THE BLOG

28
Jan

Dla nie-ludzi (tekst Stacha Sz. o wystawie w Monopolu i Zachęcia)

Udostępnij:

Oto ten tekst.

Kiedy przychodzę do galerii Monopol, kot Mono ma akurat przerwę w performowaniu; drzemie na poduszce. Galerzystki uprzejmie namawiają go do akcji; Mono daje się wreszcie uprosić i leniwie przechadza się po sali

Na froncie człowieczeństwa człowiek ponosi klęskę za klęską. Z Bogiem w sercu lubi wpaść w religijną paranoję. Zaczyna mu się na przykład wydawać, że rozwiąże swoje problemy, jeżeli zamorduje kilku satyryków. Albo że przywróci kosmiczną równowagę, odwołując jakiś spektakl teatralny.

Z kolei bez Boga, człowiek wydaje się na pastwę własnego rozumu. Ten zaś podpowiada, a to żeby porządnie umyć całą populację, to znów by skoszarować wszystkich w domach w kształcie klocków, albo przemysłowo zlikwidować jakąś grupę społeczną.

Tak źle i tak niedobrze.

Jeżeli zatem zawodzimy jako ludzie, to może damy radę jako zwierzęta? Jeżeli nie cywilizacja i kultura, to może natura? W naturze w najgorszym razie może zdarzyć się przypadek wścieklizny, ale nie krwawego obłędu.

Wyobraźmy sobie zatem, że burzymy ten monumentalny mur między człowieczeństwem a naturą, który tak pracowicie wznosiliśmy od czasów narodzin paradygmatu humanistycznego.

Jako osoba zawodowo związana ze sztuką pytam jednak – co wówczas ze sztuką?

Cóż, człowiek nie przedstawi zdehumanizowanego świata jak należy. Tę pracę może wykonać zwierzę; niedawno widziałem wystawę, na której performerem był kot, a obrazy stworzyła mysz.

Zanim jednak spotkam kota…

Czekalska/Golec/Janus/Malewski, „Still”, galeria Monopol, Warszawa, do 4 lutego 2015.

„Postęp i higiena”, kuratorka: Anda Rottenberg,Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, do 15 lutego 2015.

…dyskretnie ziewam na wystawie Andy Rottenberg. Dyskretnie, bo (po)waga problematyki domaga się respektu. Ale jednak ziewam, i to nawet nie dlatego, że powaga, z jaką ta problematyka jest podejmowana, sprawia, że w salach Zachęty jest dusznawo. I nie tylko dlatego, że trochę już mnie nużą posępne jajka z niespodzianką à la Luc Tuymans („Spójrzcie na obraz. Co widzicie? Zwykłą łazienkę, tak? Ha, nabraliście się, jak zwykle! To łaźnia z kacetu, obdzierano w niej ludzi ze skóry. A ta sylwetka obok, to Himmler…”).

Wizualny esej „Postęp i higiena” trzyma w napięciu tylko w części historycznej, do kulminacyjnego dla tej narracji momentu Holokaustu, w którym nowoczesność kompromituje się i moralnie bankrutuje.

Im jednak bliżej współczesności, tym bardziej opowieść Andy Rottenberg rozłazi się; spojrzenie autorki traci ostrość; esej zmienia się w jeszcze jedną wystawę różności od sławnych artystów.

Konflikt palestyńsko-izraelski i jego estetyka. Uprzedmiotowianie kobiet w hinduskiej tradycji. Operacje plastyczne i groteskowe autokreacje. Czy naprawdę do tego wszystkiego doprowadziła droga, na którą wkroczyliśmy w czasach Rietvelda, Richtera i Rodczenki, od których zaczyna się wystawa? Czy polityka emigracyjna współczesnych Niemiec, o której opowiada Marina Napruszkina, istotnie nawiedzana jest przez stare eugeniczne demony? Czy raczej chodzi tu o syte od przejedzenia społeczeństwo starej Europy, która strachliwie strzeże swoich dostatków i bezpieczeństwa przed Innymi? Czy wszystkie współczesne przypadki wkluczenia i dyskryminacji są częścią tej samej dawnej opowieści, którą Anda Rottenberg ilustruje heroicznymi kadrami z filmów Leni Riefenstahl i przekrojami mózgu Józefa Piłsudskiego?

Agnieszka Polska, „Medical Gymnastics”, 2008, wystawa „Postęp i higiena”

W Zachęcie nie znajduję odpowiedzi na te pytania, ale mniejsza z tym. Tak naprawdę nudzę się dlatego, że brak jest konfliktu, który napędzałby dramaturgię tej wystawy. Prowadzona z humanistycznych pozycji krytyka modernizmu nie napotyka na żaden opór. Wilhelm Sasnal maluje wyraz „Postęp”, który rzuca długi cień. Też mi odkrycie. Wszyscy urodziliśmy się, wychowaliśmy w tym cieniu. Anda Rottenberg oskarża, ale brak adwokatów nowoczesności. Kto będzie bronił przed kuratorką niebezpiecznego złudzenia, że jeżeli umyjemy świat do czysta, to wreszcie osiągniemy postęp? Nawet współcześni rasiści to nie tyle strażnicy czystości krwi, ile starzy leniwi bogacze, którzy boją się młodych, ubogich i głodnych.

Mam wrażenie, że oglądam wyważenie drzwi, które wysadzono z zawiasów w czasach Hanny Arendt. Wymykam się więc przez wyważone wrota i zostawiam za sobą Zachętę, w której Anda Rottenberg demaskuje utopię, zdziera jej geometryczną maskę, by ujawnić mroczne oblicze moderny, wykrzywione szaleństwem. Strachy na lachy. Wielkie utopie, którymi kiedyś ludzie zarażali się masowo jak dżumą, dziś leczy się psychotropowymi paralekami dostępnymi bez recepty. Kiełkują za to różne małe utopijki. Zamiast jednej wielkiej religii – jest mnóstwo sekt.

Jedna z nich opanowała galerię Monopol. To sekta posthumanistów, którą artystycznie w Polsce reprezentują od lat Leszek Golec i Tatiana Czekalska. Para artystów wykuratorowała w Monopolu wystawę „Still”. Pokazują na niej prace własne oraz drugiego posthumanistycznego duetu formowanego przez Artura Malewskiego i Natalię Janus.

Nigdy nie byliśmy ludźmi

We have never been human – piszą posthumaniści na swoich sztandarach. Nasza ucieczka ze świata natury w człowieczeństwo była mrzonką, ale niebezpieczną, popychającą nas do zbrodniczej ideologii człowiekizmu. Agata Bielik-Robson streszczała niedawno na łamach „Krytyki Politycznej” sprawę tak: „Posthumanistyka szczyci się tym, że zdekonstruowała obłudę humanizmu, który w jej redukcyjnym ujęciu sprowadza się tylko do uzasadnienia władzy martwego białego mężczyzny nad resztą świata, czyli do tak zwanego speciesm: «gatunkizmu», gdzie jeden naturalny gatunek uzurpuje sobie prawo do dominacji nad innymi”.

Nie pora na referowanie obszernej posthumanistycznej debaty (zainteresowanych a niewtajemniczonych odsyłam chociażby do ciekawej książki Moniki Bakke, „Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu”). Poprzestańmy na tym, że posthumanizm postrzegany jest (zwłaszcza przez samych posthumanistów) jako awangarda refleksji krytycznej: ostateczna batalia, w której stawką jest już nie emancypacja tej czy i innej uciśnionej mniejszości (klasy pracującej, kobiet, gejów), lecz emancypacja milczącej większości zwierzęco-roślinnej biomasy. Tak radykalny program świetnie nadaje się do artystycznych spekulacji. Gdzie, jeżeli nie w sztuce, można cieszyć się takim zamaszystym intelektualnie gestem jak przekroczenie człowieczeństwa, nie zważając na praktyczne trudności i ewentualne a daleko idące konsekwencje?

„Still”, Monopol

Golec i Czekalska – artyści posthumaniści – działają zatem na marginesie głównego nurtu artystycznej debaty, ale za to grają o wyższą stawkę niż mainstream. Kiedy inni zastanawiają się – na przykład – ile w plastyce powinno być plastyki, oni knują, jak tu obalić dyktat „człowiekizmu”. Z tej perspektywy dyskusje o sztuce jawią się jako nieistotne spory frakcyjne w łonie antropocentrycznego reżymu. I kiedy inni artyści użerają się z kuratorami, Golec i Czekalska kuratorują sami, a za partnerów w realizacji prac mają zwierzęta. Do Monopolu zaprosili kota; Malewski i Janus zaangażowali mysz.

Świadek mimo woli i rodzicielka na emeryturze

Kot nazywa się Mono. Ma 5 lat, jest szczepionym i oczipowanym kastratem. W październiku 2014 został bezdomny. „Był jedynym świadkiem przestępstwa – czytamy w nocie biograficznej kota Mono, bo na tej wystawie nie-ludzcy artyści mają swoje biogramy. – Mówiono, że jego pan pchnął nożem kobietę. Zresztą tylko on wie, jak było naprawdę. Pan w areszcie, pani w szpitalu, on przywieziony przez straż miejską trafił do schroniska. (…). Obecnie wykonuje performance w galerii Monopol. Jest gotowy do adopcji”.

Kiedy przychodzę do galerii, Mono ma akurat przerwę w performowaniu; drzemie na poduszce. Galerzystki uprzejmie namawiają go do akcji; Mono daje się wreszcie uprosić i leniwie przechadza się po sali. A kiedy kroczy, aktywuje umieszczone na kociej wysokości czujniki ruchu, które sterują tekstową instalacją przygotowaną przez Golca&Czekalską. W zależności od tego gdzie pójdzie Mono, zapalają się i gasną neonowe wyrazy. Kot permutuje frazę „Still alive” (jeszcze żywy), która może zmienić się w „martwą naturę” (still life), albo w „jeszcze” (still), albo „żyj” (live). Jak u Stanisława Dróżdża, Mono-performer mieszka między słowami i nonszalancko – jak to kot – manipuluje ich znaczeniami.

„Still”, Monopol

W drugiej sali galerii gościła mysz imieniem Pola. Urodziła się w 2013 w Szczecinie, w sklepie zoologicznym, gdzie „pracowała w roli myszy spożywczej, pełniąc funkcję rodzicielki pokarmu dla egzotycznych drapieżników”. Pola „produkowała” od 5 do 8 miotów rocznie; urodzone przez nią myszki trafiały od razu do paszcz węży i innych myszożernych stworzeń, które ludzie trzymają w domach. Obecnie Pola jest na emeryturze, którą spędza w domu Natalii Janus i Artura Malewskiego. Artyści zawiadamiają, że „w wolnych chwilach oddaje się projektowaniu. Materiałem jej pracy jest opłatek chlebowy (łac. oblatum, dar ofiarny), w którym amatorsko wykonuje perforacje”. W części firmowanej przez Janus i Malewskiego wystawione są oprawione w ramy opłatki na różne sposoby obgryzione przez myszkę Polę. Jeden ze stworzonych przez zwierzątko kształtów został dokładnie powtórzony i wycięty w ścianie; wygląda wypisz wymaluj jak mysia dziura…

Posthumaniści są wśród nas

Życie nie znosi próżni – i oto wakat po wielkich utopiach ubiegłego wieku zajmują utopie mniejsze, niszowe, wręcz bajkowe – bo w poetyce wystawy „Still” jest coś z Ezopa czy nawet Perraulta. Kot z Monopolu wprawdzie chodzi jeszcze na bosaka, ale, jak dowiaduję się z jego biogramu, jest już wegetarianinem…

Jeszcze w zeszłym roku Jan Stanisław Wojciechowski zauważył, że dyskurs międzygatunkowej solidarności rozwijany przez Golca i jego posthumanistycznych kompanów można zobaczyć jako swego rodzaju kontrapunkt do snutych przez Andę Rottenberg rozważań o „Postępie i higienie”. Autor rzucił tę inspirującą myśl na łamach „Obiegu”, w tekście, w którym bronił przed Marcinem Krasnym ostatniego Triennale Młodych w Orońsku.

Kiedyś Triennale było imprezą, której bliżej było do branżowego seminarium niż typowego pokazu promocyjnego młodych talentów. Krytycy i kuratorzy z całej Polski przedstawiali młodych artystów, których zapraszano później do udziału we wspólnej wystawie. W ostatniej edycji areopag ekspertów zastąpił Leszek Golec, który zdecydował, że sam znajdzie najciekawszych artystów – i ruszył w Polskę. Znalazł oczywiście podobnych sobie krytyków „gatunkizmu” i dysydentów „człowiekizmu”; artystów tańczących z wilkami i artystów tańczących z kurami albo unaoczniających krwawy horror uboju rytualnego; kurator zauważał z satysfakcją, że wielu z twórców, których zaprosił, nie jada mięsa…

„Still”, Monopol

Wystawa „Still” wygląda jak jeszcze jeden rozdział Triennale, tyle że dopisany przez dojrzalszych i bardziej wyrafinowanych artystów (na poziomie ludzkim oba projekty łączą osoby Natalii Janus i oczywiście Leszka Golca). Jest więc już cały ruch, może nieduży, ale o tyle ciekawy, że oparty na założeniach, które pozwalają pomyśleć radykalną alternatywę wobec antropocentrycznego porządku organizującego nasz świat, nie wyłączając świata sztuki.

Powrót do natury      

Czy jednak art-world jest już gotowy na artystów, którzy są kotami-wegetarianami? Na myszy-dizajnerki? Na przykład Monika Małkowska na takie nie-ludzkie podmioty artystyczne gotowa jeszcze nie jest. W tekście „Mafia bardzo kulturalna” znana krytyczka demaskuje spisek sztuki, który okazuje się iście posthumanistyczną konspiracją„drapieżników”, „młodych wilków”, ale i myszy – bo właśnie twórczość Poli pokazywaną w Monopolu autorka daje za jeden z przykładów degradacji współczesnych praktyk artystycznych i zdziczenia obyczajów.

Zostawiam Monice Małkowskiej rozstrzygnięcie czy opłatkowe wycinanki myszy Poli są prawdziwą sztuką, czy sztuką zdegenerowaną, podsuwaną zastraszonej intelektualnie publiczności przez kuratorsko-krytyczno-galeryjny spisek wilków i współpracujących z nimi zwierząt domowych. Co do gotowości art-worldu na dopuszczenie na scenę nieludzkich aktorów, to wydaje mi się, że odpowiedź brzmi „tak, a nawet nie”. „Tak”, bo pole sztuki jest zawsze pierwszym, na którym dochodzą do głosu emancypacyjne dyskursy. I „nie” – ponieważ przeczuwam, że sztuka będzie ostatnią dziedziną, w której posthumanizm zwycięży (zakładając, że w ogóle uda nam się zdemontować obłudny konstrukt zwany człowieczeństwem).

Zresztą nie tylko sztuka uwikłana jest beznadziejnie w człowieczeństwo. Sam posthumanizm również się w nim plącze. W dziele piętnowania „gatunkowego szowinizmu” posługuje się pojęciami i obrazowaniem zaczerpniętymi z międzyludzkich nie zaś międzygatunkowych relacji. Obsadza się kota w typowo człowieczej roli performera i wegetarianina (a nie artystę w roli kota). Mówi się o napędzanej uprzedzeniami „dyskryminacji” innych gatunków przez nasz gatunek. Masowe zabijanie zwierząt porównywane jest w pismach posthumanistycznych do Holokaustu. Arogancki „człowiekizm” okazuje się w międzygatunkowej perspektywie zwykłym nazizmem. Jak widać, nie tylko Anda Rottenberg czyni z Zagłady kluczową figurę swojej narracji. Jednak nawet jeżeli narracja „Postępu i higieny” nie jest specjalnie wciągająca, to co najmniej jedna sprawa przedstawiona jest na tej wystawie przekonywająco. Do zbrodni nowoczesności doszło nie z powodu nadmiaru człowieczeństwa, lecz przeciwnie, z powodu jego niedoborów. I raczej nie z powodu zapiekłego antropocentryzmu, tylko właśnie odwrotnie: kłopoty zaczynają się kiedy w centrum społecznego kosmosu zamiast ludzkiego podmiotu umieszcza się jakiejś abstrakcyjne pojęcie. Na przykład naród. Albo rasę. Albo postęp. Albo… naturę?

*

Za murami Zachęty, na warszawskiej ulicy, zmory postępu i higieny wydają się już tylko bladymi widmami. Konkretniej wygląda za to postulowane przez posthumanistów ponowne zakorzenienie człowieka w naturze. „Ta sprawa jest w załatwieniu”, jak powiedziałby Nikodem Dyzma. W końcu humanistyczne złudzenia wreszcie się rozwiewają i wracamy do bardziej naturalnego, darwinistycznego porządku rzeczy: kurs franka szybuje, bo tak chce rynek, który jak przyroda rządzi się swoimi naturalnymi, nie-ludzkimi prawami. Społeczeństwo w naturalny sposób się rozwarstwia, silne osobniki prosperują, a słabsze, chore i stare, cóż – skazane są porażacie i wymarcie. Nic bardziej naturalnego. Co do mnie, to jakoś nie potrafię zaufać naturze, ani kociej, ani tym bardziej własnej, ludzkiej. I choć stary, poczciwy humanizm a la wystawa „Postęp i higiena” jest mało sexy, to wydaje mi się, że ten gatunkowy szowinizm jest jedynym sensownym powodem, dla którego mielibyśmy się zachowywać po ludzku wobec ludzi, kotów, myszy.

STACH SZABŁOWSKI, krytyk sztuki, kurator i publicysta. Pracuje w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie. Autor koncepcji kuratorskich kilkudziesięciu wystaw i projektów artystycznych. Publikuje w prasie głównego nurtu, w wydawnictwach branżowych i katalogach wystaw.
28
Jan

Kuratorzy i inni (fragmenty z fb)

Udostępnij:

Zawód kuratora jest trendy!

Właśnie się dowiedziałam.
Taka ocena padła z ust osoby ze środowiska artystycznego, uważającej (podobnie jak ja), że nie wszyscy kuratorzy są na odstrzał.
Ale niepokoi przyrost przedstawicieli tego zawodu, który stawia niebywale wysoko próg wymagań intelektualnych, etycznych. Oraz wymaga jeszcze czegoś, co wciąż nie ma określenia – wrażliwości, umiaru, subtelności, wreszcie – dobrego gustu.

Tomasz Sobecki Oprócz wszystkich wymienionych powyżej cech dodałbym jeszcze umiejętność wczytania się w proces twórczy artystów. Ta umiejętność pozwala na uniknięcie szufladkowania. Niestety, bardzo brakuje w Polsce prezentacji przez kuratorów procesu twórczego artystów jako niezbędnej, integralnej części procesu rozwoju społeczeństwa. Stąd zostaliśmy sprowadzeni do wyrobników średniej klasy na skalę europejską. Brakuje w społeczeństwie, w tym u menedżerów, stawiania na rozwiązania unikatowe i to w skali globalnej. Świat nam ucieka, co właśnie obserwuję sprawując obowiązki visiting professor’a w Indiach, a my się wciąż spieramy, czy wprowadzić Euro jako konieczne pogłębienie naszego związku z Europą. Zachęcenie menedżerów do powieszenia w salonie lub sypialni współczesnej pracy plastycznej zamiast wymiany samochodu z silnikiem 8 cylindrowym na 12 cylindrowy byłoby dużym osiągnięciem nas wszystkich. Uświadomienie, że rozwojej każdego z nas jest przekraczanie dotychczasowych osiągnięć, co pokazują właśnie artyści. Przetargi, zgodnie z przepisami państwowymi i samorządowymi zezwalają jedynie na wybór rozwiązań najtańszych, czyli najgorszych. To stanowi pozbawienie społeczeństwa kreatywności, a i tak Chińczyków w taniości nie prześcigniemy. Artyści powinni być prezentowani jako niezwykle ważna część twórczej inteligencji, a nie jako margines społeczeństwa pełen fanaberii, czekający zachłannie na okruchy z “pańskiego stołu” światłych polityków.

No. To sobie pobyłam trochę na fb (znów).
I nic tu dalej po mnie.

Jesteśmy w kraju, gdzie nie można mieć innego zdania, niż to oficjalne, uzgodnione przez jakąś tam grupę, która ma dostęp do mediów.
I świetnie.
Lubicie zamordyzm – tkwijcie w nim.
Podobno soc był straszny – a teraz jest „demokracja” (nikt nie wiec, co to znaczy).
Proszę – spróbujcie z niej skorzystać.

  • Andrzej Mazur demokracja to władza większości czyli taki socrealizm w kolorze
  •  Jan Niksiński Nie uciekaj Moniko z FB, twoje wpisy zabierają mi sporo czasu, ale tylko dlatego, że dotyczą spraw głęboko mnie dotyczących. Są ponadto jedne z nielicznych tak rozsądnych i ciekawych wpisów na FB.
    Andrzej Biernacki Soc-u współczesności nie unieważni pisanie, tak jak pisanie nie unieważniło tego z traktorzystkami i dojarką w l. 50. Ale to pisanie stanowi istotny wstęp do takiego unieważnienia. Jest uświadomieniem POTRZEBY prawdy o rzeczy, którą ten krępujący banał współczesnego soc-u fałszuje. Dawniej fałszował wspierany “ludowym” dyktatem hasełek w rodzaju “Proletariusze wszy… kra… łączcie się”, a dzisiaj, że musi być dyskursywnym eksperymentem w ramach świadczeń państwa. PISANIE i mówienie o tym OBNAŻA, ale UNIEWAŻNIĆ może tylko inne TWORZENIE, dla którego pisanie i mówienie jest wsparciem. Dopóki nie znajdzie się współczesnej kontrpropozycji twórczej, jaką dla soc-u ’55 był np. Arsenał ’55, nic z tego nie będzie. Trzebaby zrobić swoją wystawę, CO JEST, A CZEGO NIE WIDAĆ. To mogłoby zagrozić meanstreamowi na garnuszku państwowych instytucji, który chce ozorami otwartości wystaw w rodzaju Nowa sztuka Prawicowa chcą dowieść, że dla tego co proponują nie ma dzisiaj sensownej alternatywy.
    Maria Horak Janikowska
     Pan Andrzej jak zwykle, w samo jądro…ciemności;-)Z bolesną dla siebie szczerością przyznaję, że poważny, naszpikowany teoriami dyskurs akademicki mógłby mnie zanudzić na śmierć ale ten swobodny, wolny i potoczysty Hyde Park to dla mnie skuteczna obrona przed wciskaniem kitu a szarzy zjadacze sztuki też chcą pożyć.Moniko, dobra robota !!
    Mariusz Karkowski Pan Moniko, rzeczywiście “dobra robota”- każde Pani słowo! Mądra inteligentna i wykształcona osoba- czyli PANI- wie, co mówi i pisze! Proszę bywać i pisać na fb! Światło- w tematach przez Panią poruszonych- tak potrzebne! Please! Pozdrawiam:)
26
Jan

LL-egenda postkonsumpcji (o wystawie Natalii LL w CSWZamek Ujazdowski)

Udostępnij:

 

Pokaz oparty na kontraście: prace sprzed lat 40 i sprzed lat kilku. Chuć i śmierć. Młodość i starość. Atrakcyjność i szpetota.

 

1518185_10152627865738568_5761425792794548670_o 1152_d_201501nataliall_d01full_natalia_ll_gender_770

prev_natalia_11152_d_201501nataliall_d09

Tak zbudowana wystawa  „Secretum et Tremor” (Tajemnica i drżenie; kuratorka – Ewa Toniak) nie nastręcza w odbiorze kłopotów. Ale to i lepiej – więcej ludzi ją zrozumie, zaaprobuje.

Panoramę starych i nowych realizacji Natalii LL otwiera seria zdjęć z bananem w roli głównej: „Sztuka konsumpcyjna”.

Lizanie przez papierek

Gdyby ktoś nie wiedział – to sztandarowy cykl LL, naszej LL-egendy sztuki feministycznej (choć ja wolę postrzegać tę twórczość bez jakichkolwiek etykietek). „Sztuka konsumpcyjna” łudziła niektórych łatwym odczytaniem. Na zdjęciach i filmach wideo śliczna i na oko naiwna dziewczyna „konsumuje” na różne sposoby zakrzywiony owoc. Liże go, obmacuje językiem, ślini się. Momentami ociera się o wulgarność. Ale to ułuda! Żółta atrakcja ma nie tylko seksualne konotacje. W dobie PRL-u (seria powstała w latach 70. ubiegłego wieku) wyrażała powszechną tęsknotę do dóbr, do których mało kto miał dostęp. Lizanie przez skórkę – to podnieta bez szans na posmakowanie, posiadanie. Fetyszyzm i marzenie. Coś żenującego, zarazem strasznie bolesnego.

Natalia LL nie była w stanie przewidzieć, że 40 lat później banan stanie się symbolem ogólnodostępnej tandety… Tym silniej działa jej bananowy orgazm, leitmotiv całej ekspozycji.

Śmierć w służbie królowej

Mało jest w Polsce twórców o sile rażenia dorównującej LL. Twórców ważnych dla wszystkich pokoleń, docenianych, inspirujących. Ale jedynie Natalia LL doczekała… koronacji. Na tronie osadził ją Karol Radziszewski za sprawą swej ostatniej wystawy „Książę i Królowe” (w toruńskim CSW). Na wernisażu Radziszewski powtórzył głośny (zarazem najcichszy) performance LL – „Śnienie” (1978). Żadna metafora. Artystka wtedy publicznie… spała. W wianku na głowie i białym gieźle. Wyglądała trochę jak utopiona Ofelia, ale żyła, choć przebywała w świecie sennych majaków. Upubliczniła największą intymność: śnienie.

Natalia tak ma. Nie boi się ryzyka. Nie unika śmieszności, skrajności, ekshibicjonizmu (psychicznego i cielesnego). Wie, że sztuka wykalkulowana martwieje. Że bez szaleństwa, wyzwania, otarcia się o strach i uniesienie nie ma kreacji. I że to, co najstraszniejsze, bywa strasznie śmieszne. Jak starość, jak śmierć, jak trauma.

Teraz też tak jest. Natalia wciela się w różne postaci, kreując nowe/stare mity w krzywym zwierciadle grozy i komizmu. Bierze rekwizyty, przybiera pozy i staje przed obiektywem. Na zdjęciach widzimy ją „jak żywą” – w naturalnych barwach i skali. Bez obciachu manifestuje wiek, trochę zbyt pulchne ciało.  1152_d_201501nataliall_d04 natalia-ll-transfiguracja-odyna-2-2009-2015-01-20-004-530x398 natalia-ll-erotyzm-trwogi-2006-2015-01-20-576x576 1152_d_201501nataliall_d061152_d_201501nataliall_d07 net-natalia

Co najważniejsze – choć LL kogoś udaje, to zarazem drwi z fałszu. Jest oto Brunhildą, czarownicą. Towarzyszy jej muzyka z opery Wagnera (którą uwielbia), czyniąc z niej ponadczasową postać. Jednocześnie, pozostaje sobą. Kobietą, która panuje nad swym losem i bierze zań odpowiedzialność. Panią swoich wyborów, władczynią fantazji, królową życia i dostępnych w nim doświadczeń. Dla kogoś pokroju Natalii każdy dzień może stać się eksperymentem. Im więcej lat, tym więcej świadomości. Starość? Wiek sprzyja, staje się surowcem twórczym.

Kto nie wierzy, niech spojrzy na zdjęcia. Natalia ubrana w prowokacyjnie krótką czarną mini jawi się (wciąż!) kapłanką seksu. Ale Eros już jej nie omami, nie uwiedzie. Ta wiedźma kocha się także z Thanatosem. Na jego cześć zdobi utrefione blond włosy hełmem-koroną z białych kalii. Wanitatywną wymowę przedstawienia potęguje trzymana w rękach ludzka czaszka. Natalia pieści ją w dłoniach, opiera o kolano. Jak trofeum.

Lear musi odejść

Czarownica-Natalia ma swojego Odyna (wyjaśniam: to bóg wojny w starogermańskich mitach, posiadający zdolność przeobrażania się w młodzieńca). Tę rolę LL powierzyła Andrzejowi Lachowiczowi, także artyście, swemu życiowemu partnerowi. Lachowicz pojawia się na zdjęciach nagi, postarzały, mało powabny, nieporadny. 1152_d_201501nataliall_d12

W tryptyku „Transpolacja Odyna” pozuje w atelier z przedmiotami świadczącymi o dawnej świetności i starczej niemocy. Tarcza, czaszka, zgaszona świeca, laska. Na fotografii nieopodal – młodzian będący inkarnacją Odyna w pełni sił. Ok, ilustracja mitu. Ale kim jest Natalia, zajmująca w tryptyku miejsce centralne? Gotową na śmiertelną walkę amazonką z tarczą? Wampem w wyzywającym porno stroju? Alegorią współczesnej kobiety-fighterki?

Nie odpowiem – bo sztuka Natalii LL prowokuje do różnych interpretacji. Do widza należy wybranie własnej wersja

.teraz_NataliaLL Natalia LL, Trwoga Paniczna II, 1988 Natalia LL, Głowa wizyjna VI, 1989

Natalia LL. Secretum et Tremor – Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, wystawa czynna do 19 kwietnia

Tekst w zbliżonej wersji ukazał się w Rzeczpospolitej 26.02.2015

25
Jan

Pop w akademickich barwach (Allen Jones w RA w Londynie)

Udostępnij:

Allen Jones – świetny brytyjski pop-artysta, rocznik 1937, miał w RA (Royal Academy) w Londynie retrospektywę do 25 stycznia 2015).
Gdyby ktoś nie kojarzył – naprowadzam: w „Mechanicznej pomarańczy” Kubricka w Korova Milk Bar są stoły projektu Jonesa. Allen-Jones2

Jako nóżki-podnóżki służą seksi-baby, w lateksach, ze sztucznymi rzęsami, w perukach, jak z porno-shopu.

Cut-a-Way 1976 by Allen Jones born 1937 The Battle of Hastings 1961-2 by Allen Jones born 1937 Allen+Jones+Grayson+Perry+Unveils+New+Artwork+FH39Wg-mX33l Allen-Jones_1911134i HK_Quarry_Bay_Taikoo_Place_Tong_Chong_Street_Allen_Jones_Sculptor_City_Shadow_I_SecurityIII 1976 by Allen Jones born 1937
My też mamy równie ciekawych artystów z tego okresu.
Może ktoś ich odgrzebie?

 

https://www.royalacademy.org.uk/exhibition/allen-jones-ra


  • Monika Małkowska
     Scenka sprzed tygodnia na wystawie Jonesa. Dodam, że na tej monografii wśród widowni – mnóstwo młodych, notujących, szkicujących, uważających. Jakoś wcale ich to nie nudzi! Kto nam wmówił, że młodzi nie chcą „tradycyjnej” sztuki? Sztuki, która w swoim czasie była przełomem; współtworzyła epokę i styl swinging London.
    Londyn – Allen Jones unnamed Londyn 2014 unnamed-6
  • Andrzej Biernacki Zwłaszcza, że z Grabowski Gallery. Widziałem te obiekty w kolekcji syna Mateusza, Wojciecha Grabowskiego. Pamiętam wśród nich świetny pop Dereka Boshier.
    https://www.youtube.com/watch?v=lK3P97RfVaI
24
Jan

Jak decydenci stali się decydentami (o mainstreamie artystycznym)

Udostępnij:

 

Kiedyś pewnie bym się przejęła postami przeciwko mojej skromnej osobie – teraz się śmieję. Strachliwa nigdy nie byłam.

 

Podoba mi się!

Im głośniej pyszczą, tym – mimowolnie – dostarczają więcej argumentów na korzyść moich osądów/poglądów.
Niech mi nikt nie mówi, że jest, jak chcą decydenci (tak ich nazywam dla ułatwienia). Głosy demaskujące sypią się jak z rękawa.

Ludzie zorientowani na sztukę „posthumanistyczną” nawet nie chcą słuchać opinii innych – a to może by ich otrzeźwiło. I wcale nie chodzi o kogoś nie bywałego w galeriach, nie zorientowanego w sztuce – ale o ludzi obytych, bystrych, myślących. Z każdego pokolenia. Bo młodzi też mają dość kitu.
Dlatego bałamutny argument o „zmianie pokoleń” można sobie wsadzić. Kto nie wie – niech posłucha czasem studentów wydziałów artystycznych.

Oni wcale nie aprobują publicystyki wystawowej!

Mam propozycję: ponieważ tzw. środowisko głosuje za wystawami kuratorskim, zaś ludzie innych dyscyplin – bynajmniej, może skonfrontujemy liczące się osobowości z literatury, filmu, teatru, nauki, z tymi, którzy opowiadają się za czymś, co mianuje się sztuką?
Proszę – niech wypowiedzą się niegłupi ludzie o kilku bieżących wystawach.  Dlaczego lekceważyć głosy widzów?

Jaromir Jedliński tak, sprawa jest zresztą jeszcze bardziej poważna: dzisiejsi “decydenci” – jak Moniko mówisz – zyskali władzę decydowania co do rozprowadzania prestiżu i zasobów w światku życia artystycznego poprzez NIE TYLKO nieprawe zawłaszczenie instytucji (z naszym, z rozmaitych powodów wynikłym pozwoleniem, a przynajmniej wobec braku skutecznego z naszej strony sprzeciwu), wpierw małych instytucji, potem przez osiadanie w większych, a teraz już całkiem dużych, nawet międzynarodowych; działo się to na całego od + – 2000 roku przy równoczesnym groszoróbstwie tych obrotnych funkcjonariuszy, z czasem przeradzającym się w “kumulowanie kapitału finansowego”, a jeszcze wobec rozbudowywanych konszachtów, a stopniowo już “kontaktów”; oni – i tu jest pies pogrzebany – zawłaszczyli język debatowania na tematy z obszaru, w którym się rządzą i urządzają, tu tak naprawdę ujawnia się swoista maestria owych przekupniów pustki podobna prekursorom sprzedawców NIC, nic, co wywołuje ZACHWYT, a pod groźbą ZAWSTYDZENIA, szantażystów-szalbierzy z baśni “Nowe szaty króla”, którzy właśnie umiejętnie zastosowali terror nicości; wchodzenie zatem w debatę – jak Moniko w naszej wcześniejszej, przed Twą publikacją w “Rzepie”, korespondencji pisałem – nie wróży zatem szansy na jakikolwiek dialog, jednych Twój głos po prostu rozjuszy, innych znuży, a obrotne foksy, kury i reszta menażerii nadal będzie nadmuchiwać swoje tęczowe balony – powłoki pustki; ich monolog jest gromki, rezonujący w kręgach akademickich i w mediach, Twój monolog jest cichutki; w sumie to ZABAWA W GŁUCHY TELEFON, przy czym wszyscy płacą rachunki, a tamci łoją kasę za abonament i każdą minutę połączenia. Stąd – upieram się, że jeżeli nadal wierzymy, iż mamy rację – rozprawa ze skorumpowanym światkiem życia artystycznego odbyć musi się na gruncie urzędowym – wymiaru sprawiedliwości lub/oraz polityki, nie wymiany zdań, gdyż tamci opanowali kantory wymiany opinii na podstawie ZAŁOŻYCIELSKIEGO PRZEKRĘTU; póki się tego nie odkręci, krętacze będą dalej robili to, co robią, a co więcej, debatę podobną tej teraz przez Ciebie – Moniko – wywołanej, przekręcą na swoją korzyść. Jeżeli natomiast, co wobec petryfikacji układu jest prawdopodobne, nie uda się zdelegalizować powstałej struktury, można – i należy – ją zbagatelizować, zlekceważyć i unieważnić tworząc nowy obieg wartości artystycznych, opinii oraz walorów materialnych; przecież fakt, iż przez porównanie federacje sportów wyczynowych są skorumpowane nie umniejsza wartości wyczynu sportowego

Ludwik Turko Pani Moniko, zapraszając do dyskusji stawia Pani dość restrykcyjne warunki brzegowe. Wypowiedzieć się mają ludzie spoza tzw. środowiska, będący jednocześnie liczącymi się osobowościami z literatury, filmu, teatru, nauki, a na domiar wszystkiego jeszcze niegłupi. Wypowiedzieć się mają za lub przeciw wystawom kuratorskim, przy czym preferowane będą, jak wynika z kontekstu, wypowiedzi przeciw – pod ewentualnym rygorem stwierdzenia nieważności głosu z powodu niespełnienia warunków brzegowych przewidzianych dla dyskutantów. Tym niemniej, w pełni świadom łączącego się z tym ryzyka spróbuję wrzucić swoje trzy grosze. Otóż postawiony dylemat – tak czy nie wystawom kuratorskim – jest dla mnie odpowiednikiem odwiecznego zagadnienia – myć ręce czy nogi. Odpowiedź na to ostatnie jest dość jasna – i to i to, byle dokładnie. Podobnie z wystawami – i takie i takie, byle dobre. Punkt ciężkości leży natomiast w stwierdzeniu owej dobroci. Widywałem już żenujące wystawy indywidualne, widywałem też znakomite wystawy kuratorskie. I vice versa. To co mi szczególnie doskwiera to brak rzetelnych i fachowych krytyków, wolnych od uwarunkowań towarzyskich, finansowych, koteryjnych i jakichś tam jeszcze. Hier ist der Hund begraben, jak mawiają nasi zachodni sąsiedzi.

24
Jan

Straszaki (na mnie)

Udostępnij:

Straszą mnie: ktoś tam się wścieknie, ktoś się będzie mścił, zmarginalizują mnie… I takie różne pogróżki.
A ja zastanawiam się, jakim cudem przez lata byłam grzeczna i nie reagowałam na chamstwa, które mnie spotykały ze strony pewnej grupy ludzi, dążących do zajęcia decydenckich pozycji (co się zresztą udało).

Uważałam, że należy pokazywać klasę wobec bezwzględnego, brutalnego parcia na różnego typu zyski i sukcesy. Teraz widzę, że od początku, zamiast przemilczać, trzeba było ośmieszać i deprecjonować poczynania niegodne miana sztuki.

Ale kiedyś więcej było działań wartościowych – te miernoty/głupoty były w mniejszości. Obecnie proporcje się odwróciły. Pozwoliliśmy na to.

  • Jan Niksiński Moniko, trzymam kciuki, żebyś wytrwała w swojej nizależności, ale zdaję sobie też sprawę, że skomercjonalizowany rynek kuratorskiej sitwy Ci tego nie odpuści – będziesz konsekwentnie spychana na margines.
  • Monika Małkowska Starali się bardzo. Ale się nie udało. Może teraz też.

Dlaczego tak długo broniłam sztuki współczesnej, nawet jeśli widziałam słabości?
Żeby nie zrażać potencjalnych odbiorców.
Żeby uwrażliwiać, zachęcać, pomagać zrozumieć.

Głupoty pomijałam milczeniem.
Spierałam się z oponentami, potępiającymi w czambuł wszystko, co nietradycyjne.

Chciałam dobrze dla sztuki – wyszło dobrze dla manipulantów sztuką.
Okazało się – mimowolnie pozwalałam rosnąć w siłę ludziom, którzy wykorzystali koniunkturę.
Utworzyła się grupa beneficjantów polskiego zacofania i zakompleksienia.
Teraz to już całkiem spora formacja.
Aroganccy, bardzo poważni, używający naukowej terminologii, robią wodę w głowach urzędników od kasy.

24
Jan

Co ma kura do sztuki (o kuratorach i ich pozycji we współczesnej sztuce)

Udostępnij:

 

Postfejsowe sprawy – migawki z ważnych dyskusji.

 

Na przekór tego, co widać w galeriach – uważam, że talenty Polakom nie zardzewiały.

To kuratorom wydaje się, że powinni być socjologami, psychologami, politykami i w ogóle sumieniem świata. A najczęściej są naiwnymi amatorami w nieznanych im dziedzinach. Toteż, gdy formatują wystawy pod swoje intelektualne możliwości, wychodzi z tego bełkot. Bo te mądralińskie pokazy – to najczęściej ubożuchne popisy kuratorskie, że coś tam wiedzą o świecie – a wiedzą tyle, co za piecem.

Maria Frąckowiak · kuratorzy tłumaczą widzom, co autor miał na myśli, nie zostawiając pola do własnej interpretacji i własnej oceny prac …. jak w innych dziedzinach życia …im dziwniej tym lepiej, tzn gorzej, zatraca się wszystko, widz ma widzieć to co widzą kuratorzy, to oni chcą być jego oczami i duszą, aby czuć sztukę. Brońmy się – nie chodźmy na kiepskie wystawy, może brak widzów poruszy… znam kilka przykładów skutecznego “zebrania się” i bojotowania – to skutkuje

Teraz ja.

Skąd taka agresja wobec kuratorów – pyta Ela Kościelak w jednym z postów a propos wokółkuratorskiej dyskusji.
A stąd, że zawód kurator zaczął się źle kojarzyć.

„Nie wiem, kto do mnie mówi – bo zamiast artysty głos zabiera kurator” – tak ocenił mój student z VI roku Wydziału Reżyserii wystawy kuratorskie. Tenże student porównał kuratora do producenta masowych filmów amerykańskich: bierze taki znanego reżysera, wziętego aktora, gwiazdę seksi i populistyczny temat i z tego ukręca komercyjny hit. Oraz artystyczny niewypał.
Inny student tego samego wydziału określił wystawy kuratorskie jako „przemielenie rzeczywistości”.

Bo to tak: kuratorzy chcą zrównania (nominacyjnego) z artystami.
Ale to nie możliwe – w obecnej sytuacji kuratorzy są kastą uprzywilejowaną, podczas gdy artyści – pariasami. Ich podwładnymi, zginającymi się w ukłonach w podzięce za dostrzeżenie.
Toteż proponuję rozróżnienie nazewnicze.

Dla twórczości kuratorów niech to będzie KURAT-ART (lub a-kurat-art)
Dla artystów – ART-ART. 
Może być?

Andrzej Mazur zostawmy A-KURAT-ART , jest znakomite
Ada Ostrowska
 i by nie był z niego za wielki aseKURAnT 

Konrad Tomaszewski Pani Moniko proponuję “orator-art” i “real-art”. Taki podział odda sens wzajemnych relacji “pariasów” i “mandarynów”

Andrzej Biernacki zostańmy może przy KURARA ART. Brzmienie to jedno. Ale znaczenie nie jest bez znaczenia.
Ludwika Ogorzelec
 albo ART-KURA ! …też ze śmietników wydziobuje.

image004 image002 Kura w2Poznajecie ich? To kura-torzy. 

23
Jan

Toku, toku, gadu, gadu… (o pewnej audycji, w której brałam udział)

Udostępnij:

Wczoraj po audycji weszłam do domu – w progu stał mąż z miną wyrażającą współczucie.
Ktoś tu na fb skonstatował, że sztuce ta godzina bełkotu „nie zaszkodziła”.

Otóż uważam, że właśnie takie mętniactwo sztuce bardzo szkodzi! Zwłaszcza, gdy kuratorka z CSW stwierdziła, że w Londynie nie ma nic ciekawego do oglądania, a dopiero w Warszawie, to ho, ho! I że jacyś TURECCY artyści (jak wiadomo, Turcja jest potęgą w sztukach wizu, ha, ha) wolą Warszawę jako miejsce pobytu, niż Londyn, Paryż i nie wiem, co tam jeszcze.

Takie dyrdymały utwierdzają przeciętnego , niezorientowanego słuchacza, że jest dobrze, nawet lepiej w dziedzinie, którą już nie wiadomo jak nazwać. Akurat dwa dni temu wróciłam z Londynu i paleta wystaw, które obejrzałam, była pouczająca, pobudzająca i różnorodna. Ale – uwaga! – w naszych mediach nie ma nawet miejsca, by o tych wystawach wspomnieć, omówić!!! Za to uparcie jest lansowany „sukces” naszej sztuki. Którego w ogóle nigdzie na świecie nie widać – chyba, ze jest Polski Rok, Sezon czy inaczej nazwana intensywna obecność kulturalna, w co pakuje się zawsze krocie.

 

Reakcje z fb:

Maria Faustyna Bielawska Szczególnie stwierdzenie, że w Londynie nie ma nic ciekawego do oglądania, jest przekonujące ; )))
Izabela Budek
 Myślę, że ta pani dobrze wie co w sztuce się dzieje, ale pewnie znów ktoś komuś pragnie zrobić ” przyjemność ” i stara się przekonać słuchaczy do mega sukcesów polskich artystów.

Następnego dnia w Zamku Ujazdowskim…

Rzecz zdumiewająca.
Osoba, której nazwiska nawet nie wymieniłam w poście relacjonującym audycję, spotkana na konferencji prasowej w CSW (przed otwarciem wystawy Natalii LL), udawało, że mnie nie widzi. Kierowała wzrok w inną stronę i była bardzo zajęta rozmową.
Wczoraj siedziałyśmy w studio radiowym oddalone o 10 cm.
Ani razu nie skrzyżowałyśmy spojrzeń – dana osoba szukała natchnienia w ścianie vis a vis.
Nie zależy mi – ale brak kultury (osobistej, czyli tej najważniejszej, określającej skalę wrażliwości i empatii), jaki przejawiają niektórzy ludzie pretendujący do środowiska kulturalnego wydaje mi się znamienny.
Tudzież brak odwagi cywilnej, brak umiejętności prowadzenia dyskusji otwartym tekstem, z czytelną argumentacją – to cechy charakterystyczne dla pewnej grupy.

Jeszcze jedno ważne: kuratorce z CSW wypsnęła się podczas audycji w Tok FM nie koniecznie powszechnie znana prawda: żeby artysta mógł dziś funkcjonować, musi dostawać stypendia, granty i inne supporty ze strony budżetu – bo rynek sztuki jest szczątkowy, poza tym nikt nie kupi – jak to zostało określone – instalacji.

I największe cudo: artysta musi umieć pisać podanie o stypendium.

Toż to absurd!!!

Z fb:

Marcel Andino Velez Pani Moniko, ja też wolę rozmawiać rzeczowo – zawsze nam się to udawało. Tm bardziej nie dowierzam, że podejrzewa mnie pani o nielubienie prawdziwego malarstwa. I osobiście mnie cieszy, jeśli jest tak, jak pani mówi, że młodzi się buntują. Byłoby dobrze, gdyby naprawdę mieli odwagę pójść własną drogą. Bardzo bym się martwił, gdyby wybrali bezpieczną drogę na rynek, gdyby dokonali “konserwatywnego zwrotu” – na razie, to jednak trochę taki zwrot widać. Bardziej niż bunt.

 

11
Jan

Siekiera, motyka, motyl, całus (recenzja komiksu „Powstanie. Za dzień, może dwa”)

Udostępnij:

Powstanie Warszawskie w graficznej powieści – nic nowego

. b0d0370a4a69786a32b25e636ec8be1dokladka-200 antologia_www1 w200Powstanie44a

Ukazało się już pięć komiksowych antologii na ten temat. Ale w większości przypadków były to „wypracowania domowe” stworzone bez błysku.

Wreszcie jest bomba!

Wybuchła najpierw w Belgii i Francji (pod tytułem „Przed burzą”); kilka miesięcy później huknęła na polskim gruncie pod bardziej wymownym szyldem: „Powstanie. Za dzień, za dwa”. okladka-450

Polski podtytuł przywołuje słowa PRL-owskiego przeboju „Za dzień, może dwa…”, śpiewanego przez Elżbietę Starostecką. Trochę zmyłka, jako że akcja dzieje się w 1944 roku. Kilka miesięcy przed godziną zero.

Od strony plastycznej – jeden z najpiękniejszych albumów, jakie oglądałam w ostatnich miesiącach. To zasługa Krzysztofa Gawronkiewicza (rocznik 1969)Gawronkiewicz_Krzysztof. Pracował nad „Powstaniem” długo, aż sześć lat. I to widać.

link_0QMjP9TzM9rzBrYJuz3PSWsiXojyExJE,w300h223416b26b75d91947ed90b69b42c264152 0003KE37DG47R6KE-C116-F4Za scenariusz odpowiada mieszkająca obecnie w Brukseli Marzena Sowa (ur. w Stalowej Woli w 1979), znana głównie z autobiograficznej sagi „Marzi”. sowa marzena bichro _6552205

Ona też biedziła się nad tekstem kawał czasu. Mimo to dialogi pozostawiają sporo do życzenia. Jakieś sztywne, niezręczne, nienaturalne. Rozumiem – pisane pod zachodniego odbiorcę, jednak dla polskiego czytelnika trochę zbyt naiwne.

W zmasakrowanym mieście narasta niepokój, choć póki co podziemna walka toczy się na słowa, pogróżki, dowcipy o głupich Niemcach. Do pary młodziaków, Alicji i Edwarda, docierają zapalczywe głosy starszych kolegów. Jednak oni do siebie szepczą, patrzą w oczy, wymieniają całusy. Wiadomo, pierwsza miłość… Narratorem opowieści jest Edward, siedemnastoletni przystojniak, niezbyt zorientowany w sytuacji. Jego „dorosłe” wspomnienia zaczynają się wraz z pierwszym zauroczeniem kobietą.

Taki punkt wyjścia pozwolił autorom przedstawić okupowaną Warszawę i jej mieszkańców inaczej niż przywykliśmy; w odmiennej tonacji niż zrobili to Jan Komasa w „Mieście 44” czy Robert Gliński w „Kamieniach na szaniec”. Sowa i Gawronkiewicz szerokim łukiem omijali patos oraz… wojnę. Ba, obyli się nawet bez hitlerowców (no, prawie). Mimo to wyczuwa się grozę przyczajoną w mrocznych bramach, przyciemnionych klatkach schodowych, „gotycko” wydłużonych cieniach rzucanych przez drobne ludzkie figurki na pustawe ulice. Jednak za zaciemnianymi oknami, w grubych murach przytulnie urządzonych mieszkań są wciąż enklawy ciepła, swojskości, bezpieczeństwa.

Tak jak u rodziców Alicji, gdzie zda się, czas stanął. Edward idzie z pierwszą wizytą. Familijny klimat od wejścia: chłopak dostaje kapcie na nogi, na stole pojawiają się herbata i alkohol chomikowany na zbliżający się ślub Krystyny, starszej siostry Ali. Sielski nastrój psuje godzina policyjna, która zmusza młodzieńca do opuszczenia gościnnego domu. Oraz życzliwej kamienicy, położonej gdzieś w centrum Warszawy, wśród drzew.

Pamiętacie serial „Dom”? Tu podobnie. Wszyscy lokatorzy starej czynszówki są jak wielka familia, wzajemnie wspierająca się, pomocna, pełna zrozumienia. Jedno im zgrzyta – absztyfikant Anny, nauczycielki udzielającej lekcji tajnym kompletom. To Willi, Niemiec, wróg. Przeklęta miłość!

Fatalne uczucie dopadło także pana Stanisława, handlowca. Ten miał nieszczęście zakochać się w Żydówce, którą przez jakiś czas udawało mu się ukrywać w swoim mieszkaniu. Jednak Mejra nie wytrzymała stresu, z własnej woli przeniosła się do getta, żeby nie narażać ukochanego. Ten wątek należy do najbardziej przejmujących. Mężczyzna, który nagle traci sens życia. Wpada w depresję, zostawia w diabły pracę, przestaje dbać o wygląd, zarzuca sąsiedzkie kontakty. Gawronkiewicz znakomicie to przedstawił: czarne, puste tło i malutka sylwetka pana Stanisława, kulącego się na łóżku w palcie, plecami do nas, do całego świata.

Taki punkt wyjścia pozwolił autorom przedstawić okupowaną Warszawę i jej mieszkańców inaczej niż przywykliśmy; w odmiennej tonacji niż zrobili to Jan Komasa w „Mieście 44”223249_miasto-44_p04_622 czy Robert Gliński w „Kamieniach na szaniec”211533_kamienie-na-szaniec_p01_891.

Sowa i Gawronkiewicz szerokim łukiem omijali patos oraz… wojnę. Ba, obyli się nawet bez hitlerowców (no, prawie). Mimo to wyczuwa się grozę przyczajoną w mrocznych bramach, przyciemnionych klatkach schodowych, „gotycko” wydłużonych cieniach rzucanych przez drobne ludzkie figurki na pustawe ulice. Jednak za zaciemnianymi oknami, w grubych murach przytulnie urządzonych mieszkań są wciąż enklawy ciepła, swojskości, bezpieczeństwa.

Kolejny świetny pomysł: tom zamykają słoneczne plenery, kwiaty na łące, dziewczyna robiąca bukiet. To jedyne wielokolorowe kadry, wyróżniające się obok przygaszonych obrazów na poprzednich stronach. Słodkie… Odurzające, jak pierwsze pocałunki, wiosenne kwiaty, młodość. Oszukańczo bajkowe. Bo zaraz się zacznie masakra. My to wiemy. Oni, bohaterowie „Za dzień, może dwa” jeszcze nie są świadomi, co ich czeka.

O tym będzie w drugim tomie „Powstania”, którego fabuła zacznie się 1 sierpnia roku pamiętnego.

 

Powstanie. Za dzień, za dwa

Scenariusz: Marzena Sowa

Rysunki: Krzysztof Gawronkiewicz

Wyd. Kultura Gniewu

Warszawa 2014

09
Jan

Szczygieł jako jaskółka (reakcja na tekst Mariusza Szczygła w Dużym Formacie o wystawie w CSW Toruń)

Udostępnij:

Dyskusje na fb mkną lotem błyskawicy – a na blogu rzecz zostaje znacznie dłużej, lektury odbywają się wolniej, z namysłem. Dlatego wybrałam fragmenty moich wypowiedzi wraz z żywiołowymi (najczęściej) reakcjami. A działo się to 8. i 9. stycznia AD 2015.
Nareszcie! Mariusz Szczygieł 343 w Dużym Formacie wypuścił trochę powietrza z balona artworldowego.
Tak całkiem zwyczajnie, zachował się jak słynne dziecko z jeszcze słynniejszej bajki Andersena. Wiecie, co tamten brzdąc ośmielił się oznajmić wszem i wobec? Prawdę!
I Mariusz Sz. też.

Słynny reporter doświadczył kuratorskiego oprowadzania po wystawie bardzo współczesnej (nie powiem, jakiej – też widziałam) niejako per procura. Procurą okazała się portierka, która wzięła na siebie ciężar zinterpretowania eksponatów.
Zrobiła to lepiej, niż katalog – bo po polsku, od siebie, swojsko.
Pan Mariusz opisał, co widział i słyszał.
Jak to  dziecko naiwny.
Świeżynka.

I takiego dziecięcego spojrzenia wszystkim życzę.

 

Tu przerwa w moim poście – i miejsce na reakcje (wybrane.

.Joanna Sosnowska Ośmieszanie sztuki, nawet jeśli jest słaba albo wręcz zła, do niczego nie prowadzi. Tak,. M. Sz. się ośmieszył
Maria Horak Janikowska
 Najbardziej ośmiesza nadęcie i zadęcie jak się zdaje;-)

Sylwia Tarkowska-Włodarska M.Sz. nikogo nie chciał ośmieszyć. Sądzę, że opatrznie zrozumiała Pani ten tekst. Wręcz przeciwnie. Proszę zwrócić uwagę na życzliwość!

Joanna Sosnowska Nie widzę w tym żadnej życzliwości a właśnie nadęcie M.Sz., że to on pokaże jak bardzo “król jest nagi”. A może by tak pytać panie sprawdzające bilety w kinie o recenzje filmu i drukarzy o recenzję książek. Na pewno są wśród nich znawcy, ale mają inne zadania do wykonania.
Joanna Sosnowska
 Naprawdę, nie musimy się znać na wszystkim i wszystkim interesować. Sztuka wymaga wysiłku, żeby ją zrozumieć i tolerować a także odrzucić. Tekst M.Sz. jest arogancki i świadczy o całkowitej ignorancji.
Sylwia Tarkowska-Włodarska
 Nie zgadzam się. On ma tylko drugie dno….wydaje się być prześmiewczy…mnie nie. A Pani która tam pracuje wie i czuje więcej niż przeciętny widz. Nawet ten wyedukowany! Tak się akurat składa, że nie lubię sztuki współczesnej…ze swoją tkwię bliżej dziewiętnastego wieku, ale rozumiem o co chodziło M.Sz

Bartek Otocki W idealnym świecie grupa świetnych artystów tworzy skomplikowaną, znakomitą sztukę, której rewolucyjne założenia tłumaczy żywo zainteresowanym obywatelom zespół profesjonalnych krytyków-erudytów. Tyle bajeczki, której założenia choć wzniosłe nijak mają się do rzeczywistości. Dodam jeszcze, że osobiście nie mam nic przeciwko skomplikowanym dziełom wymagającym kompetencji i erudycji. Oprócz takowych chciałbym też zobaczyć dzieła, które na KAŻDYM poziomie odbioru mają coś do zaoferowania a także takie, do percepcji których nie potrzeba dwóch kartek A4 komentarza. A takie tworzy się o wiele trudniej. Karteczka obok to – prawie zawsze – ułatwienie dla twórcy.

A ja z Mariuszem Szczygłem zgadzam się w całości. 
To, co prezentuje się najczęściej na wystawach (nikt mi nie zarzuci, że się „nie znam”) – to w większości wprawki, pomysły, tzw. rozwijanie wrażliwości – aloe nie gotowe prace.
Tak jak podtykanie mikrofonu i udzielanie głosu kuratorowi nie jest „krytyką sztuki”.
To są TYLKO zabiegi wstępne do opanowania profesji.

Jan Niksiński W sztuce nie ma niczego do rozumienia lub pojmowania. Odbiera się ją zmysłowo i emocjonalnie. Jeśli dane dzieło do nas przemówi, wzruszy lub zainteresuje, można potem czytać lub słuchać na jego temat wszystkiego, co chce. Natomiast jeśli jakieś “dzieło” nic nam nie mówi bez czytania kuratorskich elaboratów, to znaczy tylko to, że albo jest to dzieło kompletnie bez sensu, albo nie trafia ono na nasze zmysły i emocje w sposób naturalny.

Znów ja:

To, co widać na wystawach, nie jest tylko polskim trendem. 

Poszukiwanie „świeżego mięsa” (jak najmłodszych, nieznanych artystów, których się „odkrywa”) to trend ogólnoświatowy. Tylko że młodzi nie bardzo sami się znają i nie wiedzą nawet, jak mówić o sobie. Co dopiero o trudniejszych, ogólniejszych problemach.

Ale dobra, niech będzie poligon doświadczalny.
Takie „poszukujące” pokazy są wszędzie.

Tyle tylko, że w bogatszych krajach równocześnie można równolegle zobaczyć to, czego tu daremnie oczekiwać – np. Rembrendta, Velazqueza, Leonarda, Turnera… Albo wielkie retrospektywy Eliassona, Kapoora, Kiefera… U nas takowych w ostatnich latach ani na lekarstwo.

Efekt? Za „sztukę” zaczyna biegać cokolwiek, co nosi cechy rzetelnego rzemiosła – czyli malarskie gadżety (pisałam, pokazywałam). Myśl, sens, cel, przesłanie w takich przypadkach nie mają znaczenia.

Jarek Lustych trzeba odkrywać młodych (za okrycie dodatkowe pkt..), no bo jak to odkrywać starych, a jak już (ci starzy) zrobili coś wcześniej to całkiem mają przechlapane, bo jaki krytyk/kurator się przyzna, że dopiero teraz przejrzał na oczy

Jan Niksiński Tzw odkrywanie młodych znaczy tylko to, że ich da się bez problemu kształtować o dopasować do danego projektu.

Znowu mój wpis:

Szaleństwo polowania na młodych artystów ma uzasadnienie rynkowe i TYLKO rynkowe. xawery-wolski-lamella-2014-06-16Są nie tylko tańsi; nie mają wielkich oczekiwań i okazują na wszelkie sposoby wdzięczność – także są bardziej elastyczni jeśli chodzi o sugestie kuratorów/marszandów. Chętnie dowiedzą się, jak i co mają robić, żeby zrobić „karierę”.
Zaczynają realizować (czy raczej ilustrować) cudze pomysły/rozwiązania/tezy.
Nie rozwijają się wedle własnych przeżyć, emocjonalnego dojrzewania, doświadczania. Są prowadzeni za rękę.
Odpadają z gry, kiedy pojawiają się jeszcze młodsi, odpowiadający na aktualne zapotrzebowanie rynku. Lub bardziej pasujący do koncepcji kuratora.
I to dopiero prawdziwe nieszczęście.