THE BLOG

20
Sep

Jak się żenić, to się żenić!

Udostępnij:

…Niech się stopi, niech się spali/ byle ładnie grajcy grali,/ byle grali na wesele…

008 2 cd377616-6729-4bc4-bd80-393013948ad0

 

Praktyki weselne i robotnicze

Dwóch zamroczonych chłopków, jeden czule obejmuje bas, drugi rzępoli na skrzypkach, do tego baba okrakiem na bębnach. Takie kombo przygrywało na moim pierwszym weselu. Pierwszym, w którym uczestniczyłam. Nie, że ja wstępowałam w związek – wydawała się córka naszej kucharci z praktyk robotniczych. Prosta kobiecina gotowała nam zawiesiste zupy i brejowate sosy, żebyśmy przetrwali w trudnych mazurskich warunkachz11442549VMazury-Polska-Port-jachtowy-Niedzwiedzi-Rog-na-jeziorem, często po raz pierwszy bez mamy/taty/zadbania. Zaprosiła nas hurtem, spontanicznie, z polską gościnnością. O, naiwna! Nie wiedziała, ile taki student potrafi wypić. Chłopaki pili szklankami czystą gorzałę, bo stała ot, tak, na stole. Zachłanność odebrała im rozsądek (choć może nie miała co odbierać). Jeden taki Maruś zaszył się pod stołem z dwiema flaszkami zwiniętymi ze stołu i tam go sen zmorzył, zanim opróżnił swoje zdobycze. Drugi taki Misio Wampirem zwany zastąpił w muzycznym trio spitą babę zasypiającą nad bębnem i bezskutecznie usiłował zsynchronizować uderzenia w instrument z duetem bas-skrzypce, jak na razie wciąż pozostającym w pionie. Wojtuś nie wchodził w rytm, melodia rozsypywała się na drobny mak, nikt już nie panował nad muzą. A pary wirowały wedle własnego wewnętrznego pulsu.

Jedna taka Misia, która umiała prowadzić cztery kółka, lecz aktualnie prawa nie posiadała, postanowiła odwieźć najbardziej poszkodowanych do obozowiska. Szła do samochodu zygzakiem, co nie uszło uwadze ludności rolniczej. Słusznie nie pozwolono jej dorwać się do kierownicy. Chłopaków (w stanie przypominającym kisiel) zdeponowano na wóz i wio! mała, do gospodarstwa. Najwięcej kłopotu było z Marzenką, która kopała i gryzła na dowód, że jest w stanie bezpiecznie odtransportować siebie i kolegów tam, gdzie trzeba. Myliła się – szkapa miała lepsze kwalifikacje. Zwłaszcza, że pobierała tylko hadwao.

 

Gość nie zawsze w dom

Drugie wesele – w drodze powrotnej z weekendu nad Zalewem Zegrzyńskim. zdjecie,600,72907,zalew-zegrzynski-port-w-nieporecie

Nasza czteroosobowa gromadka – tak jakby w uniesieniu. Wiosna, zaloty, świat nam sprzyja! Był z nami reżyser W., piękny i sławny. Zachciało nam się kawę wypić w przydrożnym zajeździe. Niestety, cały wynajęty pod wesele. Tym lepiej. Tradycja każe zaprosić nawet chochoła, co dopiero sławnego W. Toż to okrasa uroczystości, dar niebios, błogosławiona panna młoda! Wkroczyliśmy na salę pewni aplauzu. Wyszło nam na powitanie dwóch wykidajłów. – My z życzeniami – bajerujemy, pewni siły przyciągania W. Wykidajły jakoś nie dają wiary. – A co staropolską gościnnością? A Wyspiański, a Wesele, a tradycja? – stajemy się natarczywi, pić się chce. I wiecie? Oni nas wykidali! Pozwolili napić się soczku, po szklaneczce i won, kolesie, tu poważne wesele, panna młoda od sołtysa, ważniejszych nam nie trzeba. Dla W. był to cios. Jego pozycja bożyszcza runęła. Dorobek stanął pod znakiem zapytanie. Pewność siebie znikła. Wesele odebrało mu radość.

Moje własne

A to moje? Pierwsze odbyło się w kawiarni Domu Plastyka.

Marian Czapla i Wiesław Sokołowski archiwum ZA Jan Masiak i Wiesław Sokołowski archiwum ZA Lata_70 obrazy_w_architekturze_97286    Sceny rodzajowe z kawiarni DAP. Nie z mojego wesela, ale widzicie klimaty.

Dwoje świadków, przypadkowi goście, rodziny brak. Ja w białych dżinsach, mój oblubieniec w swetrze typu szetland; codzienna elegancja, dzień jak co dzień, bodaj czwartek. Drugie już niby lepiej przygotowane, familia obecna plus krewni i znajomi królika – a we mnie zero szczęścia, tylko strach. Różowa jedwabna sukienka i jakaś świadomość idąca od pięt, że robię głupio. Trzecie – moja sprawa, nie powiem.

20
Sep

Patron ekologów na zamku (Rok El Greca i obraz z Siedlec)

Udostępnij:

Objawienie

Byłam w Siedlcach w dniu, w którym święty Franciszek z Asyżu ukazał się zgromadzonym w diecezjalnym muzeum gościom i dziennikarzom. Młody, szczupły, ciemnowłosy mężczyzna w zakonnych habicie, przedstawiony na tle skłębionych, groźnych chmur. Kolorystyka mroczna, paleta szarawo-zielonkawo-brunatna. Pomimo skromności kompozycji i samego bohatera, wszyscy mieliśmy poczucie obcowania z czymś wielkim. Święty Franciszek, ten z obrazu, tym bardziej. Jego nieobecny wzrok i wyraz twarzy świadczą o ekstazie, jaką przeżywa. Właśnie został wyróżniony boskimi stygmatami.El_Greco_-_St._Francis_(private_collection)

Przez kolejne lata dzieło można było oglądać w tym samym miejscu. Przez ten czas – żadnych sensacji w rodzaju profanacji czy kradzieży. Media nie miały o czym informować, więc „naszego” El Greca nie odwiedzały tłumy. Inaczej będzie w tym roku. Franciszek rusza w podróż

.899abbde61235d49bc9a4eea536664b9 20140916_el_greco_m2

 

Za młode, by im wierzyć

– Naszemu świętemu Franciszkowi sprzyjają czwórki – takiej nietypowej informacji udziela mi ks. Robert Mirończuk, dyrektor Muzeum Diecezji w Siedlcach.

I zaraz wyjaśnia: obraz El Greca został odkryty w 1964 roku; sygnaturę autora, potwierdzającą autentyczność pracy, ujawniono dekadę później; w 2004 roku po raz pierwszy dzieło zobaczyła szersza publiczność; teraz (od 15 września do 31 października), także premierowo, płótno będzie eksponowane w warszawskim Zamku Królewskim. Następnie trafi do Krakowa, najprawdopodobniej do budynku Europeum, oddziału Muzeum Narodowego.

Te podróże łączą się obchodami Roku El Greca, ustanowionego z racji 400-lecia śmierci jednego z najoryginalniejszych twórców doby manieryzmu.

Przy okazji, przypomnęć historię spektakularnego odnalezienia obrazu pędzla grecko-hiszpańskiego artysty na siedleckiej plebanii. Było tak: lata 60. ubiegłego wieku, dwie młode absolwentki historii sztuki inwentaryzują dzieła sztuki w diecezji siedleckiej i niespodziewanie ich uwagę przyciąga płótno, w którym rozpoznają – jak wtedy sądziły – wpływy warsztatu El Greca. Ale środowisko nie ufa ich intuicji. Musiało upłynąć kilka lat, by ekspertyza konserwatorska (znaleziona pod blejtramem sygnatura autora) potwierdziła hipotezę Izabelli Galickiej i Hanny Sygietyńskiej. Z pierwszą z wymienionych rozmawiałam o tym wydarzeniu, zadając proste pytanie – dlaczego od razu nie poddano pracy badaniom? – Zdaniem poważnych autorytetów byłyśmy za młode, a w świecie nauki na zaufanie pracuje się wiekami! – wyjaśniła Iza Galicka. ekstaza3_2014_04_17_08_27_42 news-38

Dziś to ona i Hanna Sygietyńska uchodzą za autorytety.

Styl z ducha

Za życia El Greca (1541 – 1614) tworzył młodszy o trzydzieści lat inny geniusz, także rewolucyjny, niekonwencjonalny i śmiały: Caravaggio (1571 – 1610). Jednak jego sztuka, nawet gdy wywoływała skandale, podobała się większości. Efektowne chiaroscuro (ostre kontrasty światła i cienia) rzymskiego mistrza wywarły ogromny wpływ na późniejsze na pokolenia.

A samotnik z Toledo? Nikt nie ośmielił się naśladować jego maniery ani techniki. To wydłużenie ciał ludzkich, ekspresyjna stylizacja postaci, udramatyzowanie przedstawień!… Dla niektórych – dziwaczne, dla innych – zbyt egzaltowane, nieprawdziwe. El Greco miał syna, lecz niezbyt udanego, który nie odziedziczy po ojcu talentu; dwóch uczniów, o których świat zapomniał. Bo tak naprawdę – czego mógłby nauczyć El Greco? Głębokiego przeżywania? Gorączki wewnętrznej?el-greco-domenikos-theotkopoulos-the-repentant-st-maria-magdalene-circa-1577-e1279186874690 El_Greco_-_St._Francis_(private_collection) 53065609 el-greco-the-virgin-mary-13101 El_Greco_-_Count_Orgasz_-_face el_greco_sw_weronika El_Greco_-_Portrait_of_a_Man_-_WGA10554Christ_Carrying_the_Cross_1580

Te cechy doskonale widać w „Ekstazie świętego Franciszka”. Jak wiadomo, nie jest to jedyny wizerunek tego zakonnika. El Greco powracał do postaci Franciszka wielokrotnie, wybierając przełomowe momenty z życia świętego bądź stan kontemplacji.

Tu warto przypomnieć, że popularne tłumaczenia, jakoby El Greco odrealniał postaci z powodu astygmatyzmu czy też starczej niesprawności zostały dawno odrzucone przez badaczy.

Pionier ekologii

Pytam ks. Mirończuka o kult świętego Franciszka w Polsce. Czy w czasach konsumpcji i programowego egoizmu postawa świętego z Asyżu znajduje świeckich naśladowców?

– Tak, Franciszek obecnie uchodzi za patrona ekologów – mówi ksiądz dyrektor pół żartem, pół serio. – Jego bliskie kontakty z naturą, dyskusje z ptakami i rybkami to wzór dla różnego typu „zielonych” oraz wegan. Jak wiadomo, na słowa Franciszka ludzie byli głusi, za to znajdywał posłuch wśród braci mniejszych.

Na koniec dodam, że święty Franciszek został „przyswojony” przez Siedlczan do tego stopnia, że rokrocznie urządzają mu… imieniny. To już niedługo, czwartego (znowu czwórka!) października. Tym razem solenizant nie będzie obecny na fecie.

El_Greco_-_The_Knight_with_His_Hand_on_His_Breast El_Greco_-_Portrait_of_the_Artist's_Son_Jorge_Manuel_Theotokopoulos_-_WGA10567

20
Sep

Pożegnanie Jana Berdyszaka

Udostępnij:

Jan Berdyszak odszedł.

Zrobił to ze swą zwykłą klasą – usunął się w niebyt bez szumu, po cichu.

Stało się to w czwartek 18 września 2014. Trzy miesiące po 80. urodzinach.

Kto go znał, wie, co straciliśmy.

Nie tylko wybitny artysta – wspaniały, prawy człowiek. Mądry, myślący i zwyczajnie, po ludzku dobry.

W pakiecie cech charakteru miał jeszcze wiele innych zalet. Był nieprzekupny, nie układowy, nie poddający się modnym prądom, drążący w sztuce to, co go naprawdę obchodziło.Właściwie – filozofował poprzez sztukę. I nie bał się żadnych eksperymentów. Powycinane, podmalowane tu i ówdzie formy, które dokomponowywała pustka? Szkło? Ufarbowane na czerwono „jegiery”? Światło?

Nie było dla niego surowca nieprzekładalnego na obrazy, instalacje, rzeźby.

Berdyszak.1975.76.O.Koncentrujacy.VI.70.x.70.cm imgres-9 54_berdee imgres-11 images-5 images-4 7884- 16_ASW_023 images images-1 imgres-6 jan-berdyszak-reszty-reszt-001-800x600 images-3 imgres-1 imgres-7 ik1 imgres-12 Jan.Berdyszak.Szkicownik.Nr.102.5 imgres imgres-8

 

Znałam go wiele lat – a zafascynował mnie jeszcze w szkole. Pamiętam, wraz z Kołem Miłośników Sztuki przy Zachęcie byliśmy na pokazie, który Berdyszak dał w sali kinowej tejże galerii. Siedziałam zaczarowana. To był pokaz multimedialny (jeszcze wtedy nie było takiego pojęcia), obrazy rzutowane z dwóch projektorów, nakładające się, przenikające.

Od tamtej pory śledziłam poszukiwania Jana. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się – choć Jan nie należał do brat-łatów, nie był wylewny ani nie zabiegał o kontakty towarzyskie. Skromny, powściągliwy, zajęty tylko jednym – sztuką.

imgres-5  20110627112612_800 0003IWQKOYR2VBWN-C116-F4berdyszak jan portret 2009_6221024380343.3  Teraz ma nowy materiał do kolejnych doświadczeń: bezkres. Na pewno już kombinuje, jak to wykorzystać.

19
Sep

Pamiętnikopodobne (recenzje z książek Patti Smith)

Udostępnij:

Znacie Patti Smith?

Nie jej legendę, ale dokonania? W czym jest naprawdę dobra, co stworzyła, zainicjowała, co dała światu niezapomnianego? Dużo o niej było przy okazji jej pierwszej przełożonej na polski język książki „Poniedziałkowe dzieci”, nota bene pozycji obecnej przez 37 tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”. Czytałam same entuzjastyczne recenzje – i odnosiłam wrażenie, że nikt tej książki nie przeczytał porządnie, tylko dał się omamić postaci. Tak naprawdę, to literacki humbug, takie coś pamiętnikopodobne – ni dokument z epoki, ni zapis intymnych relacji, ni rekonstrukcja aury środowiska.

Ponad 20 lat po śmierci swego pierwszego partnera, wybitnego fotografa Roberta Mapplethorpe’a, „matka chrzestna punk rocka” napisała wspomnienia. Była mu to winna, uważała. Może też chciała sobie ulżyć? A przy okazji – ożywić mit nowojorskiej awangardy przełomu lat 60 i 70.images-16 imgres-14 images-12 images-18 images-13  imgres-9 imgres-10 imgres-11images-17Patti na zdjęciach Mapplethorpe’a

Zaczyna się ciekawie, choć literacko chropawo i nieudolnie. Mniejsza o styl, póki co wierzymy autorce. Patti wspomina dzieciństwo i dom rodzinny w Chicago, gdzie urodziła się w poniedziałek 30 grudnia 1946 roku/ Dzień za wcześnie, bo sylwestrowe noworodki wyposażano w w lodówki. Robert M. także przyszedł na świat w poniedziałek, również w 1946 roku, tyle że na początku listopada. Spotkali się w Nowym Jorku latem 1967 roku, obydwoje biedni jak myszy kościelne, naiwni i niedouczeni; przekonani, że sztuka zrekompensuje im ciężkie warunki bytowe.

Czy kochali się bezwarunkowo, jak dzieciaki z Werony? Na pewno byli pokrewnymi duszami, wiele sobie dali, wspierali się w kłopotach. Daleko im jednak było do straceńczego zauroczenia Romea i Julietty. Patti i Robert potrafili dość pragmatycznie wykorzystać doświadczenia codzienności. Z jednej strony bujali w obłokach, jak jacyś dwudziestowieczni święci – głodowali, żyli w poniżeniu, czytali poezję, dawali sobie bezmiar czułości, odkrywali wartość rzeczy z pozoru bezwartościowych. I to było tak piękne, że aż nierealne, romantyczne i idealistyczne. Zarazem – najbardziej realistyczne w opisie.

Jednocześnie, oboje bohaterów potrafiło wykorzystać swoje wrodzone atuty oraz specyfikę Nowego Jorku hippisowskiej epoki. Współtworzyli nowy styl w ubiorze, zachowaniu, kulturze. Dla tej pierwszej części polecam autobiografię Smith – to fascynujący zapis epoki.

Niestety, druga połowa „Poniedziałkowych dzieci” jest literacką porażką. Robert deklaruje się jako gej, ona ma coraz to innych partnerów, a relacje z Mapplethorpem topi w bełkocie: „Wszystkie lęki, które mnie dawniej trawiły, uobecniły się znów, niczym biały żagiel nagle buchający płomieniem”.

Gdy Robert umiera na AIDS, Patti znów mizdrzy się w pseudo-poetyckim stylu: „Był ciasną opończą, aksamitnym płatkiem. To nie myśl go nękała, lecz kształt myśli. Wnikała w niego jak straszliwy duch, wywoływała tak mocne bicia serca, tak przyspieszone, że skóra mu pulsowała i czuł, jakby dławiła go trupia maska, zmysłowa, ale dusząca”.

Harlequin w punk wersji.

*

Po dwóch latach Czarne ponownie wzięło na warsztat Patti, pewne sukcesu. „Obłokobujanie” to tomik znacznie cieńszy niż historia związku autorki i Roberta M., z jeszcze większymi pretensjami do literatury. Poetycka proza dopełniona zdjęciami w większości wykonanymi przez autorkę. Jedno i drugie – amatorskie. Chwilami szczere, to znów naiwne, niekiedy poruszające (są i takie fragmenty – jak opowieść o starym człowieku, dziwaku, milczku, którego Patti wraz z rodzeństwem bała się i ulegała fascynacji).

Czy „Obłokobujanie” komukolwiek naprawdę przypadło do gustu? Nieważne, istotne nagłośnienie.  Bo to wdzięczny temat do audycji radiowych, przetykanych muzyką. I łatwe zadanie dla recenzentów książkowych, którzy znów odrobią lekcję pt. „matka chrzestna punk rocka”. Ale trzeba było coś więcej, coś a propos zawartości książeczki…  To dawaj, dostajemy kolejną porcję bełkotliwych dywagacji, że to „natchnione modlitwy lub pochwalne pieśni”, w których  „nawet parzenie herbaty staje się duchową podróżą pełną zdrowej melancholii”.

Przyznaję, złośliwie połączyłam cytaty z dwóch osobnych recenzji – albowiem zastanawiające jest ich „natchnione” współbrzmienie. Autorzy recenzji na hasło „Patti Smith” wpadają w  dygot i emfazę. Prześcigają się w komplementach. Porównują dokonania bohaterki z dorobkiem Leonarda Cohena czy Nicka Cave’a. A ona się z tego śmieje. I za to ją lubię – że pozostała zbuntowaną, nieprzymilną i obojętną na karierę outsiderką

.images-10 images-14 images-9 images-11 imgres-15 images-19 images-15

 

 Patti Smith

Poniedziałkowe dzieci

Tłum. Robert Sudół

Wyd. Czarne, Wołowiec 2012

 

Obłokobujanie

Tłum. Maciej Swierkocki

Wyd. czarne, Wołowiec 2014

06
Sep

Zrobieni z kiepskiej materii (recenzja z wystawy Corpus”)

Udostępnij:

To nie jest rzecz o fizycznym pięknie.

Pokaz zatytułowany „Corpus” idzie pod prąd pop-kulturowych miraży. Nie dostarcza wizualnych podniet, pokus i przyjemności. Otwiera nam „oczy szeroko zamknięte”. Dotyka tego, o czym na co dzień staramy się nie myśleć: opowiada o materii, jaką jest nasze ciało. Materii w ciągłym procesie, łatwo ulegającej destrukcji, żyjącej ku nieuchronnej śmierci – by przywołać sformułowanie Martina Heideggera. Do tej wystawy potrzebna jest… odwaga. I dojrzałość.

Naga prawda

Dwudziestu trzech artystów uczestniczących w wystawie „Corpus” (przygotowanej przez kuratorkę Marię Brewińską) obnaża nasze ciała. Rozbiera je w sensie dosłownym, podsuwając pod oczy prawdę o mankamentach tego doczesnego „opakowania” naszej duszy. O ile wierzymy w jej posiadanie. Ateista powie: ciało to pojemnik energii. A także – siedlisko myśli, uczuć, zmysłowych wrażeń.

Współczesna sztuka zaczęła postrzegać ciało jako narzędzie mniej więcej w połowie lat 50. Od tamtego czasu nagość zaczęła znaczyć co innego, niż w minionych epokach. Aspekty estetyczne, symboliczne, kulturowe zeszły na odległy plan. Obnażenia stało się manifestacją radykalnych postaw – społecznych, kulturowych, politycznych. Wystawa w Zachęcie stroni od tamtych trendów; od feminizmu, gender, body-artu. Tym razem autorzy skupiają się na fizycznym (a przez to filozoficznym) aspekcie naszego bytu.

29-Beecroft1 0964_vanessa_beecroft PROJECT_12_640X360 Beecroft_Vanessa-VB52_75_VB vb43.002.te-156146_0x440 005753

 

To prace Vanessy Beecroft. Ostatnie zdjęcie – z sali Zachęty. Reszta zdjęć – to migawki z innych performances.

Na przekór martwocie

Oglądanie zaczynamy od końca. Od wejścia widz zostaje skonfrontowany z… kresem, który czeka każdego – ale chętnie o tym zapominamy. Hannah Wilke i Dominik Lejman stosują kurację wstrząsową: oto ciało bez ducha. Przedmiot zamarły w bezruchu.

Wilke, świadoma swego rychłego odejścia, sfotografowała się (rok 1978, praca „Tak mi dopomóż, Hannah”) w pozycji leżącej. Ona naga; ciasna komórka, gdzie leży, również goła. Postać ujęta od strony głowy, która wydaje się nieproporcjonalnie wielka w porównaniu z maleńkimi stópkami w niepoważnych sandałkach. Jakby leżała w solarium. Śmierć odheroizowana, mimo to – okropnie samotna.

W takiej samej pozycji na wznak znajduje się mężczyzna sfilmowany przez Lejmana. Z tym, że w tym przypadku gigantyczne wydają się stopy, widoczne na pierwszym planie. Wyświetlany na ekranie obraz wideo nosi tytuł „Status (Godzina z timecodem)”83566_b69162165.Tyle trwał filmowy zapis. Kamera przez godzinę rejestrowała bezruch. Mimo to sytuacja nie jest statyczna: postać „ożywia” miganie cyfr elektronicznego zegara, umieszczonego na symbolicznym katafalku. Czas płynie, procesy zachodzą, zmiany następują. Co ważne: gwałtowny perspektywiczny skrót i ujęcie od strony stóp natychmiast kojarzą się z „Chrystusem zmarłym” Andrei Mantegny namalowanym w latach 1465-66. Upłynęły stulecia, a arcydzieło Mantegny trwa, na przekór przedstawionej na obrazie śmierci.250px-Andrea_Mantegna_-_Beweinung_Christi

 

Ciała wybrakowane

„Obrzędy intymne”, praca Zbigniewa Libery (rok 1984) to niejako preludium do tego stanu. film_6_il3 005670 z10929826Q,Zbigniew-Libera--Trup-babki-Zapis wideo przedstawia odchodzenia jego babki, utrzymywanej przy życiu dzięki troskliwej opiece bliskich. Karmienie i zabiegi higieniczne wzbudzają w postronnym oglądającym to współczucie, to odrazę. Bez uczucia, na zimno, fizjologia bywa żenująca wizualnie.

A choroby? Czy jest dla nich miejsce w sztuce? Alina Szapocznikow dowiodła, że nie ma tematów tabu. Poprzez odlewy własnego ciała próbowała „oswoić” nowotwór. Wymyśliła specjalną rzeźbiarską formułę na chorobę – do tragedii dodała ironię. Ból zakryła słodkimi kolorami, tandetnym podświetleniem, żartami z „konsumpcyjności” pewnych części ciała.

Szapocznikow2 tumblr_mazqtnhMng1rugahio1_1280 220px-KMM_Szapocznikow MUZEUM NARODOWE W WARSZAWIE

Używając nieszlachetnych surowców, uświadomiła, że ludzkie ciało jest równie „wybrakowane”.

Nawet zdrowy organizm ma mankamenty, co uzmysławia Sarah Lucas. Jej instalacje „Panoramadrama” imgres-2czy „Leżak” (obie z 2011) dotyczą – metaforycznie – podskórnych procesów, dokonujących się nieustannie w naszych wątpiach, czego nie widzimy ani nie zdajemy sobie sprawy. Dopóki wnętrzności nie zaczynają szwankować.

W ogóle, zaglądanie pod skórę, podglądanie ukrytych elementów ciała wydaje się czymś niedyskretno-obrzydliwym. Atlasy anatomiczne uświadamiają, że nasze wnętrza ładne nie są, nawet gdy funkcjonują poprawnie. Gorzej, gdy się coś w ciele jątrzy, gnije, z niego wycieka… To wzbudza odrazę, zarazem niepokój. Materia ciała staje się siedliskiem intruzów – bakterii. Magda Moskwa doskonale wychwytuje te stany między wstrętem a zaciekawieniem. Jej wyolbrzymione „rany” (2014) pozbawione są kontekstu.

magdalena-moskwa-2013-03-28-014-800x533 magdalena-moskwa-2013-03-28-010-800x533 magdalena-moskwa-2013-03-28-002-576x383

Przypominają laboratoryjne wycinki niezidentyfikowanej choroby skórnej. Jasne, to rany fikcyjne, symboliczne. Chodzi o unaocznienie cierpienia fizycznego, o uzmysłowienie bólu. Perwersją jest wirtuozeria tych płaskorzeźb-obiektów, wykonanych z biżuteryjną precyzją – tak, że odpychają, jednocześnie przyciągając.corpus_600 Zdjęcie z akcji Santiago Sierry. Linia tatuowana (głęboko) na plecach sześciu chłopców, ustawionych w szeregu.

Zakładnicy rozkoszy

Ciało czasami zwodzi, dostarcza sprzecznych bodźców. Niekiedy ból splata się z euforią, a rozkosz opłacana różnego typu ofiarami. Marek Konieczny w serii „Think Crazy” 003185zakomponował „Martwą naturę” (1974): czerwona, wypchana papużka, usadzona na drążku z… nagiego przyrodzenia autora. Oj, kokiet!

!1922 (A tu niespodzianka. Coś ekstra, poza wystawą. Znalazłam na stronie Marka Koniecznego nasze wspólne, prastare zdjęcie z warszawskiej Galerii Foksal. Kto zgadnie, gdzie ja? Podpowiem – mam nakrycie na głowie. I nie jest to chustka).

DSC_2294 A tu – Zachęta. Wystawa Piotra Uklańskiego i Marka Koniecznego. Przemawia kuratorka, Maria Brewińska.

A co panów kręci i podnieca? Zgrabna damska noga obnażona powyżej pończoszki. Austriacka artystka Valie Export, pionierka wielu artystycznych trendów, okazała się też prekursorką tatuażu: w 1970 roku wytatuowała sobie na udzie podwiązkę. Bardzo pikantne!005750

Prace Sigalit Landau imgres-5i Mariny Abramović kierują w stronę masochistycznych rozkoszy. Landau stoi naga na plaży i ruchami bioder wprawia w ruch hula-hop – z drutu kolczastego. Natomiast Abramović na wideo „Nude with Skeleton” (2005) zadaje się z kościotrupem. corpus-620x400Którym kiedyś sama będzie.

 

„Corpus” – Galeria Zachęta, wystawa czynna od 1 września (otwarcie) do 19 października

Artykuł był drukowany w podobnej formie w „Rzeczpospolitej”

06
Sep

Życie nietycie

Udostępnij:

 

Kilka dni temu przeczytałam, że nie należy jeść śniadań. Potem wolno jeść ile wlezie, byle nie dłużej, niż przez osiem godzin. Np. – między 10 rano a 6 po południu. Lub od południa do ósmej wieczorem. No i nawet w porze żerowania unikać frytek, lodów, chipsów, ciastek. Oraz innych bezwstydnie, jawnie tuczących rzeczy. Podobno skutki widoczne po tygodniu (5 kilo mniej).

Inna wersja łagodniej głodówki: jeść, ba! obżerać się przez pięć dni w tygodniu, a wyhamować prawie do zera (dozwolonych tylko 600 kalorii) przez kolejne dwa. I znów – iść w jedzeniowe tango przez pięć dni, pokutować za to da kolejne.

Od wielu lat zachowuję mniej więcej taką samą wagę; taką samą sylwetkę.

Alicja_Zachęta_ Ogród Saski _fot.wh_013 Leica Gallery _BOIKO_14.08.2014_fot.wh_003 Monika Małkowska_Gdzie jest sacrum_ DAP_szkoła marszandów i kolekcjonerów_fot.wh_0001Miejsce Projektów Zachęty_Sterownik czasu rzeczywistego II_28.08.2014_fot.wh_011 Miejsce Projektów Zachęty_Sterownik czasu rzeczywistego II_28.08.2014_fot.wh_017ow zpap_ spotkanie studentówi ASP z Dr M Małkowską_21.03.14_fot.wh _011_ po galeriach 5_Grze Drozd_fot.wh _21.05.14_003w witkAcu_fot.wh_0002 Kiecki od Marka Caina. Dredy na szyi – mojej roboty.

Ze śniadaniami od zawsze jestem na bakier. Tak mi dyktował/uje organizm oraz niechęć do wczesnego wstawania. Dzień rozpoczyna ciepły płyn. Kiedyś kawa nesca, ostatnie lata – herbata zielona cytrynowa, imbirowa czy inna. Kawałek białego sera też ok. Albo kromka pieczywka chrupkiego. Koło południa lub wczesnym po – espresso macchiato, czasem double. Właściwie rzadko kiedy jem lunch czy po naszemu obiad. Moim głównym – i najważniejszym – posiłkiem jest obiado-kolacja. Godziny różne, lecz zazwyczaj wypada to koło 17, 18. Najczęściej jemy (bo z mężem) coś upichconego w domu, popijamy winem. Potrawy lekkostrawne, dużo jarzyn, sałaty. Zamiast ziemniaków – buła (chętnie ciepła bagietka). Zimą zupy, coś na ciepło. Latem na przystawkę pochłaniamy kawałek dobrej wędliny (o ile tak elegancko można nazwać wzięcie w palce kilku plasterków wprost z lodówki). Często gęsto posiłek kończą sery, a potem – skubanie. A to słodkie, a to inne dobro.

Nasza aktywność – zawodowa i towarzyska – przypada na wieczory. Mąż kładzie się wcześniej, jako że wcześniej wstaje. A ja – na matę.

Zbliża się godzina duchów… Cicho, ciemno, czasem szemrze muza. Ćwiczę: na brzuchu, na plecach, na nogach. Zestaw od lat niezmienny, co podobno nie jest zalecane. Korzystniej dla ciała zmieniać – ale nie dajmy się zwariować. W sumie mata zabiera mi półtorej godziny. Jak bardzo się spieszę – godzinę. Wiem, długo. Ale to nie jest czas spędzony wyłącznie na rozruszaniu mięśni. Wtedy najlepiej mi się myśli. Czasem przerywam wygibasy, żeby coś zapisać. Kończę zrelaksowana, wyciszona, z nowymi pomysłami.

I czuję power. Naprawdę – ćwiczenia ciała przekładają się na głowę i charakter.

Niedawno czytałam, że Helen Mirren odprawia gimnastyczny trening 12 minut dziennie i ma widoczne w figurze wyniki. Nie wierzcie. W każdym razie – nie wierzcie, że tylko temu zawdzięcza dobrą formę. Taka wersja pasowała do „Podróży na sto stóp”, gdzie madame Mirren grała szefową kuchni i zajadała różne pyszności. Ale to rozwiązanie dobre dla początkujących: zacznijcie od kilkunastu minut.

imgres-1 imgres  images-3 images images-1

Niezła, prawda? Do tego utalentowana. I na pewno ma siłę charakteru. Podziwiam!