THE BLOG

29
Nov

Sztuka formatowana słowem (czyli kuratorskie metody)

Udostępnij:

 Na ten film trudno się dostać: „Sól ziemi”, dokument Wima Wendersa Sól-Ziemi-reż.-Wim-Wenderso słynnym brazylijskim fotografie Sebastiao Salgado

sól-ziemi-2 z19076343O,Wim-Wenders-z-zona-Sebastiao-Salgado-Lelia-fot-Sebastiao

grany jest przy kompletach na sali. Prawie przez dwie godziny na ekranie pokazywane są zdjęcia, które komentuje autor. Większość kadrów czarno-białych; opowieść też surowa, pozbawiona patosu i zbędnych słów. Obraz jest wystarczająco wymowny. Postawa Salgado – także oczywista, bez deklaracji z jego strony. Co więcej, jego dokonania obywają się bez bałamutnych wywodów kuratorów; nie trzeba dorabiać ideologii ani interpretacji.

Kiedy oglądałam ten film, uświadomiłam sobie, co mnie najbardziej drażni w lansowanej u nas sztuce: fałsz.

Kuratorski lans

Naciąganie zaczyna się na szczeblu koncepcji. Artysta już nie tworzy z potrzeby serca, ducha, umysłu. Zanim przystąpi do działania – pisze projekt, który ma szanse dostać dotację. Czyli – podejmuje „gorące” tematy, na które przychylnie patrzy Unia tudzież/lub opiniotwórcze ciała przyznające granty.

Dawno skończyły się czasy, gdy sztuka broniła się sama. Kiedy za całą wskazówkę interpretacyjną wystarczył tytuł pracy plus dane techniczne. Jednak w sytuacji, gdy unieważniono dotychczasowe kryteria wartościujące, widzom trzeba wyjaśnić, dlaczego dana rzecz czy postępowanie zostały uznane za dzieło. Komentarz ma przekonać odbiorców, że nie są wpuszczani w maliny. A to w dużej mierze zależy od słów. Od tekstu autorskiego bądź interpretacji kuratorskiej.

Kuratorów ci u nas dostatek. Rekrutują się spośród absolwentów studiów kulturoznawczych, socjologicznych, historii sztuki, uczelni plastycznych, wreszcie – specjalistycznych wydziałów.

W ostatnich latach niepomiernie wzrosła ich liczebność oraz pozycja. Artystów przesunięto do drugiego szeregu. To wyrobnicy. Ich prace traktowane są zaledwie jako surowiec. Glina, z której prawdziwy kreator-kurator lepi Dzieło. To on uważany jest za Autora. On dostaje za wystawy honorarium, często niemałe. Jego nazwisko wypisywane jest w informacjach, powtarzane w mediach. Lansowane.

Nie wszyscy kuratorzy potrafią pisać – jednak piszą. Tworzą „kulturalną” nowomowę. Grafomańskie zawijasy zdobią cytatami z modnych w intelektualnych kręgach lektur i nadużywają obcych terminów. Ta „wokółwizualna” logorea wdarła się do mediów. Dęte komentarze towarzyszą zarówno sztuce wybitnej, jak niskich lotów. I bynajmniej nie przybliżają twórczości plastycznej odbiorcom. Przeciwnie – zaciemniają obraz. Fałszują. Zrównują dokonania wartościowe z artystycznymi wydmuszkami. Żonglują sztuką, socjologią, psychologią, naukami ścisłymi, żywą istotą, chorobą, patologią i wszystkim, co popadnie. Nie ma takiego zjawiska, którego nie można wcisnąć w ramy sztuki. Słowo kuratorskie wszystko uniesie, podniesie, uzasadni.

Na tym nie kończy się zachłanność kuratorów. Ostatnio zaczęli domagać się uznania ich działań za osobny gatunek sztuk wizualnych. Skoro pozwolono im traktować dzieła sztuki jak klocki do przestawiania, może dojść i do takiego nadużycia.

Wrażliwość posthumanistyczna

W zestawieniu z rozrywką poważna sztuka przegrywa. Jest nudna i trudna, wymaga obycia, wiedzy, wrażliwości. Jak ją uatrakcyjnić? Podnoszeniem temperatury. Grą na emocjach. Manipulacjami wątpliwymi moralnie. W sztuce epoki posthumanizmu wszystkie chwyty dozwolone.

Czerwona lampka zapaliła mi się przy projekcie Joanny Rajkowskiej: urodzić dziecko. Ale nie w Polsce, lecz w Berlinie, jako że będzie to rzutowało na losy potomka. Na tym artystyczne działanie nie skończyło się. Mała Róża przyszła na świat z rzadką chorobą oczu. Doskonały motyw dla kolejnego artystycznego przedsięwzięcia. Oto, co przeczytałam w materiałach prasowych: „Córeczka artystki zaistniała w świadomości zainteresowanych sztuką Polaków w związku z chorobą, z którą z pomocą lekarzy i darowizn od przyjaciół walczą rodzice dziewczynki”.

A co z chorymi dzieciakami, o życie których walczą „zwykli” rodzice? Co z akcjami spontanicznej pomocy ze strony tych, którzy nie są zainteresowani sztuką? Kiedy humanitarne odruchy przekształcają się w „projekt”?

Przypomina mi się mit o Midasie – jak wiadomo, czego by nie tknął, zamieniało się w złoto. Współczesnymi Midasami mianowano kuratorów: kogo/czego nie wskażą, przeobraża się w sztukę.

W CSW-Zamek Ujazdowski trwa retrospektywa Franciszka Orłowskiego, lat 31. Okazuje się, że mimo młodego wieku ma już na koncie prace „ikoniczne”, np. „Pocałunek miłości” (2009). To dzieło performatywno-procesualne (cytuję), uwiecznione na slajdach. Pewnego pięknego dnia Orłowski przysiadł na ławce obok bezdomnego i namówił go do wymiany odzieży. Rejestrację tego dwustronnego, symultanicznego striptizu zakończonego zamianą księcia w żebraka i odwrotnie, zaprezentowano widzom jako wyraz niezgody na wykluczenie.

Akcja niewątpliwie zainspirowana reportażem uczestniczącym. Pionier tego typu doświadczeń (i ich opisywania), niemiecki reporter Günter Walraff, guenter-wallraff-schwarz-weiss

img imagen11chcąc dać niezafałszowany obraz losu gastarbeitera, zatrudniał się jako jeden z nich. Podobną mistyfikacją posłużył się Jacek Hugo-Bader, wcielając się w rolę bezdomnego imieniem Charlie. Rzecz znamienna: reportaż wcieleniowy spotkał się z potępieniem innych dziennikarzy, uważających tego typu chwyty za moralnie naganne.

Kaskaderskie wyczyny

Artyści już spostrzegli, że kurator to twórca wyższy rangą. I tak Zbigniew Libera, znany z działań dysydenckich w latach 80., który w ostatniej dekadzie przeobraził się w gwiazdora sztuk wizualnych, poczuł się uprawniony do oceniania historii sztuki („Przewodnik po sztuce”, cykl programów w TVP Kultura) oraz przygotowywania wystaw. Prezentacja „Kurator Libera” (dwa lata temu w wrocławskim BWA) stała się czymś w rodzaju namaszczenia dla szóstki młodych artystów, wskazanych przez mistrza. Każdy z nich „wychodzi do człowieka” i „…odkrywa ʽprawdziwe łzyʼ, nieporozumienia, aporie racjonalności w zetknięciu z nieredukowalną tajemnicą, będącą zarówno źródłem blasfemicznych gestów, konfrontacyjnych dyskursywnych sprzeczności jak i wdzięczności”.

Taka rekomendacja otworzyła debiutantom drzwi do najbardziej prestiżowych galerii. Dzięki Liberze rozpoczęła spektakularną karierę Honorata Martin. Artystka uprawia sztukę podwyższonego ryzyka. W sensie dosłownym. Na przykład, zawiesza się na rękach po zewnętrznej stronie balkonów bloków mieszkalnych. Z coraz wyższych pięter, bez zabezpieczeń. Dokumentują to zdjęcia, wystawiane jako dzieła. Martin nie przeszła kursu w cyrku – to jej artystyczna inicjatywa. Inny performance, zarejestrowany na dachu wieżowca, nosi tytuł „Z wysoka widok zdaje się być piękniejszy” (oczywiste odniesienie do filmu Anki i Wilhelma Sasnali). Artystka zbliża się do krawędzi budynku, niebezpiecznie wychyla… Podtrzymuje ją ręka niewidzialnego opiekuna. Wyczytałam, że film buduje „niesamowite napięcie”. Z pewnością. A nuż baba spadnie? Dopiero będzie sensacja!

Kiedyś na targach sztuki w Berlinie widziałam amatorski film nakręcony podczas terrorystycznego ataku na WTC. Niektórzy ludzie znajdujący się w wieżowcach wyskakiwali przez okna, wybierając ten rodzaj śmierci. Lot kilku osób zarejestrowała kamera przypadkowego widza. Obserwowałam reakcje publiczności targów: kilkoro chichotało.

Jak widać, śmierć też może być artystycznym towarem.

Senna sztuka

Wydawało się, że akcje polegające na autoagresji wyczerpali pionierzy body artu. Vito Acconci, Orlan czy Marina Abramović eksperymentowali z własnym bólem i wytrzymałością psychiczną publiczności już w latach 60./70. Przeżyli. Acconci projektuje krajobrazy, Orlan ogranicza się do farbowania włosów na dwa kolory, Abramović poddała się licznym zabiegom estetycznym i występuje w charakterze modelki-celebrytki. Z wiekiem przeszła im ochota do narażania ciała na szwank.

A dziś żeby przyciągnąc do galerii widzów nieustannie bombardowanych silnymi emocjami, potrzeba czegoś ekstra. Czegoś, czego zwykle artysta publicznie nie robi. Nie, nie chodzi o wypróżnienie (to też było), lecz o stan, kiedy traci się nad ciałem kontrolę – o sen.

I nie rzecz w tym, żeby zaprezentować filmowy zapis, jak zrobił to Andy Warhol ponad pół wieku temu. Ma być reality show.

Zapoczątkowała to Natalia LL w 1978 roku. 829_2504_articlesOd tamtej pory kilkakrotnie zasypiała (pod wpływem środków nasennych) w obecności zafascynowanej widowni. Jej projekt „Śnienie” podchwycił i niejako sparafrazował Karol Radziszewski, z17115225O,Re-performans-Karola-Radziszewskiego--Snienie---fot-postępując podobnie podczas wernisażu swej wystawy w toruńskim CSW. Także Natalia Bażowska 006613drzemała zdrowo na otwarciu swego pokazu wiosną tego (kończącego się) roku. Posłała sobie „Leże” z mchów, liści, skór zwierzęcych w Miejscu Projektów Zachęty. Położyła się w legowisku i zapadła w sen. Z katalogu dowiedziałam się, że Bażowska „…deklaruje fascynację życiem we wszelkich jego przejawach, aspektami psychologicznymi i fizjologią ciała, a także czerpanie inspiracji z otaczającej rzeczywistości” (składnia oryginału).Nie cała to prawda.

Inspiracją dla tej i wielu innych artystów stała się książka Moniki Bakke „Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu”, gdzie opisano „kryzys wyjątkowości człowieka”. Zwierzęta jako dzieła sztuki? Proszę bardzo! Modna perspektywa.

Rok temu w galerii Monopol duet Czekalska/Golec wyeksponowali kota. Żywego. Główny obiekt pokazu „Still” poruszając się po sali, nieświadomie włączał urządzenie elektroniczne zapalające neon. Było o czym informować widzów: że wzięty ze schroniska, że był światkiem zbrodni; że zaszczepiony. Najważniejsze jednak – artystom udało się przestawić go na wegetarianizm.

Pionierzy z nieba

Kuratorska aktywność nie dotyczy jedynie młodych, choć pokolenie między 25 a 35 zdecydowanie dominuje w galeriach. Zdarza się jednak, że wyciągani są starsi mistrzowie. Czasem kuratorzy mianują kogoś prekursorem tego, co obecnie na topie. I tak udało się zaadaptować do aktualnych potrzeb działalność Zbigniewa Warpechowskiego, Natalii LL, Zofii Kulik, Tadeusza Rolke.

Jakoś nikt nie rwie się do lansowania Stanisława Fijałkowskiego, Stefana Gierowskiego, Magdaleny Abakanowicz, Zbigniewa Gostomskiego, Kojego Kamojego – żyjących, wybitnych, mocno niemłodych. I mających wielki wpływ na młodsze od nich pokolenia.

Bo żeby starzy pasowali do dzisiejszych trendów, trzeba ich twórczość poddać reinterpretacji. Niektórzy szczęśliwie przebywają w zaświatach i można przypisać im dowolne intencje, dorobić nowe wątki w biografii.

Świetnie do tego nadawali się m.in. Edward Krasiński, Oskar Hansen, Andrzej Wróblewski, Katarzyna Kobro, Zofia Rydet. Ich uznano za godnych antenatów, ich prace trafiły do Muzeum Sztuki Nowopczesnej, ich dorobek wprowadzono na rynek sztuki.

Inaczej stało się z Erną Rosenstein. Artystka spotkała się z ostracyzmem po 1989 roku z racji lewicowych poglądów. Nic to, że nigdy nie zhańbiła się socrealistyczną stylistyką i całe życie pozostała wierna surrealizmowi. Niedawno wyciągnięto z niebytu jej malarstwo, a zwłaszcza nadrealistycznie potraktowane meble, przedmioty i biżuteria. To przecież łakomy handlowy kąsek. Trzeba jednak było zreinterpretować dorobek Rosenstein. I zrobiono z niej… feministkę.

A kto zabroni kuratorowi?

 

 

 

 

 

 

 

25
Nov

Wenus zawłaszczona (wystawa „Renesans Botticellego” w berlińskim Kulturforum)

Udostępnij:

 

Jest w ścisłej czołówce artystów wszech czasów, reprodukowany w nieskończoność, cytowany w tysięcznych transkrypcjach i wariacjach. Jednak ekspozycja w berlińskiej Gemäldegalerie nie jest zwyczajnym przeglądem dokonań wielkiego Florentyńczyka.

Tytuł „Renesans Botticellego” ma dwojaki sens. Nie tylko odnosi się do okresu w historii kultury, w którym działał Sandro Filipepi Baryłka (to po włosku znaczy przydomek artysty).

Pokaz, na który składa się ponad 200 obiektów, w tym – przeszło 50 tytułowego bohatera, uświadamia także, jak kręte były drogi jego sławy. Popadł w zapomnienie jeszcze za życia, kiedy pod wpływem nauk Savanaroli zmienił światopogląd i styl malowania. Duszne rozterki Botticellego odzwierciedliły się w jego sztuce. Dawny wdzięk, poetyckość i lekkość kompozycji zastąpiły tragizm i moralizatorstwo. Przestał się podobać, stracił zleceniodawców.

Jego śmierć w 1510 roku przeszła bez echa, a twórczość popadła w zapomnienie na kilka stuleci.

Parafrazy wiele razy

Berlińską wystawą pomyślano jako podróż do źródeł, trasę odbytą wstecz. Otwierają ją współczesne prace inspirowane czy nawiązujące do dzieł Botticellego. W środku drogi mijamy stację XIX-wiecznych fanów mistrza, by na końcu przybyć do celu, do świątyni z oryginałami.

Doskonała koncepcja. Uzmysławia skalę „rozprysku” oraz proces popkulturowego spłaszczania, zawłaszczania arcydzieł renesansowego twórcy.

Cudna Wenus wypływająca z morskich fal na muszli staje się World Miss Banału.

mc-018E6E00C841F19D 33113_preview BOT_Tomoko_Nagao_grJeden z najwcześniejszych aktów w historii europejskiej sztuki, ideał urody delikatnej, kruchej, lirycznej. Czy możliwe, by jakakolwiek ziemska istota dorównała cielesną krasą bogini miłości?

I owszem. W Kulturforum mamy całą galerię naśladowczyń. Na Wenus wystylizowały się Cindy Sherman, Orlan, japoński drag queen Yasumasa Morimura, modelka z plakatu reklamowego Davida La Chapelle’a. To już skręt w kamp, czyli świadomy kicz, przesłodzenie.

Na poważnie z boginią mierzyli się też Andy Warhol, Jean Dubuffet, Robert Rauchenberg. A Dolce & Gabbana, duet projektantów mody, użył „Wenuski” jako deseniu nadrukowanego na suknię.

dolce_gabbana_pasarela_697787880_300x dolce-gabbana63 dolce_gabbana_pasarela_158884234_300x

Druga dama Botticellego, najczęściej wykorzystywana w XX wieku, to Flora vel Primavera.

Belgijski surrealista René Magritte umieścił ją na plecach swego sobowtóra – faceta w czarnym płaszczu i meloniku. Elsa Schiaparelli, projektantka epoki międzywojnia współpracująca z surrealistami, stworzyła wspaniałe kreacje haftowane w kwietne motywy, wzorowane na sukni Flory. Z kolei Isadora Duncan zaimprowizowała taniec nimf ku chwale Wiosny. Jej radosne pląsy to dokument z czasów niemego kina.

Przystanek moralność

Kiedy po raz pierwszy reklama skorzystała z nieodpartego uroku dziewic pana Sandro?

W dobie secesji. Rysowana giętką linią Primavera idealnie wprost nadawała się, by nagłośnić Festiwal Sztuk i Kwiatów, zorganizowany w 1896 roku. Zanim jednak Botticelli trafił do marketingu, trzeba było innych artystów, którzy wyciągnęli z niebytu genialnego Florentyńczyka. Swoje powtórne narodziny i zajęcie wysokiej pozycji w historii sztuki Sandro B. zawdzięcza – przede wszystkim – dwom ugrupowaniom z połowy XIX stulecia.

Brytyjskie Bractwo Prerafealitów i niemiecko-austriacka grupa Nazareńczyków postawiły sobie za cel odnowę tak sztuki, jak morale zdegenerowanego mieszczańskiego społeczeństwa.

Wśród Prerafealitów nie brakowało talentów – jak choćby Gabriel Dante Rossetti. Ten uwielbiał kobiety typu smutna femme fatale.

                             Dante_Gabriel_Rossetti_-_The_Day_Dream_-_Google_Art_Project Rossetti_Dante_Gabriel_Helen_of_Troy_1863 Dante_Gabriel_Rossetti_Hanging_the_Mistletoe

Podziwiał sztukę Botticellego, składając mu hołd w niejednej kompozycji, choćby „Kobiecie w oknie” (1870).

Bardziej odeń praktyczny William Morris przeniósł motyw tańczących panien (również ukłon w stronę Sandra B.) na gigantyczny dekoracyjny gobelin. Do ozdoby dużych pomieszczeń.

Nie tylko artyści inspirowali się dziełami ulubionego malarza Medyceuszy – „Primavera” była chętnie odgrywana przez zwykłych (choć zasobnych) zjadaczy chleba jako tzw. żywy obraz. Panie i panowie przebrani w stosowne szatki zastygali na długie chwile w bezruchu, co pozwalało uwiecznić ich na zdjęciu. Jedną z nich przedstawiono w Berlinie.

Znacznie mniej nastawieni na duchowość byli francuscy XIX-wieczni twórcy, do których także przemówiło piękno malowideł Botticellego. Jedna z najsłynniejszych parafraz to akademickie dzieło „Narodziny Wenus” Williama Bougeureau (1879). Bohaterka wcale nie wydaje się niewinna, wdzięczy się do widza jak aktorka na scenie, otoczona tłumem statystów: amorków, nimf i satyrów.The_Birth_of_Venus_by_William-Adolphe_Bouguereau_(1879)

Pielgrzymka do świątyni

Wreszcie dochodzimy do celu. Na końcu wybudowano swoiste sanktuarium Botticellego: prostokątna konstrukcja pośrodku wielkiej sali. Zewnętrzne ściany budowli pokryte są obrazami mistrza. Najwięcej prac pochodzi ze szczytowej fazy twórczej Sandra – lata 70. i 80. XV stulecia. Jest cała seria pięknych Madonn, w tym dwie z polskich kolekcji (tondo Lanckorońskich i „Madonna ze śpiewającymi aniołami” ze zbioru Raczyńskich). Jest słynny święty Sebastian, tyleż cierpiący co powabny. Są też męskie portrety, z pewnością odwzorowane według modeli. Obok niezidentyfikowanego przystojnego chłopca o blond lokach, z którymi kontrastuje czerwona czapeczka07_Sandro_Botticelli_Portraet_eines_jungen_Mannes, figuruje postać znana w całej Toskanii, a nawet Europie: Giuliano de’Medici, młodszy brat Wawrzyńca Wspaniałego. Szlachetna szczupła twarz, długi, wąski nos, przymknięte powieki, ciemne pukle. Czyżby wierna podobizna? Nie, to pośmiertny wizerunek młodzieńca zasztyletowanego w wieku 25 lat podczas mszy we florenckiej katedrze…Botticelli,_ritratto_di_giuliano_de'_medici_bergamo

Lepiej nie rozpamiętywać tamtej zbrodni i przejść do „kaplicy” – serca ekspozycji. Tu nic nikomu nie grozi. Panuje podniosły nastrój: na ciemnoczerwonych ścianach umieszczono zaledwie dwa obiekty.

Na ścianie z prawej strony – rysunek piórkiem do „Boskiej komedii” (1492-98). Na wprost wejścia – obraz „Mistyczne narodziny” (1501). Późne prace, już nie tak tak urzekające, jak wspomniane Madonny. Wyróżniono je z innego powodu: są sygnowane przez Botticellego. Jego sława już wówczas zblakła, pracownia upadła, uczniowie odeszli. I właśnie u schyłku życia artysta uznał za właściwe złożyć swój podpis.

 

 

„The Botticelli Renaissance” – Kulturforum, Gemäldegalerie, Berlin, wystawa czynna do 24 stycznia 2015

25
Nov

Sztuka formatowana słowem (o działalności kuratorskiej)

Udostępnij:

Sztuka formatowana słowem

Na ten film trudno się dostać: „Sól ziemi”, dokument Wima Wendersa

 

44175_c 44175_1 05-©-Sól-ziemi-Sel-de-la-terre-La-Salt-of-the-Earth-The-Wim-Wenders-Juliano-Ribeiro-Salgadosolziemi

o słynnym brazylijskim fotografie Sebastiao Salgado grany jest przy kompletach na sali. Prawie przez dwie godziny na ekranie pokazywane są zdjęcia, które komentuje autor. Większość kadrów czarno-białych; opowieść też surowa, pozbawiona patosu i zbędnych słów. Obraz jest wystarczająco wymowny. Postawa Salgado – także oczywista, bez deklaracji z jego strony. Co więcej, jego dokonania obywają się bez bałamutnych wywodów kuratorów; nie trzeba dorabiać ideologii ani interpretacji.

Kiedy oglądałam ten film, uświadomiłam sobie, co mnie najbardziej drażni w lansowanej u nas sztuce: fałsz.

Kuratorski lans

Naciąganie zaczyna się na szczeblu koncepcji. Artysta już nie tworzy z potrzeby serca, ducha, umysłu. Zanim przystąpi do działania – pisze projekt, który ma szanse dostać dotację. Czyli – podejmuje „gorące” tematy, na które przychylnie patrzy Unia tudzież/lub opiniotwórcze ciała przyznające granty.

Dawno skończyły się czasy, gdy sztuka broniła się sama. Kiedy za całą wskazówkę interpretacyjną wystarczył tytuł pracy plus dane techniczne. Jednak w sytuacji, gdy unieważniono dotychczasowe kryteria wartościujące, widzom trzeba wyjaśnić, dlaczego dana rzecz czy postępowanie zostały uznane za dzieło. Komentarz ma przekonać odbiorców, że nie są wpuszczani w maliny. A to w dużej mierze zależy od słów. Od tekstu autorskiego bądź interpretacji kuratorskiej.

Kuratorów ci u nas dostatek. Rekrutują się spośród absolwentów studiów kulturoznawczych, socjologicznych, historii sztuki, uczelni plastycznych, wreszcie – specjalistycznych wydziałów.

W ostatnich latach niepomiernie wzrosła ich liczebność oraz pozycja. Artystów przesunięto do drugiego szeregu. To wyrobnicy. Ich prace traktowane są zaledwie jako surowiec. Glina, z której prawdziwy kreator-kurator lepi Dzieło. To on uważany jest za Autora. On dostaje za wystawy honorarium, często niemałe. Jego nazwisko wypisywane jest w informacjach, powtarzane w mediach. Lansowane.

Nie wszyscy kuratorzy potrafią pisać – jednak piszą. Tworzą „kulturalną” nowomowę. Grafomańskie zawijasy zdobią cytatami z modnych w intelektualnych kręgach lektur i nadużywają obcych terminów. Ta „wokółwizualna” logorea wdarła się do mediów. Dęte komentarze towarzyszą zarówno sztuce wybitnej, jak niskich lotów. I bynajmniej nie przybliżają twórczości plastycznej odbiorcom. Przeciwnie – zaciemniają obraz. Fałszują. Zrównują dokonania wartościowe z artystycznymi wydmuszkami. Żonglują sztuką, socjologią, psychologią, naukami ścisłymi, żywą istotą, chorobą, patologią i wszystkim, co popadnie. Nie ma takiego zjawiska, którego nie można wcisnąć w ramy sztuki. Słowo kuratorskie wszystko uniesie, podniesie, uzasadni.

Na tym nie kończy się zachłanność kuratorów. Ostatnio zaczęli domagać się uznania ich działań za osobny gatunek sztuk wizualnych. Skoro pozwolono im traktować dzieła sztuki jak klocki do przestawiania, może dojść i do takiego nadużycia.

Wrażliwość posthumanistyczna

W zestawieniu z rozrywką poważna sztuka przegrywa. Jest nudna i trudna, wymaga obycia, wiedzy, wrażliwości. Jak ją uatrakcyjnić? Podnoszeniem temperatury. Grą na emocjach. Manipulacjami wątpliwymi moralnie. W sztuce epoki posthumanizmu wszystkie chwyty dozwolone.

Czerwona lampka zapaliła mi się przy projekcie Joanny Rajkowskiej: urodzić dziecko.

 

. born4 699c5e4a4a2c469fabea44b77c6f7f26,750,470,0,0 bda34742c77a438fcc4deb5cc9d55274,641,360,1,0 rajkowska04

Ale nie w Polsce, lecz w Berlinie, jako że będzie to rzutowało na losy potomka. Na tym artystyczne działanie nie skończyło się. Mała Róża przyszła na świat z rzadką chorobą oczu. Doskonały motyw dla kolejnego artystycznego przedsięwzięcia. Oto, co przeczytałam w materiałach prasowych: „Córeczka artystki zaistniała w świadomości zainteresowanych sztuką Polaków w związku z chorobą, z którą z pomocą lekarzy i darowizn od przyjaciół walczą rodzice dziewczynki”.

A co z chorymi dzieciakami, o życie których walczą „zwykli” rodzice? Co z akcjami spontanicznej pomocy ze strony tych, którzy nie są zainteresowani sztuką? Kiedy humanitarne odruchy przekształcają się w „projekt”?

Przypomina mi się mit o Midasie – jak wiadomo, czego by nie tknął, zamieniało się w złoto. Współczesnymi Midasami mianowano kuratorów: kogo/czego nie wskażą, przeobraża się w sztukę.

W CSW-Zamek Ujazdowski trwa retrospektywa Franciszka Orłowskiego, lat 31.

c1ffa5378da5ff35fc349b07078b6be7,640,0,0,0 mg_1029Okazuje się, że mimo młodego wieku ma już na koncie prace „ikoniczne”, np. „Pocałunek miłości” (2009). To dzieło performatywno-procesualne (cytuję), uwiecznione na slajdach. Pewnego pięknego dnia Orłowski przysiadł na ławce obok bezdomnego i namówił go do wymiany odzieży. Rejestrację tego dwustronnego, symultanicznego striptizu zakończonego zamianą księcia w żebraka i odwrotnie, zaprezentowano widzom jako wyraz niezgody na wykluczenie.SZUM-20131212-14-34

Akcja niewątpliwie zainspirowana reportażem uczestniczącym. Pionier tego typu doświadczeń (i ich opisywania), niemiecki reporter Günter Walraff, chcąc dać niezafałszowany obraz losu gastarbeitera, zatrudniał się jako jeden z nich. Podobną mistyfikacją posłużył się Jacek Hugo-Bader, wcielając się w rolę bezdomnego imieniem Charlie. Rzecz znamienna: reportaż wcieleniowy spotkał się z potępieniem innych dziennikarzy, uważających tego typu chwyty za moralnie naganne.

 Kaskaderskie wyczyny

Artyści już spostrzegli, że kurator to twórca wyższy rangą. I tak Zbigniew Libera, znany z działań dysydenckich w latach 80., który w ostatniej dekadzie przeobraził się w gwiazdora sztuk wizualnych, poczuł się uprawniony do oceniania historii sztuki („Przewodnik po sztuce”, cykl programów w TVP Kultura) oraz przygotowywania wystaw. Prezentacja „Kurator Libera” (dwa lata temu w wrocławskim BWA) stała się czymś w rodzaju namaszczenia dla szóstki młodych artystów, wskazanych przez mistrza. Każdy z nich „wychodzi do człowieka” i „…odkrywa ʽprawdziwe łzyʼ, nieporozumienia, aporie racjonalności w zetknięciu z nieredukowalną tajemnicą, będącą zarówno źródłem blasfemicznych gestów, konfrontacyjnych dyskursywnych sprzeczności jak i wdzięczności”.

Taka rekomendacja otworzyła debiutantom drzwi do najbardziej prestiżowych galerii. Dzięki Liberze rozpoczęła spektakularną karierę Honorata Martin. Artystka uprawia sztukę podwyższonego ryzyka. W sensie dosłownym. Na przykład, zawiesza się na rękach po zewnętrznej stronie balkonów bloków mieszkalnych. Z coraz wyższych pięter, bez zabezpieczeń. Dokumentują to zdjęcia, wystawiane jako dzieła. Martin nie przeszła kursu w cyrku – to jej artystyczna inicjatywa. Inny performance, zarejestrowany na dachu wieżowca, nosi tytuł „Z wysoka widok zdaje się być piękniejszy” (oczywiste odniesienie do filmu Anki i Wilhelma Sasnali). Artystka zbliża się do krawędzi budynku, niebezpiecznie wychyla… Podtrzymuje ją ręka niewidzialnego opiekuna. Wyczytałam, że film buduje „niesamowite napięcie”. Z pewnością. A nuż baba spadnie? Dopiero będzie sensacja!

Kiedyś na targach sztuki w Berlinie widziałam amatorski film nakręcony podczas terrorystycznego ataku na WTC. Niektórzy ludzie znajdujący się w wieżowcach wyskakiwali przez okna, wybierając ten rodzaj śmierci. Lot kilku osób zarejestrowała kamera przypadkowego widza. Obserwowałam reakcje publiczności targów: kilkoro chichotało.

Jak widać, śmierć też może być artystycznym towarem.

Senna sztuka

Wydawało się, że akcje polegające na autoagresji wyczerpali pionierzy body artu. Vito Acconci, Orlan czy Marina Abramović eksperymentowali z własnym bólem i wytrzymałością psychiczną publiczności już w latach 60./70. Przeżyli. Acconci projektuje krajobrazy, Orlan ogranicza się do farbowania włosów na dwa kolory, Abramović poddała się licznym zabiegom estetycznym i występuje w charakterze modelki-celebrytki. Z wiekiem przeszła im ochota do narażania ciała na szwank.

A dziś żeby przyciągnąc do galerii widzów nieustannie bombardowanych silnymi emocjami, potrzeba czegoś ekstra. Czegoś, czego zwykle artysta publicznie nie robi. Nie, nie chodzi o wypróżnienie (to też było), lecz o stan, kiedy traci się nad ciałem kontrolę – o sen.

I nie rzecz w tym, żeby zaprezentować filmowy zapis, jak zrobił to Andy Warhol ponad pół wieku temu. Ma być reality show.

Zapoczątkowała to Natalia LL w 1978 roku. Od tamtej pory kilkakrotnie zasypiała (pod wpływem środków nasennych) w obecności zafascynowanej widowni. Jej projekt „Śnienie”

nataliaLL 829_2504_articlespodchwycił i niejako sparafrazował Karol Radziszewski, postępując podobnie podczas wernisażu swej wystawy w toruńskim CSW. Także Natalia Bażowska 006613drzemała zdrowo na otwarciu swego pokazu wiosną tego (kończącego się) roku. Posłała sobie „Leże” z mchów, liści, skór zwierzęcych w Miejscu Projektów Zachęty. Położyła się w legowisku i zapadła w sen. Z katalogu dowiedziałam się, że Bażowska „…deklaruje fascynację życiem we wszelkich jego przejawach, aspektami psychologicznymi i fizjologią ciała, a także czerpanie inspiracji z otaczającej rzeczywistości” (składnia oryginału).

Nie cała to prawda.

Inspiracją dla tej i wielu innych artystów stała się książka Moniki Bakke „Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu”, gdzie opisano „kryzys wyjątkowości człowieka”. Zwierzęta jako dzieła sztuki? Proszę bardzo! Modna perspektywa.

Rok temu w galerii Monopol duet Czekalska/Golec wyeksponowali kota. Żywego. Główny obiekt  pokazu „Still”5736233b poruszając się po sali, nieświadomie włączał urządzenie elektroniczne zapalające neon. Było o czym informować widzów: że wzięty ze schroniska, że był światkiem zbrodni; że zaszczepiony. Najważniejsze jednak – artystom udało się przestawić go na wegetarianizm.

Pionierzy z nieba

Kuratorska aktywność nie dotyczy jedynie młodych, choć pokolenie między 25 a 35 zdecydowanie dominuje w galeriach. Zdarza się jednak, że wyciągani są starsi mistrzowie. Czasem kuratorzy mianują kogoś prekursorem tego, co obecnie na topie. I tak udało się zaadaptować do aktualnych potrzeb działalność Zbigniewa Warpechowskiego, Natalii LL, Zofii Kulik, Tadeusza Rolke.

Jakoś nikt nie rwie się do lansowania Stanisława Fijałkowskiego, Stefana Gierowskiego, Magdaleny Abakanowicz, Zbigniewa Gostomskiego, Kojego Kamojego – żyjących, wybitnych, mocno niemłodych. I mających wielki wpływ na młodsze od nich pokolenia.

Bo żeby starzy pasowali do dzisiejszych trendów, trzeba ich twórczość poddać reinterpretacji. Niektórzy szczęśliwie przebywają w zaświatach i można przypisać im dowolne intencje, dorobić nowe wątki w biografii.

Świetnie do tego nadawali się m.in. Edward Krasiński, Oskar Hansen, Andrzej Wróblewski, Katarzyna Kobro, Zofia Rydet. Ich uznano za godnych antenatów, ich prace trafiły do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ich dorobek wprowadzono na rynek sztuki.

Inaczej stało się z Erną Rosenstein. z4826164Q,Erna-Rosenstein-w-1996-r-

Artystka spotkała się z ostracyzmem po 1989 roku z racji lewicowych poglądów.

erna-rosenstein-2014-03-11-017-920x622 DSC_0310Nic to, że nigdy nie shańbiła się socrealistyczną stylistyką i całe życie pozostała wierna surrealizmowi. Niedawno wyciągnięto z niebytu jej malarstwo, a zwłaszcza nadrealistycznie potraktowane meble, przedmioty i biżuteria. To przecież łakomy handlowy kąsek. Trzeba jednak było zreinterpretować dorobek Rosenstein. I zrobiono z niej… feministkę.

A kto zabroni kuratorowi?

 

 

 

 

 

 

 

16
Nov

Kryminał apokaliptyczny (recenzja książki Lecha Majewskiego „Manhattan Babilon”)

Udostępnij:

Przesłanie książki zawiera się w tytule: „Manhattan Babilon”. Zdaniem Lecha Majewskiego copyright Marek Bieleckinowojorska wyspa, kwintesencja zachodniej cywilizacji, wolności i dobrobytu, chyli się ku upadkowi – na podobieństwo starożytnej metropolii, o świetności której świadczą jedynie zabytki. Jak w przeszłości upadek imperiów, tak i dziś katastrofa Wielkiego Jabłka będzie miała te same przyczyny: niegodziwość i zachłanność. Apokalipsa nadciąga, ocaleją tylko sprawiedliwi…

pictures-1

Podczas lektury miałam wrażenie, że czytam scenopis kolejnego wideoartu Majewskiego: fabuła podzielona na 65 rozdziałów; kalejdoskop sytuacji, scen i postaci; tempo nie pozwalające na oddech; montaż atrakcji (metoda Eisensteina, którą Majewski najchętniej posługuje się). Wrażeniu deja vu sprzyja też okładka, na której widnieje fotos z filmu „KrewPoety”. Majewski33f40bacd24e95d_2 Majewski65e4bf40c31d5ef_2 lech-majewski-krew-videoart-2013-01-18-004 lech-majewski-krew-videoart-2013-01-18-011Tak jak w wizualnych dokonaniach Majewskiego, bohaterowie „Manhattan Babilon” nie są pełnowymiarowymi postaciami, lecz upostaciowieniem pewnych ludzkich postaw. To sylwety, kukły. Przy ich pomocy owszem, można robić teatr – ale nie sposób literatury.

Żywiołem Majewskiego są obrazy, za pośrednictwem których moralizuje, wieszczy, psychologizuje. Na podobieństwo średniowiecznych malarzy „biblii dla ubogich”, poucza odbiorców łopatologicznie, stosując ogólnie zrozumiałą symbolikę.

„Manhattan Babilon”, choć zawiera elementy thrillera, kryminału i sensacji, w gruncie rzeczy także jest moralitetem. Nadmiar wolności jest dla ludzi zgubny, dowodzi autor. Trudno nie przyznać mu racji, patrząc na nowojorski pejzaż jego oczyma: toż to środek piekła, zaludniony zdegenerowanymi kreaturami, zdolnymi do każdej podłości. Jednocześnie, te biedne potwory są złaknione uczuć. Wypatrując nowego Zbawiciela, dają się zwodzić samozwańcom. Chcą odpokutować za grzechy, jednak nie potrafią, bo nie mają sumienia. Od tego pandemonium odstaje jedyny sprawiedliwy: dwudziestotrzylatek Cordeliusz (aluzja do Króla Leara i jego ukochanej, wiernej córki) Bendix. Prowincjusz niewinny jak lelija. Ofiara czy jedyny ocalony?

Akcja powieści cofa nas do roku 2003, dwa lata po ataku na wieże World Trade Center. W mieście, gdzie „zgniecione kąty domów wpadły na siebie w karambolu zwanym Manhattanem”, wciąż panuje strach. Czy będzie następny atak? Uspokojenie niosą dragi, seks oraz… nowy kościół. Ten, który opisuje Majewski – Sobór Ostatniego Dnia – mieści się na zapleczu supermarketu.

Autor „Młyna i krzyża” nie byłby sobą, gdyby nie naszpikował kryminało-moralitetu aluzjami do słynnych dzieł (było już o Szekspirze). Więc główny wątek pożyczył od Hitchcocka. Cordelius, jak Jeff z „Okna na podwórze” (film z 1954), obserwuje (okiem kamery) życie w przeciwległym budynku. Obiektyw ma nakierowany na jedno okno na trzecim piętrze. Dzieje się tam coś dziwnego: naga staruszka prowadzi na smyczy mężczyznę, jakiś facet przebiera się za niedźwiedzia i kopuluje z panną w panterce. Początkowo zaintrygowany scenami, których sensu nie pojmuje – bo prawiczkowi obcy świat przybytku sado-maso – pewnej nocy staje się mimowolnym świadkiem zabójstwa…

Tu Majewski porzuca Hitchcocka i przestawia się na Woody’ego Allena. Zaczyna snuć opowieść na podobieństwo „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie”, ale daleko mu do Allenowskiej błyskotliwości i dowcipu.

Majewski jest śmiertelnie poważny, wręcz patetyczny. Nie zna umiaru w dawkowaniu emocji – każdy z 65 rozdziałów otwiera sceną mocną jak cios. W opisach grafomańsko piętrzy efekty: „połyskujące szyby telegrafują do siebie błyskami słońca, deformując i upłynniając linie budynków odbitych w oknie”. Najważniejsze: autor ma problem z domknięciem głównych wątków. Kryminał przeobraża się w wizje. W efekcie, czytelnik gubi się w domysłach: zabił czy został uśmiercony? Porzucił kochankę czy stracił wiarę?

Gdybym nawet chciała spoilować zagadkę „Manhattan Babilon” – nie potrafię jej rozwikłać. Bo jak spoilować wizję?

Manhattan Babilon – Lech Majewski

Wyd. Angelus Silesius, Rebis, 2015

 

04
Nov

Wtopy i roztopy (o malarstwie Ireneusza Kojło w Galerii Milano)

Udostępnij:

Hej, mieszczuchy! Hej, ludzie wpisani w mury, szkło, asfalt i inne trwałe matarie, wśród których czujecie się panami świata!

Kiedy ostatni raz wam się zdarzyło doznać (psychicznie) własnej kruchości, małości, nieistotności? Kiedy odczuliście dojmujący brak bezpośrednich kontaktów z naturą, zielenią, bosą stopą, otwartym niebem, otwartą wodą, otwartą głową?

Tak mam, kiedy patrzę na obrazy Ireneusza Kojło.

Artysta osobny (co cenię), nie usiłujący podpinać się pod bieżące mody (co jeszcze bardziej mi bliskie), który po prostu maluje. Nie zwodzi odbiorcy technicznymi cudeńkami, nie udaje, że w jego pracach kryje się drugie i trzecie dno (społeczne, polityczne, krytyczne).

Tu wszystko jak na dłoni: tradycyjna akrylowa technika. I temat z długą brodą: pejzaż.

.M2 TRAWA 17

Kojło mierzy się z krajobrazem po swojemu. Uczciwie. Nie tai, co go kręci, może nawet wzrusza, porusza. Ale maluje bez sentymentalizmu, czułostkowości, gadulstwa. I nie przynudza.

MODUŁY III  MODULY V

Największa zasługa autora? Wymieszanie rzeczywistości z nadrealnością. Nasycenie ciszy (malarskiej) emocjonalnym napięciem.

Patrzę na pejzaże Kojły: niby odtworzone realistycznie, lecz przecież wywołują wrażenie nadnaturalności, cudowności, olbrzymienia. Za wzorzec służyły mu swojskie/polskie okolice. Łąki, rzeki, jeziora, morze, kałuże. Przełożone na płótna, zmieniły charakter, zgubiły pospolitość. Stały się bajkowe.

Sposoby?

Skala – to raz; punkt widzenia – to dwa. I trzecia decydująca cecha – intensywność spojrzenia artysty, umiejętność eliminowania elementów odbierających kadrom moc. Owa intensywność czasem wyraża się w podkręconych, nasyconych barwach, jakich w rzeczywistości nie uświadczysz. Innym razem objawia się w multiplikacji kadrów składających się na kompozycje-puzzle (seria „Moduły”). Kiedy indziej artysta wzmacnia efekt zauroczenia, zapatrzenia – nagłą pustką.

W niektórych pracach mamy do czynienia z przeskalowaniem odtworzonej rzeczywistości. Zaburzone proporcje sprawiają, że czujemy się wobec nich jak Guliwer w krainie olbrzymów, Alicja w zbyt ciasnym pokoiku, globtroterzy zagubieni w buszu (bez kompasu).

Trawska, badyle, łopiany przewyższają i pochłaniają nas, jak odwieczna puszcza naszych praprzodków. Patrzymy na źdźbła trawy oddolnie, z żabiej perspektywy. Jest pięknie, ale trochę straszno. Niemal słychać wstrzymywany oddech gdzieś na dole, przy samej ziemi…

TRAWA 12  TRAWA 1

Inna kombinacja. Spojrzenie z lotu ptaka, prosto w dół. Horyzont znika, perspektywa zbieżna także. Rzeczka czy kałuża zdaje się nie mieć kresu. Łudzą niezmierzalną głębią. Ich tafle odzwierciedlają nieokiełznane dżungle. W istocie to maleńkie płycizny, obrośnięte drobnymi źdźbłami i zaroślami.

Kolejny pomysł na odrealnienie: multiplikacja. Podobne ujęcie rozpisane (w różnych wariantach) na kilkanaście małych obrazów. Czasem wśród nich pojawia się białe, niezamalowane płótno. Jak wstrzymanie oddechu, zamknięcie oczu, by po otwarciu zobaczyć świat na nowo, choć niby tak samo.

Te niewielkie kwadratowe kadry składają się na jedną wielką kompozycję.

Co na nich? Widok na morze, widok na nocne niebo (klimaty jak z nokturnów Pankiewicza), widok na jesienną łąkę (kłaniają się Chełmoński i Stanisławski), widok na pobocze drogi, zza okna samochodu.

Zdarza się, że pojedyncze „moduły” zakomponowane zostały „po bożemu” czyli po ludzku – horyzont kroi kadry na niebo i resztę. Chyba, że spojrzenie malarza szybuje wysoko, ku gwiazdom i księżycowi (to w nokturnach) i ziemi już nie obejmuje. Bywa też, że zwyczajny, mazowiecki pejzaż zostaje rozbity, rozmyty kroplami deszczu ściekającego strumieniami po szybach auta. (Kojło lubi siedzieć za kółkiem i nie nuży go nawet najbardziej monotonna droga)

Jest w tej multiplikacji jakieś natrętctwo, maniakalność – zarazem kontemplacyjność. Zachwyt. Pokora. Bo czy może się znudzić patrzenie na naturę?

ŁĄKA 3 unnamed-2