THE BLOG

15
Aug

Filmy na lato; filmy, które udają kino (o filmowych propozycjach na wakacje)

Udostępnij:

Czy to moda, czy brawura, czy poszukiwanie sposobów na przyciągnięcie uwagi publiczności/mediów?
Tak czy siak artyści gromadnie rzucili się do kamer. Kręcą fabuły („Z daleka widok jest piękny” i „Huba” Sasnali) i fantasy („Fire-Folowers” Braguły, „Niebo artystów” Agnieszki Polskiej) dokumenty („Szukając Jezusa” Kozyry). Zaczynali od filmów eksperymentalnych, artystycznych wideo, rejestracji performance’ów. Było im mało, to się rozkręcili.
Nie wypowiadam się, zanim nie zobaczę najnowszych produkcji („Walser” Zbigniewa Libery i „Performer” Lukasza Rondudy i Macieja Sobieszczańskiego)  – ale wypowiem się na pewno, bo sprawa urasta do problemu czy raczej zjawiska.press_kit_performer_eng_small_14.01-page-001 film_performer1 performer film o oskarze dawickim 1_6520863_0 performer film o oskarze dawickim 3_6520871 performer02

Stach Szabłowski pisze w „Dwutygodniku”: „Rzecz w tym, że „Performer” wplątany jest nie w jeden, lecz w dwa zwroty. Treścią ciąży ku zwrotowi performatywnemu, lecz formą ku zwrotowi kinematograficznemu. Nadejście tego drugiego obwieszcza nie kto inny, jak współautor „Performera”, Łukasz Ronduda. Na półki trafia właśnie książka, którą zwracający się ku reżyserii kurator napisał wspólnie z Jakubem Majmurkiem i opublikował pod tytułem „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.

Kiedy będzie w kinach?

Zasięgam języka u specjalisty, Ani Serdiukow. Ona odpowiada: – Wiem, że „Performer” do kin wchodzi do dystrybucji, więc na pewno będzie miał jakiś pokaz. Ale „Walser” nie ma dystrybutora, znam producentkę i wiem że nikt tego nie kupił. Sprawdzę, czy nie planują pokazu. Dam znać.

Alarmuje Mariola Przyjemska, która już widziała oba filmy na Nowych Horyzontach: Pani Moniko widzę, że znikają krytyczne recenzje o filmach z Wrocławia! Natomiast J. Majemurek i Ł. Ronduda rok 2015 ogłosili zwrotem sztuki w kierunku kinematografii, teraz artyści wizualni staną się reżyserami. To jest to oszustwo, które na siłę ciągnie Ronduda. To dotknie wszystkich artystów.Jest potrzebny rzetelny krytyk filmowy, który uprzytomni, że sztuka filmowa to coś więcej niż nazwiska i formalnie oceni ich filmy. Inaczej będziemy narażeni na amatorszczyznę, która zresztą często widać na wystawach Rondudy i Cichockiego. Jury konkursów też ustawione, w tej grupie około filmowej reklamy swojego ego jest Ronduda, Woliński, Gorczyca co nieco, J.Majmurek, i jakieś młode krytyczki.

 

Skoro artyści tacy odważni, to ja też nie wstydzę się gadać o filmach. Ale z pozycji kinomana, nie krytyka. W dodatku mam pełne zrozumienie ze strony Paulusa Sulika z Tok FM, także fana kina. I jutro z rana będziecie mogli nas posłuchać w Tok FM o godzinie 8:40. Tak wcześnie, bo upał (który budzi o świcie), wojsko i w ogóle ostatnia okazja, żeby podziwiać cudne błękitne niebo, napawać się świeżym wietrzykiem, wietrzyć bety i głowę.
Pisałam o „Małym księciu”.  Dziś o „Wykolejonej”, 7695428.3która ma świetną prasę chyba ze względu na ostatnio bardzo popularną wykonawczynię stand upów Amy Schumer. Nie mam pojęcia, jakim cudem ta miernota spodobała się kilku krytykom filmowym. Że na bezrybiu?… Toż ta błahostka nie nawodni letniej suszy w kinach i nie tylko.

Autorka scenariusza Amy Shumer, grająca główną rolę, raczej budzi współczucie niż zainteresowanie (ojej, dlaczego ta kobieta tak się męczy, skoro nie umie grać? I wcale nie jest przekonująca…). Redaktor Amy jest na służbie debilnego pisemka, które zajmuje się wyłącznie miksowaniem ludzkiego g….
Warto pójść tylko po to, żeby zobaczyć, jak trudno zrobić komedię. I obejrzeć kolejne wcielenie Tildy Swinton – jako ostrej jak żyleta, zimnej suki – szefowej nieporadnej Amy. Ostrzegam wszystkie kobiety, którym zamarzy się „wykolejenie”, a potem miękkie lądowanie w ramionach przystojnego, bogatego i tolerancyjnego mężczyzny – takich już nie budują. To mrzonka, która „przeminęła z wiatrem”.    397ea8d844efb96e1a1d9d77df337905  picb

13
Aug

Pamiętajcie o ogrodach ( o wystawie „Ogrody” w Zachęcie)

Udostępnij:

 Nie tak trudno być poetą – jeśli wejdzie się do Zachęty, gdzie pod kuratorską opieką Magdaleny Godlewskiej-Siwerskiej z12296339Q,Magda-GodlewskaMagda Godlewska-Siwerska

wyrosły metaforyczne „Ogrody”. Nie tylko do oglądania, także do zagłębiania się w nie, do wąchania i słuchania. Prace dziewięciorga twórców angażują wszystkie zmysły. Wejdźmy w ich ogrody.

Jeden wyrósł… na schodach galerii. Gdy weszłam na mroczną, od lat nie używaną klatkę schodową, poczułam się jak w dzikim winie zaplątana. Pomiędzy pnączami wyłaniały się tu i ówdzie dziwaczne organizmy roślinne. Grzyby? Huby? Trafione! Ogrodniczka Iza Tarasewicz (artystka nominowana do nagrody Deutsche Banku Spojrzenia 2015) potwierdza: to lakownica żółta, grzyb o leczniczych własnościach. Tym razem jednak nie chodzi o zdrowie, leczo urodę lakownicy. Pomarańczowo-biało-brązowe kształty kuszą, żeby je dotknąć. Rozmaitość kształtów idzie w parze z różnorodnością faktur: jęzory są aksamitne, kulki puszyste, sterczyny – jedwabiste. Ta natura jest niegłupia!Ask for something that doesn't exist SZUM-20130522-09-187 To nie są te prace… Ale lakownicy jeszcze nie ma w sieci. Rośnie.

Komu uda się wydostać z gąszczu Tarasewicz, wejdzie do ogrodu zen. Pod stopami zachrzęściły kamyki, gdy ruszyłam w stronę niewielkiej sadzawki, pośrodku której szemrze fontanna. Paweł Matyszewski, autor tej aranżacji, wykreował ogród minimalistyczny, ujednolicony w barwach: szary żwir, mroczne oczko wodne, czarno-fioletowe rośliny. Klimat powagi, skupienia, medytacji.

Za to przeciwna strona sali… zakwitła. I słodko zapachniała. Ale choć tytuł „Zakwit” nasuwa kwietne skojarzenia, mnie praca Anny Panek, artystki i architektki, przypomina zlot owadów. Małe plastikowe kształtki wyglądają jak uskrzydlone. Przysiadły na białej ścianie, tworząc nieregularny ornament, poddany wewnętrznemu wirowaniu. Pewnie te motylki odlecą jesienią.53To nie jest ta praca… lecz dyplom artystki, pokazywany w CSW-Zamek Ujazdowski

Kolejne pomieszczenie wypełniają pajęczyny i żywiczna woń. Polana leśna, zalana słońcem i gigantyczne, misterne pajęczyny – oto, co przychodzi na myśl. Jak zwykle, Mirosław Maszlanko

 

 

miroslaw-maszlanko-warsztaty-form-przestrzennych-z-wikliny-3 id_602046_112355_box_x_765_y_455 To nie są te prace z Zachęty –ale orientują w tym, co robi Maszlanko

wykonał delikatne, ażurowe konstrukcje (te nazwał „Membrany”) z traw i słomek. Dwadzieścia pięć „pajęczyn” zawieszonych na różnych wysokościach zachęca, by widz przeszedł między nimi, następnie przysiadł na „dźwiękowej” drewnianej ławce Krzysztofa Topolskiego, wdychając leśny zapach. I popatrzył na rajski ogród wymalowany przez artystę-samouka wewnątrz domu, zamiast tapety. Widok cudny: jelenie, wodospady, las i… las wieżowców. Tak jawi się Eden Iłarionowi Danilukowi vel Zenkowi.

Nieco dalej wchodzi się w labirynt zbudowany ze starannie strzyżonych krzewów. Nie, to tylko iluzja wykreowana przez Małgorzatę Niedzielko.

malgorzata-niedzielko-the-power-game-2 malgorzata-niedzielko-the-power-game-2013-05-10-001-920x517To praca Małgosi Niedzielko – z daleka czarna krąg; z bliska – czarna dziur; gdy zaglądasz (jak ten mały) – słychać chlupot wód głębinowych, czuć zapach ziemi. To jak zajrzeć do brzucha Gai.

 

wąskich korytarzach widz musi otrzeć się, dotknąć szorstkiej ciemnej materii, którą obłożone są ściany. Wystarczy zamknąć oczy – powstaje złudzenie dotykania kory drzewa. Temu doznaniu towarzyszy efekt foniczny: cykady, koncertujące jak na Cykladach.

A pamiętacie wakacje dzieciństwa? Spędzane nad wodą, na plaży – co przypomina Marzanna Morozewicz sentymentalną instalacją: dziecinna wanienka wypełniona piaskiem, na nim grabki zapraszające do pogrzebania w piachu. Albo lato w lesie, który wydawał się tajemniczy i groźny – jak ten na obrazie Pawła Matyszewskiego. pawel-matyszewski-gatunek-1 matyszewski_bez_tyt matyszewski gatunek 18ss_640 To nie są te prace… Ale podobne (Pawła Matyszewskiego)

Albo letnisko w Garbatce, gdzie spędzał kanikuły Igor Przybylski,

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA True_or_False4 b.800.600.0.0..stories.wystawy.przybylski.006Igor Przybylski i jego tematy/klimaty: środki transportu i podróże.

którego film prowadzi oglądających tropami dziecięcych przeżyć artysty. A to już nie to samo…

 

„Ogrody” – Zachęta, wystawa czynna od 14.08 do 04.10.2015

Recenzja ukazała się w „Rzeczpospolitej”

09
Aug

Mały Książę i korpo (o filmie „Mały Książę plus reakcje znajomych z fejsa)

Udostępnij:

„Animacja powstała we Francji, ale ma cechy najlepszych amerykańskich produkcji. Zresztą za reżyserię nowego “Małego Księcia” odpowiada Mark Osborne, twórca “Kung-Fu Pandy”. Wersja francuska i amerykańska w obsadzie głosowej ma największe gwiazdy kina. Co ciekawe, Marion Cotillard będzie pracowała przy francuskiej i amerykańskiej wersji.
Jak już wiadomo, w naszym dubbingu też pojawiają się gwiazdy. Korpo-matkę gra Małgorzata Kożuchowska, Węża – Robert Więckiewicz, Próżnego – Piotr Adamczyk, Lisa – Antoni Pawlicki, a w głównych rolach Pilota (Włodzimierz Press) i dziewczynki – Aleksandra Kowalicka.
Polska wersja dubbingowa została oceniona bardzo wysoko!

 

To nie kolejna ekranizacja arcydzieła Saint-Exuperego, lecz wariacje na jej temat.
Mark Osborne (rocznik 1970) f05ac3d2307a42813a15436458517e2d368a1ae9 littleprince02-580x363

genialnie połączył dwie historie i dwa rodzaje animacji (cyfra i klasyczna kukiełka). Wpasował książkę Saint-Exuperego we współczesną historię o samotnej korpo-matce z jeszcze bardziej samotną korpo-córką, wychowywaną na idealną jednostkę w korpo-systemie. Mała ma dziewięć lat i ambicje nie własne, lecz rodzicielki. Spotkanie ze zwariowanym staruszkiem-sąsiadem, który przedstawia się jako Pilot, wywraca do góry nogami usystematyzowany rytm życia dziewczynki oraz zmienia jej spojrzenie na sens życia.
Jasne, dydaktyczny smrodek daje się wyniuchać już w pierwszych scenach, co nie zmienia faktu, że to cudne, poetyckie kino, bynajmniej nie tylko dla małych

.92ffe094738703cf3dd1d671ed2db428 film.org.pl_b32

maly-ksiaze maxresdefault


Judyta Baudelaire
 epitet dnia “dydaktyczny smrodek
Anna Mackiewicz
 Smrodek dydaktyczny,to z Wańkowicza

Sylwia Tarkowska-Włodarska Wracam już w poniedziałek i pędzę do kina. Całe życie uwielbiałam małego księcia- ze smrodkiem, czy bez odlatuję na jego planetę. Dzięki za przypomnienie!

Małgorzata Dalmata-Warchałowska Nie polubiłam sentymentalizmu“Małego księcia“,może dlatego,że kojarzę go z pensjonarskimi zachwytami mojej licealnej przyjaciółki. Ale lubię animowane filmy więc kto wie.

Maria Horak Janikowska Mały Książę do Pijaka:”Dlaczego pijesz ? Bo się wstydzę. Czeg się wstydzisz ? Tego że piję.”Bez smrodku za to z huraganem prawdy. Nigdy w życiu nie byłam z własnym dzieckiem na filmie animowanym, całą robotę odwalał ojciec (znaczy -dziecka) Wyrosłam nie na żarty ale na starość to ho ho !;-)

Sylwia Tarkowska-Włodarska Właśnie Mario- ” ho ho ho! I to jak! Im mądrzejszym jestes tym chętniej to ho ho przychodzi. Dzuęki moim dzieciakom nigdy nie straciłam kontaktu z własnym dzieciństwem. Cóż by to było, gdybym nie mogła oglądnąć tych wszystkich Disney- ów….Shreków o pszczółce Mai nie wspomnę

.5488489bcd5f1_o 7695406.3 mały-książę

Monika Małkowska Przecież mówię, że w „Małym Księciu” jest niewiele z Małego Księcia (tego, który pojawia się w koszmarnie ckliwej piosence czy innych sentymentalnych kiczach). To rzecz odczytana/pokazana na nowo, wpleciona w dzisiejszą sytuację dzieci osamotnionych z racji kariery rodziców, którzy zostawiają maluchy samym sobie, jednocześnie stawiając przed nimi wymagania ponad ich możliwości. Jeśli wspomniałam o „smrodku dydaktycznym” (też nie pamiętałam, że Wańkowicz, ale wiedziałam, że cytuję) – to dotyczy on (smrodek) także rodziców: to oni są pouczeni, że niszczą dzieciństwo swym dzieciom.

03
Aug

Pieskie życie kultowego detektywa (recenzja komiksu „Dylan Dog”)

Udostępnij:

W Londynie można wpaść do knajpy jego imienia i zjeść danie wymyślone na jego cześć. Lokal nazwany Dylan Dog mieści się przy Craven Road nr 7, Paddington. Tam, gdzie wedle twórcy serii, mieści się biuro detektywa nazwiskiem Pies.

A gdzie przebywa on sam? Diabli wiedzą, ale nie powiedzą.

Tropiciel demonów

– My name is Dog, Dylan Dog – tak mógłby przedstawiać się detektyw mroku wymyślony przez Tiziano Sclavi’ego prawie 30 lat temu.                                                                                                           Creatore-e-Creatura                                                                            Dylan_dog_intro            Dylan-Dog                                

 

Dog, specjalista od spraw paranormalnych, ma na koncie z pół tysiąca zadań zrelacjonowanych w ponad 80 albumach i sprzedanych w ponad 3 milionach egzemplarzy w samych Włoszech. Do tego – liczne tłumaczenia na języki obce (w tym angielski, holenderski i polski). U nas latami lansował go Egmont (14 wydanych tomów); po czteroletniej absencji Dog trafił pod skrzydła Bum Projekt.

Dog udaje Brytyjczyka i nigdy nie zmienia stroju, pozostając wiernym zestawowi: czerwona koszula i czarna marynarka do blue jeans. Aktualnie prawie czterdziestoletni, pomimo zmarszczek i żylastej sylwetki wciąż atrakcyjny dla kobiet. On zaś – pies na nie – oddaje się miłosnym aferom z równym zaangażowaniem, jak tropieniu demonów.

Bo to jego zawodowa specjalność, to zjawiska paranormalne. Plus psychopaci, kosmici, cienie, podróże w czasie i przestrzeni. Dog miota się między gotycką powieścią, horrorem, futurologią, klasycznym kryminałem i czarną komedią. Jego pastiszowe umiejętności zostały doceniona na świecie. Jego przygody wymyśla Tiziano Sclavi, dziennikarz, pisarz, scenarzysta.

23604422_inaugurata-la-storica-di-dylan-dog-parla-tiziano-sclavi-1 Tiziano_Sclavi

Natomiast za czarno-białe plansze odpowiadają coraz to inni rysownicy. Rysunki w zeszytach „Golkonda” i „Piąta pora roku” (wydane w jednym woluminie) wykonał Luigi Piccattomi.

Kulturowy kolaż

Dog jest jak potwór Frankensteina: niby wyględny facet, ale jednak zlepek z fragmentów rozmaitych pop-kulturowych postaci. Imię zawdzięcza walijskiemu poecie Dylanowi Thomasowi, 26_dylan_thomas

aparycję – brytyjskiemu aktorowi Rupertowi Everettowi Rupert Everett(który zresztą wcielił się w tę postać w filmie „Cementery Man”, 1994), odporność na kule i inne śmiercionośne razy oraz umiejętność wychodzenia z każdej opresji przejął po agencie 007.James_Bond_(Pierce_Brosnan)_-_Profile

Jakby było mało, partneruje mu figura przywodząca na myśl doktora Watsona (kronikarza przygód Sherlocka Holmesa), lecz wizualnie i charakterologicznie wzorowana na słynnym komiku Groucho MarksieGrouchoM_2710762c. Anegdotki i żarciki, nieustannie serwowane przez Groucho, są jak kabaretowe szmoncesy – trochę od czapy, ale robią draczną aurę. W „Golkondzie” i „Piątej porze…” też nic nie dzieje się na poważnie. Akcja rozgrywa się we współczesnym Londynie, Mediolanie, Indiach; w piekle, kosmosie, na cmentarzu przy spalonym kościele. Zawsze tu i teraz.

Sam super-hero nie jest taki super. Daleko mu do dedukcyjnych umiejętności Sherlocka Holmesa; jeszcze dalej do sprawności fizycznej Jamesa Bonda. Dylan Dog jest ich przeciwieństwem. Tochę niezguła, nieustannie inkasujący ciosy i uskarżający się na brak klientów oraz coraz chudszy portfel. Zalicza same doły: minusowe przychody, ujemny bilans życiowy, kace po herbacie… Jak się zakochuje, to w Kocie. A właściwie gorzej: w duchu imieniem Amber, nazwiskiem Cat.

Złe oko

Fani Dylana Doga staną pewnie za nim murem – ale mnie „Golkonda” i „Piąta pora roku” rozczarowały. Od pierwszego wejrzenia odrzuciła mnie strona graficzna. Nieciekawa, niedopracowana, pod koniec – niechlujna, rysowana na chybcika.okladka-200

Co do scenariusza: żonglerka konwencjami i aluzjami (nawet rozpoznawalnymi) nie bawi, bo wątki urywają się bez inteligentnych puent. Za dużo w nich sensacji, za mało sensu. A to czarna msza zakończona pożarem i śmiercią uczestników rytuału, to wyłażenie z grobów nieodkupionych dusz, to wizyta u Szatana w środku ziemi w Golkondzie, to inwazja dżentelmenów w melonikach (cytat z obrazu René Magritte’a), którzy likwidują wszystkich „skażonych” kapitalizmem. Mam jednak wrażenie, że autor bawiąc się odniesieniami, zgubił po drodze koncepcję                                          .golconda rene-magritte-photo

Golkonda broni się jedynie gagami Groucho Maksa, który paple jak nawiedzony (cytaty z filmów oraz programów z jego udziałem). Zabawne bywają też surrealistyczne scenki, wymyślone przez Sclavi’ego.

Moja ulubiona sytuacja? Las, odludzie, para napalonych na seks dzieciaków przyjeżdża na tandemie, żeby sobie ulżyć, gdy raptem… oplatają je i uśmiercają dziesiątki zabójczych macek. Potwór z Loch Ness? Nie, ramiona podobne jak u ośmiornicy wyrastają z mega-oka, spragnionego krwi dziewicy – a panna jeszcze nietknięta. Po morderstwie, monstrualna gałka oczna wsiada na rower młodziaków i odjeżdża, pedałując mackami. A w Londynie służby specjalne delibarują, czy średnica oka mierzy trzy, czy cztery metry… Angielska flegma z włoskiej perspektywy.

 

Scenariusz– Tiziano Sclavi

Rysunki – Luigi Piccatto

Golkonda/Piąta pora roku

Tłum. Jacek Drewnowski

Wyd. Bum Projekt, Warszwa, 2015

 

02
Aug

Nie ma kuracji na miłość, nie ma kuracji na śmierć (o komiksie „Wielki Escapo”)

Udostępnij:

 Przedstawiam: Paul Pope, lat 45, artysta wszechstronny, guru (może papież?) amerykańskiej alternatywnej sceny komiksowej. Paul Pope.

Trzykrotny laureat nagrody Eisnera (wielki honor!). Wydaje albumy własnym sumptem lub w niszowych oficynach. Jeden z niewielu Amerykanów, który zaliczył długi staż u japońskiego wydawcy mangi – co nie dziwi, bo to pracoholik nie gorszy niż mangaki. Ale najważniejsze, że Pope nie zhańbił się żadną pop-kulturową papką. Nawet gdy wziął się za Batmana – co nastąpiło prawie dekadę temu – uczłowieczył go, skomplikował psychologicznie i… umieścił w kontekście Berlina II wojny światowej.

Żeby było dziwniej, ten niby niekomercyjny Pope współpracuje z topowymi markami ubraniowymi. Uczestniczył w kampaniach reklamowych Diesela, a następnie współprojektował nowojorskie kolekcje Donny Karan. No, no.

 Znany dzięki ucieczkom

Ale dziś nie o sukcesach, lecz o porażkach. Nie autora, ale jego bohatera – Escapo.P1040142

Postać, o której będzie mowa, po raz pierwszy objawiła się publiczności w 1999 roku, w wersji czarno-białej.

Po czternastu latach Pope rewitalizował swego bohatera, ubierając w nowe, barwne szaty.okladka-450

I oto on, Wielki Escapo! Jego zapierające dech numery przyciągają do cyrku tłumy. Specjalizuje się w widowiskowych ucieczkach (stąd imię Escapo) ze śmiertelnie niebezpiecznych pułapek. Kim jest? Człowiek znikąd, bez nazwiska, bez przeszłości, bez rodziny. Sierota i nieudacznik, ma jedynie przyszywaną familię cyrkową. Ale czy to ludzie naprawdę mu bliscy, życzliwi? „Nie jesteś dla nich wart nawet tego, co jesz”, brutalnie uświadamia go chyba jedyny kumpel w trupie, konferansjer-showman.skan1-640

Jednak Escapo, mistrz ucieczki, nie potrafi uciec z tego zaklętego kręgu. Wędruje z cyrkiem przez świat, zarabiając na byt popisami z gatunku rosyjska ruletka: szczęście poda mu dłoń czy się nań wypnie? Póki co, Escapo wychodzi cało z opresji, bo… nie wie, co to strach. Dlatego dotychczas wygrywał ze śmiercią, dorabiając się przydomku należnego zwycięzcy – „Wielki”.

upadek skan3-640escapo-paul-pope-bao-1-670x434

La Strada w tle

Kreując postać Escapo, Pope czerpał inspiracje z filmów Felliniego, komiksów Jacka Kirby’ego, a także z utworów Nicka Cave’a, zwłaszcza z duetu nagranego z Kelly Minogue „Where the Wild Roses Grow”. Bo to rzecz o życiu z perspektywy odchodzenia; o tragikomicznej stronie egzystencji; o ciemnej stronie jasnych momentów.

Gdy spojrzeć wstecz, okazuje się, że niejednego artystą przełomu XIX i XX wieku fascynował cyrkowy mikroświat. Tematy cyrkowe podejmowali Seurat, Chagall, Matisse, Légère, Picasso… Dlaczego akurat wówczas? Dla twórców tamtej epoki cyrk jawił się jako metafora życia artysty – połączenie piękna i ryzyka, wzniosłości i bólu. Cyrk pojmowano jako antytezę mieszczańskiego dobrobytu i spokoju. To było całkowite oddanie się sztuce, zatarcie granic między kreacją a życiem. Pope nawiązuje w „Wielkim Escapo” do dorobku Picassa z okresu niebieskiego i różowego, kiedy hiszpański mistrz uczynił bohaterami swych obrazów akrobatów, siłaczy, żonglerów i innych cyrkowców. Tak jak u Picassa, świat Escapo jest przeraźliwie smutny. Jeśli ktoś się tam śmieje, to jest to szyderstwo bądź wygłup. A w głębi duszy… strach. Dokąd to? Po co to?

 Tańczący ze śmiercią

W tomie „Wielki Escapo” zawarte zostały dwie historie: miłosne porażenie i śmiertelne przerażenie. Dodatkowo, wieńczą je improwizacje na temat Escapo dziewięciorga innych artystów (w tym – Japonki Yuko Shimizu, twórczyni Hello Kitty) plus wyznania autora co do użytych narzędzi (ciekawe dla profesjonalistów).

Pierwszy wątek, uczuciowy. Heros się obnaża: schodzi z areny i zdejmuje maskę, ukaząc nam prawdziwe oblicze – brzydką, zdeformowaną bliznami twarz. Escapo ma też inne słabości, które czytelnik szybko rozpoznaje – jego czułe serce, wrażliwość i dziecięcą naiwność. Zakochany po uszy w uroczej akrobatce Aerobelli nie zauważa, że ona woli przystojnego woltyżera…

skan2-640 escapo2  pope

Miłość sprawia, że staje się głuchy na przycinki złośliwych clownów, jak i na przyjacielskie rady kumpla-konferensjera.

Żałosne, a bezskuteczne próby Escapo pozyskania bodaj zainteresowania cyrkówki przywodzą go do ostateczności. Ryzykując życiem, podejmuje się coraz bardziej brawurowych wyczynów. Igra ze śmiercią. Ba, nawet z nią się spotyka… I to jest przełom w jego doświadczeniu. Dotąd nieustraszony, nagle zaczyna odczuwać lęk. Zastanawia się nad swym istnieniem i sensem popisów, podczas których stawką jest jego życie, zaś celem – rozrywka gawiedzi.

I właśnie ta część – przemyślenia nad ludzkim przeznaczeniem i celem sztuki – stanowią o specyfice „Wielkiego Escapo”.

Rzadko kiedy w komiksie poruszane są sprawy egzystencjalne w pozornie lekkiej, prześmiewczej formie. Tymczasem banał, tandeta i głupia rozrywka też mogą skrywać dramat – jeśli umie się to zauważyć. Paul Pope potrafi.

Żółta kartka

Teraz o stronie plastycznej „Wielkiego Escapo”. Autor powierzył kolorowanie plansz Shay’owi Plummerowi, z jednym wskazaniem – by ten inspirował się malarstwem Picassa z etapu błękitnego i różowego. Plummer dostosował się i uzyskał porywający efekt. Doskonale utrafił w stany emocjonalnej głównej postaci, podkreślił klimat scen, a także – pewną sztuczność, przesadę, kiczowatość cykrowych spektakli. Zwłaszcza świetnie wydobył pompę i grafomaństwo zapowiedzi konferansjera. Popatrzmy: w intymnych sytuacjach dialogi umieszczane są w dymkach, lecz gdy rzecz dzieje się na arenie, komplementy showmana skandowane przed publiką przybierają formę reklamowych banerów, wypisanych na „tęczowych” łukach. Dzięki temu od razu „słyszy” się jego wrzskliwą przesadę: „Czy uda mu się wydostać na zewnątrz wykrzykując słwa triumfu? Czy zostanie zmiażdżony przez straszliwy głod?”.

Co więcej, te konferansjerskie zagajenia wypisane są na jadowicie żółtych tłach. Odcień, który kojarzy się ze zdradą, z ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem. W tym przypadku – podkreśla zagrożenie, w jakim znalazł się Escapo, czego widownia nie jest świadoma.

Ale tego typu niewiedza jest udziałem każdego z nas – nie wiemy, jaką cenę zapłacimy za nasz popisowy numer…

 

Wielki Escapo

Scenariusz i rysunki – Paul Pope; kolory – Shay Plummer; opracowanie graficzne – Jim Pascoe

Tłum. Daniel Gizicki

Wyd. Wydawnictwo Komiksowe/Prószyński i S-ka

Warszawa, 2015

01
Aug

Eleganckie i muzyczne (o wystawie Jurka Wajdowicza)

Udostępnij:

Wreszcie! Dziś byłam na wystawie fotografii Jurka (tak się podpisuje) Wajdowicza w Galerii Kasi Michalski, Poznańska 16, (czynna do końca lipca).520385065_640
Bardzo miła, siedząca w galerii pani zapytała, czy chciałybyśmy (byłam z koleżanką), żeby coś nam powiedziała o pracach. Chciałyśmy.
Wytłumaczyła, że są malarskie, abstrakcyjne i muzyczne.

Dobrze, niech będzie.
Moim zdaniem są eleganckie, dekoracyjne i… no jasne, muzyczne!

8   7 8AJ_2951_R_KG

 

Mary Bielsky De gustibus non est disputandu. Ja na przykład nie moge się zgodzić z Pani podsumowaniem. Z pracami Wajdowicza, tak jak z wiekszoscią dobrych fotografii nie figuratywnych, trzeba starac sie spotkać w poł drogi. Dla mnie przy kazdej z trzech wizyt w warszawskiej galerii te prace były wzruszeniem i wspaniałą muzyką. Dla Pani – “powierzchownym chwytem”. Bez sensu chyba jednak dyskutować sztuke na fejsbuku, gdzie nie ma potrzeby, czasu, ani poziomu merytorycznego, ktory trzeba trzymać. Metka przypieta, odfajkowane. Na szczęscie prace zostają: wyciszenie…

Karol Nauman Bardzo ciekawe odważne …

Wojtek Niedzielko Odwaga w sztuce to ciekawe zagadnienie. Ale jak to się ma do sytuacji gdy komuś popsuł się autofokus to nie wiem

Paweł Kaczorowski A jaką to muzykę w nich widać czy słychać?

Kasia Gintowt Ja bym jako artysta pochlastala się, gdyby ktoś powiedział o moich pracach, ze są eleganckie i dekoracyjne

Mary Bielsky Pani Kasiu, warto samemu ocenić, a z krytykami roznie bywa, jak wiemy. W krotkich podpisach mozna kazdego artyste podsumowac na fejsbuku. Dla mnie sa poetyckie, liminalne, bez cudzyslowu. Pozdrawiam4_Jurek_Wajdowicz_32-33_72

 

Teraz znów mój głos.

Prace Wajdowicza na reprodukcjach wyglądają monumentalnie, poważnie. W galerii są na białym passe-partout plus białe ramki, za zmatowowionymi, antyrefleksyjnymi szybami. Same prace nie są duże, a oprawa dodatkowo je dusi i dodaje „dekoracyjnego” blichtru.
Co do mojego „komentarza” (eleganckie, dekoracyjne oraz muzyczne – jak chciała pani z galerii) – mogłabym użyć zestawu innych słów. Np. prace są tajemnicze, wciągające, skłaniające do refleksji. Lub: są intrygujące, mają przestrzeń i pozwalają odetchnąć od pospiechu. I dziesiątki podobnych kombinacji…
Wszystko równie nic nie znaczące. Mogą być pompatyczne zachwyty, mogą być komplementy z odrobiną ironii, mogą być słowa miażdżące, np. wtórne, puste, efekciarskie – bo komuś te kompozycje mogą wydać się właśnie takie. I to wszystko będzie prawda!
A jedyny prawdziwy odbiór – to kontakt oko w oko. I tu wracam do pierwszego postu. Dla mnie te zdjęcia są dekoracyjne i eleganckie. Trochę przez te ramki, a trochę… bo takie są.

.aTAK_Landschaft _fot.wh_013 Ciiiii… Muzyka!

01
Aug

Zakaz krytyki (a propos tekstu Juliusza Kurkiewicza w GW)

Udostępnij:

Nigdy nie wiadomo, z której strony nadciągnie pomoc.
Tym razem – z Gazety Wyborczej.
Woda na mój młyn.

Tekst Juliusza Kurkiewicza „Czy wolno krytykować „Szczygła”? mogłabym zacytować w całości, zmieniając tylko dziedzinę z literatury na sztukę i niektóre nazwiska, tytuły, techniki.
Rzecz o eliminowaniu krytyki przez durnotę PR-owskich blerbów, wychwalających każdy płód pod niebiosa. To samo, a nawet bardziej, dotyczy sztuk wizualnych. Bo jednak literatura ma osobne magazyny z krytycznymi, poważnymi tekstami. Są kolumny w gazetach, w tygodnikach, gdzie można coś schlastać, wytykając (z uargumentowaniem powodów) wady.
W sztukach wizualnych większość poświęconych im periodyków – to promocja tego, co się pokazuje w galeriach i czym się handluje.
Słyszę głosy, że skoro społeczeństwo tak bardzo stroni od sztuki, to nie należy w ogóle pisać niczego negatywnego, bo się szkodzi…
No idiotyzm, czy, jak pisze Kurkiewicz – aberracja.

O sztukach wizualnych, w przeciwieństwie do literatury (także filmu, teatru), nikt nie chce nawet czytać. I ja się nie dziwię. Wystarczy porównać precyzyjny i bogaty język wspomnianego powyżej autora z ubogim a pretensjonalnym językiem piszących o sztuce.
Bo to idzie z dwóch stron – z jednej, coraz mniejszy wysiłek (myślowy i „warsztatowy”) ze strony artystów i coraz bardziej nieudolnie pisany komentarz.

Igor Yelpatov A czy ów “mniejszy wysiłek warsztatowy i myślowy artystów” nie jest skutkiem pracy kuratorów i krytyków ostatnich lat? Moim zdaniem to właśnie oni wypromowali nowy porządek w sztucę wizualnej, gdzie to właśnie oni wykazują swój artyzm myślowy pod dowolne tło wizualne. I głównym warunkiem stało się to, by tło wizualne nie przeszkadzało istnieć kuratorowi.