THE BLOG

28
Jul

Legenda o słonecznikach (125 rocznica śmierci van Gogha)

Udostępnij:

Dziś wspomnienie.

Vincent_van_Gogh_-_Self-Portrait_-_Google_Art_Project_(454045)Vincent_Willem_van_Gogh_111Vincent_van_Gogh_-_National_Gallery_of_Art-13842892aac06843398898a08142dd7e7Self-Portrait-with-Straw-HatVincent_Willem_van_Gogh_106

Minęło 125 lat od śmierci Vincenta van Gogha (1853 – 1890).

Stał się legendą nie tylko z powodu dokonań – nie mnie „efektowny” był jego dramatyczny życiorys. W sam raz dla odbiorców pop-kultury, lubujących się w cudzych dramatach.

Ale tu – słoneczna migawka z życia Vincenta.

Rok 1888, Vincent oczekuje (niecierpliwie) wizyty Paula Gauguina w Arles, w Prowansji, gdzie wieje niebezpieczny sirocco, ale kolory wspaniałe i światło oślepiające. Van Gogh szykuje  Żółty Dom na hotel dla kolonii artystów, która nigdy za jego życia tam nie powstała. A on marzył, że tak jak do Pont Aven w Bretanii, tak tu, na południe Francji, zjadą malarze i będzie wspólna praca…

Wielkie rozczarowanie – i wielki płomień uczuć.
„Słoneczniki” z założenia nie miały być poważnymi, znaczącymi dziełami. To… dekoracje wnętrz. Vincent chce „ocieplić”, oswoić nagie mury Zółtego Domu; zastąpić obrazami braki wyposażenia. Spieszy się, trzaska płótno za płótnem.

Ale twórcom tak wybitnie uzdolnionym, jak Vincent, to nie zdarzają się kiepskie rzeczy. Choć niby proste, szybko malowane, to przecież „Słoneczniki” stały się kwintesencją poszukiwań van Gogha: synteza formy i koloru; gorączka gestu, uderzenia pędzla; napięcie uzyskane poprzez zderzenie najmocniej nasyconych odcieni, ekspresja kształtów kwiatów; ich dynamika i drapieżność.

Efektowne? Tak! Ale o ileż tu więcej treści, niż w zwykłej dekoracyjnej kompozycji!

664baaf6cec9f48c33867af9988ba392 2a400c9036895b6e86859b476c39e958 VngGogh

23
Jul

Tak blisko, tak daleko (o wystawie Tomasza Gudzowatego w PGS Sopot)

Udostępnij:

„Closer” – taki tytuł autor nadał przeglądowi swego dorobku z ostatnich 17 lat. Do czego Tomasz Gudzowaty zbliżył się ? Do fauny bytującej w rejonach odległych od cywilizacji miejscach.10408955_875877415815518_6519650467401604542_n

 

Dzika przyroda, to niejako znak rozpoznawczy Gudzowatego, któremu drogę na fotograficzny Parnas otworzyło zdjęcie wykonane w kenijskim rezerwacie. 44-letni dziś absolwent prawa na UW chyba nie spodziewał się sukcesu, jaki odniósł na polu fotografii i sztuki: jest jedynym polskim fotografem aż ośmiokrotnie nagrodzonym na World Press Photo. Stało się tak zarówno za sprawą jego poznawczej pasji, jak dzięki cierpliwości, wytrwałości oraz prawie wyczynowej kondycji

.gudzowatyikonaikona-gudzowaty1-770x405 Tomasz Gudzowaty z nową żoną Melody (miss Dominikany). Obydwoje zaszczycili wernisaż w Sopocie.

W 1998 roku „Pierwsza lekcja zabijania” jury najbardziej prestiżowego konkursu dla fotoreporterów została uznana (w dziale Przyroda) za kadr godny pierwszej nagrody.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przypominam: sytuacja na pozór niewinna, mimo to przyprawiająca o dreszcz grozy. Dwa młode gepardy bawią się malutką gazelą, która za chwilę straci życie w ich paszczach i pazurach. I nie chodzi tu o zaspokojenie głodu drapieżników, lecz o… przyjemność zadawania okrucieństwa. Trudno oprzeć się myśli, że w „cywilizowanym” świecie zdarzają się podobne sytuacje.

Kolejny nagrodzony na WPP fotos także powstał w Kenii. Tym razem „bohaterkami” były antylopy gnu, masowo migrujące w poszukiwaniu pastwisk. W 1999 roku pospolite ruszenie antylop osiągnęło rzadko napotykane rozmiary: wędrówkę podjęło półtora miliona zwierząt. I właśnie ten motyw – zbiorowego działania w świecie zwierząt – nadal fascynuje Tomasza Gudzowatego.

Jego zdjęcia z wystawy „Closer” ukazują wspólnotę wewnątrzgatunkową, instynkt przetrwania oraz swoistą logikę natury. Wszystkie ujęcia dotyczą zwierzęcych „masówek”. Najstarsze, już znane, powstały w Afryce (w końcu lat 90.). Kolejną wyprawę fotograf odbył na Antarktydę (2008). Ostatnim celem były Falklandy i Południowa Georgia (2014). Rezultat ubiegłorocznej spedycji oglądamy premierowo w sopockiej PGS. Bo Gudzowaty, w myśl nieformalnej umowy z galerią, właśnie tu prezentuje najnowsze dzieła. TomaszGudzowaty9 65084464_1280x836 1527503_747867422002996_1223579613_n 99_True_Love

 

Na wystawie w Sopocie jest prawie 350 prac z ostatnich 17 lat. Ale daremnie wypatrywać słynnej „Pierwszej lekcji zabijania”. Tym razem Tomasz Gudzowaty postawił na… tłumy.

A raczej stada. Masy. Antylopy, bawoły, pingwiny, słonie morskie, albatrosy. Fauna afrykańska i ta bytująca w pobliżu bieguna południowego. Pomimo różnic klimatycznych, jedno łączy te ujęcia: zbiorowość. Za każdym razem oglądamy skupiska istot tworzących jeden „gatunkowy” organizm,

poddany wspólnym zasadom postępowania, narzuconym instynktem. Jeden rytm, równy krok, ten sam kierunek ruchu. Cel: woda, pokarm, korzystniejsze warunki. Czy to bawoły, czy pingwiny czy gnu, zwierzęce zastępy ruszają na rozkaz natury: przetrwać!

Z daleka nie dostrzega się różnic pomiędzy poszczególnymi osobnikami – widzi się falującą, ruchomą magmę, materię. Żywe, zindywidualizowane organizmy zamieniają się w jednolitą strukturę.

Najpierw naszą uwagę przyciągają wielkoformatowe fotosy (tych jest około 40), rozlokowane rzadko, z powietrzem. Na zasadzie kontrastu, ścianę jednej z bocznych sal pokrywa fototapeta złożona z setek zdjęć formatu pocztówek, eksponowanych „na styk”, w jednym bloku.

Odbieram to jako odniesienie do tematu pokazu: masy zwierząt, masa fotosów. 11351602_1451223808517005_813225254_n

W przypadku masywu zdjęć także giną indywidualne cechy kadrów, za to wyraźniejsza staje się aura całości.

Monumentalne czy malutkie, wszystkie prace charakteryzują się „ugraficznieniem”.

Artysta konsekwentnie używa aparatu analogowego i nader rzadko sięga po kolorowy film. To wyróżnik dokonań Gudzowatego – dbałość o stronę wizualną i kreowanie mrocznej, niepokojącej aury. Ten efekt uzyskuje nie tylko wyborem scenerii i sytuacji – także przyciemnianiem odbitek i eksponowaniem wyrazistej, „graficznej” faktury zdjęć.

Fotograf unika słońca, gry światła i cienia, kompozycyjnych kontrastów. Wyrusza na łowy nocą lub po zmroku, wówczas, gdy uaktywniają się dzikie zwierzęta. Co najdziwniejsze – one zdają się nie zauważać obecności obcego…

Gdyby szukać artysty kreującego pokrewne klimaty, wypadałoby wskazać Sebastiao Salgado – choć 71-letni Brazylijczyk koncentruje się na skupiskach ludzkich mrówek, animowanych morderczą pracątumblr_inline_moxaizmloN1qz4rgpsebastiao-salgado_serra-pelada sebastiao-salgado-zavodovski-island-south-sandwich-islands-2009 07_salgado_usa_0 09-7-16348 Tak, tak, to zdjęcia Salgado. Podobne, prawda? Zwłaszcza pingwiny mogą zmylić… Instituto Terra A to Salgado z żoną Leilą – kadr z filmu Wima Wendersa „Sól ziemi”.

Ci dwa mistrzowie obiektywu pewnie nie wiedzą, że najtrafniejszy komentarz do ich poszukiwań napisała 30 lat temu… Magdalena Abakanowicz. Chodziło jej o własne fascynacje, obawy i motywacje twórcze – ale jej słowa doskonale przystają do wystawy Tomasza Gudzowatego.

Proszę posłuchać: „Czuję onieśmielenie wobec ilości, gdzie liczenie już nie ma sensu, wobec niepowtarzalności w tej ilości: wobec tworów natury w stadach, gromadach, gatunkach, gdzie każdy osobnik podporządkowany masie zachowuje cechy różniące go od innych. Gromada ludzi czy ptaków, owadów czy liści – to tajemniczy zbiór wariantów pewnego wzoru. Zagadka działania natury, nie znoszącej dokładnych powtórzeń czy nie mogącej ich dokonać”.tumblr_inline_mzae5rvVN21ri1pwf

 

Tomasz Gudzowaty „Closer” – Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, wystawa czynna do 4 października 2015

Tekst ukaże się w „Rzeczpospolitej”

17
Jul

Gdzie są niegdysiejsze łąki… (o wystawie Christiana Boltanskiego w Cricotece)

Udostępnij:

 W Polsce setna rocznica urodzin autora „Umarłej klasy” przechodzi bez szczególnych fajerwerków. Jednak nie do pomyślenia było, żeby jubileuszu nie uwzględniła krakowska Cricoteka,DSC6367-1024x682z5601441Q,Tadeusz-Kantor której nowa siedziba została otwarta niespełna rok temu.

Obecnie mają tam miejsce dwie najważniejsze wystawy związane z rocznicą Tadeusza Kantor.a

.635639062974700713 1kantorz 2534b47e-9bc6-4d02-873f-df9fc298d1f1

Jest „Dzieciństwo”, druga odsłona ilustrowanej biografii mistrza (m.in. rekwizyty teatralne ze spektaklu „Wielopole, Wielopole”, szkice, fotografie członków rodziny i tytułowej miejscowości, a także filmowe rejestracje spektakli), które niczym nie zaskakuje ani niczego nie odkrywa.

Obok zaś powstała znakomita instalacja „W mgnieniu oka” Christiana Boltanskiego

                       Portrait  FRANCE ART  

, dedykowana jubilatowi, lecz równie wymowna poza rocznicową okolicznością. To uniwersalna praca dotycząca nas wszystkich – relatywizmu czasu, znikomości ludzkiego trwania, pamięci i niepamięci, dysproporcji pomiędzy wiecznością a naszym doczesnym bytem.

H0027-L03757807  tumblr_ml7b14urUA1qaihw2o1_1280christian_boltanski-lessons_darknessartwork_images_166767_237049_christian-boltanski

A w ogóle – czy umiemy pamiętać? Chcemy tego, czy może wolimy zapominaie? Jak owo usuwanie z pamięci przebiega?

„W mgnieniu oka” daremnie by szukać bezpośrednich odniesień do dokonań Kantora. Jednak u obydwu autorów można odnaleźć wspólne nuty. Cechuje ich autoironia wymieszana z patos,em świadomość komizmu w dramacie, szacunek dla wartości i potrzeba destrukcji, wiara w sens i poczucie bezsensu. Co sprawiło, że mają tak podobne światopoglądy?

 

Tadeusz Kantor, rocznik 1915, urodzony w Wielopolu w familii o powikłanych korzeniach. Boltański, wywodzący się z rodziny emigrantów żydowskich, przyszedł na świat w Paryżu w 1944 roku. Wiekowo dzieliło ich prawie 30 lat, wyrastali w odrębnych kulturach, ale dogadywali się bez słów – a jeśli, to po francusku. Dla Boltanskiego Kantor należy do twórców przełomowych, podobnie jak jak Pina Bausch. To jego mistrzowie, przyjaciele, mentorzy

Jednak Boltanskiego z Kantorem najsilniej łączyło podejście do śmierci. Przedwczesnej, bezsensownej, degradującej. Obydwaj zastanawiali się, co to takiego – śmierć? Coś pięknego i coś idiotycznego. Czy można z tego zrobić sztukę pomijając funeralny ceremoniał?

Tak Kantor, jak Boltański, uczynili z odchodzenia tragiczny żart. Wzniosłość mieszali z przyziemnością, uniesienia z głupotą. Jednocześnie, obydwaj jakoś oswajali przemijanie – własne, bliskich i bliźnich. Uświadamiali, że ludzkie ziemskie bytowanie w makroskali natury nie ma żadnego znaczenia. Zarazem, każde istnienie ma własny wymiar…

Mnóstwo paradoksów, sprzeczności, egzystencjalnych pytań.

 

Pamiętam dwie wystawy Boltańskiego w Warszawie w traumatycznym wrześniu roku 2001. W CSW Zamek Ujazdowski była duża retrospektywa (przygotowana przez Miladę Ślizińską), zakomponowana jak teatralny spektakl. Jednocześnie, w maleńkiej Galerii Foksal francuski artysta zabawił się z odbiorcami: zainscenizował swoją śmierć. Pokaz-mistyfikacja, zatytułowany „C.B, jego życie, jego dzieło” gromadził to, co mogłoby zostać po każdym z nas: trochę urzędowych papierów, kilka wymiętolonych zdjęć, jakieś pamiątki i przedmioty osobistego użytku. I jak z tych odpadów ulepić pamięć o człowieku…

To samo robił Kantor. W każdym obrazie, sztuce, happeningu mieszał kreację z destrukcją, wartość z dezawuowaniem. Był jeszcze po tej stronie bytu, a już rewidował życie z perspektywy niebytu. Nie wierzył – ale nie tracił nadziei.

Podobnie Boltanski. Jest w jego dokonaniach rozpacz, lecz także przekonanie o sensie sztuki. Choć nie ufa bliźnim, nie jest nihilistą. Woli obśmiać swoje istnienie, niż przypisywać mu szczególne znaczenie. W końcu wszystkich nas to czeka: kres.

 

Cztery lata temu w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski Boltański pojawił się znów. Tym razem – instalacją dźwiękową. Lub inaczej – zapisem życia każdego, kto zdecyduje się odwiedzić galerię. Bo czymże jest bicie serca, jeśli nie rejestracją życia? Od 2005 roku francuski artysta nagrywa tę foniczną pulsację ludzi znanych i dla większości anonimowych. Także w Warszawie każdy mógł dołączyć do „Archiwum Serc” czyli banku odgłosu tego najważniejszego mięśnia. Audio zamiast wizji?

 

„W mgnieniu oka” to premiera, choć istotny element instalacji, praca wideo „Animitas”, jest pokazana na tegorocznym Biennale Sztuki w Wenecji. To nagranie zarejestrowanego na pustyni w Chile.

z18298141Q,Cricoteka--projekt-Christiana-Boltanskiego 11427189_905186259545488_4231357115325741408_n

Sceneria cały czas taka sama: piasek, lekkie wzniesienia. W tym niemal pozbawionym życia pejzażu jedyne ślady natury to wysuszone, wysokie badyle. Na nich zamocowano 850 japońskich dzwoneczków, które, poruszane wiatrem, wydają subtelny, miły dla ucha, uwodzicielski dźwięk. Praca odnosi się do ołtarzy ku czci zmarłych, stawianych przy drogach i bezdrożach przez chilijskich Indian. Wedle ich wierzeń, dusze łączą się z wiatrem i są obecne wśród żywych – dźwiękiem.

W Cricotece delikatne dzwonienie słuchać już z klatki schodowej. Ale, jak wspomniałam, zaangażowane są także inne zmysły. Zza kotary, odgradzającej instalację Boltanskiego od pokazu Kantora, dobywa się zapach siana i gnijących kwiatów.

Podążając za tą wonią, wkraczamy do sali wysłanej dywanem z trawy i kwiatów.

z18298146Q,Cricoteka--projekt-Christiana-Boltanskiego-1 z18298130Q,Cricoteka--projekt-Christiana-Boltanskiego-1

Łąka? Nie, czegoś jej brak: gleby, wody, sił witalnych. Zielska zamieniają się w siano, żywe płatki w suszki. Przed naszymi oczyma rozpościera się bujność w stadium obumierania. Jak Kantorowa „Umarła klasa”. Co więcej, to nie status quo, lecz proces. Z każdym dniem łąka „umiera” coraz bardziej, rośliny wiotczeją, tracą barwy, zmieniają zapach.

Znacie tę charakterystyczną/narkotyczną woń nekropolii po Wszystkich Świętych? Przyniesione na cmentarze kwiaty tracą witalność i nagle bardziej uświadamiają przemijanie, niż pamięć o zmarłych, o ich życiu.

 

Puentą instalacji są elektroniczne zegary. z18298134Q,Cricoteka--projekt-Christiana-BoltanskiegoUmieszczone na ścianie opozycyjnej wobec tej z wideo, dziesięć elektronicznych tarcz wyświetla czas co do ułamków sekund, lecz bez synchronizacji z aktualnymi wskazaniami chronometrów. Czerwone rzędy cyfr jarzą się na ciemnych, prostokątnych tarczach. Nie wiadomo, spóźniają się czy spieszą? Jedno oczywiste – odmierzają (czyjś) czas. Współczesne cyfrowe Mojry, boginie losu.

To właśnie chce nam uzmysłowić Christian Boltanski. Jednocześnie podkreśla, że Kantor był przed nim. I wciąż jest. Ponadczasowy, zmuszający do myślenia o sensie istnienia. Jak Francois Villon, rozpaczający po stracie „niegdysiejszych śniegów”. A co z niegdysiejszymi łąkami? Co z Wielopolem?

 

Christian Boltanski „W mgnieniu oka” – Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka, Kraków – wystawa czynna do 4 października 2015

06
Jul

Tańcząca z demonami (o komiksie Tony’ego Sandovala „Tysiąc sztormów”)

Udostępnij:

Kiedy piszę te słowa – on tu jest, kilka kilometrów dalej…

Podpisuje albumy warszawskim Centrum Komiksu. Tony Sandoval, meksykański rysownik, lat 42, profile_picture_by_tonysandoval-d5gvftwprzyjeżdża do Polski chętnie i często – czemu nie należy się dziwić, jako że tu ma wdzięcznych odbiorców, a z Berlina, gdzie obecnie mieszka, droga niezbyt odległa. Podczas ubiegło, i tegorocznych Warszawskich Targów Książki (cykl spotkań Warszawa Komiksowa) ustawiały się do niego kolejki – a on nikogo nie potraktował per noga, każdemu do wpisu dorzucił rysuneczek. On sam jest fanem Zdzisława Beksińskiego, co też wydaje się oczywiste, gdy się ogląda prace meksykańskiego autora. image023-560 Tony_Sandoval_-_Festiwal_Komiksowa_Warszawa-1

                            „Tysiąc sztormów”, jego najnowsza opowieść to już szósta polska publikacja. 513d25369c94ac757a5514f5ddfc8751

Bohaterka, nastoletnia Lisa, odstaje od swych rówieśników wyglądem i zachowaniem. Płowowłosa i krucha, pociąga chłopaków urodą, lecz zarazem zraża samotniczymi skłonnościami oraz nietypowym w jej pokoleniu hobby: zbiera drobne kości i tajemnicze przedmioty. Rzecz dzieje się w małej nadmorskiej miejscowości, gdzie fale wyrzucają rozmaite zaskakujące obiekty. Gromadzenie tej kolekcji stanowi remedium na stratę matki, nieobecność ojca, gderliwość chrzestnej, której opiece Lisa została powierzona oraz ostracyzm ze strony lokalnych dzieciaków. No, nie wszyscy od niej stronią, jednak wszyscy jakoś się boją: chodzą słuchy, że to czarownica…crow_girl_by_tonysandoval-d7yoe1i 1000_storm_page3_by_tonysandoval-d7plyqg 48baa9fbfa77de16455f2a22e368a047 new_smile_by_tonysandoval-d8oskrw

Dziewczyną także miotają sprzeczne potrzeby – już by chciała wtulić się w chłopaka, zarazem pragnie ojcowskiej opieki. Co wreszcie spełnia się i panna, jak się okazuje, wybitnie utalentowana muzycznie, trafia na artystyczne studia, po których zaczyna karierę wirtuozki. Tyle w warstwie realistycznej. Ale Sandoval nie uwodzi fanów konkretami o dojrzewaniu wrażliwych dziewcząt. Dość banalna fabuła kryje nieprzebrane fantastyczne głębie. I tu meksykański twórca nie ma sobie równych. Demony, diabły, skrzaty i całe imaginacyjne bestiarium jest u niego tyleż ważne, co świat realny. I właśnie postawienie znaku równości między rzeczywistością a wyobraźnią (niektórzy mówią: komiksowy realizm magiczny) tak fascynuje odbiorców.

Sandoval serwuje bajki inne niż te niegdysiejsze. U niego nie ma jednoznacznie pozytywnych bohaterów, a sama Lisa, choć jak Kopciuszek wzorcowa sierotka-ślicznotka, wykazuje niekiedy mroczne skłonności. Snuje się między realem a Nibylandią, czerpiąc moce raz od dobrych, to znów od złych duchów. Najważniejsze – potrafi wykrzesać siłę, by w pojedynkę przeciwstawić się zgrai małolatów-przeciętniaków, zachować godność i nie ulec naporowi zła, czy raczej – Złego. Szczegółowe relacjonowanie przebiegu konfliktu na osi Lisa-piekło nie ma sensu, jako że to przekładaniec wiele wątków z rozmaitych tradycji europejskich i meksykańskich. Wymienię niektóre: przejście przez magiczne drzewo, co czyni dziewczynę niewidzialną (zamiast czapki-niewidki); podróż w krainę cieni i spotkanie z duszą błądzącą od zarania dziejów (Hades i dusze zmarłych); polowanie demonów na dzieci (przypomnijcie sobie film „Witches” Nicolasa Roega z super-wiedźmą graną przez Angelikę Huston, ostro zawziętą na bachory)

anjelica-huston-in-the-witches 6012173; AnjelicaHuston1990-Witcheshqdefault

sztorm (jeden z tytułowego tysiąca) rozpętany przez poirytowane diabły; ofiara z lalek (pożegnanie z dzieciństwem?) złożona przez Lisę Szatanowi… Pod konie napięcie rośnie jak w klasycznym horrorze Kinga „Carrie” (nawet są spore podobieństwa między bohaterkami). carrie_1976_1 Carrie-1976W takiej miksturze mitów trudno się połapać, ale też nie ma potrzeby – lepiej dać się ponieść zawrotnemu tempu akcji i nieokiełznanej fantazji autora.

1000_storm_page_4_by_tonysandoval-d7up3ev  1000_storms_page_2_by_tonysandoval-d7k31ozred_fish_by_tonysandoval-d7fnauv76c4b5e2591a4ab49ec0a9a27949c481

A teraz – o jego stylu plastycznym. Bo to drugi, obok aury niesamowitości, znak rozpoznawczy prac Sandovala. Jego postaci mają charakterystyczny wygląd: rachityczne, niedokształcone ciałka i nieproporcjonalnie olbrzymie głowy. Trochę manga, trochę lalki-szmacianki. Wszystkie bohaterki są do siebie bliźniaczo podobne, jednocześnie – jakoś wzruszająco szczere w spojrzeniu, w wyrazie lalkowatych buzi. Natomiast dorośli pokazani są ze złośliwym, karykaturalnym skrzywieniem – monstra z piekła rodem, mordy z gigantycznymi nochalami-ryjami, choć w istocie poczciwcy.

Artysta potrafi połączyć groteskę z poezją, makabrę z liryką, przesadę z emocjonalną prawdą. A wszystko to jakby niematerialne, malowane mgłą, dymem i wodą. Doskonale służy temu technika wodna (akwarele) i cienka jak nić pajęcza, rozedrgana kreska, którą rysuje baśń o tysiącu i jednym sztormie…

Zdecydowanie nie polecam jako dobranocki dla przedszkolaków. Ale dorosłym lubiącym thrillery – jak najbardziej.

 

Scenariusz i ilustracje – Tony Sandoval

Tłum.Katarzyna Sajdakowska

Wyd. Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2015

01
Jul

Dama bez łasiczki

Udostępnij:

Leonardo da Vinci (1452-1519) urodził się i wychował w Anchiano ‑ niedaleko miasta Vinci w Toskanii. Był nieślubnym synem notariusza ser Piera da Vinci i chłopki Cateriny. Odebrał tylko podstawowe wykształcenie. Był też leworęczny.

Malarz, architekt, filozof, muzyk, pisarz, odkrywca, matematyk, mechanik, anatom, wynalazca, geolog. Jednak to talent malarski przysporzył Leonardowi największej popularności. „Mona Lisa” i „Ostatnia wieczerza” ‑ tych tytułów nikomu nie trzeba przypominać. Do czasów dzisiejszych przetrwało 15 jego obrazów, w tym i nasz rodzynek.

autoportret (ok. 1510-1515)

autoportret (ok. 1510-1515)

„Dama z gronostajem” znana w powszechnym użyciu pod inną, zupełnie dziwą nazwą ‑ „Dama z łasiczką” .Nie wiadomo dlaczego. To przecież dwa zupełnie inne zwierzęta. Obraz powstał około 1489-90, malowany był 7 lat z powodu prokrastynacji (choroby geniuszy ‑ patologicznej tendencji do nieustannego przekładania pewnych czynności na później). Dlaczego pozwalano mu na te kaprysy? Dlatego że, był po prostu dobry.

Portret został wykonany w technice olej i tempera  na desce orzechowej o wymiarach 54,7 x 40,3 cm + rama. Przedstawia Cecilię Gallerani, kochankę księcia Ludovico Sforzy ‑ znanego bardziej z tego, że był wujem polskiej królowej Bony Sforzy. Cecilia ma na tym obrazie 16 lat ‑ był to wymóg ówczesnej moralności. Niby wygląda to na zwykły portret, ale w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Sforza nie mógł poślubić kogoś z gminu ‑ to nie XXI wiek, kiedy Wilhelm ‑ potocznie zwany księciem Williamem ‑ William Arthur Philip Louis, Jego Królewska Wysokość książę Cambridge, hrabia Strathearn, baron Carrickfergus wstępuje w związek z wcale niewysoko urodzoną Kate Middleton.

W czasie portretowania Cecilii prowadzono już pertraktacje w sprawie mariażu Ludovica z Beatrice d’Este. Leonardo da Vinci nie mógł w związku z tym ukazać kochanków splecionych w miłosnym uścisku. Trzymany przez portretowaną gronostaj jest zawoalowanym przedstawieniem tej sytuacji. Nazwa galée zawierająca się w nazwisku Gallerani jest nawiązaniem do nazwiska, ale też po grecku oznacza gronostaja. Zwierzę to jest też symbolem, królów i władców ‑ można zadać sobie pytanie dlaczego ono, przecież jest tyle innych zwierząt?. Prawdopodobnie ze starożytnej legendy ‑ zaobserwowano, że kiedy weźmiemy gronostaja, przyprzemy go do muru i w końcu umożliwimy mu ucieczkę przed śmiercią, otwierając przed nim drogę z błota, to prędzej umrze, niż pobrudzi swoje białe futro. Dlatego gronostaj pasował idealnie do symbolu władzy królewskiej. Chociaż z tą czystością królów bywało różnie. Patrząc na Ludwika XIV, króla Słońce ‑ Roi-Soleil ‑ to akurat on z czystością miał mało wspólnego. Śmierdział jak dworzec PKP Warszawa Wschodnia przed remontem i pewnie gdyby to jego przyparto do muru i dano mu jedyną szansę ucieczki przez kąpiel ‑ też wolałby zginąć. Do końca życia twierdził, że choroby są powodowane przez mycie.

Zwierzę jest również czytelnym symbolem Ludovica Sforzy, nazywanego przez współczesnych „Ermellino” czyli gronostaj, w nawiązaniu do prestiżowego Orderu Gronostaja, którego był kawalerem, i którego używał jako swojego godła. Przez długi czas obecność zwierzęcia uznawano za naturalny, dekoracyjny fragment obrazu. Dopiero krytyczna analiza ikonografii w XX wieku dała najbardziej prawdopodobną interpretację dzieła. Jest też hipoteza, iż gronostaj może być pojmowany jako alegoria macierzyństwa, gdyż zgodnie z sięgającą antyku teorią ułatwiał rozwiązanie. Autor umieścił zwierzątko w taki sposób, by zakrywało brzemienność modelki (nosiła ona syna Ludovica ‑ Cesare’a) jednocześnie w symboliczny sposób mówiąc o jej „błogosławionym stanie”. Taka interpretacja dzieła spotkała się z powszechnym uznaniem historyków sztuki, przekreślając zarazem dawne teorie o „realistycznym” malarstwie portretowym, które nie zawierało złożonych elementów alegorycznych czy symbolistycznych.

Portret damy z gronostajem

Portret damy z gronostajem

Badania radiograficzne obrazu, przeprowadzone w 1992 w Waszyngtonie potwierdziły, że teraźniejsze czarne tło kryje pierwotny szaro-niebieski rysunek. Prawdopodobnie był on niewykończony lub sprawiał takie wrażenie, więc zamalowano tło czarną, nieprzejrzystą farbą, która miejscami łamie miękką linię konturu.

A żeby sprawę jeszcze skomplikować!

Francuski naukowiec po trzech latach analizowania obrazu „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci odkrył, że malatura była zmieniane przez mistrza włoskiego renesansu dwa razy. Dama początkowo nie miała gronostaja, a potem trzymała na rękach zwierzę z zupełnie innym futrem. Technika LAM daje nam możliwość obierania obrazu jak cebuli ‑ opowiadał o swojej metodzie Pascal Cotte. Aż do teraz przez 500 lat sądzono, że arcydzieło od zawsze przedstawiało kobietę trzymającą zwierzę. Trzy lata badań, trzy różne obrazy.

dama 3

Inżynier Pascal Cotte przez trzy lata używał techniki odbijania światła w analizie jednego z najsłynniejszych obrazów da Vinciego.

Udowodnił, że da Vinci zmieniał zdanie kilka razy, nie tylko dodając gronostaja, ale też częściowo zmieniając kolor szat pozującej mu Cecilii Gallerani.

Pascal Cotte wyjaśnił, że dokonanie odkrycia umożliwiła mu technika badania, którą sam opracował. Nazwał ją „metodą rozszerzania warstw”” (Layer Amplification Method ‑ LAM). Polega ona na rzucaniu bardzo mocnego, ostrego światła na malaturę i mierzenia siły jego odbicia przez bardzo czułą kamerę. Dzięki tej technice i wnikliwej obserwacji Cotte mógł zajrzeć „w głąb” obrazu Leonarda i ”wydobyć” poprzednie wersje ‑ niewidoczne gołym okiem.

Jak to się stało, że w kraju, gdzie pociągi jeżdżą dłużej niż przed wojną, mamy jeden z 15 obrazów jednego z najwybitniejszych artystów?

W 1800 roku obraz zakupił książę Adam Jerzy Czartoryski i sprezentował go swojej matce, Izabeli Czartoryskiej (w młodości znanej ze swobody obyczajów, wśród jej kochanków byli m.in. król Stanisław August Poniatowski i Mikołaj Repnin, poseł rosyjski w Warszawie). Obraz wylądował w  Puławach w Domu Gotyckim. W czasie powstania listopadowego został wywieziony do Paryża. Ok. 1880 roku wraca do Krakowa, gdzie w 1939 roku zostaje zagrabiony przez okupantów niemieckich, by następnie służyć jako dekoracja wawelskiej rezydencji gubernatora Hansa Franka. Wywieziony do Niemiec, skąd w 1946 roku wraca do Krakowa.

W 2014 roku zainteresowanie mediów wzbudziły roszczenia, jakie Fundacja Książąt Czartoryskich wysunęła wobec organizatorów konkursu graficznego, w którym wykorzystano cyfrową przeróbkę obrazu. Fundacja wyjaśniła, że „korzystanie z reprodukcji obrazu” wymaga zgody Fundacji „bez względu na kwestię istnienia praw autorskich”, co wzbudziło liczne kontrowersje. w odpowiedzi udzielonej autorowi przeróbki Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wyjaśniło jednak, że obraz znajduje się w domenie publicznej a Fundacji przysługuje jedynie prawo własności do obrazu jako rzeczy, a nie do twórczości utrwalonej na tym obrazie.

Jest jednym z najcenniejszych krajowych muzealiów i jedynym dziełem artysty w Polsce. W 2011 roku podczas podróży po Europie ubezpieczono go na 300 mln euro.