THE BLOG

28
Oct

Pop anonimy (o wystawie Juliana Opie w MOCAK-u)

Udostępnij:

Mówią o nim – angielski Andy Warhol.Self-Portrait_1986

Nie ma z mojej strony zgody. Inne osobowości, odmienne podejście do życia, kariery, świata. Podobna tylko metoda twórcza: wyjście od fotografii. Ale to żaden wyróżnik, podobnie działają tysiące artystów. A on ma własny, rozpoznawalny styl. Jeżeli już doszukiwać się jakichś koneksji, to z Aleksem Katzem (ur. 1927)alexkatzbyvivienbitt-4a620l, twórcą z tego samego co Warhol pokolenia

.Alex_Katz_Sophia_2012_ed60_10634_405 Alex-Katz-Ted-Berrigan-1967 blue-umbrella Prace Alexa Katza

Ale Julian Opiejulian._2013-1254584, lat 56, jest o generację młodszy. Z wyglądu nieco przypomina Paula Newmanastatic.squarespace – i podobnie jak ten aktor jest na szczycie A-listy.  Tak ma na swych rodzimych Wyspach oraz w kilku innych krajach świata. Ale nie u nas, choć Polacy masowo podróżują za kanał La Manche.

Zeby natknąć się na prace Opiego, nawet nie trzeba wchodzić do galerii –  jeden z topowych brytyjskich artystów jest obecny, wręcz wszechobecny: w przestrzeni miejskiej, w pismach i reklamach, na billboardach, słupach ogłoszeniowych, lightboxach. Powód oczywisty, gdy spojrzeć na jego twórczość: jest efektowna,  łatwa w odbiorze, nie wymagająca specjalnego znawstwa dziedziny, myślenia czy skupienia. Sztuka pop w krystalicznej postaci.

Ta lekkość i przystępność to, oczywiście, pozory. Fakt, Opie nie udaje filozofa ani kaznodziei. On szuka typowości. Tropi cechy indywidualne, lecz dające ująć się w ramy definicji. Na pierwszy ogień wziął ludzi z jego bliższego bądź dalszego  otoczenia. Rodzina, znajomi, tłum uliczny.images-1

Julian O. wykonał (w różnych technikach) ich portrety, zbiorowe albo pojedyncze. Wyeliminował światłocień, zostawił kontur twarzy czy sylwetki i najbardziej charakterystyczne, najmocniejsze punkty – rysunek brwi, oczu, nosa, ust.  W niektórych przypadkach w ogóle rezygnował z rysów twarzy – rysował główki jak makówki, okrągłe formy unoszące się ponad schematycznymi postaciami. Potem dodał ruch. Animowane postaci maszerują, spieszą w niewidomymi celu. Są anonimowym tłumem. Naprawdę anonimowym. Tak samo jak ci, których mijamy na ulicach wielkich miast.

NPG 6593(2); Graham Coxon by Julian Opie picture_12-444243 julian_opie picture_9-241479

A Londyn, rodzinne miast Opiego i miejsce zamieszkania, mały nie jest. I nawet nie trzeba godzin szczytu, żeby poczuć się jak figura z ruchomych billboardów Opiego – wystarczy pójść na Trafalgar czy na Oxford Street.

Powie ktoś – to tylko sztuka dekoracyjna. Bynajmniej. To doskonała diagnoza współczesnego społeczeństwa. Zunifikowanego i pozbawionego znaków szczególnych – a przynajmniej, znaków rozpoznawczych dających się zapamiętać od pierwszego rzutu oka. Efekt globalizacji i netu. Masy, które naśladują swych pop-idoli, ubierają się tak samo, identycznie się zachowują, i wiecznie gdzieś gnają, pędzą, spieszą…

Julian_Opie_Walking_in_the_city_449imagesJULIAN OPIE 1 A

Pop-art Warhola czy Katza dzieli od pop-artu Opiego jedno pokolenie. Wtedy to było proroctwo. teraz jest teraz.

 

Julian Opie „Rzeźby, obrazy, filmy” – MOCAK, Kraków, wystawa czynna do 25 stycznia 2015

27
Oct

Zazdrość (może boleć)

Udostępnij:

Znacie smak zazdrości? Ja znam. Kożuszek turecki. Wakacje w Jugosławii. Długie włosy z grzywką.A2G2186

Hieronymus_Bosch_078Hieronymus_Bosch_077Aż tak, to nie…

Ściskało mnie w dołku, żeby też tak mieć. I zazdrościłam tym, które miały. Ale o chłopa? Nie doświadczyłam. Znajdowałam szybko kolejnego, nawet jeśli rozstanie z poprzednim bolało.

Bywałam natomiast obiektem zazdrości. Jeden taki mnie porwał na motocyklu, bo nie stawiłam się na randkę. Zawiózł na wiślaną łachę, gdzie żywego ducha, chciał posiąść, na co nie miałam ochoty. Wielogodzinne pertraktacje zakończyły się moim zwycięstwem – czy raczej zwycięstwem elokwencji nad chucią. Drugi zamknął mnie w pracowni, klucz zamelinował i terroryzował emocjonalnie, że jak go rzucę, to się potnie (czy coś podobnego). Uwięziona jak księżniczka w baszcie (choć to akurat była piwnica), miałam potem o czym opowiadać.

Co innego zazdrość mężowska. Doświadczyłam w dwóch kolejnych przypadkach. Na pozór inne charaktery, odmienne okoliczności, lecz ataki zazdrości u obydwu objawiały się podobnie. Nie dawali wytchnienia, wiercili dziurę w brzuchu, brali w krzyżowy ogień pytań, łapali za słówka. Przesłuchania ubeków to przy nich pikuś – wprawdzie nie torturowali cieleśnie, ale dobijali psychicznie. I nigdy nie mieli dość. Nawijali dzień i noc (z niewielkim przerwami, kiedy padali spać), analizując sytuacje, w których spojrzałam zbyt lubieżnie na innego samca, jeszcze innego powitałam buziakiem (publicznym), tańczyłam, zadzierając za wysoko nogę. Słowo, takie mieli problemy. Kto tego nie przeżył, nie ma pojęcia, jak rani zarzut: „Chciałaś go uwieść, mnie lekceważysz!”jealousy_and_flirtation-jpg

Efekty: zaczynasz kontrolować każdy odruch koleżeńskiej serdeczności, powściągać spontaniczne zachowanie, patrzeć, nie widząc (w przypadku krótkowidza – nic nadzwyczajnego, a gdy jednak chcę coś/kogoś zobaczyć wyraźniej, kolejny powód do rugania: spoufalam się). Kolejny etap – unikasz spotkań ze znajomymi, odrzucasz zaproszenia na imprezy, gdzie tańce, w ogóle przestajesz wychodzić z domu. Chyba że do roboty… Pod telefoniczną kontrolą, ze stałymi meldunkami, gdzie i co. Przecież operator i cała ekipa, na ogół męska – też zagrożenie. A on przez to cierpi.jealousy

Zazdrość może boleć. Rękoczyny skutecznie leczą zranione męskie ego. Bo jak suka nie chce się przyznać, to człowiek wychodzi z siebie. Jak się przyzna (już czasem, dla świętego spokoju, mówisz – tak, chciałam go uwieść, mea culpa) – tym bardziej zasłużyła.

Przy pierwszym małżonku szybko – po dziewięciu miesiącach – zorientowałam się i wniosłam o rozwód, bez orzekania o winie. Ale on – co to, to nie! Przecież on bez skazy, on kocha. Ma być z orzeczeniem o mojej winie. Chłop urządził proces pokazowy, bodaj 24 rozprawy. Miał czas, mało pracował. Zazdrość przerodziła się w manię niszczenia. Tropił mnie, jak detektyw. Czaił się pod domem, śledził na wernisażach. Wystraszał nowych absztyfikantów. Powoływał na świadków wszystkich znanych mi mężczyzn, od profesorów ze studiów po przypadkowych znajomych. W razie absencji jakiegokolwiek świadka domagał się przełożenia terminu sprawy o kolejny miesiąc, dwa. Gdy akurat wszyscy się stawiali, nawalał główny bohater, biorąc zwolnienia lekarskie. Prawie trzy lata ciągnął zabawę, żebym tylko nie poczuła się wolna. Ha! Zemsta jest rozkoszą bogów! 89674293A on się czuł bosko. Wreszcie sąd przejrzał jego grę. Dostałam rozwód. Z orzeczeniem o jego winie. Niedoczekanie! Złożył odwołanie. I prośbę o zniesienie kosztów kolejnego procesu (że bezrobotny i go nie stać). Chciał jeszcze z roczek pobawić się, popsuć mi szyki, podrażnić. Ale przegiął.

I szybko wpadłam w ramiona kolejnego zazdrośnika.JealousyCausesUsToLoseOurIdentitiesAsChristians

Z tym drugim ślubnym sądowe unieważnienie związku przebiegało po maśle. Wiedział, że przegrał – emocjonalnie i psychicznie wymknęłam się spod kontroli. Jego sceny zazdrości zaczęły mnie śmieszyć. Jak oprawca ma pracować, kiedy ofiara zamiast bać się, chichocze?mon

Jeśli ktokolwiek współczuje tym skrzywdzonym chłopakom, spieszę z info: pocieszyli się błyskawicznie. Pierwszy sprowadził następczynię i natychmiast się rozmnożył, żeby zachować mieszkanie, z którego uciekłam (przed nim, rzecz jasna). Drugi zakręcił się przy kolejnej babie z mieszkaniem (miał wprawę, zawsze takie wybierał, samiec bez metrażu) i zaraz pach! córeczka.

Memento dla wszystkich, które/którzy jeszcze nie wiedzą: wielka zazdrość nie oznacza uczucia podobnych rozmiarów. Najczęściej bywa odwrotnie. Przekonuję się o tym każdego dnia cudownego związku, gdzie nikt nikogo kontroluje. Ufamy sobie.

 

26
Oct

Psychoza w mediach (rec. filmu „Wolny strzelec”)

Udostępnij:

„Wolny strzelec” (reż. Dan Gilroy) jest na ekranach świata od września; do naszych kin wejdzie 21 listopada.

Pokaz dla mediów (w piątek 24 paździer.) zgromadził wyjątkowo dużą publiczność. Znaczy, poszła fama, że warto, nawet trzeba.
Jestem też tego zdania.

Jake-Gyllenhaal-jake-gyllenhaal-27441273-1200-1656 JakegyllenhaalGrający główną rolę Jake Gyllenhaal 

zasługuje na coś większego, niż tylko oklaski. Może Oscar? Nie wiem, to zależy od układów. Ale za to wiem, że jego rola będzie pamiętana. Aktor ma 33 lata, uroda amanta – ale z tym czymś, co niepokoi, co odróżnia twarz od ciacha.
No i temat w samo sedno, w punkt. Idealny dla nas, Polaków aspirujących do „lepszego” świata, zwłaszcza dla ludzi mediów, które stały się (może tylko poza polityką) najbardziej bezwzględnym polem walki. W filmie młody, wywodzący się z nizin społecznych, ale bystry freelancer marzy o karierze w lokalnej (w LA) telewizyjnej stacji. Kanał zajmuje się informacjami o lokalsach – kto stracił życie w wypadku, zamordowany, zmiażdżony? Im krew świeższa, tym lepiej.
Niejaki Lou Bloom jake-gyllenhaal-3 Jake-jake-gyllenhaal-868567_1500_1860(postać grana przez Jake]a Gyllenhaala) sięga po najwyższą stawkę – za cenę wyzbycia się wszelkich ludzkich odruchów. Co najgorsze – udaje mu się. Straszna diagnoza współczesnych mediów. A raczej – społeczeństwa.
No, bo gdyby nie było odbiorców, gdyby ktoś oburzył się „etycznie”, Lou nie miałby szans przebić się, a tym bardziej – wybić.
Tak zdarzało się niejednokrotnie w historii. Większa czy mniejsza społeczność nagle głuchła, ślepła, miała zajęcia niecierpiące zwłoki – żeby tylko nie zająć odpowiedzialnego stanowiska w sprawie, w której tylko ZBIOROWOŚĆ mogła coś zmienić na lepsze, sprawiedliwsze.

Film bez happy endu. Ale nie do ominięcia. I nie dla głuchych, ślepych, zajętych sobą.

I jeszcze coś. Fizjonomia Gyllenhaala zadziwiająco/niepokojąco przypomina Anthony”ego Perkinsa Anthony Perkins Psychow „Psychozie” Hitchcocka  (1960 r.) Norman Bates też wydaje się łagodny, trochę zagubiony, nie wadzący nikomu. No, nie jest napalony na sukces. I w pewnych okolicznościach okazuje się osobą kompletnie nieprzystosowaną do życia w społeczeństwie. Lou Bloom też. I choć ten gość nie zabija osobiście, to przecież nie jest mniej niebezpieczny od Normana B

anthony-perkins-portrait-tall-story AnthonyPerkins AnthonyPerkins_001 imagesTo Anthony Perkins (1932 – 1992)

A to Jake Gyllenhaal– rocznik 1980. kinopoisk.ru  jake-gyllenhaal-jake-gyllenhaal-721038535-jake-gyllenhaal-sought-to-wreak-demolitionJake Gyllenhaal

25
Oct

Papier w trzy dni

Udostępnij:

Wanda mówi: ty (znaczy, ja) jesteś normalna. Taka, jakby się chciało, żeby dało się żyć.

Nie zgadzam się. Jestem z przeniesienia, z dawnej epoki (PRL, stan wojenny, lata 90.), kiedy ludzie reagowali po ludzku. Teraz ze wszech sił staram się przemodelować jaźń do potrzeb. Już, już mi się udaje, staję się twarda, nie dziwię się obłudzie, nepotyzmowi, etycznemu zawirowaniu – kiedy łup!!! Mięknę. Rozczulają mnie bliźni.

Bo pomagają bezinteresownie. Jak kiedyś, gdy wszystko zależało od dobrej lub złej woli człowieka po drugiej stronie (lady, biurka, papierka z pieczątką).

To posłuchajcie.

Niedziela 19 października br.

Późny wieczór. Za niecały tydzień mam lecieć do Stambułu. Sięgam (za pamięci) po paszport, który – jestem pewna! – wydano mi całkiem niedawno. Niedawno okazuje się – dekadę temu. Dokument stracił ważność 13 sierpnia tego roku, czego zupełnie nie byłam świadoma.

Poniedziałek 20 paździer, popołudnie. Idę do biura paszportów w ursynowskim ratuszu. Wypełniam druczki, robię foty, odciskam linie papilarne. Piszę podanie wyjaśniające okoliczności. Nie spodziewam się niczego. Ot, dadzą papier – polecę.  Nie dadzą, zostanę w Warsz. To nie jest sprawa życiowa. We wtorek jestem w Krakowie, więc nie ponaglam. Nie dostarczam też poparcia ze strony Instytutu Mickiewicza, który sponsoruje wyjazd. Docieram w środę. Poza mną – żadnego petenta (klienta?). Wita mnie pan z Biura Paszportów, który wprawdzie nie zajmował się moim przypadkiem, ale wszystko wie. Rozmawia, jakbyśmy byli znajomymi.

W piątek już od rana jestem bombardowana telefonami – a akurat jestem na pokazie filmu (konkretnie: „Wolny strzelec” w Atlanticu) i mam komórkę wyciszoną. Potem mknę na dyskusję w redakcji „Więzi” – i nadal nie mogę biec po nowy paszport. Bo już go mam. Pracownicy biura z Ursynowa wydzwaniają do mnie, jakby to chodziło o ich życie. Ostatni raz – kiedy jestem w metrze i do nich jadę. Czekają na mnie! Zostaną specjalnie dla mnie kilka minut dłużej, dopóki nie dotrę!

A na koniec pan, którego nie znam, życzy mi miłej, owocnej podróży.

Są jeszcze ludzie!!

24
Oct

Za zasłoną portretu (o malarstwie Olgi Boznańskiej na 150-lecie jej urodzin)

Udostępnij:

Z duchami nie pogadasz. Za to możesz je zobaczyć w dawnej, cielesnej postaci – dzięki sztuce. Dzięki wystawie w krakowskim Muzeum Narodowym czułam się gościem na przyjęciu urodzinowym Olgi Boznańskiej. Największa dama naszego malarstwa obchodziła (przed czasem, bo tak naprawdę, urodziła się 15 kwietnia 1865 roku) 150-lecie urodzin (zarazem, 75. rocznicę śmierci, co w przypadku duchów możliwe).

Z tej podwójnej okazji solenizantka dostała wspaniałe prezenty, także symbolicznie. Do krakowskiej monografii dołączone zostały prace twórców, z którymi nasza malarka prowadziła artystyczny dialog.

Są dzieła Diego Velázqueza Las_Meninas_detail,

                    Édouarda ManetaEdouard_Manet_038,Edouard_Manet_040 Ta dziewczyna w czerni to bratanica Edouarda, żona młodszego brata, tajkże malarka, Berthe Morrisot. 

                 Edouarda Vuillarda

Edouard Vuillard-677979,Edouard_Vuillard_-_Le_Pot_de_fleurs_(Pot_of_Flowers)_-_Google_Art_Project Edouard_Vuillard_-_Interieur

                         Berthe Morisot cradle,berthe-morisotSłynna „Kołyska” Berty i jej kolejny portret pędzla Maneta. 

                     Jamesa WhistleraWhistlers_Mother_high_res,Whistler_James_Symphony_in_White_No_3_186622588

                 Józefa Pankiewicza 437_pankiewicz_97(jej równolatka).

Ale i tak ona góruje, reprezentowana przez 173 obrazy. Arcydzieła plus kompozycje mniej znane, z zagranicznych muzeów i prywatnych kolekcji. 

W jej dorobku najważniejszy był portret. Nic dziwnego, że ten gatunek dominuje w krakowskim zestawie.Znalazło się też miejsce dla tematów podocznych, na ogół pomijanych na ekspozycjach Boznańskiej: martwe natury, pejzaże, kwiatyRoze boznanska_images_zlote_roze. Wszystko po to, by odpowiedzieć – czy Olga Boznańska wielką artystką była?

                  Olga_Boznańska_1893_Autoportret_1893 9050-_Boznanska_Autoportret_z_pedzlem_i_kawiatami_ok_olej_na_desce_x_cm_CMYK Olga_Boznańska_Autoportret_3 Autoportret_1900

Malowała „uczciwie”, bez blagi ani upiększeń. Katowała swych modeli wielogodzinnymi nasiadówkami – co widać po… fotelu. Wysłużony mebel, na którym artystka sadowiła pozujących, ma dziurę w siedzisku i oparciu. Dla dzieciaków to musiały być tortury. Pewnie dlatego niektóre sportretowane małolaty wyglądają na przerażone. Opowiadani, że niektóre maluchy tak długo pozowały, że w trakcie dorastały i wizerunek nie zostawał ukończony.

Może udręczenie żmudnym pozowaniem to tajemnica fenomenalnej „Dziewczynki z chryzantemami” (1894)Boznańska_Girl_with_chrysanthemums, której ogromne czarne oczy tak bardzo zaintrygowały publiczność? Tym razem pokazano jeszcze drugą jej podobiznę, wcześniejszą o kilka lat – te same „krople atramentu” w bladej buzi. Naszej małej towarzyszy jeszcze słynniejsza panienka: infantka Margarita pędzla Velázqueza.

. the-infanta-margarita-teresa-of-spain-in-a-red-dress-1653 portrait-of-the-infanta-margarita-aged-five-1656 Infanta_Margarita Diego_Rodriguez_de_Silva_y_Velázquez_-_Infanta_Margarita_Teresa_in_a_Blue_Dress_-_Google_Art_ProjectTak, ta sama, której konterfekty przesyłano na wiedeński dwór, żeby cesarz oglądał dorastanie narzeczonej. Habsburżanka dość szybko straciła wdzięk i urodę, ale jej podobizny do dziś uchodzą za ponadczasowe arcydzieła, którymi zachwycała się także Boznańska. No to ma jeden z nich.1007velb

Nieco dalej możemy zobaczyć kolejną „konkurentkę” panny z chryzantemami – „Dziewczynkę w czerwonej sukience” (1897) Józefa Pankiewicza. Też blondynka z ciemnymi oczyma.

 Portret_dziewczynki

O Boznańskiej: była fenomenem w epoce męskiej dominacji – tak w życiu publicznym, jak w sztuce. Nie była jedyna, lecz – inna. W czasach, gdy samotna, choćby najbardziej utalentowana kobieta, przebijała się na artystyczną scenę za cenę dramatycznych wyrzeczeń, jej udało się nad podziw gładko. Studia w Monachium, potem szybko zdobyte międzynarodowe uznanie. Z polskiej perspektywy wyczyn bez precedensu.

 

Pierwszy sukces – złoty medal na ważnej wystawie w Wiedniu za „Portret malarza Pawła Nauena”Olga_Boznanska_Portret_malarza_Paula_Neuena – malarka odnosi w wieku 29 lat. Nawet dziś byłby to powód do słusznej dumy. Ale wtedy – zawrót głowy. I decyzja: koniec z Krakowem. Karierę można zrobić tylko nad Sekwaną.

 

Jako pół-Francuzka miała łatwiej (jej matka Eugenia Mondant przyjechała do Galicji uczyć francuskiego w przyklasztornej szkole, w Krakowie poznała inżyniera Adama Boznańskiego bozn05i została na zawsze).

Rodzice boją się posłać córkę do metropolii o fatalnej opinii. Niepotrzebnie, Olga jest tak pochłonięta pracą, że niewiele poza tym ją obchodzi. Ciuch? Ma swój staromodny styl, którym wyróżnia się jako „oryginał”. Panowie? W Krakowie czeka narzeczony Józef Czajkowski

bozn41, młodszy od Olgi o siedem lat. A jej ani w głowie powrót do rodzimego grajdoła; małżeństwo też nie nęci. Potem o rękę panny B. starał się niejaki Franciszek Mączyński

bozn29, architekt z Krakowa, młodszy o dekadę. Kochał, starał się, zabiegał. Bez wzajemności. Jak wyglądał, można zobaczyć na portrecie wykonanym w 1901 roku.

 

Staropanieństwo, które często uważano za efekt braku powodzenia Olgi, wynikło z wyboru. Bo miała wzięcie – władająca czterema językami panna o przenikliwym spojrzeniu i takiż umyśle robiła wrażenie w dobrym towarzystwie, w elicie kulturalnej.

zdj-str-35 zdj-str-21 zdj-str-27 zdj-str-23 Blumka-Boznańskiej

Z tego kręgu rekrutowali się jej modele. Znała ich dobrze, wiedziała, jak ich ustawić, wydobyć podobieństwo nie tylko fizyczne, także, czy nade wszystko psychiczne. Plakaty i obrazy Olga Boznańska - Portret młodej kobiety w bieli 079_boznan 635381731312944385 Portret_dziewczynek boznanska189 boznansp Dwie_dziewczynkiBoznańskaPortret_mezczyzny_3-Olga boznanska Olga_Boznańska_1919_Marcin_Samlicki boznanska189boznanska119

Wyróżniała ją mgławicowa” technika, wypracowana z latami, lecz  „wynaleziona” stosunkowo wcześnie. Tej stylistyce, swojej manierze pozostała wierna do końca: złamana, przygaszona kolorystyka, drobne uderzenia pędzla, matowość kompozycji (najchętniej malowała olejem na tekturze, w którą farba wsiąkała). Podziwiana za wyrafinowaną paletę i umiejętność wydobywania tysięcznych niuansów z szarości, bieli, czerni, miała rzadką umiejętność – potrafiła „usidlić” portretowanych, Nie oszczędziła nawet rodziców, przedstawiając ich w niezbyt pochlebnym świetle: mama jak kolubryna, żadnej francuskiej delikatności; ojciec z podejrzanie zaczerwienionymi oczyma i nosem, z nieładnymi proporcjami twarzy. Najlepiej wypadła Iza, utalentowana muzycznie, ukochana siostra, zarazem powiernica tajemnic Olgi. Jej samobójcza śmierć była dla malarki ogromnym ciosem. Została pokazana w muzeum, a jakże.

 

Katowała swych modeli wielogodzinnymi nasiadówkami – co widać po… fotelu (eksponowanym w MNK). Wysłużony mebel, na którym artystka sadowiła pozujących, ma dziurę w siedzisku i oparciu. Dla dzieciaków to musiały być tortury. Pewnie dlatego niektóre sportretowane małolaty wyglądają na przerażone. Opowiadano, że niektóre maluchy tak długo pozowały, że w trakcie dorastały i wizerunek nie zostawał ukończony.

Wracając do malarskich sekretów Olgi B. Proszę spojrzeć: jej mgły, zacieranie konturów i detali służą dwom celom. Ujednoliceniu materii obrazów, to raz. I dwa – wydobyciu z pozujących takich cech charakteru, które woleliby zataić przed światem. Boznańska obnażała ludzi dyskretnie, tak, żeby zauważyli to tylko nieliczni. Pozostali mogą kontemplować piękno jej sztuki. 

Olga Boznańska – Muzeum Narodowe w Krakowie, wystawa czynna do 1 lutego 2015

 

 

22
Oct

Stara od młodości

Udostępnij:

Był taki czas, kiedy Kraków przebijał kulinarnie Warszawę. Zapomnieć. Jest odwrotnie. Nie piszę dlatego, żem warszawianka – ale z tej racji, że lubię zjeść dobrze i za słuszną cenę.

W Kra mam przyjaciółkę. Lączy mnie z nią rytuał. Po zajęciach obowiązkowych (oglądanie wystaw, zwłaszcza tych w Muzeum Narodowym) idziemy na am. Plus rozmowy, z którym zazwyczaj wynika nienasycenie. Bo zanim wyczerpią się nam tematy, biegnę do pociągu (jak powie większość – na pociąg). Od pewnego czasu naszą ulubioną platformą wymiany zdań, spostrzeżeń, uwag i międzyludzkich nowości była TriBeCa w kamienicy Szołayskich (wejście od Placu Szczepańskiego).

logo41-698x698 logo6-698x698

Artystyczna miejscówka, w Muzeum Wyspiańskiego. Wnętrze urządzone w myśl zasad „nic do niczego nie pasuje”, ale w sumie – luzowo i bezpretensjonalnie. Do tego przestrzennie – nikt nie siedzi sobie na karku, jest czym oddychać, nie słyszy się rozmów z sąsiedztwa. Menu także bez przesady w żadną stronę. Ani zbyt przaśnie, ani ekstrawagancko, tak w daniach jak w cenach. Kuchnia gatunkowo trudna do dookreślenia. Taka uproszczona wersja fusion, od wrapa do spaghetti.

U nas branie miały sałaty. Nie z powodu skłonności do wegetariańskich potraw – ze względu na lekkość potrawy (przed podróżą rozsądek nakazuje nie przeżerać się zbytnio), suto nałożonej do misy oraz przyjazną dla kieszeni cenę. Ostatnim (październikowym) razem obie zdecydowałyśmy się na Wiecznie młodą. Piękna nazwa. W opisie atrakcyjnie zestawione składniki: rukola, marynowane buraczki, ser kozi, oliwki, włoskie orzechy, oliwa. Plus bagietka.

Przyjaciółka, wilczo wygłodniała po całym dniu ciężkiej intelektualnej pracy, dodatkowo zamówiła wrapa z jarzynami z grilla (cukinia, bakłażan, papryka). Czekamy, czekamy, czekamy. Wreszcie – jest! Wiecznie młoda z ciepłą bagietką. Po chwili dochodzi wrap.

Już pierwszy kontakt z zawartością naczynia rozczarował. Popatrujemy po sobie, lecz nic nie mówimy, żeby nie zapeszać.  Może tylko ten liść pochodzi sprzed kilku dni; może jednak znajdzie się jakaś oliwka, a nie tylko kapary? Może nie każdy burak będzie smakował octowym kwachem, może nie wszystkie kawałki sera okażą się przeterminowaną fetą, udającą (bezskutecznie) kozi ser? Niestety. Każdy kęs potwierdza – to już nie to samo. Spadają w dół.

Zdobyli klientelę, przestali się wysilać, stosują tańsze erzatze zamiast tego, co głosi karta i dobry smak.

A przecież każdy kucharz wie – z g… nie da się. Ze złej jakości, przeterminowanych produktów nawet Salomon nie naleje, nie upichci. Nie ma mocnych na sałatę ze zwiędłej, podżółkłej rukoli, podjełczałej fety, przeoctowanych, zbyt grubo pokrojonych (jeszcze to!) buraczków, słonych kaparów zamiast oliwek. Do tego połówki orzechów ciśniętych ot tak, bez uprażenia, posiekania, bez wdzięku. A oliwa… Była jakaś oliwa?  Może. Tak czy inaczej, sałatki nie dojadłam.

Jeszcze większa wtopa z wrapem. Grillowane warzywa okazały się surowe, gorzkie, nie związane niczym. Obrzydliwość.

Rozumiem, że ceny nie są jak u Wierzynka. Ale też nie są z najniższej półki. Najgorsze, że TriBeCa u Wyspiańskiego na początku funkcjonowania (otworzyła się latem 2012) kokietowała lokalsów i turystów tymi samymi daniami, w identycznej cenie, lecz przyrządzonymi jak Pan Bóg przykazał.

Wniosek: właściciel zmienił kucharza bądź postanowił zbić kasę. Na mnie już nie zarobi. Mam nadzieję, że na innych też nie…logo22-698x698

 

 

20
Oct

Afera podsłuchowa w konfesjonale (o pracy Jacka Markiewicza na wystawie „Głos” w CSW)

Udostępnij:

Wystawa „GŁOS” domaga się głosu. Komentarza,
Mam wiele wątpliwości co do zaprezentowanych instalacji/prac.
Szczególnie wzburzył mnie – tak, wzburzył, wywołał skrajnie negatywną ocenę, odczucie, reakcję  Jacek Markiewicz. Jego „Spowiedź” , dołączona do wystawy, wydaje mi nadużyciem w wielu warstwach. Nagranie spowiedzi jako dzieło sztuki? Oszustwo już w założeniu.

Próbuję to sobie wyobrazić. Idzie facet do kościoła, klęka przed konfesjonałem. Ma ukryty dyktafon, jak ci, którzy „organizują” różne afery podsłuchowe. Potem JM „wyznaje” grzechy kapłanowi. Ten traktuje go jak każdego innego spowiednika. Stara się zrozumieć, nawiązać rozmowę, skłonić do skruchy. Zadaje pokutę – zadośćuczynienie w postaci dobrego uczynku. Nasz artysta-podsłuchiwacz znów robi z tego groteskę.  Nie ma kasy, nie jest w stanie pomóc. W końcu deklaruje, że przekaże na cele dobroczynne… 2 złote.

Czym jest spowiedź?
Dla wierzących – to rozmowa z Bogiem. Kapłan w tym pośredniczy anonimowo. Dla mniej wierzących (ale uczestniczących w rytuale katolickim) jest czymś w rodzaju podsumowania i zanalizowania postępków, z ewentualnym żalem (chęcią zminimalizowania zła?) za podlejsze postępki.
Ale nawet dla ateistów (a tacy też spowiadają się, na różne sposoby) spowiedź jest wydarzeniem duchowym, bolesnym, ekshibicjonistycznym przekraczaniem/badaniem swoich słabości. Jest analizowaniem przypadków, kiedy potknęliśmy się moralnie.
I teraz wyobraźcie sobie – facet idzie do „spowiedzi” (cudzysłów konieczny) z dyktafonem pod kapotą czy w torbie. Po to, żeby nagrać spowiedź. I opublikować. W galerii, jako „dzieło sztuki”. Po to, żeby obnażyć jej – nie wiem, hipokryzję, tandetę, sztuczność.
Jest oszustem – i to OSZUSTWO sprzedaje jako SZTUKĘ.

Co oglądamy/słuchamy w CSW? Pusty, czarny ekran, na dole którego przebiega spisana treść spowiedzi. Te same wyznania słyszymy w słuchawkach. I już.

 

W wywiadzie dla „Obiegu” autor zapewnia: – Chcę pozamykać pewne sprawy. „Spowiedź” zamyka jakiś etap w moim życiu. Kiedy robiłem „Adorację”, pokazałem ją ojcu i pracownikowi swojej firmy. Przedtem wiedzieli, że studiuję w Warszawie rzeźbę, ale nie wiedzieli, jakich problemów dotykam w swoich pracach. Więc wystawiłem ich jako obiekty w swoim dyplomie i pokazałem im film z adoracji krucyfiksu. „Spowiedź” jest drugą konfrontacją z Kościołem i religią, rozliczeniem się z pewnego etapu życia

kontrowersyjna-wystawa-w-csw_17550981 markiewicz jacek dyplom kadr_6968220 353c31133f5d97a1c65ef3e36c0cefba,641,0,0,0

Kadry z filmu „Adoracja”.

 

18
Oct

Wstydliwy temat (recenzja komiksu „Spust”)

Udostępnij:

 

spust-czyli-pamietnik-onanisty-pasjonata-b-iext26761242

Niewinnie brzmiący tytuł „Spust” dopełnia buńczuczny, prowokacyjny podtytuł-wyjaśnienie: „pamiętnik onanisty pasjonata”. Do tego równie ekshibicjonistyczna okładka – facet leżący w betach, twarzą w poduszce, z walającymi się dookoła kawałkami papieru toaletowego. Jakby było mało, czwartą okładkę zapełnia komiks-komentarz: dwie laski w galerii handlowej dostrzegają „Spust”, sądzą, że to książka o zakupoholiczce, kartkują tom, oburzają się, wyrażają pogardę i… biegną kupować nowe buty. A beznadziejny autor beznadziejnego komiksu czeka – bez nadziei – na spotkanie z czytelnikami.

Czy po takiej auto-antyreklamie warto zapuścić się w „Spust”?

Jak najbardziej.

To, do czego przyznaje się Joe Mattnuevo_joematt_0, mało komu przyszłoby z łatwością, chyba że na kozetce u psychiatry. Tymczasem amerykańsko-kanadyjski autor z porażającą szczerością obnaża przed odbiorcami swoje fobie, charakterologiczne zakrętasy, kompleksy i mizerię egzystencji. Żałosny gość, zarazem świadomie wygrywający swoje mankamenty dla wywołania komicznych efektów. joe-mattCo więcej, wcale nie jest wyjątkiem. Czytałam w sieci wpisy pod recenzją komiksu – nikt nie wypowiadał się o artystycznej stronie pracy, za to wielu zabierało głos w sprawie samogwałtów. I byli to wyłącznie panowie…

  

Kto widział film „Wstyd” Steve’a McQueenaSteve-Mcqueen-and-Michael-Fassbender-on-the-set-of-Shame, ten opamięta problem bohatera: nie potrafił nawiązać emocjonalnych związków z kobietami, od fizycznych relacji z którymi był uzależnionyDSC2205.

Joe Matt, autor i główna postać komiksu „Spust” ma gorzej – boi się seksu, jako że pożądając baby staje się jej poddanym. W efekcie, też nie umie stworzyć długotrwałego związku. Atrakcyjne dziewczyny napełniają go równie wielkim pożądaniem, jak strachem. To sprawia, że próbuje znaleźć inny sposób na rozładowanie erotycznych napięć: pornos plus ręka.

Chyba Matt trafił w problem. Jego (karykaturalny) autowizerunek – to figura dość często spotykana we współczesnym świecie, zwłaszcza wśród tzw. wrażliwców i artystycznych dusz.

Oto on – zdolny, lecz leniwy (jak mawiali szkolni wychowawcy). Terapeuci dodali by – nieprzystosowany, zagubiony, zakompleksiony. Jego azylem jest przeszłość. Kolekcjonuje zabawki z dzieciństwa, by odtworzyć iluzję szczęśliwej beztroski. Zarazem nienawidzi nadopiekuńczej matki, której się wstydzi i nie potrafi znaleźć wspólnego języka. Ma encyklopedyczną wiedzę o starych komiksach, lecz kompletny brak umiejętności (i chęci), by jakkolwiek to wykorzystać. Do tego skrajny niechluj, ociągający się przed pójściem do toalety za potrzebą (załatwia to „w butelkę”)

sp02 spust3 spust2

Tak, Joe Matt daleki jest od macho-ideału; nie mieści się też w obszarze trans-gender, transseksualizmu, biseksualizmu czy homo. Reprezentuje szarą strefę nieudaczników, nieprzystosowanych społecznie samotników.

Jedno go ratuje: autoironia. Natomiast przed niechęcią czytelnika broni go talent – bo przynudza w fascynujący sposób, genialnie dopasowując wizualną stronę opowieści do treści. Ta zaś jest wyzwanie, obaleniem tabu. Wstyd? Matt nie zna takiego pojęcia.

 

Joe Matt – scenariusz i rysunki

Spust

Tłum. Magda Kożyczkowska

Wyd. Timof i cisi wspólnicytimof_logo

Warszawa, 2014

 

17
Oct

Telefon w jedną stronę

Udostępnij:

Znajoma prosi o pomoc w kontakcie z Artystką. Artystkę znam, ale nie tak blisko; numerem komórki nie dysponuję. Więc wykonuję szereg czynności pomocniczych: dzwonię do dwojga znajomych, którzy – jest duża szansa – ten numer mają. Jedna z tych osób istotnie ma – ale musi zapytać właścicielkę telefonu, czy może podzielić się ze mną numerem. Powiadam o tym zainteresowaną. Następnego dnia dostaję numer. Dziękuję za pomoc osobie, która mi go podesłała. Przekazuję dalej, do tej znajomej, która go (numeru) poszukiwała i… Zatyka mnie ze zdumienia. Co ja robię, co ja robię?!!

Działam po staremu. Tracę własny czas, żeby służyć pomocą, wiedząc, że nic z tego nie będę miała. Znaczy, ta znajoma niczego mi nie załatwi. Pomagam con amore, z nawyku, bo tak mnie wychowano.

Dzieje się to tu i teraz. W tzw. czasach ponowoczesnych. Czytaj: w dobie przyzwolenia na chamstwo, okrucieństwo, skrajnie egoistyczne postawy. Kiedyś dobrze wychowany człowiek, uważający się – i uważany za tzw. kulturalnego miał za święty obowiązek odpowiadać na korespondencję, oddzwaniać, reagować. Inaczej uchodził za buraka, któremu słoma z butów…

Teraz ci zawodowo zajmujący się kulturą mają ją za psi pazur. Ot, to ich sposób na zarabianie kasy. Kultura osobista? A po co? Przecież wystarczy, że taki ktoś zajmuje się literaturą, kinem,  sztuką. Jest kulturalny, czyż nie?

Zauważyliście? Coraz mniej ludzi reaguje na maile, telefony, sms-y – jeśli nie widzą w tym interesu. Liczy się tylko ich własna korzyść – nie zysk społeczny czy jakieś tego typu fanaberie. Więc gdy nie im robi – trafiasz w mur milczenia. Możesz se pisać, telefonować, mailować. Pogardliwe milczenie mówi wyraźnie: spadaj!

 

17
Oct

Zakaz życia dla biednych (recenzja książki Wojciecha Engelkinga)

Udostępnij:

(niepotrzebne skreślić”) można by skrócić, powykreślać za długie frazy, stylistycznie ulepszyć.

Ale tak jak jest, jest lepiej. Niedoskonałość formalna ma w tym przypadku siłę prawdy.

Dwudziestoletni autor 27f52027ba087f88657b8aad58a90a6e,305,0,0,0 napisał niby-futurystyczną groteskę o życiu post-nowoczesnej populacji wielkich miast (a konkretnie – Warszawy). Nie chodzi o odległą przyszłość; 10, 20, 30 lat – to nie są astronomiczne odległości. Autor ma duże szanse skonfrontować swą probabilistyczną wizję z tym, co naprawdę nastąpi.

Mamy dwie równolegle historie, które w pewnym momencie splatają się w jedną. Weronikę, córkę sprzątaczki z dyplomem Akademii Sztuk Pięknych stygmatyzuje bieda; Wiktora, syna zamożnych, sprytnych i gnuśnych rodziców nęka przymus stania się „dorosłym”. Obydwoje bohaterów upatruje wyzwolenia od traum i trosk za pośrednictwem pieniędzy. Obydwoje są duchowymi i intelektualnymi kalekami. Puści, durni, leniwi tworzą zgrany duet antybohaterów. 

Tak naprawdę, nie chodzi o przyszłość. Engelking sportretował swoich rówieśników, ich rodziców, krewnych i znajomych, bankowców, lekarzy, dziennikarzy. Tu nie ma niewinnych, wszyscy popsuliśmy Polskę, zamieniliśmy ją w bagno moralne, w gnój, w padół.635490733029519299

Okrutna książka. Wizja wcale nie futurystyczna. To tu i teraz. Krytycy (o ile jeszcze tacy są) porównywali debiut 22-latka (WE – rocznik 1992) do startu Masłowskiej („Wojna…”), Karpowicza („Niehalo”); ja dodałabym – Małgorzaty Rejmer („Toksymia”). 
W porównaniu z „(niepotrzebne…)” – tamto to były humoreski. Językowe gry i zabawy oraz scenki rodzajowe z udziałem ludzi, z którymi autorzy nie za bardzo się identyfikowali. 
WE daje obraz bliższemu mu środowiska – młodych z miasta Warszawy. Są wyzuci z jakichkolwiek wartości, zasad moralnych, umiejętności i chęci uczenia się czegokolwiek. Znają tylko jedną prawdę: mieć kasę. Nachapać się, obojętne jaką metodą. Nie wysilać się. Podłość? Jak najbardziej. Atrofia uczuć, empatii? Tylko tacy przeżyją.
Dochodzimy do diagnoz, które kilka lat wcześniej stawiali Doris Lessing, Cormac McCarthy, Michel Houellebec: ludzkość dziczeje. Kultura odchodzi w przeszłość. Rządzić zaczyna instynkt przetrwania, nakazujący bezwzględność. Powrót do kanibalizmu i rozkład międzyludzkich relacji, hierarchii, porządku. Oczywiście, to były metafory. Bo zabijać można bezkrwawo…