzie nie było Tam

Prace malarza jednych zachwycają, innym wydają się monotonne, niemal przewidywalne – bo rozpoznaje się je na pierwszy rzut oka. Fakt, miał swoje ulubione chwyty, które powielał setki razy.

Najbardziej charakterystyczne są kobiece akty, realistycznie oddane, lecz nieobecne, bez kontaktu z rzeczywistością. Młode długowłose dziewczyny często są pogrążone we śnie; innym razem poruszają się jak lunatyczki. Typ ich urody oraz kupiony wyraz twarzy kojarzą się z wczesnym renesansem – jednocześnie ich nieskrępowana nagość jest efektem obyczajowej rewolucji XX wieku. Bo to istoty z jednej strony święte, natchnione – zarazem całkowicie pozbawione wstydu, wyluzowane, obojętne dla swej nagości. Ich twarze są podobne, jakby wszystkie były spokrewnione. Natomiast mężczyźni – to sztywniacy z racji wyznawanych poglądów. Mieszczuchy w brzydkich garniturach, w melonikach, ze starannie ufryzowanym zarostem. Nudziarze.imgres images-3 imgres-1 images imgres-8  images-7images

Nie-surrealista

Niby czysta fantazja, jednak wszystko na obrazach Paula Delvaux dzieje się jak na dłoni, niemal w filmowym w zbliżeniu. Każda akcja, czynność, gest wywodzą się z rzeczywistości; postaci czy krajobrazy są oddane realistycznie – niektóre miejsca można rozpoznać. Tylko że… elementy układanek wzięte są z różnych bajek. Momentem przełomowym dla Delvaux okazało się odkrycie sztuki włoskiego malarza Giorgio de Chirico. W 1934 roku zobaczył obraz „Melancholia i misterium ulicy”. Zniszczył około setki wcześniejszych kompozycji i… sam „ruszył w miasto”. Scenerią dla jego przedstawień stały się ulice, dworce kolejowe, zakamarki. Zawsze bezludne, pozbawione śladów ludzkiej obecności – jakby to były dekoracje stworzone specjalnie na występy postaci z teatru Delvaux.

Belgijskiego malarza zwykło się łączyć z ruchem surrealistycznym. Owszem, wystawiał czasem z nimi, lecz do grupy nie należał. Sam także zgłaszał zastrzeżenia do takiej kwalifikacji: „Surrealizm! Co to takiego? Moim zdaniem, to nade wszystko pobudzenie poetyckiej inwencji w sztuce; powtórne wprowadzenie w temat, ale w szczególny sposób, pozbawiony logiki”, tak wyjaśniał swą koncepcję malarstwa.

Istotnie – Delavaux komponował obrazy, jak poetyckie metafory. Do tego dodawał element mistycyzmu i dużą dawkę erotyzmu. I zapewne nieświadomie ilustrował co poniektóre poglądy Freuda.

Pozdrowienie od Paula

imgres-7 imagesObraz z prawej – to „Salut”, olej na płótnie, 90,5 x 120,5 cm, 1938, w kolekcji Museum of Modern Art (MoMA), Nowy Jork

 

 

  images-8 imgres-6 imgres-9A dalej – warianty pozdrowień. Oraz pożegnań.

 

„Salut” to po francusku powitanie, oddanie honorów. „Salut!” – witają się dobrzy znajomi, co odpowiada naszemu „cześć”. Tego słowa użył Paul Delvaux jako tytułu obrazu. Nietrudno zrozumieć, dlaczego – para głównych bohaterów, mijających się pośrodku kompozycji, wymienia gesty pozdrowienia. Poza tym, nic nie wydaje się oczywiste.

Oto ciche miasteczko w pagórkowatej okolicy. Jest pogodne letnie popołudnie; cienie stają się coraz dłuższe, ale słońce nadal ostro świeci. Niebo jasne, aż przezroczyste, już zaczyna zabarwiać się fioletem zmierzchu.

Ciekawe – artysta komponuje scenę tak, jakby trzymał w ręku kamerę. Robi ostre zbliżenie dwoje głównych „aktorów”, w efekcie czego sylwetki olbrzymieją, wyrastają ponad otoczenie. Tym wyraźniej widać, że tych dwoje zupełnie do siebie nie pasuje. Nienagannie ubrany młody pan nosi ciemny garnitur i białą koszulę. Grzecznym, konwencjonalnym gestem uchyla kapelusza przed idącą z naprzeciwka damą. Ta zaś zupełnie odstaje od mieszczańskiej normy. Na nagie ciało narzuciła jedynie czerwoną draperię, która pod wpływem energicznego ruchu efektownie zsuwa się z jej figury. O, już widać gładkie plecy, jędrne pośladki, krągłe uda…

Za chwilę materia spadnie na mozaikę i pani stanie golutka, jak ją Pan Bóg stworzył.  Ale tego już tylko widz może się domyślać.imgres-2images-1

 

22
Aug

Odkrycie okrycia na lato

Udostępnij:

Niby nic nowego – legginsy i tunika.

Ale jednak włókna coraz to doskonalsze, wyrabiane z nich legginsy „oddychają”, kończyny dolne mają w nich komfort nawet w upalne dni. A część górna ma się równie świetnie, gdy okrywa ją luźno giezło z cienkiego, dzianego lnu bądź wiskozy.  Te tkaniny w kategorii „chłodzenia” wyprzedziły bawełniany trykot, nie wspominając o jedwabiu. Kiedyś sądziłam, że delikatny jak mgiełka szyfon na lato jest najstosowniejszy. Ale że był bestia przezroczysty, a jak nie leżałam w tureckim haremie, lecz biegałam po zalanych słońcem ulicach – wkładałam dla „przyzwoitości” dwie warstwy. I robiło się ciepluchno…

Tego roku najwyższe temperatury zniosłam w stroju, jaki poniżej. Plus białe schłodzone wino z lodem i wodą czyli szprycer. Polecam!Przybylak Propaganda_Jagoda Przybylak_fot.wh_005 Przybylak Propaganda_Jagoda Przybylak_fot.wh_012 Przybylak Propaganda_Jagoda Przybylak_fot.wh_016 Przybylak image003-1 Przybylak Propaganda_Jagoda Przybylak_fot.wh_004 Przybylak Propaganda_Jagoda Przybylak_fot.wh_013

Tak było na wernisażu Jagody Przybylak w Galerii Propaganda. Początek lipca, żar z nieba, a my – świeżutcy! My, bo mąż też w białym lnianym T-shircie. Ten mój sygnowany Zadig & Voltaire.

 

Takie proste szmaty. Tylko mają to coś. No i świetne dzianiny. Do kupienia w Warszawie na Mokotowskiej. Warto dybać na soldy.

zadig-voltaire-cube-linen-sweater zadig-voltaire-classic-t-shirt zadig-voltaire-miss-sweater zadig-voltaire-skull-burnout-tee zadig-voltaire-celsa-printed-cotton-sweater zadig-voltaire-hexago-draped-linen-top

22
Aug

Odejście Heleny

Udostępnij:

Nie była wcale piękna, za to wesoła. Jej radość wynikała z wewnętrznej harmonii. Helena Szewczyk szyła, podśpiewywała, modliła się i cieszyła z dobrych relacji z trójką dzieci. Te zaś już dawno wyrosły z wieku małoletniego, pozakładały rodziny, porobiły własne dzieci… Helenie to wszystko podobało się – a nawet, jeśli coś jej nie pasowało, nie zżymała się, tylko taktownie pomijała lub udawała, że nie zauważa.

Niewiele – o ile w ogóle? – spotkałam w życiu osób umiejących tak dobrze i mądrze żyć. Swięta były święte, praca – traktowana poważnie, jednocześnie z entuzjazmem. Nie kończyła żadnej szkoły krawieckiej czy projektanckiej, pochodziła z Rajgrodu, gdzie, wedle jej słów (w które wierzę!), jest prawdziwy raj. Do Warszawy sprowadził ją mąż, krawiec męski cechowy. Przy nim zdobyła zawód. Ale uczeń przeszedł mistrza – Helena miała po prostu talent. Nie lubiła powtarzania w nieskończoność gotowych „fachowych” wykrojów. Sama sobie wycinała szablony z papieru pakowego czy gazet. Uwielbiała eksperymenty. Nic jej tak nie cieszyło, jak moje wariackie pomysły. Ona, starsza pani, akceptowała rzeczy zupełnie obce ludziom jej środowiska, jej pokolenia.

Akceptowała? Szła za nimi jak na bal! Niewykończone dekolty czy „krzywe” doły sukienek, nieregularne marszczenia, zakładki, troki, szczypanki, stebnowania – nic nie było jej straszne, nawet jeśli nieznane. Kombinowała, wymyślała, kreowała. Szczęśliwa z każdego co trudniejszego zadania, podchodziła do wyzwań z ogniem w oku, nastawiając sobie dla animuszu Radio Maryja. Myślicie, że ulegała indoktrynacjom tej stacji? Nie, nabijała się z „moherów”, ale – cóż robić – lubiła nadawane tam piosenki, które znała…

A jej zrywność! Upadła szpilka – Helena szybciej się po nią schylała, niż ja. Ustalałyśmy długość kiecki – zaznaczała ją szpilkami, sunąc koło mnie w przykucu. Zależało mi na czymś specjalnie na wyjazd, na wyjście – nie było problemu, podrywała się o 4 rano, bez słowa skargi.

Chodziłam do niej przez co najmniej 20 lat; przyjeżdżałam z drugiego końca miasta. Nie tylko szło o ciuchy – ona mnie syciła humorem, optymizmem, zapałem. A nieraz wcisnęła szarlotkę, marynowane grzybki („bo pani mąż lubi”), jakiś inny domowy przetwór. Rok minął, jak Heleny nie ma. Kupuję gotowce. Nie tracę czasu na nużące miary, poprawki. Straciłam bliską osobę. Moją krawcową.

Rok temu w IPN – Spotkaniach z historią opowiadałam o modzie lat 80. i patchworkach szytych przez Helenę Sz.

Wykład w IPN zdjęcie

A to dla niej piosenka – o sukience: https://www.youtube.com/watch?v=i6oHbpDc9x

I to: Uhttps://www.youtube.com/watch?v=dT-QWcNoiGk

20
Aug

wokół Göringa / 3 x C / część III ostatnia

Udostępnij:

W styczniu 1945 roku w Carinhall Herman Göring hucznie świętuje 52. urodziny, na które zjechały setki gości. W wielkiej sali składano prezenty, a wśród nich podarunek architekta Wernera Marcha – plan rozbudowy Carinhall. Projekt zakładał powstanie trzech nowych gmachów, wśród których najważniejszy miał być galerią otwartą dla szerokiej publiczności i… budowę dworca dla specjalnej linii kolejowej z Berlina! Obdarowany zdawał już sobie sprawę, że tego projektu raczej nie zrealizuje. Wojska radzieckie były już blisko i liczył się z utratą Carinhallu, choć wierzył święcie, że uda mu się uratować zgromadzone skarby. Z końcem stycznia zaczęto pakować je w drewniane skrzynie i lokować w wagonach specjalnego pociągu na pobliskiej stacji. Planowany kierunek to Berchesgaden, gdzie Göring wybudował dom tuż obok willi Hitlera, i w którego schronie przeciwlotniczym planował ich ukrycie. Na wiadomość, że podziemia w Obersalzbergu nie są wykończone, Göring podjął decyzję o skierowaniu transportu do innej siedziby. Wybór padł na XVI-wieczny zamek Veldenstein niedaleko Norymbergii odziedziczony po teściowej, Lily von Epenstein.

Carinhall

Carinhall

20 kwietnia Göring ostatecznie opuścićł swój leśny pałac – istniało niebezpieczeństwo, że lada dzień zwycięskie wojska dotrą do Carinhall. Tego też dnia po raz ostatni obszedł puste już budynki i złożył wieniec na grobie żony. Żołnierze z oddziału Luftwaffe, na rozkaz, zaminowali wszystkie budynki i wysadzili je. Pozostało rumowisko, dwa posągi lwów cudem ocalałe i… mauzoleum Carin, z którego Göring nie zabrał sarkofagu. Pozostał nienaruszony, tam gdzie go złożono w 1934 roku. Kilka godzin później do ruin Carinhallu wkroczyli żołnierze radzieccy.
Zamek Valdenstein nie okazał się być wystarczająco dobrym miejscem dla skarbów Göringa i 7 kwietnia ponownie spakowana kolekcja została przetransportowana w kierunku Berchesgaden. W tym samym kierunku podążył Göring licząc, że Amerykanie potraktują go jak nowego kanclerza Rzeszy. Nie czuł się winny zbrodni wojennych. Gdy pociągi przybyły na miejsce, wyjął ze skrzyni niewielki obraz Vermeera “Chrystus i grzesznica”, by podarować go swojej pielęgniarce – Chriscie Gormanns, która opiekowała się nim od 1933 roku. Ofiarowując go dodał, że jego sprzedaż zapewni całej rodzinie doskonałe warunki życia. Wierzył, że zachowa resztę skarbów przejmując rządy i nawet wysłał depeszę tej treści do Hitlera, co wywołało furię adresata. Oddziały SS otrzymały rozkaz schwytania i rozstrzelania Göringa.
W tym czasie pociąg wypełniony skarbami sztuki, meblami i prowiantem przygotowanym dla marszałka Rzeszy stał na stacji w Berchtesgaden skąd żołnierze z trudem przenosili skrzynie na ciężarówki, by wywieść je do niedokończonego podziemnego punktu dowodzenia przy drodze prowadzącej z Berchtesgaden do Königsee. A czas naglił – nadciągały wojska alianckie. Ledwie połowa ładunku trafiła do bezpiecznych podziemi, gdy nadeszła wieść o Amerykanach w odległości kilku kilometrów. Pięć pełnych jeszcze wagonów skierowano do pobliskiej miejscowości Unterstein, a resztę próbowano rozładować. Pojawiły się jednak niespodziewanie francuskie czołgi i otworzyły ogień niszcząc dziesiątki obrazów i rzeźb. Los skarbów w pięciu wagonach, które dojechały do Unterstein nie był lepszy. Żołnierze uciekli, pozostawiając je bez opieki i wagony ograbili miejscowi. Wynosili złote monety, XVII- wieczne francuskie dywany, obrazy, rzeźby, butelki z cennymi alkoholami, pudełka cygar, worki z cukrem i mąką. To, co pozostało, zabrali żołnierze amerykańskiej 101. dywizji. Ocalały tylko dzieła sztuki zgromadzone w podziemiach punktu dowodzenia nad jeziorem Königsee.
7 maja 1945 roku Göring oddał się w ręce żołnierzy amerykańskich i dowieziony do sztabu dowódcy amerykańskiej 7 armii był przesłuchiwany przez majora Paula Kubalę. Wspomniał o kolekcji w Carinhallu, którą szczególnie zainteresował majora. Można się zastanawiać, czy chciał wydobyć informacje dla armii Stanów Zjednoczonych, czy dla siebie. Göring nie chciał jednak kontynuować tematu póki był w rękach Rosjan. Poprosił by w zamian za kilka obrazów dla amerykańskich władz wojskowych jego adiutant Kropp, mógł pojechać do zamku gdzie przebywała żona Emma i zabrać trochę osobistych rzeczy. Kubala uzyskał na to zgodę i adiutant Göringa przywiózł potrzebne drobiazgi, ponadto fotografię żony i córeczki Eddy oraz obraz Memlinga “Madonna z dzieciątkiem” - niewielki, 15×25 cm.

 Hans Memlinga „Madonna z dzieciątkiem” dzieło  zrabowane z wiedeńskich zbiorów Louisa de Rotschilda

Hans Memling „Madonna z dzieciątkiem” dzieło zrabowane z wiedeńskich zbiorów Louisa de Rotschilda

Kubala zaniósł obraz do gabinetu generała Patcha, którego nie zastał. Zostawił więc obraz na biurku, a odbiór przesyłki pokwitował któryś z oficerów. I tyle go widziano… obraz Memlinga zniknął.
Hermanowi Göringowi wydawało się, że może kupić wszystko, ale czy także życie? Został skazany w procesie norymberskim na karę śmierci przez powieszenie. Miał stanąć jako pierwszy na szafocie, ale nie stało się tak – popełnił samobójstwo. Choć był wielokrotnie rewidowany to jednak ktoś przekazał mu – może sprzedał – truciznę.
Przez wiele powojennych lat nie było wiadomo, co stało się z grobem Carin. Władze NRD zamknęły teren dawnej posiadłości Göringa, gdzie zachował się tylko dom straży i brama wjazdowa. Nie dopuszczały tam nikogo, jednak w listopadzie 1950 roku przedostał się tam szwedzki pastor. W mauzoleum leżały kości Carin. Pozbierał je i powiadomił jej rodzinę w Szwecji. Szczątki pochowano na niewielkim cmentarzu w Lovö, skąd w 1934 roku zabrał je Göring…
W założeniach Göringa, po jego śmierci, Carinhall miało być przekształcone w muzeum, które nie tylko uświetniałoby osiągnięcia Tysiącletniej Rzeszy, ale i samego gospodarza. Historia jednak zgotowała zupełnie inny los dla Carinhallu i ludzi z nim związanych.
Nowe zainteresowanie miejscem w 1999 roku obudziła książka: „Görings Reich: Selbstinszenierungen in Carinhal” / „Imperium Göringa: Autoinscenizacja autorstwa Volker Knopfa i Stefan Martena do nabycia za 19,90 euro . Zrodziły się obawy, że miejsce stanie się neonazistowskim sanktuarium. Rząd Brandenburgii zlecił rozbiórkę pozostałości grobu żony Göringa.

Obecnie ruiny rezydencji porastają drzewa, a dwie wieże stojące przy bramie wjazdowej z herbami rodowymi Göringa przypominają tylko o mrocznych latach wojny i okazałej rezydencji, będącej niegdyś miejscem spotkań najważniejszych osobistości świata polityki i nie tylko.

14
Aug

Majdan z perspektywy sztuki (recenzja z wystawy „Jestem kroplą w morzu” – MOCAK)

Udostępnij:

Nie podchodź do tej baletnicy!6

Choć strojem i dziewczęcą sylwetką przypomina słynne młodziutkie tancerki Degasaimgres images imgres-1, nie ma z nimi nic wspólnego. Jest szalona – zbiegła ze sceny „Jeziora łabędzi” w tiulowym tutu, chwyciła za karabin i owinęła się pasem z ładunkami wybuchowymi. Tak stanęła na barykadach. Spójrz jej w twarz: bez wahania pośle kulkę przeciwnikom Majdanu.imgres-1 imgres-5 imgres images-3 images

Czy naprawdę istniała? Nie ważne. Tę hiperrealistyczną rzeźbę Wasila Cagołowa (wykonaną w 2013 roku) można potraktować jako symbol wystawy „Jestem kroplą w morzu”.

Zobaczcie się!

To szczególny pokaz. Składają się nań prace będące reakcjami i komentarzami do ukraińskiej wiosny. Co ważne – to nie są chłodne realizacje, powstałe po czasie, z dystansem. Dwudziestu autorów było osobiście zaangażowanych w protesty na Majdanie. Jedni uczestniczyli w buncie czynnie, pomagając w na co dzień rannym i potrzebującym. Inni dawali upust emocjom i poglądom za pośrednictwem sztuki.

Podobnie jak opisana na wstępie wyrzeźbiona primabalerina, także inni artyści „schodzi ze sceny” – artystycznej. Porzucali pracownie, galerie i zwyczajną publiczność. Ich widzami stawali się buntownicy i… siły przeciwne.

Mam przed oczyma baner ze zdjęciem z perfomence’u braci Markiana i Olega Maczków. Akcja uliczna. Chłopak siedzi za pianinem pomalowanym w narodowe barwy Ukrainy (żółta klawiatura, błękitna klapa). imgres-2Fotografia ukazuje jego plecy pochylone nad instrumentem. Przed nim, w pierwszym rzędzie stoi szpaler uzbrojonej policji. Ich ustawione pionowo tarcze tworzą swoisty płot. Ale nie odważają się interweniować – bo jak atakować muzyka grającego pośrodku ulicy Chopina? Performance nosił tytuł „Wyobraź sobie” – i nie trudno domyślić się, do jakiego odnosił się utworu.images images-1 imgresRównie spontaniczny i bezkolizyjny przebieg miała akcja zorganizowana przez Obywatelski Sektor Majdanu nazwana „Królestwo ciemności zostało pokonane” (znów aluzje do sztuki przeszłości, m.in. do Goi). Oto kobiety w różnym wieku ustawiły się rzędem, równolegle do szeregów wojska. Oni – w bojowym rynsztunku, na co żeński szyk replikuje… lustrami. Tak, dziewczyny dzierżą przed sobą zwierciadlane tafle, w których przegląda się przeciwna strona. Wymowne. Trafione.1

Sztuka jest ogniotrwała

W rewolucyjnej gorączce najlepiej sprawdzały się najszybsze techniki rejestracji – fotografie i wideo. Jednak w MOCAK-u oglądamy ich stosunkowo niewiele. Czy tryptyk „Warta na Majdanie. Strażnicy” Maksima Bielusowa można uznać za bezpośredni zapis sytuacji? Trzy portrety mężczyzn w różnych ujęciach; środkowy, stojący za barykadą, ma twarz zasłoniętą przeciwgazową maskę; dwaj przedstawieni po przeciwnych stronach tryptyku odważnie ujawniają się przed kamerą. Ten z lewej strony nie ma już czego się obawiać: przystojny dziewiętnastolatek, stał się jedną z pierwszych ofiar zamieszek.4 3images-1 images-4

Podobnie mocne wrażenie sprawia seria „Wojownicy” (autor: Aleksander Czekmaniew). Także sytuacje z barykad. Dziesięcioro buntowników zostało uwiecznionych en face, tylko że… nie sposób rozpoznać ich rysów – wszyscy noszą kominiarki. Choć zasłonięci, ujawniają się poprzez dołączone do zdjęć opowieści. Można dowiedzieć się, w jakich okolicznościach artysta-fotograf ich spotkał, co mu o sobie powiedzieli. Jest nawet wątek romansowy, w dodatku polski! Ona przyjechała na Majdan pomagać jako sanitariuszka, spotkali się, pokochali, mają nadzieję na wspólne życie. Gdzie? Może w Polsce, może w świecie. Wszyscy ujęci przez Czekmaniewa nie dysponują żadną profesjonalną bronią. Za oręż służą im własnoręcznie wykonane „bagnety”, a nade wszystko – ciało. Którego nie oszczędzali, nawet gdy to było młode i atrakcyjne dziewczęce ciało (w zespole bezimiennych bohaterów jest m.in. 19-letnia mieszkanka Kijowa). Autor cyklu zauważa: „Sztuka jest ogniotrwała”. Można to odnieść do obrazków Włady Ralko. Jej „Pamiętnik z Majdanu” to rzadki przypadek notatek sporządzonych na gorąco, na bieżąco. Artystka systematycznie przychodziła do buntowników i malowała obrazek „z dnia”. Nieduże, syntetyczne akwarelowe „migawki” z tego, co działo się na ulicach. Na wystawie wyeksponowano ledwie część tego wizualnego dziennika. Nie ma w nim żadnych dramatycznych scen. Dramaty i napięcia zostały pokazane symbolicznie, subtelnie. Taka forma sprawdza się lepiej, niż zbytnia dosłowność.

Welcome to Ukraine

„Rewolucja godności”, jak pięknie nazwano wydarzenia na Majdanie, pojawia się też w wersjach przetworzonych, metaforycznych, nawet żartobliwych. Ksenia Hnylicka wykorzystała motyw tradycyjnych matrioszek – pięć drewnianych kukiełek, od największej do maciupciej, przerobiła na formę męską. 2Umundurowaną. Z kolei Iwan Semesiuk zaktualizował ludowe malowidło: kobieta w tradycyjnych, paradnym stroju zaprasza turystów do zwiedzania Ukrainy, lecz chyba mało kto skorzysta z oferty: baba ma trupią główkę, paskudnie obwisłe piersi, do tego w dłoniach dzierży sznur zakończony pętlą. Brrrr!5

Natomiast Nikita Szalenny sięgnął po światową klasykę. Na wielkoformatowych wydrukach oglądamy zainscenizował sytuacje, co do których nie ma wątpliwości, kto był autorem pierwowzoru. Przypomina się Zbigniew Libera i jego słynne „Pozytywy” – lecz wariacja Szalennego na temat „Lekcji anatomii dr. Tulpa” Rembrandta images-2 imgresbynajmniej nie ma optymistycznej wymowy! Zespół zamaskowanych, uzbrojonych po uszy „asystentów” pochyla się nad zwłokami biznesmena w białej koszuli, pod krawatem; główny „operator” wyciąga z denata – nabój.

To prace tegoroczna. Wizja Ukrainy po rewolucji, która wcale nie przyniosła spodziewanych efektów. Tytuł pracy „Gdzie jest twój brat?” No właśnie – gdzie?

„Jestem kroplą w morzu. Sztuka ukraińskiej rewolucji”Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (MOCAK), wystawa czynna do 19 października

14
Aug

Bobrowanie w szalecie (recenzja filmu „Bobry”)

Udostępnij:

Siódmy, a pierwszy pełnometrażowy film w dorobku Huberta Gotkowskiego, reżysera-amatora (choć z kilkunastoletnim doświadczeniem), obłowił się w nagrody na festiwalach kina niezależnego. W 2013 niezależna grupa filmowa DDN Productions zrealizowała ten pełny metraż, który po roku znalazł dystrybutora, a teraz trafia do kin. Było warto? Tak!

Za ten film dam się posiekać – choć do doskonałości brakuje mu … wszystkiego. Nie da się ukryć – operatorka, scenariusz, prowadzenie aktorów trącą amatorszczyzną. Jednak wszelkie niedostatki wyrównuje zawarty w tym filmie potencjał absurdo-prawdy.

O nas, o rodakach opętanych żądzą sukcesu, na zasadzie albo-albo. Kariera lub śmierć. A wszystko w krzywym zwierciadle.

Jak kiedyś „Rejs”, tak tytułowe ssaki (z rzędu gryzoni) niosą przesłanie: żeby nie zwariować, trzeba wgryźć się w nonsens. Pamiętacie obraz Piwowskiego z dialogami Tyma?

imgres-2 images imgres-1 imgres-5 images-1Wówczas chodziło o PRL. Teraz rzecz dotyczy RP, ale tego samego typu ludzi – nieudaczników czy tylko nieprzystosowanych do aktualnych układów. Okazuje się, że ustrój i ekonomiczne uwarunkowania nie mają znaczenia. Gapy i artyści zawsze będą „pozbawieni posiłku” (jak w „Rejsie” Himisbach, któremu danie znika z talerza). „Bobry” punkowe trio

imgres-6 images images-3

aktywne we wczesnej fazie polskiej transformacji, wydało jedno demo i zamilkło. Przyczyny były różne, głównie ekonomiczne. Z muzyki nie dawało się przeżyć.

Na tle profesjonalnie zmajstrowanych, lecz bezmyślnych komedii romantycznych „Bobry” pachną brzydziej, mocniej. Trudno się dziwić – akcja rozgrywa się w pobliżu, a nawet wewnątrz klopa. Przy wydzielaniu papieru toaletowego nietrudno o dowcipy z grubej rury.

Ale wybaczam – mają sens i odniesienia do polskiej prowincjonalnej rzeczywistości. Tu nikt się nie pieści, nie fałszuje realiów wynajmowanymi willami, markowymi ciuchami, nowobogackim sztafażem. Co ciekawe – droga z szaletu wiedzie prosto do nieba albo piekła, nie wiadomo dokładnie gdzie, lecz na pewno w zaświaty.

A tam właśnie Kosiarz czyli Śmierć (Robert Jarociński), imgres-5wysłannik ciemnych sił, chciałby zapędzić Marcina (Wojtek Solorz), imgres images-1frontmana Bobrów. Diabelski pomocnik zbiera punkty za… liczbę samobójstwa i do awansu brakuje mu tego ostatniego. Skądinąd wie, że Marcin je planuje, więc Kosiarz nie spuszcza chłopaka z oczu. Musi, no musi wreszcie się załamać! Tyrał wiele lat na zmywaku w Irlandii, bez pozytywnych finansowo skutków. Wrócił do kraju zdesperowany, zdecydowany skończyć ziemskie bytowanie.

Jak pech, to pech: młody silny organizm zwraca toksyczne substancje zaaplikowane w samobójczych celach. Odzywa się instynkt przetrwania, a wraz z nim – pomysł reaktywowania kultowego zespołu. Marcin bobruje w okolicy i odszukuje pozostałych członków kapeli. Niejaki Smród (Sebastian Stankiwicz) przejął po ojcu biznes, zgodnie z ksywką – niezbyt pachnący i z rockmana przeobraził się w „szaletmana”.images-2

Z kolei Klocek (Marcin Kobaj) imgresKlocek – pierwszy z prawej

imgres-1images-3KLocek – pierwszy z lewej

bębny zamienił na prochy, do których ma łatwy dostęp z racji bliskich i osobistych kontaktów z psychiatrykiem.

Proces montowania zespołu po latach przypomina podobną sytuację w „Blues Brothers”. imgres-2 images-1 imgres imgres-1 images images-2 images-3

Jednak daremnie wyczekiwać w „Bobrach” muzycznych popisów – tu kaptowanie odbywa się z pomocą słowa i mocą piwa.

Jak zakończy się re-rekrutacja? Nie zdradzę, ale radzę zobaczyć!images-4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

09
Aug

Bomba pozytywnych kalorii (recenzja z filmu „Podróż na sto stóp”)

Udostępnij:

Z falą upałów upałów napłynęły do kin bałwany komedii romantycznych z food-filmową pianą. Po „Szefie” – rzecz o szefowej.

Reżyser, Lasse Hallström wykorzystał przepis sprawdzony w „Czekoladzie”: pokazał inwazję kulinarnej egzotyki na twierdzę gastronomicznej tradycji. Oraz konflikt dwóch silnych osobowości.

Oto bajecznie położona miejscowość na południu Francji. Króluje tu madame Mallory (Helen Mirren, mówiąca po angielsku z cudownie imitowanym francuskim akcentem),images-4 Helen_Mirren_filmie_sto_6470908 elegancka wdowa w chanelowskich kostiumikach, dumna właścicielka restauracji „Płacząca Wierzba” odznaczonej gwiazdką w przewodniku Michelina. W jej lokalu serwuje się wyrafinowaną kuchnię francuską, a wśród gości byli prezydent Francji, ministrowie tudzież miejscowa elita.

Aż tu madame wyrasta niespodziewana konkurencja: rodzina hinduskich imigrantów otwiera knajpę „Maison Mumbay” i to gdzie? Po drugiej stronie ulicy! Dystans, który mierzy tytułowe „sto stóp” (dla Polaków – nieużywana miara, niezrozumiały tytuł).imgres images-1 imgres-1 imgres-1 images-9 images-6

Familia Kadam składa się z Papy oraz piątki pociech w różnym wieku. Wszyscy są kucharzami z zawodu i powołania, lecz dwudziestoletni Hassan wyróżnia się prawdziwym kulinarnym talentem. Nie kończył żadnej szkoły – uczyła go mama, która zginęła w dramatycznych okolicznościach. Ich bombajski biznes poszedł z dymem, co skłoniło rodzinę do opuszczenia ojczyzny i szukania szczęścia w Europie. W Londynie za zimno i za mokro, w Szwajcarii za wysoko, to może sprawdzi się Francja?

Rodzina Kadam, choć świadoma przywiązania Gallów do ich narodowej kuchni, postanawia zaryzykować i wylansować smaki Orientu. Kaptują klientów rozmaitymi metodami, trochę na bakier z savoir-vivre. Jednak to działa! Kadam Enterprise odnosi sukces, rodzina może wreszcie poczuć się u siebie i zasymilować ze społecznością. Poprawność polityczna nie mająca nic wspólnego z francuską rzeczywistością.

Oczywiście, po drodze dochodzi do konfrontacji dwóch odmiennych kultur, które scala miłość… Jakby nie dość jednej love story, Hallström serwuje dwie miłosne afery, zawiązane w obrębie różnych generacji, zakończone szczęśliwie u młodych i starszych. Kiedy już zmysły i uczucia filmowych bohaterów znajdują spełnienie, widzowie opuszczają kino głodni, choć zasłodzeni.

W „Podróży…” wszystko jest idealne: potrawy, postaci, ich kariery. Bomba ideo-kaloryczna. Orgia wizualnej i emocjonalnej słodyczy.

Para młodych protagonistów jak wykrojona z jednej sztancy: okrągłe oczy sarenki Bambi, buźki choinkowych aniołków, sylwetki nastolatków. Jednak o ile Charlotte Le Bon grająca ambitną Madelaine rimages-5 images-3obi czasem minki nadąsanej dziewczynki, to obsadzony w roli kulinarnego geniusza Manish Dayal (gwiazdor Bollywoodu) nie robi żadnego wysiłku, żeby cokolwiek wyrazić fizjonomią. Wie, że jest śliczny – i wystarczy.images images-7

Z nieznośną lukrowatością tej dwójki szczęśliwie kontrastuje duet Helen Mirren – Om Puri (jako głowa rodu Kadam). Tu iskrzy, tu są napięcia, prawdziwie emocje. No i jest humor. Moja ulubiona scena nie tyle balkonowa, co okienna: noc, madame Mallory w koszulce nocnej i wałkach na głowie wdaje się w potyczkę słowną ze swym konkurentem (branżowym). Wśród wzajemnych docinków Papa rzuca: „Stoi pani w tym oknie jak jakaś królowa!” „Pochlebiasz mi”, ona replikuje , i robi minę jak… „Królowa”.images-9 images-9

Dla tej pary warto odbyć „Podróż…”. Nawet przesłodzone danie dosmaczone przyprawą mirren-puri okazuje się jadalne!

 

 

 

 

 

 

09
Aug

Kopać każdy może

Udostępnij:

Wiecie już, że jedzenie – to nasza nowa religia? 

Zabrakło tradycyjnych powodów do spotkań, celebry, rytuałów, kultywowania ludzkiej potrzeby bycia razem, spotykania się, wspólnego przeżywania.

Dziś odwiedziłam po raz trzeci najbliższy geograficznie bar: KIK fit-bar, ul. Surowieckiego 32D, Ursynów, metro Ursynówimgres-7. Wysiąść tyłem lub przodem, pomknąć z 500 metrów w kierunku południowo-zachodnim, dojść do klubu Fitness – i… nic nie zobaczyć. KIK jest tak wpasowany w otoczenie, że niema niewidoczny.

Siedem stolików, trzy pod dachem, cztery na zewnątrz. imgres-2 imgres-6 imgres imgres-1 imgres-5Szef, Australijczyk Michael, gada po polsku, ale chętnie przechodzi na angielski. Czuwa nad gośćmi. Pilnuje i musztruje załogę, jak trzeba.  Temat kulinarny: wega, acz nie tylko.

Takich miejsc brak na Ursynowie. A w całej Warszawie – niewiele. Mam propozycję i miejsce na blogu: gadajmy o takich „familiar sites”, radźmy, gdzie fajnie i niedrogo zjeść. Do tego – inne kulinarne historie. imgres-8 imgres-9 Tu – wszystko wega. Ten klops też wega. A z resztą – jeśli nie wierzycie, to do KIK-a!

Dziś mam dla WAS kulinarny bonus: recenzję z filmu „‚Podróży na sto stóp”. Na MOMArt kategoria recenzje.

08
Aug

Glizda (czyli glista)

Udostępnij:

Lato. Trawnik. Siedzę z Mirkiem D. na ławce przed budynkiem malarstwa warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Gadamy, popatrujemy pod nogi. Pod nimi – glizda (lub poprawnie glista), z przeproszeniem. Fachowo – dżdżownica.

Gadamy o sztuce, ale ona – dana glista – skupia naszą wzrokową uwagę. Bo wierci się nieprzytomnie, rozciąga, kurczy, cienieje i tyje w oczach. images-6 images imgres-5 imgres-1 images-5

Nie jest ładna, jednak fascynuje elastycznością. Zywotna taka.

– Popatrz – mówi Mirek D. –  Toż to żywy symbol artysty!  Jak ona (znaczy, glista) próbuje dostosować się do warunków. Jak szuka wejścia w glebę, dla niej za twardą. Jak zmienia formy ciała. Jak męczy się, ale nie daje za wygraną. Zupełnie jak artysta.

Wyobraziłam sobie środowisko artystyczne pod postacią dżdżownicowiska. Trochę obleśnie, ale trochę pięknie – jak na wideo Anny Orlikowskiej o robakach wędkarskich. images-1 images-3 imgres-2 images-4 imgres imgres-6 imgres-7

A Mirek D. dalej swoje: – Cholera, że nie mam przy sobie kamery! I nie ma obok żadnego studenta. Mógłby sfilmować ją (glistę) i rok zaliczony. Może nawet teza doktorska? Wykadrować ją, nakręcić, jak tak atakuje nieprzychylne jej środowisko…  Zupełnie jak artyści, którzy próbują przebić się przez rynek i wkręcić w łaski decydentów…

Kamery przy tym nie było – jednak złączyliśmy się w akcie łaski dla żyjątka: przy pomocy patyka i listka przenieśliśmy  na życzliwszy dlań terem.