THE BLOG

29
Oct

Gra w monopol – i gra w kulki (o układach w polskiej sztuce)

Udostępnij:

Podsyła mi znajomy z fejsa:

„W Szumie wywiad z namaszczoną Honoratą. Gdy ją pytają:

“– Jacy inni artyści byli wtedy dla ciebie ważni? Jak jest teraz?” i kto z polskiego podwórka, co odpowiada? Że Kozyra i Libera.

– Śledziłaś dyskusję wokół tekstu Moniki Małkowskiej „Gra w monopol,” w którym występujesz jako „Honorata M.” i synonim wszelkiego zła w młodej sztuce?

– Tak, przeczytałam ten tekst, podobnie jak odpowiedź, czyli list do redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” napisany przez dyrektorów muzeów i galerii zajmujących się sztuką najnowszą. Nie przejęłam się tym artykułem tak, jak chyba powinnam. Miałam moment, że chciałam napisać do niej prywatnie, bo zastanawiałam się, skąd pani Małkowska wzięła wszystkie te informacje, w większości nieprawdziwe. Nie wiedziałam, o co chodzi, dlaczego akurat ja? Jak to się stało, że w jej mniemaniu jestem ucieleśnieniem teorii spiskowych? Czytelnik jej tekstu mógł odnieść wrażenie, że jestem wytworem rynkowych machinacji – wytworem pławiącym się w luksusie. Nawiasem mówiąc, w jej tekście można znaleźć punkty, wokół których dyskusja byłaby możliwa, jednak unieważniają je insynuacje i ton podejrzliwości wobec środowiska. To odbiera powagę całemu tematowi.

– A jak odebrałaś list otwarty dyrektorów? Poświęcili ci sporo miejsca.

– Ponieważ byłam jedyną artystką wymienioną przez panią Małkowską. Ale fragment, w którym o mnie pisali, był tylko jednym z wielu. Moim zdaniem ich odpowiedź nie tylko była bardzo konkretna, ale także dotyczyła ważnych spraw: postaw i, jeżeli można tak powiedzieć, stosunku do prawdy. Ważne wydaje mi się też pytanie, które postawili: czy w tak dużej gazecie, o nakładzie ogólnopolskim, można pisać tyle oszczerstw?

Tu poniżej, pełny tekst, na który powołuje się HM. Oraz do którego odnoszą się redaktorzy z Szumu. Był drukowany w czerwcu w Plusie Minusie (cotygodniowym dodatku do „Rzeczpospolitej”).

GRA W MONOPOL

Z czego żyją artyści, którzy tworzą gigantyczne i nietrwałe instalacje? – pyta Tomasz Raczek z rozbrajającym uśmiechem dziecka. Jest z innej branży i po prostu nie rozumie tego fenomenu.

Ze stypendiów – brawurowo strzela K., jedna z kuratorek CSW Zamek Ujazdowski, siedząca vis à vis redaktora prowadzącego Szczerotok. – Ale podanie o grant trzeba umieć napisać, a nie każdy artysta potrafi… – dodaje.

Program jest na żywo, z telefonami słuchaczy, często nie na temat. W studio Tok FM jest jeszcze B., przez prawie całą godzinę zachowująca wstrzemięźliwe milczenie. No i ja, sprawczyni tego spotkania na antenie. Przyczyną – mój tekst opublikowany w styczniu br. na łamach Plus Minus „Mafia bardzo kulturalna”.

Co winien artysta

Publikacja wywołała wstrząsowe reakcje. Stała się najszerzej ostatnio omawianym, dyskutowanym, opluwanym i chwalonym tekstem o sztuce .

Ale… odpowiedzią w mediach była cisza. Jeśli nie liczyć audycji Tomasza Raczka – nikt nie próbował podjąć tematu. Sprawę zamieciono pod dywan. Tymczasem nadspodziewanie szczera wypowiedź K. w Tok FM – ta o utrzymywaniu się artystów ze stypendiów – powinna dać do myślenia nawet ludziom spoza branży. Bo oto na naszych szeroko zamkniętych oczach wygenerowała się nowa specjalność: wypełniacze formularzy.

Żeby „zwykły twórca” mógł to prawidłowo zrobić, musi poświęcić kilka dobrych dni. Najpierw trzeba rozeznać się w gorących tematach, preferowanych przez UE i rynek sztuki. Nie warto nawet próbować z tradycyjnymi zagadnieniami czy technikami. Ma to być projekt (tradycyjne media – surowo wzbronione) i dotyczyć spraw społecznych. Dobrze widziane zaangażowanie w wykluczonych, gender, postkolonializm (lista niepełna, do uzupełnienia).

Jednak najtrudniejsze i decydujące jest rozpracowanie budżetu. Rozłożenie projektów na etapy i wyliczenie probabilistycznych kosztów. To równanie z samymi niewiadomymi. Jasne, że mało który humanista czy artysta to potrafi. Pomoc księgowych jest niezbędna. Dodajmy – księgowych wyspecjalizowanych. Za taką usługę płaci się kilka tysięcy.

Ale nawet najlepiej wypełniony wniosek nie przesądza sprawy. W niektórych przypadkach priorytetem są rekomendacje – jeśli od osób „właściwych”, kandydat zbiera punkty. Jeśli od kogoś spoza eksperckiego kręgu – nie przydają się do niczego, nawet mogą zaszkodzić. To jeszcze nie wszystko. Warto mieć „zaprzyjaźnionego” urzędnika. Jeśli wnioskodawca zgodzi się na uiszczenie mu procentowego udziału od przyznanej sumy – może liczyć na stypendium.

Czy ktoś pamięta błyskotliwy „performance korupcyjny”, przygotowany przez Cezarego Bodzianowskiego, w 2003 roku nominowanego do Nagrody Deutsche Banku („Spojrzenia”)? Wtedy ta niby-propozycja (w istocie – mistyfikacja) złożona przez artystę ówczesnej dyrektorce Zachęty Agnieszce Morawińskiej – że jeśli dostanie nagrodę, podzieli się z nią pół na pół – wydawała mi się przezabawnym grepsem. Dziś uważam ją za wizjonerską.

Rozdawnictwo stołków

Chciałabym panią serdecznie przeprosić, tak po ludzku – usłyszałam w telefonie głos Małgorzaty Małaszko, szefowej radiowej Dwójki. Było to dzień po audycji prowadzonej przez A., w drugim programie właśnie. Znów byłam zaproszona do dyskusji na mafijny temat, ponownie na żywo. Po raz kolejny współrozmówcy mieli osobisty interes, żeby ściemniać. Jednak tym razem mieli po swej stronie prowadzącą, która konsekwentnie forsowała z góry ustawioną tezę. To nie była wymiana argumentów, lecz nagonka, przy jednoczesnym dezawuowaniu moich racji.

Program daleki był od standardów dziennikarskiej profesji, także od zwykłej osobistej kultury.

Nie dziwota, że dyrektorka Dwójki poczuła lekkie zażenowanie i usiłowała zrekompensować mi przykrości.

Czy A. spotkały jakiekolwiek niemiłe konsekwencje? Skądże. Awansowała. Otrzymała wkrótce nominację na widedyrektorkę CSW. Tą drogą – serdeczne gratulacje.

Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że przy obecnej bryndzy w kulturze praktycznie każdy etat jest na wagę złota. Tym bardziej kierownicze stołki, łączące się z rozlicznymi apanażami: zagraniczne wyjazdy, samochód służbowy, takiż telefon, nie wspominając o uposażeniu wynoszącym wielokrotność podstawowego.

Jednak nawet na najniżej płatne stanowiska w instytucjach uważanych za priorytetowe rozpisywane są konkursy. Niektóre nawet ogłaszane są w prasie. Oficjalnie.

W Internecie opisany został przypadek młodej kobiety ubiegającej się o posadę w stołecznym CSW – w pewnym momencie był akurat wakat – której oferowano pensję wysokości tysiąca złotych, podłe warunki, dyspozycyjność… I tak pracy nie dostała, bo wyprzedził ją ktoś inny. Z polecenia, czyli – znajomy, krewny, zakumplowany.

I tak zawsze. Ewentualnym kandydatom przedstawia się listę wymagań, z merytorycznymi na czele, ale też ważne doświadczenie, języki, kondycja fizyczna. W praktyce to bez znaczenia. Liczą się wyłącznie znajomości. Tak samo w mediach; nie inaczej na uczelniach. Dlaczego? Bo pensja, choćby najniższa, to przy lawinowo powiększającym się kultur-prekariacie – wygrana na loterii.

Z perspektywy młodych ludzi – idealna trampolina, by odbić się od dna kulturalnego prekariatu.

Schody zaczynają się w momencie, gdy pracownik merytoryczny muzeum czy centrum kultury ma już za sobą jakiś staż; osiągnie pewien wiek; chce osiągnąć coś więcej, niż stabilizacja za 1500-1800 zł. Tak, takie gaże oferowane są nie tylko paniom pilnujących wystaw. To stawki dla ludzi z wyższym wykształceniem, dysponującym wyspecjalizowaną wiedzą, pragnącym rozwijać siebie i swoje umiejętności.

A tu – koniec kariery. Praca teoretycznie ośmiogodzinna, w istocie jest nienormowana. Jakiekolwiek dorobienie poza firmą wymaga wyrzeczeń, niedosypiań, zawalania wolnych dni i wakacji.

Trwanie czy przetrwanie

W Noc Muzeów kilka placówek podjęło strajk, w tym – krakowskie Muzeum Narodowe. Był to protest osobliwy, w krakowskim stylu: przebrani za żebraków, wyszli na Rynek Główny, pod transparentem „dziady kultury”.

Mówi pracownik MKN pragnący zachować anonimowość: – Od 2004 roku nie dostaliśmy żadnych podwyżek, a nawet przeciwnie, wciąż coś nam się obcina, choćby nagrody roczne. Jesteśmy szantażowani, że jeśli będziemy strajkować, to odbierze się nam z godzin pracy. Podobnie rozpaczliwie przedstawia się sytuacja muzealników i kuratorów w Warszawie i innych miastach. Za to nie da się żyć – zgodnie twierdzą etatowi „żebracy”. Niby nie są to umowy śmieciowe, lecz warunki równie beznadziejne.

Także prywatni galeryści walczą o przetrwanie. Ci, którzy nie mają ministerialnych czy marszałkowskich dotacji, zamykają biznes bądź wspierają się dodatkową działalnością (ramiarstwo, biżuteria, wynajmowanie przestrzeni na ewenty).

Przez ostatni rok nie pojawił się ani jeden nowy klient zainteresowany sztuką współczesną – przyznaje Zuzanna Sokalska, prowadząca stołeczną galerię Monopol, działającą od lutego 2014.

Jest gorzej niż się spodziewałam. Jeśli udaje mi się cokolwiek sprzedać, to tylko tym, z którymi nawiązałam kontakt i współpracę przez dekadę funkcjonowania galerii Art NEW media (Sokalska była tam dyrektorką – przyp. MM).

Galerzyści i kuratorzy najchętniej zwalają winę na brak edukacji. Ludzie muszą wiedzieć, że kultura jest im potrzebna, mówią chórem. I przytaczają anegdotki o biznesmenach, którzy wyrzucają krocie na złote klamki, a skąpią na wybitne dzieła. Tymczasem Marcel Andino Velez, wicedyrektor MSN, jest innego zdania: – Jest rynek, bo muzea i publiczne galerie kupują prace do swych zbiorów – uważa.

W Polsce rynek sztuki współczesnej nie wybuchł od razu po transformacji. Szło z oporami. Najpierw nabywcy ostrożnie kupowali figuratywną klasykę, najchętniej malarstwo akademickie (do dziś w najwyższej cenie). Hossa nastała dopiero z nadejściem nowego tysiąclecia i trwała mniej więcej do 2008 roku. Ogólnoświatowy kryzys odbił się zapaścią w sprzedaży sztuki, zwłaszcza tej współczesnej. To oczywiste: świeży „towar” nie zdążył przejść próby czasu, a nikt przytomny i orientujący się na rynku nie mógł zagwarantować przyrostu wartości. Owszem, pewna/niepewna firma podająca się za przyjazną sztuce próbowała zdobyć klientelę zapewniając, że sztuka przynosi 50-krotne zyski w ciągu dekady, ale jakoś mało kto dał tym rewelacjom wiarę.

Wraz z bessą, prywatne galerie zaczęły robić bokami, artyści – wpadać w finansowe tarapaty.

Wtedy zaczął się bieg po stypendia do MKiDN, po granty do UE, po najróżniejsze suporty od władz miejskich, gminnych, dzielnicowych… We wszystkich tych miejscach, w komisjach przyznających większą lub mniejszą kasę, obok urzędników zasiadają eksperci. Zazwyczaj to znani kuratorzy, szefowie ważnych instytucji, galeryści. Wszyscy, od których zależy być lub nie być artysty.

Merytokraci sztuki

Tworzą ciało eksperckie. Na szczeblu niższym – ogólnokrajowe; wyżsi rangą wchodzą w skład merytokracji międzynarodowej. Ustalają między sobą, co dobre, co złe. Ku czemu sztuka ma skręcić, żeby skręcić – coś dla siebie. Mają monopol na artystyczny biznes.

Jeszcze nigdy nie było takiego terroru w sztuce – smutno zauważa Wiesław Borowski, ex-szef, współzałożyciel Galerii Foksal, której nazwę przywłaszczyła sobie potem Fundacja Galerii Foksal, od dawna nie mająca z „matecznikiem” nic wspólnego. Borowski pamięta czasy socrealizmu i Prl-u. Jest zdania, że pomijając krótki okres dominajcji jedynie słusznej ideologii estetyczne, nawet za komuny istniała większa różnorodność postaw, pomysłów, dokonań. Obecnie arenę sztuki opanowała jedna orientacja – ta, którą lansują i którą handlują merytokraci.

Toteż publiczność ich nie intersuje. Nie przychodzą na wystawy, łaski bez. Galerie świecą pustkami – nic to, świat sztuki współczesnej nie potrzebuje widowni. Decyzje zostają podjęte innym trybem: wedle potrzeb rynkowych.

A sprzedać można wszystko. Byle zostało odpowiednio zinterpretowane. Od tego merytokraci mają podwykonawców. Musi być z użyciem obcych terminów i na tyle zawile, żeby żaden urzędnik od kasy nie ośmielił się wystąpić z wątpliwościami.

Refleksja nad ludzkimi odruchami i potrzebami ustępuje w nowych pracach M. kontemplacji śmiertelności, jako cechy wspólnej życia. Strach, ból, gwałt obserwujemy w jego skrajnie indywidualnym, osobistym wymiarze, ale też w skali gatunków. Wtedy nazywamy je zagrożeniem albo wymieraniem. To, co różni obie obserwacje, czyli świadome przeżywanie, jest zarazem kluczowym albo »twardym« (Chalmers) problemem współczesności. Niemożliwym do uzgodnienia z naturalistycznym modelem wyjaśniania.”

To cytat z kuratorskiego tekstu dotyczącego wystawy „Bóg Małpa”.

Co na niej? Dokumentacja wyczynu artystycznego.

Było tak: prawie zero stopni, a M., młoda artystka – chlup do rzeki w bluzeczce bez rękawów i letnich spodniach. Nie w celach samobójcych, lecz artystycznych. Unosząc się na wodzie, miss mokrego zimowego podkoszulka pozowała do zdjęć na podobieństwo Ofelii ze słynnego obrazu Millaisa. Fakt, dużo ryzykowala: zapalenie płuc. Ale czy dokumentacja tego heroicznego aktu warta jest ich ceny, zaś autorka – godna miena najbardziej obiecującej artystki roku 2014?

Wedle krajowej merytokracji – to objawienie. Poparte zakupami do MSN i nie tylko.

W obecnej rzeczywistości zakupy odbywają się za pośrednictwem kilku topowych prywatnych galerii. Przypomnę schemat działania: właściciele wybierają artystów do galeryjnej „stajni”; inwestują w ich kariery (wystawy, pokazy zagraniczne, targi zagraniczne, publikacje). To nie są małe koszty. Siłą napędową tych karier są pokazy w prestiżowych miejscach i prace w poważnych, publicznych kolekcjach. Jedyny problem – przekonać etatowych kuratorów.

W Polsce instytucji liczących się, a do tego gromadzących własne zbiory jest niewiele – MSN, Zachęta, Zamek Ujazdowski, niektóre centra sztuki współczesnej, pozawarszawskie Zachęty. Co ciekawe, pula zakupowa muzeów narodowych jest w tym zestawie najniższa i nowe nabytki trafiają tam dzięki wsparciu biznesu.

Ale… tych miejsc jest i tak więcej, niż prywatnych galerii, których szefowie mają wpływ na publiczne zakupy. Wszystkie są skomasowane w Warszawie. Każdy z branży je zna: w pierwszej lidze – Raster, Fundacja Galerii Foksal; znacznie dalej plasują się Starter, Stereo, Leto i Dawid Radziszewski. Czy można się dziwić, że twórcy wykonują tańce godowe przed ich bossami?

Połów zaczyna się już na poziomie studiów. Im kto młodszy, mniej znany – tym lepiej, galeria zalicza punkty za odkrycie talentu. Bywa, że młody geniusz z czasem nie spełni oczekiwań; wypala się; robi rzeczy wtórne i durne. I co, pieniądze na lans wyrzucone? Nie ma takiej opcji.

Od czego zaprzyjaźnieni dziennikarze? Do nich należy propaganda sukcesu tych, którzy już sukces odnieśli. Uporczywe powtarzanie tych samych nazwisk, przy jednoczesnym eliminowaniu innych, odnosi skutek.

Polka monopolka

W kwietniowym wydaniu Plusa Minusa Mariusz Cieślik (11-12.04) pisał o fatalnej kondycji mediów („Czwarta władza piąte koło u wozu”). Wspomina o upraszczaniu przekazu tak bardzo, żeby dał się przełknąć ludziom o najniższych intelektualnych wymaganiach. Dziennikarze „…nie mówią o ważnych problemach, tylko o ludziach”, jako że w ten sposób najłatwiej wywołać emocje, które „są najbardziej pożądanym towarem we współczesnych mediach”. Kończąc swoje wywody, autor zauważa: „I nikt mnie nie przekona, że komercyjne stacje radiowe czy telewizyjne mogą robić, co chcą, bo liczy się tam tylko oglądalność. Koncesje na nadawanie przyznano im m.in. dlatego, by uczciwie informowały obywateli”.

E, tam. Nikomu włos z głowy nie spadnie tylko dlatego, że zaniża standardy dziennikarskie. Ani w prywatnych, ani w publicznych mediach. Ten sam proces tabloidyzacji dotyczy rozgłośni z tradycjami. Odbiorców traktuje się jak niedorozwiniętych umysłowo, niezdolnych do skupienia się na dłużej niż kilka minut. A wywoływanie tanich emocji? Toż to baza repertuarowa TVP i wszystkich stacji radiowych. Nie miejsce tu na analizę tego zjawiska – chcę tylko uświadomić, jak się ono ma do sztuki oraz jej obecnego stanu.

Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem: wszystko zaczęło się w księgowości. Media zbiedniały, ich szefowie obrali kurs na oszczędność. Zmniejszanie etatów, zmuszanie dziennikarzy do przechodzenia na samozatrudnienie zaowocowały najpierw strachem, następnie agresją. Wolni strzelcy rzucili się na tematy nieryzykowne, szybkie i nie wymagające wielkiej profesjonalnej wiedzy. Za takowe uznano sztuki wizualne, i tak mało dla kogo zrozumiale.

Z innymi dziedzinami tak łatwo nie poszło. Film, gatunek lawirujący między sztuką a rozrywką, nadal ma prawdziwą, profesjonalną krytykę; podobnie literatura i teatr, tradycyjnie cenione u nas wysoko (co nie znaczy rozumiane). Także o muzyce poważnej nikt nie ośmieli się rozprawiać bez głębokiej fachowej znajomości. Muzyka popularna wymusiła na swych recenzentach profesjonalizm siłą liczebności fanów: wobec masowego audytorium krytyk nie śmie się zbłaźnić.

Rozpaczliwe wołanie Mariusza Cieślika o upadku rangi, jakości i etyki mediów to jeden z setek głosów, tworzących chór biadoleń. A echo odpowiada… walcie się. Najlepiej przystosowani przetrwają.

Niezawodną metodą jest uformowanie wewnętrznych monopoli. I niewpuszczanie freelancerów.

Już kilka lat temu, gdy kryzys zaczął łapać media za gardło, co bystrzejsi pracownicy redakcji kulturalnych zwarli szyki. Rozdzielili między sobą czas antenowy i wyeliminowali freelancerów, współpracujących z rozgłośnią. Zaczęli też nachalny autolans, powtarzając we wszelkich możliwych konfiguracjach swoje i kolegów nazwiska. Ich zasadą jest też… nie mieć swojego zdania. Nie analizować, nie oceniać. Wypowiadać się tylko pozytywnie, ba, entuzjastycznie!

Określenia typu „niesamowity”, „wyjątkowy” i „niezwykły” funkcjonują w ich komentarzach jako podstawowe zwroty wartościujące. Bez uzasadnienia. To właśnie ta gra na emocje, o której pisał Mariusz Cieślik.

To jeszcze nie wszystko. Ludzie z mediów wiedzą doskonale, jak zyskać poparcie wśród twórców i ludzi kultury: chwalić i udostępnić mikrofony osobom bezpośrednio zainteresowanym nagłośnieniem siebie bądź swego dzieła. Więc o filmie mówi dystrybutor, aktor, reżyser. To samo z książkami (wypowiada się autor, tłumacz, wydawca). Sztuki wizualne? Wystawę chwali jej kurator, rzadziej artysta, bo ma gorsze gadane. A niezależna krytyka? A kysz!

Od prekariatu, wybaw nas, Panie!

W ten sposób etatowi dziennikarze „od kultury” zaczęli być bezkonkurencyjni na rynku. Do nich zwracają się organizatorzy koncertów, dystrybutorzy filmów, kuratorzy, wydawcy książkowi. Dzięki temu te same kilka osób dorabia sobie prowadzeniem spotkań autorskich z pisarzami, festiwali, koncertów. Ci sami dzielni monopoliści wyjeżdżają za granicę przy każdej promocyjnej akcji kultury polskiej. Ci sami urządzają konkursy i przyznają swoje nagrody. Wreszcie, ci sami trafiają do innych mediów, zwłaszcza do telewizji.

Mało? Wszystko!

Wiem, winner takes it all – ale w jakim to konkursie startowali ci zwycięzcy? W zawodach na największy tupet, najwyżej postawione znajomości, najmniej skrupułów?

Tak jak w innych dziedzinach kultury, tak i w mediach freelancerzy mają przechlapane. Tymczasem nawet najlepszych dziennikarzy szefowie i właściciele stacji telewizyjnych i radiowych oraz prasy wypychają na samozatrudnienie. Niby nadal pracują, czy raczej współpracują, ale bez żadnego zabezpieczenia socjalnego. Co więcej, wolnych strzelców wypuszcza się przeciwko zatrudnionym na umowach śmieciowych bądź najniższych pensjach.

I zaczyna się walka o ogień…

Jeżeli ci „zatrudnieni” dopuszczają kogoś z zewnątrz, to jako „gościa-eksperta”, co na ogół oznacza udzielanie się za darmochę. Mniejsza jednak z kasą – gość nie ma wpływu na dobór tematów poruszanych w audycji/programie. Mówi na zadany temat tyle minut, ile mu dadzą. Ma obok siebie osoby, z którymi niekoniecznie chciałby wystąpić. Niekiedy zdarza się, że niektórzy zaproszeni tworzą wspólny front z prowadzącym (vide: przytoczony na początku przypadek w Dwójce). Wówczas ten, kto jest w kontrze może sobie iść do domu – na pewno nie będzie miał racji. Ostatnie słowo zawsze należy do prowadzącego.

Czasem gość-ekspert, nie podzielający poglądów prowadzącego, zostaje wyeliminowany na amen. I nie daj Boże dysponować umiejętnościami konkurencyjnymi wobec dziennikarzy etatowych! Wyrazista osobowość, oryginalne opinie, umiejętność przykuwania uwagi odbiorców – to dyskwalifikacja.

Słuchacz czy widz musi odnieść wrażenie, że prowadzący są jedynymi i niezastępowalnymi fachowcami. Podobnie powinien myśleć szef.

Taki piękny interes

Sztuki wizu (skrót od wizualne) same się podłożyły. Nie dość, że niezrozumiałe i nielubiane – gdy przemówiły słowami kuratorów, zraziły sobie odbiorców do reszty. Bo kuratorzy, rekrutujący się zazwyczaj z absolwentów historii sztuki, kulturoznawstwa i studiów kuratorskich, popisywali się erudycją, znajomością obcych terminów i pokrętnymi skojarzeniami nijak nie przemawiającymi do wyobraźni szerokiej publiczności.

Jednak autorzy tych wywodów mało zajmowali się odbiorcami, bardziej swoim losem. Po studiach humanistycznych w większości byli bez szans na zatrudnienie – o czym już było powyżej.

Nepotyzm stał się obecnie tak powszechną praktyką, że właściwie nikogo nie dziwi. W zawodach, gdzie wielokrotnie więcej chętnych niż miejsc zatrudnienia, o pracy decydują kumoterstwo i wspólnota interesów.

Zwolnień nie uzasadnia się – po prostu informuje delikwenta. Czasem brutalnie. Głośna swego czasu sprawa odsunięcia Milady Ślizińskiej z zajmowanego przez wiele lat kuratorskiego stanowiska właściwie nie miała żadnych reperkusji. Na otarcie łez zatrudniono ją w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Uczelnie artystyczne – to kolejne miejsca szturmowane przez wychowanków tych szkół oraz absolwentów wydziałów związanych ze sztuką. Metoda ta sama, jak gdzie indziej: rodzina, wzajemne powiązania, wspólny interes. Mogą też decydować związki pokoleniowe oraz zbliżona wizja sztuki. Podobnie jak media, akademie zapraszają gwiazdy, którym przypisuje się moc sprawczą w naborze. Wabią się więc sławy na różne sposoby: swobodą w doborze godzin wykładowych, tytulaturą, wyższymi niż przeciętne stawkami. Rzeczywiście, znane nazwiska przyciągają – wpisanie do CV, że kończyło się studia u gwiazdy może mieć znaczenie. Poza tym, na pracownie znanych artystów zwracają uwagę galeryści i kuratorzy, poszukujący świeżego mięsa. Czasem mięso jest trochę zmarznięte, bo zanurzone w lodowatej rzece. Ale czego nie robi się dla sztuki!

Szkodnik w akcji

Czy kondycja naszego visual-artu istotnie jest tak kwitnąca, jak przekonują ludzie od propagandy jego sukcesu? Och, proszę nie wątpić! Jest osoba odpowiedzialna za sianie defetyzmu: to ja. Małkowska zaszkodziła, grzmi pewien obrońca uciśnionych merytokratów. Pełen patosu, jak Rejtan na obrazie Matejki, daje mi odpór tekstem „Brońmy układu w polskim świecie sztuki” („Kultura Liberalna” Nr 312, 05.03. 2015). To reakcja na wspomniany artykuł publikowany w Plusie Minusie. Posłuchajmy, co adwokat zaatakowanej „strony” ma do powiedzenia:

Chodzi tu nie tylko o szeroką publiczność, lecz także o potencjalnych kolekcjonerów, prywatnych mecenasów, politycznych decydentów i grantodawców. Jeżeli potraktują oni słowa krytyczki poważnie, to konsekwencje odczujemy wszyscy, a najbardziej – artyści.”

No właśnie, ten strach o kieszeń… Własną. W obliczu takiego zagrożenia autor nie waha się sięgnąć po argumenty pozamerytoryczne: że mój zaawansowany wiek nie pozwal mi uchwycić istoty obecnej sztuki, że mam rozbuchane ego (?), że zostałam zmanipulowana przez redakcję „Rzeczypospolitej” (!).

Środowisko przyjęło tekst raczej z rozbawieniem. Ironia skrywała jednak poczucie zażenowania. Oto osoba rozpoznawalna i ciesząca się niemałym autorytetem publicznie zarzuca cynizm i koniunkturalizm wszystkim, którym w ostatnich latach udało się coś osiągnąć. Ciekawe, że oprócz szybkiej riposty Marcela Andino Veleza (wicedyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej – przyp. MM) tekst nie wywołał polemik. Wielu uznało, że z tak absurdalnymi tezami nie warto dyskutować – należy raczej spuścić zasłonę milczenia, gdyż sama artykulacja sprzeciwu nadaje publikacji Małkowskiej nieadekwatną wagę.

Tekst Małkowskiej zaszkodził nam wszystkim: krytykom, kuratorom publicznych instytucji i pracownikom prywatnych galerii, wzbudzając nieufność wśród tych, którzy interesują się sztuką współczesną, lecz nie orientują się w jej rzeczywistych niuansach. Chodzi tu nie tylko o szeroką publiczność, lecz także o potencjalnych kolekcjonerów, prywatnych mecenasów, politycznych decydentów i grantodawców. Jeżeli potraktują oni słowa krytyczki poważnie, to konsekwencje odczujemy wszyscy, a najbardziej – artyści.”

Czuję się zaszczycona supozycją, że ode mnie zależy los tak wielu ludzi. Jednak spieszę rozczarować autora: gdyby wina za katastrofalną sytuację kultury i sztuki leżała po stronie jednej osoby – problem byłby z głowy: uciąć. Tę jedną.

 

PS. Celowo nie wymieniam kilku nazwisk. Bo nieważne, dobrze czy źle, byle nazwisko było dostatecznie często powtarzane.

 

27
Oct

Miejsce jest w CSW (o wystawie Franciszka Orłowskiego w CSW-Zamek Ujazdowski)

Udostępnij:

Jest presja: znaleźć młodych zdolnych, wylansować, wtłoczyć odbiorcom, że akurat ci wybrani (na ogół przez marszandów)– to ci najzdolniejsi.

Byłam na wystawie Franciszka Orłowskiego w CSW-Zamek Ujazdowski.

z15344687Q,Franciszek-Orlowski---urodzil-sie-w-Poznaniu-w-198

Aparycja właściwa, żeby zabłysnąć. c1ffa5378da5ff35fc349b07078b6be7,640,0,0,0 b9d3339236e534c887dbb57947b1f3ca,641,0,0,0

 

 

(Tytuł: „Tunadolejestjeszczedużomiejsca”).
Ma to być przegląd, podsumowanie kilkuletnich działań/poszukiwań/dokonań „jednego z najciekawszy młodych polskich artystów”.

Jest po poznańskim Uniwersytecie Artystycznym.
Zastanawiam się, co zajęło tak dużo czasu?
Zamiana ciuchów z kloszardem – ok. 10 min

.5828__pocalunek_milosci__2008__real_f_orlowski__w_int.mp4_00_01_00_00 franciszek-orlowski-bez-tytulu-performans-2009
Zszycie fragmentów ciuchów, wymienionych z innymi bezdomnymi w namiot da się zrobić w dzień. mir-2-15

Opatulenie „serca” dzwonu (w poznańskim kościele) czymś miękkim – chwilę, chwilunię. Nakręcenie zapętlonego w nieskończoność wideo z cichego bicia, a raczej – skrzypienia dzwonniczego urządzenia – góra godzina. 519a0c9d43e1c

Plus pertraktacje z biskupem.
Dwa projekty (pensówka z mikrofilmem i opona z umieszczonym na bieżniku przesłaniem JPII – to efekt współpracy z wyspecjalizowanymi warsztatami. Koszt własny artysty: nadzór.
Wreszcie, hit obecnej „retrospektywy”: „Akupunktura”, film o technice rzeźby i ćwiczeniach z celowności (? Nie wiem, jak to się nazywa) w wojsku – może zabrał z miesiąc, dwa.
„Akupunktura” to przykład nieudolności montażowej. franciszek-orlowski-tu-na-dole-jest-jeszcze-duzo-miejsca-csw-zamek-ujazdowski-2015-10-20Powinna trwać 10 min, a nie – prawie pół godziny. Zdecydowanie do poprawki. Ludziom wydaje się, że sztuka, to kombinowanie. Jakaś gra z rzeczywistością, z ludźmi, z uczciwością.
Ludziom wydaje się, że sztuka, to kombinowanie. Jakaś gra z rzeczywistością, z ludźmi, z uczciwością.
„Albo ja go, albo on mnie”, że zacytuję.

 

PS. Ponieważ z mediów zniknęła krytyka sztuki oceniająca, czasem negatywna – tylko tu jej miejsce.

 

 

 

26
Oct

Stacje romantycznego rewolucjonisty (Pożegnanie Wojciecha Fangora (1922 – 2015)

Udostępnij:

 

Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich twórców, u nas i na świecie. O ogromnym dorobku, wielu liczących się prezentacjach, przełomowych dokonaniach. Jakimi słowami najlepiej określić Wojciecha Fangora?sztuka-fotografia-czeslaw-czaplinski-wojciech-fangor-w-90-rocznice-urodzin-galeria-plenerowa-muzeum-lazienki-krolewskie-warszawa-610-1

Nonkonformista. Rewolucjonista. Romantyk. Wszystko, za co się brał, łączyło się z ryzykiem; wszystko robił bez kunktatorstwa, z nonszalancją i przekorą. W emocjonalnym crescendo. W takim stylu zakończył życie: zmarł w niedzielę, w szalonym dniu wyborów, dwa tygodnie przed swymi 93. urodzinami.

Wynalazca epoki

Dziewięćdziesiąt trzy lata przeżyte w kilku systemach politycznych, w różnych krajach. Imał się wielu technik, stylistyk i dyscyplin ze sztuk wizualnych – malarstwa, rzeźby, plakatu, projektowania, architektury wnętrz. Pasjonował się rozlicznymi naukami, ze szczególnym uwzglednieniem astronomii.

O takich jak on mówi się: świadek epoki. Ale to nie dotyczy Wojciecha Fangora. Jaki z niego świadek? On nie przyglądał się stuleciu – tworzył je, formował, nadawał wizualny kształt.

Tylko wielcy artyści potrafią twórczo pożenić własną wizję ze zbiorowymi oczekiwaniami. To swego rodzaju geniusze wynalazczości, zarazem mistycy. Mają patent na ducha czasów. Ich prace stają się symbolami. W dorobku Fangora takich „patentów” mniej wprawdzie, niż u Thomasa Edisona, ale ranga porównywalna.

Przebył drogę od „Matki Koreanki” wojciech-fangor-matka-koreanka-800pxl-e1361232693205

do abstrakcji 635219490894658566i z powrotem do figuracji21, i jeszcze raz ku sztuce znakowej; po drodze zaliczył dookolną trasę od plakatu i karykaturalnych rysunków prasowych do aranżacji wnętrz; od socrealizmu fangor postaci msl_6402672do wystroju II linii warszawskiego metra.

Zatrzymajmy się na najważniejszych dlań przystankach: urodziny w Warszawie, w 1922 roku; wojenne, prywatne studia plastyczne (u profesorów Pruszkowskiego i Kowarskiego); dyplom warszawskiej ASP tuż po wojnie (1946); praca na macierzystej uczelni w charakterze asysystenta (1953-61); wyjazd z Polski do USA via Francja i Anglia; powrót w 1999.

Po drodze minął jeszcze wiele innych stacji, lecz każdy odcinek odbył w indywidualnym tempie, nie zwalniając ani przyspieszając pod zewnętrznymi naciskami.07

Za to dookoła niego zakotłowało się, mniej więcej od dekady. Pozycja artysty poszybowała w górę jak rakieta: sława, chwała i gólny aplauz specjalistów, rosnące ceny na aukcjach, zarazem unikanie uczestnictwa w artystycznym życiu na rzecz wycofania się na prowincję. Posypały się propozycje wystaw, honory, nagrody, zaszczyty. O które nie zabiegał i które chyba cieszyły go mniej, niż kolejne eksperymenty i realizacje nowych koncepcji. Największe zwycięstwo – ściany stacji II linii warszawskiego metra, których nazwy (i litery) zamienił w pół-abstrakcyjne kompozycje. Były problemy, walka, procesy. Wygrał, i całe szczęście – to jedna z niewielu okazji kontaktu z wysoką sztuką dla każdego, podczas przemieszczania się po stolicy.z12640898Q,Wojciech-Fangor--1922----malarz--artysta-grafik--r

Honory i nagrody

Ostatni raz widziałam go w kwietniu tego roku, na wernisażu „Environment Starak” w siedzibie Fundacji Rodziny Staraków. Męczyły go przybyłe na otwarcie tłumy i… obce mu, celebryckie klimaty.

Nie uczestniczył w uroczystości przyznania mu honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku – co miało miejsce miesiąc temu. Przed wernisażem w Sopocie (06. 10.) poczuł się kiepsko, trafił do szpitala. Stefan Szydłowski, historyk sztuki blisko zwiazany z mistrzem, zapewniał, że to przejściowe niedomaganie. Za tydzień, 5. listopada, planowano kolejną fetę, tym razem w stolicy: wręczenie artyście nagrody im. Jana Cybisa za rok 2014.

Nie zawsze tak było. Pamiętam rok 1990 i „Wystawę retrospekrtywną – 50 lat malarstwa” w Zachęcie. Wielka panorama, jeszcze przed powrotem artysty do Polski (co stało się dziewięć lat później). Wydarzenie. Imponująca frekwencja. I zdumienie: to on przestał malować op-artowskie, pulsujące koła i fale? Wrócił do figuracji? Czyżby zabrakło mu weny?

Przeciwnie. Pokazane po raz pierwszy w Polsce „obrazy telewizyjne” były równie pionierskie i wizyje – wkrótce mały ekran miał zawładnąć naszą wyobraźnią, świadomością, wyborami. Fangor to zauważył. Zachwycił się migotaniem punkcików na ekranie (taki impersjonizm XX wieku); Uchwycił też samotność ludzi i coraz intensywniejszą obecność szklanego goscia – następca Hoppera.

 

Większość znawców sztuki przywołuje „Studium przestrzeni” z 1958 roku. To było pionierskie w skali światowej: environment, czyli rodzaj instalacji, która ogarnia widza, zaprasza go do środka. Autorami byli Wojciech Fangor i Stanisław Zamecznik. Potem był wyjazd z Polski z samodzielne przedzieranie się przez meandy rynku sztuki.

Była połowa lat 60., w modzie op-art, prace Fangora podpadały pod trend, zarazem odbiegając od dokonań innych: określono je jako „romantyczne”. Bo wyzwalały emocje nieczęste w przypadku sztuki abstrakcyjnej – jakieś niepokoje egzystencjalne, świadomość dobra, piękna, prawdy.

Nie chciał zdyskontować niebywałego sukcesu: indywidualnej wystawy w Guggenheim Museum (rok 1970). Pierwszy, i jak dotychczas jedyny Polak, który dostąpił tego zaszczytu.

Tak jak nie ustąpił wsprawie stacji metra, tak nie ugiął się pod naciskami amerykańskich galerystów, którzy namawiali go na seryjną „produkcję” obrazów, dzięki którym zyskał sławę. Pomyśleć – co za brawura! Przybysz zza żelaznej kurtyny – która akurat po odwilży uniosła się nieco, pozwalając artystom na dłuższe, stypendialne pobyty na Zachodzie – ośmiela się odmawiać. Marszandom chodziło o kompozycje z kołami i falami, łudzące oko pulsowaniem, wibrowaniem, przenikaniem. Robił to pędzlem i farbą olejną, bez żadnych technicznych nowalijek.

Ktoś powiedział, że sukces miał wpisany w nazwisko: „fan – gor”. Łatwe do zapamiętania na całym świecie. Kojarzące się z zabawą. Tak, wybitni artyści zawsze mają z pracy „fun”, czegokolwiek by się nie imali.

.timthumb

 

 

 

 

 

 

 

24
Oct

Duchy Stawiska (recenzja książki „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”)

Udostępnij:

Wszyscy o tym wiedzieli: kazał się pochować w mundurze górnika i jego wolę respektowano. Był rok 1980, nastroje antykomunistyczne narastały, ale – żeby udawać górnika? Ten eksces dał do myślenia niejednemu. Jaka przyczyna, kto/co za tym stał, do czego to aluzja?

Temat sprzed 35 laty drąży Anna Król (propagatorka kultury, współtwórczyni cyklu wydarzeń zatytułowanych Big Book Festival), 12111992_1089951654350070_772075197527517750_nurodzona rok przed odejściem pisarza. Nie miała szans poznać go osobiście. Jedynym żywym „łącznikiem” okazała się Maria, starsza córka Iwaszkiewicza, obecnie ponad 90-letnia. Oraz pamiątki, z których wycisnęła fabułę oraz – co niesłychane – dialogi.

 

635503782544170186 iwaszkiewicz_julia iwaszkiewicz jaroslaw 4_5349345 fee453ef-3170-49a3-8d96-d3601acfb3da Jarosław i Anna IwaszkiewiczowieAnna_Iwaszkiewiczowa_with_daughter_-_Stanisław_Wilhelm_Lilpop Anna Iwaszkiewicz (Hania) z małą Marysią

25f15cfc46c98d65c9f54a5b4e1fCórki pisarza: starsza Marysia i młodsza Teresa

KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 60 iwaszkiewicz_jaroslaw_1_kadr PIC_1-K-1531

 

Oto on: Jarosław Iwaszkiewicz (1894 – 1980) „Iwachą” zwany, człek duży posturą i karierą. Postać podręcznikowa. Topowy polski pisarz XX wieku. Teoretycznie – najbardziej hołubiony przez czerwone władze, drukowany w wielkich nakładach, obsypywany zaszczytami. Dla mojego pokolenia – autor lektur obowiązkowych w szkole i obowiązkowych inaczej, intelektualnie (bo nie wypadało nie znać): „Sława i chwała”, „Lato w Nohant”, „Kochankowie z Marony”, „Panny z Wilka”, „Tatarak”…

6924923.3 7538611.3 7246987.3 1-F-443-7-800x800 maxresdefault „Matka Joanna od Aniołów” (1961) i „Brzezina” (1970)

Zmarł 35 lat temu – może nie warto go przypomnieć?

Jednak, jednak. „Rzeczy” Anny Król to nie jest biografia pisarza (choć fakty do wglądu na końcu książki). Raczej – kopalnia odkrywkowa poufnej wiedzy o Iwaszkiewiczu. Plus imaginacja autorki. Zmyślenia i fakty zostały tak scalone, by czytelnik nie wiedział, co prawda, co domysł, co probabilistyka. Trochę dezynwoltura, trochę – seans spirytystyczny. Jakby autorka weszła w zażyły kontakt z duchem swego bohatera. Jak zwykle z fantazmatami bywa, wymykają się chronologii. W „Rzeczach” czas płynie we wszystkich kierunkach naraz. Kręci się w głowie, gdy obok siebie stają dwa wcielenia Iwaszkiewicza – 80-letni mistrz i jego „poprzednik”, zdolny szczeniak z prowincji, aspirujący do sławy oraz akceptacji w ekskluzywnym gronie „Ziemiańskiej”.

 

Anna Król ma śmiały cel: dobrać się do jestestwa pisarza, przeniknąć osobowość „Iwachy”, wniknąć w jego myślenie, poczuć to, co on czuł. Bierze pod mikroskop meble, pamiątki i rozmaite, mniej czy bardziej wartościowe, rzeczy wypełniające dom-muzeum pisarza (otrzymanym w spadku po zamożnym teściu Stanisławie Lilpopie) w podwarszawskim Stawisku. Również rękopisy, notatki, dzienniki, listy. A także, powiększa niedyskrecje: włos z coraz mniej owłosionej głowy, wałek tłuszczu na brzuchu, sztywne mięśnie, zgrubiałe palce.

Pokazuje człowieka bez otoczki sławy. Obolałego, owładniętego uczuciem to do niej, Anny, to do pięknych młodych chłopców.

Co wyjątkowe – autorka „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” nie koncentruje się na literaturze. To znaczy, wymienia i cytuje książki, wiersze, eseje. Jednak uważa je nie za cel sam w sobie, lecz za za narzędzia poznania. Wspomina niektóre dzieła, w kontekście których ujawniają się niektóre cechy pisarza, a zwłaszcza jego uczuciowe zauroczenia. Wyposażona w tę podstawową wiedzę, dobiera do ciałka i do najbardziej osobistych problemów pisarza.

 

Na koniec – aneks dotyczący moich „rzeczy”. Bo ja też miałam kontakt z Iwaszkiewiczem. Nie osobisty, lecz za pośrednictwem jego zięcia Eugeniusza Markowskiego (męża Teresy, dyplomaty, artysty, profesora na ASP ) oraz jego wnuczkę Magdę, córkę Markowskiego, moją koleżankę z ASP.

markowski0052markowski0040  000164_1 106_rkowski 38_markowski Eugeniusz Markowski i jego obrazy

 

Kiedy „Iwacha” zmarł, Markowski uczestniczył w funeraliach. I to od niego pierwszego dowiedziałam się o tym górniczym wystroju pogrzebu. Jakoś nie zauważyłam głębi przeżyć u mojego belfra. Ten emocjonalny chłód zrozumiałam dzięki „Rzeczom”. Bo są rzeczy i uczucia, których nie rozkminią filozofowie…

 

 

Anna Król

„Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”

Wyd. Wilk &Król, Warszawa 2015

 

Tekst (w okrojonej formie) ukazał się w „Rzeczpospolitej”

19
Oct

Stołki w kulturze (jak są przyznawane stanowiska)

Udostępnij:

Myślicie, że na dyrektorskie stołki w tzw. kulturze są konkursy?
Błąd.
Są ciche nominacje.

„Jak tłumaczy w swoim piśmie Wiceminister Andrzej Wyrobiec tryb konkursowy jest tylko jedną z możliwości wyłonienia dyrektora instytucji kultury. Zgodnie z ustawą o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej organizator może powołać dyrektora bez konkursu po zasięgnięciu opinii związków zawodowych działających w tej instytucji kultury oraz stowarzyszeń zawodowych i twórczych właściwych ze względu na rodzaj działalności prowadzonej przez instytucję.”

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego niechętnie organizuje konkursy na dyrektorów instytucji kultury, których jest organizatorem.
XN–MENEDERKULTURY-FDD.PL
Jaromir Jedliński Przypomnę, co wnikliwie opisywała Christine Sourgins: “Jaki jest zatem portret bezwarunkowego bojownika Sztuki Współczesnej?
Przykro mi to stwierdzić: to kobieta. Dzieci już odchowane, czyha na nią wiek oraz nuda. Potrzebuje drugiego oddechu i drżenia z emocji dla dobrej sprawy. Nie chce sobie brudzić rąk w polityce, pragnęłaby bronić czegoś, bez dużego ryzyka. Uczynki miłosierdzia? To za bardzo pachnie starszą panią dobrodziejką, nie, jej potrzeba kuracji odmładzającej, potrzeba doznania czegoś nowocześniejszego, bardziej ekscytującego: SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ!”
Christine Sourgins ‘Les mirages de l’Art contemporain’ [La Table ronde, 2005] | III rozdział tej książki jako ZMAGANIA WIDZA ZE SZTUKĄ WSPÓŁCZESNĄ, w: Atrium Quaestiones XXI [UAM, 2010] w przekładzie Pawła Ignaczaka

 

19
Oct

Innowacja po polsku czyli a rebour (kilka uwag przedwyborczych z fb)

Udostępnij:

Kiedy czytam/słyszę o konieczności „bycia innowacyjnym”; o promowaniu „innowacyjności”; o nacisku, jaki na „innowacyjność” kładą różni mędrcy, chętnie diagnozujący nasze społeczeństwo – mam wrażenie, że ci doradcy żyją na księżycu – bo na pewno nie nad Wisłą.

Tu promowane jest zachowawcze, potulne i leniwe (pod każdym względem) powielanie tego, co po utartych torach, po najmniejszej linii oporu.
Niejaki Brian Tracy (ogromny sukces w Ameryce jako szkoleniowca od biznesu, sam znakomicie zorganizowany biznesmen, publikujący po kilka książek-poradników rocznie) w wywiadzie dla „Bloomberg” uważa, że w wolnych zawodach i w pracy umysłowej liczy się (w sensie finansowym także) wiedza, osobisty rozwój, kreatywne myślenie i doświadczenie.

„Kiedy stajemy się coraz lepszymi pracownikami, więcej zarabiamy. Rośnie przy tym nasze poczucie bezpieczeństwa. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z cudownych efektów osobistego rozwoju”.

Pan Tracy nie zna polskich realiów. Gdyby poznał, napisałby nowy podręcznik specjalnie dla nas.

Bo u nas wszystko odwrotnie. W zawodach artystycznych, w pracy umysłowej, w edukacji.
Im mniej się wie, im jest się gorszym pracownikiem, im ma się mniejsze doświadczenie – tym większa szansa na sukces. I na zarobki. O bezpieczeństwie nawet nie ma co wspominać.

Zawsze największe szanse mają krewni i znajomi królika. Pardon – Królika.

19
Oct

Polska w ruinie (kilka uwag przedwyborczych i reakcje na fb)

Udostępnij:

Kiedy czytam/słyszę o Polsce w ruinie, wcale mnie to nie śmieszy, nie oburza ani prowokuje do wykonywania gestów mających dać do zrozumienia, że ktoś tu zwariował.

Uważam, że „w ruinie” są ludzie.
I wcale nie ci ubodzy, których coraz więcej (a kiedy dzisiejsi 50-latkowie przejdą na emerytury, ten stan się pogorszy – perspektywa kilku milionów żyjących za niecały tysiąc zł wcale nie jest optymistyczna, nawet dla władz).

W ruinie – traktujmy to jako metaforę – są te wartości, które nas, i w ogóle Europę, ukonstytuowały.
Które sprawiły, że udało nam się obalić komunę.
Dziś na podobny proces nie ma szans.

Każdy patrzy, jak wejść w układ z partią (jaka by nie była u steru) i jak najwięcej z tego zyskać.
Jestem pewna, – co już obserwuję w mediach – że gorący zwolennicy PO szybciutko przesterują sympatie na prawo.

Maria Horak Janikowska W ruinie jest inteligencja. Skarlała coraz bardziej, skompromitowana (teczusie) zapadła się pod ziemię jak Atlantyda.Drzewiej wzorce szły od dworu, teraz od dna.

Marek Trojanowski Zgodziłem się z Tobą nawet bez rozwijania strony (!)

Sylwia Tarkowska-Włodarska Ja nic nie przesteruję. Moje stery prowadzą mnie w jednym kierunku- ku uczciwości i zgodzie z samą sobą. To oczywiste,że mamy w narodzie przewartościowania tak moralne jak i światopoglądowe czy polityczne. Nic juz nie jest takie jak przed laty. Proces jest nieodwracalny.

09
Oct

Nonkonformista bez ryzyka (recenzja z filmu „Performer”)

Udostępnij:

 

Facet w błękitnej, cekinowej marynarce zakłada na szyję grubą pętlę. Odkopuje krzesło i…

Nie, nie dusi się. Fruwa. Unoszą go w powietrzu balony napełnione helem. Samobójca w stanie nieważkości to Oskar Dawicki. Gwiazdor polskiej sceny sztuki i filmu „Performer”. Właśnie wchodzi na nasze ekrany filmowy portret artysty.thumb_2167__news-974

 

„Performer”, filmowe dokonanie Łukasza Rondudy i Macieja Sobieszczańskiego (wspólnie odpowiadają za reżyserię i scenariusz), miał być fabułą, zarazem dokumentem o procesie kreacji. Nie wyszło.

Widz niezorientowany w układach na polu sztuk wizualnych nie pojmie, kto kogo gra, a kto jest sobą; co jest rejestracją performansów, co improwizacją przed kamerą; do czego aluzjami są niektóre wypowiedzi i akcje; gdzie kończy się scenariusza, a zaczyna cytat.

Ronduda w dużej mierze oparł scenariusz na opublikowanym pięć lat wcześniej utworze literacko-konceptualnym „W połowie puste” (napisanym wspólnie z Łukaszem Gorczycą, prowadzącym galerię Raster, w stajni której jest Dawicki). maxresdefaultBez tej podpórki nie sposób rozszyfrować większości scen.performer  wystawa  film  sztuka  zycie_6677358

Film doskonale oddaje nihilizm, cynizm i pustkę obecnej sztuki – bo sam jest tupeciarski, nihilistyczny i pozbawiony treści. Męczy, tak jak męczące bywają wystawy. Dialogi rażą (albo śmieszą) napuszeniem, podobnie jak pseudointelektualny bełkot ludzi z artystycznej orbity.

 

Obraz zaczyna się przejazdem kamery po salach i eksponatach warszawskiego Muzeum Narodowego. Zastyga na lśniącej smokingowej marynarze. Od przywdziania tego tandetnego, już nadgryzionego zębem czasu ciucha, zawsze zaczynają się jego performanse Oskara Dawickiego.press_kit_performer_eng_small_14.01-page-001

Kariera obecnie 44-letniego artysty zaczęła się w połowie lat 90. Wtedy nabył cekinową marynarę i znalazł pomysł na siebie. Ubrany w ostentacyjnie kiczowaty strój, Dawicki niejako traci tożsamość. Uosabia sztukę. Przemawia w jej imieniu, łka, upokarza się, przeprasza, nie rozumie jej, ucieka przed nią w śmierć…

Wielokrotnie widziałam go na żywo, w akcji. W jego działaniach nie ma patosu. Jest autoironia wymieszana z poczuciem beznadziei. Prześmiewczość i rozpacz. Dystans do konsumpcji i dystans do statusu artysty. Prowokacja i niedowierzanie, że ten numer przejdzie.

W „Performerze” ginie wieloznaczność postawy Dawickiego. Gorzej – artysta wychodzi trochę na kabotyna, trochę na szarlatana.

Po części winę za to ponosi postać właścicielki galerii, zarazem kochanki artysty, w której to roli obsadzono Agatę Buzek. performer-film-o-oskarze-dawickim-3_6520871

Pani marszandka bezmyślnie klepie banialuki: „Anda Rottenberg określa jego sztukę jako egzystencjalny postesencjonalizm”; z emfazą opowiada o „mocnym”, nocnym performensie O.D., zatytułowanym „Drzewo wiadomości”, podczas którego artysta ogryzł wszystkie jabłka na jabłoniach w pewnym sadzie. Takie działanie istotnie miało miejsce w Rovereto w 2008 roku, podczas przeglądu Manifesta.

Buzek roztacza pawi ogon bzdur przed klientem/kolekcjonerem. Gra go piękny, androgyniczny i zimny jak lód Jakub Gierszał. Rozgrzewa go dopiero informacja o głębokiej depresji artysty i jego samobójczych zamiarach. Znaczy, będzie można na zakupie zarobić.

Jest jeszcze ktoś tytułowany Najdroższym (Andrzej Chyra). Kto to? Piotr Uklański, artysta rozsławiony aferą związaną z pokazem „Nazistów”, wylansowany w USA przez galerię Larrego Gagosiana, nota bene powiązaną z Rastrem. Andrzej Chyra MG_3236_performer-1600x1066z17255819Q,-Performer---Andrzej-Chyra-i-Agata-Buzek

W amoralnym, bezemocjonalnym świecie nie ma już miejsca dla Zbigniewa Warpechowskiego, pioniera polskiego performansu. Należał do buntowników, sprzeciwiających się komunizmowi. Był rewolucyjny i rewelacyjny na tle PRL. Nieprzekupny. Czy dziś ktokolwiek rozumie sens jego spektakli? Wątpię. Może nawet Dawicki, uważający Warpechowskiego za mistrza i mentora, nie pojmuje ryzyka, na jakie tamten się narażał.

Dziś za nonkonformizm nie grozi kara. Efektownie pokazany, jest na sprzedaż, jak wszystko inne. Dlatego Dawicki nie jest w stanie popełnić samobójstwa. Chyba, że ktoś przekuje balony, które go unoszą.

 

Tekst ukazał się w Rzeczpospolitej 08.10. 2015

 

 

 

 

 

 

 

08
Oct

Tęsknota po Byku (recenzja z dwóch równoczesnych wystaw Franciszka Starowieyskiego)

Udostępnij:

Starowieyski1 28976-Franciszek_Starowieyski_sztuka_obrazy_prace

 

69964_2aebda538

Nie był celebrytą, bo ani znał ten termin, a gdyby nawet, na pewno nie umiałby zachować się zgodnie z regułami celebryckiego code’u. Był za to wielką osobowością, o wielu talentach, kipiący pomysłami, o nieszablonowym sposobie bycia. Anegdoty o nim przeszły do historii, podobnie jak wkład w polską szkołę plakatu.

Zmarł sześć lat temu – i naprawdę okazuje się niezastąpiony.

.z6310406Q,Franciszek-Starowieyski-w-warszawskim-domu Franciszek Starowieyski

Podpis w ramach

Znakomicie, że jednocześnie w dwóch stołecznych salonach pojawia się jego sztuka oraz… on sam. Jego duch błąka się po Galerii Opera, gdzie trwa pokaz „U Byka w pałacu”. Natomiast w Galerii Grafiki i Plakatu – odkrycie! Nieznane obrazy artysty, namalowane w 1978 roku.

Najpierw radzę wybrać się do Opery, do sal obok teatralnego foyer. Tu na cześć Starowieyskiego zainscenizowano barokowy pałac.

46820323 vdt_starowieyski74_27

Ten styl, tamtą epokę uznał za własne. Jak wiadomo, datował swe prace o trzysta lat wcześniej. I „barokowo” rysował, kaligrafował, myślał. Z rozmachem, nie przyjmując do wiadomości ograniczeń narzuconych mu przez komunę. Jego charakterystyczny podpis – wirtuozerski zawijas – sygnuje większość prac. Niektórzy nawet uznali ten podpis za samodzielne, pełnoprawne dzieło sztuki i oprawili w ramy. Takie kaligraficzne arcydzieła można podziwiać w pałacowych komnatach w Galerii Opera.

Oczywiście, nikt nie wznosił w teatrze murów – ściany zostały zamarkowane wielkimi, barwnymi fotografiami. Nie jest to przypadkowa rezydencja – wykorzystano fasadę i wnętrza z pałacu biskupów w Kielcach, gdzie trafiło sporo mebli z domostwa babki Franciszka S.

Efekt jest doskonały. Iluzja, mylenie oczu – zabiegi tak bliskie barokowym twórcom, tu zostały stworzone nowoczesnymi środkami. Lekko, dowcipnie, finezyjnie.

Zanim wejdziemy na pokoje, przejdźmy przez dziedziniec. Można na chwilę przysiąść na ławeczce, przerzucić tomik złotych myśli Franciszka na temat kobiet (niewątpliwie był specjalistą od płci pięknej)

.216-franciszek-starowieyski-jak-wam-sie-podoba starowi4202462

Radzę też rozejrzeć się bacznie dookoła. Na ścianach – mnóstwo plakatów mistrza, eksponowanych bez pompy, bez chronologii, tak, jak to kiedyś na parkanach bywało. Na jeden egzemplarz warto zwrócić uwagę: projekt do sztuki „Męczeństwo i śmierć J.P. Marata”. To praca… obrotowa. W jedną głowę zostały wpisane dwa profile. Proszę przekręcić obrazek o 180 stopni (wolno) i myk! Ukazuje się drugie oblicze.

Hitler upiększony

Kiedy już wejdziemy do pałacowych wnętrz, w pierwszym pomieszczeniu zobaczymy skarby wyciągnięte z rozlicznych szaf i szuflad w mieszkania artysty. Przy dość luźnym trybie życia, Starowieyski w domu przeobrażał się w pedanta. Tylko dzięki temu na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, w zwykłym mieszkaniu w warszawskim bloku, potrafił zmieścić przebogate, muzealne zbiory tudzież setki, tysiące szkiców własnych. Z tego morza na obecną wystawę wyłowiono sporo ciekawostek, jak np. podobiznę Hitlera z dekoracyjnymi naroślami na czole. Są szkice nie wiadomo do czego, nie wiadomo z jakiej dekady; rysunki satyryczne; scenki rodzajowe; autoportrety. Nawet znalazł się rysunek przedstawiający słynną katastrofę lotniczą z 1980 roku (zginęła w niej Anna Jantar). Starowieyski z okien pracowni obserwował eksplozję na Okęciu, co przypomniał mu wojnę.

Kolejna komnata – kolejne niespodzianki. Prace z prywatnych kolekcji (w tym ze zbiorów Jana Kulczyka „Miejscowi lekarze kroją p. Jolantę Marschall”, Frankowa wersja „Lekcji anatomii dr. Tulpa” Rembrandta. Na koniec wizyty w pałacu – audiencja u mistrza. Najpierw w małym, ciasnym mieszkanku na Saskiej Kępie, gdzie Andrzej Papuziński nakręcił dokument „Bykowi chwala”. Następnie można podejrzeć twórcę w czasie Teatru Rysowania, jednego z wielu kilkudniowych spektakli, podczas których Starowieyski tworzył, zabawiał widownię anegdotami, rozmawiał z modelką. Tym razem była nią aktorka Helena Norowicz, czytająca Becketta.

Figury z pędzla

Po takiej porcji wrażeń należy przejść do Galerii Grafiki i Plakatu. Tu dalsze atrakcje – czarno-białe obrazy Franciszka. S. Typowe dla niego motywy – monstrualne, nagie babo-stwory, wielkie brzuchy, gigantyczne cyce, skrzydła zamieniające się w grzyby, czaszki, jajowate formy porośnięte kolcami bądź obrosłe oczyma… Wszystko to znamy, ale maestria artysty za każdym razem na nowo uwodzi. Jego niezwykła umiejętność wydobywania coraz to innych sensów, podtekstów ze zbliżonych elementów. Idealnie przystawało to do scenografii stworzonej do spektaklu „Oni” wystawianego w Teatrze Ateneum. Polish Poster

Właśnie z tej okazji Franciszek Starowieyski namalował serię wielkich płócien. Sam przyznawał, że nad olej i pędzel przedkładał pastele, kredki, węglowe sztyfty. Tym razem dał popis malarski, wcale udany. Aczkolwiek kolorystycznie mocno się ograniczył: tylko czerń (tło)i wydobyte bielą sylwety. Ale ile w tej bieli i czerni niuansów, tonów pośrednich, szarości o różnym natężeniu.

Gdyby taka dawka „starowieyskości” nie wystarczała, na drugi bis polecam przejrzenie drobnych prac oraz plakatów znajdujących się w zbiorach Galerii Grafiki i Plakatu.

A potem można się tylko zadumać, dlaczego dziś prawdziwych artychów już nie ma…

 

 

U Byka w pałacu – Galeria Opera, wystawa czynna do 15 listopada 2015

Franciszek Starowieyski „Oni” i inne prace – Galeria Grafiki i Plakatu, wystawa czynna od 5 do 22 października

05
Oct

Żyć nie umierać (felieton o młodości, starości, filmie „Młodość”)

Udostępnij:

– Ze mną kiepsko: w połowie jestem gorący, w połowie lodowaty – zwierzył się pewien sędziwy pan innej seniorce, która również utyskiwała na zdrowotne niedomaganie. Rozpoczęła się licytacja – czyj organizm bardziej szwankuje i w jaki sposób. Wymiana chorób odbywała się w środku masowej komunikacji. Dotknięci nimi starsi państwo przekrzykiwali śródmiejski harmider, nie zważając na przypadkowych słuchaczy. Ba, kontenci z ich obecności. Nareszcie mieli odbiorców skarg. W ich przedziale wiekowym choroby nie robiły na nikim wrażenia.

„Ja mam sześćdziesiąt lat, ty masz sześćdziesiąt lat, będzie nas coraz więcej… ”

Tak mogą zaśpiewać ci, których rodzice nie myśleli o tym, czy podołają finansowo prokreacji, ale po prostu się rozmnażali. Głupio i bez wyobraźni, nie kalkulując potomstwa wedle zgromadzonych na koncie zer. Bo to na ogół było zero lub coś koło tego. W najlepszym przypadku stać ich było na założenie dziecku książeczki oszczędnościowej PKO i wpłacając co miesiąc stówki.

Dzieci powojennego wyżu wkraczają lub wkroczyły w wiek senioralny i zaczynają liczebnie niebezpiecznie dominować nad pokoleniem produkcyjnym. Niektórzy wciąż pracują, przez co młodym rośnie gula, że staruchy ich blokują. Przy bezrobociu i śmieciówkach nie ma co się dziwić, że wzmaga się ageizm, czyli dyskryminowanie osób starszych.

Właściwie, kiedy to się zaczyna? Piękna 32-latka Ann Hathaway

 

2381-anne-hathaway-widescreen Anne-Hathaway-Photoshoot

narzeka, że role odpowiednie dla jej wieku powierzane są dwudziestolatkom, bo ona jest na nie… za stara. Dodaje, że kiedy sama była o dekadę młodsza, proponowano jej wcielanie się w postaci w wieku jej matki. Ktoś powie – choroba Hollywood, nas nie dotyczy. Czyżby?

Siłowe parcie na sztuczną młodość nie wynika tylko z próżności tej i owej osoby. Nie dlatego lekarze różnych „niedochodowych” specjalności przekwalifikowują się na chirurgów estetycznych. To efekt pop-kultury, przyjętej jako jedyna prawda do wierzenia. Brak wyglądu nie przystaje do standardów XXI wieku. Kto jest wizualnie starością trafiony, ten zatopiony. No, chyba że ma sześć czy więcej zer na koncie (o których o czym marzycielsko rapuje Taco Hemingway), wtedy zewnętrzność ani wewnętrzność nie mają znaczenia. Gruby portfel przydaje zmarszczkom seksapilu: delikwent długo nie pociągnie, kasa zostanie. Warto się zatroszczyć.

Ale zejdźmy na naszą polską ziemię, na której emeryt wyciąga miesięcznie góra trzy zera, czasem nawet dwa. Nawet jeśli w promiennych latach 90. uwierzył w obietnice drugiego filaru i wpłacał comiesięczną daninę obcym bankom, mamiących „godną starością”, to dziś żyje raczej głodnie niż godnie.

Transformacja najmocniej uderzyła w wolne zawody, którym przynależność do związków twórczych nie zapewniła na stare lata niczego. Wprawdzie artystom wiek liczy się inaczej. Zdarzają się tacy, którzy z każdą dekadą nabierają coraz więcej werwy, temperamentu, życia. Włos siwieje, plecy garbią się, wzrok słabie, a prace młodnieją. Jednak kreatywność – to jedno, a biologia – drugie.

Obejrzałam „Młodość”, czyli filmową rozprawkę o starości Paola Sorrentino.

b3fc14b7 caine mlodosc-paolo-sorrentino-gutek-film-2015-07-24-001 facebook_event_909995002401650W rolach głównych pan reżyser i pan kompozytor, obydwaj pod osiemdziesiątkę. Relaksują się w szwajcarskim Davos, korzystając z wypasionej oferty kurortu: masaże, zabiegi regeneracyjne, kąpiele, koncerty, nagie baby, dzikie słonie.

Nie drżą na myśl o rachunku, jaki przyjdzie im za te dobra zapłacić – podczas gdy dla polskiego staruszka problemem bywa opłata czynszu. Dla staruszka-artysty jeszcze większy stres, jak utrzymać siebie i podtrzymać aktywność twórczą. Rozpaczliwe wysiłki, heroiczne wybory, dramatyczna walka z narastającą niemocą, a przecież „jeszcze nie wieczór”…

W pewnym momencie jednak nadchodzi. Co wtedy, gdy stan zdrowia i umysłu seniora wymagają stałej pomocy pielęgniarskiej, zaś rodzina się wypina?

Matuzalema czeka przeprowadzka do staruszkowa. O standardzie tego typu przybytków dobitnie mówią nazwy. Od przaśnych domów pomocy społecznej czy centra opieki i rehabilitacji, po ekskluzywne przystanie złotej jesieni, pogodnej i spokojnej starości i domy seniora o wyszukanych nazwach w rodzaju Vivante, Elite Prestige, Nadzieja.

Mogą ją żywić głównie wiekowi przybysze z Niemiec, dla których miesięczny wydatek wysokości 4 do 8 tysięcy zł to betka przy takich samych cyfrach, lecz w euro, które za zachodnią granicą przychodzi płacić za w miarę komfortową końcówkę życia.

To jednak nie największy luksus – bo ten kosztuje kilkanaście tysięcy za miesiąc. Są już takie miejsca w Polsce, zwłaszcza w okolicach Warszawy, gdzie największe stężenie zamożności. Tu dopiero można sobie pożyć! Pensjonariusze mają do dyspozycji pojedyncze – bądź małżeńskie – apartamenty, posiłki z karty, spa, limuzyny z szoferem, zajęcia ukulturalniające i rozrywkowe plus stałą opiekę medyczną, terapeutyczną, rehabilitacyjną.

Gardłowanie o wydłużeniu czy skróceniu wieku emerytalnego w Polsce zupełnie niepotrzebnie rozpala emocje: dla większości obywateli III RP gra toczy się o kilkaset zeta w tę czy w drugą stronę. Ekwiwalent kilku masaży, paru terapii, jednej doby w Vivante czy Prestige.

Żeby uciąć dywagacje o emeryturach, proponuję organizować seniorom ze zwykłych domów starców wycieczki po tym luksusowych. Widzicie, dziady, jaka starość możne być fajna ? A wy, niezguły, nie umieliście zapracować na złoto waszej jesieni. Zawaliliście sprawę. Miejcie pretensje do siebie.