THE BLOG

31
May

Próba skoku na miejscówkę (o pomyśle zlikwidowania Muzeum Karykatury)

Udostępnij:

Kolejny skok na miejscówkę i placówkę.
Pisze Tomek Lipiński:

„Władze Warszawy planują likwidację Muzeum Karykatury w Warszawie im. Eryka Lipińskiego jako samodzielnej instytucji i zamianę go w oddział Muzeum Warszawy. Nasz Ojciec stworzył tę placówkę od zera, właściwie cudem. Muzeum to stało się przykładem dla innych muzeów karykatury na świecie. Brytyjski The Guardian zaliczył ostatnio warszawskie Muzeum Karykatury do “DZIESIĘCIU NAJLEPSZYCH muzeów w Europie, o których nigdy nie słyszałeś”.
Prosimy Was wszystkich, którzy chcielibyście zapobiec realizacji planów pani Hanny Gronkiewicz Waltz i jej urzędników, w naszej ocenie szkodliwych dla Muzeum Karykatury, o przyłączenie się do tego protestu. Idą wybory, może się uda. Z góry dziękujemy!”

 

77918ebe-2779-11e4-bb50-0025b511226eTomek „Lipina” Lipiński dzielnie walczy o ocalenie Muzeum Karykatury

 

Całą sobą przyłączam się do protestu.
Znam to muzeum – unikat w skali Europy. Kiedyś przeprowadziłam wywiad z Erykiem Lipińskim i wiem, jaką ekwilibrystykę wykonał, by muzeum powstało.

To kolejny pomysł na wykorzystanie cudzego wysiłku, inicjatywy, pracy. Bo to ktoś jednoosobowo zawalczył, dzięki grupie przyjaciół sprawił, że myśl stała się ciałem, a teraz zrobi się z tego coś bezoosobowego i bez charakteru.

NIE! NIE! NIE!

Opowiadajcie się przeciwko kolejnemu skokowi na nasz dorobek kulturalny, przeszłość, historie osobiste. W tamtym miejscu na Koziej JEST HISTORIA.
W Muzeum Warszawy (gdzie to? Bo też coś się dzieje dziwnego – było Muzeum Historyczne Stołecznego Miasta Warszawy, teraz zmieniono nazwę…) tego nie będzie.

Pisze do mnie Zuzanna Lipińska z Londynu:

„Oni klepnęli ale ma być jeszcze ostateczne glosowanie, nie znam daty, w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Głosownie nowo powołanej RAdy do Spraw Muzeów przy Ministerstwie Kultury. Składa się z dyrektorów muzeów w Polsce. Na pierwszym glosowaniu przegłosowali JEDNYM głosem, co daje nadzieje, zwłaszcza ze teraz inni członkowi. Napisz co możesz na facebooku, może wrzuć tez na

https://www.facebook.com/events/906685419388935/permalink/909230765801067/ – to zobaczy od razu 5000 ludzi, którzy zadeklarowali poparcie.”

To ten pan założył Muzeum Karykatury! Eryk  Lipiński.PIC_20-71 eryk_lipinski
A wiecie, w jaki sposób zgromadził pierwszą kolekcję rysowanych satyr?
Jako „posag” dla córki Zuzanny.
Był w Paryżu i miał okazję spotkać zachodnie tuzy rysunku satyrycznego, ale że nie miał śmiałości prosić o coś ot tak, dla muzeum (żeby nie wyjść na dziada) – prosił o cokolwiek dla małej Zuzi. I poszło! Artyści chętnie skrobali rysunki-dedykacje dla małej. Tak powstał zaczyn kolekcji Muzeum Karykatury.

Przyłączcie się do protestu. Jest już nas ponad 5000.

Przyłączcie się, bo TYLKO w obecnym miejscu Muzeum Karykatury ma sens, klimat i profil – naszkicowany przez pana Eryka!

imagez14701898Q,Eryk-Lipinski--Warszawska-syrena--1956 o-czym-c487wierkajc485-wrc3b3ble_okc582adka E.Lipinski_1958

Prace Eryka Lipińskiego i plakat zapowiadający wspólną wystawę ojca i córki – w Muzeum Karykatury, oczywiście.

28
May

Temat dla mas (o książce „Kobro. Skok w przestrzeń” Małgorzaty Czyńskiej)

Udostępnij:

Za wcześnie zmarli geniusze mają pośmiertne wzięcie. Gdy ich groby obrastają trawą, a postaci – legendą, można nad nimi uronić (imaginacyjnie) łezkę. Kultura masowa ze wzruszenia wydusza zysk – byle nacisnąć właściwe klawisze. Najlepiej sprzedają się kontrasty: wzniosłość z upadkiem, miłość z podłością, wewnętrzne bogactwo z materialną nędzą.

Historia Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego pasuje jak ulał. Pionierzy polskiego konstruktywizmu, prywatnymi kanałami zgromadzili prace europejskiej awangardy i przekazali łódzkiemu Muzeum Sztuki, pierwszej tego typu europejskiej placówce. Ale bez osobistych tragedii ich dokonania twórcze interesowałyby tylko garstkę znawców. Dopiero piekło, które sami sobie zgotowali plus wojenny koszmar plus potworne choroby plus socrealizm – o, taki zestaw działa na masy. Dodajmy jeszcze trzecią osobę dramatu, córkę Nikę, świadka i ofiarę. To jej zawdzięczamy relację z horroru.

.DLOLO strzeminski Katarzyna_Kobro Władysław z Katarzyną, kiedy się kochali. I Katarzyna z trzyletnią Niką oraz misiem.

 „Miłość, sztuka, nienawiść” ukazała się w 1991 roku; dziesięć lat później odeszła autorka.

4874d To okładka pierwszego wydania dzieła Niki Strzemińskiej

Kronika rodzinnego koszmaru stała się własnością publiczną. Najsilniej na zbiorową wyobraźnię podziałała… kaszka, ugotowana córce przez Katarzynę na ogniu rozpalonym z rzeźb. Własnych. Porąbanych. Tej mannej na rąbance nie mogło zabraknąć w spektaklu teatralnym „Kobro”, przygotowanym w ubiegłym roku przez Teatr Nowy w Łodzi. Podobnie jak razów zadawanych żonie szczudłem przez kalekę-brutala, jakim okazał się Strzemiński.kobro_portret2 z3182967AA z9168614Q,Katarzyna-Kobro   Młoda, piękna  Katia von Kobro

Ciekawa byłam, jak poradzi sobie z tymi krwistymi kawałkami Małgorzata Czyńska, dziennikarka, z wykształcenia historyczka sztuki. Bo ją też zainspirowała wzmiankowana para.Print

Tytuł „Kobro. Skok w przestrzeń” sugerował, że autorka położyła nacisk na bio artystki. Jakieś zrozumienie obiecywał podtytuł: „skok w przestrzeń” można rozumieć zarówno jako odniesienie do suprematycznych rzeźb tytułowej postaci, jak do straceńczej zawziętości, cechującej ją w każdym aspekcie życia i pracy. Ktoś, kto stawia sobie takie wyzwanie, także musi trochę oszaleć, odlecieć.spatial-composition-4-1928 Konstruktywistyczna rzeźna Kobro

Łapczywie sięgnęłam po książkę, ciekawa, w jaki sposób osoba urodzona prawie 80 lat później od swej bohaterki odczyta, odbierze jej osobowość.

Z wysokości obcasów

Zaczyna się mocną sceną. Kobro, już po wojnie, przekazuje ostatnie ocalałe suprematyczne konstrukcje Marianowi Minichowi, dyrektorowi łódzkiego muzeum. Jest chuda, chora, w depresji. Potem Czyńska pisze: „Żeby spopularyzować biografię Katarzyny Kobro, trzeba by kogoś takiego jak Andrzej Wajda”. Tu następuje opowieść o niedoszłym filmie reżysera „Kanału”.

I dalej – coraz gorzej. Autorka nie podjęła ryzyka lotu nad kukułczym gniazdem. Zamiast tego spróbowała skoku na bungee. Trochę adrenaliny, jednak z asekuracją.

Publicystka „Wysokich Obcasów” nie nie potrafi wejść w buty Kobro. Tym bardziej w duszę, w jaźń, w wyobraźnię – co niezbędne, żeby biografia porwała czytelnika. Tymczasem Czyńska patrzy na artystkę z zewnątrz, po wierzchu. Zamiast próbować po swojemu zinterpretować dzieła Kobro, podpiera się zdaniem innych krytyków. Choćby taka arcyciekawa kwestia – dlaczego Kobro niemal jednocześnie rzeźbiła akty i konstruowała matematycznie wyliczone obiekty? Czy tylko dlatego, że przy figuralnych pracach „relaksowała się”, a przy suprematycznych – koncentrowała na nowych zadaniach? A może ta dwoistość w jakiś sposób ją charakteryzowała, mówiła o skrywanych potrzebach, o czymś, czego wolała nie wypowiadać? Czym to było spowodowane – strachem przed mężowskim terrorem czy wolnością od jego terroru?kobro3 akt3kobro akt1kobroAkty rzeźbione przez Katarzynę Kobro równolegle z konstruowanie rzeźb abstrakcyjnych

Wolałabym, gdyby Czyńska zaproponowała nam najśmielszą, choćby karkołomną tezę, niż chowała się za parawanem cudzych słów. W efekcie, książce brak ognia – choćby tego podłożonego pod kaszkę.

Zszywanie cytatów

Czyńska pisze tak, jakby szykowała artykuł do poczytnego tygodnika. Tyle, że dłuższy. Sama nie ma wiele do powiedzenia, toteż bazuje na wypowiedziach innych. I rozdmuchuje tekst czym się da, choćby regulaminem Firmy Portretowej Witkacego – z tej racji, że wykonał podobiznę Kobro. Owszem, Czyńska zrobiła research. Nawet zadała sobie trud, żeby dotrzeć do najbliższych krewnych Katarzyny. Jednak to nic nie wnosi, nie dodaje do znanych konkretów. Owszem, przytacza i reprodukuje dokumenty, w tym akty oskarżenia przeciwko Kobro i przepychanki rozwodowe straszliwie skłóconych małżonków. Tak, to hardcore – ale to już wiedzieliśmy wcześniej.

Oczywiście, M.Cz. sięga po wypowiedzi historyków sztuki, zwłaszcza tych, którzy kiedykolwiek pisali o polskiej awangardzie okresu międzywojnia. Tak, wspomina o dwóch dokumentach filmowych Hanny Kramarczuk, których scenariusze reżyserka pisała wespół z Niką Strzemińską (1993 i 1998), lecz najwyraźniej ich nie obejrzała. Nie ma też słowa o dokumencie telewizyjnym „Niebieskie kwiaty” Tadeusza Króla z 2011, stosunkowo niedawno. W tym samym roku Maciej Wojtyszko zrealizował w Teatrze Telewizji spektakl „Powidoki” – również przemilczany.

Inne materiały z mediów? Czyńska kilkakrotnie powołuje się na… tekst koleżanki z redakcji WO, Moniki Piątkowskiej (powstał w ostatnim roku życia Niki). Dzięki temu autorka „Skoku…” co nieco dowiedziała się o zawodzie i warunkach życia córki artystycznej pary.

 Depresja osiągniętego celu

Gros cytatów – to fragmenty ze wspomnianych we wstępie wspomnień Niki Strzemińskiej. Rozumiem, że było to niezbędne – jednak proporcje zostały mocno zaburzone. Przewalone. Jakby na przekór matematycznie wyliczonym kompozycjom bohaterki.

Po napisaniu książki „Miłość, sztuka, nienawiść” Nika miała dół, psychiczny zjazd.

Dziwne? Ona uważała, że naturalna konsekwencja operacji, jakiej na sobie dokonała. „Profesor Kępiński określa to jako »depresja wiechy«. To rodzaj depresji ogarniającej najzdrowszego psychicznie człowieka, który osiągnął coś, z czym wiązał duże nadzieje i aspiracje. Wiecha to zwieńczenie domu – czyli zamknięcie dzieła. Cel został osiągnięty, koniec, już nie ma się do czego dążyć – i jest depresja”, mówiła mi córka Strzemińskich w wywiadzie, który przeprowadziłam z nią wkrótce po ukazaniu się jej życiowego dzieła. Zdążyła jeszcze opublikować poszerzoną jego wersję. Jednak tego, o czym marzyła jako dziecko – o wynalezieniu antidotum na raka – nie udało jej się zrealizować. A że los bywa złośliwy jak nowotwór, ona też zmarła na tę chorobę.promocja1 promocja_dedykacjaRok 2001. Promocja książki „Miłość, sztuka, nienawiść” – wersja II. Nika Strzemińska podpisuje swoje dzieło w staromiejskiej Galerii zapiecek (już nieistniejącej).

Nie sądzę, żeby książka Małgorzaty Czyńskiej pomogła zrozumieć tak dzieło, jak osobowość Kobro. Utwierdzi tylko czytelników w tym, że ta kobieta przeszła przez inferno… po nic.

Bo nadal pozostaje nieznana.

 

 Małgorzata Czyńska

Kobro. Skok w przestrzeń

Wyd. czarne, Wołowiec 2015

ISBN 978-83-8049-042-0

 

Tekst ukaże się latem w miesięczniki „Nowe Książki”

27
May

Wzruszenie a sprawa polska (lub sztuka, media i łzy)

Udostępnij:

Wzruszamy się pośmiertnie.
Losy Kobro, Szapocznikow i innych „ikon cierpienia” zajmują nas o tyle, o ile już nic nie ma więcej do roboty, poza uronieniem (wyimaginowanej) łezki: ach, jakie mieli/ły trudne życie! IO ileż więcej mogli/ły stworzyć, gdyby los był dla nich łaskawszy!

Mierzi mnie ta hipokryzja wzruszeń i rozczuleń.
Dookoła mnóstwo artystów w sytuacji podobnej do tych opisanych (wielokrotnie, bo to samograje) – ale mają pecha, że żyją tu i teraz – lub zmarły niedawno, już w epoce krwawej walki o dobra, pozycje, zaszczyty.

Ci, co jeszcze żyją – żyją w ciszy, w zapomnieniu, wobec obojętności mediów. Nie potrafią krzyczeć – a nawet nie mają na to siły.

Ciekawe, ile lat trzeba będzie, żeby opisać historie np. Lidki Serafin i Janusza Petrykowskiego? Andrzeja i Małgosi Dłużniewskich? Włodzimierza Borowskiego? Zbigniewa Gostomskiego?

To są tragedie jeszcze ciepłe, nieograne, do wzięcia!

Panie i panowie hieny, scenariusze gotowe, czekają na wasze utalentowane pióra!

To było na moim profilu fb 26 maja. Reakcji – co niemiara. Wybrałam dwie. Oraz mój dopisek.

Andrzej Biernacki M.M.:,,Mierzi mnie ta hipokryzja wzruszeń i rozczuleń”. Dokładnie z tym powiązana jest arcyobłudna troska o tzw. ,,wykluczonych”. Z reguły nadchodzi ze strony głównych architektów owych wykluczeń. Zawsze, niezmiennie robi to samozwańcza banda działająca pod sztandarami “interesu społecznego”, dysponująca CUDZĄ kasą, w tym …kasą wykluczonego.


Jan Niksiński
 A.B., Mnie mierzi to stałe utyskiwanie, że jakaś banda ma władzę i dysponuje cudzą kasą, a my jesteśmy wykluczeni. Należy znaleźć jakąś metodę by tą bandę zniszczyć i odsunąć od władzy i kasy. Może powinniśmy zrobić w końcu jakąś rewolucję? Żałosne jest jednak to, że jesteśmy w przerażającej mniejszości. A może masz w tym temacie inny ogląd sytuacji?
Monika Małkowska Wróciłam właśnie z nagrania Tygodnika Kulturalnego TVP Kultura. Spec-gościem była Małgorzata Czyńska, autorka „Kobro. Skok w przestrzeń”. Niestety, zgodnie z naszymi (uczestników) przewidywaniami (powziętymi po lekturze książki), okazała się równie odległa (świadomością, nie tylko czasem) od bohaterki, jak pies od swego ogona. Znaczy: kręciła się dookoła, bez szans na uchwycenie tej dziwnej uciekającej istoty…

 

24
May

Podróż w wyobraźnię (wystawa Eli Baneckiej w galerii Nowogrodzka 18A)

Udostępnij:

Grafiki Eli Baneckiej dają mi przestrzeń. Tę, która mieści się w każdej kompozycji i tę wewnętrzną, pomagającą wydostać się z pomieszczenia, położenia, (nie)powodzenia. Z naszego tu i teraz.

unnamed-2 unnamed-1

Wystawa z oddechem, którego najczęściej brak na innych pokazach. Szlachetna tak w sensie wizualnym, jak jako przekaz. Niczego nie narzuca – pozwala płynąć myślom i skojarzeniom.
Nie usiłuje być „nowoczesna”, nie porusza „społecznych” zagadnień; nie strofuje widza, nie poucza, nie odstrasza.

Jest w tym filozofia wschodu; kontemplacja; odlot od małych, codziennych spraw. Jest ład, poczucie piękna, potrzeba harmonii. Jest izolacja od chaosu, w którym żyjemy.unnamed-3

Prace, które powstały w zgodzie z wewnętrzną prawdą autorki – i ta szczerość, czystość, zarazem niezależność udziela się odbiorcom.

Ela Banecka nie potrzebuje potwierdzeń ze strony merytokracji (tzn. wpływowych w sztuce osób), że to, co robi jest prawdziwą sztuką. Jej wystarczy własna potrzeba.

Koniecznie wybierzcie się na tę ekspozycję.

Nowogrodzka 18A. Do 9 czerwca.

015 b unnamed-1

 

 

unnamed 8

22
May

Chmury nad tęczą (cz. 1)

Udostępnij:

Są zajęci od rana do nocy, nawet dłużej.

Ponadnormatywnie okupują lokale przy Placu Hipstera, dawniej Zbawiciela. W ręku tablet, oko i ucho w gotowości. Niby zrelaksowani, w istocie jak cięciwa. Pozorując spożywanie, rzucają głodny wzrok ku tym, którzy mają wpływ na bieg tego, czy raczej ich świata. Może ich zauważą, zaprotegują, zbawią?

Barokowa świątynia pod wezwaniem tuż, a on wierni jak podkościelne dziady, kalecy, żebracy. Może na nich spłynie łaska? Jeździ na pstrym koniu, ale przecież odwiedza te strony. Toteż co dzień odgrywają rytuał przeistoczenia – tak długo, jak piją swoje espresso, jawią się jako warszawiacy z dziada pradziada, inteligenci, znawcy życia, trochę dandy.

Póki nie dopadnie ich nieświęta trójca: długi, samotność, depresja.

Ale póki co, przebierają się za klasę średnią, której u nas nie ma i już nie będzie.

Za to jest szara strefa, niewidoczna na tle miazmatów warszawskiego city.

Są wychowani w tradycji ziomkostwa: rodzina, kumple, wspólnota interesów. Szaraki wzięły w posiadanie jeden z centralnych placów stolicy, zamieniając go w swoją małą ojczyznę, heimat ludzi wyzwolonych, przedsiębiorczych, nie bojących się żadnego interesu, za to unikających pracy jak diabeł święconej wody.na-placu-zbawiciela Cukierek daleki od stanu faktycznego

Jest wśród nich niejaki Szef, lat dwadzieścia trzy, specjalista od komórkowych fotek luksusowych aut. Gdzie jak gdzie, ale przy Hipsterze trzeba zrobić kilka okrążeń w stylu Formula 1, zagłuszając small talks nad latte. Wtedy Boss – pstryk, potem wrzuca fotkę na fb i żyje. Chodzi mu o piękno maszyn, nie o ploty, kto siedzi za kółkiem. To wyrafinowane, acz wygodne hobby przyspożyło mu zastępy fanów, grupę lokalnego wsparia i niezłe dochody. Dzięki temu Boss zyskał przekonanie o swej wartości, czemu dał wyraz w audycji radiowej, której był bohaterem. Dalecy od takiego błogostanu są inni konsumenci latte, prosecco z kija czy tarty z sera i brokuła.

 

Beautiful people za tło mają tęczę. Wcale nie piękną. Spłowiałe, oklapłe kwiaty oblepiają kostropatą konstrukcję, której daleko do łuku. Straże pilnujące na okrągło te smętne resztki pomnika pomyślności zapobiegły kolejnym podpaleniom, lecz nie dały rady smogowi. Na dziś, rzecz prezentuje się jak swoje zaprzeczenie – symboilizuje miernotę, tandetę, prowizorkę.

Widziałam tęczę cztery lata temu w Brukseli. Świeżutka, idealnie półkolista, tęczowa w zestawie barwnym prezntowała się imponująco przed gmachem Parlamentu Europejskiego. Wchodziło się pod nią do UE, jak do raju. Ależ miała potencjał! Wionęło od niej optymizmem i nadzieją doszlusowania Polski do świata.002172

Idiotycznie długo mamiliśmy się, że wolność – równa się przywolenie na przekręty. Na dowolne manipulacje. Na wolne ustawki. Uwierzyliśmy, że jak ktoś się wzbogaci może nie najbardziej legalnie („pierwszy milion trzeba ukraść”, powtarzano jak mantrę), to da innym na chleb z masłem, na godne życie. Baliśmy się protestować przeciwko oszustwom, dawać upust niezgodzie na malwersacje, korupcję, nepotyzm – przecież ledwie ćwierćwieku temu zdobyliśmy wolność, a już zawiedliśmy? Już nie daliśmy rady? Defetyzm!

A jeśli ktoś meknął, beknął, wylał żale – to frustrat. Stygmatyzujące określenie, nie przystające do propagandy sukcesu którejś tam RP.

Aż nagle tąpnęło.

Tak jak tęcza przy Zbawiciela, Polakom oklapło.

I nie sposób wskazać winnego. Mówi Tomasz Lipiński (w wywiadzie z Plusa Minusa 25-26. 04.), moje pokolenie: „Polska potrzebuje drugiego rozdania. Ale nie zgranej już talii kart. Do tego muszą się wziąć inteligentni, dobrze wykształceni ludzie młodszych pokoleń, umiejący działać pragmatycznie i merytorycznie”.

Gdzie on, znaczy Tomek L., przezimował, skoro nie zauważył, że to już się stało? Młodzi wzięli się do dzieła. Rozdrapali, co było do rozdrapania, a teraz wydrapują sobie wzajemnie oczy, wyjadają ciepłe mózgi i parujące wątroby. Są, owszem, inteligentni – ale do głębi cyniczni. Przebojowi w sensie brak skrupułów. Oślepieni egoizmem, z liczbą dioptrii pozwalającą dostrzec jedynie własny pępek. Kultywują komunistyczne wypaczenia: publiczne, znaczy niczyje.

Bierz, ile zdołasz unieść! I blatuj się z towarzyszami przekrętowiczami – wspólny interes łączy silniej, niż jakakolwiek idea.

Tych młodych pozytywnych, empatycznych i mądrych nie widać. Odpadają, za delikatni na dziś. Bez względu na „merytoryczność” i inne umiejętności.

Niektórzy już wyjechali, inni szykują się do odlotu. Wszędzie lepiej, byle nie w naszej mordowni.

Spatologizowaliśmy się, usłyszałam w radio. Ale wybory pokazały, że już nie chcemy udawać, że jest cudnie. To nie jest kraj dla ludzi. Może dla hipsterów?

Felieton był drukowany w Plusie Minusie.

 

21
May

Realizm w abstrakcji (90. urodziny Stefana Gierowskiego)

Udostępnij:

Urodziny Stefana Gierowskiego.

 

Ma 90 lat (21. 05.2015), na liczniku przepracowanych ponad 60 lat.gierowski1 Z pędzlem w ręku, z głową chłonną na wiedzę, z ciekawością tego, co można wycisnąć (dosłownie i w przenośni) z tubki farby.

Z tej okazji – mini-feta w Galerii Fibaka na ASP.
Byłam, dostałam album z „Malowanie dziesięciorga przykazań” (b. ważny cykl, próba przełożenia abstrakcji na… realizm. Tom podarowała mi córka artysty, dziękując (co za honor!) za pisanie o sztuce jej ojca, także o cyklu Dekalogu.

Seria jest obecnie pokazywana w Bydgoszczy; za niecały miesiąc (od 11.06) – w Kościele Mariackim w Gdańsku.

 

Tak, to był, a dla niektórych nadal jest autorytet.

Kiedyś imię Stefan wyszło kompletnie z mody. Ale… zdarzały się małe Stefki i malutkie Stefanki. Od razu było wiadomo: dzieci wychowanków Profesora.

.gierowski

A dla wszystkich (nawet bezdzietnych), którzy studiowali na warszawskiej ASP, imię Stefan znaczyło jedno: Gierowski. Jego talent, wiedza, upór w dochodzeniu, czym jest malarstwo. Jego prawość. Jego postawa. Jego świadomość, że w sztuce nie ma półprawd.

Tę postawę dzieli z nim Jarosław Modzelewski, którego doktoranci pokazują prace w Galerii Lufcik w Domu Artysty Plastyka. Od dziś.Obrazy profesora.
Z różnych lat.
A ma na koncie przepracowanych ponad 60, może więcej.
A najważniejsze – poszukiwania SENSU abstrakcji.

gierowski-clv 02gierowski21,04 Gierowski00122 972-big gierowski-obraz  Gierowski.Stefan.1961.30.x.26.cm

 

20
May

Głosowanie na wycofanie (przed drugą turą wyborów prezydenckich, fragmenty z fb)

Udostępnij:

Upsss!
Zapomniałam, że fejs – to kraina szczęśliwości. Kotki, pieski, niemowlęta, potrawy tak piękne, że tylko łykać… Maryśka za darmochę.
A ja tu z poważnymi problemami, w tonacji minorowej, po trzeźwości.Przez dłuższy czas zajmowałam się na fb WYŁĄCZNIE sprawami kultury.

Polecałam, opowiadałam, recenzowałam (możliwie najkrócej) wystawy, filmy, książki, komiksy.

Teraz jest sytuacja wyjątkowa – odważyłam się powiedzieć, co myślę o tym, co dzieje się w kraju; jakie zmiany zaszły w ludzkich charakterach, co stało się ze światem kultury.
Komentarze i posty, które po tym nastąpiły, zmieniły całkowicie styl i klimat (czego oczywiście spodziewałam się)
Ale nie chcę „prowokować” zajadłości. Nie mam natury awanturnika.

Kasuję wszystkie moje posty dotyczące powyższych zagadnień.

Na koniec: pewna pani napisała, że wystarczy po prostu być szczęśliwym – i wszystkie problemy znikają. Ot, tak. Kilka lat temu pisałam (jeszcze nie skończyłam) książkę pod tytułem „Jak mieć szczęście”. Chodziło najogólniej – o to, jak złe doświadczenia przeobrażają się w pozytywne. Mam w tym zakresie ogromny dorobek…

Wiem, jak mieć szczęście – ale nie wiem, jak sprawić, żeby inni też byli.

W sensie – rzetelnie potraktowani, jw zgodzie z ich osiągnięciami.
I to już niestety sprawa łącząca się z sytuacją w kraju.

 

Elżbieta Jolanta Kościelak Ale może szkoda Moniko, ze wykasowałaś te posty – bo jak słusznie zauważyłaś – zrobiło się z tego szerokie społeczne forum, w którym przeglądamy się jak w lustrze. To przecież nie Ty byłas zajadła czy agresywna! A jeśli ktoś był – to na swój własny rachunek, a my po prostu mogliśmy to oglądnąć! To także cenne, by fragment społeczeństwa mógł się przeglądnąć w takim lustrze, także ze swoimi wadami ! Generalnie – obojętnie czy mówiąc o sztuce, czy o szerszych sprawach społecznych robisz genialną robotę kulturotwórczą! Odważnie stawiasz tezy, wystawiasz siebie jako “gospodynię” tak ważkich dyskusji. Moim zdaniem niepotrzebnie cokolwiek wykasowujesz. Ty dajesz impuls – a jak z tego mini-forum i z tego impulsu korzystają inni – to juz nie jest ani Twoja wina, ani zasługa – każdy jest tym, kim być może, na ile go stać. Media społecznościowe to po prostu ujawniają i są fragmentem egalitaryzmu współczesnego.

Grażyna Bieganik zgadzam się z panią Elżbietą, i to co piszesz Moniko, nie ma nic wspólnego z awanturnictwem . NIC. Jestem ci wdzięczna za wszystkie twoje spostrzeżenia, uwagi na temat współczesności , sztuki.itd. I nie potrzebnie skasowałaś , twój głos na fb, jest na wagę złota.

  • Tomek PK To się nazywa chowanie głowy w piasek, z całym szacunkiem i sympatią.

Sylwia Tarkowska-WłodarskaTo nie ja co prawda napisałam ,ze wystarczy ” być szczęśliwym”,ale moja filozofia życiowa bliska jest tej tezy. Pisanie o tym aspekcie życia to kwestia absolutnej indywidualności. Nie ma recepty na to,aby być szczęśliwym,a przynajmniej zadowolonym z zycia. Pisanie o tym w żadnej mierze nie jest ” uszczęśliwianiem na siłę” . To jedynie podzielenie sie swoimi doświadczeniami na ten temat i dobrze,ze sie o tym pisze. Może to trochę idealistyczne podejście ,ale z pewnością nie cynicznym.

Sylwia Tarkowska-Włodarska CZYTALI ! A czy pan T. rozumie co to indywidualizm? Bo zdaje się o tym głównie piszę.

 

Po takich wpisach – już nawet chciałam zwinąć sztandar obywatelskiej troski. Ale w chwili zwątpienia podtrzymał mnie – nie, nie zgadniecie – Kuba Wojewódzki.

Jego tekst w „Polityce” nie pozostawia wątpliwości: nie tylko ja dostrzegam i ostrzegam panów (i panie) polityków, że to już dłużej ta prywata pod banderami „demokracji” im się nie uda.

„Tak, daliśmy się nabrać. Liberalnym przebierańcom. Daliśmy się nabrać człowiekowi, który w swoim sercu, a nie w konstytucji powinien szukać granic aktywności. Bo wrażliwość, obywatelska intuicja czy zwykła ludzka przyzwoitość to nie przywilej, tylko codzienny obowiązek prezydenta.”

Czytajcie dalej sami, tekst jest długi, na dwie kolumny.Tytuł „Głosowałem na Kukiza…”

Jak to się stało, że Wojewódzki i ja używamy tych samych terminów, podobnej retoryki, a co najważniejsze – dostrzegamy te same wypaczenia? On, tak doskonale ustawiony, wyniesiony, medialny i bankowo oprocentowany – i ja, mało komu potrzebny krytyk sztuki?
Odpowiedź jedna: mamy dość. My, obywatele mamy dość – o czym ja z kolei piszę w „Rzeczpospolitej”.

Więc jeśli komuś spieszno do fejsowego raju – niech szuka gdzie indziej. Tu na razie kotków nie będzie.

 

Małgorzata Jabłońska Ciekawe, czytałam dziś tekst Wojewódzkiego w Polityce i po raz pierwszy w życiu mogłam się zgodzić z większością jego wypowiedzi… Jeśli Wojewódzki ma tego typu spostrzeżenia, to wkrótce będą w trendzie, Monika Emotikon wink. Przeczuwam modę na antysystemowość… myślę, że w ramach trendu antysystemowość wejdzie do mainstreamu. Ale jako poza, nie postawa.

 

18
May

Między nami króle są (poczet królów polskich autorstwa Waldemara Świerzego)

Udostępnij:

Ten pojedynek obywa się bez sędziego. To nie tylko walka artystów, którzy już przebywają w zaświatach – jeden od 1893 roku, drugi – od roku 2013. Ale emocje są!

Stajemy oko w oko z naszą historią, z jej twarzami. Skonfrontowani zostali bohaterowie sprzed stuleci, nawet tysiącleci.  Nasi przywódcy. Miejsce godne, na Zamku Królewskim. Skonfrontowani zostali bohaterowie sprzed stuleci, nawet tysiącleci. Choć nie każda z nich zasługuje na taki zaszczyt…

Ta wredna, opuchnięta od gorzały morda – to ma być monarcha? Taki miałby nami rządzić? Ten pyszałkowaty chłopaczek, który pewnie urwał się z Placu Hipstera – że niby książę? A ten lubieżnik z kobiecymi usteczkami, uformowanymi w dzióbek – takiemu oddawać królewskie honory?Waclaw-II Konrad-Mazowiecki

Ale sporo sympatycznych facjat. Sami swoi. Tego gościa znam, to chyba Franek M, jego oczy? Czyżby wywodził się z dynastii Jagiellonów? A tam – czy to nie Maryla? Jej oczy i idealny owal twarzy. Najwidoczniej ma jakąś kroplę krwi od królowej Jadwigi Andegaweńskiej

Dalecy od ideału

Jestem pewna, że podobnych reakcji będzie na tym pokazie mnóstwo. Bo przecież nikt nie wie, na kogo zapatrzył się Waldemar Świerzy, malując swój poczet królów polskich. Chciał zobaczyć ich jako postaci z krwi i kości, ze wszystkimi mankamentami urody i wadami charakteru, wyrytymi w rysach, wpisanymi w spojrzenie, w grymas ust, sposób noszenia głowy. Toteż musiał korzystać z modeli współczesnych, znajomych, bliskich, z tych, których oglądał w kinie i w tv.

Sam o sobie mówił, że jest „patrzacz”. Miał fenomenalną pamięć wzrokową i kiedy nie potrafił przypomnieć sobie nazwiska danej osoby, po prostu ją rysował, a Magda, jego żona, bez trudu odgadywała, kto zacz.fo_swierzy_waldemar_portret_3_44143

Teraz wystarczy poczytać podpisy, żeby widzieć, kogo przedstawia wizerunek – a jest ich czterdzieści dziewięć, w układzie chronologicznym. Każdy konterfekt został opatrzony w charakterystykę autorstwa Marka Klata. Kapitalne! Na podstawie dokumentów z epoki, kronik czy innych zapisków historyk wykreował jędrne i dalekie od panegiryków opisy naszych władców. Uprzedzam: wiara w „wyjątkowość” tych, co dzierżyli berło – o ile ktoś takową posiadał – legnie w gruzach. Często to typy spod ciemnej gwiazdy, miernoty i degeneraci. Oczywiście, zdarzały się postaci świetlane, jakby uformowane z samych przymiotów, ale to nikły procent. I wcale nie znaczy, że właśnie ci najlepsi, najbardziej wartościowi najbardziej podziałali na wyobraźnię Świerzego. Czasem wydaje się się, że sympatyzował z jakimś moczymordą czy polubił charakternego zabijakę.

 Bohaterowie z banknotów

Inaczej polskich monarchów chciał widzieć Jan Matejko. Autoportret_87Nasz największy malarz historyczny, tworzący ku pokrzepieniu serc, wolał idealizować. Na jego rysunkach koronowani – lub nie – władcy wyróżniają się godną postawą i rasowymi twarzami, które miały świadczyć o równie szlachetnej naturze i przywódczych cechach. Jak wiadomo, prawda była inna…

No, ale mistrz Jan wierzył w misję sztuki jak w Zawiszę. Jego skłonność do historycznej wierności kadzała mu gromadzić zabytkowe kostiumy i akcesoria, cyzelować z pietyzmem każdy detal.

Ale – uwaga! – jego wersja królewskiego pocztu jest bez kolorów.

To wcale nie są obrazy, lecz rysunki ołówkiem, na podstawie których powstały grafiki, które z kolei stały się podstawą wizerunków przedstawionych na monetach, znaczkach pocztowych i banknotach; niektóre (projektu Andrzeja Heidricha) nadal w obiegu.

Czy można się dziwić, że ta pozytywna i „pozytywistyczna” wizja funkcjonowała w narodzie przez długie lata, nawet po odzyskaniu przez nas niepodległości? Polacy wolą widzieć się jako naród stygmatyzowany cierpieniem i heroiczny. Lepiej nie konfrontować tego mitu z rzeczywistością i skupić się na wystawie.

z17922621AA,STANISLAW-AUGUST-PONIATOWSKI--1732-98----ostatni-k z17938856V,BOLESLAW-SZCZODRY-zwany-tez-SMIALYM--ok--1042-81-l z17938858V,-Nowy-poczet-wladcow-Polski--to-seria-49-portretowbig_a153_118 78782_bfcfbc03d

W pierwszej sali – niegdysiejszym gabinecie prezydenta Ignacego Mościckiego – pokazano pięć oryginalnych rysunków Matejki (specjalnie przyciemnione oświetlenie, papier nie lubi nadmiaru luksów). Wypożyczone z Muzeum Narodowego we Wrocławiu, dawno nie widziały jakiegokolwiek światła, toteż okazja wyjątkowa. Pośrodku pomieszczenia gabloty z królewską kasą (nie radzę włamywać się, to nie są wartościowe numizmaty). Na ścianie – ekran z fragmentami filmów, w których grali królowie naszego kina, ze szczególnym uwzględnieniem Mariusza Dmochowskiego, którego obszerna figura zdominowała ekranowy poczet (rekordzista: czterokrotnie grał Jana III Sobieskiego u różnych reżyserów).0371824 3015_c

Pojedynek na berła

W długiej a wąskiej galerii (kiedyś Galerii Sztuki Zdobniczej) oglądamy przeplatany ciąg monarchów: ten kolorowy, wyeksponowany bliżej widza stworzył Waldemar Świerzy; powieszone tuż obok starsza, czarno-biała wersja to faksymile rysunków Matejki.

Do tego, żeby stanął w szranki z mistrzem Janem namówił Świerzego Andrzej Pągowski, spiritus movens przedsięwzięcia. On też (Pągowski) doprowadził do tego konfrontacyjnego pokazu na zamku. To premiera. Owszem, w 2007 roku miała miejsce próbna, jednodniowa wystawa tuzina królewskich portretów wykreowanych przez Świerzego, jednak całość nigdy nie była prezentowana.

Nasz wybitny plakacista pracował nad cyklem ponad siedem lat. Mocno rzecz przeżywał. Kiedy spotykaliśmy się, nie mógł powstrzymać się od sypania anegdotami o… królach. Chciał znać nie tylko jak najwięcej faktów, nade wszystko spragniony był prywatnych relacji i opinii. Miał naukową obstwę: cztereosobowy zespół historyków pilnował, żeby nie strzelił jakieś kostiumowej gafy – np. ubrał w husarską zbroję Bolesława Krzywoustego czy ukoronował niekoronowanych. Nie przesadzał z nadmierną dbałością o szczegóły, najbardziej zależało mu na charakterologicznej prawdzie.

Waldemar Świerzy zmarł półtora roku temu, niestety nie mając okazji obejrzeć całości na wystawie. Za to my – tak. Skorzystajmy, pamiętając: ci królowie są wśród nas.

Nowy poczet władców Polski. Waldemar Świerzy kontra Jan Matejko – Zamek Królewski w Warszawie, Dawna Galeria Sztuki Zdobniczej, 19 maja – 19 lipca 2015

 

Tekst był opublikowany w „Rzeczpospolitej” 

 

 

 

 

14
May

Spieszmy się czytać książki, tak szybko wychodzą (tekst Grzegorza Sowuli)

Udostępnij:

 

2014_10_20-800

 

 

Od dłuższego czasu proszę wydawców o elektroniczne wersje książek, które chcą mi przysłać do recenzji. To wygodniejsze w lekturze, choć z pewnością łatwiej przy pisaniu omówienia kartkować tom z zagiętymi rogami stron czy rzucającymi się w oczy podkreśleniami niż skakać po zakładkach na ekranie czytnika.

Odmawiam przyjmowania drukowanych edycji, bo przeszkadza mi brak miejsca – oddaję co roku dwie setki książek z okładem różnym instytucjom (zestawy kryminałów, jak się dowiedziałem ze zrozumiałą satysfakcją, odbiera jedna z bibliotek więziennych), obdzielam znajomych, trzebię domowy zbiór jak mogę, a i tak wszystkie półki zastawione są w dwóch rzędach, książki zastawiają biurko i uparcie rozpychają się na podłodze w kolejnych stertach. Wiele bowiem spośród przysyłanych mi tomów zatrzymuję do odłożonej na przyszłość lektury – tej pierwszej, gdy nadejdzie ich kolej, i tej ponownej, „kiedyś”, „później”, „gdy już będę miał więcej czasu”.

Otóż, drodzy czytelnicy, nie łudźcie się, że kiedykolwiek będziecie mieli więcej czasu na lekturę. Żyjemy w innej epoce, „czasu” właśnie pozbawionej, ja zaś jakbym postanowił to uparcie ignorować. Gdy kilka lat temu likwidowałem domową bibliotekę mego ojca, pakując książki do pudeł zauważyłem, że niemal wszystkie były przeczytane – ale też nowości było wśród nich niewiele. Ojciec przez wiele lat emeryckiego żywota czytał namiętnie, dobierając jednak starannie lektury i dozując zakupy. Opierał się przyjmowaniu zbyt wielu nowych tytułów ode mnie. „Nie zdążę”, tłumaczył nie bez racji, bowiem kilkanaście co najmniej tomów, które poznałem jako moje dary, nosiło jedynie ślady pobieżnego kartkowania. Może powinno mnie to dziwić – przecież odkładał sobie lektury na tak zwane „zaś”, właśnie czas emerytury, ale rozumiałem go dobrze: liczba wydawanych tytułów, książek autentycznie ciekawych i wartych skupienia, przyrastała w postępie geometrycznym. „I choćby nie wiem jak się natężał, to nie udźwignie, taki to ciężar”, by przypomnieć Tuwima.

Tak to teraz wygląda – książek przybywa, czasu ubywa. Już nie udźwigniemy, zapomnijmy o tym. Czytam szybko i dużo, od lat nie mam telewizora, odzwyczaiłem się od jego uzależniającego uroku na tyle, że nawet na wakacjach, w hotelowym pokoju nie włączam odbiornika a właśnie czytam. Teoretycznie i praktycznie mam więcej czasu niż przeciętny Polak, telewizji oddający nieco ponad cztery (!) godziny dziennie, książkami zaś w ogóle niezainteresowany. Ale odpakowując kolejne przesyłki zdaję sobie sprawę, że nie starczy mi już życia, by wszystkie te nowe i stare a wznowione pozycje przeczytać. Mogę je sobie upychać na półkach i wciskać pod biurko, wydawcy jednak są szybsi, nie pozwalają mi niczego odkładaać „na zaś”, jeśli doczekam emerytury – dla osoby żyjącej z pisania to raczej nieznany stan – będę przecież dostawać nowe tomy, drukowane i ucyfrowione. Przeglądając je i zastanawiając się, od którego zacząć lekturę, z żalem będę myśleć o tych odłożonych, na które już mi czasu nie starczy czy których, quelle horreur, w ogóle nie doczekam.

Dlatego parafrazuję znane powiedzenie: „Spieszmy się czytać książki, tak szybko wychodzą”… 

 

14
May

Czy te oczy mogą mówić (recenzja z wystawy „Co jest społeczne?” w CSW Zamek Ujazdowski)

Udostępnij:

Chodzi o przenikanie się sztuki z życiem; o interakcje między społeczeństwem a artystami.

Temat gorący, chętnie poruszany przez leaderów sztuki, którzy bez oporów otwierają się na bliźniego nie zaglądającego od muzeów i galerii. Jak nie góra do Mahometa, to Mahomet do niej – dziś modna postawa.

Tymczasem Grzegorz Borkowski, kurator (jeden z najstarszych w Zamku Ujazdowskim) udowadnia, że nic nowego pod słońcem. Wystawą stawiającą tytułowe pytanie przywołał wydarzenia z ostatniego ćwierćwiecza, odbywające się pod auspicjami Zamku Ujazdowskiego. Pokaz z udziałem kilkudziesięciu artystów z najwyższej światowej półki, a także z niższych, rodzimych półeczek. Warsaw08170x 048_0

Żeby była jasność: to nie jest przegląd prezentacji we wnętrzach CSW, lecz wybór akcji/interwencji/działań pod patronatem zamkowym. Miejscem niektórych były zewnętrzne mury centrum, inne odbywały się w najbliższym sąsiedztwie budynku, kolejne pojawiły się w rozmaitych miejscach Warszawy, a jeszcze inne – gdzieś na wsi, z dala od stolicy.

Trochę zrobiło mi się smutno: dobrze to już w CSW było… Kiedyś przyjeżdżali do nas gwiazdorzy, od dawna zapisani w encyklopediach. Ba, kiedyś więcej naszych artystów dostawało zielone światło na działania ekstrawaganckie, ryzykowne, które z czasem okazywały się sukcesem.

Bo mówcie, co chcecie – ale Aleje Jerozolimskie bez palmy Joanny Rajkowskiej byłyby dziś jak Warmia bez Mazur. A to tropikalne drzewo wyrosło przy Rondzie de Gaulle’a już 13 lat temu! I wciąż obrasta – w sławę. Ma nawet swoje archiwum fotograficzne, tworzone spontanicznie przez anonimowych przechodniów i turystów.003_d_m

Niemal w tym samym czasie japoński artysta Tadashi Kawamata wykopał i uzdatnił XIX-wieczne piwnice przed fasadą CSW. Wejście do tajemniczego podziemia zostało zadaszone, a same lochy – zaadaptowane na potrzeby sztuki.

I kolejna przyzamkowa historia. Idąc do CSW, nie sposób nie zauważyć dziesięciu kamiennych ław rozstawionych wzdłuż głównego traktu, prowadzącego do wejścia. Wyryte na nich „Teksty o przetrwaniu” i „Truizmy” ułożyła Jenny Holzer, amerykańska artystka konceptualna w 1999 roku. z17256191Q,Centrum-Sztuki-Wspolczesnej-Zamek-UjazdowskiTo trwała pamiątka po jej obecności w Warszawie. Natomiast ulotną była interwencja z gatunku street art, w centrum miasta, na dworcu PKP, w centrum handlowym (1993). Wtedy plakaty z „Truizmami” dla jednych stały się łakomym kąskiem „kolekcjonerskim” (czytaj: kradzież), innych zirytowały niezrozumiałym przesłaniem. Co artysta chciał wyrazić np. poprzez slogan „Wojna zacznie się w tajemnicy”? Jakieś głupoty.002_c_m

Natomiast 40 billboardów towarzyszących monografii Christiana Boltanskiego, pod wspólnym tytułem „Świadek” (2001) wywoływało niepokój: para gigantycznych oczu surowo spoglądała na przechodniów z plansz ze zwykłymi reklamami, ze ścian budynków, z parkanów. I nawet jeśli ktoś nie odgadł, że autorowi chodziło o przypomnienie losów getta i jego mieszkańców, robiło się jakoś nieswojo… 001_d_m

Mnie zaś zrobiło się przykro, gdy zobaczyłam fotografie dwóch znakomitcyh instalacji powstałych przy okazji jednej z pierwszych pamiętnych ekspozycji w CSW. Rok 1990, „Raj utracony. Sztuka polska w roku 1949 i 1989”; zamek jeszcze w stanie surowym, ale to akurat konweniowało z sytuacją oraz pracami Grzegorza Klamana (koślawa „wieża” z arkuszy blachy) i Jerzego Kaliny (kilkadziesiąt łopat z czerwonymi trzonami, wbitymi w ziemię dziedzińca). 1181_d_201505cojestspoleczne_d06Dlaczego przykro? Bo o tych artystach jakoś zrobiło się cicho.

Za to hałas był wokół obiektu ustawionego przez Maurizio Cattelana w bramie przy ulicy Próżnej, na terenie byłego getta. „On” klęczał w modlitewnej pozie., widoczny od tyłu. Lecz dzięki plakatowi reklamującemu wystawę każdy rozpoznawał tę twarz: tak, to on, Führer. Ekspiacja czy prowokacja? Wydarzenie wywołało dyskusję o pamięci miejsca; o tym, czy miejsce może być trwale stygmatyzowane przez historię.cattelan_gagosian_4 copie_1026_770_resize_90

Co jeszcze działo się wokół Zamku? Warto odświeżyć pamięć.

 

 

„Co jest społeczne?” wystawa zbiorowa, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, wystawa czynna od 14 maja do 27 września

 

Tekst publikowany w „Rz”.