THE BLOG

28
Apr

moje obrazy to oryginały, nie kopie – tylko sygnatury były fałszywe …

Udostępnij:

Wolfgang Beltracchi – fałszerz czy artysta ? Oszust czy geniusz?

„Moje obrazy to oryginały, nie kopie. Tylko sygnatury są fałszywe.“

Wolfgang Beltracchi na świat przyszedł jako Wolfgang Fischer 4 lutego 1951r. w Höxter , dorastał w Geilenkirchen. Ojciec był konserwatorem sztuki. Beltracchi, ojciec dwójki dzieci i były hipis, dość wcześnie rzucił szkołę. Żonę Helene poznał w 1992r. W następnym roku wzięli ślub, przyjął jej nazwisko i uczynił ją swoją wspólniczką. Sprzedawała obrazy, tłumacząc, że pochodzą ze zbiorów jej dziadka – Wernera Jagersa, niemieckiego przemysłowca. Robili fałszywe zdjęcia – używając starego aparatu i przedwojennego papieru – przedstawiające jego zmarłą żonę, Josefine Jagers. Ubrana w strój z epoki, Helene w roli babki pozowała na tle ściany z fałszywymi obrazami z kolekcji.

Helene Beltracchi w roli babki pozowała na tle ściany z fałszywymi obrazami z kolekcji / na ścianie na lewo jest fałszywy Fernand Leger; po prawej jest fałszywy Max Ernst

Helene Beltracchi w roli babki pozowała na tle ściany z fałszywymi obrazami z kolekcji / na ścianie na lewo jest fałszywy Fernand Leger; po prawej jest fałszywy Max Ernst

Niezwykłe w jego historii jest to, że nie wykonywał kopii prac, tylko malował nowe, wykorzystując wiedzę na temat warsztatu, życia i dorobku artystycznego twórców. Do każdego wykonanego dzieła wymyślał jego historię: okoliczności powstania, poszczególnych właścicieli, powody, dla których ma zostać sprzedany itp. Każdy fałszywy obraz miał swoją fałszywą metrykę, na tyle wiarygodną, że nie budziła ona żadnych zastrzeżeń ani wybitych rzeczoznawców, historyków sztuki, właścicieli galerii czy renomowanych muzeów. Do dzisiaj nie wiadomo, ile z oglądanych w muzealnych salach lub zamkniętych w sejfach obrazów wyszło spod ręki niemieckiego fałszerza, bo nikt nie chce przyznać się do blamażu i braku kompetencji.

Beltracchi, autor jednego z najbardziej spektakularnych fałszerstw dzieł sztuki w dziejach współczesnych Niemiec, został skazany na 6 lat więzienia. Przez niektórych uważany  za bohatera – który obnażył skorumpowany system.

Niemieccy śledczy zidentyfikowali do tej pory ok. 55 prac. W wywiadzie, jakiego udzielił “The Sunday Times” stwierdził, że w ciągu blisko 40-letniej kariery podrobił setki obrazów przypisywanych największym artystom ostatnich 5 wieków – od Bruegela po Matisse’a.

 

Wolfgang Beltracchi w filmie dokumentalnym „Die Kunst der Fälschlung“

Wolfgang Beltracchi w filmie dokumentalnym „Die Kunst der Fälschlung“

 

https://www.youtube.com/watch?v=mzEsZlzSr8Y

Beltracchi nigdy nie zdradził, gdzie można oglądać jego prace, ale wiemy że większość prac sprzedał w Wielkiej Brytanii, Ameryce i Japonii – zawsze za pośrednictwem renomowanych domów aukcyjnych i znanych marszandów. „Wielcy“  znawcy sztuki przez wiele dekad potwierdzali autentyczność obrazów pędzla Beltracchiego, często uznając je za najlepsze dzieła podrabianych malarzy.

Werner Spies (ur. 1937) – znawca sztuki w latach 1997-2000 dyrektor Centre Georges Pompidou, który przyjaźnił się z Picassem i Maxem Ernstem, nie tylko sam potwierdził autentyczność siedmiu fałszywek, ale jeszcze napisał o nich eseje!

Dorothea Tanning (1910 – 2012) – była żona Ernsta – malarka, rzeźbiarka nazwała jeden z obrazów Beltracchiego “najpiękniejszym dziełem” jej zmarłego męża. W tym przydadku można posunąć się o stwierdzenie iż wiek „zrobił swoje…“ ale było wielu innych

Beltracchi twierdzi, że namalowanie obrazu w stylu niemal dowolnego artysty, zajmuje mu najwyżej dwa dni.

Helene w jednym z wywiadów wspomina, jak któregoś razu, idąc ulicami Paryża z podrobionym Matisse’em pod pachą, wpadła w paranoję, że śledzi ją policja. Chciała  ”zgubić” zawinięty w papier obraz w metrze i kawiarni, ale za każdym razem przechodnie uprzejmie zwracali jej uwagę, że zapomniała pakunku. W końcu ukryła obraz pod stertą rzeczy należących do bezdomnego.

Przed aresztowaniem w 2010 r. Beltracchi próbował kupić pałac w Wenecji, gdzie zamierzał spędzić pozostałe lata życia, malując w obrazy stylu mistrzów renesansu. Niestety , plany pokrzyżowała mu pewna galeria, która zleciwszy chemiczny test obrazu przypisywanego ekspresjoniście Heinrichowi Campendonkowi, gdzie wykryto ślady współczesnego pigmentu. Wszczęto śledztwo na ogromną skalę, zakończone aresztowaniem i skazaniem małżeństwa i trójki ich wspólników. Helene Beltracchi wyszła już na wolność; Wolfgang skończy odsiadywać wyrok w tym  roku, po odbyciu 2/3 kary. Głośny proces przyniósł fałszerzowi taką sławę, że jego własne dzieła sprzedają się dziś średnio za 25 tys. funtów.

W Niemczech ukazała się autobiografia Beltracchiego “Self-Portrait” (Autoportret), i powstał film dokumentalny “The Art of Forgery” / „Die Kunst der Fälschlung“ .

http://www.beltracchi-art.com/

22
Apr

Polka monopolka (dzień jak co dzień – z mojego profilu na b)

Udostępnij:

To nie jest tak, że pracy NIE MA.

To jest coraz powszechniejszy system zawłaszczania, monopolizowania wszelkich niby-publicznych instytucji.
Po prostu ci, którzy wychodzili sobie stałe zatrudnienie (etaty) chcą zgarnąć jak najwięcej. Blokują uczciwą, kompetentną konkurencję i otaczają się swojakami – dziećmi (to teraz istna plaga – „dziedziczenie” etatów), kumplami, którzy mają za co być wdzięczni i nie podskoczą, słabeuszami, niepewnymi swych umiejętności…

W ten sposób stajemy się coraz głupszym, coraz bardziej sfrustrowanym społeczeństwem. Z wielkim kontrastami w standardzie życia. Takimi najłatwiej rządzić, takich łatwo uciszyć.
Dwie sprawdzone metody wystarczą: bacik i marchewka. I druga reguła, starożytna: dziel i rządź.

Udaje się. Jesteśmy coraz pokorniejsi, cichsi, przerażeni, bladzi…
Chwytamy ochłapy pełni wdzięczności, że jeszcze jeden kredyt spłacony, jeszcze jeden miesiąc nie zalegamy z opłatami…
Słyszę to dookoła: nie zgodziłbym się na warunki, gdyby nie dzieci, rodzina, kredyt…
Marazm, w którym się pogrążamy, ułatwia tym u żłobu umacnianie pozycji.

 

Tomasz Sobecki Tego już się nie da zwalić na komunę. Sami sobie gotujemy ten los!

Piotr Kopszak Prosta sprawa. Tam gdzie ludzie dali sobie odebrać solidarność, są bez szans. Tam gdzie jeszcze mogą na siebie liczyć nawet obecny układ jest bez szans.

Andrzej Wilk Panie Tomaszu (jeśli mogę się tak do Pana zwrócić). W pełni się z Panem zgadzam. Moniko. ledze twoje wpisy od dawna. Nie jestem czlowiekiem kultury, a juz na pewno tej wysokiej ,wysublimowanej. Ale zawsze podajesz problem, pokazujesz przyczyny i jakiś nieokreślonych sprawców tej sytuacji. Ale kto to jest-konkretne osoby, czy jakiś spisek, czy prezydent ,czy system , albo nie daj boże jakaś wyodrębniona komórka sejmowej komisji Macierewicza (tego się najbardziej obawiam) , a może jakiś Zenon.Z.

Katarzyna Kosicka · 2 wspólnych znajomych

Panie Andrzeju, niekreślonymi sprawcami są “ONI”, czyli my sami. My wszyscy, którzy akceptujemy taki stan rzeczy.
22
Apr

Uprzedzenie do dumy (z mojego profilu na fb)

Udostępnij:

To się wreszcie czuje: nadchodzi wiosna. Kiedyś o tym, że już na pewno jest, informowała data: Pierwszy Maja, święto pracy.

W szkołach, na uczelniach, w zakładach pracy zaczynało się nerwowe krzątanie. Dozorcy odkurzali sztandary i sprawdzali, czy ujmy nie zardzewiały. Mamy i żony prały i prasowały białe bluzki mężom i latoroślom. I nawet ci, którzy ten dzień bojkotowali, kpili zeń, uważali za obelgę dla ludu pracy, jakoś przygotowywali się. Może nawet cieszyli: jest wolny, nie trzeba rano wstawać!

Za kilka dni Święto Pracy.
Dzień, który po pewnym czasie złej sławy – skojarzenia z pochodami pierwszomajowymi, szturmówkami, machaniem łapkami z trybuny głównej i gigantyczne portrety- wciery ideowych przywódców na murach miast – znów odzyskuje blask. Nie tylko dlatego, że w połączeniu z 3 Maja daje „długi weekend” (w tym roku wyjątkowo krótki).

Chodzi o PRACĘ.

O to, że stała się najwyższym dobrem, jedyną wartością, celem i racją bytu dla większości z nas. Jak więc nie celebrować tej świętości – świętem?

Ten powrót uznania dla pracy łączy się ze spadkiem akcji innych, kiedyś wysoko cenionych wartości: DUMY, GODNOŚCI, PRAWOŚCI.
Człowiek już nie musi być godny, postępować etycznie, zachowywać poczucie własnej wartości.
Może, a nawet powinien się płaszczyć, dawać sobą pomiatać. Byle mieć PRACĘ. A gdy już ją ma – może odpłacać poniżeniami innym. Tym, którzy też się starają… Ale zachowali tę cholerną, nieszczęsną, wyśmianą GODNOŚĆ i są słabsi w umizgach.

Jedno spojrzenie – i dawny żebrak, już ustawiony na etacie, taksuje natręta, a kto wie – może konkurenta? No tak, ciuchy z sieciówki! Postawa proszalna – trochę za niski ukłon, uśmiech przylepiony do twarzy, kłopoty z rękami… Dziad! Chce się załapać na pracę! A przecież nie dla psa kiełbasa! Nie może każdemu starczyć, przecież mamy kapitalizm! No! Poszedł won.

I tak rewaloryzacja Pracy zbiegła się z dewaluacją Dumy.
Po prostu – mamy do dumny uprzedzenie…

 

Z fb:


Dariusz Glowacki
 · 24 wspólnych znajomych

Dyskusji na temat nepotyzmu, szczególnie na uczelniach i w instytucjach publicznych, praktycznie nie ma. Standardowe zatrudnianie dzieci, bliższej i dalszej rodziny jest normalną, nie budzącą specjalnego zdziwienia praktyką. W krajach o innych porządkach cywilizacyjnych nie ma możliwości dokonywania awansów zawodowych na uczelni, jeśli pracuje na niej mama lub ojciec danej osoby. Zmiany w ustawie o szkolnictwie wyższym nie poprawiły sytuacji w tym zakresie. Praktyki te, niestety, nie budzą szerszego sprzeciwu lub choćby niesmaku. A to przecież uczelnie są teoretycznie miejscem, gdzie postawy etyczne powinny mieć szczególne znaczenie. Zło zaczyna się tam.
Tomasz Sobecki Tak jest. Jak widać wokół, taka sytuacja nam wszystkim odpowiada! Bardzo ważnym filarem tej równi pochyłej są przetargi publiczne, w których musi wygrać NAJNIŻSZA CENA, czyli najgorsze rozwiązanie. O naszej przyszłości decydują cwaniacy, którzy umieją ustawić warunki przetargów. Ich rozstrzygnięcia potrafi dokonać nawet przedszkolak, ponieważ umie wskazać najniższą kwotę. Ani w życiu społecznym, ani artystycznym nie funkcjonuje zdrowe kształtowanie elit, wręcz odwrotnie. I prawie wszyscy godzą się z tym.
21
Apr

Rzeczy do i od rzeczy (recenzja książki Marcina Wichy „Jak przestałem kochać design”)

Udostępnij:

Co mam wspólnego z Marcinem Wichą?

8d932f5da2a61e54b3f06c10a6560a0f

Błąd ortograficzny.

Obydwoje robimy byka w przymiotniku „świeży”. Wszystko przez Świerzego. Waldemara. Wspaniałego grafika-malarza-plakacistę. Tak nam zawrócił w głowach (a pewnie nie tylko nam), że zwątpiliśmy w gramatykę.

W co jeszcze Marcin Wicha stracił wiarę? W swą miłość. O czym poinformował książką „Jak przestałem kochać design”.imgres

 

To więcej niż wyznanie. Autoportret Wichy na tle najnowszej (czy PRL załapuje się pod „najnowszość”?) historii Polski. Plus wizerunki przodków (najbliższa rodzina). Podobizny ulepione z przedmiotów, w czym Wicha nie jest pionierem: przed nim na analogiczny pomysł wpadł Arcimboldo, manierystyczny artysta-dziwak pracujący na dworze Rudolfa II Habsburga, który klecił gęby, mordy i twarzyczki z elementów natury.

Albo coś z obecnej epoki, z literackiej półki: Mikołaj Łoziński i jego „Książka”. Także „syn swego ojca” (w jego przypadku: znanego dokumentalisty filmowego), stygmatyzowany pochodzeniem oraz eksponowaną pozycją rodziców i dziadków. Łoziński podobnie jak Wicha „uprzedmiotowił” biografię własną i familii. Wygodny zabieg: ludzie chowają się w starych dekoracjach. Zamiast bólu, tragedii czy tylko niefartów pojawia się rekwizyt. Tak dyskretniej, bezpieczniej.

Jednak jest różnica. Łoziński w „Książce” budował narracje i relacje na zasadzie: człowiek –właściciel; przedmiot – sługa.

U Wichy inaczej. On traktuje rzeczy po partnersku. Nie stawia się w nadrzędnej roli pana, docenia witalność przedmiotów z pozoru martwych. Jednych boi się, inne szanuje, jeszcze inne darzy uwielbieniem. Nic dziwnego, odziedziczył po ojcu architekcie wizualną wrażliwość, a także ciętość, czy raczej zaciętość. To grafik-projektant z charakterem Stańczyka (od kilku lat bawi felietonami i komentarzami dwory „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej”). Jak przystało na trefnisia, bywa morderczo jadowity w konstatacjach. Natomiast rzeczy traktuje pobłażliwie: nie są winne swemu istnieniu. Toteż udziela głosu zarówno tym sercu miłym, jak oczom strasznym. Cudo czy szmira, wszystko ma coś do powiedzenia o nas, o społeczeństwie, o czasach.

Marcin Wicha przeżył już kawałek życia (rocznik 1972); opanował artystyczno-praktyczny zawód, zagnieździł się w post-transformacyjnych realiach, odniósł większe i mniejsze sukcesy. Kto ciekaw jego biografii, niech sięgnie po „Jak przestałem kochać…”

Tam – cały on, od dzieciństwa do dziś. Życiorys jak rebus, ułożony z elementów, do których trzeba znaleźć klucz. Są wśród nich obiekty prywatnego kultu autora, przedmioty niezbędne mu do pracy, zabawy, zdobywania wiedzy. I nie mniej ważna pula koszmarków-straszaków, wychylających się z każdego kąta PRL-owskiej i dzisiejszej rzeczywistości. Przez okulary Wichy (symboliczne, bo nie nosi szkieł) wszystko okazuje się ważne.

Ale czy tak nie jest z każdym z nas? Nawet nie spodziewasz się, co cię wzruszy, rozzłości, roztkliwi. Co wywoła odruch wymiotny lub pożądania.

Jak się okazuje, od rzeczy nie ma ucieczki. Niby martwe, okazują się bardziej żywotne i długowieczne niż ludzie. Do tego są pamiętliwe. Przechowują historie, które nam, ludziom, wylatują z głowy jako marginalne, ckliwe, banalne.

Jest taki obraz Teresy Pągowskiej „Autoportret” (1997): krzesło z giętym oparciem w pustej, ciemnej przestrzeni. Zobaczyłam płótno i wiedziałam, że nigdy nie zapomnę. Malarka, wówczas 70-letnia, antycypowała swoje odejście, które… oczywiście nadeszło. Dokładnie dekadę później. Sportretowany mebel mówił: ona tu była, siedziała na mnie, ja pomagałem jej odpocząć, ze mną piła herbatę, na mnie podejmowała znajomych. Autoportret z Teresą dziś już byłby kłamstwem – udawałby jej obecność na wieki wieków. Krzesło mówi prawdę: nie ma jej.

Przedmioty u Wichy też są gadatliwe. Stoły, regały, saboty (zamiast zabronionych w domu państwa W. kapci), klocki lego, druczki, wyciskarki do cytrusów, komputery…

Estetyczna poprzeczka, niebotycznie wysoko ustawiona przez Piotra Wichę – ojca, w naturalny i samoistny sposób zdeterminowała upodobania Marcina Wichy – syna. Zaczęło się od nieszczęsnych kapcioszków wyrugowanych za próg ze względu na ich kapciowatość: „Gust mojego ojca przez długie lata określał nasze życie. Jego werdykty były gwałtowne i ostateczne. Żyliśmy na estetycznym polu minowym”.

Do tego trzeba było zaangażować swój czas i znaleźć wykonawców. „Ojciec sam zaprojektował półki. Projekt był perfekcyjny, a za ujawnione w toku użytkowania wady odpowiadał wyłącznie wykonawca, stolarz alkoholik. Nigdy faceta nie widziałem, ale deliryczne drżenie jego rąk udzieliło się całej konstrukcji. Przechowała dygot, jak muszla przechowuje szum oceanu”.z17696441AA,Marcin-Wicha

Kogoś tak radykalnego co do wyglądu przedmiotów nie wypadało narazić na brzydką urnę, miejsce spoczynku może nie ducha, ale spopielonych szczątków doczesnych. To co, że urna? Też przedmiot. Że specjalnego przeznaczenia? Każdy obiekt ma swoje zadania, dlatego podpada pod nazwę „sztuka użytkowa” czy „stosowana”. To był problem syna po odejściu ojca. Szlachectwo obowiązuje. Nawet pośmiertnie.

Obowiązkiem jest także sens wzornictwa. Ale od czasu, gdy projektowanie zostało nobilitowane terminem „design”, przydatność ma mniejsze znaczenie. Na plan pierwszy wysunęło się… imponowanie.

Zdroworozsądkowość, przekazana Marcinowi W. wraz z genami, obecnie też nie pozwala mu spokojnie napawać się wykwitami projektanckiej myśli. W nim rodzi się podejrzliwość – po co, w jakim celu, za co, za ile?!! I tego wypasionego designu autor też nie poważa. Przestaje darzyć estymą. Odkochuje się.

„Więc o to chodzi. Design ma onieśmielać. Dyscyplinować. Pokazywać człowiekowi właściwe miejsce. Strzec hierarchii. Żyrandole, dywany i meble działają jak door selection. Przypominają, że nie jesteśmy u siebie”. I na to nie ma zgody, przynajmniej ze strony Marcina Wichy.

Co mam z nim wspólnego? Niemal identyczne wspomnienia. Też miałam tatę-pedanta, który w niedzielne słoneczne poranki przedkładał grzebanie w bebechach volkswagena garbusa (odkupionego od Aleksandra Bardiniego, cóż za pyszna historia!) niż relaks na łonie natury. A armia specjalistów, szpeni, na których czekało się całymi dniami, tygodniami, skreślając z listy potrzeb i przymusów wszystko inne?

Zresztą, choć PRL minął ćwierć wieku temu, jedno nie zmieniło się: wciąż fachowcy mają nad nami władzę, wciąż decydują nie tylko o stabilności (lub jej braku) jakiejś półki – oni przesądzają o naszym losie. Ale tak naprawdę rządzą nami przedmioty, decydenci dnia codziennego.  288749_1385323042_41a9_pc49e506846a647a1416e8b11589f36be8cb69e7002d70d7c4f4a4eab8dbf2a38

 

Marcin Wicha

Jak przestałem kochać design

Wydawnictwo Karakter

Kraków 2015

ISBN 978-83-62376-83-4

 

Tekst ukaże się w miesięczniku Nowe Książki

21
Apr

Przeciwko życiu, za życia, po życiu (recenzja książki Marka Beylina „Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow”

Udostępnij:

 

Tylko nie mówcie, że Alina Szapocznikow umarła! Od kilku lat jest na topie. Żyje intensywnie, tworzy jak szalona, wszyscy o niej mówią. Wreszcie podbiła Nowy Jork. Podróżuje po świecie, wystawia w miejscach, o których marzy każdy artysta. Ma szczęście. Wie o tym, więc promienieje, kokietuje, roztacza urok. KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE 23 0701100108

Taką Alinę zobaczył Marek Beylin, młodszy od niej o ponad 30 lat. Różnica wieku nie przeszkodziła. Uwiodła go, szelma. Napisał „Ferwor” udając, że pisze jej biografię. W gruncie rzeczy ta książka stała się wyznaniem miłosnym. Na tyle gorącym, że budzi zazdrość…

Ja też tak poproszę!

Udręka i sztuka to marketingowo niezawodny duet. Do tego pokomplikowana biografia, złożone związki uczuciowe, wielki talent i… przedwczesna śmierć u progu kariery. Życiorys Aliny Sz. fantastycznie nadaje się do promocji. Ona sama też spełnia wszystkie warunki, żeby stać się wzorcową bohaterką popkultury. Krasawica łakoma na seks. Flirciara, uwodzicielka.

Bo o ile wybitny facet ma prawo być brzydszy od Quasimoda, zgarbiony, karłowaty, z obciętym uchem – to w przypadku kobiet podobne ekstrawagancje wykluczone. W masowej wyobraźni talent nie poparty urodą nie sprawdza się. Publiczność nie lubi nieefektownych nieszczęść, w końcu jesteśmy estetami.

Czyżby sama sztuka Aliny nie wystarczała? Tak i nie – w Polsce miała sukcesy, na Zachodzie szło jej jak po grudzie. Może teraz da się naprawić ten błąd…2910 145  IMG_3996 493348

 

Tak, Szapocznikow ma swój benefis. Jednak wciąż mi coś zgrzyta – jej dokonania zdają się nabierać mocy dopiero obudowane spektakularnym nieszczęściem. Wszędzie słyszę: cóż za tragiczne losy! I zaraz leci mantra: wczesna młodość w niemieckich obozach pracy i zagłady; powojenna tułaczka i bieda, potem ciężka choroba i wyrok: bezpłodność; potem drugi wyrok, artystyczny: rozmijanie się ze „swoim” czasem, nieznajdowanie „swoich” fanów; do tego dyskryminacja w świecie męskiej dominacji (feministki podbijają swój bębenek); no i puenta – przedwczesna śmierć i świadomość odchodzenia w przededniu światowej czy bodaj europejskiej kariery.

Te fakty są najlepiej znane, najczęściej eksponowane.

Podobnie sformatowano legendę Fridy Kahlo. Obydwie zmarły w prawie w samym wieku: 47 lat. Podobieństw więcej. Jedna i druga była pazerna na seks, miłość, uwielbienie. Obydwie wierzyły w komunizm i rozczarowały się do tego systemu. Obie mierzyły i wierzyły w Amerykę jako w eldorado dla artystów. I oberwały po uszach.

Kahlo dostała bilet wstępu na Parnas pośmiertnie, jako „ikona cierpienia”. Och, jak ona cierpiała! Żeby to unaocznić, obok obrazów Fridy wystawiany jest jej gipsowy gorset, którym usiłowano naprawić jej pokancerowany kręgosłup, a który malarka upiększała głupawymi obrazeczkami i napisami.

Alina też kpiła z choroby – po amputacji piersi narysowała „komiksowy” autoportret: amazonka z blizną przebiegającą przez pół ciała, z papierosem w dłoni. Szkice dołączyła do listu wysłanego ze szpitala do przyjaciółki, także wybitnej artystki Annette Messager: „Usiłuję zachować resztki godności z pomocą 4 flakonów wody kolońskiej, ubrana w najładniejsze koszule od Romana (Cerrutti 1880), z paryską prasą literacką na nocnym stoliku”.

pogrzeb Aliny 5496 22 8156160111_19558deee0

Już wcześniej, zanim padła druzgocąca nowotworowa diagnoza, prowokowała śmierć – zatapiała w poliestrach swoje zdjęcia, nazywając nieforemne grudy „Tumorami” (Wielkie nowotwory). Na jednej z ostatnich za życia wystaw, w Galerii Aurore w Genewie, ustawiła te guzowate bryły na żwirowym podłożu, jak kamienie w ogrodzie zen. Albo jak meteoryty, które spadły deszczem. Rok później, wiedząc, że nadchodzi koniec, zrobiła odlew swych wciąż pełnych i zmysłowych ust i przekształciła w popielniczkę, nazywając to „Popielniczką słomianego wdowca”. Drugą popielniczkę, z odlewu brzucha i piersi, dedykowała Romanowi Cieślewiczowi, drugiemu i drogiemu mężowi. Kolejny przedśmiertny żarcik: „Stół”, na pozór mebel jakich tysiące, lecz pod blatem umieściła odlew własnej twarzy. Żeby ci, którym przyjdzie przy tym obiekcie posilać się, pamiętali, że była

.001836 05_moma_szapocnikow_souvenirs szapo37858_view1_bu-U298aW-500x375

I końca zniewalający uśmiech nie schodził jej z ust. Nawet kiedy pracowała nad ostatnią i naprawdę przejmującą serią „Zielnik” – a pomagał jej przy tym syn Piotr – tworzyła atmosferę szampańskiej zabawy. „Śmieją się, wygłupiają. Gdy matka oblepia nagie ciało syna gipsem, bawią się także obyczajowym przekroczeniem. Zamiast rychłej śmierci panuje święto życia”.

Ta scena zapada w pamięć. Jak i cała książka.

Marek Beylin nie relacjonuje życia artystki punkt po punkcie, nie wdaje się w detaliczne omawianie jej dorobku. Wybiera te zdarzenia, które ją charakteryzują. Pisze z pazurem, jakby obciął gryfy Alinie i zrobił sobie z nich tipsy. Jest w niej zakochany, lecz nie klęka, nie stawia swej bohaterki na piedestale. Widzi jej – nie, nie wady – ledwie słabości. A może sposób na trwanie, na przekór wszystkiemu, wbrew odchodzeniu?

„…wzbraniam się, jak wszyscy, by biologiczną śmierć uznać za puentę opowieści” – wyznaje autor. I przedłuża jak może obcowanie z rzeźbiarką. Jeszcze słowo o performance Pauliny Ołowskiej i Anny Zaradny, jeszcze spektakl Barbary Wysockiej „Stan nieważkości” (obydwa poświęcone Alinie), jeszcze look na podparyską pracownię Szapocznikow, sfilmowaną przez Krzysztofa Tchórzewskiego, syna znanego malarza Jerzego.

To jednak epilog. Zanim do niego dojdzie, Alina jawi się (jak) żywa. Zawsze w towarzystwie samców alfa, których uwodziła seksapilem, inteligencją, błyskotliwością. Umiała wykorzystać te babskie atuty. Pochodzenie żydowskie też wielokrotnie pomogło, acz nie wystarczało do kariery na skalę jej talentu i oryginalności.

To były czasy, kiedy kobieta, choćby najzdolniejsza, musiała znaleźć oparcie w męskich plecach i poparcie we wpływach ważniaków. I mimo to nie miała równego statusu. Najwyżej trochę lepsze warunki bytowe, nieco więcej kasy, ociupinę życzliwsze przyjęcie w świecie sztuki zdominowanym przez brzydszą płeć.

Szapocznikow nie miała szans na pełne zwycięstwo – ona, waga piórkowa, boksowała się z przeciwnikiem wagi ciężkiej. Co ciekawe, więcej rund wygrała w PRL-u, dostając oficjalne zamówienia, wystawiając z honorami, opływając w rozmaite przywileje. Tu mogła czuć się królową. We Francji, do której ostatecznie wyemigrowała w 1963 roku, a zwłaszcza w Ameryce, którą próbowała podbić pod koniec tamtej dekady, wskazano jej miejsce w kącie. „Mogłeś być nikim i nagle jedynie za sprawą czyjegoś entuzjazmu stać się kimś; jedyną kwalifikacją, jakiej potrzebowałeś, była hucpa” – miał powiedzieć znany amerykański abstrakcjonista Frank Stella o rozgrywkach w sztuce lat 60.

Na pewno nie dotyczyło to Aliny. Tworzenie było dla niej gorączką (ferworem, jak chce Beylin), narkotykiem zaćmiewającym rzeczywistość. Z pewnością nie przyjmowała do wiadomości przegranej. Miała rację: wciąż żyje.

493348 5204acef271b8 5204acef1b1ab IMG_3996 rzezbaaa_1647006 5009 alina szapocznikow portret_49228875476 802

 

 

Marek Beylin

Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow

Wydawnictwo Karakter

Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Kraków – Warszawa 2015

ISBN 978-83-62376-82-7fragments

 

Tekst ukaże się w miesięczniku Nowe Książki

21
Apr

O chłopcu, który nie był papierową postacią (recenzja książki Kristiny Ohlsson „Papierowy Chłopiec”)

Udostępnij:

Recenzja GRZEGORZA SOWULI:

                     Ohlsson-Papierowy chłopiec

Zaskoczyła mnie ta powieść. Precyzja konstrukcji, dobrze oddane tło społeczne, wyraźne postaci to już standard, do którego przyzwyczaili nas skandynawscy autorzy literatury kryminalnej. Kristina Ohlsson w kolejnym, piątym tomie serii o Fredrice Bergman i jej policyjnym zespole budując tę gęstą fabułę sięga do nietypowych środków: wymyśla legendy, powołuje do życia gminę żydowską w Sztokholmie, bezpardonowo rozstaje się z bohaterami. A wszystko delikatnie, bez wyzwisk, gwałt ograniczając do minimum. Czyli można przedstawić brutalną zbrodnię bez szczegółowego opisu sekcji zwłok, zadanych ran, rozczłonkowanego ciała. Z narracji Ohlsson dowiadujemy się tyle, ile trzeba.

Autorka wzięła na warsztat temat niełatwy i stary jak świat, jednocześnie nośny i dla kryminału czy thrillera idealny: antysemityzm. Można snuć przypuszczenia, grzebać w historii, krytykować uprzedzenia, a w razie czego zamknąć zbyt splątane wątki uniwersalnym usprawiedliwieniem: tajemnica państwowa, sekrety wywiadu, nie do ujawnienia. Czytelnik ma na szczęście przewagę nad biednymi gliniarzami:  m y  wiemy, jak wygląda prawda, oni mogą się jedynie jej domyślać.

Czy rzeczywiście to niechęć do Żydów stoi za zabójstwem nauczycielki w szkole prowadzonej przez gminę żydowską? I za porwaniem dwóch dziesięcioletnich chłopców z tej samej szkoły? To najprostsze rozumowanie – no bo kto poza antysemitą mógłby chcieć uczynić krzywdę zwyczajnym dzieciakom? Śledztwo prowadzone przez Fredrikę (tu uwaga – nie ona dowodzi formalnie zespołem, ale to ona jest jego najważniejszą postacią) zaczyna wydobywać motywy zachowań gminnej społeczności, które na początku konfundują, wkrótce jednak zaczynają układać się w wyraźny wzór – i wprowadzają kolejne wątpliwości. Nawet wyprawa Fredriki do Izraela też daje nieprzewidziane efekty: z jednej strony wiadomo już, skąd się wzięła „miejska legenda” o Papierowym Chłopcu, z drugiej – jego prawdziwą tożsamość chroni państwo. Nie będę już niczego więcej zdradzał, powiem jedynie, że spektakularny i nieoczekiwanie smutny koniec ujawnia prywatną zemstę. Wciągająca lektura.

Kristina OhlssonOhlsson konyvkritikat.hu

Papierowy Chłopiec

tłum. Wojciech Łygaś

s.592, Prószyński i S-ka 2015

ISBN 978-83-7961-204-8

21
Apr

O przydatnej umiejętności lawirowania w labiryncie (recenzja książki Emila Marata „Lawirynt”)

Udostępnij:

Tekst GRZEGORZA SOWULI

Aferą Amber Gold, finansowej piramidy, której ułudę chciał kupić każdy, zajmowały się wszystkie polskie media – to był pierwszy od czasów ArtB przekręt na tak ogromną skalę, może dorównają mu SKOK-i, ale poczekajmy. Z pewnością mieliśmy do czynienia z hucpą, którą kupiło tysiące pazernych naiwniaków.Marat-Lawirynt

Nie mam zamiaru tłumaczyć się z tych słów, wyjaśnia je autor Lawiryntu, historii zbudowanej wokół nadzwyczajnego sukcesu i spektakularnego upadku Aurum Profit, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, ale nieograniczonymi horyzontami, jak przekonywali jej właściciele – ci książkowi i ci realni.Szwindel niejedno miał imię: spokojna starość, bezpieczne lokaty, złoto zawsze się świeci i wiele podobnych komunałów, którymi karmiła klientów bezwzględna i oddana komórka piaru. Jak się skończyło, to wiemy – przynajmniej w rzeczywistości. Choć może też nie do końca – w książce oskarżenia są jednoznaczne: za przedstawieniem Aurum Profit jako piramidy finansowej i doprowadzeniem do upadku jej spółki zależnej, czyli taniej linii lotniczej OT-Air (czyli OLT Express) stoją tajne służby, pracujące dla konkurencji (LOT-u) i zagranicznych inwestorów, Chińczyków, którzy przejąwszy spółkę uzyskaliby istotny punkt zaczepienia, zaś „pośrednicy” z polskich służb otrzymaliby bardzo wdzięczne prowizje. Nic dziwnego więc, że gdy prywatny przewoźnik zaczął stanowić nieoczekiwanie poważną konkurencję dla spółki skarbu państwa, trzeba było podciąć mu skrzydła. Życie podsuwa gotowe fabuły.

Emil Marat pisze z pazurem – jego narracja wciąga, pełna jest zaskoczeń, dostaje się głównie mediom i działom PR, które każde gówno gotowe są owinąć w kolorowy papierek, byle tylko sprzedać je z zyskiem. „No to niech pan jeszcze dopisze, tam, gdzie jest mowa o pracownikach, że pracuje dla nas syn premiera – powiedział Rutha. – O kurwa – jęknął Kott. – Czyli tak: »Firma zatrudnia ponad 400 osób, OT-Air – kolejnych 500. W naszym zespole mamy młodych, dynamicznych specjalistów wierzących w dobrą przyszłość własną i kraju. Pracuje dla nas m.in. syn premiera rządu RP.« – Teraz brzmi mocniej – powiedział prezes”. I tak przez trzy czwarte książki, dosadnie, wyraźnie, bez ściemy, bo autor dobrze zna się na tym biznesie. Ostatnia ćwiartka (bez podtekstów) to już bajka, z odważnymi ludźmi, gangsterami przestrzegającymi moralnego kodu i wielką miłością w tle. Ale czy nie należy nam się taki happy end po brutalnym starciu z codziennym brudem? [gs]

Emil MaratEmil Marat fot. Karol Piechocki

Lawirynt

Noir sur Blanc, Warszawa 2014

s.373, ISBN 978-83-7392-509-0

21
Apr

O laniu wody przy okazji powodzi (recenzja książki Macieja Dobosiewicza „Komisarz Zagrobny i powódź”)

Udostępnij:

Dziś debiutuje na moim blogu nowy autor – GRZEGORZ SOWULA.

Tak, to człowiek mi bliski, nawet bardzo. Ale zna się na rzeczy, na której ja – nie bardzo.

Oddaję mu głos w kryminalnych sprawach.

           Dobosiewicz-Zagrobny

Coraz częściej mam wrażenie, że debiutujący autorzy zbyt wiele wysiłku wkładają w wykreowanie nowej, oryginalnej postaci bohatera – policjanta albo złoczyńcy – niż w uwiarygodnienie fabuły i jej przekonującą konstrukcję. Trzeba się jakoś wyróżnić, to zrozumiałe, ale nieporównanie łatwiej jest zbudować sylwetkę. To trochę jak z popularnymi wśród dzieci laleczkami: bierzesz takiego naguska i zaczynasz go modelować. Jeden zrobi z niego ochlaptusa i damskiego boksera, inny skrytego nienawistnika, jeszcze ktoś – nieznośnego pedanta i upierdliwca. Takim właśnie jest komisarz Zagrobny z poznańskiej policji, gliniarz z milicyjnym stażem, teraz traktowany przez przełożonych nieco ulgowo – dziwak, ale skuteczny, w dodatku doświadczony przez los, żonę zabił mu porywacz i może dlatego Zagrobny potrafi się odgrywać na bogu ducha winnych ludziach, czyli podwładnych. Prawdę powiedziawszy, gdyby aspirant z jego wydziału nie był taką „miękką cipą”, jak sam o sobie mówił, mógłby a nawet powinien komisarza oskarżyć o czysty, klasyczny mobbing. Albo dać mu po prostu po mordzie, bo zarówno metoda dedukcji stosowana przez Zagrobnego, jak i sposób prowadzenia śledztwa pozostwiają wiele do życzenia. Owszem, odlotowa koncepcja morderstw przez utopienie w piwnicznej wodzie sprawdza się, ale naciągane to niczym guma od wecka. Tym bardziej, że trupy idą na konto dwuosobowego gangu czyścicieli, specjalistów sławę ogólnopolską zdobywających właśnie w Poznaniu.

Są w tej książce dobre dialogi i wiarygodne postaci, sytuacje też mogące zaistnieć w rzeczywistości, ale „nierzeczywistość skrzeczy”, by sparafrazować Wyspiańskiego. Choć jedną cechę Zagrobnego muszę wyróżnić: to nałogowy zdobywca nagród w konkursch ogłaszanych w sklepowych gazetkach. I zarazem ich profesjonalny analityk – za wyszukiwanie źle sformułowanych reguł gry dostaje pieniądze. Od firmy swojej córki. A przy tym wygrywa nagrody. Pryncypia biorą w łeb, ale postać zyskuje.

Maciej Dobosiewicz                                        Maciej Dobosiewicz ©BLD

Komisarz Zagrobny i powódź

Videograf, Chorzów 2014

s.242, ISBN 978-83-7835-342-3

14
Apr

Afiszyści robią dym (wystawa w Schirn Kunshalle Frankfurt – do 25 maja)

Udostępnij:

Były lata 40, powojenne; potem 50., też biedne, ale buzujące koncepcjami łączącymi rozmaite idee, dziedziny, pomysły.

U nas kwitła szkoła plakatu; Henryk Tomaszewski nauczał; jego studenci, potem samodzielni graficy, zdobywali laury na świecie i sławę tudzież niezłą (jak na tamte czasy) kasę w kraju – a w Paryżu działali „Afiszyści”, którzy robili z plakatów zupełnie inny użytek: darli je, masakrowali, moczyli.  Strzępki naklejali na płótno, następnie pokrywali grubą warstwą werniksu. Tym sposobem zamieniali bezużyteczne plakato-szczątki na coś, co z daleka przypominało malarstwo określane terminem informel.

W 1959 roku, na I. Paryskim Biennale Sztuki (zwanym też I. Biennale Młodych) spotkali się na salach wystawowych z przedstawicielami malarstwa nieprzedstawiającego (informelu). Nawiasem mówiąc, Grand Prix tego międzynarodowego przeglądu (3. w historii świata) przypadła Janowi Lebensteinowi, który w konsekwencji wyjechał z PRL i na długie lata pozostał w Paryżu. I o tym nie znalazłam ani słówka w żadnym tekście o paryskiej imprezie.

Ale wracając do Afiszystów: wywołali mały artystyczny skandal – bo malarzom materii, tym opowiadającym się za malarskim medium, nowe surowce wydały się barbarzyństwem.

Co więcej – Affichistes łączyli działania plastyczne z teatralnymi. Z akcjami ulicznymi i pre-performacem. Oraz z poezją onomatopeiczną (to akurat wywiedzione z dada – trochę jak Ur-sonata Schwittersa).
Rok 1958 – Wolf Vostell urządza pierwszy w Europie happening, zatytułowany „Teatr uliczny”.

Pisał wiersz-manifest:

Zerwijcie plakaty, to są wasze teksty

idźcie prze ulice, głośno czytając

napisy, fragmentry słów i litery

na porwanych plakatach.

 

Z jednej strony, Afiszyści kontynuowali tradycję kolaży; z drugiej – antycypowali nadejście pop-artu.

Teraz Street Art niektórzy uważają za jedyną PRAWDZIWĄ sztukę, nie zapaskudzoną komercją. Warto poznać korzenie tej działalności.

„Poezja metropolii. Afiszyści” – bardzo ciekawa wystawa, którą widziałam a Schirn Kunsthalle (Frankfurt) – Les Affichistes.

 

DSC08723-266x400 Jedyny pozostały przy życiu affichista – Francuz Jacques Villegle (lat 89).

 

Mimmo-Rotella-279x400 Jedyny Włoch w zespole – Mimmo Rotella, który na własny użytek wynalazł technikę komponowania prac ze zdartych ulicznych plakatów w Rzymie, w 1953 roku. Potem dołączył do Nowego Realizmu pod wezwaniem Pierre’a Restany.

Wolf-VostellJedyny Niemiec w zespole (i chyba najbardziej znany) – Wolf Vostel. Później członek Fluxus. 

 

François-Dufrène Jacques-Villeglé-400x288 Raymond-Hains-254x400 Raymond-Hains-Jacques-Villeglé-400x91

 

Prace kolejno: Francois Dufrene, Jacques Villegle, Raymond Hains. Ostatnie, długaśne dzieło – wspólna kompozycja Villegle i Hainsa.

09
Apr

Efekty przyrostu zarostu (recenzja komiksu „Gigantyczna broda, która była złem” Stephena Collinsa)

Udostępnij:

Satyryk i ilustrator Stephen Collins jest znany w Wielkiej Brytanii dzięki komiksowej rubryce w weekendowym magazynie „Guardiana”.

Stephen Collins: Graphic designer               The Stephen Collins cartoon: struggling                    Stephen Collins cartoon 26 Jan

Dwa lata temu zadebiutował jako autor graficznej opowieści „Gigantyczna broda, która była złem”. Od wydania w 2013 roku album zebrał sporo nagród; obecnie dotarł do Polski. Polecam – wart uwagi pod każdym względem.

Broda gigantyczna – i mała, na autorze.                                                                            .okladka-450stephen_collins1

Ołówkowa animacja

Collins pracował dwa lata, żeby powstał ten doskonały plastycznie album. Utrzymany w szarościach (tradycyjny ołówek), tylko kontury zaznaczone mocniej, na czarno. Grafitowa „sieczka” w różnym natężeniu wypełnia plany. Płasko, bez światłocienia. Stylizacja postaci karykaturalna, jak w rysunkowych prasowych dowcipach (specjalność autora).

Ale, ale! W tym przypadku Collins operuje efektami filmowymi: zbliżenia, odjazdy, powtórzenia. Chwilami wydaje się, że tu i ówdzie cytuje sekwencje filmu animowanego (24 klatki na sekundę dla zachowania płynności ruchu).

Stopniowo rysownik dynamizuje początkową wizualną monotonię. Im dalej w fabułę, tym bardziej kadry zdają wyrywać się pod kontroli; obrazy rozrastają się na coraz to więcej stron; w końcu zaczynają szaleć, nie dają się opanować. Jak tytułowa „Gigantyczna broda, która była złem”.

                                                  gigantyczna_broda_str1 skan2-640skan3-640

Przekleństwo posłuszeństwa

W „Gigantycznej brodzie… ” Collins sięga po znany od starożytności chwyt retoryczny: wyolbrzymia zjawiska, doprowadzając je do skali absurdu.

Pamiętacie? Gigantyzacji poddawano postaci (Gargantua, Guliwer, Alicja), zwierzęta (Król Myszy) lub części ciała (nos u Cyrano de Bergeraca). W PRL-owskiej rzeczywistości dużą rolę odgrywał organ słuchu (czy podsłuchu), co Maciej Zembaty nagłośnił w piosence „A uszy miał ogromne, muskularne/uszami mógłby, gdyby chciał…”.hqdefaulthttps://www.youtube.com/watch?v=era5YgVWIb8

W podobną pure-grande-nonsensowną tonację uderza Collins. Serwuje absurd już w tytule – broda jako zło? Dlaczego nie, przecież to metafora. Coś, co wyłamuje się z narzuconych schematów, zagraża wypracowanym metodom panowania nad „wolnymi niewolnikami”. Może to być system polityczny, a może być – pieniądz. Brytyjczykowi nie podobają się wielkie koncerny, zamieniające pracowników w bezmyślne, zastraszone marionetki. Nawet nie potrzeba dozorców, korpo-najemcy trzymani są w ryzach przez… strach. Boją się biedy, nieudacznictwa, marginalizacji.

Kryzys brodowy

Collinsa przeraża ta potulność i ogólnie zanik kreatywności. Opowiada bajkę o niby-szczęśliwej wyspie Tutaj (która de facto jest więzieniem), otoczonej morzem, za którym rozciąga się pełen zagrożeń ląd Tam. Tutaj ma atuty: tu jest bezpiecznie, tu mieszkają schludni, bezkonfliktowi i pokorni ludzie. Każdy ma pracę w jakiejś korporacji. Egzystują w czystym i uładzonym otoczeniu, w którym każdy dom, ulica, park i rosnące w nim drzewa zostały zaprojektowane wedle ustalonego szablonu. Jest pięknie i schematycznie.

W Tutaj żyje też Dave. Niczym nie wyróżnia się spośród współziomków. Poza jednym: choć na całym łysy (jeśli nie liczyć brwi) – pod nosem rośnie mu pojedynczy, zakręcony włos, nie dający się nijak zlikwidować. Włos uparty i wyparty. Poza tym, Dave wpisuje się w pejzaż, jest zadbany, estetyczny, pragmatyczny. Swe dni dzieli między pracę w korporacji A&C i domowy relaks. Wieczorami odpoczywa słuchając jednej i tej samej piosenki oraz rysując pejzaż zaokienny. Ranki wprawiają go w stan euforii, bo zrywa się do roboty wraz z tłumem jemu podobnych, pozbawionych cech indywidualnych obywateli Tutaj. Jego zadania w A&C ograniczają się do odczytywania wyników firmy i przedstawienia ich odbiorcom. Nikt nie wie, czego dane dotyczą ani po co są komukolwiek potrzebne, lecz każdy bez szemrania wypełnia obowiązki. Dave także. I jak inni nie uskarża się na monotonię bytu, jako że jakakolwiek refleksja jest mu obca.

Aż do dnia katastrofy. Bo oto nagle komputer Dave’a odmawia posłuszeństwa Na ekranie, zamiast wykresów i wzorów, ukazują się chaotyczne konstelacje punktów i arabeski linii. Informacje zamieniają się w abstrakcje. Baza danych wymyka się spod kontroli!

Niesubordynacja cyfrowa powoduje kolejną anomalię – tym razem w organizmie Dave’a. Pod wpływem info-szoku uaktywnia się jego jedyny włos, ten, co to rósł pod nosem. Pojedynczy zawijas nagle rozrasta się w gęsty, coraz gęstszy zarost. I nikt temu nie potrafi zaradzić.

Broda Dave’a rośnie w ekspresowym tempie, wchłaniając wszystko, co napotyka po drodze. Najpierw wypełnia jego mieszkanie, potem wypełza na ulicę, anektuje gapi ustawionych pod oknami, zakłóca porządek uliczny. Wreszcie staje się zagrożeniem dla całego Tutaj, dla mozolnie zaprowadzonego i pilnie strzeżonego porządku. Nie ma wątpliwości: pod postacią brody uaktywniło się ZŁO.

Nie zdradzę, w jaki sposób opanowano ten kryzys zarostowy; jakie były jego krótko, i długoterminowe konsekwencje. Dość powiedzieć, że incydent z brodą zmienił życie w Tutaj na zawsze: uświadomił istnienie Tam.

 

… A swoją drogą – niedawno oglądałam wystawę „Ludzkie/nieludzkie” (Galeria Studio, Warszawa, PKiN), na której pokazano zdjęcia różnego typu anomalii, jakie czasami dotykają człowieka. Wśród nich znalazły się dokumenty dotyczące nadmiernie bujnego owłosienia bądź owłosienia rosnącego w ekspresowym tempie, niemożliwego do opanowania. Fantazje miewają odpowiedniki w realiach…

71.JPG.492x418_q85_box-0,82,334,365_crop_upscale ludzkie-nieludzkie.jpg.608x418_q85_box-0,42,1115,810_crop

Ilustracje do bajki? Nie eksponaty z wystawy „Ludzkie/nieludzkie”.

 

Gigantyczna broda, która była złem

Scenariusz i rysunki – Stephen Collins

Tłum. Grzegorz Ciecieląg

Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015