THE BLOG

29
Sep

Choroba szalonych głów

Udostępnij:

Niech zacznie się skocznie, muzycznie.

Posłuchajcie – potem poczytajcie.

 

 

Skoczyli sobie do oczu przy imieninowym stole. Podniesionymi głosami wykrzykiwali swoje racje: prawica to, platforma tamto.

Padły wyzwiska, w blat uderzyły wściekłe pięści. Pozostali goście śledzili w oniemieniu ten mało świąteczny spektakl. Niektórzy przeszli do innych pomieszczeń – byle dalej od politykowania. Dalej od zacietrzewienia. Dalej od niekontrolowanych zachowań.

Niemal w tym samym gronie spotykamy się rokrocznie z tej samej okazji podwójnych imienin gospodarzy. Większość reprezentuje wolne zawody – artyści, dziennikarze, prawnicy. Plus lekarze i ekonomiści. Wydawało się, że jesteśmy zakumplowani, mamy wspólne tematy i zbliżone spojrzenie na naszą rzeczywistość. Do tego ostatniego razu. Co spowodowało, że między nami niedobrze jest?

Rozum odjęło wszystkim, no, prawie. Zaraza szła z góry, rozprzestrzeniła się na całe społeczeństwo. Nadciągające wybory podwyższają gorączkę i stymulują chorobowe objawy. Rodacy opluwają się jadem, niezdolni powściągnąć emocje. Kłócą się w domu, w pracy, zrywają wieloletnie znajomości, intrygują, donoszą, knują. Jeszcze nie rozegrała się ostateczna potyczka – a już krajobraz po bitwie.

Nie ma remedium na pandemię agresji, zawiści, pogardy. Uaktywnione demony nie dają się okiełznać nawet w efekcie powyborczej kuracji wstrząsowej, a przeciwnie, rosną w siłę. Bo tak naprawdę powodem rozplenienia się szaleństwa jest… zawód. Odczuwa go większość.

„Przez 26 lat Polacy zapłacili wysoką cenę za dobre samopoczucie i leczenie z kompleksów, mit zielonej wyspy opłacili potem, łzami, depresją i osamotnieniem. Uwierzyli, że są wolni i wszystko zależy od nich, a odpowiedzialność za ich życie spoczywa tylko na nich” – to nie żale starych rozczarowanych, lecz głos 30-latki, która odniosła sukces.

Małgorzata Rejmer

z14740482Q,Malgorzata-Rejmer--autorka-ksiazki---Bukareszt--Ku, wybitnie utalentowana pisarka, która nie trzaska co roku rozlewiskowego romansidła, nie lansuje się przy mercedesie, nie sprzedaje intymności w sieci, też zauważa, że coś nie halo.

W felietonie „Wy byliście głupi, my jesteśmy przegrani” („Polityka” nr 33) przysmradza mojemu pokoleniu, które zafundowało Polsce ideologię neoliberalną: „Jeśli nie wyprułeś sobie żył, jeśli nie kombinowałeś, jeśli nie miałeś smykałki do żadnego biznesu, to znaczy, że jesteś leniem, obibokiem, niedojdą, należy ci się nędza”. I konkluduje: „Wy, ojcowie transformacji, byliście głupi, my, dzieci transformacji, jesteśmy przegrani”.

Jej słowa porażają goryczą, tym bardziej gorzką, że… przecież im, młodym, zdolnym, nieskażonym socem, otwartym na świat miało być lepiej – a nie jest. Nie jest też kontent ze status quo Piotr Siemion, rocznik 1961, który w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” (16.08.) zauważa: „Pisarze stali się żebrakami przemysłu rozrywkowego. Aspirowanie do bycia żulem przemysłu rozrywkowego jest chore (…)”.

Czy to dżuma, czy cholera – jaki bakcyl roznosi to świństwo, zabijące w ludziach wiarę w jakiekolwiek wartości, w pozafinansowe zyski, w wyższe racje?

– Ludzie czują się nieszczęśliwi, przegrani i nie wiedzą, kogo za to winić – tak imieninową awanturę skomentował jeden z uczestników wspomnianej powyżej imprezy.

Prawda – jeszcze dekadę temu ci sami ludzie, spotykający się w tym samym miejscu, u tych samych gospodarzy, wydawali się całkiem zadowoleni ze swego statusu. W ostatnich latach niemal wszystkim zawaliło się poczucie stabilizacji, przybyło lat, problemów ze zdrowiem, kłopotów z dziećmi, które wiszą na starych, jako że nie stać ich na samodzielność.

Jak to się stało, że na zielonej wyspie się sypie, zachodzą w głowę. Coraz bardziej szaloną. I walą nią na oślep.

Nie kibicuję żadnej politycznej opcji. Nie dlatego, że nie wierzę w możliwość realizacji deklarowanych zmian (a swoją drogą – nie wierzę). Uzdrowić społeczeństwo można tylko w jeden sposób – zlikwidować niewidoczną, przenikającą cały kraj sieć partykularnych interesów. To jedyny motor napędowy – własny zysk.

„Bo nie ważne, czyje co je, ważne to je, co je moje!” –

śpiewał Kazimierz Grześkowiak imgw głębokiej komunie. Proponuję to jako nasz nowy hymn.

 

 

 

25
Sep

Wściekły werbel pędzli (recenzja wystawy „Lata 80. Figuratywne malarstwo z RFN)

Udostępnij:

 

Taki obraz: występ jakiejś kapeli, frontman miota się po scenie z mikrofonem, tłucze nim o podłogę. Publiczności nie widać, ale wiadomo, że jest gorąco – klimat oddają szalone kolory i drapieżnie namazana postać. Pracę podpisano: Helmut Middendorf, „Singer” (1981).

st_presse_middendorf_saenger_1981_0

Autor tego dzieła także zajął frontalne stanowisko na scenie ruchu określanego mianem Neue Wilde. Właśnie z tym ruchem artystycznym utożsamiane są lata 80. Agresja stała się obowiązującą postawą, estetyką, modą.

Niemieckich protagonistów tego kierunku przypomina wystawa we frankfurckim Städel Museum. Prawie setka obrazow 27 autorów, wszyscy urodzeni pod koniec lat 40. i na początku 50. XX wieku. Pokolenie powojenne, wychowane w dobrobycie, bez burz ani konfliktów. Co ich zbuntowało? 2-format36 st_presse_semmer_strassenmoebel_poller_1985_0 st_presse_fetting_erstes_mauerbild_1977_0

Uśpieni do czasu

„Lata 80. Figuratywne malarstwo w Zachodnich Niemczech”, brzmi tytuł prezentacji. Kto nie pamięta – były to jeszcze czasy przed zburzeniem muru, podział na RFN i NRD. Co ciekawe, Nowi Dzicy rozszaleli się po zachodniej, kapitalistycznej stronie. Socjalistyczna polityka skutecznie wytłumiała wszelkie przejawy nieokiełznanej ekspresji, tak w sztuce, jak w muzyce, co nie znaczy – wyciszała emocje. Tych nie da się wygasić nakazowo. I tak duch nonkonformistycznej niezgody spotkał się ze buntem politycznym, co dało efekty twórcze. Znakomite, bo w sztuce zawsze wygrywa szczerość, autentyzm, niezależność. Kiedy czuje się potrzebę krzyku – należy wrzeszczeć.

9aa59a73.06_BigPics_Kostzen_1400x820

Tak było wtedy.

Wchodzę na sale Städel Museum – i czuję się jak w… Warszawie. Rozpoznaję nawet niektóre prace. Tak, tak – w 1988 roku w stołecznej Galerii Studio miała miejsce wystawa „Młoda Sztuka z Republiki Federalnej Niemiec”. Pamiętam malowane czarną krechą obrazy Walthera Dahna (a jakże, obecny we Frankfurcie) i niesamowite, jakby podświetlone wewnętrznym blaskiem autoportrety Rainera Fettinga. Nie zapomnę również niby-naiwnych, z gruba ciosanych wizerunków Wernera Büttnera. Właśnie jego obrazu użyto jako logo frankfurckiej wystawy. c6922109.nbas-katalog-616x344

                               „Złośliwie zdemolowana budka telefoniczna” z 1982 roku 56bab983.01_BigPics_Telefonzelle_1400x1800jawi się jak prawie abstrakcyjna kompozycja w czerniach i żółciach. A to nocny miejski pejzaż; na pierwszym planie – obiekt (budka) obklejony samoprzylepną, utrudniającą otwarcie taśmą. Agresji nie widać – wyczuwa się ją w zestawie barw, w sposobie malowania. Inne płótno Büttnera ma symboliczną wymowę. Gość knajpy śpi z głową złożoną na stole; przed nim niedopity trunek plus kartka: „Proszę obudzić o godzinie 20:00” (rok 1982). Jak historia pokazuje, pobudka nastąpiła kilka lat później, nie wiadomo dokładnie, o której godzinie.a03a96a1.04_BigPics_20Uhr_1400x1100

Wtedy w Warszawie nie zdecydowano się na wystawienie perwersyjnych autoportretów gejowskiego duetu Luciano Castelli i Salomé. aa18832e.02_Bild_BerlinNite_1400x1670Wspólnie malowali, razem utworzyli zespół Geile Tiere (Napalone Stworzenia). Duet szybko rozpadł się, ale nad rzeką Men obydwaj artyści pojawiają się na sztandarowym obrazie. Półnadzy, z makijażem, drapieżni jak sępy. Dzicy.

st_presse_barfuss_ohne_titel_1982_0

Nie można też ominąć znakomitego Martina Kippenberga (dla przyjaciół – Kippiego). st_presse_dokoupil_kippi_1983_0Zmarły w 1997 roku artysta-wszystkoista jest prezentowany m.in. obrazem „Dwie proletariuszki-wynalazczynie w drodze na kongres wynalazczyń” (1984). Już sam tytuł brzmi groteskowo, czyż nie? Prześmiewcze są też odniesienia do komunizmu tudzież twórców spolegliwych wobec tematyki i stylistyki socrealizmu. Ale nie tylko – gdy bliżej się przypatrzeć, dostrzega się inspiracje postaciami z późnych prac Malewicza. st_presse_kippenberger_zwei_proletarische_erfinderinnen_1984I uśmieszek na ustach zamiera, robi się bardziej dramatycznie: przecież Malewicz na próżno usiłował dostosować się do wymogów jedynie słusznej stylistyki…

Stare po nowemu

Neue Wilde, nowa ekspresyjna figuracja. Nowy kierunek? Raczej – ponownie odkryty, nawiązujący do pierwszych awangard sprzed I wojny.

W Niemczech duma z pionierskich dokonań ekspresjonistów (zwłaszcza grupy Die Brücke, czyli Most) Kirchner_-_Cartel_Die_Brücke_(1910)wymieszana jest z poczuciem winy – wszak pierwsza fala prowokacyjnie „brzydkiej” twórczości miała tragiczny koniec w dobie narodzin nazizmu. „Sztukę zdegenerowaną” (taki tytuł nosiła głośna monachijska prezentacja z 1937 roku) skazano na konfiskatę, zaś twórców spotkał ponury los wygnańców lub bezrobotnych.

Siedemdziesiąt lat po powstaniu formacji Most ekspresyjna figuracja wybuchła w Niemczech na nowo, i to w czterech ośrodkach równocześnie: Berlin, Kolonia, Düsseldorf i Hamburg. Tym razem siła rażenia była znacznie większa, na prawie całą Europę. Najwięcej nachlapało do Polski. Pomimo żelaznej kurtyny uszczelnionej po wprowadzeniu stanu wojennego, nasi młodzi twórcy błyskawicznie przyswoili sobie dzikość. Sytuacja polityczna sprzyjała tej konwencji. Wściekli jak większość społeczeństwa, poprzez sztukę wywrzaskiwali niezgodę. Dawali po oczach, jak punkowe kapele po uszach.

Malowali jak w amoku. Grubymi pędzlami, grubymi powierzchniami jaskrawych farb. Bez wstępnych szkiców, bez rysunku, bez poszanowania dla esetycznych tradycji. Mimo to nietrudno wyłowić z nich przekaz. Nade wszystko – niezgodę na… wcześniejszą niezgodę, która przeobraziła się w zgodę, w etablishment.

Elegancki i efektowny pop-art dzicy odrzucili jednym kopniakiem. Ruch niemieckich „nowych dzikich” wyrastał na tym samym nawozie, co angielski punk. I w tym samym czasie: koniec lat 70. i następna dekada. Niedojrzałe wiekiem zgniłki (ang. punk ma wiele pejoratywnych znaczeń) stworzyły kolejną – po hipisach – młodzieżową konktrkulturę. Jak się okazało, trwalszą niż ruch beztroskich wyznawców miłości oraz drugów, właściwie żywotną do dziś.

Bo „Punk never dead”. Dzikie malarstwo też nie umiera.

 Bankierski testament

Na koniec – o powodzie, dla którego akurat we Frankfurcie przypomniano dzikusów. Miasto liczące zaledwie 700 tys. mieszkanców, ale bogatsze niż niejedna metropolia. Z racji skomasowanego tu kapitału nazwano je „Bankfurt”; z powodu najeżonej szklanymi wieżowcami panoramy porównuje się do Manhattanu. Ale w dzielnicy, gdzie znajduje się Städel Museumstaedel-4426-30-fassade2_0 sm_geschichte_2012_staedel_aussen_web_0, nowoczesność ma respekt przed tradycją, a banki ustępują przybytkom sztuki.

erweiterung_peichl_04_0 entwurf_schneider_schumacher_0Stary budynek muzeum i nowe części, dobudowane w ostatnich latach. A także genialnie rozwiązany dziedziniec. Oraz model przebudowy.

Przy bulwarach, po obydwu stronach rzeki Men, znajduje się około 15 galerii i muzeów. Jeden z okazalszych budynków to Städel Museum. Powstało z inicjatywy bankowca Johanna Friedricha Städela, który dorobił się na handlu przyprawami oraz naturalnymi barwnikami. Na łożu śmierci wyszeptał testament, zgodnie z którym powołano Fundację Muzealną, pierwszą w Niemczech. Dokładnie 200 lat temu Städel Museum otworzyło się dla widzów. sm-wiederaufbau-mainfront-1963-eci-rgb_0

Systematycznie wzbogacane zbiory stały się jedną z najważniejszych niemieckich kolekcji. Wśród ponad trzech tysięcy eksponatów można podziwiać arcydzieła Jana van Eyckstaedel_altemeister_eyck_janvan_luccamadonna_um1437, Botticellego, Vermeera van Delf, Rembrandtastaedel_altemeister_rembrandt_dieblendungsimsons_1636, Vatteaustaedel_altemeister_watteau_antoine_dieeinschiffungnachkythera_um1709-10_0, Moneta, Degasa, Bacona. Oraz – a jakże! – czołowych twórców Neue Wilde. Bo dziś to klasycy, których dzieła osiągają na rynku sztuki imponujące notowania. Bez wątpienia – twórcy godni jublieuszowej prezentacji.

 

„Lata 80: figuratywne malarstwo ze RFN” – Städel Museum, Frankfurt nad Menem, wystawa czynna do 18 października 2015

 

Tekst napisany dla „Rzeczpospolitej”

20
Sep

Godność, cnota utracona (felieton)

Udostępnij:

Co to takiego, coraz więcej rodaków nie ma pojęcia. Godność, ongiś uważana za cnotę.

„Złoty środek pomiędzy wadami zarozumialstwa i służalczości” tak scharakteryzował ją Arystoteles. Nie tylko on miał coś do powiedzenia na ten temat. Lista filozofów, którzy odnosili się, definiowali i dywagowali o naturze godności to rzeka, do której – niestety – dziś już nikt nie wchodzi. A sprawa znów gorąca, podgrzana aktualnymi wydarzeniami.

Obserwujemy, bądź uczestniczymy, w rozgrzanych do czerwoności dysputach, obwiniając się o bezduszność lub oczyszczając sumienia wolą pomocy. Zwolennicy przyjmowania imigrantów wycierają sobie usta frazesem o ludzkiej godności odbieranej uchodźcom, którym – właśnie z tej racji – należy się wsparcie, pomoc, akceptacja.

Zastanawiam się – skąd taka wrażliwość odnośnie godności, z której bez mrugnięcia okiem ogołacamysię wzajemnie? Co sprawia, że sukcesorzy neoliberalnej samowolki, którzy łamią ludzką godność na każdym kroku, nagle dostrzegają tę wartość, gdy chodzi o uciekinierów?

Abstrahuję od wszelkich innych argumentów za i przeciw; nie wypowiadam się (tu i teraz) o problemie uchodźstwa – jednak to parcie na „godność” jakoś mnie zniesmacza.

Mało kto wie, że w preambule polskiej konstytucji jest zapis o istnieniu „przyrodzonej godności człowieka”, scharakteryzowanej jako „przyrodzone, niezbywalne i nienaruszalne źródło wolności praw i obywatela”. I ta konstytucyjna wartość jest łamana tak często, jak często w grę wchodzi interes.

Hipokryzja, okrucieństwo, bezduszność – oto współczesne zamienniki „godności”.

Robi się to tak: krótki mail, czasem sms, niekiedy informacja przekazana przez osobę trzecią, np. sekretarkę, zakłopotaną, że na nią spada niemiły obowiązek wręczenia przykrej nowiny: „pan/pani już tu nie pracuje”.

Nie ma wyjaśnień, dlaczego. Nie ma podziękowań za zasługi/wysługi. Nie ma ciepłego spotkania pożegnalnego z winkiem i cmokaniem. Kop w dupę i „żeby-cię-tu-już-nikt-więcej-nie-widział”. Wszystko odbywa się po cichu, reszta pracowników nawet nie wie o fakcie; czasem przy przypadkowym spotkaniu padnie pytanie „co cię tak dawno nie było w firmie?”

Przy wyjaśnieniu, dlaczego nie ma, nie było, nie będzie – były kolega robi okrągłe oczy i oddala się w przyspieszonym tempie. Jakby mógł się zarazić. Zwolniony nie jest już jednostką ludzką godną uwagi. A nuż poprosi o pomoc?

Kto tego zaznał, już nigdy nie zapomni. I nigdy nie pogodzi się – nie z faktem, ale z formą.

Następstwem bywa depresja, nawet samobójstwo (czy wiecie, że przodujemy w nich na świecie, tuż za Japonią?). Ale nawet jeśli cudem los się odwróci i na pozór rany się zabliźnią, to w środku już nic nie będzie jak przedtem. Szok wywołany pogwałceniem godności trwa do końca życia.

Niezasłużone poniżenie boli zbyt mocno, żeby nie miało następst. To trauma. Przenosi się na najbliższych, dotyka znajomych. Sprawia, że zraniony – rani innych. Wchodzi w niechciane układy, kuma się nie z tymi, których naprawdę lubi, lecz z tymi, którzy mogą być przydatni. Zbroi się, żeby już nigdy nie powtórzyło się to, co śni się po nocach…

Za PRL konflikt z władzą, utrudnienia w wymonywaniu zawodu, zerowe szanse na awans nie poniżały delikwenta. Człowiek poszkodowany przez reżim dostawał wsparcie od bliźnich. Nie traktowano go jak trędowatego.

Dziś więcej złamanych charakterów, niż za komuny. Teraz bohaterstwem jest zachowanie przyzwoitości. A utrata pracy to nie tylko kłopoty finansowe – także infamia towarzyska i środowiskowa. Biednym i bezrobotnym dziękujemy, a kysz!

Każdy zna termin „czystka”. Bywały czystki etniczne, teraz są czystki interesowne. Obsewrujemy je zarówno w instytucjach publicznych jak prywatnych. Wchodzi nowy szef i ciągnie za sobą falangę kolesi i rodziny. Trzeba dla nich oczyścić miejsca pracy. Zwalniani bez wyjaśnień dawni pracownicy, którym firma zawdzięcza pozycję i renomę, boją się/wstydzą głośno mówić o tym, co dzieje się. Wmawia im się zasadę „lojalności”. Oznacza to zakaz informowania opinii publicznej o nieprawościach i niesprawiedliwościach, których zaznali. Ale oni czują się złamani, zdruzgotani, wkopani w błoto. Czują, że muszą komuś o tym powiedzieć.

Piszą do mnie ludzie zawodowo związani z kulturą. O tym, jak zostali poniżeli, odarci z godności, oszukani przez innych „ludzi kultury”. Nie znam ich – odszukali mnie na fb. Piszą tam na prive’ie, w obawie przed ostracyzmem. Piszą o wynaturzeniach, na które nie ma bicza. O przekrętach dokonywanych w świetle dziennym. O instytucjonalnych tyranach. O tym, że kiedy lokalny kacyk uzna ich za nieprzydatnych, „stają się niewidoczni”. Znaczy, bezbronni. Mogą sobie apelować do ślepej kiszki.

Godność – to brzmi dumnie, gdy ma propagandowy wydźwięk. W życiu codziennym godność stała się podrzędną zysku.

 

Felieton ukazał się w Plus Minus 18.-19. 09. 2015. (dodatku tygodniowym do Rzeczpospolitej)

 

 

 

 

 

 

09
Sep

Wygnaniec z zazdrości (recenzja komiksu „Kot rabina #6”)

Udostępnij:

Lata 30. XX wieku, Algier. Upał, szum palm i morza, gwiazdy lśniące na bezchmurnym niebie. W tak malowniczej scenerii rozgrywa się tragedia. On dowiaduje się, że dla niej liczy się już ktoś inny. Cios nie do udźwignięcia przez oszalałego z miłości… kota.Kot.rabina_tom.6

 

Miauczące dymki

Tak zaczyna się szósta część przygód zwierzaka, ongiś pupila rabina nazwiskiem Sfarokladka-200

To samo nazwisko nosi autor serii komiksów objętych wspólnym tytułem „Kot rabina”.SFAR_JOAN

Joann Sfar, lat 44 (przypadkowa zbieżność cyfr) to francuski gwiazdor rysowanych pasków oraz kina. Tytan pracy, wyróżnia się subtelnym dowcipem; nerwową, rozedrganą kreską; sentymentem do muzyki i muzyków. Jego filmowy debiut „Gainsbourg, życie heroiczne” (biopic Serge’a G.) gainsbourg_4 media

pięć lat temu przyniósł mu nagrodę Césara, za rok później ten sam honor spotkał animowaną,

pełnometrażową realizację komiksu „Kot rabina”Kot rabina 2.jpg_standa.

Kto jeszcze nie poznał wyczynów (intelektualnych) tego niezwykłego zwierzęcia, niech natychmiast nadrobi zaległości. Jest okazja – przy premierowej publikacji szóstego tomu wzmiankowanego cyklu, wznowione zostało zbiorcze wydanie poprzednich części.

Plastyczna koncepcja niemal tradycyjna: sześć kadrów na stronę, konsekwentnie, od początku do końca. Jednak planszom daleko do sztampy. Każdy obrazek ma nieregularny, odręcznie narysowany kształt; dialogowe dymki przeplatają się z dymkami-myślami; teksty pisane odręcznie, nieco koślawo. Do tego niemal karykaturalne wizerunki postaci z kotem na czele. Cały czas czuje się nerw i zabawę autora, jego dystans do własnych prac i siebie samego (aluzje do antenatów).

A kim jest tytułowy kot?

 Wyszczekany arystokrata

Pomimo rozlicznych wad bezimiennego sierściucha nie sposób go nie polubić. Jego zachowanie i reakcje dziwnie przypominają ludzkie. Typowy samiec alfa, zakochany na zabój w swej pani i w sobie. Na przekór rozbuchanemu ego, bohater posiada mikrą postać. Chudy, wielkouchy, wielkooki. 1605348-Z pewnością arystokrata, reprezentant starej rasy – może to syjam lub kot egipski? Nawet jak na przedstawicieli swego elitarnego gatunku kocisko jest wyjątkowo inteligentne. I – co nietypowe dla kotów –wyszczekane.

Kto czytał wcześniejsze albumy, ten wie, że futerkowiec posiadł ludzki język po zżarciu papugi. 20140828kotrabina

Ta umiejętność pozwala mu wdawać się w filozoficzne dysputy z rabinem, a co gorsza – gorszyć wolnomyślicielstwem jego córkę. W trosce o wychowanie Zlabii w tradycyjnym duchu, ojciec obliguje kota do milczenia w towarzystwie dziewczyny. W trosce o swój dobrostan zwierzak akceptuje warunek. Dzięki temu rabin pozwolił mu zamieszkać z Zlabią, adorować ją, kontemplować jej urodę.

Swoją drogą, jak na żydowską pannę Zlabia nosi się wyjątkowo nieskromnie – odsłonięte ramiona, odsłonięty pępek, na nogach szarawary. Do tego rozpuszczone długie loki. Jak takiej nie podziwiać, pragnąć, wielbić?sfar

 Dysputy o kiwaniu (się)

Sfar-autor wyposażył swego bohatera w ludzkie cechy i uczucia. Ale nade wszystko dał mu umysł intelektualisty-sceptyka. Podtytuł szóstego tomu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – kieruje czytelnika do pierwszego z dziesięciorga przykazań. W kociej wersji to on jest jedynym bóstwem, któremu należą się względy Zlabii oraz jej pieszczoty, wielce pożądane przez jego futrzastą osobę. Tymczasem ta wredna suka zachodzi w ciążę. Kot przeżywa traumę. Idzie precz z domu, gdzie zadano mu śmiertelny cios w serce. Odwiedza rabina Sfara, wdając się z nim (znów odzyskuje zdolność mowy!) w dysputy o istnieniu bądź nieistnieniu Boga; o sensie modlitwy, o wspólnym kiwaniu się podczas odprawiania modłów. Kot kpi i wątpi, rabin odrzuca zwątpienie i odpowiada z całą powagą. Znakomite dialog między nimi dwojga można by przenieść na scenę. (Kot: Do czego On jest potrzebny? Rabin: Nie mam prawa rozważać powodu istnienia Boga. Kot: No to jak wyglądają wasze relacje? Rabin: Kieruję do niego modlitwy. Kot: Taaa… zupełnie jak ja, kiedy miauczę. Rabin: Nie. Ty czasem dostajesz rybę. Kot: Ach. To niby lepiej miauczeć i nic nie dostawać?).

31bdb93a4873a8569f414a077826536e 18r8evjgqjhlojpg

95137_ccc0e3c30 kot_rabina_17

 

Ucieczka tam i z powrotem

Z pozoru tak rezolutny, kot pogrążony jest w rozpaczy. Wie, że za kilka miesięcy jakaś „różowa małpa” odbierze mu miejsce w ramionach uwielbianej pani. Jej małżonek nie liczy się, z nim futrzak wygrywał, ale dzieciak stanowi zagrożenie. Kot, który uważa się za pępek świata, stosuje różne metody, żeby odzyskać pozycję leadera: wymownie patrzy, pochlipuje, obraża się, wreszcie – ucieka z domu. Skazuje się na wygnanie, na tułaczkę, na dzikie życie wśród normalnych, dzikich dachowców. Jednak… nienawykły do samodzielności, przegrywa z nieokrzesaną konkurencją w walce o byle ochłap. Na nic elokwencja, gdy liczy się siła łap. Upokorzony przez swojaków, dogaduje się ze szczurem, którego inteligencja dorównuje, jeśli nie przewyższa umysłową giętkość kota. Jednak ze strony szczura było ryzykownym drażnić i tak rozdrażnionego kota…

Który w końcu rozumie, że jego miejsce – pierwszoplanowe czy drugorzędne – jest u boku Zlabii.

I że nie ma innych bogiń nad nią.

 

Kot rabina # 6: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Tekst i rysunki – Joann Sfar

Tłum. Wojciech Birek

Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2015

08
Sep

Pochowane w kurzu (recenzja wystawy „Kurz/Dust” w Zamku Ujazdowskim)

Udostępnij:

Jest wszędzie, ogólnodostępny i za darmo. Chodzi o kurz, po angielsku – dust. Taki właśnie dwujęzyczny tytuł nosi prezentacja w warszawskim CSW. Wszędobylski pył stał się pretekstem do działań ponad 20. twórców z Bliskiego Wschodu, Europy Środkowej i Polski.

Dwie kuratorki – Anna Ptak (Polska)           anna_ptak

i Amanda Abi Khalil (Liban) 1020_d_1406redirectingeast_amanda_d2

zaplanowały wystawę na długo przed imigrancką falą, której od kilku tygodni jesteśmy świadkami. Przypadek sprawił, że pokaz idealnie wpisał się w wydarzenia, stając się niejako do nich komentarzem.normal-178

Kurz, czy raczej proch, ma dla większości egzystencjalne konotacje (formułka wypowiadana nad grobem: „Z prochu jesteś, w proch się obrócisz”; w wersji brytyjskiej „Aches to Aches, Dust to Dust”). Innym kojarzy się z domową rutyną (odkurzanie jako podstawa utrzymywania porządku); z niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi (burza piaskowa). Są też miejsca i zakamarki zakurzone ze starości, nie przystające do tempa codzienności – strychy, muzea, archiwa, magazyny.

Do tych wszystkich znaczeń odnoszą się uczestnicy projektu.

Za antenata mają Marcela Duchampa, który w 1918 roku wystawił swą słynną „Wielką szybę” sverige 163 483604587_4352f1398c „Wielka szyba” w obiektywie Mana Ray’a: tak „pracował” nowojorski kurz

na działanie nowojorskiego smogu, by po półtora roku uznać proces „malowania brudem” za zakończony. Zafiksował stożki kurzu, uzyskując unikalną fakturę kompozycji i niepowtarzalny żółtawy odcień.

Wracając do kurzu w Zamku Ujazdowskim – zaraz przy wejściu do sal ekspozycyjnych potykamy się o nagrobki. Nie, nikt tu nie zginął. To symboliczne „Groby bez tytułu”, usypane z sadzy bezpośrednio na podłodze przez Irańczyka Barbada Golshiri. Wypisane przez szablon litery układają się w poetycką opowieść o nieobecności. W ten sposób autor uhonorował śmierć człowieka, którego miejsca pochówku nikt nie zna. Choć wiadomo, że te nagrobki rozwieją się, zostaną rozniesione na butach widzów, zanim pokaz dobiegnie końca, i tak zostały uwiecznione – w sztuce.

Ali Cherri z Libanu również stworzył przewrotny monument – miniaturowy. W dwóch gablotach ukrył drobne, kolorowe kryształy. Są to minerały uzyskane z…zanieczyszczonej wody pochodzącej z systemów kanalizacyjnych w podziemiach warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki oraz z fontanny u stóp najwyższego na świecie drapacza chmur w Dubaju. Brud i naturalny proces krystalizacji zamieniły te drobiny w klejnoty.

Zwróciłam też uwagę na trzy fotografie nieregularnych kształtów autorstwa Nicolasa Grospierre’a (tak, to dobrze nam znany polsko-szwajcarski artysta). Zdjęcia powstały w Teherańskim Muzeum Sztuki Współczesnej, gdzie większość eksponatów przeniesiono do magazynów, do których żaden widz nie zagląda. Powód? Kolekcja nie przystaje do obecnej polityki państwa. Jednak tego obiektu nie dało się przenieść. Po prostu jest za duży. Minimalistyczna rzeźba – zbiornik wypełniony olejem, którego taflę pokrywają drobinki kurzu, stał się czarnym lustrem odbijającym otoczenie. Grospierre starał się zmieścić obiekt w kadrze, co oczywiście nie mogło się udać. W efekcie, na zdjęciach widzimy fragmenty podziemnego atrium, odwróconego do góry nogami. Symboliczne.

Najbardziej tajemnicza instalacja, to „Pompa entropii” Mehraneh Atashi, Iranki mieszkającej w Amsterdamie. W mroku ustawiono urządzenia przywołujące na pamięć instrumentarium alchemika. Poruszają się pod wpływem płomienia i wydają odgłosy, wzmocnione głośnikami. Po co maszyneria została wprawiona w ruch? Żeby wtłoczyć witalną energię w martwy korzeń i suche liście. Ale żadne siły nie przywrócą martwoty do życia. Animowane zostały popioły życia. Świetna metafora.

 „Kurz/Dust” (wystawa zbiorowa) – Centrum Sztuki Współczesnej-Zamek Ujazdowski, wystawa czynna do 15 listopada 2015

maxresdefault csw_kurtbalthazar-4

To nie jest wystawa obfitująca w dokumentację fotograficzną. Na razie – śladowo.

 

Tekst opublikowany w „Rzeczpospolitej”

02
Sep

Choroba szalonych głów (emocje, polityka, kultura czyli felieton)

Udostępnij:

Skoczyli sobie do oczu przy imieninowym stole. Podniesionymi głosami wykrzykiwali swoje racje: prawica to, platforma tamto.

Padły wyzwiska, w blat uderzyły wściekłe pięści. Pozostali goście śledzili w oniemieniu ten mało świąteczny spektakl. Niektórzy przeszli do innych pomieszczeń – byle dalej od politykowania. Dalej od zacietrzewienia. Dalej od niekontrolowanych zachowań.

Niemal w tym samym gronie spoktykamy się rokrocznie z tej samej okazji podwójnych imienin gospodarzy. Większość reprezentuje wolne zawody – artyści, dziennikarze, prawnicy. Plus lekarze i ekonomiści. Wydawało się, że jesteśmy zakumplowani, mamy wspólne tematy i zbliżone spojrzenie na naszą rzeczywistość. Do tego ostatniego razu. Co spowodowało, że między nami niedobrze jest?

Choroba szalonych głów.

Rozum odjęło wszystkim, no, prawie. Zaraza szła z góry, rozprzestrzeniła się na całe społeczeństwo. Nadciągające wybory podwyższają gorączkę i stymulują chorobowe objawy. Rodacy opluwają się jadem, niezdolni powściągnąć emocje. Kłócą się w domu, w pracy, zrywają wieloletnie znajomości, intrygują, donoszą, knują. Jeszcze nie rozegrała się ostateczna potyczka – a już krajobraz po bitwie.

Nie ma remedium na pandemię agresji, zawiści, pogardy. Uaktywnione demony nie dają się okiełznać nawet w efekcie powyborczej kuracji wstrząsowej, a przeciwnie, rosną w siłę. Bo tak naprawdę powodem rozplenienia się szaleństwa jest… zawód. Odczuwa go większość.

„Przez 26 lat Polacy zapłacili wysoką cenę za dobre samopoczucie i leczenie z kompleksów, mit zielonej wyspy opłacili potem, łzami, depresją i osamotnieniem. Uwierzyli, że są wolni i wszystko zależy od nich, a odpowiedzialność za ich życie spoczywa tylko na nich” – to nie żale starych rozczarowanych, lecz głos 30-latki, która odniosła sukces. Małgorzata Rejmer, wybitnie utalentowana pisarka, która nie trzaska co roku rozlewiskowego romansidła, nie lansuje się przy mercedesie, nie sprzedaje intymności w sieci, też zauważa, że coś nie halo.

W felietonie „Wy byliście głupi, my jesteśmy przegrani” („Polityka” nr 33) przysmradza mojemu pokoleniu, które zafundowało Polsce ideologię neoliberalną: „Jeśli nie wyprułeś sobie żył, jeśli nie kombinowałeś, jeśli nie miałeś smykałki do żadnego biznesu, to znaczy, że jesteś leniem, obibokiem, niedojdą, należy ci się nędza”. I konkluduje: „Wy, ojcowie transformacji, byliście głupi, my, dzieci transformacji, jesteśmy przegrani”.

Jej słowa porażają goryczą, tym bardziej gorzką, że… przecież im, młodym, zdolnym, nieskażonym socem, otwartym na świat miało być lepiej – a nie jest. Nie jest też kontent ze status quo Piotr Siemion, rocznik 1961, który w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” (16.08.) zauważa: „Pisarze stali się żebrakami przemysłu rozrywkowego. Aspirowanie do bycia żulem przemysłu rozrywkowego jest chore (…)”.

Czy to dżuma, czy cholera – jaki bakcyl roznosi to świństwo, zabijące w ludziach wiarę w jakiekolwiek wartości, w pozafinansowe zyski, w wyższe racje?

– Ludzie czują się nieszczęśliwi, przegrani i nie wiedzą, kogo za to winić – tak imieninową awanturę skomentował jeden z uczestników wspomnianej powyżej imprezy.

Prawda – jeszcze dekadę temu ci sami ludzie, spotykający się w tym samym miejscu, u tych samych gospodarzy, wydawali się całkiem zadowoleni ze swego statusu. W ostatnich latach niemal wszystkim zawaliło się poczucie stabilizacji, przybyło lat, problemów ze zdrowiem, kłopotów z dziećmi, które wiszą na starych, jako że nie stać ich na samodzielność.

Jak to się stało, że na zielonej wyspie się sypie, zachodzą w głowę. Coraz bardziej szaloną. I walą nią na oślep.

Nie kibicuję żadnej politycznej opcji. Nie dlatego, że nie wierzę w możliwość realizacji deklarowanych zmian (a swoją drogą – nie wierzę). Uzdrowić społeczeństwo można tylko w jeden sposób – zlikwidować niewidoczną, przenikającą cały kraj sieć partykularnych interesów. To jedyny motor napędowy – własny zysk. „Bo nie ważne, czyje co je, ważne to je, co je moje!” – śpiewał Kazimierz Grześkowiak w głębokiej komunie. Proponuję to jako nasz nowy hymn.

 

 

 

02
Sep

Czarnowidzenie (kilka uwag o sytuacji ludzi kultury w RP)

Udostępnij:

– Wolę głosować na złodziei niż na oszołomów – w ten lakoniczny sposób znajomy podsumował PO, PiS oraz pragmatyzm polskiej klasy średniej, której jest przedstawicielem.

– Będzie gorzej, zobaczysz, będzie gorzej – biada inny znajomy, choć dysponuje kontem, które pozwala mu ze spokojem patrzeć w przyszłość. Kasandryczne tony pobrzmiewają u felietonisty „Przeglądu”, piszącego o „groźbie inwazji prawicowych barbarzyńców”. Nawet najpopularniejszy kabaret III RP straszy rychłym nastaniem mroków.

Jednocześnie wszyscy zgodnym chórem przyznają, że Platforma dawno zapomniała o „obywatelskich” powinnościach i ma sporo wad. Ale – to też powszechna opinia – przynajmniej gwarantowała intelektualną i twórczą wolność.

Zastanawiam się – skąd taka trwoga przed nadchodzącymi zmianami? Dlaczego tyle pobłażliwości dla skompromitowanych? Z jakich powodów artyści i humaniści trwają w uczuciu dla PO, choć formacja nie odpłaca im wzajemnością? Nawet przeciwnie – bezlitośnie dokopuje.

Przecież ostatnie lata były dla kultury i innych dziedzin, gdzie nie sposób zatrudnić śmieciowych podwykonawców, okresem przyspieszonego dołowania. Oczywiście, jak we wszystkich środowiskach nastąpił podział na równych i równiejszych.

Zlikwidowanie 50-procentowej ulgi podatkowej nie zabolało serialowych gwiazdorów, topowych artystów z topowych galerii, medialnych monopolistów czy nawet wykładowców udzielających się w kilku uczelniach ze szczególnym uwzględnieniem prywatnych. Natomiast uderzyło w tych, których śmiesznie niskie, często nieregularne, a obecnie jeszcze bardziej zmniejszone dochody zbliżają ich do strefy biedy.

Diabelski program oszczędnościowy zwany „samozatrudnieniem” także nie uszkodził tych, co usadowili się na wysokich etatowych stołkach – za to walnął między oczy pozostałych. A jak ceni się w naszym wolnym kraju wolne zawody, najlepiej świadczą honoraria. Przykładowo, najstarszy miesięcznik poświęcony książkom jest w stanie wysupłać za całostronicową recenzję 130 zł; kwartalnik dotyczący wydawnictw daje połowę tej sumy; godzina wykładowcy z cenzusem doktora na państwowych uczelniach kosztuje ok. 60 zł; za udział w programach radiowych czy telewizyjnych dostaje się uścisk dłoni. Jeśli do tego dodać brak jakichkolwiek socjalnych zabezpieczeń dla freelancerów, to rzeczywiście, inteligencja ma za co być wdzięczna neoliberałom.

Nawet niektórzy próbowali protestować, uświadomić rządowi i społeczeństwu pogarszającą się sytuację w branżach „niekorporacyjnych”, ale kto by się przejmował nieudacznikami?

Zwłaszcza, że ci u władzy okazali jawną pogardę dla naiwniaków wierzących w sens i wagę nauki, kultury, sztuki… Społeczeństwo chętnie podchwyciło ten lekceważący ton. Nie podoba się? To niech te wykształciuchy emigrują. Mamy wolność, nikt tych państwa siłą nie trzyma, niech żyją na koszt podatników innych krajów…

Umiejętnie sterowani, Polacy pławili się w samozachwycie. Rozwijamy się we wszystkich kierunkach, stajemy się konkurencyjni wobec wysoko rozwiniętych krajów… Niestety, twarde fakty pokazują co innego. W rankingu innowacyjności zajmujemy takie samo miejsce, jak osiem lat temu: piąte od końca, przed Bułgarią i Rumunią. To skutek niedoinwestowania nauki oraz chorego systemu przyznawania unijnych dotacji. Nie łudźmy się też, że zrobiliśmy furorę na światowym forum kultury. Pojedyncze przykłady twórców, którzy przebili się za granicą, świadczą tylko o ich determinacji. W Polsce promowanie talentów odbywa się drogą znajomości.

Kolejnym groliwie rozpowszechnianym straszakiem jest powrót cenzury.

Tymczasem to już się stało. Za sprawą neoliberałów ocenzurowaniu podlega wszystko, co niewygodne dla rynku, dla karier, dla mitu o polskim sukcesie. Kultura to też towar, który, umiejętnie zareklamowany, może przynieść spore dochody. Dlatego nastały rządy marketingowców i speców od PR. W trosce o oglądalność, słuchalność i inne słupki powodzenia, usunięto z mediów malkontentów, dostrzegających jakieś wady w ofercie kulturalnej czy niezadowolonych z jej poziomu. Za jedyne właściwe „omówienia” uznano reklamowe blurby. Każdy twór stał się „wyjątkowy, niezwykły, niesamowity”; każdy autor – „wybitny i światowej sławy”; każde dokonanie – „arcydziełem”. Ot, niewinna manipulacja. Społeczeństwo chętnie kupiło styl oparty na przesadzie i nadmiernej egzaltacji. Jeśli ktoś do tego PR-owego miodu wpuści trochę dziegciu, postrzegany jest jak wróg naszej kwitnącej kultury.

Niedawno Juliusz Kurkiewicz zastanawiał się w Gazecie Wyborczej „Czy wolno krytykować »Szczygła«? Tekst wprawdzie dotyczy pisarstwa, ale stwierdzenia w nim zawarte przystają do każdego twórczego gatunku. „Językowa nieudolność, błaha historia, kiepska konstrukcja, pretensjonalność – to podstawowe błędy literatury. Każdej literatury. Zadaniem krytyka jest je wytykać.”Kurkiewicz popełnił błąd: powinien użyć czasu przeszłego. Tak było, zanim nie zaczęła ponownie obowiązywać propaganda polskiego sukcesu. Miraż właśnie się rozwiewa.

Tekst był opublikowany w Plusie Minusie (cotygodniowy dodatek do Rzeczpospolitej)

 

 

 

 

 

 

01
Sep

Panorama z dymkami (o rodowodzie komiksu)

Udostępnij:

Najkrótsza definicja: sztuka sekwencyjna. Dłuższa i „naukawa” brzmi: celowa sekwencja sąsiadujących ze sobą obrazów plastycznych i innych, służących przekazywaniu informacji i/lub wywołaniu reakcji estetycznej u odbiorcy.

Chodzi o komiks.

Zjawisko, do którego Polacy z pokolenia urodzonego w PRL żywią niechęć wyssaną z mlekiem… socjalizmu. Graficzne opowieści dla dorosłych otaczała zła sława: że prymitywny kicz bez wartości. Argumenty natury intelektualno-artystycznej podsycała propaganda polityczna – bohaterowie byli nam ideowo obcy, imperialistyczni.

Paradoksalnie, w tym samym czasie pompowaliśmy się dumą z racji sukcesów naszej ilustracji, dziedziny spokrewnionej z komiksem, a także zaśmiewaliśmy się z rysunków satyrycznych okraszających prasę. Komiks był na wyciągnięcie ręki – ale nie było dla niego klimatu.

Drzewo genealogiczne

Ich przeciwnicy utrzymują, że nie należą do wysokiej sztuki, tylko niskiej pop-kultury. Że nie sposób ich zaliczyć ani do literatury, ani do malarstwa. Że ich fani są pozbawieni gustu, wrażliwości oraz głębszych zainteresowań.

Tymczasem drzewo genealogiczne komiksów sięga korzeniami odległych kultur, gałęzie oplotły średniowieczną Europę, pędy przebiły się przez nowożytność, a od XIX wieku korona rozrasta się w zadziwiająco różnorodnych kierunkach.

A było tak: już starożytni Grecy… O, nie tylko! Już starożytni Egipcjanie, Fenicjanie, Rzymianie (po Grekach) rzeźbili czy malowali długie fryzy, w których zawarte były „reportaże” z ważnych bądź mniej istotnych wydarzeń. Graficzne opowieści tworzyli średniowieczni „opowiadacze” życiorysów świętych, rozpowszechnianych za pośrednictwem drzeworytów, a po Guttenbergu – wydawane drukiem. A zwoje? Japońskie, europejskie. Albo ikony (i inne święte obrazy) obramione scenkami z przeszłości, przyszłości pokazanych postaci? Można też przypomnieć tapiserie opowiadające jakąś fabułę rozpisaną na kilka-kilkanaście gobelinów (choćby arrasy wawelskie). Jeszcze dodajmy historyjki z morałem Williama Hogartha, ukazującego w kolejnych scenkach karierę i upadek rozpustnika, nierządnicy, małżonków bez zasad. Toż to wszystko była „sztuka sekwencyjna”. Wypada jeszcze przywołać teki graficzne (choćby słynne teki Ambroise’a Vollarda, marszanda-wizjonera, zapraszającego do współpracy takich tuzów jak Chagall czy Picasso) złożone z iluś plansz o wspólnym wątku.HaroldWilliam_Hogarth_-_A_Rake's_Progress_-_Plate_7_-_The_Prison_Sceneikona szklarymidnight_modernk,NDg3MTg4NzAsODU2NDYy,f,Fori_Imperial_Forum_Trajana_Kolumna_Trajana_i_ko_ci_Santissimo_Nome_di_Maria_1_z6918751Q

 

Tu – ilustracyjny załącznik: kilku antenatów komiksu. Kolejno: tkanina z Bayeux, William Hoghart, ikona, znów Hoghart, kolumna Trajana w Rzymie, ikonostas Jerzego Nowosielskiego.

A tu – zwój japoński (kakemono) traktujący (komiksowo) o… bitwie na gazy. Trywialne? No pewnie! Ale pół wieku wcześniej powstał we Francji „Traktat o pierdzeniu”, też nie nazbyt poważny ani wzniosły.

pierdzenie-sztuka-dawna-9 sztuka-japonska-pierdzenie-3

pierdzenie-sztuka-dawna-6pierdzenie-sztuka-dawna-5

pierdzenie-sztuka-dawna-7sztuka-japonska-pierdzenie

pierdenie-dawna-sztuka2 pierdzenie-dawna-sztuka-1

sztuka-japonska-pierdzenie-1pierdzenie-sztuka-dawna-6

Paski na stronie

A z rodzimego, bliższego nam w czasie podwórka? Początki karykaturo-felietonów sięgały Młodej Polski; ta sama forma rozprzestrzeniła się w międzywojniu, gdy pojawiały się „paski” Karola „Charliego” Ferstera karol-ferster-moja-corka-ma-grype-wiec-przyszlam-ja-zastapic-2012-11-28-920x467czy Jerzego Zarubypl_fo_zoltko_eierweiss_3439553.

Na ogół miały podtekst propagandowy, zgodny z linią przewodnią polityki państwa.

Po wyzwoleniu 1945 roku pojawili się w prasie młodzi zdolni, proponujący nowy styl rysowania, inny rodzaj humoru i wynoszący rysowaną satyrę na wyższy intelektualnie poziom. Socrealizm im nie sprzyjał (obowiązywało prymitywne dokopywanie imperialistom i kułakom), ale po odwilży ruszyła fala „szczerotoku”.

Z mediami współpracowała wówczas cała plejada rysujących erudytów i intelektualistów, do tego oryginałów. Szymon KobylińskiKob_01_a kobylinski, Henryk Tomaszewski, Mieczysław Piotrowski, Eryk Lipiński, Ha-Ga (Hanna Gosławska-Lipińska), Zbigniew Lengren, Gwidon Miklaszewski, Sławomir Mrożek. mrozek mrozekDawali wyraz swej postawie, krytykowali wypaczenia, komentowali bieżączkę. Nie tworzyli ilustracji do tekstów zamieszczanych na sąsiednich kolumnach, lecz niezależne mini-scenki, dopełniane dialogiem lub wymowne bez słów. Każdy z nich operował inną, na ogół minimalistyczną kreską, daleką od popularnych wyobrażeń o „ładności”. Co nie mniej ważne – rysunki wykonywane przez tuzów plakatu czy ilustracji wymagały od odbiorcy inteligencji i plastycznego wyrobienia, co akurat w tamtym czasie nie stanowiło przeszkody.

Każdy z wymienionych wykreował własnego „bezimiennego bohatera”, polskiego everymana (wyjątkiem – pachnący naftaliną profesor Filutek Lengrena). Charakterystyczne: obok całej gamy męskich postaci, płeć piękna stanowiła zdecydowaną mniejszość. Główna reprezentacja, to damulki Ha-Gi ha-ga_gimnast-494

i kociątko zwane Naszą Syrenką Miklaszewskiego.miklaszewski Cóż, kobiety wówczas nie aspirowały do zajmowania się polityką i mało która wspinała się na decydenckie stanowisko… Już wspomniałam, że komiks i gatunki pokrewne przez dekady manifestował postawę silnie mizoginiczną. Ale to inny problem.

Tu ważne co innego: nikt z wymienionych artystów nie poczuwał się do bycia komiksiarzem. A plasowali się całkiem, całkiem blisko – tworzyli rysunkowe „seriale” z tymi samymi postaciami, za ich pośrednictwem odzwierciedlając skrzywienia PRL-owskiej rzeczywistości. Czasem wydawano zbiorcze, monograficzne tomiki tych rysunków. Stamtąd już rzut beretem do „pełnoletniego” komiksu.gumno-andrzej-czeczot_9058 c57e8996-1042-4ee7-82c2-0ae3252f8934_830x830 czeczot2 czeczot czeczot_zebranie_kola_parapsychologowAndrzej_Czeczot_table czeczot_zebranie_kola_parapsychologow

Oto prekursor polskich komiksów społeczno-politycznych. Andrzej Czeczot, geniusz kreski znaczącej. O nim – w kolejnym odcinku – bo będzie.

Cały tekst w Plusie Minusie (05.–06. 09. 2015)