THE BLOG

25
Dec

Morderczy instynkt dobrej wróżki (recenzja komiksu „Piotruś Pan”)

Udostępnij:

 

 

Dziesięć lat temu Régis Loisel (ur. 1951), 883453-loisel AVT_Regis-Loisel_1339 01-Regis_Loiselznany francuski rysownik i scenarzysta, zamknął tworzony przez 14 lat cykl sześciu graficznych opowieści, w ogólnym zarysie opartych na angielskim pierwowzorze. W roku 2014 wydawnictwo Egmont opublikowało (w jednym tomie) polski przekład dzieła Loisela, słusznie uznając „Piotrusia Pana” za godnego włączenia do Kanonu Komiksu.  

 

Podłe życie, paskudne charaktery

Londyn 1887, zima. Siedliska biedy na obrzeżach wielkiej metropolii. Tam rozkwitają wszelkie wynaturzenia i deprawacje, zbrodnie mnożą się jak szczury, a o głodzie i zimnie pomagają zapomnieć tylko seks i alkohol. Loisel pokazuje londyńskie piekło jak z grafik Hogartha, powieści Dickensa, sztuk Brechta. 269_001W takich warunkach trudno zachować niewinność, nawet gdy jest się małolatem. A gdy się jest bękartem prostytutki-pijaczki, już w dzieciństwie zaczyna się walkę o przetrwanie.

Piotruś tak właśnie ma. Ma też kilka pozytywnych darów od losu: bystrość, inteligencję, bujną wyobraźnię. A także kilkoro przyjaciół, chłopaków z sierocińca oraz pana Kundala, jedynego życzliwego mu dorosłego. Ci pierwsi tworzą grupę wsparcia, drugi daje coś do żarcia.peter_pan_crying___loisel___by_alan181818-d4esjoa

Bo mamusia – niekoniecznie. Sama jest potrzebowska, tak bardziej za procentami.

Już pierwsza scena Piotrusia z mateczką przeraża: rodzicielka posyła dzieciaka po alkohol. Czym zapłaci, jego sprawa. To naprawdę wątek nie dla dzieci – rozdziewiczanie młodego w spelunie przez nawaloną dziwkę

.loisel_r_peterpan-1 KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERApeter-pan-soaring-penguin-2013

Jak Loiselowi udało się połączyć ten syf z bajką? Poprzez rozpacz. Piotrusiowi pomaga wyrwać się („wyfrunąć”) z miejskiego piekła wiara w cuda. I oto pojawia się Dzwoneczek, maleńka kokietka, odziana w seksy-kostium, podkreślający jej cielesne walory. To już nie disneyowska czarodziejka, wabiąca aseksualną gracją. Ta wygląda jak panna z pornoli, choć ze skrzydełkami. Za jej sprawą chłopak szybuje ku Nibylandii, gdzie bytują baśniowe stwory. One też mają problemy. 

Ładna w tej książce jest tylko czarodziejka Dzwoneczek.loisel-la-fee-clochette-signed Pozostałe stwory z Nibylandii nie grzeszą urodą. Ale i tak są atrakcyjni w porównaniu z ludzkimi istotami, które Loisel portretuje. Cała gama typów spod ciemnej gwiazdy… Nawet główny bohater jest rachitycznym niedorostkiem z krzywymi zębami; jego kolesie mają kaprawe gęby i karykaturalne sylwetki, zaś kapitan Hak mógłby zagrać w każdym komedio-thrillerze.

 

Równie szpetne jak fizys są charaktery Piotrusiowej ferajny. Czy to wizerunek ludzi wiktoriańskiej epoki? Czy raczej wizja współczesnego posthumanistycznego społeczeństwa? Ku takiej interpretacji skłania epilog – okrutny obrazek ludzkich wraków, którzy wegetują, ale nie pamiętają, po co.  

Zabójcza zazdrość

Tę historię zna każdy – Piotruś zdobywa mir wśród obywateli Nibylandii. Skutecznie walczy z kapitanem Hakiem, skracając go o… dłoń. 250px-PeterPan-LoiselW każdej sytuacji pomaga mu tupet i przekonanie o swych wyjątkowych umiejętnościach. Ale zauważmy – ten Peter Pan nie ma w sobie nic z młodzieńca końca XIX wieku. Jest na wskroś nowoczesnym typem lidera, zarozumialca, zastępującego wiedzę cwaniactwem i wysługującym się innymi. Owszem, ma czar – a może czaruje z premedytacją? W jednym momencie pęka – kiedy niechcący przyczynia się do śmierci bliskiego mu kumpla, leśnego bożka Pana (wbrew mitologii, ten koźlonogi stworek okazuje się śmiertelny). Wtedy po raz pierwszy i ostatni zauważa (i się nimi przeraża) straszne skutki swej niekompetencji.peterPan_07

Ale szybko mu przechodzi. Dzięki babom, walczącym o zainteresowanie (bo nie serce?) Piotrusia. Babom, dziewczynom, czarodziejkom, gotowym skoczyć sobie do oczu o samca. To one wbijają go w niesłuszną dumę, w przekonanie, że każdego może owinąć wokół palca.

W tej francuskiej story nie ma Wendy. Jest za to Róża, dziewczyna czy raczej dziewczynka obarczona trudną funkcją: zastępuje matkę-opiekunkę swojemu kilkuletniemu braciszkowi, a potem, w Nibylandii (gdzie Piotruś zabiera ją i malca) – matkuje gromadzie wyrostków. Ale jej ofiarności nikt nie ceni – to przyceruje komuś łatę, to ugotuje zupę, to posprząta, pozmywa. Ona też wpada w sidła fatalnego uroku Piotrusia. I – mimowolnie – staje się konkurentką Dzwoneczka.tinkerbell-loisel

Czarodziejka rozprawia się z nią w sposób nieprzystający dobrym wróżkom: mami, tumani, przestrasza. Jak czart. I efekty są diabelskie. Śmiertelne dla śmiertelniczki.

Ta bezpardonowa walka o wpływy na samca alfa – to też zjawisko dobrze współcześnie znane. A co na to główny zainteresowany? Nic. Nie jest zainteresowany.

Zbrodnia i bezkara

 

Loseil od początku wplata w fantazję wątek realny. Okrutny: morderstwa dokonywane przez słynnego Kubę Rozpruwacza. Jak wiadomo, nigdy nie zidentyfikowano jego personaliów. W komiksie jawi się jako ktoś o dwóch osobowościach, stąd trudny do odnalezienia. Facet o przeciętnej, nie zwracającej uwagi powierzchowności morduje prostytutki – najpierw będąc ich klientem. Ofiarą tego typa pada także matka Piotrusia. Ale jemu to obojętne. On hoduje mit pięknej, dobrej, ciepłej i miłej matki. Taką sobie wymyślił. I to marzenie „sprzedaje” kolegom.

 

To kolejny ważny motyw komiksu: dwoistość uczucia wobec kobiet. Bezgraniczna miłość wobec tej, która dała życie, ale jest mitem, tworem wyobraźni. I lekceważenie wobec tych rzeczywistych, pomagających, dbających na co dzień. Prawdziwie kochających.

 

Piotruś i jego kompania szybko zapominają o tych, których stracili, a którzy sporo dla nich poświęcili. Dawne uczucia i związki idą w niepamięć, bo w Nibylandii pamięć nie istnieje.

 

W Nibylandii? A może tu i teraz?

 

Loisel nie mówi wprost, ale zdaje się przestrzegać – nasze życie zamienia się w udawanie. Piotrusiów Panów na kopy. Coraz więcej przestępstw, których nie sposób udowodnić; przestępstw, które nie uśmiercają nikogo, lecz zabijają za życia. O tym właśnie jest wspomniany już, przerażający epilog. To o skutkach morderstw na ludziach i wypierania pamięci o nich. Oraz o morderstwach bezkrwawych, dokonywanych na psychikach. W tym drugim przypadku Piotruś ponosi winę. Lecz żadnej odpowiedzialności.regis-loisel-peter-pan-tinkerbell KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAloisel-fleurs

peterpan-212Taki był Piotruś Pan w wersji Disney’a

 

 

 

Piotruś Pan

Tekst, rysunki, kolory Régis Loisel

Album inspirowany motywami książki J.M. Barriego

Tłum. Maria Mosiewicz

Wyd. Egmont, Warszawa 2014

Seria Mistrzowie Komiksu

 

 

22
Dec

Romeo i Julia na pustyni (recenzja komiks „Bar starego Francuza”)

Udostępnij:

Dwaj Belgowie z Liège, z jednego pokolenia, lecz kompletnie różni: artysta-włóczykij, globtroter bez zakorzenienia Jean-Philippe Stassen (rocznik 1966)stassenblog.1296504685 869717 AVT_Jean-Philippe-Stassen_2615

i scenarzysta Denis Lapière, starszy osiem lat, prowadzący osiadły tryb życia

. lapiere AVT_Denis-Lapiere_4416 AVT_Denis-Lapiere_6838

Przez jakiś czas tworzyli duet doskonały.

Wspólnie wymyślili nieistniejący, ale wielce wiarygodny „Bar starego Francuza”.

Taki tytuł nosi ich mistrzowskie dzieło, obficie nagradzane na początku lat 90., dopiero teraz przełożone na polski.

Nie daję się uwieść rekomendacjom ani laurom – ale ta opowieść uwiodła mnie pod każdym względem. Plastycznie równie namiętna jak afrykańska aura. f8f7fb97603a5400ad858b9d5da55207-112bar

Pamiętam pierwszy pobyt w Afryce – nie wierzyłam, że upał nawet nocą może być tak zabójczy. I tu – ciach! Taka sama siła uderzenia. Gruba czarna krecha, mocna jak dynamit, bezkompromisowa. Bezbłędnie charakteryzuje postaci. Czuje się ich temperament, moc osobowości. Urodę, siłę młodych ciał.

Zdecydowane, nasycone kolory dodają rysunkom nastroju, dopowiadają wydarzenia w tle.

Co do warstwy literackiej – mamy do czynienia ze skazem, opowieścią mówioną. Tytułowy stary Francuz przedstawia bohaterów w pokrętny sposób. Nie ujawnia całej akcji, kręci, urywa.P1100083 bar1

Ten wiekowy gaduła, biały człowiek osiadły na Czarnym Lądzie prowadzi bar. Miejsce zagubione wśród piasków, gdzieś na pustynnych terenach Afryki. Zadupie świata, gdzie nie wpadnie żaden celebryta, z którym można sobie pstryknąć focię. Nie obowiązują tu żądne reguły poza jedną: chcesz się wygadać – dobrze trafiłeś! Tylko nie dziw się niczemu.

W tym lekceważącym zasady savoir-vivre’u lokalu nastrój podobny do tego w kongijskim lokalu „Śmierć kredytom” (opisanym w „Kielonku” Alaina Mabanckou). Zda się, pobrzmiewają tu echa melodii „Zgraj to jeszcze raz, Sam” (z Rick’s Café American z „Casablanki”) i smutnych piosenek Patricii Kaas śpiewanych w Piano Bar (z filmu Leloucha). I panuje nastrój zbliżony do tego z „Arizona Dream” Kusturicy.

W Barze starego Francuza też jest nostalgicznie i luzowo. Właściciel służył w wojsku podczas I wojny, teraz trwa na stanowisku za barem. Tam nie obowiązuje elegancja – wyleniały niechluj szlaja się w żenującym podkoszulku, ale ma inne zalety: jest pełen zrozumienia dla ludzkich problemów i potrzeb.

Do jego przybytku trafiają – każde z innych stron – Leila i Celestin, nastolatki, które dorosły zbyt szybko, a ich przyspieszone dojrzewanie bynajmniej nie było słodkie.barduvieuxfrancais01p vieuxfrancaisstassen_jeanphilippe

Popatrzmy na nich: są urodziwi. Inteligentni. Pracowici. Czuli i przedsiębiorczy. Brakuje im tylko zaplecza finansowego. Czy może im się udać?

W przeciwieństwie do hurraoptymistycznych wizji filmowych („Nietykalni”, „Za jakie grzechy, dobry Boże” czy „Podróż na sto stóp”), gdzie różne rasy, klasy i kultury miksują się bezkolizyjnie, autorzy tego komiksu stąpają mocniej po ziemi. Nie dają nadziei – choć też nie odbierają jej całkowicie.

Celestin, lat 14, czarnoskóry Afrykanin, urwał się z rodzinnej wioski, gdzie nie obchodził nikogo poza babką, a i ją nie bardzo. Chciał dotrzeć do Europy, wierząc, że tam da się żyć. W trakcie skomplikowanej peregrynacji zatrzymał się w barze Francuza, żeby cokolwiek zarobić i poczekać na tani transport. Do tej samej knajpy wpadła Leila, zbuntowana siedemnastolatka, córka mieszkających we Francji marokańskich uchodźców. Uciekła do kraju przodków, w odruchu buntu przeciwko panującym w jej francuskim domu rygorom. I ponownie nawiała, gdy pojęła, że wpadła z deszczu pod rynnę.

Nie mogli lepiej trafić. Stary Francuz jest ich chwilową przystanią, rajem. Miejscem, gdzie po raz pierwszy w życiu poznają miłość.bar1

Lecz pomimo uczucia, postanawiają zrealizować wcześniej podjęte decyzje: on chce dotrzeć do Europy, ona – zostać w Maroko, kraju przodków. Umawiają się w tym samym miejscu za rok. Przed rozstaniem obiecują sobie listy, pisane na adres Baru starego Francuza, dopóki znów tam się nie spotkają.

Czy tak się stało? Nie będę spoilować…

Za to trochę skojarzeń co do charakterów. Pierwsze, które się narzuca: Romeo i Julia. barduvieuxfrancaiscouv02Piękni, młodzi, zdesperowani. Spotykają się, zakochują i rozstają z własnej woli. W pewnym sensie – umierają dla siebie. Jak u Szekspira, w poprzek ich miłości stają nie zawinione przez nich okoliczności. Oszukują śmierć, z nadzieją na ponowne obudzenie/odżycie w korzystniejszej sytuacji. Jak potomkowie rodów Montecchi i Capuleti.

Tyle analogii. Ale co do społecznej pozycji, bohaterowie „Baru…” nie mają nic wspólnego z szekspirowskimi kochankami. Leila i Celestin nie mają żadnego oparcia w krewnych. Ich uczuciu nie staje na przeszkodzie zadawniona familijna waśń, lecz – aktualne problemy świata. Są biedniejsi niż myszy kościelne. Ich postępowanie zdeterminowane jest biedą, wyzyskiem, obyczajowością, nierównymi prawami dla kobiet i mężczyzn (to w przypadku Leili).

Smutno mi po lekturze „Baru starego Francuza”. Choć świat tak bardzo się zmienił, system wykluczeń jest równie rygorystyczny jak ten sprzed stuleci. Fatum? A może – układ, który dla wielu jest wygodny?

 Bar starego Francuza

Scenariusz: Denis Lapière

Rysunki: Jean-Philippe Stassen

Tłum. Wojciech Birek

Wyd. Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.

20
Dec

Muszkieterowie nie do zagryzienia (recenzja komiksu „Mysia Straż”)

Udostępnij:

 

Rzecz dla odbiorców w wieku każdym: „Mysia straż. Jesień 1152”. Autorskie dzieło Davida Petersena. David Peterson creator of Mouse Guard with a little Liam finger puppet

fall-1152

To pierwsza część sagi, zarazem debiut wydawniczy oficyny Bum Projekt. W Ameryce, rodzimym kraju Petersena, wkrótce zostanie opublikowana część czwarta, ostatnia. Poza tym,  Studio Disney’a wyprodukowało animację na podstawie tegoż cyklu

.Mouse-Guard-Black-Axe-006-Cover Mouse Guard Black Axe 001 Cover mouse-guard-black-axe-hc-cover-4_3_r560

Zgodnie z tytułem, bohaterami serii są gryzonie, na ogół nie cieszące się sympatią ludzkiego rodu. Cóż, szkodniki. Jednak okazuje się, że one mają bardziej pod górkę. Wypada docenić ich dzielność oraz… rolę kulturotwórczą.

Bo to nie pierwszy występ myszy na scenie kultury. Są tu obecne od dawna – od bajek Ezopa i La Fontaine’a, poprzez

„Dziadka do orzechów” Hoffmannaaa72289d772b30fb0dae41e9d5730b02 i Miki MouseMickey-mouse-image-hd-disney do współczesnych myszowatych typów, z których najsłynniejsze te z komiksu „Maus” Spiegelmana. couverture maus

Przypomnę jeszcze mojego faworyta, „Kapitana Sheera” z komiksu Marcina Podolca (choć w tym przypadku uczłowieczone zostały szczury… jakby).kzwywiad1

Petersen także dokonał antropomorfizacji zwierzątek. Sierściuchy chodzą na tylnych łapkach, przednimi posługując się jak rękoma, mają bogatą mimikę i wyraziste charaktery. mgsketchcardsAkcja osadzona w głębokim średniowieczu (rok podany w podtytule), na konkretnym terenie (mapa w załączniku), w wojennym kontekście. Wprawdzie walka z hersztem łasic zakończyła się z mysiego punktu widzenia sukcesem, jednak czasy są nadal niebezpieczne. Granic Mysich Terytoriów oraz bezpieczeństwa mieszkańców pilnuje Straż rekrutowana spośród osobników wyróżniających się szczególnymi przymiotami jako to odwaga, inteligencja, wierność, odpowiedzialność, odporność na korupcję. Słowem, wzorzec cnót znany od eposu o Gilgameszu.

W mysiej sadze na plan pierwszy wysuwają się trzej herosi – jak trzej muszkieterowie. Wzorem postaci z Dumasa, mają odmienne osobowości i warunki fizyczne: energiczny Lieam jest rudy jak płomień; rozważny, silnie zbudowany Kenzie wydaje się najstarszy z racji szarego futerka; niepozornego Saxona cechuje nieokiełznany temperament, podkreślony czerwoną peleryną.mysia-straz fall1152 mysia-strac5bc-t1-44

Wyczyny tych dzielnych druhów, jak i innych Strażników (jest wśród nich także przedstawicielka płci pięknej) wypełniają trzy osobne opowieści, luźno powiązane wspólnym wątkiem: wśród myszy jest zdrajca. Nie wiadomo, kto. Rozwiązanie zagadki w kolejnych tomach.

Nie wgłębiajmy się jednak się w treść „Mysiej Straży” – jak przystało na baśń, uczy, bawi, moralizuje. Prawość wygrywa z podłością, małym udaje się pokonać o wiele większych przeciwników, a sił dodaje im przesłanie: „Nieważne z czym walczysz, a o co”.

Petersenowi (a także polskiemu tłumaczowi) należą się gratulacje za wystylizowanie języka opowieści – trąci archaizmami, lecz pozostaje zrozumiały. Jest miejsce na żartobliwy patos („Zleć coś byle myszy, może wykona zadanie. Zleć to Strażnikowi, rychlej umrze, niż cię zawiedzie”); są momenty humorystyczne; jest trochę historii średniowiecza (w końcowym dodatku „Czym się myszy parały”).mouseguard  petersen

Warto też zwrócić uwagę na stronę plastyczną dzieła Petersena. Autorowi mysiej sagi udało się uniknąć wizualnego banału i przesłodzenia. Każda postać, każda sytuacja narysowane zostały ze swoistym realizmem, plastycznie. Mapa imituje stare kartograficzne dziełka. Nazwy Strażnicy, jak i inne zwierzęta, zostały znakomicie sportretowane. Ich fizjonomie oddają wiek, płeć, osobowość, emocje. Dzięki temu ich przygody wciągają, reakcje są wiarygodne. Zwłaszcza, że oglądamy rzeczywistość z mysiej perspektywy – wąż urasta do rozmiarów smoka, kraby stają się monstrami, sowa przeobraża się w Godzillę, trawy tworzą dżunglę, liść służy jako łódź.

Jestem dużą dziewczynką, ale „Mysią Straż” oglądałam i czytałam z ogromną przyjemnością, bo to praca mistrzowska. Nie ja jedna doceniłam maestrię Petersena. Saga zdobyła wiele wyróżnień, w tym trzykrotnie najwyższy komiksowy laur – Nagrodę Eisnera.

 

Mysia straż. Jesień 1152

Scenariusz i rysunki: David Petersen

Tłum. Mateusz Jankowski

Wyd. Bum Projekt, Warszawa 2014

17
Dec

k(l)asą grubo malowane

Udostępnij:

Polswiss Art / Aukcja dzieł sztuki / 16 grudnia 2014 / 78 obiektów

Wtorkowy wieczór zgromadził spory tłum. Wolnych miejsc brak. Nie zabrakło obserwatorów, jak i kupujących. Sporo osób pod ścianami. Przedostatnia aukcja w tym roku.

Polowanie (lot.7) olej, płótno Jerzego Kossaka zaczęto gonitwą z 25 tys. a skończono trofeum wartym 3 tys. więcej. Zimowa bajka (lot. 8) technika mieszana, papier Juliana Fałata – nawet nie zaczęto opowieści za 75 tys. Nic dziwnego obraz od 2000 r. próbowano już sprzedać kilka razy, ale chętnych nadal brak. Łodzie (lot.11) pastel, papier Sotera Jaxy Małachowskiego ledwo wypłynęły z portu  za 26 tys. a podróż trwała 1 tys. dłużej. Scena myśliwska (lot. 15) olej, płótno Antoniego Kozakiewicza nie upolowała nikogo za 75 tys. Józef sprzedany przez braci (lot. 16) olej, płótno Zygmunta Sokołowskiego sporego formatu, (o ramie nie wspomnę) 163 x 244 cm . Już sprzedany za 1 milion gdy z sali włącza się licytujący, którego nie zauważył wcześniej aukcjoner i “daje” jeszcze 10 tys. Targ trwał od 800 tys. Olga Boznańska Martwa natura z białymi różami i niebieskim wazonem (lot. 20) olej, na tekturze. Tu początek rozkwitania 35 tys. koniec 8 tys. póżniej. Intymna rozmowa (lot. 22) olej, płótno Władysława Czachórskiego nie trwała za długo! Zakończyła się 10 tys. później niż jej początek wyceniony na 100 tys. Sielanka Wacława Borowskiego (lot. 25) olej, płótno rozmarzyła kupujących chyba startową ceną 120 tys.? Próbowaną ją sprzedać w 2011 r. za 250 tys. – teraz udało się to za 160 tys. Zboże Jana Stanisławskiego (lot. 31) akwarela, papier (reprodukcja w katalogu większa niż oryginał na ścianie – 11 x 7 cm) – nie znalazła żadnego rolnika chętnego na wydanie 12 tys.  Rolnik teraz szuka żony…

Autoportret z aniołem na tle łąki (tytułów kilka – Motyl, Dziewczyna z motylem, Koniec rapsodu) autor jeden Jacek Malczewski (lot. 34) olej, tektura z  kolekcji prywatnej z Poznania wyceniony na 700 tys. uleciał  za 980 tys.

Jacek Malczewski - Autoportret z aniołem na tle łąki, 1910 r.

Jacek Malczewski – Autoportret z aniołem na tle łąki, 1910 r.

Koszyk z jabłkami Tadeusza Makowskiego (lot. 35) olej, deska – może przez sytuację polityczną mimo 80 tys. nadal pozostaje do zabrania. Naga (lot. 38) olej, płótno Mojżesza Kislinga wyceniona na 900 tys. ubrana tylko w ramę. Rozebrano jeszcze bardziej, o ile było można …  do 1.220 tys. 

Mojżesz Kisling - Naga, 1920 r.

Mojżesz Kisling – Naga, 1920 r.

Kwiaty w wazonie, chryzantemy (lot. 42) olej, płótno Zygmunta Menkesa za 90 tys. nie było amatora tak samo jak w 2012 r. kiedy próbowano sprzedać ten obraz dwa razy. Powrót z połowu Leopolda Gottlieba (lot. 33) olej, płótno – tu wypłynięto za 90 tys. a powrót okazał się za 60 tys. później . Portret kobiety z rudymi włosami (lot. 44) olej, płótno Władysława Ślewińskiego ostatni raz na rynku aukcyjnym widziany w 1998 r. z kwotą 220 tys. bez zainteresowania – teraz za 200 tys. również nikt nie chciał? Wielki pożar (lot. 47) Jana Tarsina ugaszono dopiero kwotą 150 tys. (wyw. 120 tys.).

Chance in Game (lot. 54) akryl, płótno Ryszarda Winiarskiego- zmian za wiele nie było 90 tys. Faza dynamiczna II (lot. 55) olej, płótno Jana Tarsina, tu dynamicznie, bo z 6o tys. „faza” potrwała do 140 tys. SU 9 (lot. 56) olej, płótnoWojciecha Fangora – jak SU (Suchoj – rosyjski samlot szturmowy) ze 180 tys. na starcie wylądował dopiero za 350 tys. Z cyklu układy równowartościowe  (lot. 57) płótno barwione, szyte Kajetana Sosnowskiego – szyto 4 razy więcej niż zakładano. Początek krojenia za 10 tys. OB. DCCXXIII (lot. 65) olej, płótno Stefana Gierowskiego za 115 tys. (wyw. 90 tys.)

16
Dec

Outsiderski mainstream

Udostępnij:

Proszę państwa, proszę państwa! (w ten sposób Piotr Skrzynecki zwracał uwagę audytorium, torując sobie drogę dźwiękiem dzwoneczka).4c8b45b5ac134_g1

Chcę zwrócić uwagę na jedno:

wszelkie skrajne poczynania twórcze miały swoich antenatów sto-kilkadziesiąt lat temu (futuryściRzeźba-wystawiona-na-aukcji, Duchamp i jego ready madesMarcel_Duchamp_01 Fountain 1917, replica 1964 by Marcel Duchamp 1887-1968 duch, dadaiści, surrealiścidada_07_400 abidin-dino-122898-6AD1-5F02-8283ManRay-Surrealists-1933-v,

nouveau realismeyves-klein-antropometries-de-lepoque-bleu-4, arte poverasz, body artmaria-skeleton, Wiedeńscy AkcjoniściHermann Nitsch, Teatr Orgii Misteriów.obraz do artykułu, konceptualiści – tak z marszu wymieniam, bo lista jest długa, zwłaszcza gdyby jechać po nazwiskach).

Tamci twórcy nie spodziewali się gratyfikacji w zamian za prowokowanie i obrażanie. Traktowali swoje skrajne wystąpienia jako manifestację postawy czy poglądów; jako reakcję na coś, z czym się nie zgadzali; jako unaocznienie absurdu czy zakłamania. Byli nonkonformistyczni i niekomercyjni. Na tym polegała ich siła oraz autentyzm. Dlatego tak drogo dziś się ich sprzedaje – bo prawda nie traci na wartości.

Dziś jest inaczej. Zasadnicza różnica pomiędzy pionierami awangardy, którzy kilkadziesiąt lat temu wykonywali niekonwencjonalne gesty, a współczesnymi artystami polega na celu tych wystąpień. Ci pierwsi manifestowali postawy nonkonformistyczne, niekomercyjne. Teraz analogiczne działania trafiają do prestiżowych muzeów; stają się obiektami handlu. A kosztują niemało.

Obecni post-skrajniści (mój termin) są z góry opłacani, dotowani, suportowani z oficjalnych, publicznych budżetów. Niczym nie ryzykują. Za kilka-kilkanaście lat te podprowadzane pod jakiś temat prace zamienią się w kupę bezwartościowych śmieci – bo nie stoi za nimi żadna idea, przekonanie, poglądy.

Można tylko się pocieszać, że podobnie dzieje się na całym świecie. Z tym, że w bogatszych krajach wachlarz galeryjnej oferty jest nieporównywalnie bogatszy. U nas postawy post-awangardowe stały się mainstreamem. Na pewien czas.

15
Dec

Najbardziej dochodowa bzdura

Udostępnij:

Na czym polega zagrożenie?
Na kompletnym zaburzeniu w systemie wartości.

Oddawanie łamów w różnych pismach osobom, które nie mają pojęcia o pisaniu, ale są znane z tego, że są znane – oducza ludzi MYŚLENIA, MÓWIENIA, PISANIA.
Lansowanie artystycznego badziewia DEGENERUJE przyszłych artystów.
Itp, Itd. Płacenie horrendalnych sum za BRAK umiejętności na jakimkolwiek polu (w kulturze – w sporcie jednak trochę trzeba się wykazać) uczy tylko podłości, cwaności i łamie charaktery.

To strategia tych, którzy korzystają (pod każdym względem) na zaburzeniach systemu wartości. Chyba każdy myślący (jeszcze) człowiek zdaje sobie z tego sprawę. Zgłupienie jest potrzebne.
Durnymi łatwiej sterować.
Łatwiej im wcisnąć dziecko do brzucha, siano do łba, zamydlić oczy, odebrać krytycyzm.
O to chodzi nie tylko politykom – także WSZYSTKIM decydentom.

Teraz NAJWAŻNIEJSZE.
Dlaczego w kulturze jest tak brutalnie i bezwzględnie?
Poczytajcie – może TO otworzy WAM oczy.

W ostatnim czasie opublikowany został RAPORT, zamówiony przez europejskie zrzeszenia stowarzyszeń autorów i kompozytorów.
Bardzo świeże badania, arcyciekawe dane, nie znane w Polsce.
Co z niego wynika?

KULTURA – to wcale nie tak ubogi sektor, jak można sądzić po jej twórcach.

W krajach EU to 3. sektor (po branży budowlanej i usługach gastronomicznych), generujący zatrudnienie, pensje, stałe dochody.
W sektorze KULTURY znajduje zatrudnienie ponad 7 mln Europejczyków.
Z tego – 19 proc. to osoby PONIŻEJ 30 roku życia.

536 MILIARDÓW euro – wkład sektora kreatywnego w gospodarkę europejską.

W samym tylko sektorze sztuk wizualnych pracuje ponad dwa razy więcej ludzi niż w sektorze produkcji samochodów czy telekomunikacji.
Pomimo tych „sukcesów” KULTURY, udział niej ma niewielka grupka społeczeństwa. Większość ani jej nie rozumie, ani nie może sobie pozwolić na próby zrozumienia. Więc nikt nie weryfikuje wartości tego, co powstaje i jest lansowane.

Rozumiecie, że jest o co się bić?
I że jest powód, aby dyskredytować tych, którzy odsłaniają mechanizmy hucpy?

14
Dec

Homeless trendy

Udostępnij:

Proszę sobie wyobrazić, że nagle znikają publiczne muzea, galerie, instytucje typu IAM, NCK, NINA. I artyści naprawdę muszą zawalczyć o przebicie się, o byt. I sami muszą znaleźć sponsorów (czy mecenasów). Przekonać ich do swoich prac. Tak było przez stulecia.

Teraz inaczej. Artyści szukają marszando-kuratorów lub kuratoro-krytyków, bo to od nich zależy ich być lub nie być. Powstają prace efemeryczne i bynajmniej nie poruszające ani intelektu, ani wyobraźni, ani, tym bardziej, nie mające wartości estetycznej (ale to przecież anachronizm!).
TYLKO teksty kuratorskie nadają sens tym biednym wysiłkom. Więc zrozumiałe, że kurator został zrównany z artystą – to logiczne. Tylko – to warto zapamiętać – za czas jakiś, gdy artysta (chwilowo na topie) przestanie pasować do jakiejś aktualnie modnej teorii, postawy, problematyki – zniknie. Na tym polega niebezpieczeństwo.

Ot, taki tema: bezdomność. Bieda. Popadanie w nią bez winy. Niesprawiedliwość.

Dlaczego nie zrobić z tego motywu przewodniego? To jest.

I naprawdę myślicie, że artyści są zainteresowani społecznym rozwarstwieniem, biedą, bezdomnością, ekologią i innymi problemami współczesności?
Skąd, oni chcą wypłynąć. Biorą się za nośny temat. I nawet nie potrafią go sformułować. Nie chodzi mi o słowa – o wypowiedź artystyczną. Jej sens, formę, celowość. No i o prawdę. Wewnętrzną.

Było o ekologii (żywy kot, żywa koza jako obiekty artystyczne).

Kilka miesięcy wcześniej nastał trend na bezdomnych. Jeden z artystów dokonał exchange’u z jakimś homelessem na ciuchy: brudne wdział na siebie i popozował do foty; czyste dal temu drugiemu i cieszył się, że tamten się cieszył.

Inny geniusz sztuki społecznie zaangażowanej wymienił (zaprosił do „projektu” chyba ze dwudziestu bezdomnych, nie pamiętam ilu) brudne i zaplute klamot-wózki (takie do zbierania ubogiego „połowu” z koszy na śmieci) 511246c152c0e_k27na nówki (jasne, że sam nie zakupił, tylko z dotacji „na projekt”), w zamian za prawo do foty. I ten zestaw – portrety bezdomnych w ciasnym kadrze oraz ich wymiętolone pomoce do wożenia znalezionych skarbów – pokazał na wystawie „Co widać”.

5315c6a165e77Pamiętam imię i nazwisko geniusza, ale nie chcę wymieniać, bo nie zamierzam utrwalać nazwiska.

13
Dec

Miłość do ostatka

Udostępnij:

 

Zdarza się wam mieć mokre oczy przy lekturze komiksu? Jeżeli, to ze śmiechu. Tym razem dopadło mnie ściskanie w gardle – a nie jestem ku temu podatna.

Znałam Judith Vanistendael Judith-Vanistendael-770x462 kn2014-160-judith-vanistendael 70103289z wcześniejszej, autobiograficznej opowieści „Dziewczyna i Murzyn” (recenzowałam rok temu).

.DANCE-BY-THE-LIGHT_COVER-e1326967275907 Dziewczyna-i-Murzyn-_bc24132 Już tamten tom zapowiadałdim-7narodziny gwiazdy.

I stało się – czterdziestoletnia obecnie Belgijka stworzyła arcydzieło. Wizualnie mistrzowskie, z kadrami przyprawiającymi o zawrót głowy wirtuozerią, lekkością i pomysłowością zastosowanych rozwiązań.

Wyciszony krzyk

Temat na pozór „niekomiksowy”: nowotwór krtani tytułowego Dawida.okladka-200 tdzsv_01

Tu wpada przypomnieć, że ponad dwa lata temu ukazała się „Parenteza” Élodie Durand, rzecz o raku mózgu, który przeszła autorka – ale tamten album nie poruszył mnie zbytnio.

Natomiast Vanistandael udało się jej sprawić, że czułam ból – fizyczny i emocjonalny. Jak bohater i jego trzy kobiety, partnerka oraz dwie córki (w wersji francuskiej tytuł brzmi „David, kobiety i śmierć”, nota bene też rodzaju żeńskiego).images Ludzie jakich wiele, nie piękni, nie bogaci, ani sławni. Historia została pokazana z perspektywy każdej postaci z osobna. To uatrakcyjnia fabułę, a także pozwala Vanistendael naszkicować portrety psychologiczne dramatis personae.

Od pierwszych kadrów wiadomo, że nie będzie zabawnie. Jednak tragedia jest opowiedziana niuansami, bez krzyku. Autorka omija też rafy sentymentalizmu czy patosu. A nade wszystko, unika przynudzania. Nie pozwala czytelnikowi dłużej trwać w jednym nastroju. Przygnębiające sceny zderza z momentami pełnymi ciepła, nawet humoru. Rozpacz wycisza czułością

.when-david-lost-his-voice-vanistendael-2013-1 when david lost his voice  INT_DAVIDFEMMEMORT_00_FR_PG01-280.indd Czarną, urywaną kreskę cechuje lekko karykaturalne przegięcie, co także równoważy dramat i sprawia, że chwilami uśmiechamy się (przez łzy). Rysunek dopełniają akwarela i gwasz, raz ostre w barwach, to znów delikatne jak mgła. Wieloobrazkową narrację przerywają tu i ówdzie całostronicowe plansze; miejsca zagęszczonej akcji kontrastują ze stronami niemal pustymi. Raz opowiadanie nabiera tempa, to znów mamy spowolnienie, zamyślenie; ponownie ostra jazda. I zmiany ujęć: daleki plan; dojazd; zbliżenie na oko; zoom na ranę…

Kobiety i śmierć

Prolog: gabinet doktora. david_les_femmes_et_la_mort_image2David, chudy jak tyczka właściciel księgarni, słyszy druzgocącą diagnozę. Ale zaraz potem słowa pociechy: guz do potraktowania chemią i naświetleniami, nie ma przerzutów, będzie ok. Niemal w tym samym czasie Miriam, córka Dawida z pierwszego związku, rodzi dziecko płci żeńskiej (kolejna kobieta w życiu bohatera). Poród (też ryzykowny wizualnie motyw!) jest pokazany z tak wielkim wyczuciem, że już za to należy się Judith nagroda Eisnera. Podobnie subtelnie, a zarazem dobitnie, bez niedomówień, pokazany został cały przebieg choroby, z najbardziej drastycznymi momentami włącznie.

Początkowo życie rodzinne toczy się w miarę normalnie; uwaga starszych koncentruje się na noworodku; ośmioletnia Tamara cieszy się, że została ciocią. Choć jest pewien problem – ojciec maleństwa mieszka w innym kraju, z inną żoną. Czy zastąpi go dziadek Dawid? Nie, bo – tu córki zostają powiadomione – ma raka. I chemię. Mimo to nie narzeka, nadal pracuje.

W tym miejscu – cięcie! Oto na czarnym tle pląsa kościotrup; kilka szkieletów; porywają do tańca Miriam. Jak średniowieczne obrazkowe memento mori. Lecz to sen, mara. Dziewczyna budzi się – i przechodzimy do następnej postaci, do Tamary. Młodsza córka jedzie z tatą na kilkudniowe wakacje. Opływają na łódce pięć jezior dookoła Berlina (miasto, gdzie akcja się rozgrywa). Tamara nie tylko odpoczywa. Wraz z przyjacielem-równolatkiem knuje, jak uratować tatę – jeśli nie ciało, to chociaż duszę.

Kolejne cięcie – czas na perspektywę Pauli.Panel from When David Lost His VoiceTo projektantka tkanin, sporo młodsza od Dawida. Jej najtrudniej przychodzi poradzić sobie z rozpaczą, ze strachem. Bo Dawid znowu trafia do szpitala. Ma przerzuty, dusi się; przechodzi operację usunięcia krtani. Jak to pokazać, żeby nie porazić odbiorcy makabrą?    When-David-Lost-His-Voice-1-540x567INT_DAVIDFEMMEMORT_00_FR_PG01-280.indd    url

Vanistendael się udało. Brawurowo pokazała zabieg, potem pogarszający się stan chorego, otumanienie morfiną. Wtedy – nagłe rozpogodzenie mrocznej, zimnej aury. Do szpitalnej sali wtacza się mała czerwona kulka. Wnuczka już chodzi! A Dawid odchodzi…

Epilog jest jak marzenie czy może wyraz wiary i nadziei – zbliżenie na uśmiechniętą twarz ponownie zdrowego mężczyzny. Piękne.

 

Kiedy Dawid stracił głos

Scenariusz i rysunki – Judith Vanistendael

Tłum. Sławomir Paszkiet

Wydawnictwo Komiksowe, 2014

 

 

12
Dec

Szumy we wstępie

Udostępnij:

Z poślizgiem wobec wystawy „Coming out” (najlepsze dyplomy warszawskiej ASP 2014, wystawa w nowym budynku Kulczyka, zakończyła się 7.12. ) przeczytałam wstęp do katalogu tegoż pokazu autorstwa Adama Mazura.288
Mniejsza, że tekst jest niestosowny. Gorzej, że na kilometr jedzie obłudą!

Ogólnie wstęp traktuje o tym, że Akademia Sztuk Pięknych (chodziło o tę w Warszawie, ale przeslanie było ogólne, że w ogóle w Polsce) niewiele daje – chyba, że ktoś załapie się na etat.
To dlaczego autorowi tak zależy na podobnej fusze? Dlaczego Kuba Banasiak, współtwórca „Szumu” (periodyk, który miał zrobić szum w sztuce i nauczaniu akademickim, nota bene współfinansowany przez warszawską ASP), pilnie wziął się za nauczanie? Skąd taki pęd na ASP mnóstwa kuratorów i bezrobotnych historyków sztuki? Wreszcie, po co ta krępująca chałtura (czytaj: nauczanie na ASP) tym wszystkim geniuszom sztuki, którzy tak doskonale radzą sobie nie tylko na krajowym rynku, także na świecie? Po co ci wielcy mistrzowie „na urrra!” doktoryzują się, w kilka miesięcy odrabiając to, co w normalnym trybie zabiera lata?

A tu AM kpi, grymasi, wybrzydza. Ostrzega młodych absolwentów przed „karierą” na ASP.

Hipokryzja do n-tej.

Taki passus:
„Dla całej reszty artystycznego prekariatu (czyli tych bezetatowych, bazujących na dorywczo zarabianych pieniądzach – przyp. mm) bez perspektyw na etat ważne są umiejętności na bieżąco weryfikowane i przeliczane na pieniądze.”

Jakie umiejętności? Rozumiem, że chodzi o umiejętności ustawienia się w „stajni” mainstreamowych galeriach? Bo te rzeczywiście są weryfikowane na bieżąco. Tyle tylko, że te główne „żłoby” naginają artystów ze „stajni” do takiej twórczości, której potrzebują.

Albo takie zdanko:
„Powoli sytuacja w Polsce się zmienia i coraz częściej w cenie jest rzemiosło.”

Tu AM błysnął schizofrenicznym rozdwojeniem jaźni po raz kolejny: akurat co jak co, ale warsztat, rzemieślnicze umiejętności, manualną sprawność zdobywa się WYŁĄCZNIE na ASP. Lub mrówczym trudem samouka.
Tyle tylko, że teraz to bez znaczenia. Chodząc niestrudzenie i maniakalnie po galeriach klnę się na wszystkie zlepy i szumy tego świata, że akurat WARSZTATU czy też RZEMIOSŁA w galeriach tyle, co na najdroższe lekarstwo. Najczęściej pokazywane są pomysły, zazwyczaj niedomyślane (bo to przywilej młodości – nie wiedzieć jeszcze wszystkiego i dopiero DOŚWIADCZAĆ).

I dalej Mazur, już na wielki finał: „Nie oglądajcie się na profesorów, kolegów/koleżanki i modę, tylko wreszcie zaproponujcie coś własnego.”

Ha, ha, ha!

A studenci już lecą się stosować do tego zalecenia! Jak znam życie (a znam), większość z nich tak od trzeciego roku stara się mieć jakiegoś guru na ASP (słynnego, wziętego, ze stajni) i za nim podążać, jego myśli odgadywać, włazić w d… i ustawiać się, ustawiać, ustawiać.
A na końcoworocznych wystawach od razu widać, kto studiował u Jarosława Modzelewskiego, Mirosława Bałki, Grzegorza Kowalskiego. I ci pilni uczniowie wiedzą, że mają szanse załapać się na galerie. I AM świetnie o tym wie. Sam był pilonym uczniem…

12
Dec

Re(c)kord

Udostępnij:

Desa Unicum / Aukcja sztuki współczesnej / 11 grudnia 2014 / 80 obiektów

Na dwóch poziomach tłum, niektórzy siedzą na wykładzinie. Na wszystkich poziomach telewizory, by można było zobaczyć co się dzieje. A działo się.  Zmiana – do zakupów do 100 tys. doliczane 18% powyżej tej kwoty tylko 15 %.

Autostrada dla kreta i liszki (lot.1) Stanisława Fijałkowskiego olej, płótno. Wystartowała z 35 tys. i zatrzymała się na bramce za 65 tys dla numeru 123 – klient przygotowany do aukcji  w dwa lizaki do licytacji. Pejzaż (lot. 4) Tadeusza Dominika olej, płótno z 19 tys. rozkwitał do 35 tys. M 33 (lot. 7) Wojciecha Fangora okazał się dość szczęśliwą pozycją. Nie tak dawno kupiony w Christie’s w Nowym Jorku (6 marca 2014) za 56,250 $ , zdążył zaliczyć prywatną kolekcję i znaleźć się na aukcji. Wyceniony na 280 tys. zarobił dodatkowe 100 tys. Relief nr 10 (lot. 10) Henryka Stażewskiego akryl, deska, płyta pilśniowa wyceniony na 290 tys. Nie było łatwo do 500 tys.

Henryk Stażewski / Relief nr 10, 1964 r. relief, akryl, deska/płyta pilśniowa, 72 x 72 cm (całość)

Henryk Stażewski / Relief nr 10, 1964 r.
relief, akryl, deska/płyta pilśniowa, 72 x 72 cm (całość)

 

1965/1-nieskończoności, 1965 r., Detail 2890944-2910059 (lot. 13) Romana Opałki wyceniony 1,6 miliona. Na sali zawrzało – „teraz my“  dało się usłyszeć głos znanego krakowskiego marchanda rozmawijącego z klientem  przez telefon. Końskim targiem za 1 milon 750 tys. wygrała inna osoba również licytująca przez telefon.

 

Roman Opałka / 1965/1-nieskończoności, 1965 r., Detail 2890944-2910059 akryl/płótno 196 x 135 cm

Roman Opałka / 1965/1-nieskończoności, 1965 r., Detail 2890944-2910059
akryl/płótno
196 x 135 cm

Obszar 178 (lot. 16) Ryszarda Winiarskiego akryl, deska, płyta z 120 tys. zrobiono dodatkowe 100 tys. Informel (lot. 19) Tadeusza Kantora z 1961r. podarowany przez artystę uczelni Hochschule für Bildende Künste w Hamburgu,  gdzie wtedy prowadził wykłady na wydziale malarstwa – trafia na aukcję za 90 tys. na starcie i 120 tys. na zamknięcie licytacji.

Pejzaż z wysokim niebem (lot. 21) 1953r. Andrzeja Wróblewskiego. Ta praca była już na rynku w 2006r. wyceniona na 190 tys. nie znalazła nabywcy. Kilka lat przerwy zmiana ramy (nie koniecznie na dobre) i mamy 300 tys., ale tylko na starcie – wysokie niebo było osiągalne dopiero za 480 tys. Ostra Licytacja miedzy znanym krakowskim marchandem a klientem po drugiej stronie słuchawki.

 

Andrzej Wróblewski / "Pejzaż z wysokim niebem", 1953 r. olej/płótno 80 x 101 cm

Andrzej Wróblewski /
“Pejzaż z wysokim niebem”, 1953 r.
olej/płótno
80 x 101 cm

 

Figura osiowa 100, olej, płótno (lot. 24) Jana Lebensteina kupiona w Nowym Jorku za 79 tys $ (ok. 266 tys złotych)  w 2006 roku (zaznaczmy że estymacja wtedy była 8-12 tys. $ ). Wyceniony na 190 tys. i ledwo 10 tys. więcej…

Abstrakcja (lot. 25) Jerzego Nowosielskiego z 1978 r. do 90 tys. trzeba było dołożyć jeszcze 100 tys. Porwanie Europy (lot. 27) też tego samego autora. Nie wiem kogo porwało? Był już dwa razy (raz w 2008 wylicytowany za 255 tys. a po dwóch latach za 295 tys). Teraz wyceniony na 220 tys. zyskał 50 tys więcej, nawet ta rama kryta srebrem płatkowym mu się pomogła. Vega Orion (lot. 29) akryl, płótno Victora Vasareliego z 300 tys. mamy 420 tys. Pogranicze (lot. 36) Łukasza Korolkiewicza skończyło się granicą i odprawą nie koniecznie celną za 48 tys. (wyw. 35 tys.).

Osiemnasty olej, płótno (lot. 37) z 1967r. Teresy Pągowskiej – przynajmniej trzeci raz na aukcji w ciągu 7 lat ale bez finału. Komplikacja (lot.41) olej, płótno Jana Tarasina wyjaśniła się kwotą 190 tys. (wyw. 90 tys.). Bazyliszek (lot. 44) olej, tektura Rajmunda Ziemskiego nie przykuł uwagi nikogo za 19 tys. Królik (lot. 47) asamblage Władysława Hasiora  warunkowo położył uszy po sobie za wywoławcze 18 tys. Kompozycja w białym BIO (lot. 52) z 1958 r. od 2006r. drugi raz z tą samą ceną startową 26 tys. Tym razem zarobiono dodatkowe 2 tys. Czterdzieścipięć, czterdzieściosiem (lot. 53) akryl, płótno Jerzego Kałuckiego. Żadna z tych cyfr nie była wystarczająca by stać się właścicielem obrazu wycenionego na 15 tys. Nabywca zapłacił 66 tys . Karnawał (lot. 55) olej, płótno Jana Dobkowskiego. Wejsciówka na bal 10 tys. koniec zabawy za 45 tys. I po tej pozycji na sali jaky zaczęlo się wyludniać.

Kąty geometryczne (lot. 60) akryl, płótno Józefa Robakowskiego za startowe 10 tys. Polska rodzina - trochę niekompletna brak ojca (lot. 67) Antoniego Fałata z 3,5 tys. dodatkowe 500 zł. Gocławek – Łańcuch nadziei (lot. 72) olej, płótno Edwarda Dwurnika nadzieja trwała 5 tys. dłużej niż początek za 19 tys. Akt półsiedzącej (lot. 73) olej, płótno Judyty Sobel – rozsiedział się od dokładnie jeszcze raz tyle ile oczekiwano na starcie czyli o 11 tys. Dywan na gwiazdkę (lot.76 ) Olgi Wolniak – może na gwiazdkę za wywoławcze 2,6 tys.

Dzieci pływają żabką w wodzie w jeziorze Omulew w Jabłonce (lot. 79) tempera jajkowa, płótno Marka Sobczyka nie połynął nawet za startowe 13 tys. Sztuka postkonsumpcyjna Natalii LL fotografia czarnobiała , brom, papier skonsumowana warunkowo za 7,5 tys.