THE BLOG

26
Mar

Tygrys co wygryzł (recenzja z wystawy Mai Kitajewskiej w Galerii Bardzo Białej)

Udostępnij:

W Galerii Bardzo Białej – świetna wystawa, świetna autorka: Maja Kitajewska.plakat-pod-skora-maja-kitajewska-galeria-bardzo-biala-warszawa-2015-03-16
„Pod skórą” – tytuł niewiele mówiący, jeszcze mniej obiecujący.
Tymczasem to prace (trudno nazwać je obrazami, raczej obiekty) robione… cekinami. Dowcipne, zawierające wiele treści podanych w wizualnym skrócie.
Trochę kampowe – inteligentnie użyta tandeta.
Wieloznaczne.
Jak dla mnie – metafora udawania. Pretensji do światowości. Do szlachetności, do bogactwa w sensie kasa, bogactwa w sensie doświadczenia, bogactwa w sensie tradycja.
Polecam – do 24 kwietnia.

24
Mar

z dedykacją dla “droit de suite”

Udostępnij:

Aukcja sztuki współczesnej z kolekcji Jerzego Olkiewicza i Dobrochny Strumiłło-Olkiewicz w Domu Aukcyjnym Desa Unicum – 19 marca 2015 / 64 pozycje 

Czwartkowy wieczór. Na sali pustawo – ok. 15 osób… jak nigdy. Pod młotek poszły prace 23 artystów – w tym ośmiu żyjących. Dlaczego zdecydowałem o tym napisać? Wyjaśniam poniżej.

Zdarzają się czasami na aukcjach prace z dedykacją. Wpisy te często są widoczne, ale bywają także sprytnie ukryte przez sprzedającego. Znam wiele takich przypadków. Problemu „jakby nie ma“ gdy sygnatura jest z tyłu i dopiero przy zmianie oprawy widzimy ją. Nie raz zdarzyło mi się znaleźć dedykację ukrytą np. pod passe-partout. Ale do rzeczy!

Zbigniew Makowski  (lot. 1) 21. II . 1964  akwarela, tusz/papier wyceniona na 6 tys. rozmalowała się o dodatkowe 5 tys. Tym razem chyba nikt nie pomylił z Tadeuszem?! Ten sam autor (lot. 3)  a i co było do powiedzenia powiedzieliśmy niemal wszystko… akwarela, tusz/papier z 6 tys. nie powiedziano wszystkiego, bo rozmowa trwała tyko o 1,5 tys. dłużej.

Zbigniew Makowski (ur. 1930 r.) ''i co było do powiedzenia: powiedzieliśmy niemal wszystko...'', 1963 r. akwarela, tusz/papier, 48 x 64,5 cm u dołu dedykacja : Dla Jerzego i Dobrochny Olkiewiczów - I-1964'

Zbigniew Makowski
(ur. 1930 r.)
”i co było do powiedzenia: powiedzieliśmy niemal wszystko…”, 1963 r.
akwarela, tusz/papier, 48 x 64,5 cm
u dołu dedykacja : Dla Jerzego i Dobrochny Olkiewiczów – I-1964′

I dalej ten sam autror (13 obiektów – rekord). Park  (lot. 7) kredka, tusz/papier 12 x 7 cm – reprodukcja w katalogu mogła zmylić, bo ponad dwa razy większa niż oryginał, z 2 tys. wystarczyło dodatkowe 1,2 tys. Jan Dobkowski Ułan polowy (przenośny) (lot. 14) akryl, olej/płótno z 12 tys. wynik przeniesiono na 22 tys. – reprezentowany 3 razy.

Jan Dobkowski (ur. 1942 r.) ''Ułan polowy (przenośny)'', 1975 r. akryl, olej/płótno, 148 x 147 cm na odwrociu sygnowany, datowany oraz dedykacja: 'Specjalnie Jerzemu | "Ułan polowy" (przenośny) | J. Dobkowski' oraz "Smok" | Olkiewiczowi Jerzemu Janek Dobkowski | -9-30. V. 75 Warszawa | ...'

Jan Dobkowski
(ur. 1942 r.)
”Ułan polowy (przenośny)”, 1975 r.
akryl, olej/płótno, 148 x 147 cm
na odwrociu sygnowany, datowany oraz dedykacja: ‘Specjalnie Jerzemu | “Ułan polowy” (przenośny) | J. Dobkowski’ oraz “Smok” | Olkiewiczowi Jerzemu Janek Dobkowski | -9-30. V. 75 Warszawa | …’

I dalej  Markietanka (lot. 16) akryl, olej/ płótno z 2 tys. dała zarobić dodatkowe 6 tys. Teresa Rudowicz 61/18   (lot. 17) collage, technika mieszana/papier z 4 tys. namieszało się na 9 tys. Stefan Gierowski Kompozycja dwustronna  (lot. 18) – dla mnie raczej praca dwustronna? -  gwasz /papier z 5 tys. i dodatkowy tysiąc. Jan Tarasin Kompozycja (lot.22) serigrafia/papier wyceniona na 800 zł i na tym zostało. Kazimierz Mikulski Kierunki (lot. 27) gwasz, ołówek/papier poszedł w kierunku 6 tys. a zaczynał od 2 tys. Tadeusz Brzozowski Asessor (lot. 30) tusz/papier z 6 tys. walczył do 15 tys. Tadeusz Pankek (pozycji na aukcji 8 szt.) List gończy drzeworyt/papier (lot. 34) z 1,2 tys. dotarł do adresata za 2,6 tys. I dalej Pastuch na koniu drzeworyt/papier  (lot. 35) z takiej samej wywoławczej pilnował ceny na poziomie 3,8 tys. Profil obłąkanej (lot. 36) drzeworyt/papier – obłęd trwał tylko do 2,4 tys.

Jerzy Panek (1918 - 2001) ''Obłąkana kobieta'', 1960 r. drzeworyt/papier 70 x 56 cm

Jerzy Panek
(1918 – 2001)
”Obłąkana kobieta”, 1960 r.
drzeworyt/papier
70 x 56 cm

Portret kochanki (lot. 37) rozkochał kupującego do kwoty 3,5 tys. Wesoły pies  (lot. 38) drzeworyt/papier zaszczekał za 3,2 tys.

Stanisław Wójtowicz Sen XXX (lot.44) drzeworyt /papier – nie pospano i kupujący przebudził się przy kwocie 2 tys. (wyw. 1 tys). Nikifor Krynicki Krynica Willa (lot. 54) – sytuacja śmieszna ale to na prywatnym FB zamieściłem – akwarela/papier z 800 willa zrozbudowała sie o dodatkowe 2 tys. Wojciech Krzywobłocki Ziemia – żagiel (lot. 55) serigrafia/papier z 500 pln podmuch potrwał do 1,9 tys. Lucjan Mianowski Zachód słońca (lot. 62) wschód od 900 zł do zachodu przy 2,8 tys.

To wyjątkowa aukcja, na której zdecydowana większość, a być może nawet wszystkie licytowane prace stanowiły prezent od artystów (o czym świadczą dedykacje na większości z nich – oraz wiedza, że państwo Olkiewicz zajmowali się sztuką i przyjaźnili z artystami), prowokuje zadanie ważnego pytania: Czy Desa Unicum zapłaci tym ośmiu żyjącym autorom i spadkobiercom pozostałych artystów wynagrodzenie wynikające z Art. 19 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych? Czy inne Domy Aukcyjne płacą?

Przepis ten wprowadzony do ustawy polskiej w 2001 r. w ramach implementacji dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady zobowiązuje osobę zawodowo zajmującą się odsprzedażą dzieł sztuki do zapłaty wynagrodzenia w wysokości 5% ceny sprzedaży (jeśli nie przekracza ona równowartości 50.000 euro) twórcy dzieła lub jego spadkobiercom. Więcej …

http://www.podatki.biz/artykuly/droit-de-suite-czyli-prawo-majatkowe-tworcy-i-jego-spadkobiercow-do-udzialu-w-dochodach-ze-sprzedazy-utworu_40_17635.htm

To, że Desa Unicum jak i inne domy aukcyjne zajmują się zawodową sprzedażą dzieł sztuki nie budzi chyba wątpliwości. Ale dlaczego jest to tak ważne właśnie w przypadku tej aukcji? Prawo do otrzymania tych 5% zwane “droit de suite” wprowadzono w latach 20. XX wieku we Francji, po to by także artyści, a nie tylko kolekcjonerzy i pośrednicy mogli czerpać korzyści ze wrostu cen ich prac.

Wszystkie, albo prawie wszystkie sprzedawane prace były prezentami, ich twórcy nie dostali więc za nie żadnego wynagrodzenia. Za to spadkobiercy obdarowanych i Desa Unicum zamienili te dary na gotówkę. A artyści? Pewnie nie dostaną nic.

Domy aukcyjne, w tym Desa Unicum zachowują się, jakby nigdy o tym przepisie nie słyszały. Jeśli zdaży się, że usłyszał o nich jakiś artysta, wówczas jego dzieło na aukcji oznaczone jest specjalnym symbolem (trójkąt),  który informuje, że wylicytowana cena powiększona będzie o 5%, które dopłacić musi kupujący – czyli i tak nie oni płacą.

No i taki artysta wychodzi na czarną owcę, która nie wiadomo dlaczego domaga się przestrzegania prawa. Tymczasem zapłata wynagrodzenia z tytułu droit de suite jest obowiązkiem sprzedającego i nikt tu niczego nie musi się domagać. W 2012 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeprowadziło konsultacje społeczne na temat przestrzegania tego prawa. Zapytano wówczas dwa domy aukcyjne: Rempex i Desę Kraków. Z raportu Ministerstwa wynika, że Rempex w latach 2006-2012 wypłacił z tego tytułu 903,43 zł, a Desa Kraków aż 175 zł. Znając życie (symbol trójkąta w katalogach aukcyjnych) oraz raport Ministerstwa, trudno spodziewać się, że którykolwiek z twórców-darczyńców dostanie należne mu wynagrodzenie.

22
Mar

Dotykanie duszy (o wystawie Magdy Moskwy w łódzkim ms2)

Udostępnij:

Wydarzenie szczególne: Magda Moskwa nie ma nawet pięćdziesiątki; do tego pracuje w powolnym tempie i stworzyła właściwie niewiele. Jednak kuratorka Maria Morzuch uznała za właściwe zaprezentować dorobek artystki w tak prestiżowym miejscu. Jednocześnie, po raz pierwszy zostały ujawnione sekrety warsztatu malarki – ekspozycję zamyka stół z narzędziami, które bardziej kojarzą się z pracą mechanika precyzyjnego lub chirurga: wiertła, dłuta, noże, skalpele, rękawice. Do tego maksymalny porządek i sterylna czystość. Musi tak być – Moskwa operuje w ciele.

magdalena-moskwa-2013-03-28-014-800x533 magdalena-moskwa-2013-03-25-011-920x613 magdalena-moskwa-2013-03-28-002-576x383

Rytuał przechodzenia

Pierwsze doznanie: w salach muzeum rozlewa się mleczna jasność, której źródła nie widać. Jakby wejść we mgłę. W tej przestrzeni „bez właściwości” – dyskretnie rozmieszczone obrazy i obiekty. Nieduże, zmuszające widza do bliskiego kontaktu.

Te prace przyciągają, zarazem odpychają. Zdają się balansować na granicy świętości i profanacji. Odsłaniają jakąś tajemnicę, na przyjęcie której nie jesteśmy gotowi, a może – wolimy jej nie poznać?

magda-moskwa-kobieta5 3moskwa_400 1093-big

Przy wejściu umieszczono prace najstarsze, studenckie (połowa lat 90.). „Były bardzo źle przyjęte przez profesorów, odrzucane, atakowane” – wspomina Magda M. Nie dziwota, nikt tak jak ona nie malował. Od początku w sztuce Moskwy niepokoił niesamowity, nierealny (nadrealny?) nastrój oraz nietypowa dla młodej dziewczyny tematyka: zainteresowanie duszą, nie ciałem postaci. Ich światem wewnętrznym. Już wtedy autorka uważała, że „człowiek sam dla siebie jest tajemnicą” i to, co widać, nijak nie oddaje tego, co siedzi w środku.

Na dyplomie pokazała kaftany i nakrycia głowy, które oszpecają i krępują ruchy. Jeszcze nie tortury, lecz wyraźny dyskomfort. Wszystko po to, żeby wyrazić, jak niektórzy ludzie czasami czują się. Zakompleksieni introwertycy, których przeraża konieczność kontaktów z innymi. Wydają się sobie paskudni, niezdarni, skrępowani własnym ciałem, sobą. To właśnie wyrażają te kostiumy

.51.-Magda-Moskwa-ubranie-2000r. magdalena-moskwa-2013-03-28-009-800x533 15

Wkrótce po studiach autorka dokonała portretowej rewolucji. Korzystając z rysów własnych i osób mniej lub bardziej identyfikowalnych, wykreowała… ożywione umarlaki. Nie, żadna makabra. Te zombies mają pociągającą powierzchowność.

Kojarzą się z trumiennymi portretami, ale nie z tymi sarmackimi, na których zmarli byli prezentowani w pełni witalności. U Moskwy odnosi się wrażenie obcowania z osobą zmarłą częściowo, wciąż świadomą. Według mnie – klimat jak z powieści Faulknera „Kiedy umieram”.

Magda Moskwa też pokazuje kobiety – choć niekiedy płeć nie jest jednoznaczna. Tym bardziej te wizerunki niepokoją. Oglądamy tłustawe ciała, czasem tylko fragmenty – stopy, dłonie, tułów. Wszystko to ciężkie, niezgrabne, jakby opuchnięte. Oczy często zamknięte, mimika niczego nie wyraża. Mimo to te dziwne figury noszą się odświętnie i wciąż kokietują. Mają utrefione loki na łysawych czaszkach, pomalowane paznokietki na trupio białych paluszkach, noszą wymyślne, kreacje. Nastrój wystawności potęguje otoczenie: wspaniałe materie, wymyślne kwietne desenie, koronki. Przecież to ważna ceremonia – przechodzenie z fazy życia do fazy kolejnej. Bez określania, czym jest ten ciąg dalszy… Mam wrażenie, że Moskwa dogadałaby się świetnie z Małgorzatą Szumowską – obydwie zgłębiają ten sam temat: „Body/ciało”. Czy jest coś więcej?

1093-big  l o2005c

Dłubanie w żywej materii

Magda Moskwa terminem „Nomana” określa organiczną obecność człowieka. Postrzega swe prace jako swego rodzaju „malarstwo materii”. W małej skali. Pamięta, jak silne wrażenie wywarły na niej średniowieczne krucyfiksy, w których rany na ciele Chrystusa pokazane są do bólu (dosłownie) realistycznie. Tłumaczy swoją ideę: „ciało jest środkiem, nie celem”. Znaczy: nie chodzi jej o pokazywanie powłoki zewnętrznej, ale sprawdzenie, jak funkcjonuje życie w tej cielesnej materii, z której wszyscy się składamy.

Kilka lat temu płaskie obrazy zaczęły przeobrażać się w reliefy. Niektóre elementy zyskały realną, trójwymiarową cielesność. Spójrzmy na taki kadr: dłonie – wyraźnie damskie – złożone na brzuchu kobiety odzianej w ciemnozieloną suknię. Ten detal został obramiony… wałeczkami z ciała. Najwyraźniej ludzkiego, naturalistycznie oddanego. W innej pracy biała, leżąca na prześcieradle postać ma wmontowany pomiędzy piersiami… wizjer. Soczewka powiększająca pozwala dostrzec jakiś organ wewnętrzny, nie bardzo wiadomo, jaki.

Ostatnie prace Magdy Moskwy stały się obiektami. Trzeba się nad nimi pochylić i… Niektórzy cofają się, inni starają się nie okazać zdumienia. Bo oto w szklanej gablocie ukryte zostało coś jak placek na pizzę, ale ulepiony – zda się – z ludzkiego ciała. Coś żywego, zarazem przerażająco martwego, wyabstrahowanego z organizmu. Co to – hodowla sztucznej tkanki? Produkcja organów zastępczych? Widać niebieskawe żyłki; kolejne warstwy od naskórka do skóry właściwej. Z ranką pośrodku, jątrzącą się czerwonawo. Co się dzieje wewnątrz rany – też można zobaczyć na zdjęciu, w powiększeniu. Mikroświat, bogactwo form, już nie przerażające, lecz bardzo atrakcyjne, malarskie.

Najnowszy obiekt jest małą rzeźbą o nieregularnym, organicznym kształcie. Miękka srebrna bryła z wlotami do środka. Znów wydaje się, że pod srebrzystą powłoką kryje się żywa tkanka, w której zachodzą jakieś procesy. Możemy nawet dokładnie im się przyjrzeć przy pomocy soczewki powiększającej. Czy zobaczymy prawdę o życiu? Na to pytanie Magda Moskwa nie daje odpowiedzi.

Magda Moskwa „Nomana”; kuratorka Maria Morzuch – Muzeum Sztuki w Łodzi, oddział w Manufakturze (ms2), wystawa czynna do 16 maja

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”’

 

22
Mar

Kultura, moja miłość (recenzja komiksu „Za żelazną kurtyną” Andrzeja Klimowskiego i Danusi Szejbal)

Udostępnij:

okladka-600

Album „Za żelazną kurtyną” to rzecz o znanych mi osobiście artystach. Ich autobiografia z Warszawą i Akademią Sztuk Pięknych w tle.

Przedstawiam bohaterów: Andrzej Klimowski, wybitny grafik, ilustrator, plakacista, do niedawna pedagog w słynnym londyńskim Royal College of Art. Jego żona Danusia Szejbal, malarka i scenografka. Obydwoje z urodzenia i zamieszkania londyńczycy, lecz poznali się w kraju przodków. Mają już na koncie kilka wspólnych komiksów, w tym „Mistrza i Małgorzatę” według Bułhakowa i „Robota” opartego na powieści Lema.

Autorzy graficznej autobiografii „Za żelazną kurtyną”:  Andrzej Klimowski i Danusia Szejbal  oraz okładki poprzednich ich wspólnych komiksów                                                                                    London Creatives Polish Rootsgraphicnovel Robot_Stanislaw-Lem-Andrzej-Klimowski,images_big,15,978-83-61081-63-0

Uwielbiam komiksy autobiograficzne, jako że w sposób szczególny pokazują, nawet obnażają główne postaci. Już sam charakter rysunku – realistyczny, karykaturalny, umowny, itd. – wiele mówi o autorze. Do tego forma zapisu, wybór wątków, rozmieszczenie dialogów czy komentarzy – to kopalnia informacji. Czego dowiedziałam się o małżeństwie Klimowskich?

Duet doskonały

Że są stadłem doskonałym, tak zharmonizowanym, że potrafią i chcą razem pracować. Mają takie samo poczucie humoru i podobnie postrzegają świat. Do tego nie wyzbyli się pewnego idealizmu i nie wstydzą się okazywać uczuć. Są uczciwi w ocenach i emocjach. W porównaniu z polskimi rówieśnikami (to przecież moje pokolenie), wydali mi się jacyś… niegdysiejsi. Nie tknięci transformacją.

Sportretowali siebie syntetycznie, bez nadmiernej dbałości o realizm, jednak na tyle wiernie, że są łatwo rozpoznawali (album zamyka seria fotek z ich domowego albumu, można z nimi porównać rysunki). Bez trudu daje się też rozróżnić znane postaci (charakterystyczne fizjonomie Henryka Tomaszewskiego czy Józefa Szajny)

.szajna jozef portret 1 _6298674 Józef Szajna, twórca  Centrum  Stuki Studio   tomaszewski henryk portret forum _6549259 Henryk Tomaszewski, twórca (współ) polskiej szkoły plakatu

Podoba mi się oszczędne i znaczące użycie koloru w biało-czarno-szarych kadrach, piękne rozłożenie tych barwnych akcentów. Świetna mini-scenka z panią lekkich obyczajów w czerwonej sukience w restauracji Szanghaj czy historyjka o synu damy wynajmującej mieszkanie (wyróżnia go jadowicie żółta koszula), który miał dylemat: zostać z żoną czy rozwieść się, bo mama obiecała mu za rozwód… samochód.

Są jeszcze inne plansze zwracające szczególną uwagę – „cytaty” z tamtej rzeczywistości: radosny telegram Danusi z wieścią, że dostała stypendium do Polski; certyfikat, że uczęszczała na zajęcia u Szajny; reprodukcje zaprojektowanych przez nią kostiumów; reprodukcje plakatów Andrzeja. Wszystko to powściągliwie, bez autochwalby, ot tak, dla zorientowania tych, którzy nie znają twórczości autorskiej pary.

Widać także, że autorzy znakomicie bawili się i na nowo przeżywali rozmaite momenty z przeszłości. Choć w „Za żelazną kurtyną” chronologia została zachowana, akcji daleko do płynności. Małżonkowie przypominali sobie na wyrywki różne sytuacje – sympatyczne, przykre, upokarzające – które utkwiły im w pamięci z racji swej odmienności od tego, do czego przywykli w Anglii. Niektóre scenki są doniosłe, decydujące o losach państwa K., inne błahe, za to oddające nasze ówczesne realia. Myślę, że dla młodszych czytelników komiks o tym, co było za żelazną kurtyną będzie jak bajka o żelaznym wilku.

Pusto w sklepach, bogato w kulturze

W 1973 roku, zaraz po ślubie, zamiast cieszyć się miesiącem miodowym w jakimś romantycznym miejscu, młoda para udała się pociągiem do Warszawy, żeby zdobywać kwalifikacje w artystycznych zawodach. Danusia wybrała podyplomowe studia scenograficzne pod kierunkiem Józefa Szajny; Andrzej zapisał się na plakat do Henryka Tomaszewskiego (w ubiegłym roku przypadło stulecie jego urodzin, obchodzone z fanfarami i wystawami), do pracowni którego ciągnęli adepci grafiki z całej Europy.

Przypomnę ówczesne tło: epoka Gierka, niby mała stabilizacja, ale w zwykłych sklepach słabo, w Peweksach – namiastka zachodniego dobrobytu za bony, za to w kulturze – bogato. Właśnie ten ostatni aspekt sprawił, że małżeństwo Szejbal-Klimowski postanowiło na jakiś czas pomieszkać w Warszawie. Ich chlebem powszednim stały się wynajmowane i często zmieniane mieszkania (stawka – 5 tys. miesięcznie, płatne z góry), kłopoty z zaopatrzeniem, drobni dewizowi naciągacze. Jednocześnie, ich udziałem były bezpośrednie, koleżeńskie spotkania z twórcami najwyższej miary, niezapomniane wydarzenia artystyczne oraz zwykłe imprezy z morzem wódy (bez zakąski). Klimowscy trwali w nieustannym zdziwieniu – że można żyć tak trudno, zarazem tak godnie, bez rywalizacji i gonitwy za pieniądzem. To ich ujęło, zafascynowało, wreszcie – zatrzymało w Polsce. Na długich osiem lat.

4302  andrzej-klimowski-poster-praga klimowski_1996 4687487309_04877c841c_z

 

Kilka plakatów Andrzeja Klimowskiego

Post scriptum

Ostatni raz Andrzej Klimowski odwiedził PRL sam (Danusia spodziewała się drugiego dziecka) w szczególnym momencie – w grudniu 1981 roku. Stan wojenny zastał go na prywatce u przyjaciół, wśród których rozpoznajemy Krzysztofa N., znanego fotografa. Tego samego, który pierwszy przesłał na Zachód zdjęcia czołgów na ulicach Warszawy. Ale to zupełnie inna historia. Ostatni kadr „Za żelazną kurtyną”, to samolot odlatujący w stronę Londynu. Na długo…

 

 

17
Mar

Azyl w kobiecych ramionach (o komiksie „Dziewczyna i Murzyn” Judith Vanistendael)

Udostępnij:

Niedawno zachwyciłam się albumem „Kiedy Dawid stracił głos” Judith Vanistendael – więc dla przypomnienia omówienie jej pierwszej opublikowanej w Polsce, autobiograficznej pracy.

DANCE-BY-THE-LIGHT_COVER-e1326967275907

Wzruszycie się: ona piękna, młoda, biała – on niewiele starszy, równie atrakcyjny fizycznie, ale… czarny. Dziewczyna i Murzyn. No i łącząca ich miłość, która napotyka na przeszkody natury społeczno-obyczajowej. Współcześni Romeo i Julia. Nie, nie ma śmierci w finale. Nie ma jednak happy endu…

Judith Vanistendael (ur. 1974) opowiedziała historię prawdziwą. Autobiograficzną. Judith-Vanistendael-770x462

To reakcja na książkę ojca, pisarza i dziennikarza Geerta van Istendael, który opisał związek córki z uchodźcą, hebanowym księciem (?) z Togo, bojownikiem o prawa człowieka, prześladowanym w afrykańskiej ojczyźnie. Młodzi spotkali się i zakochali w sobie w Brukseli, gdzie uroczy Abou znalazł schronienie – niestety, czasowe. Jedno może go uratować przed deportacją – ślub z Belgijką. Dokonuje się to w majestacie prawa, przy aprobacie rodziców Sophie (vel Judith, w komiksie imiona zostały zmienione). Przedtem młodzi mieli okazję dobrze się poznać – mieszkali w rodzinnym domu panny, na najwyższym piętrze, które urządzili wedle własnych upodobań. W ogóle, żyli na pełnym luzie, spędzając czas według swoich potrzeb i pomysłów. Abou nie studiował ani pracował, czekając na decyzję o przyznaniu praw emigranckich; Sophie trochę uczyła się, trochę obijała; angażowała społecznie, rozpoznawała sytuację kobiet w Togo. Frustrujący stan zawieszenia – jednak trudno określić to mianem dramatu. W dodatku rodzice dziewczyny nie rzucają się Rejtanem przeciwko jej związkowi z kolorowym uciekinierem. Przeciwnie, zapraszają go pod dach, zdobywają informację o jego szansach na status uchodźcy, rozpoznają sytuację w Afryce i w Togo. Kumplują się. Właściwie, to starzy decydują o ślubie (odwrotnie niż u Szekspira) dla dobra Abou, który miękko wchodzi do familii (arystokratycznej i zasobnej). Co najważniejsze, dostaje pozwolenie na stały pobyt w Belgii. Gdzie więc tragedia, gdzie rasowe uprzedzenia?

Sophie po prostu nie radzi sobie z „demonami” w głowie czarnoskórego małżonka. Odchodzi od niego, lecz nie wnosi rozwodowego pozwu, żeby mu nie zaszkodzić ani jego sprawie. Czyli – nie ma rasistowskiego problemu, tylko zwyczajny, ogólnoludzki: niedojrzałość emocjonalna gówniary, którą przerasta sytuacja.    09  dance_by dblm_01

 

Fabułka komiksu Judith Vanistendael prosta i naiwna, jak bohaterka. Ale postaci rysowane i charakteryzowane świetnie. Doskonale też wykorzystany „język” obrazków; dopowiadanie słów – sytuacją czy sekwencją kadrów. Dobrym pomysłem – podzielenie tomu na część opowiedzianą z punktu widzenia ojca i wydarzenia oglądane z perspektywy Sophie. Obydwie partie dopełniają się, wzbogacają. Za to daję autorce punkty.

Natomiast zirytowało mnie sztuczne uwznioślanie konfliktu, zwłaszcza podbicie politycznym podtekstem. Ten Murzyn – to po prostu szczęściarz! Dostał papiery, osadził w Brukseli, mógł dalej studiować. Dziewczyna też spadła na cztery łapy, wyszła powtórnie za mąż, urodziła córkę, z nieopierzonej pannicy przeobraziła się w powabną kobietę. Gdzie problem?

Kto był w Brukseli, ten wie, gdzie: w samoistnie powstałym getcie kolorowych. Jak we Francji, jak w innych krajach z racji historycznych (i etycznych) zmuszonych do przyjmowania obywateli z byłych kolonii. Nie jest miło białej kobiecie przejść się wieczorem w okolicach Dworca Południowego (Gare du Midi), więcej – nie jest to bezpieczne. To nie rasizm jest przyczyną podziału miasta (tego i innych) na dzielnice białe i kolorowe, to wybór i potrzeba przybyszy. Dlatego mam dystans wobec pompatycznego tonu dedykacji „…wszystkim uchodźcom tego świata, którzy szukają ludzkiego oraz godnego życia”. Nie bądźmy tak łatwowierni, jak Judith i jej alter ego Sophie. Świat jest, jaki jest, bo ludzka natura paskudna. Zmiana przepisów emigracyjnych niczego nie poprawi. Niestety.

 

Dziewczyna i Murzyn

Scenariusz i rysunki – Judith Vanistendael

 

Tłum. Łukasz Wróbel

Wyd. Timof i cisi wspólnicy

Warszawa, 2012

 

15
Mar

Zawracanie kijem historii (recenzja komiksu „Zdarzenie. 1908” Jacka Świdzińskiego)

Udostępnij:

Leżała sobie, leżała… Dobrych kilka miesięcy. Przypadkowo wzięłam do ręki niepozorną – choć grubą – książkę oprawioną w „marmurkową” okładkę, jak kiedyś oprawiano zeszyty.                                                    komiks-300x345

Otworzyłam, poczytałam. Rewelacja!  Relacja z wyprawy w rejony odcięte od cywilizacji, w pobliże koła podbiegunowego. Było tak: nasz człowiek (Świdziński) natknął się w rosyjskim antykwariacie na manuskrypt nieznanego autora. Z rękopisu sporządził faksymile  i wydał (nakładem Kultury Gniewu)> tom opatrzył nic nie mówiącym tytułem „Zdarzeniu 1908”.

I oto mamy. zapis bogaty w szkice, skąpo inkrustowane tekstami. Widać, że autorowi (jak dotąd anonimowemu) sztywniały z zimna palce, bo kreska drżąca i mało precyzyjna, a o podobieństwie podobizn (do bohaterów) lepiej nie mówić

 

.    imgresimgres imgres

Wracając do odkrywcy dzieła – nie tak dawno Świdziński (w 2013) zgłębiał przyczyny niepowodzenia genialnego naukowca pochodzenia serbskiego w albumie „A niech cię, Tesla!”. Jak wiadomo, to Nikola Tesla wynalazł m.in. radio, co niesłusznie przypisano Marconiemu.

W „Zdarzeniu 1908” Tesla powraca. Znowu coś chachmęci, kombinuje, eksperymentuje. Tym razem na Syberii. Zachęcam – wybierzcie się tam wraz z Nicolą! Ale przedtem (lub potem) sprawdźcie, kim byli bohaterowie i dlaczego zapuścili się daleko za rzekę Angara. Bez tego cały efekt diabli biorą.

Cyrk na Syberii

Czytam raz – ryczę, kwiczę, chichoczę. Czytam drugi – to samo. Pokazuję mężowi – on też. Innych także przyprawia o niekontrolowane paroksyzmy śmiechu. A humor to absurdalny. Komiksowy odpowiednik „Latającego Cyrku Monthy Pytona”. Dialogi na cztery nogi wzbogacone o dźwięki pisane… cyrylicą.

Najważniejszy rysunek: niby-naiwny, pozornie nieudolny. W istocie, cudownie zespolony z pure-nonsensowną treścią. Krąg antenatów? Mrożek, Kobyliński i Pokrak rysowany lewą ręką przez Andrzeja Dudzińskiego. Pokrewne dusze? Janek Koza i Marek Raczkowski.

W „Zdarzeniu 1908” biorą udział postaci niepodobne do nikogo. Nakreślone jedną linią karykatury karykatur. Nóżki – patyczki, rączki – wypustki; nosy jak dzioby; twarzy brak. Ferajna dziwolągów, które prze w głąb tajgi z misją, której nie sposób pojąć aż do momentu eksplozji.

Muchomor prawdę ci powie

W 1908 roku w środkowej Syberii wydarzyło się coś dziwnego: eksplozja, którą słychać i widać w promieniu setek, prawie tysiąca kilometrów, której rezultatem były białe noce w Brytanii i anomalia meteorologiczne. Katastrofa tunguska. Zainspirowała kilku pisarzy gatunku s-f: Alfreda Szklarskiego („Tajemnicza wyprawa Tomka”), Stanisława Lema („Astronauci”) i Jacka Dukaja („Lód”). Co naprawdę było przyczyną fenomenu – nikto nie znajet. Do teraz. Bo oto tajemnica rozjaśnia dzięki temu dziennikowi.

Jest las, las, las (iglasty)… Tajga. Lokalny szaman nażera się halucynogennych grzybków i ma wizje, których sensu nie chwyta. We śnie-widzeniu muchomory podają mu ręce, a w tle dzieje się coś dziwnego, zatrważającego, groźnego dla życia na ziemskiej planecie…

Ale na razie imperium Rosyjskie trwa i ma się dobrze. Przez bezkresne śniegi północy toczy się kolej tran-syberyjska. W niej – pasażerowie. Dla zabicia czasu popijają wódę i prowadzą kulturalne konwersacje. Pojawia się też komiwojażer handlujący zwierzątkami z okolic, ale nie mają brania.

imgres-1 Zdarzenie1908_28 imgres-3 Zdarzenie1908_23

Na stacji Tajszet część pasażerów opuszcza pociąg.

Ten największy o wyglądzie szczotki do kibla – to Rasputin. W pałubie podtrzymującej kulkę rozpoznajemy carycę Aleksandrę Fiodorowną Romanową z synkiem Aleksym. Zanim przyszedł na świat, miała przechlapane: nie dość, że nielubiana przez rosyjską arystokrację, to nie sprawdzała się jako rodzicielka następcy tronu. Wreszcie, jako piąte dziecko rodzi się Aleksy, ale chorowity… Hemofilia… Roztrój nerwowy… Leczeniem zajmuje się postać nieco szemrana i potargana – Rasputin właśnie. W ramach kuracji ordynuje wyprawę na północ. Oczywiście, incognito.

Siekierezady

Jednocześnie, z Cytadeli (warszawskiej) porwany zostaje więzień Feliks Dzierżyński. Wbrew jego woli – bo właśnie wziął się za pisanie dzieła życia o „wizji równości”. W tym samym czasie do kirgiskiego myśliwego-filozofa Dersu Uzały (kto widział film Kurosawy, wie, o kim mowa) zgłasza się nawiedzony staruch z brodą – Lew Tołstoj. Wszyscy chcą dotrzeć do rzeki Angary, nawet dalej.

.DersuUzala3 KurDersu10

Po drodze do supergrupy (Rasputina, Feliksa Dzierżyńskiego, carycy Aleksandry, Aleksego, Tołstoja i Dersu) dołącza niejaki Siergiej Prokudin-Gorski, jeden z pionierów kolorowej fotografii, dokumentalista imperium rosyjskiego (zbiegiem okoliczności niedawno widziałam jego zdjęcia na wystawie w berlińskiej galerii Gropius-Bau). Gromadka licząca siedem osób plus trzy renifery brnie w śnieżną dal. Syberyjski survival sprawia, że zaprzyjaźniają się i wspólnie stawiają czoła wyzwaniom. A tych – bez liku. To ściga ich tygrys (nażarty, tym groźniejszy); to obezwładnia banda obdartusów (z gatunku polonicus romanticus) posłusznych Soni-byłej-kurwie (Dostojewski się kłania), z którą caryca stacza pojedynek na siekiery (broń Soni nosi imię Lizawieta).

Kres tej pięknej przygodzie stawia duże BUUUM! Ratuje się Dersu, jak zwykle przygotowany na każdą okoliczność; caryca z następcą tronu uchodzą na reniferze w siną dal; Tołstoja porywa podmuch powietrza i ciska (martwego) obok powalonych jodeł; Prokudin-Gorski ustawia aparat do ostatniego w życiu (nieudanego, niestety) zdjęcia… Pandemonium. Armagedon.

Jak się okazuje, sprawka Tesli. A niech cię!

I tego Świdzińskiego też.

Alexandra_Fyodorovna_LOC_01137u 250px-Tołstoj rasputin-294x350

Na koniec – zgadywanka: kto jest kto?

 

Zdarzenie. 1908

 Scenariusz i rysunki – Jacek Świdziński

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2014

 

03dd166b181aa3d78b7259308ba235ca,0,920,0,0

13
Mar

Piruety na łzach (recenzja komiksu „Polina” Bastiena Vivèsa)

Udostępnij:

polina-4 polina1  polina-3Bastien Vivès - Polina,ensaio

Czemu służą tortury cielesne, którym poddają się przyszli baletmistrze od dziecka, by zaistnieć kilkanaście lat, a potem zniknąć ze sceny grubo przed wiekiem emerytalnym?

Kariera, która od początku wymaga więcej wyrzeczeń, niż przynosi satysfakcji. Choć na liczniku lat niewiele, zero rozrywek. Świat zewnętrzny „zwykłych” ludzi nie ma tancerzom nic do zaoferowania. Znają tylko reżim, zmaganie się z fizycznością, ból, pot, łzy…

Czy cud sztuki, uniesienie, poczucie absolutnego panowania nad ciałem są warte tej ofiary?

Kontemplacja bólu

Komiks „Polina” Bastiena Vivèsa (pokaźny tom) przyciąga oczy ostrą purpurą, ale… tylko na okładce.vives

Potem jedynie czerń i biel na szarym tle, z którego emanuje zimno i obojętność. Tak ma być: nie ma zmiłuj dla adeptów sztuki baletowej, żadnego uprzyjemniania treningu!

Mimo to oglądając „Polinę” cały czas widziałam pastelowe odcienie, zwłaszcza rozbielony róż. Bo nakładały mi się powidoki malarstwa Edgara Degasa. Któż by nie znał jego słodkich małoletnich baletniczek, popisujących się/odpoczywających/ćwiczących w swoich tiulowych tutu, niewiarygodnie kruchych i jakoś niematerialnych? Degas śledził te istotki godzinami, dniami, latami – a potem odtwarzał z pamięci układ ciałka, kończyn; proporcje; oraz… bezemocjonalność twarzyczek. Coś z tego odnajduję w „Polinie”.

Ta historia dzieje się współcześnie – ale mogłoby sto lat temu.

Dziewczynka ma sześć lat i przejawia talent taneczny. A może to tylko ambicje rodziców? Ale oto nadszedł dzień wielkiej próby. Śmiertelnie przestraszoną Polinę mama wiezie na egzamin wstępny do prestiżowej szkoły baletowej profesora Bożyńskiego. Spod wysoko podniesionego kołnierza puchowej kurtki ledwo wystaje nosek i duże uszy, mankament dla gwiazdy filmowej, lecz nieistotny w przypadku tancerki.

Tak zaczyna się opowieść o Polinie Ulinowej, postaci fikcyjnej, lecz jakże wiarygodnej. Rzec można, wzorcowej. Nic dziwnego, że album Vivèsa, o tematyce dotychczas nie podejmowanej przez twórców komiksu, ma być wkrótce zekranizowany (z choreografią Angelina Preljocaja)

.Polina_plansza Pol03 Pol03-1

 

 Zimny wychów

Vivès, podobnie jak Degas, szkicuje „z głowy”. Cudownie. Oglądałam z zachwytem – ktoś, kto tak jak autor „Poliny” czuje taniec, musiał spędzić sporo czasu na widowni i za kulisami. Jedna cienka kreska – nie, nie przesadnie realistyczna, lecz trafiona, dynamiczna i ruchliwa jak opisane nią postaci – i już widać, w jakim wieku jest osoba, jak się rusza, ile waży, co jej dolega, czego się boi. Mistrzostwo.

Tytułowa bohaterka jest też świetnie scharakteryzowana przy pomocy dość niekonwencjonalnych – jak na komiks – środków. Nie tylko sylwetka wiele o niej mówi. Także buzia – trójkątna, o zapadniętych policzkach, odstających uszach, dużych oczach, małomównych, rzadko uśmiechniętych ustach. Ale najważniejszy jest nos. We wszystkich niemal kadrach – czarny, jakby oświetlony od dołu. Dlaczego?

Taki efekt powstaje, gdy aktor/tancerz występuje na scenie i oświetlają go jupitery od dołu. Vivès konsekwentnie portretuje Polinę w światłach rampy – nawet w prywatnych sytuacjach. Świadomy zabieg? Nie wiem. Dla mnie to projekcja marzeń dziewczyny i dowód jej skoncentrowania (również w podświadomości) na baletowej karierze.  

                          polina_papieros 480fd155efcec55aab915fb744dcaf6c bastienvives 

 

Los jakich wiele

Każdy tancerz marzy, by tam zabłysnąć: Bolszoj, słynny moskiewski teatr, gdzie pojawiają się najwięksi. Scena, która jednych przyprawia o dreszcze emocji, innych razi pompatycznością architektury. Tam przyjdzie młodziutkiej Polinie spędzić kilka lat; tam przyjedzie z Europy już jako gwiazda światowego formatu.

                                                                                              Pol04

I w tym miejscu bohaterka musi się stanąć na puentach, potem – odbić, wykręcić piruetem, poszybować jak najwyżej w górę… A tam, w podrzucie (ponad 60 cm ponad podłogą), dopadają ją uwagi mistrza: „Kiedy jesteś w górze, skorzystaj z okazji. Spojrzenie, Polino! Kontempluj!”

Jak tu zastosować się do tej rady, kiedy całe ciało boli?!

                           polina4-1!polina03  polina4

Dla takich jak Polina dzieciństwo kończy się znacznie za wcześnie, młodość nie pozwala się wyszumieć, a życie prywatne nie daje oddzielić się od zawodowego. Sukcesy, jeśli nadchodzą, kosztują tak wiele wyrzeczeń, że właściwie trudno się z nich cieszyć. W męce zdobywania ponadprzeciętnej sprawności nie ma czasu zdystansować się wobec tych trudów; nie ma kiedy przemyśleć, jaki jest sens sztuki. Polina długo tego nie wie. Za bardzo skupia się na ćwiczeniach cielesnych. Dopiero niepowodzenia osobistej natury; zdrada chłopaka; w konsekwencji – zagraniczny wyjazd, a tamże – brak pracy, kasy znajomości, sprawiają, że znajduje cel w życiu. I radość ze sztuki.

Polina” nie oferuje czytelnikowi fabuły emocjonującej jak thriller. Nie ma tam suspensów ani zaskakujących momentów. Akcja toczy się gładko jak doskonale wyćwiczony balet. Dopiero w finale bohaterka wydobywa się ze swego sztywnego kostiumu, a opowieść dostarcza wzruszeń. Ale zapewniam – warto na to czekać. A przedtem ćwiczyć wraz z Poliną hart ducha.

 Polina

Scenariusz i rysunki Bastien Vivès

Wyd. Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015

07
Mar

Bezpowrotnie utracona szczerość (o wystawie Artura Żmijewskiego w PGS Sopot)

Udostępnij:

Ostatni dzień lutego, wczesne popołudnie. W Państwowej Galerii Sztuki, tuż obok sopockiego molo, zbierają się dzieciaki; dostają pędzle, farby; zaczynają akcję odmalowywania wraku samochodu, który przytaskano na sale wystawowe. Bawią się świetnie, nie zwracając uwagi na przedstawicieli mediów, flesze i kamery.

Co szczególnego w tych zajęciach plastycznych dla małolatów? Otóż fakt, że zainicjował je Artur Żmijewskia4ea1515-f9df-4b81-b05f-0b5402bf021c, który także bierze udział w pacykowaniu. Zaangażowany jak maluchy, upaprany po łokcie, przejęty.

Ten event był aneksem do wystawy „Prace warsztatowe” (kurator Adam Mazur)bc398e63-42cb-4ce2-8735-062719a34638, złożonej głównie z filmów dokumentujących inne paraartystyczne wydarzenia animowane przez Żmijewskiego.

O nim: lat 49, absolwent Kowalni, gwiazdorskie bio, reprezentant Polski na weneckim biennale sztuki pracą „Powtórzenie” (2005), przyjaciel innego twórcy o światowej renomie Pawła Althamera (który również zawitał w Sopocie i współtworzył powernisażowe malowanie).

Nie minęły dwa lata od wielkiej prezentacji „Pracując” Żmijewskiego w stołecznym Zamku Ujazdowskim – ale w zestawie filmów wybranych do „Prac warsztatowych” powtarza się tylko jedna rejestracja: „Msza I” z 2012          pic. Nawiązuje do niej „Msza II” z roku bieżącego, nagrana w Teatrze Starym, z Janem Peszkiem w roli kapłanarmnsc_msza_fot_michal_ramus-1a. Mocna praca; celne oskarżenie hipokryzji. Poza „Mszami”, w PGS  zaprezentowano sfilmowane wydarzenia o charakterze zróżnicowanym, lecz zachowujących jedną spójnię: działanie z grupą.

Obydwie „Msze”– to osobny rozdział w dokonaniach Zmijewskiego. Problem teatralizacji rytuału, bierności uczestników, propagandowo-politycznej siły kazań-przemówień. Wolałabym, aby ten wątek zajął więcej miejsca w sopockim pokazie, bo jest znacznie ważniejszy społecznie, niż zajęcia plastyczne z dziećmi i młodzieżą.

Animując

Żmijewski przybiera wobec tych zespołów rozmaite role: prowokuje, animuje i obserwuje, czasem także współuczestniczy. Zachowuje dystans, pozostaje w cieniu.

To nie Tadeusz Kantor, który manipulował aktorami-marionetami; nie Marina Abramović, która narażała własne ciało na niemiłe dlań interwencje; nie Jerzy Bereś, celebrujący quasi-misteria jako kapłan i jednocześnie ofiara. Mogłabym wymienić jeszcze wielu artystów ze starszych generacji, którzy wydają się bliższymi bądź dalszymi powinowatymi Żmijewskiego. Oczywiście najbliższy mu jest jego dawny profesor Grzegorz Kowalski.

A.Ż. chętnie udziela się jako „badacz sztuki”: przeprowadza wywiady, wypowiada się, teoretyzuje. Manifestuje prospołeczną postawę, empatię, otwartość. Unika oceniania. Sprawdza kiedy i w jakich formach zawiera się przemoc. W tytułach lubi formę imiesłowową (Malując, Pracując, Gotując, itd.) – co odbieram jako wyraz aktywnej, uczestniczącej postawy. Według niego stawanie się jest ważniejsze niż dokonanie.

Stara się być uczciwy – nie ma powodu mu nie wierzyć.

Odpłacę więc tym samym, nie ukrywając wątpliwości.

Sprawdzając

A.Ż. deklaruje brak zaufania do instytucji artystycznych, które – jego zdaniem – „oferują kulturę usypiającą”. Znaczy to, że mumifikują twórczość, usztywniają wszelką kreatywność, eliminują autentyzm sztuki. Na domiar złego „pracownikom zaczyna się wydawać, że ich instytucje należą tylko do nich” (cytat z katalogu AŻ). W konsekwencji tych poglądów Żmijewski penetruje środowiska „dziewicze”, nie podpadające pod zinstytucjonowaną dystrybucję sztuki. Stąd wycieczki do więzienia9047c015-c3db-4b8f-9503-022fd04b3c78_714x, akcje plenerowe z dzieciakami, warsztaty ze studentami różnych nacji (najnowsza, tegoroczna praca realizowana w Lipsku pt. „Obcy”).

Rozumiem jego działania jako próbę powrotu do emocji towarzyszących procesowi twórczemu. Do instynktów, atawizmów tkwiących w nas, ludzkim gatunku. Widać to u dzieci: jak nasi praprzodkowie spontanicznie wyrażają siebie poprzez obrazy, barwy, kształty… Dlatego A.Ż. prowadzi grupkę młodych na Cmentarz Żydowski w Warszawie czy do lasu w Palmirach 1274038i obserwuje ich spontaniczne malarskie reakcje. Podobnie wyzwala plastyczną aktywność w kobietach osadzonych w Areszcie Śledczym na Grochowie. Okazuje się, że przygnębiająca aura na poły zdewastowanej nekropolii skłania dzieci do sięgania po czerń z akcentami czerwieni; zaś u osadzonych kobiet przeciwnie, pojawia się feeria kolorów i nieskrępowana energia kształtów.

Wątpiąc

Przyjrzałam się uważnie narzędziom, którymi dysponowały dzieciaki w cmentarnej scenerii: miały tylko czarną i czerwoną farbę. Znaczy, nie kierowały się własnym odruchem, nie podziałała na nie specyfika miejsca… Natomiast dodawanie do malunków martwych liści, mchu, ziemi – to ich własna inicjatywa.

Zgadzam się z poglądami Żmijewskiego odnośnie instytucji kultury (oraz innych). Ale tu pytanie: dlaczego artysta jednak wystawia prace swoje oraz „warsztatowców” w galeriach, i to tych najbardziej prestiżowych, a nie w bardziej dyskretnych, z założenia „niekulturalnych” miejscach? Kolejna moja wątpliwość dotyczy warsztatów z młodymi ludźmi, którzy mają wyrazić wszechobecną przemoc (wspomniane zajęcia „Obcy” w Lipsku). Pomijam mocno naiwne wyobrażenia na ten temat (czy naprawdę nauka obcego języka podpada pod przemoc?). Bardziej zadziwiły mnie efekty ruchowe. Rejestracja filmowa do złudzenia przypomina dawne poszukiwania w eksperymentalnych teatrach z lat 60. i 70. (Laboratorium Grotowskiego, Gardzienice Staniewskiego) czy parateatralne doświadczenia prowadzone przez happenerów bądź performerów (m.in. Kantor, Abramović, Acconci).

Tak, sztuka wizualna, jak cała kultura, ba! cywilizacja są w stanie kryzysu. Żmijewski z7536447K,Artur-Zmijewskiproponuje w tył zwrot. Szuka spontaniczności, czystości, gorączki twórczej, twórczego wrzenia. Dotarcia do wszystkich, także tych z pewnych racji eliminowanych (kalectwo, niska pozycja społeczna, brak finansowych możliwości). Ale czy my, odbiorcy, wierzymy w jego bezinteresowność?

 

Artur Żmijewski „Prace warsztatowe” – Państwowa Galeria Sztuki, Sopot, wystawa czynna do 5 kwietnia

 

Nieco mni9ejszy tekst ukazał się w Rzeczpospolitej

06
Mar

Zjeść, przeżuć, wydalić (o wystawie „Kanibalizm? O zawłaszczeniach w sztuce” w Zachęcie)

Udostępnij:

– Zawłaszczanie to jeden z najważniejszych nurtów sztuki współczesnej 006345– tak postrzega to zjawisko Maria Brewińska, kuratorka arcyważnego pokazu, który dziś otwiera się w Zachęcie. I dowodzi tego na przykładach 70 prac, wszystkie sygnowane przez znane nazwiska. Czy to oznacza, że wielcy artyści to wielcy złodzieje?

Można by tak sądzić po niedawnym procesie o plagiat przegranym przez Luca Tuymansa ft363-p3-face_of_flanders-240x250przed belgijskim trybunałem. Ale to precedens, potwierdzający regułę: w powszechnym pojęciu sztuka, jak niebo czy słońce, należy do całej ludzkości.

Dlaczego więc artysta nie mógłby korzystać z dokonań poprzedników? Zwłaszcza, jeśli w ten sposób – wykorzystując po swojemu pracę innego autora – wyznaje mu… miłość. Bo akt zawłaszczania jest jednocześnie wyrazem admiracji. Fascynacji. Zauroczenia. A nawet – gwałcenia przez pamięć. Jak pozbyć się natręctw? Wchodząc w nie, jak w głowę Johna Malkovicha006378.Arthur_Sasse___Albert_Einstein_Sticking_Out_His_Tongue_(1951),_2014

Całodobowa Psychoza

W Zachęcie powtarzamy historię sztuki i przerabiamy historię filmu. Zwiedzanie zaczynamy od awangardy, od słynnego koła rowerowego Marcela Duchampa,Duchamp A to Rrose Selavy czyli Duchamp powtórzony przez Krasnalsów. Z odrąbanym paluszkiem…morimura_doublonnage_marcel_1988-webA to Yasumasa Morimura jako czteroręki Duchamp

 

Po raz pierwszy umieszczonego na wysokim stołku 102 lata temu. Tym razem podobny ready made wykonał Cezary Bodzianowski, lecz od razu wiadomo, że mruga okiem do odbiorcy – koło zostało przypięte zwyczajnym rowerowym łańcuchem do kutej balustrady przy głównej klatce schodowej. Obok na podeście przyciągają wzrok kolumny skonstruowane z wielokrotnie powtórzonej piramidalnej formy. Czyżby słynna „Niekończąca się kolumna” Brâncușiego? Nie, hołd złożony najważniejszemu rzeźbiarzowi XX wieku przez Aleksandrę Ska, polską artystkę. A dalej – cóż to, szkic Velázqueza do obrazu „Mars” (1640-42)? Kolejna zmyłka. Roberto Longo, wybitny amerykański twórca, znany ze swych niewiarygodnie precyzyjnych ołówkowych rysunków, do złudzenia przypominających fotografie, skopiował dzieło barokowego mistrza (cykl „Według”, 2012). W innej skali i bez kolorów.

A co zrobił Douglas Gordon „Psychozie” Hitchcocka?

Zabił!l

Pozbawił sensu i suspensu. Rozciągnął film w oryginale trwający niecałe dwie godziny do dawki 24-godzinnej. Nagle ruchy tracą płynność, akcja gubi się i całość wygląda jak pokaz slajdów.

W innej pracy Gordon cytuje znaną scenę z „Taksówkarza”. Robert de Niro powtarza do lustra „You talki’n to me?” Gordon nie tylko powtarza ten moment w nieskończoność – on powtarza to na dwóch ekranach ustawionych naprzeciwko siebie, uzyskując niepokojący efekt. Dodam, że praca nosi tytuł „Po drugiej stronie lustra” (brzmi znajomo, prawda?).

Goło, wesoło, kryształowo

W sali Narutowicza publiczność oślepia blask bijący z siedmiometrowego kryształowego żyrandola, ustawionego na podłodze przez Ai Weiwei’a. Mniejsza jednak o nietypową pozycję „Fontanny światła” (tytuł pracy), ważniejszy jej kształt. Najsłynniejszy chiński artysta-dysydent zakpił z najsłynniejszego monumentu radzieckiej awangardy – Pomnika III Międzynarodówki Władimira Tatlina (1919). Pastisze, to kolejna strategia „zawłaszczeniowców”. Na dowcipnym i zaskakującym przerabianiu głośnych dzieł sztuki wyrobiła sobie markę Łódź Kaliska, w Zachęcie reprezentowana przez Adama Rzepeckiego i inscenizowane zdjęcia z „Pietą” Michała Anioła na czele i niby-podobizną Gertrudy Stein, zamiast której wystąpił… Mieczysław Porębski.

To jednak nic w porównaniu z Johnem Malkovichem udającym bliźniaczki jednojajowe sfotografowane przez Dianę Arbus w 1967 roku. john-malkovich-homage-to-photographic-masters-sandro-miller-11Amerykański aktor chętnie wciela się w postaci z kultowych fotografii, re-inscenizowanych przez artystę fotografa Sandro Millera. W Zachęcie mamy jeszcze Malkovicha jako zafrasowaną matkę z dziećmi (uchwyconą przez Dorotheę Lange podczas wielkiego kryzysu) i czarnoskórą sprzątaczkę ustawioną pod amerykańską flagą przez Godrona Parksa w 1942 roku.

Nie mniej zaskakujący jest Japończyk Yasumasa MorimuraMorimura02 yasumasa_morimura_monroe1 tapic_7977573.0002.103-00000004_1550_992_full_0,   Morimura                                          Alberto_Korda___Che_Guevara_(1960),_2014 i Malkovich, obydwaj jako Che

który stał się żywym malowidłem Goi „Saturn pożerający swoje dzieci” oraz Vermeerem van Delft malującym modelkę (też Morimura) w pracowni. Po remake sięgnęła także Aneta Grzeszykowska, imitująca postaci ze klasycznego już cyklu

Cindy Sherman „Untitled Film Still”.G02A05Untitled-Film-Still-5.1977_large

grzeszykowska_filmstils_03        Aneta w roli Cindy                  sherm_grnr-34

CS_UntitledFilmStill6

Tu zawiłości mnożą się: nasza artystka udaje Sherman, która udawała nieistniejące aktorki i pozowała do fotosów-kadrów z nieistniejących filmów… Coś jak recenzje Stanisława Lema pisane do nieistniejących książek („Próżnia doskonała”). Fotograficzny apokryf?

 

Kto płaci tantiemy?

Kiedyś nie istniało pojęcie plagiatu. Przez stulecia artystyczna nauka polegała na ćwiczeniu manualnej sprawności poprzez kopiowanie arcydzieł (lub kopii arcydzieł). Bywało też, że perły sztuki malarskiej odwzorowywano w grafice (tzw. reprodukcyjnej) po to, aby je popularyzować, nagłaśniać – przecież inna forma powielania nie istniała! Cel zbożny, gdyby nie fakt, że kopiści nieźle zarabiali na geniuszu innych twórców. I chyba nie wszyscy wielcy radzi byli takiej formie afirmacji i adoracji. „Biada wam złodzieje i naśladowcy cudzego trudu i talentu! Strzeżcie się przywłaszczania sobie naszej pracy”, pomstował Albrecht Dürer 

                                                                                                               Durer_selfporitraitna fałszerzy jego grafik.

Wywalczył u rajców Norymbergi tyle, że wydano zakaz na sygnowanie podróbek charakterystycznymi literami AD.durer_melancholia_i1

 

 Minęło kilka stuleci i samo logo wielkiego artysty stało się pokupnym towarem, zawłaszczonym przez reklamę. Ale to inna historia.

 Kanibalizm? O zawłaszczeniach w sztuce. (wystawa zbiorowa) – Galeria Zachęta; 07. 03 – 31.05. 2015

Tekst był publikowany w Rzeczpospolitej

03
Mar

Obrazy bez blagi (o wystawie Boznańskiej w warszawskim Muzeum Narodowym)

Udostępnij:

Warszawska edycja wystawy Olgi Boznańskiej przypada na 150. rocznicę urodzin artystki.

                      Autoportret_1906_2 Olga_Boznańska_Autoportret_3 olga_boznanska_10 Autoportret_z_kwiatami

Zakończona niecały miesiąc temu w krakowskim Muzeum Narodowym, jubileuszowa ekspozycja dorobku Olgi Boznańskiej „wypracowała” frekwencyjny sukces. Zasłużenie. Widziałam, komentowałam. Przeniesiona do stołecznego muzeum, wcale nie jest tym samym pokazem. Nie chodzi o pewne zmiany w doborze dzieł kontrapunktujących obrazy naszej artystki; nie ma znaczenia wyeliminowanie ponad 20 prac z krakowskiego zestawu.

To jakby Boznańska zobaczona inaczej, ujęta w inne ramy.

Obiektów mniej – a prezentacja tak gęsta, że aż miejscami dusi…

Wada aranżacji? Tak i nie. W tej intensywności wychodzi na plan pierwszy namiętny stosunek malarki do twórczości. Jej zachłanność. Jej napalenie. Jej całopalenie. Żaden facet nie miał szans w porównaniu z tym, co naprawdę było dla niej treścią życia: malarstwem.

W warszawskiej wystawie pobrzmiewa echo XIX-wiecznego Krakowa, który ukształtował młodą Boznańską; jak na jawie jawi się jej paryskie studio, a co znacznie ważniejsze – paryski kontekst. Nie tylko z powodu przedmiotów żywcem przeniesionych z wyżej wymienionych miejsc; nie dzięki historycznym fotosom.

Ciasnota warszawskiej ekspozycji wyzwala emocje – być może zbieżne z tymi, jakie odczuwała pani, pardon, mademoiselle de Boznański? Wchodzimy w tłum zacnych mieszczuchów i wykwintnych arystokratów z minionej epoki, czasem mignie wśród nich jakiej chłopska córka zauważona z racji szczególnego nakrycia głowy. Wobec wszystkich malarka stosowała ten sam klucz: sadzała, unieruchamiała, męczyła monotonią pozowania. Olga-Boznanska_534d2aa5a4534

Im dłużej malowała, tym bardziej zacierała rysy. Za to wydobywała mowę ciała. Niezwykłe podejście – zamiast podobieństwa twarzy, wydobywanie prawdy o całości. O aurze człowieka.Bo model zmęczony pozowaniem przybiera pozę, która wiele o nim mówi. Boznańska to nie tyle wiedziała, co wyczuwała

.Olga_Boznańska_1910_Jadwiga_Sapiezyna boznanska189 Portret_dziewczynek boznanska63

Ktoś powie – Boznańska kontra Whistler (ach, to cudowne płótno „Harmonia w szarości i zieleni”z17474909Q,Renata-Higersberger-obok-obrazu-Whistlera--Harmoni,

tylko przez miesiąc do oglądania w MNW). I ten Velázquez, na którego Olga B. nie mogła się napatrzeć (kontrast pomiędzy szpetotą fizjonomii Marianny Austriaczki 256THYSEN-IV 4DET.a wspaniałością palety mistrza). I ta podobizna Berthe Morisot pędzla Édouarda Maneta

                        Berthe_Morisot_Manet_Lille_2918, i te japońskie drzeworyty, i wszelkie inne artystyczne koneksje, analogie, porozumienia.

A do mnie najbardziej przemawia pazurami wydzierana, bezkompromisowa prawda poszukiwań Olgi Boznańskiej. Starej panny z narowami? Ofiary sztuki? Skąd, osoby szczęśliwej z dokonanego wyboru. Jej własnego.

 Olga Boznańska (1865 – 1940) – Muzeum Narodowe w Warszawie, wystawa czynna od 27. 02. do 02.05. 2015