THE BLOG

18
Mar

Szklany sufit (felieton o tym, co się dzieje)

Udostępnij:

 

Uderzam weń od kilku lat.

Jest niewidoczny, więc nie potrafię obliczyć dzielącej mnie od niego odległości. Nie umiem też ocenić grubości szklanej tafli i nie wiem, kto za nią się kryje, bo to szkło weneckie.

Nie tylko ja walę łbem o sufit, którego nie ma, a który naprawdę stanowi limit. Znacie to angielskie powiedzenie „sky is the limit”? Co znaczy – nie ma ograniczeń, możesz zaszaleć, niech poniesie cię wyobraźnia. U nas „niebo” ucina, miażdży, obezwładnia.

W każdej dziedzinie.

Wiem, jak to niszczy. Brak szans na wykorzystanie talentów czy rzadkich umiejętności to przekleństwo. Właściwie, można mieć tylko pretensje do Boga, że je dał – i zarazem odebrał.

Bo, trala lala, można mieć słuch absolutny i wiedzieć, czuć potrzebę, żeby wyśpiewać duszę smykiem po strunach – a tu instrument niedostępny, za szybą (nomen omen). Bo to jeden Janko Muzykant został brutalnie skonfrontowany z rzeczywistością?

No, ale to było w złych czasach, kiedy tylko właściwe urodzenie decydowało o karierze. Teraz każdy może, jeśli może.

Taką utopią karmiono obywateli PRL-u; taką ściemę wciskano nam przez ćwierćwiecze „wolnorynkowej konkurencyjności”; podobną iluzją mamią nas ci, którzy obecnie są u władzy. A może to oni dają się uwieść fatamorganie? Wierzą, że zmianami na kilku stanowiskach da się zmienić polską mentalność?

Spieszę z zimną wodą: wykoślawień charakterologicznych nie poprawi się na hasło, na zaklęcie. Nie wykluczy się nakazami, zakazami ani dobrą wolą grupki gotowych do poświęceń rodaków (już samo określenie trąci skansenem).

Gdyby istniała maszyna wyrywająca z dusz chciwość, konformizm, zawiść… Niwelująca układy, blokująca drogi na skróty, paraliżująca nepotyzm… Ogólnie, przywracająca zwykłą uczciwość?

Ale jak osiągnąć to metodą człowiek – człowiekowi? Przecież nikt nie wytłumaczy nieuczciwemu, że nieuczciwość to zachowanie aspołeczne, skoro ułatwia życie. Kali ukraść krowy – dobrze; Kalemu je zabrać – źle. Taką lekcję moralności pobieramy od iluś tam lat. Kradzież jest wtedy naganna, gdy nakryta. Nieujawniona stanowi o dobrobycie kraju, wyższym PKB, wzroście konsumpcji, podniesieniu stawek dla sprzątaczek i wcześniejszej emeryturze dla mundurowych. Samo dobro, na co narzekać? Na tym wszak polega innowacyjność.

Takie mądrości wmłotkowywano Polakom, nazywając to demokracją, neoliberalizmem, wolnorynkowym kapitalizmem i innymi terminami o teoretycznie pozytywnych konotacjach. Takie tam rozpylanie rozweselających dymów. Gadanie o moralnych miazmatach było surowo zabronione. Brak akceptacji dla przekrętów nazwano frustracją, niechęć do biegu na skróty – nieudacznictwem, uczciwą grę – luzerstwem.

Kto chciał być trendy, musiał odnieść sukces. Jakość tego sięgania niebios była nieistotna, metody również. Wolnoamerykanka w show-bizie, to normalka. Ciosy poniżej pasa w mediach – wręcz delikatność. Lepiej sprawdzały się sposoby zaoczne – snucie, knucie, intrygowanie.

Kto myśli, że nowa ekipa przetrzebiła dawnych mistrzów lewych (nomen omen) ustawek, jest w błędzie. Tego nie da się załatwić odgórnie. Nawet jeśli wymieni się śrubki, mechanizmy pozostają bez zmian. A te oparte są na wspólnych interesach, na rodzinnych układach, na znajomościach i uczuciach nie mających nic wspólnego z miłością bliźniego.

Zadziwiające, jak wielu Polaków wygenerowało pokłady współczucia dla tych, którzy tracą prominente pozycje, lukratywne posady, eksponowane stołki. Gdyby znali kulisy karier, byliby bardziej wstrzemięźliwi. Może nie wiedzą, że odbyło się to kosztem tych, których eliminowano, bo nie grali w drużynie politycznych liderów.

„Piwnica pod Baranami” wyśpiewała kiedyś „Dezyderata”, tekst rzekomo znaleziony w starym kościele w Baltimore, datowany na rok 1692. „…wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść”.

Ci, którzy zderzali się ze szklanym sufitem neoliberalizmu, też mają swoją opowieść. Chcę jej wysłuchać, nawet jeśli nie towarzyszą jej fanfary sukcesu ani trąby powodzenia. Czas rozbić glass.

 

 

 

 

 

18
Mar

Dlaczego Wajda nie maluje (recenzja dokumentu filmowego „Wróblewski według Wajdy”)

Udostępnij:

 

Obraz powstał niecały rok temu podczas realizacji krakowskiej wystawy „Wróblewski według Wajdy” w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Pomysłodawca tegoż – Andrzej Wajda wespół z kuratorką Anną Król – deliberują nad rozmieszczeniem poszczególnych prac Wróblewskiego w białej, sterylnej przestrzeni galerii.thumb_703_ilustracje_big 56dd6c727001c 12-339 wajda_wroblewskiz19710896Q,Andrzej-Wajda-na-wystawie---Wroblewski-Wedlug-Wajd

Ale gdyby powiedzieć, że „Wróblewski według Wajdy” to dokument o powstawaniu wystawy, byłoby stanowczo za mało. Nie jest to też portret dwóch wymienionych w tytule bohaterów. Prędzej szkic o nich obydwu, wykonany różnymi narzędziami: Wajda kreśli konterfekt przyjaciela słowami, będąc jednocześnie „obiektem” filmowej rejestracji.

Rozważaniom aranżacyjnym towarzyszą interpretacje poszczególnych kompozycji; wspomnienia, w jakich okolicznościach powstawały; opowieści o pierwszych powojennych latach, ówczesnej atmosferze w życiu i sztuce.

 

Krzesełkowy warsztat

Film mnie zaskoczył, zachwycił, zafascynował.

Oto jesteśmy świadkami niecodziennej przemiany. Sędziwy reżyser przeobraża się na naszych – i kamery – oczach w młodzieńca, z ogniem zdającego relację z wydarzenia, które zadecydowało o wyborze swojej profesji. Jakby wciąż to przeżywał…

Wajda siedzi na swym reżyserskim krześle i pokazuje, jak urządził sobie warsztat Wróblewski: krzesełko jak dla wędkarza, do prawej poręczy przytwierdzona półeczka z farbami, z lewej uformowany z drutu krąg, gdzie wstawiał naczynie z wodą, na kolanach blok rysunkowy. I tak szła produkcja setek akwarel, szkiców, przygotowań. Żeby potem, gdy przystępował do wielkich płócien, wykonać całość w kilka dni, wedle doskonale rozpracowanej koncepcji.

Stąd siła dzieł Wróblewskiego – z napiętej uwagi, ciągłej pracy, wyrazistej wizji.

Andrzej Wajda osiągnął wiek, w którym sięga się częściej w przeszłość, niż wybiega w przyszłość. Ale nie tylko z tego powodu przywołuje okres studiów w Akademii Sztuk Pięknych. To był szczególny czas, gdy hartowała się stal soc-charakterów, krystalizowały postawy pro, i anty nowej komunistycznej władzy, a nade wszystko – rodziła się „nowoczesna” sztuka. Wtedy to, na krakowskiej ASP studiowało równolegle dwóch wybitnie uzdolnionych Andrzejów: Wróblewski i Wajda. Ten pierwszy, choć o rok młodszy, wydawał się dojrzalszy. Stworzył Grupę Samokształceniową, do której w 1948 roku dołączył Wajda. Co autor „Pokolenia” zawdzięcza koledze, zmarłemu w 30. roku życia? Zawód: reżyser.

 

Kanał kontra rozstrzelania

Gdy Wajda zobaczył pierwsze płótno z serii „Rozstrzelań”, wiedział, że nie ma już nic do roboty w malarstwie. rozstrzelanie_vi_orginal56dd6c727001c 46cb6a2c

– Mógłbym jedynie naśladować Wróblewskiego, a to przecież bez sensu. Postanowiłem znaleźć dla siebie inne miejsce i medium, żeby mówić na ten sam temat. Zrezygnowałem ze studiów plastycznych i przeniosłem się do Szkoły Filmowej w Łodzi. Ale chciałem, tak jak Andrzej, dać świadectwo czynów tych, którzy stracili życie. My przetrwaliśmy, nam się udało, więc naszym obowiązkiem było zabrać głos w imieniu zmarłych. Oni domagali się pamięci.

W efekcie powstała trylogia wojenna, zapoczątkowana „Pokoleniem”, zamknięta „Popiołem i diamentem”; z bodaj najmocniejszym „Kanałem” pośrodku, filmem, który przyniósł Wajdzie międzynarodową sławę i dał początek polskiej szkole filmowej.20110207184529 sjff_01_img0263

W dokumencie „Wróblewski według Wajdy” pojawia się cytat z „Kanału” – przejmująca grozą końcówka, dotarcie do mety, która jest śmiercią z widokiem na życie…

Wróblewski także stworzył jednoczesne wyobrażenie żywych i zabitych. Nikt przed nim, ani nikt potem nie umiał pokazać umierania i trwania jednocześnie. U Wróblewskiego rozpacz nie uderza w dzwon patosu, nie wszczyna larum, w ogóle nie ma dźwięku. Wybrzmiewa ciszą i specyficznym odcieniem błękitu, zimnym, nieprzyjemnym, niemal trupim. A żywi – żyją i żywią się swą brzydotą, wielobarwną, chaotyczną i tandetną. Dramat jest – i nie ma go. Bo niebieskie postaci należą do przeszłości, są nieaktualne; zaś ci kolorowi, ci z „tu i teraz” nie wiedzą, gdzie ich losy powiodą. Kolejne „Rozstrzelania” stają coraz bardziej uderzające, wręcz wyzywające. Są mocne, lecz milczące. wroblewski rozstrzelanie8 1949 mnw_6416879 andrzej_wroblewski_rozstrzelanie_poznanskie_fot._dzieki_uprzejmosci_fundacji_andrzeja_wroblewskiego_0Tu nie ma oskarżycielskiego krzyku Goi malującego „Rozstrzelanie powstańców madryckich”. Cicha siła „Rozstrzelań” Wróblewskiego przywodzi na myśl „Parabolę ślepców” Breugla.

Pasażerowie śmierci

Nietrudno zauważyć, że barwa niebieska oznacza dla Wróblewskiego śmierć. Ale dlaczego niebieskimi odcieniami namalował „Szofera”, bohatera jednego z najdoskonalszych i najbardziej zagadkowych swych dzieł?

– Bo to śmierć, wioząca nas w zaświaty – trafnie zauważa Anna Król, współkuratorka krakowskiej ekspozycji.

Andrzej Wajda zgadza się z tą uwagą, dodając, że człowiek-widmo wiezie nas, niewidzialnych pasażerów, donikąd. Za przednią szybą rozciąga się perspektywa, lecz to pustkowie, zamknięte ponurym, rdzawym niebem.

– Czwarty raz udaje się zorganizować z mojej inicjatywy wystawę Wróblewskiego – uśmiecha się reżyser, zadowolony, że zaskakuje tą informacją. – Pierwszy pokaz odbył się za życia Andrzeja: wybrałem zestaw jego akwareli do poezji francuskiej i pokazałem w Warszawie. Druga była monografia pośmiertna, w krakowskim Pałacu Sztuki. Trzecia ekspozycja została specjalnie zaaranżowana na potrzeby filmu „Wszystko na sprzedaż”. Andrzej Łapicki, grający reżysera, czyli mnie, udaje się do galerii, gdzie ogląda obrazy Wróblewskiego. andrzej-wajda-wszystko-na-sprzedazkadr-z-filmu-2013-02-26-010 wszystko_na_sprzedarz_fn_1 andrzej-wajda-wszystko-na-sprzedazkadr-z-filmu-2013-02-26-009 0004CB6K28Y72QJJ-C322-F4

Ten czwarty raz w muzeum Manggha.

 

 

Dokument był też prezentowany w Madrycie podczas prezentacji „Andrzej Wróblewski: Retcto/Verso”. Polska premiera filmu, wydarzenie wpisane w program obchodów jubileuszu 90.lecia Andrzeja Wajdy, odbędzie się 18 marca br. w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

 

Skrócona wersja tekstu ukazała się w „Rzeczpospolitej” 17.03.2016.

 

 

 

 

 

14
Mar

Cyfra ustępuje przed pędzlem (recenzja z wystawy Normana Leto w PGS w Sopocie)

Udostępnij:

 Nie nazywa się Norman Leto – to nick, w znalezieniu którego pomógł przypadek. To wiemy. Ale jak wygląda Łukasz Banach, lat 35, artysta niezależny i wszechstronny (wideo, film, malarstwo, literatura)? Otóż, z daleka przypomina kostkę cukru, a im bliżej się doń podchodzi, tym bardziej płaszczy się i rozmywa…

Taki metaforyczno-prześmiewczy autoportret zaprezentował Leto w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. _JBS0224A _JBS0290AJednak komputerowo wygenerowany filmowy obraz, jak zwykle u tego autora będący mieszanką ironicznego autokomentarza i zjawisk popkultury, to jedynie aneks do najważniejszej części wystawy. Tę zaś stanowi malarstwo. Czy przedstawiony zestaw płócien wolno nazwać retrospektywą? Raczej podsumowaniem ostatniej dekady. W tym czasie Leto przeszedł niemałą ewolucję. Samouk, sobie tylko ją zawdzięcza. Nie trzyma się żadnej konwencji, żegluje – że zrobię aluzję do jego znakomitego debiutanckiego filmu „Sailor” – po historii malarstwa jak po morzu.09 IMG_3120hqdefault webLeto_Sailor_2010_3

Jakiś czas temu dobił do wyspy z Kantorowską „sztuką biedną”. W wersji Leto – zniszczony materac, na nim szkicowo machnięty niebieską farbą profil człowieka, pod jego spojrzeniem – czarna dziura. Jak chce autor, obraz „zniszczył się od patrzenia”. Pewnie, gapimy się na nędzę, na bezdomnych i nic z tego nie wynika, poza satysfakcją, że to nie nasz przypadek losowy.

Nieco dalej – wyspa ekspresyjnej abstrakcji. Surowe płótno przecięte rdzawym masywem; pod nim – czarna gruda lawy, całość poznaczona plamami i kleksami czerwieni. Treść łatwo dopowiedzieć. Oto mur, pod którym padł człowiek, zakatowany przez niewidocznych oprawców. Tytuł potwierdza domysły: „Kuwejt”._JBS0260A

Ta praca zestawiła mi się (w głowie) z inną: „Zawstydzony imigrant”. Wizerunek anonima. Czarnoskórego i, zgodnie z tytułem, spoglądającego ku nam błagalnym, przepraszającym wzrokiem. Twarz bez rysów, lecz wyraz nadaje jej samo spojrzenie. Mocne jak plakat.Zawstydzony imigrantA

 

Ale proszę nie sądzić, że Leto to jakiś moralizator. Po prostu łapie tematy z tego, co obok niego. Często są to piękne kobiety. Modelki. SailorMają słabość do artysty, z wzajemnością. „Rozkapryszona wśród ludzi” – energicznie, od ręki „trzaśnięty” portret dziewczyny na tle tłumu – zdaje się przedstawiać kogoś w ekstazie, czy pod wpływem ecstasy. Sposób malowania – oszczędne użycie koloru, uwidoczniona faktura surowego płótna, zachowana siła impulsu, nawet temat (piękna kobieta) – przywodzą na myśl sztukę Teresy Pągowskiej._JBS0235A

W tej samej surowej konwencji powstała też praca autobiograficzna, dowcipnie zatytułowana „To, co musiał widzieć codziennie mój tata po powrocie z pracy o piętnastej”. Cóż tata oglądał? Małolata, skulonego przy kompie, zerkającego na nas (na tatę) z lekkim wyrzutem, że musi na chwilę oderwać się od ekranu.To co musial widziec00001A

Teraz inaczej. Leto z własnej woli odłożył mysz i wziął się za pędzle. Rezultaty – w Sopocie.

 

 Norman Leto „Ludzie, którzy ciągle czegoś ode mnie chcą” – Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, wystawa czynna do 10 kwietnia 2016

 

08
Mar

Gloria Artis dla Edwarda Dwurnika (fragmenty laudacji, którą wygłosiłam)

Udostępnij:

Uważa się za szczęśliwego człowieka: zarabia sztuką.

I to zarabia dobrze.portrety_picasa_148  z13596890Q,Edward-Dwurnik-na-swojej-wystawie

Warto więc wiedzieć, co ma na koncie nagrodę za plakat „Stara kobieta wysiaduje” (1979), nagrodę krytyki artystycznej im. Norwida (1981), Solidarności (1983) i nagrodę Fundacji Sztuki Współczesnej (1997). A także… dwie karty kredytowe, których nigdy nie użył. I nigdy nie wziął zaliczki. Bo nawet kiedy wyda wszystkie pieniądze – a ma skłonność do rozrzutności – udaje zasobnego. Taki styl.

Uwielbia drogie samochody, markowe ciuchy, atrakcyjne kobiety. Te ostatnie – z wzajemnością.

Ale tylko bez jednego nie potrafi żyć: bez malarstwa. Najdłużej wytrzymał tydzień.

 jestem-chrystus-edward-dwurnik-2012-07-27-540x710 634271508339830000

Nie trzeba mówić, że jest wybitnym malarzem. I ma dorobek, którym nikt z jego kolegów nie mógłby się pochwalić: około 6 tys. obrazów, 20 tys. rysunków. Plus setki wystaw, wystąpień, wyjazdów. 

Nigdy nie przyjął propozycji nauczania. Był „zazdrosny o czas” Poza tym, obawiał się, że zdemoralizuje młodych: chcieli od razu wystawiać, sporzedawać i od razu drogo. Jak ED. 

Ma dużą rodzinę. Za młodu dostał od niej wsparcie, psychiczne i finansowe. Matka Władysława z domu Kaszuba – ludowa hafciarka i gospodyni domowa; ojciec Władysław – radzymiński wytwórca metalowej galanterii, które to zajęcie onegdaj określano „prywaciarz”; dwie siostry, jeden brat; jedna (ślubna) żona, z którą spędził 35 lat; jedna córka Pola, także malarka.

 

A co z antenatami? Dotarłam do niektórych.

 

Jednym z nich był z pewnością Hieronimus Bosch, którego pięćsetna rocznica śmierci mija w obecnym roku. Trochę młodszy, ale też pochodzący z Niskich Krajów – to pra-pradziad Pieter Bruegel wołany Chłopskim lub Piekielnym. Z Bolonii wywodził się inny przodek Edwarda Dwurnika – Annibale Carracci; w Rzymie mieszkał kolejny wujo – ta sama generacja – Michelangelo Merisi zywany Caravaggiem. Kolejni członkowie familii zamieszkiwali w Hiszpanii Habsburgów i Burbonów. Oto oni – Diego Velazquez i Francisco Goya.

 

W drzewie genealogicznym ED znalazło się dwóch rodaków. Pierwszy, to akademik, malarz naszej historii Jan Matejko. W 2010 roku ED przyznał się do tego pokrewieństwa wprost, malując „Bitwę pod Grunwaldem”. Po swojemu. dwurnik14

Nie wyrzeka się też związków krwi z symbolistą Jackiem Malczewskim. Ani z całą plejadą pobratymców-kolorystów. U jednego z nich ED studiował – u Eugeniusza Eibischa.

 

Rodzina ED jest bardzo rozgałęziona. Gdy dobrze poszukałam, odnalazłam niemieckich stryjów. Austriak Oskar Kokoschka i Berlińczycy Georg Grosz, Ernest Ludwig Kirchner, Emil Nolde. W jaki sposób familijne korzenie sięgnęły terenów Europy Wschodniej – nie wie nikt. Tymczasem ten krewniak jest Edwardowi najbliższy: Epifaniusz Drowniak powszechnie znany pod imieniem Nikifor. Edward spotkał się z jego sztuką w 1965 roku i…  od razu wiedział, że to swojak. Wreszcie zrozumiał, skąd pochodzi – z deptaka w Krynicy.

 

Przez jakiś czas wydawało mu się, że ma coś wspólnego z Jacksonem Pollockiem. Spróbował drippingu, bo chciał doświadczyć abstrakcji – ale szybko pojął: nie te geny. Odkrył za to innych amerykańskich powinowatych: twórców komiksów.  Comic strips kochał od dziecka. A że w PRL-u było o nie trudno, to sam je rysował. I tak mu zostało – w sztuce lubi opowiadać historie. b773e4d6b74d1adb551aeac1353aed8e bddf5dd8f41980cada73868a02bf4f45 f54b5dd031b3b527ded5e67aeac54353 edward dwurnik02

Wracając do decydującego momentu w życiu ED, czyli spotkania z Nikiforem. Tak tę scenę opisał w wywiadzie, który przeprowadzałam z nim 15 lat temu: „Andrzej Banach przywiózł go na warszawską ASP. Pamiętam, miał czarny kapelusz ozdobiony muszelkami. Usiadł na ławce i rysował pałacyk. Budował gzyms po gzymsie, okno za oknem. Podsunął mi pomysł na styl.” 

Nawet przez pewien czas peregrynował po Polsce śladami Nikifora. Udawał ubogiego, jako że chciał wczuć się w sytuację swego idola. Sprzedawał nawet rysunki i akwarelki po 5, 10 zł na rynku w Krakowie. Taka artystyczna kreacja. Dziś miałby szanse na tym poprzestać, tym działaniem zdobyć poklask. Lecz w latach minionych artyści poważniej traktowali sztukę i więcej od siebie wymagali.

 

Potem zaczął już jeździć sam – autostopem.

 

Ten cykl prowadził najdłużej, przez cztery dekady: „Podróże autostopem”. Do wyczynów fizycznych wypada też zaliczyć serię „Sportowców”. To portrety cwaniaczków-obiboków, którym czas schodził głównie na jaraniu papierosów sportów – stąd tytuł. Odmienna w klimacie i poważnie potraktowana była seria „Robotnicy”, przez którą ED miał kłopoty z cenzurą.

 

Potem powstały „Obrazy duże”. Monumentalnych rozmiarów, przy tym dotyczące potężnych tematów – jak np. „Bogurodzica”, „Konstytucja 3 maja”. Ale też „Klęska urodzaju”. Wizja nadobfitości owoców, których nieszczęśni sadownicy nie byli w stanie sprzedać.  

W 1977 roku napisał: „Pierwszą przyczyną, dla której maluję  ludzi, jest żal nad ich i swoją niedoskonałością. Żal, że całe dorosłe życie człowieka polega na pokonywaniu oporu własnego ciała (…). Dzieje się to w tym samym czasie, gdy nasza świadomość biegnie daleko naprzód, wytwarza fantastyczne idee, których niestety nie jesteśmy w stanie zrealizować i które zamieniają się w marzenia”.

Kto to mówił? 34-latek! A jaki jest 40 lat później? Pełen przeciwieństw. Uważny obserwator, żywiący się tym, co widać dookoła. Bywa patetyczny, to znów żartobliwy. Innym razem staje się romantyczny, dający prymat uczuciu. Obnażający, bezlitosny, krytyczny. Mówią o nim, że cynik. Raczej antykonformista, obnażający mechanizmy naszych działań. Tym drażni, prowokuje, wywołuje kontrowersje.

Krytyk niemiecki zauważył: „Dwurnik jest ponurym pesymistą, który dzięki swej sztuce stwarza sobie własny pogląd na świat, a dzięki ironii ratuje się przed rozpaczą”. Zgadzam się.7ecd5b580a735f3cf263bc6ba9baa1cb,981,0,0,0

 

 

 

 

 

 

 

 

06
Mar

Kultura przesiana przez MAK (po obejrzeniu prezentacji i wystaw podczas Munich B=Creative Business Week; Monachium, koniec lutego 2016)

Udostępnij:

Utonęłam w Monachium.

Nie, nie w Izerze – w morzu przedmiotów. Luksusowych, mądrych, eleganckich.

Prawie przez tydzień oglądałam tak wiele wspaniałych projektów, prototypów i realizacji, że gdyby wdrożyć je w życie, mielibyśmy piękno i funkcjonalizm pod każdą strzechą. Cały ten wzorniczy masyw prezentowano podczas „Munich Creative Business Week” i na gali iF Design Award, które to nagrody uchodzą za Oscary designu.

Tylko… jest kwestia kasy. Staranne wykonanie i wysokiej klasy surowce muszą kosztować, a logo znanej firmy automatycznie tę cenę podnosi. Mniej więcej trzeciego dnia podziwiania projektanckich popisów zrobiło mi się tego designerskiego przepychu jakoś za dużo. Zaczął mi doskwierać brak wzorniczego „mięsa”. W Monachium wspięliśmy się na projektancki meta-poziom. Designerzy i technolodzy trawili tygodnie cyzelując gadżety adresowane do dorosłych dzieci z dużym ego i jeszcze większymi kieszeniami.

SAMSUNG SAMSUNG

SAMSUNG SAMSUNG

Gdzie w tym najlepszym, najdroższym, najdoskonalej zaprojektowanym świecie jest człowiek? Gdzie jesteśmy my, ludzie z Europy Środkowej, wciąż rozpięci pomiędzy średniowiecznym koromysłem a sprzętem najnowszej generacji? Większość naszego społeczeństwa chodzi koślawymi chodnikami w przyklapanych butach i jada z fajansowych talerzy. Tylko drobna część ma problem: garnek złoty czy „inteligentny”?

Nie tęsknię za co pół roku zmienianym wystrojem kuchni, w której „wyspa” warta jest tyle, co kawalerka, a patelnia – tyle co telewizor. Szkoda mi jednak, że nigdy nie będzie mnie stać na sprzęt pomocny w wieku, kiedy to i owo zaczyna szwankować.

Czasem może okazać się przydatna umywalka, która zjeżdża na wysokość dostosowaną do wzrostu użytkownika (także siedzącego na wózku); innym razem może przydać się krzesło, które jednym naciśnięciem guzika zamienia się w fotel na kółkach; może też potrzebne będzie łóżko, które ze zwykłego tapczanu przekształci się w leże korekcyjne, o regulowanej wysokości.

Miałam wrażenie, że w Monachium nikt nie zadawał sobie pytań o cenową dostępność tych sprzętów. Ani emerytura, ani pomoc socjalna w naszym kraju nie wystarczą na zakup.

Pobyt w Monachium na „Munich Creative Business Week” pokazał, gdzie miejsce Polski i innych post-soc-krajów: w skansenie.

SAMSUNG SAMSUNG

Równie daleko nam do kreatywnego designu, jak na księżyc.

W dużych, bogatych miastach jeszcze jako tako, są miejsca do złudzenia przypominające metropolie Zachodu. Jednak wystarczy pojechać choćby do Legionowa, by czar prysł. Brzydota, sobiepaństwo i dorabianie się na urra! (wszech obecność paskudnych reklam) wali po oczach i dobitnie informuje, skąd pochodzimy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Bierzemy za dobrą monetę symptomy rozwoju, postępu, dobrobytu. Stale słyszymy o podwyższaniu życiowych standardów, o poprawie jakości codziennego bytu. Owszem, wdrożone zostały najtańsze e-usługi. Można już odprawić się przed lotem on-line; można zamówić stolik w knajpie poprzez internet.

Są jednakże „ułatwienia” ocierające się o absurd: na dworcu w Poznaniu wejście do toalety trzeba z góry opłacić wrzutem monety do automatu, co w przypadku pilnej potrzeby może skończyć się katastrofą. Jednocześnie, poznański dworzec zyskał zasłużony tytuł najgorzej zaprojektowanego w Polsce, może nawet w Europie. Albo to: od czasów komputeryzacji Poczty Polskiej kolejki są tam dłuższe niż za PRL-u, zaś o komforcie klientów chyba nikt nawet nie pomyślał.

Bo dbałość o wygodę i urodę codziennego życia nie polega na wdrażaniu modnych wynalazków, lecz na mało efektownej, stałej trosce o obywateli danego miasta, kraju, regionu.

Wiecie, co jest tego probierzem?

Muzea wzornictwa. Miejsca, gdzie odbiorca uczy się kultury dnia powszedniego, gdzie poznaje lokalną tradycję budowy i wyposażenia domostw, gdzie dowiaduje się o swoistej logice każdego sprzętu. Przy okazji, pobiera lekcje estetyki codzienności tudzież śledzi historię stylów, znajdujących przełożenie na wygląd człowieka i jego otoczenia. Już maluchy zauważają, a potem rosną z tą świadomością, że kultura codzienności łączy się z tą wyższą, elitarną. Że nie ma przepaści pomiędzy bezcennym obrazem a ludowym kilimem; pomiędzy pięknie wykonanym płotem a rzeźbą, mistrzowsko wyhaftowanym obrusem a instalacją.

To ważna wiedza, oswajająca ze sztuką wyższą i ucząca szacunku dla każdego z nas.

Tymczasem w Polsce nie ma ani jednego muzeum sztuk stosowanych, jak kiedyś nazywano design. W krajach języka niemieckiego pełną nazwę Museum für Angewandte Kunst zastępuje się skrótem MAK; po angielsku nazywa się te przybytki Museum of Applied Art, czemu odpowiada francuski termin Art Appliqués. Czyli – Sztuki Stosowane. Najstarsze muzea im poświęcone powstały w połowie XIX stulecia w Londynie (Victoria & Albert, 1854) i Wiedniu (MAK, 1863).

My mamy design na wysokim, światowym poziomie, czego najlepszym świadectwem aż 12 wyróżnień i jedno złoto przyznane na iF w Monachium. Jednak wciąż pozostajemy obojętni na „małą estetykę”. Ciekawe, czy ślepota na brzydotę już na zawsze pozostanie naszą cechą narodową?                SAMSUNG SAMSUNG

SAMSUNG SAMSUNG

 

05
Mar

Rurociąg przyjaźni i odnogi ( o tym, co na bieżąco)

Udostępnij:

Odebrali nam demokrację, zawładnęli mediami, wykończają niezależną kulturę!

Wszyscy znają te hasła. Niektórzy w nie święcie wierzą, wrą oburzeniem i je manifestują. Inni uczestniczą w demonstracjach z odmiennych powodów.

Atmosfera jak za Solidarki, spotykają się znajomi, ktoś przychodzi z termosem czaju, ktoś inny z kanapkami. Stara gwardia smakuje déjà vu, młodsza – przeżywa dreszczyk nieznanych wcześniej emocji. Pomost ponad pokoleniami, z lekkim posmakiem konspiry.

Uczestnictwo w KOD-ach jest ochotnicze i spontaniczne. Tylko dlaczego niektórzy czują dyskomfort (by nie nazwać tego strachem przed obciachem), że nie biorąc udziału w przemarszach stracą przyjaciół i narażą na środowiskowy ostracyzm?

Nie podejrzewam wszystkich KOD-owców o konformizm, choć i tacy się zdarzają. Zapewne przeważają ci o czystych intencjach, szczerze przekonani o sensie obywatelskiego oporu.

Mam jednak przekonanie, że stając murem w obronie „wolnych mediów”, nie do końca są świadomi, o co idzie gra.

Mainstreamowe media nigdy nie pozostawały niezawisłe (nie tylko od władz, także rozmaitych interesów), lecz w ostatnich latach krzywa wykrzywień wzrosła. Redakcje chętnie wchodziły w pakty z różnorakimi „biznesami”. Transferowano wzajemne usługi między budżetowymi instytucjami. Co więcej, niektóre media „współpracowały” między sobą, co w rzeczywistości oznaczało rozgałęzione sieci wpływów: tego lansujemy, bo to nasz człowiek; tego skreślamy, bo ma inne poglądy. Jeśli dochodziło do dyskusji, to zawsze były to ustawki. Na niekorzyść tych, co myślą inaczej.

Teraz larum podnoszą ci, którzy zostaną lub już zostali wygnani z raju, jakim były dla nich publiczne media.

Nie chodzi wcale o polityczne wpływy, lecz o… wpływy na konta. Konkretnych redaktorów. Przez ostatnie lata zawłaszczali publiczne media po cichu, bez kija bejsbolowego, za to skutecznie. Bez skrupułów, zapominając o fundamentalnej przyzwoitości. Etyka dziennikarska stała się dla nich martwą literą w statucie dziennikarskiego stowarzyszenia.

Przy ogólnym zubożeniu środowiska dziennikarskiego, przy coraz większym zagrożeniu bezrobociem w tym zawodzie, monopolizowali różne media, mnożyli funkcje, stołki i dochody. Jak prawdziwe paniska, rozdawali splendory. Kumplom oraz „zaprzyjaźnionym” firmom, które się wypłacały lub odpłacały. Zaiste, prawdziwy rurociąg przyjaźni.

Patologii w mediach było/jest wiele. Na przykład, kolorowe magazyny pobierają kwoty za publikacje o czymś/wywiady z kimś, traktując te materiały jako formę promocji osoby/wydarzenia. Faktycznie tak jest – oceny negatywne wykluczone, a pozytywy przesadzone.

Radio i tv, pomimo niskich pensji, to w gruncie rzeczy złotonośne kury. Etat równa się panowanie nad czasem antenowym. Kto ma eter, ten ma władzę. A kto ma władzę, robi z niej użytek.

Szło to tak: najpierw wykluczono konkurencję w postaci freelancerów. Łatwo było przekonać szafów, że osoby z zewnątrz osłabiają potencjał redakcji. Równie bez trudu przyszło wmówić, że autopromocja w formie dziesiątki razy powtarzanego spotu z nazwiskiem dziennikarza służy lansowaniu stacji – podczas gdy w istocie przynosi popularność konkretnym osobom. Wiadomo, że nic tak nie pomaga sukcesowi, jak… sukces. W efekcie, ci sami dziennikarze pojawiają się w różnych mediach. Z przełożeniem na pieniądz.

Bywa jeszcze lepiej: dodatkowe gratyfikacje od tych, którym baaardzo zależy, żeby medialnie zaistnieć. Albo zagraniczne wyjazdy opłacone przez firmy zewnętrzne. Lub ekstra propozycje (spotkania autorskie, wykłady, prowadzenie iwentów, udział w reklamach).

Kolejny powszechnie stosowany myk: zapraszanie znawców w jakiejś dziedzinie jako gości redaktora prowadzącego program. Dany piecze aż trzy pieczenie na jednym ogniu – ekspert podrzuca tematy i pracuje na jego markę, nie własną; wypełnia czas antenowy, pozwalając prowadzącemu poleniuchować; najważniejsze – występuje gratis. Czasem jeszcze taki gość da kontakty do innych ekspertów, równie naiwnie wierzących w „misyjność” mediów.

Wolne media? Wolne żarty.

 

 

 

 

 

 

 

 

01
Mar

Nożyczki na Oscara (o nagrodach iF Design Award w Monachium)

Udostępnij:

13 nagród dla polskich firm na iF Design Award w Monachium! unspecified-4

                                unspecified-3 unspecified-1  

 

Mówią o tych nagrodach – Oscary Dizajnu. Przyznawane w Monachium dwa dni przed hollywoodzką galą, wywołują w środowisku projektanckim nie mniej emocji od Oscarów filmowych. W tym roku przyznano aż 75 złotych nagród w siedmiu kategoriach, m.in. produkt, opakowanie, komunikacja, architektura. Najwięcej laurów powędrowało do rąk dalekowschodnich projektantów; w europejskiej czołówce jak zwykle znaleźli się Anglicy, Holendrzy, Niemcy, Szwajcarzy i Skandynawowie.

Nam też zaświeciło złoto. Poznańska firma Renomed wdrapała się na designerski Olimp przy pomocy przedmiotu ostrego, zarazem eleganckiego – nożyczek. 174811_01_Renomed_The_Black_1

Uhonorowano też wyróżnieniami tuzin innych polskich brandów, co dowodzi, że stajemy się konkurencyjni – przynajmniej na wzorniczej niwie.

W tym roku stanęło w szranki więcej kandydatów, niż kiedykolwiek wcześniej: 5,3 tys. chętnych z ponad 50 krajów, zaś do finalnych rozgrywek przeszło 2,5 tys. marek. Uroczystość wręczania nagród (złocisty geometryczny obiekt, coś jak graniastosłup z „Odysei kosmicznej 2001” Kubricka) odbyła się w monachijskim Centrum BMW Welt, mecenasa wydarzenia

558179_349244598488641_781290572_n.BMW Welt MŸnchen Munich's BMW Building

Sceneria jak najbardziej à propos: futurystyczny budynek siedziby firmy, otwarty niecałe osiem lat temu; wewnątrz – eksponowane tu i tam luksusowe limuzyny BMW. Gdybym miała wskazać moich faworytów, wybrałabym kamerę OZO, wyglądającą jak ufoludek. I klawiaturę Seaboard RISE, ładniejszą niż minimalistyczna rzeźba. I lodówkę z „oknem” w drzwiach, w które się puka raz lub dwa i sezam otwiera się. Albo biżuteryjne bezprzewodowe głośniki UE ROLL. Albo czerwone sportowe ferrari (a jakie ma być ferrari?), doskonałe i groźne jak pojazd dla Lucyfera.

Wydarzenie w Monachium nie sprowadzało się do prezentacji nagrodzonych obiektów. Stolica Bawarii włączyła „Oscarowy” wieczór w przedsięwzięcie zwane Munich Creative Business Week, który to tydzień trwał aż dziewięć dni i obfitował w wystawy, prezentacje, spotkania z designerami. W sumie, prawie setka mniejszych i większych pokazów plus rozmowy z autorami.

Na kilka dni zatonęłam w oceanie wspaniałych przedmiotów, pojazdów, budynków i wnętrz. Każde rozwiązanie warte adaptacji w codzienność, każdy pomysł błyskotliwy i efektowny, każda rzecz kusząca wizualnie i miła w dotyku. Uderzała troska o starszych, niepełnosprawnych i najmłodszych. Tylko… na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest to kraj dla biednych ludzi. To wizja idealnego, zasobnego świata, mało dla kogo dostępnego. Fantazja na temat dobrobytu, dobrostanu, dobrych międzyludzkich stosunków.

I choć konkurs iF Design Award cieszy innowacyjnością oraz poziomem, to zarazem prowokuje pytanie: czy te produkty istotnie poprawią jakość naszego życia?