THE BLOG

29
Jun

Zaplecze czernej procesji (czyli o wynaturzeniach szkolnictwa wyższego w Polsce)

Udostępnij:

„Szkolnictwo wyższe w tym kraju to fikcja od wielu lat, studiowanie to sztuka oszukiwania i kombinowania (…) po takiej szkole nie jesteś nic a nic przygotowany do tego, co cię czeka potem” – tak napisał pewien internauta w reakcji na Czarne Procesje polskich humanistów, która przemaszerowały ulicami kilku miast 10 czerwca br.

Niestety, jest w tym ziarno prawdy. Na uczelniach rozhulał się system kumulowania stołków. Prawie nikt nie utrzymuje się z jednej pensji, bo nawet profesorska (ok. 4.000 zł) niewiele wystaje ponad średnią krajową, a jest prawie o połowę niższa od średniej warszawskiej (podobno 8.000 zł). Zagonione, zadyszane ciało pedagogiczne musi dawać ciała. Więc mnoży się etaty (na różnych uczelniach), wprowadza studia zaoczne (płatne), dodatkowe zajęcia, ekstra wykłady. No i szturm na szkoły prywatne!

Co więcej, na współpracowników nie wybiera się najbardziej uzdolnionych, tylko tych, którzy mają coś na wymianę, np. zajęcia na innej uczelni. Albo są inaczej użyteczni (wiecie, rozumiecie). Albo są z rodziny (uczelniane „dynastie”, kiedyś nie do pomyślenia, dziś na porządku dziennym).  Nepotyzm– to prawdziwa plaga polskich uczelni. W tej sytuacji spadek jakości nauczania był nieunikniony. I już czasem nie wiadomo, czy studia są po to, by dawały zajęcie i zarobek pedagogów, czy – żeby kształcić nowe kadry.

Pedagodzy nie aplikują do EU o dotacje na podniesienie pensji, bo i na pewno ich by nie otrzymali. Póki co, rozpaczliwie walczą o utrzymanie stopy życiowej godnej ich stanowisk. Zapominają przy tym o misji, godności, etyce zawodowej… Z drugiej strony, rozumiem ich: młodzi pogardzają loserami – a za takich mają mniej zasobnych belfrów – nawet gdyby to właśnie od nich dostawali najwięcej wiedzy.

Tak, system szkolnictwa wyższego kuleje na obie nogi, a i z głową słabo. Jest na to prosta kuracja: podnieść znacząco podstawowe pensje, wstrzymać wieloetatowość, wyeliminować fikcyjne zajęcia.

Jeśli tak się nie stanie, humaniści mogą nawet przebrać się za zombie i urządzić noc żywych trupów. I tak nikt im nie będzie współczuł.

28
Jun

Maść na szczury czyli nasza nowa nowomowa

Udostępnij:

 

Przychodzi baba do lekarza… Tak zaczynał się dowcip z nieskończoną ilością zakończeń.

 

Dziś babą jest Rzeczpospolita Polska. Co kobiecinie dolega? Jak ją leczyć, skoro nie za bardzo wiadomo, która część organizmu najbardziej słabuje? Niby 25-letnia młódka, ale ma płuca wyplute i cała przeżarta szkorbutem, jak dziąsła Waryńskiego (patrz: Władysław Broniewski, „Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego”). Gdyby odłączyć ją od europejskich kroplówek, pewnie by skonała.

 

Ale lekarze utrzymują, że pacjentka na dobrej drodze do odzyskania zdrowia. Lekarze różnych profesji, samozwańczych, czasem cynicznych, czasem odklejonych od rzeczywistości.

 

Nic to nowego – już Molier zauważył, że najwięcej na świecie medyków, gotowych doradzić sposób na każdy ból i bolączkę. U nas służba zdrowia niewydolna, lecz ochotników rwących się do zdiagnozowania chorej baby bez liku. Każdy podsuwa jakieś niezawodne remedium: niedożywionym – maść na szczury; bezrobotnym – napar z jaj nietoperza; pogrążonym w depresji – ekstrakcję zęba. Wszyscy oni eksperymentują na żywym organizmie, gdy tymczasem pacjent wpada w stan katatonii. I w ogóle przestaje reagować. Bo po co?

 

W ostatnich miesiącach zagęszczenie afer ujawnianych w Polsce uświadomiło, że „ześmiardło się” wszędzie. A wiadomo, zgnilizna idzie od głowy. 

Na własną rękę i odpowiedzialność przeprowadziłam rodzaj psychotestu (też zabawiłam się w lekarza) wśród reprezentatywnej grupy obywateli. Chodziło o wolne (automatyczne) skojarzenia: pierwsza, spontaniczna reakcja na jakieś słowo.

Jak wiadomo, to stara koncepcja Freuda, implantowana w sferę sztuki przez surrealistów. Ojciec psychoanalizy na podstawie analizy tych automatyzmów stawiał pacjentowi diagnozę; surrealiści grali w „Trupa doskonałego”.

Spróbujmy z babą. Oto jej odpowiedzi.

Dobrze – się urządzić;

Źle – być luzerem;

Egoizm – życiowa mądrość;

Rodzina – na fejsie;

Społeczność – w sieci;

Ojczyzna – oj tam, oj tam;

Solidarność – kultowy plakat z Garym Cooperem idącym na wybory;

Uczciwość – nie ma głupich;

Przyjaźń – współny interes;

Lojalność – dopóki trwa przyjaźń;

Sprawiedliwość – nie istnieje;

Równość – po co?

Moralność – dulszczyzna;

Pomoc – sobie samemu;

Milion – trzeba ukraść;

Katastrofa – przelicznik franka do złotówki;

Wolność – paszport;

Ryzyko – wakacje w Egipcie;

Odwaga – lokaty najwyższego ryzyka;

Ideał – 90 w biuście, 60 w talii, 90 w biodrach;

Ideały – coś z fortepianem Chopina;

Cel – duża szybka kasa;

Wiedza – luksus, na który nie stać;

Nauka – angielskiego;

Sztuka – nie wpaść;

Dywan – rzecz, pod którą się zamiata.

 

 

27
Jun

Taniec, który trwa sekundę (o projekcie Agaty Zbylut na ścianie metra Marymont)

Udostępnij:

Obraz nieproporcjonalnie długi: 37 metrów na 3 metry wysokości. Coś jak fryz, tyle, że ten wypełnia ścianę od podłogi po sufit.

Białe, kompletnie puste tło; na nim – figura nagiej dziewczyny, powtórzona 25 razy, lecz za każdym razem w innym ujęciu. Dziewczyna tańczy. Właściwie – nie ona wykonuje taneczne pas, lecz intensywnie czerwona peleryna fruwająca wokół jej ciała, którego… nie ma. Zostało wytarte, wycięte. Nie widać twarzy ani nawet zarysu głowy; nie ma światłocienia. Jest tylko płaska sylwetka. Duch? Może duch, ale jakże żywotny!

Choć muzyki nie słychać, można się domyślić jej charakteru: szybkie tempo, melodia sugestywna, zachecająca do improwizacji. Choreografia, taniec, a nade wszystko – pomysł i wykonanie pracy są zasługą Agaty Zbylut, znanej artystki ze Szczecina (ostatnio coraz częściej bywającej w Warszawie).MERTO FRAGMENT 1 MERTO FRAGMENT 2

Zgrabną figurę tancerki podkreślają wysokie obcasy, a biel „pustego” ciała kontrastuje z ostrą barwą i połyskliwą, pofałdowaną materią płaszcza. Tylko on został sfotografowany z fakturą i światłocieniem. Nie byle jakie to okrycie, lecz specjalnie uszyta peleryna, kopia tych, które noszą Rycerze Chrystusowi. METRO FRAGMENT ZAPROSZENIE

Imponujący, zarazem groźny strój. Kieruje naszą wyobraźnię ku przeszłości. Kojarzy się z płaszczami Krzyżaków, z powieściami fantasy („Batman”, „Superman”), 3058421-nealadamsbatman 3605753-1936874063-31646

z Wenecją czy Paryżem minionych epok i ich romansowo-artystyczną aurą, z tajemniczymi zamaskowanymi damami okutanymi pelerynami, przemykającymi pod osłoną nocy do garsoniery kochanka… 1762Immagine-046jpg

Są też współczesne konotacje: kostium prestigidatorów lub glamour na czerwonym dywanie.

 

Agata zaproponowała rzecz zapierającą dech w piersiach. Dosłownie. Sfotografowała się w tańcu – ale jakim! Ekstaza, odprawianie czarów, wirowanie, mordercze tempo. Co fascynujące – jej projekt zdaje się ripostą na kompozycję Adama Wójcickiego, poprzednika Zbylut „na ściance” Marymontu. Wójcicki zaprojektował fresk o męskich zawodach. Jego „Carrera!” przedstawiała symboliczny wyścig szczurów. Tłum facetów (też sylwetki, ale czarne) wytężał siły w galopie po jakąś niesprecyzowaną nagrodę, w nieodgadnionym celu. W domyśle: po sukces i kasę.

Zbylut postawiła na jedną i tę samą postać, ale zmultiplikowaną 25 razy. Tyle klatek na sekundę mają filmy/programy telewizyjne (filmy animowane mają częstotliwość nieco mniejszą – 24 klatki, zaś starym filmom z epoki kina niemego wystarczało 16 klatek na sekundę).

Patrzę na fryz Agaty Zbylut i odnoszę wrażenie, że stworzyła fotograficzny zapis jednej sekundy tańca. Swego rodzaju animację poklatkową. Coś zbliżonego do „Święta Wiosny” Katarzyny Kozyry.katarzyna-kozyra-na-tle-instalacji-swieto-wiosny-casting-wernisaz-zacheta-2010-001-800x546

To jednak iluzja – z tych skoków i piruetów nie dałoby się złożyć płynnego ruchu.

U Agaty Zbylut sąsiadują ze sobą skrajnie zróżnicowane pozy i kontrastowo różna gestykulacja. Wrażenie płynności zawdzięczamy… pelerynie. Czerwone formy łączą się w jeden ciąg o rysunku nerwowym jak elektrokardiogram. Czasem jedwabna tkanina rozwija się jak skrzydła nietoperza, to opada trójkątnie na boki, to znów ostro wznosi ku górze, przybierając dziwaczne, abstrakcyjne kształty.

 

Nie wiem, czy autorka inspirowała się historią fotografii – ale jej taneczna sekwencja przywodzi na pamięć dokonania dwóch pionierów fotografii z końca XIX wieku. Francuz Étienne-Jules Marey i Anglik Eadweard Muybridge (obydwaj urodzili się w tym samym 1830 roku i zmarli w 1904) starali się zarejestrować na zdjęciach kolejne fazy ruchu, co w efekcie doprowadziło do wynalazku kina. Marey uwiecznił m.in. „Mężczyznę skaczącego o tyczce”marey_seagull_3_750,Saut à la perche

a Muybridge – „Kobietę schodzącą po schodach” Female_nude_motion_study_by_Eadweard_Muybridge_(2)

czy „Radość tańca (Miss Larrigan)”Eadweard_Muybridge,_Plate_187_–_Dancing,_fancy,_no._12,_Miss_Larrigan.Eadweard_Muybridge_Animal_Locomotion_Plate_172

Eksperymenty z kamerą odzwierciedliły się w awangardowej sztuce początku XX stulecia: Marcel Duchamp namalował „Akt schodzący po schodach”duchamp, a futurysta Gino Severini – „Tancerkę w błękicie”tancerka-w-blekicie-gino-severini.

Zasada była podobna: nakładana wielokrotnie ta sama postać w kolejnych fazach ruchu. Z tym, że te składanki odbywały się na jednym płótnie, w jednym kadrze.

W moim odczuciu, praca Zbylut łączy fotografię z malarstwem, rysunkiem, projektowaniem. Jest kropką nad „i” w proponowanym przeze mnie cyklu projektów dla stacji metra Marymont.

Dotychczas w serii „Metrowych komiksów” udział wzięło czworo znakomitych artystów z różnych miast w Polsce (kolejno: Piotr Macha, Marcin Podolec, Małgorzata Jabłońska, Adam Wójcicki).

Agata tańczy ostatni numer tego balu, potem bierzemy płaszcze i do domu!

Ale jeszcze do końca września impreza trwa. Kto dotrzyma Agacie kroku?

26
Jun

Zachód przesiąknięty Wschodem (recenzja wystawy „Ottomania” w Krakowskim Muzeum Narodowym)

Udostępnij:

 Śnieżnobiałe, bulwiaste turbany, stroje połyskujące złotem i drogimi kamieniami, ciemne twarze o egzotycznych rysach – od pierwszego spojrzenia wiadomo, że jesteśmy w imperium osmańskim doby jego rozkwitu. W tym samym czasie Europa także rosła w siłę – militarną, handlową, artystyczną.

O wzajemnych przenikaniach opowiada wspaniała wystawa „Ottomania”; o tym, jak się to przejawiało w sztuce, obyczajowości i ubiorze. Jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych roku.

55686bf41c8b9_o 541435241002_3_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_021_KALI_770_512431435240983_18_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_018_KALI_770_512  

 

Pogańskie zagrożenie

Prezentacja „Osmański orient w sztuce renesansu” jest gęsta niczym wschodni kobierzec. Przepych adekwatny do tematu. Po brukselskim pokazie w Palais des Beaux-Arts „Ottomania” jest już w Krakowie. Po raz kolejny krakowskie Muzeum Narodowe podjęło międzynarodową współpracę (z polskiej strony kuratorski nadzór sprawuje Michał Dziewulski).

Malarstwo z najwyższej półki, plus bezcenne przedmioty rzemiosła artystycznego, mapy, dokumenty, broń. W sumie – 150 obiektów wypożyczonych z kilku wielkich kolekcji, m.in. z wiedeńskiego Kunshistorisches Museum, londyńskiej National Gallery, florenckiej Uffizi.

61435240982_12_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_012_KALI_770_512 921435240982_13_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_013_KALI_770_512

Oprócz klasy eksponatów – ważny temat, jakże aktualny w kontekście bieżących wydarzeń (zamachy islamistów) oraz w perspektywie „proroczej” książki Michela Houellebecqa „Uległość”. Tymczasem historia, przywołana we wspomnianej ekspozycji, poucza: to już było. Europa stanęła wobec ekspansji muzułmańskiej religii i kultury po 1453 roku, po zdobyciu Konstantynopola. Zagrożone zostały dominujące na naszym kontynencie potęgi: habsburska i papieska. Kto wie, jak potoczyłyby się losy zachodniego świata, gdyby powiódł się sułtański plan podboju Wiednia i Rzymu?

Trudno się dziwić, że Turcy byli postrzegani jako wrogowie prawdziwej wiary, do tego demony i okrutnicy. Nawet Albrecht Dürer nie zawahał się zmanipuklować odbiorców swych grafik. Rytując „Męczeństwo świętego Jana Ewangelisty”, którego to świętego zanurzono we wrzącym oleju z rozkazu rzymskiego cesarza Dominicjana, artysta ubrał imperatora w turban! Antyosmańską wymowę miały też inscenizowane turnieje rycerskie i pochody triumfalne, ulubiona rozrywka cesarza Maksymiliana I i arcyksięcia Ferdynanda II. Podczas tych zabaw uczestnicy przebrani za Turków „przegrywali” z armią habsburską. Śladem po tych „ustawkach” są kroniki turniejów oraz maski, noszone przez przegrywającą stronę. Przerażające mordy! Zarost z końskiego włosia, wybałuszone oczy, kulfoniaste nosy. Teatr tyleż egzotyczny, co propagandowy.281435240958_1_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_024_KALI_770_512

Moda na sułtana

Strach przed innowiercami przeplatał się z zaciekawieniem, nawet podziwem dla tamtej kultury. Wraz z rozwojem międzykontynentalnego handlu, pielgrzymowaniem i misjami dyplomatycznymi legendy i plotki ustępowały prawdziwym informacjom.

Fascynacja okazała się obustronna – czego najlepszym dowodem zaproszenie weneckiego mistrza Gentillego Bellini do Stambułu, by sportretował sułtana Mehmeda II (1490). Ten pierwszy realistyczny wizerunek zachwycił monarchę, lecz jego syna Bajezyda – bynajmniej. Po śmierci ojca nowy sułtan polecił sprzedać „pogański” obraz na bazarze w Konstantynopolu, skąd trafił do Wenecji i… zainspirował kolejnych malarzy. I tak w warsztacie Paola Veronese powstała seria 14 sułtańskich popiersi wedle oryginalnych miniatur (kilka pokazano na krakowskiej wystawie). Autorzy starali się zróżnicować fizjonomie, ale wydaje się, że największą zwracali uwagę na turbany i ich zdobienie.671435240982_7_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_007_KALI_770_512 55686bf41c8b9_o635709127369335111

Oprócz portretów, artyści katalogowali stroje, odtwarzali przebieg bitew, ceremonii, wymian podarunków. A było co rejestrować. Przedstawiciele zachodnich władców zjawiali się na sułtańskim dworze w pełnej gali, otoczeni liczną świtą. Podobnie popisywali się reprezentanci przeciwnej strony. I tak orszak wiozący dary od Sulejmana Wspaniałego dla Maksymiliana II (uwieczniony w 1562 roku przez Josta Ammana) uginał się od kosztownych szat i broni, przy czym co cięższe przedmioty spoczęły na grzbietach sześciu wielbłądów.

Wpływ mody na „turczyznę” odnajdujemy nawet w ikonografii chrześcijańskiej, w przedstawieniach Trzech Królów – bo to właśnie rodem z imperium osmańskiego są ich turbany i bogato zdobione płaszcze.635709127370583110

Sarmaci od Batorego

W ubiegłym roku fetowaliśmy 600-lecie nawiązania stosunków dyplomatycznych między Rzeczypospolitą a Turcją. Nie trzeba jednak oficjalnych uroczystości, żeby odnaleźć w codzienności ślady tamtych związków: ciastko bajaderka, leżanka zwana otomaną, spodnie haremki… A nasz „narodowy” sarmacki ubiór? Długi kontusz przepasany pasem – toż to import ze Wschodu. Spójrzmy na konterfekt króla Stefana Batorego pędzla Marcina Kobera (1583). Czerwona reprezentacyjna szata, dumna mina i sztywna poza zapoczątkowały gatunek zwany portretem sarmackim.

331435240983_17_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_017_KALI_770_512 635709127368867107Stanislaw_Antoni_Szczuka_(1652_1654-1710)

Zachód nie był tak otwarty na ottomańską modę – za to chętnie i szybko przyswoił sobie wschodnie kobierce. Uważane za znamię splendoru, z czasem pojawiły się nawet w mieszczańskich domach. Co ciekawe – nazwy ich ornamentów pochodzą od nazwisk europejskich twórców, którzy umieścili je na obrazach (np. „Lotto”, „Bellini”, „Holbein”). Urocza scena „Gry w szachy”, namalowana w 1555 roku przez Sofonisbę Anguissolę, przedstawia trzy siostry artystki, skupione wokół szachownicy położonej na stole przykrytym tkaniną o deseniu zwanym „Holbein”.

I co zupełnie niezwykłe – wschodnie dywany tak się przyjęły w kulturze europejskiej, że przy ich pomocy artyści wydzielali sferę sacrum od świeckiej. Bo tylko przedmioty kunsztowne i piękne oddają szacunek dla świętości.

131435240983_15_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_015_KALI_770_512 241435240982_10_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_010_KALI_770_512

351435240982_8_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_008_KALI_770_512  tycjan-2905-235x300 181435241001_2_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_020_KALI_770_512 801435240982_3_2015-06-25_WYSTAWA_OTTOMANIA_003_KALI_770_512 635709127371051110 Eksponaty i fragmenty aranżacji wystawy „Ottomania”.

 

Ottomania. Osmański orient w sztuce renesansu – Muzeum Narodowe w Krajkowie, wystawa czynna od 26 czerwca do 27 września 2015

Tekst ukazał w Rzeczpospolitej 26.06. 2015

26
Jun

Operacja śmieć (czyli o samopoczuciu Polaków)

Udostępnij:

Nic tak nam się nie udało po transformacji, jak uzerowienie. A nawet – doprowadzenie do stanu świadomości mniej niż zero.

Zafundowano nam poczucie zagrożenia, niższości, nieudacznictwa. Świadomość bycia śmieciem, nawet jeśli nie pracuje się na umowie śmieciowej, lecz na etacie. Który można stracić z dnia na dzień, bez uprzedzenia ani wyjaśnienia.

Tak mają obywatele wcale nie najniższej kategorii. Także ci z dorobkiem, wyższym wykształceniem, zawodowym doświadczeniem i kwalifikacjami przydatnymi dla współczesnej Polski. I nie chodzi o bezrobotnych, ale o robotnych. Aż za bardzo. Tyrających do zatracenia za gratyfikację poniżej… sensu wykonywania tej pracy. Bo żyć bezustannie w strachu o trwanie, przetrwanie – to degradacja. Permanentna obawa o utrzymanie siebie i najbliższych zaprzecza czemuś, co nazywa się sensem życia. Odbiera umiejętność przeżywania radości. Zabija uczucia wyższe. Paraliżuje wolną wolę, rzekomo daną ludziom z boskiego nadania. W efekcie, prowadzi do rozlicznych społecznych patologii.

Zwyrodniała forma kapitalizmu, którą sprzedano nam pod hasłami „neoliberalizmu”, odebrała ludziom godność. Tę zdumiewającą siłę, którą Polacy umieli zachowywać przez 45 lat minionego systemu. Jak na ironię, straszy się nas probabilistycznym (choć nierealnym) powrotem komuny. Och, chyba nie chcecie, żeby czerwony terror wrócił? Chyba wolicie być wolni, nawet jeśli biedni?

Otóż – takiej wolności coraz więcej ludzi pokazuje środkowy palec. Bo ta wolność, jak pogoda – tylko dla bogaczy. A władza bardziej zdeprawowana, niż ta komunistyczna. Ale mniejsza z tymi, co na górze. Na razie.

Tym, co na dole, czyli całemu społeczeństwu, najbardziej zaszkodziło przekonanie, że wszystko wolno, dopóki nie wkroczy prokurator.

Kiedyś od obywateli wyżej postawionych w społecznej hierarchii wymagano przestrzegania pewnych zasad „dobrego wychowania” (nawet jeśli nie wynieśli kindersztuby z domu). Nie lekceważono głosów „podwładnych”, choćby w praktyce niewiele się z nimi liczono. Dawało to – oczywiście złudne – wrażenie współodpowiedzialności za ten i ów resort; za politykę wreszcie. Tak było w czasie karnawału solidarności i po Okrągłym Stole.

Podobnego komfortu dziś nie ma chyba nikt, poza grupką najbogatszych. Zwyczajnym, pracującym Polakom dano do zrozumienia, że nikt ich nie traktuje serio. Więcej – nikt ich nie traktuje jak ludzi. Raczej jak roboty służące pomnażaniu dóbr innych.

Słynne umowy śmieciowe – to ledwie odłam „uśmiecowienia”.

Czy jest wśród was ktoś, kogo pozbawiono pracy z dnia na dzień, najlepiej – w dzień przedświąteczny? Jak to się odbyło: mailem, sms-em, wezwaniem do księgowej po rozliczenie nadgodzin? A może w ogóle nikt niczego nie powiedział? Po prostu – przyszliście po urlopie do pracy, a tam – ktoś na waszym miejascu?

Czy aplikując o nową pracę dostaliście odmowną odpowiedź, czy też odpowiedzią było milczenie? Czy, próbując zdobyć jakąkolwiek konkretną informację o swych szansach/propozycjach/możliwościach, byliście zbywani przez sekretarki, że wkrótce oddzwonią – co nie nastąpiło nigdy? I czy w tym czasie nie okazywało się, że miejsce, o które ubiegaliście się, zajął ktoś „z polecenia”?

Czy zdarzyło wam się otrzymać policzek – metaforyczny, rzecz jasna – od osób, od których spodziewaliście się pomocy? Czy zdarzyło wam się bać, że upublicznienie niewygodnej dla szefa prawdy będzie miało jedyny efekt w postaci zwolnienia?

Czy żyjecie w stresie, w ciągłej obawie, że z niewiadomego powodu możecie zostać na lodzie?

Od pewnego czasu dostaję sporo listów, którzych autorzy przyznają się do strachu jako głównej motywacji milczenia. Nie chcą stracić pracy, choć zarabiają poniżej średniej krajowej. Boją się zbuntować, wygarnąć szefom prawdę, odejść. Ciągły stres ma konsekwencje: depresja.

To obecnie nasza narodowa choroba. Psychiatrzy i psychoterapeuci radzą: skróćmy to, wydłużmy tamto. Na nic to się nie zda. Żeby ocalić tysiące, może nawet miliony ludzi przed zapaścią, trzeba przywrócić im poczucie bycia… ludźmi. Tak myślę – kiedy przestaliśmy używać słów „bliźni” i „współobywatel”? A zamiast tego wprowadziliśmy podziały: wygrani i loserzy. Godni podziwu i pogardzani.

To nie jest cezura rokująca na przywrócenie równowagi w kraju. Bez względu na optymistyczne okrzyki typu „kryzys Polski nie ima się”, bez względu na dopingi w rodzaju „mamy potencjał” i w ogóle bez względu na ilość wypowiedzianych czy napisanych słów, z takiego układu mąki nie będzie. Ale… jest światełko w tunelu. Wybory dowiodły, że w dobie mediów społecznościowych gwałcenie przez uszy, oczy i propagandę od lat serwowane przez władze i media przestały się sprawdzać.

Negowanie wszelkich tradycyjnych wartości prowadzi do anarchii. U nas określa się to mianem „patologii”. Doprowadziła do kryzysu zaufania do… właściwie do każdego. Ten stan rzeczy nie może trwać długo. Tylko – jak uleczyć chorego, który nie ma świadomości fatalnego stanu swego zdrowia?

 

 

17
Jun

Kolekcja egoisty – La collection égoïste

Udostępnij:

„Arsène Lupin muzeów” – Stéphane Breitwieser (rocznik 1971).    Niczym niewyróżniający się Francuzki kelner z Bazylei w wolne od pracy dni jeździ po galeriach, muzeach i kościołach w siedmiu krajach. Kradnie z nich najcenniejsze dzieła.

Stéphane Breitwiese

Stéphane Breitwiese

Pierwszej kradzieży dokonuje w 1995 roku podczas wizyty w średniowiecznym zamku Gruyères  w  szwarcarskich Alpach. Miejscowość znana bardziej z produkcji sera Gruyère. Kradnie często na „chybił trafił” , bez żadnych przygotowań. Przez siedem lat jest bezkarny. Jego łupem pada ponad dwieście trzydzieści dzieł sztuki, w tym bezcenne obrazy Cranacha, van Dycka, Brueghela. Policja pozostaje bezsilna. Może dlatego, że złodziej nie odsprzedaje łupów, ale gromadzi w domu, ciesząc oczy ich widokiem.

Większość dzieł po prostu wyjmuje z ram i wynosi pod płaszczem. Najcenniejszym dziełem, które skradł Breitwieser, był obraz Lucasa Cranacha Starszego „Cleves Sybilla, księżna Cleves” z małego muzeum w Baden-Baden. Jego wartość szacowana jest na 5-5,6 mln funtów. Breitwieser wykazuje szczególne zamiłowanie dla sztuki flamandzkiej XVI i XVII wieku. Cały czas utrzymuje, że kradnie nie dla zysków ze sprzedaży, ale po to by zgromadzić prywatną kolekcję sztuki.

Lucas Cranach Starszy „Cleves Sybilla, księżna Cleves”

Lucas Cranach Starszy „Cleves Sybilla, księżna Cleves”

Wpada głupio. Zostaje złapany w listopadzie 2001 roku dzień po kradzieży w muzeum w Lucernie. Wraca na miejsce przestępstwa, a zatrzymuje go grupa staruszków. Na wieść o aresztowaniu jego matka mieszkająca w Miluzie cześć obrazów niszczy, a część wyrzuca do przepływającego nieopodal kanału Rodan–Ren. Nurkowie odnajdują tylko część kolekcji – do dziś odnaleziono około 60 obrazów. Reszta prawdopodobnie została zniszczona, choć jednak zostać sprzedana. Do tej pory nie odnaleziono następujących cennych dzieł: „Cheat Profiting From His Master” Pietra Breughla Młodszego , „ Dwaj mężczyźni” Antonie Watteau,„Śpiący pasterz” Françoisa Bouchera, oraz „Maria, królowa Szkotów” Corneille’a de Lyona.

Tak dziwny scenariusz nie miałby szans w jakimkolwiek studiu filmowym. Historia ta jednak wydarzyła się naprawdę. Łączną wartość zagrabionych dzieł ocenia się bardzo różnie, od 40 mln do nawet 1,4 mld dolarów.

To z jednej strony intrygujący psychologiczny obraz samotnego przestępcy działającego nie dla zysku, lecz z miłości do sztuki. Z drugiej – powszechnej i niewiarygodnej wprost lekkomyślności oraz braku nadzoru w muzeach gromadzących niezwykle cenne obiekty. Dobrze pamiętamy historię jedynego obrazu Claude’a Moneta Plaża w Pourville w Poznańskim Muzeum Narodowym z 2000 roku. A także niemocy specjalnych policyjnych formacji powołanych do ścigania złodziei dzieł sztuki.

7 stycznia 2005 roku skazany przez sąd w Strasburgu na3 – słownie trzy lata więzienia (raczej śmiech), z czego musiał odsiedzieć 26 miesięcy. Na kary więzienia zostały skazane także jego matka Marielle Schwengel (3 lata, z czego odbyła karę 18 miesięcy) oraz jego dziewczyna Anne-Catherine Kleinklauss (18 miesięcy, z czego wystarczyło 6 miesięcy by wyjść na wolność).

W dniu ogłoszenia wyroku Breitwieser próbował popełnić samobójstwo w swojej celi, ale został uratowany przez strażników więziennych.

16
Jun

Sitwa górą, sitwa dołem (rozmowy na fb o kulturze po wyborach)

Udostępnij:

Zmienia się.

Widzę po minach i zachowaniu tych, którzy jeszcze niedawno reprezentowali niezachwianą butę tudzież wiarę we własną nietykalność.
Już słyszę w mediach subtelniejsze tony, bardziej wyważone reakcje i jakby uważniejsze przypatrywanie się problemom społecznym.
Godni pogardy konformiści.
Bawi mnie ich nerwowe rozglądanie się za „nie umoczonymi” rozmówcami.
Pamiętam podobne zabiegi po transformacji, kiedy też media rozpaczliwie szukały „nie umoczonych” w czerwieni.
Na chwilę pozwolili mówić szczerze, bez układów.
A potem – myk!!! Zeszło na kolesi.
I teraz słyszę, że „ w imię demokracji” nie powinnam publikować tekstów odsłaniających wynaturzenia.

Widać polska demokracja polega na zakazie upubliczniania niewygodnych głosów i na forsowaniu poglądów jednolitej grupy.
Forma demokracji inaczej zwana dyktaturą.

Jednocześnie – czytam słowa „życzliwych” (?) – że byłam w sitwie, a teraz zostałam z niej wywalona i dlatego piszę o mafii/układzie/sitwie.
Hmmm… Ciekawe. Od ponad 20 lat (już chyba wchodzę w ćwierćwiecze) zajmuję się pisaniem/mówieniem/propagowaniem/popularyzowaniem SZTUKI w najróżniejszych przejawach (epoki różne, zakres też, od mody do komiksów). NIGDY – podkreślam – NIGDY nie uczestniczyłam w handlowaniu sztuką ani nie wchodziłam w układy z kimkolwiek. Jeśli wystawa czy czyjaś twórczość podobała mi się – chwaliłam; jeśli nie – dawałam temu wyraz.  W jaki sposób i dlaczego miałabym być „wywalona” z sitwy, skoro w niej nie byłam?

Najtrudniej broni się uczciwości, rzetelności, poważnego podejścia do krytycznej roboty – to wiem.  

Na głupotę nie ma lekarstwa.
Ani argumentów.

Piotr Król dużo obelg padło Pani MonikoO dkąd pamietam wypowiada się Pani w mediach o polskiej sztuce, przez to nie stała się ani odrobinę lepsza, sitwa widać nijak się ma do pani działań. A  że sitwa jest, że promuje się nijakie działania konceptualne, że drwi się z techniki, jakości, z technologii malarstwa ,to jasne. 

Jerzy Jachowicz · 64 wspólnych znajomych Pani Moniko jestem z Panią niech się pani nie przejmuje pierdołami i szkoda na to Pani cennego czasu i dobrego humoru pozdrawiam.

Igor Yelpatov Jak ktoś okazał się poza sitwą, to znaczy że do niej nie należał, nawet jeśli zgadzał się w poglądach. Proste.

Monika Małkowska Szanowni. Fb – nie miejsce, żeby skarżyć się, biadolić, wskazywać winnych. WSZYSTKO będzie wykorzystane przeciwko – jeśli komuś przyjdzie taka ochota. Jedno powiem: przynależność (niby moja) do sitwy nie polega/ła na tym, ze czasem mam (miałam) podobne wybory intelektualno-estetyczne. JA Z TEGO NIE CZERPIĘ DOCHODU!!! Dostaję łysą (czytaj: nikczemną) wierszówkę, czasem mówię za darmo. Ludzie, którzy robią interesy na sztuce skoczyli mi do gardła, w obawie, że ktoś zakręci im kurek z dodatkowymi zarobkami. Tu pies pogrzebany. A obelgi – to też znamię czasu. Kiedyś nawet najgorętsze polemiki utrzymane były w ryzach dobrego wychowania. Najśmieszniejsze, że najbrutalniej zachowują się „rzecznicy” kultury. Tak naprawdę – zależy im tylko na własnych d…

Piotr Król to jak z polityką, jesteśmy wolni, mamy demokracje, tylko skąd to nieśmiałe przeświadczenie że nas wydymano?

Monika Małkowska „Dobro publiczne” pojmujemy jako ZATAJANIE PRZEKRĘTÓW. Żeby mniej śmierdziało. Żeby nie dawać złego przykładu (super hipokryzja). Żeby nie siać defetyzmu (tak samo – super hipokryzja). W istocie – chodzi o moralno-intelektualny szantaż: przewrotnie dowodzi się, że się dobro prywatne = dobro powszechne. Brak złych wiadomości – to mniej stresu dla ludności. Ale że owa ludność nie ma z czego żyć – to już nie stresuje tych, co u żłobu.

 

15
Jun

Austriacka Mona Lisa

Udostępnij:

Portret Adeli Bloch Bauer – jedno z najważniejszych dzieł nowej ery – autorstwa Gustawa Klimta, olej, płótno 138 x 138 cm, ukończony w 1907 roku cztery lata po złożeniu zamówienia. Plotki głoszą, że to bliższy związek pomiędzy malarzem a modelką był przyczyną przedłużającej się realizacji zlecenia. Jako jedyna kobieta pozowała temu artyście do obrazu dwa razy. Żyła w Wiedniu – stolicy Art Nouveau i należała do wiedeńskiej śmietanki towarzyskiej. Była bogata nie tylko z domu (jej ojciec był żydowskim bankierem), ale i z małżeństwa (jej mąż – Ferdynand Bloch-Bauer był potentatem przemysłu cukrowego, było to małżeństwo aranżowane, Adela w momencie ślubu miała 18 lat). Obraz wisiał na ścianie okazałego pałacu leżącego na wiedeńskiej Elisabethstrasse.

Portret Adeli Bloch-Bauer I / 1907
Portret Adeli stanowi zapewne koronne dzieło wśród kobiecych portretów Klimta. Zainspirowany przykładem przedstawionej na mozaikach w bazylice San Vitale w Rawennie cesarzowej Teodory z VI wieku. Klimt wystawił pomnik uwielbienia kobiecego piękna z rozmachem godnym władczyni. Pokrycie dużych powierzchni obrazu złotem przy daleko idącej eliminacji koloru oraz znajomość artystycznej tradycji tworzą tę wyjątkową aurę, odróżniającą wiedeńską secesję od podobnych nurtów w sztuce innych europejskich ośrodków. Jednocześnie szczegółowo i precyzyjnie namalowana twarz Adeli Bloch-Bauer sprawia, że przedstawiona na portrecie kobieta nie staje się anonimowa i nie znika za uniwersalnym przesłaniem dzieła. Mimo wszystko, niewiele osób kojarzy, że jest to portret Żydówki. Adela i Ferdynand Bloch-Bauer byli uznanymi koneserami i mecenasami sztuki, jeszcze długo przed wybuchem wojny.

O Gustavie Klimcie, który nigdy się nie ożenił i mieszkał z matką aż do jej śmierci, krążyły po Wiedniu przełomu wieków niezliczone plotki, przypisujące mu romanse zarówno z modelkami, jaki i mieszczańskimi zleceniodawczyniami jego obrazów. Klimt, którego możemy zobaczyć na fotografiach ubranego w swój przypominający mnisi habit – kitel, najczęściej w surowej, pełnej dystansu pozie, miał podobno 14 nieślubnych dzieci.

Gustav Klimt

Gustav Klimt

Kiedy Klimt pracował na portretem, na akademie sztuki zdawała trójka młodych adeptów. Egonowi Schiele i Oskarowi Kokoschce udało sie zrobić karierę. Trzecim  był nieśmiały osiemnastolatek Adolf Hitler.

Wiele lat później Oskar Kokoschka powiedział: „ciekawe, co by było, gdyby to on odniósł sukces w malarstwie, a nie ja – na pewno nie było by tylu nieszczęść,  no może poza kilkoma bohomazami”.

Nie można powiedzieć, że Adolf Hitler był utalentowanym artystą. On sam miał inne zdanie – twierdził, że jest genialnym malarzem, którego nikt nie potrafi zrozumieć. Większość ówczesnych wykładowców była pochodzenia żydowskiego i stąd też mógł się wziąć jego antysemityzm. I jak to zwykli robić niezbyt utalentowani pseudoartyści, zaczął negować wszystko, co wiązało sie z nowym nurtem w sztuce. Nie mógł uwierzyć, że Żydzi czy Afroamerykanie są zdolniejsi od niego. Nie rozumiał, dlaczego nikt nie wierzy w jego talent, a ludzie pokroju Kandynskiego zdobywają sławę.

W 1937 roku mówił: „najwyższy czas oczyścić matkę ziemię z tego pseudointelektualnego bełkotu, który nie rozumie i nie potrafi docenić istoty prawdziwej sztuki”. Zaczął od skonfiskowania znakomitych dzieł van Gogha, Matisse’a, Picassa, które wystawiono na aukcji i sprzedano po bardzo niskich cenach.

Gdy naziści wkroczyli do domu Bloch-Bauerów i wyrzucili ich na bruk, uciekająca rodzina musiała zostawić większość obrazów i innych przedmiotów: biżuterię, zastawę stołową, stradivariusa, a także prezent ślubny od Ferdynanda dla Adeli, wspaniały, diamentowy naszyjnik, który zdobi szyję kobiety obrazie Klimta. Również ten naszyjnik został zagrabiony i trafił w ręce żony Hermanna Göringa, Emmy.

Z testamentu Adeli wynikało, że chciała, by po śmierci męża obrazy  trafiły do galerii narodowej, jednak nie przypuszczała, że wcześniej zostaną skradzione. Ferdynand uciekł w 1939 do Szwajcarii i tam zmarł bezdzietnie w 1945 roku. Po wojnie obrazy zgodnie z testamentem trafiły do muzeum.

W Austrii Hubertus Czernin, dziennikarz śledczy (który wcześniej ujawnił nazistowską przeszłość austriackiego prezydenta Kurta Waldheima), w oficjalnych archiwach odkrył dowody na to, że Ferdynand Bloch-Bauer zapłacił za obrazy w tym za „Złotą Adelę- a zatem to on, a nie Adela  był ich prawowitym właścicielem. Znaleziono też jego testament, w którym Ferdinand pozostawił swój majątek spadkobiercom, a nie państwu austriackiemu.

Siostrzenica, Maria Altmann, podjęła starania o zwrot rodzinnego majątku. Najpierw chciała odzyskać tylko pejzaże malowane przez Klimta („Jabłoń”, „Brzozowy las”i „Domy w Uterach”), darowując wspaniałomyślnie słynne portrety kolekcji narodowej. Nie doszło do porozumienia. W 1999 roku sprawa trafiła do sądu. W efekcie Austria musiała oddać pięć dzieł najwybitniejszego przedstawiciela austriackiej secesji o łącznej wartości 150 milionów dolarów, ponieważ nie zdołano zebrać pieniędzy na ich odkupienie.

Z Austrii obraz ten trafił na wystawę prac Klimta do Los Angeles. Do walki o możliwość kupna portretu stanęli dwaj amerykańscy kolekcjonerzy: Eli Broad i Ronald Lauder . Zwycięzcą okazał się nowojorski milioner Ronald Lauder (syn Estee Lauder, założycielki słynnej spółki kosmetycznej) oferując 135 mln dolarów, a portret trafił do jego „prywatnego” muzeum, Neue Galerie Maria Altmann nie kupiła sobie nowego samochodu ani nie odnowiła domu, a większość pieniędzy przeznaczyła na cele charytatywne. Twierdziła, że w tej sprawie nigdy nie chodziło jej o pieniądze: chciała pokazać Austrii, że naprawdę jest coś takiego jak sprawiedliwość. 

już na ekranach film „Złota dama”

 

15
Jun

Tęczowa wtopa (czyli rozmów o instalacji cd)

Udostępnij:

Z mojego fb:

Decyzja zapadła – tęcza zniknie z Placu Hipstera (dawniej Zbawiciela).Gdzie? Jest prośba (ze strony IAM) do internautów o propozycje nowej rainbow-miejscówki.

Witold Pazera Najlepiej wymalować stała trwałą tęczę na NIEBIE !!!!!

Igor Yelpatov Przecież ten materiał od początku nawiązywał do tandety i nie mógł inaczej wyglądać. Tylko polityczne zaślepienie nie pozwalało zauważyć słabości estetycznej owego dzieła

Jan Niksiński Najlepiej niech usuną te wszystkie plastykowe tandetne gadżety nieudolnie naśladujące naturę- i tęczę i palmę itd itp. Jako dekoracje sklepów lub galerii handlowych – proszę bardzo, ale niech nikt nie wmawia społeczeństwu, że to dzieła sztuki autorstwa jakichś pań artystek.

Jarosław Miklasiewicz Co ciekawe, największe spory toczą się właśnie wokół obiektów tandetnych…

Witold Pazera Najgorzej ze sami artyści…różne BWA i dotowane galerie w to wierzą !!!! A brakuje pokazywania medialnego tzw artystow i sztuki srodka ! A to by było jakimś pomostem dla społeczeństwa pomiędzy Kossakiem a Liberą itp..

.Jarek Lustych toż to właśnie środek, intelektualnie prostackie jednoznacznie słuszne, bez przestrzeni na wielowymiarowość.

Monika Małkowska Z tęczą („Tęczą” Julity W.) było tak: jako krótkoterminowa instalacja przed Parlamentem UE znakomicie działała – prawie jak żart. W opozycji do drogich materiałów, z jakich wykonano budynek, do tego całego politycznego glamouru, wypasionego miasta – stała sobie skromna, tania, zarazem fantastycznie barwna i bezpretensjonalna. I na tym powinno się skończyć. Z chwilą przeniesienia na Plac Zbawiciela żarty się skończyły. Zaczęły się „ideowe” przepychanki, manifestacje postaw i poglądów. A tęcza tymczasem paskudniała… W pewnym sensie taką zbrzydzoną też można uznać za symbol – tego, co stało się z naszym społeczeństwem. I nawet gdy się tę wzbudzającą antagonizmy instalację usunie, zostanie w pamięci jako klęska ideałów „wolności”.

15
Jun

Chmury nad tęczą czyli co widać z Placu Hipstera

Udostępnij:

 Są zajęci od rana do nocy, nawet dłużej.

Ponadnormatywnie okupują lokale przy Placu Hipstera, dawniej Zbawiciela. W ręku tablet, oko i ucho w gotowości. Niby zrelaksowani, w istocie jak cięciwa. Pozorując spożywanie, rzucają głodny wzrok ku tym, którzy mają wpływ na bieg tego, czy raczej ich świata. Może ich zauważą, zaprotegują, zbawią?

Barokowa świątynia pod wezwaniem tuż, a on wierni jak podkościelne dziady, kalecy, żebracy. Może na nich spłynie łaska? Jeździ na pstrym koniu, ale przecież odwiedza te strony. Toteż co dzień odgrywają rytuał przeistoczenia – tak długo, jak piją swoje espresso, jawią się jako warszawiacy z dziada pradziada, inteligenci, znawcy życia, trochę dandy.

Póki nie dopadnie ich nieświęta trójca: długi, samotność, depresja.

Ale póki co, przebierają się za klasę średnią, której u nas nie ma i już nie będzie.

Za to jest szara strefa, niewidoczna na tle miazmatów warszawskiego city.

Są wychowani w tradycji ziomkostwa: rodzina, kumple, wspólnota interesów. Szaraki wzięły w posiadanie jeden z centralnych placów stolicy, zamieniając go w swoją małą ojczyznę, heimat ludzi wyzwolonych, przedsiębiorczych, nie bojących się żadnego interesu, za to unikających pracy jak diabeł święconej wody.

Jest wśród nich niejaki Szef, lat dwadzieścia trzy, specjalista od komórkowych fotek luksusowych aut. Gdzie jak gdzie, ale przy Hipsterze trzeba zrobić kilka okrążeń w stylu Formula 1, zagłuszając small talks nad latte. Wtedy Boss – pstryk, potem wrzuca fotkę na fb i żyje. Chodzi mu o piękno maszyn, nie o ploty, kto siedzi za kółkiem. To wyrafinowane, acz wygodne hobby przyspożyło mu zastępy fanów, grupę lokalnego wsparia i niezłe dochody. Dzięki temu Boss zyskał przekonanie o swej wartości, czemu dał wyraz w audycji radiowej, której był bohaterem. Dalecy od takiego błogostanu są inni konsumenci latte, prosecco z kija czy tarty z sera i brokuła.

 Beautiful people za tło mają tęczę. Wcale nie piękną. Spłowiałe, oklapłe kwiaty oblepiają kostropatą konstrukcję, której daleko do łuku. Straże pilnujące na okrągło te smętne resztki pomnika pomyślności zapobiegły kolejnym podpaleniom, lecz nie dały rady smogowi. Na dziś, rzecz prezentuje się jak swoje zaprzeczenie – symboilizuje miernotę, tandetę, prowizorkę.

Widziałam tęczę cztery lata temu w Brukseli. Świeżutka, idealnie półkolista, tęczowa w zestawie barwnym prezentowała się imponująco przed gmachem Parlamentu Europejskiego. Wchodziło się pod nią do UE, jak do raju. Ależ miała potencjał! Wionęło od niej optymizmem i nadzieją doszlusowania Polski do świata.

Idiotycznie długo mamiliśmy się, że wolność – równa się przywolenie na przekręty. Na dowolne manipulacje. Na wolne ustawki. Uwierzyliśmy, że jak ktoś się wzbogaci może nie najbardziej legalnie („pierwszy milion trzeba ukraść”, powtarzano jak mantrę), to da innym na chleb z masłem, na godne życie. Baliśmy się protestować przeciwko oszustwom, dawać upust niezgodzie na malwersacje, korupcję, nepotyzm – przecież ledwie ćwierćwieku temu zdobyliśmy wolność, a już zawiedliśmy? Już nie daliśmy rady? Defetyzm!

A jeśli ktoś meknął, beknął, wylał żale – to frustrat. Stygmatyzujące określenie, nie przystające do propagandy sukcesu którejś tam RP.

Aż nagle tąpnęło.

Tak jak tęcza przy Zbawiciela, Polakom oklapło.

I nie sposób wskazać winnego. Mówi Tomasz Lipiński (w wywiadzie z Plusa Minusa 25-26. 04.), moje pokolenie: „Polska potrzebuje drugiego rozdania. Ale nie zgranej już talii kart. Do tego muszą się wziąć inteligentni, dobrze wykształceni ludzie młodszych pokoleń, umiejący działać pragmatycznie i merytorycznie”.

Gdzie on, znaczy Tomek L., przezimował, skoro nie zauważył, że to już się stało? Młodzi wzięli się do dzieła. Rozdrapali, co było do rozdrapania, a teraz wydrapują sobie wzajemnie oczy, wyjadają ciepłe mózgi i parujące wątroby. Są, owszem, inteligentni – ale do głębi cyniczni. Przebojowi w sensie brak skrupułów. Oślepieni egoizmem, z liczbą dioptrii pozwalającą dostrzec jedynie własny pępek. Kultywują komunistyczne wypaczenia: publiczne, znaczy niczyje.

Bierz, ile zdołasz unieść! I blatuj się z towarzyszami przekrętowiczami – wspólny interes łączy silniej, niż jakakolwiek idea.

Tych młodych pozytywnych, empatycznych i mądrych nie widać. Odpadają, za delikatni na dziś. Bez względu na „merytoryczność” i inne umiejętności.

Niektórzy już wyjechali, inni szykują się do odlotu. Wszędzie lepiej, byle nie w naszej mordowni.

Spatologizowaliśmy się, usłyszałam w radio. Ale wybory pokazały, że już nie chcemy udawać, że jest cudnie. To nie jest kraj dla ludzi. Może dla hipsterów?