THE BLOG

31
May

Normalnie fakt (o malarstwie Wiesława Szamborskiego i innych artystach lat 60.)

Udostępnij:

 

002_f_small Najwyżej wyskoczył Marek Sapetto. Po jego lewej – skacze Mieczysław Wasilewski. Plener. Pozostałych nie poznaję.

 

Był kiedyś gwiazdorski duet: Marek Sapetto/Wiesław Szamborski. Pierwszy urodzony w 1939 roku, drugi dwa lata młodszy. Sapetto – Warszawiak, przystojniak, podrywacz; Szamborski wsobny, introwertyczny, milkliwy. Ale charakterologiczne różnice nie przeszkadzały im zgodnie pracować.221933_1325877666_e425_p

Zadebiutowali w 1968 roku, działali przez sześć kolejnych lat, przez ten czas organizując dziewięć wspólnych wystaw. Nie mieli programu, nie pisali manifestów. Uważali malarstwo za wystarczająco wymowne medium. („Myśleliśmy o tym, także i później, ale uznawaliśmy, że nie ma to sensu – tłumaczy Szamborski. – Jeżeli podpierałem coś tekstem, był nim tytuł”.)

Reagowali na to, co działo się w Polsce, mniej zwracając uwagę na wydarzenia w świecie. Byli forpocztą młodzieżowych buntów – choć w polskich warunkach miały zupełnie inny podtekst, niż w krajach Zachodu.02-b-003320002_1295956053407 czerwiec09 Wczesne prace Wiesława Szamborskiego…

02-b-003315-1001_1342080870099 sapetto_marek-przy_stole___dyptyk-OM776300-10993_20080313_850_51 … i prace Marka Sapetty.

 

Kontra plastycznej kontrukltury

 

Skupmy się jednak na sprawach sztuki zwanej wówczas plastyczną. Młodym chodziło o sprzeciw wobec… abstrakcji. Tej spod znaku informelu, czyli „organicznej”, skoncentrowanej na efektach wizualnych, fakturach, pięknie bądź dziwności materii. Bo po Odwilży (1956) sztukę nieprzedstawiającą uznano za szczyt nowoczesności i wyzwolenie z rygorów socrealizmu. Tabuny artystów rzuciły się do eksperymentowania z informelem, abstrakcyjną ekspresją, malarstwem gestu, itp.

Sapetto/Szamborski odrzucili te trendy. Stanęli także w opozycji do pięknoduchowskich postaw kapistów (którzy nadal uczyli w akademiach), nadal obstawiając „niezaagnażowaną” tematykę: martwe natury, pejzaże, portrety, akty. Kursowało wtedy popularne powiedzonko: „artysta tak maluje, jak ptaki śpiewają”. Sapetto/Szamborski zarzucili wokalne popisy na rzecz przekazu

.z20056725ICR,Wieslaw-Szamborski--Znowu-o-krowie--koniu-i-innych RTEmagicC_Szamburski

Wdarli się szturmem na pogodne, bezkonfliktowe poletko sztuki oderwanej od realiów. Ich prace drażniły starsze pokolenia „niedomalowaniem”, ekspresyjną deformacją podbitą wściekłymi kolorami. Jednak Sapetto i Szamborski zyskali wielu entuzjastów.Czas im sprzyjał: fala młodzieżowej kontrrewolucji ogarniała coraz więcej amerykańskich i europejskich miast i Europę, o czym dochodziły wieści nawet przez żelazną kurtynę. U nas kulminacją zamieszek (bynajmniej nie spontanicznych ani tylko młodzieżowych, lecz sterowanych odgórnie) okazał się Marzec’68.

Jakie były konsekwencje w sztuce?

Młoda artystyczna generacja zbuntowała się przeciwko wysmakowanym, ale obojętnym społecznie i politycznie dziełom. Zaczęły klarować się rozmaite tendencje figuratywne, w opozycji wobec znienawidzonego socrealizmu, także w kontrze do ugodowych estetów. W Warszawie powstał ruch „O Poprawę”, (1972), którego intencje wyjaśnia sama nazwa. Zaczęło dymić. I niewątpliwie jako jedni z pierwszych ogień podłożyli dwaj panowie S.

– Kiedyś całej wystawie daliśmy tytuł „Normalnie fakt” – przypomina Szamborski.Przed-zachodem-słońca-1975-22-0001-519x600 55ed69d4d3931

Fakt, pamiętam wrażenie, jakie wywarły na mnie obrazy duetu Sapetto/Szamborski, gdy po raz pierwszy zobaczyłam je w jakiejś warszawskiej galerii.

Szok, zachwyt i – przyznaję – próby naśladownictwa. Byłam jeszcze w szkole, lecz już z planami zdawania na Akademię Sztuk Pięknych. I strasznie chciałam, tak jak rzeczony tandem, „trzaskać” obrazy. Bo oni nie malowali, lecz atakowali płótna. Stosowali nowe chwyty: kadrowali w nietradycyjny sposób, ignorując zasady kompozycyjnej harmonii. Szaleli z perspektywą – to brali scenę z góry, z lotu ptaka, to zachodzili jakąś postać od tyłu, obserwując widok zza jej pleców, to spoglądali z dołu, zakłócając proporcje, jedne obiekty czy figury wyolbrzymiali, inne miniaturyzowali. Zachwyciły mnie również świadome „niechlujstwa”, jakich dopuszczali się w pracach. Zacieki, kleksy, tu i ówdzie grube kontury, jakiej linie kreślone bezczelnie w poprzek kadru. No i barwy! Czyste, świetliste, jaskrawe. Każdy zestaw kolorów dozwolony, nawet te uchodzące za zgrzyty. Farba kładziona cienko, laserunkowo, z pozostawionym miejscami gołym płótnem.

– Stosowałem często tak zwane niedomalowywania – przyznaje Szamborski. – Niektórzy mi nawet zarzucali, że obrazy są niedokończone. Ale nawet po wielu latach je aprobuję. A ściekająca farba ma inną funkcję niż u Pollocka. Starałem się, żeby spływała w sposób pasujący do całości.

.z20056724ICR,Wieslaw-Szamborski--Otwarte--1971--olej--plotno--1IER Choragiew-III-z-torsem-1973-7-0001-473x600

 

Duet nie przejmwał się kolorystyczną tradycją ani cyzelowaniem faktury. Szamborski trochę skorzystał z doświadczeń przy robieniu plakatu (większość plastyków dorabiała plakatami, okładkami, folderami i innymi użytkowymi zamówieniami), zwłaszcza, że w Dziekance mieszkał w jednym pokoju z Mieczysławem Wasilewskim, późniejszym sukcesorem pracowni plakatu Henryka Tomaszewskiego.

Jednym słowem – byli wspaniali. Inspirujący. Od nich – choć nie jedynie od nich – zaczęła się Nowa Figuracja.

 

Nóż na gardle, dusza na ramieniu, pędzel w dłoni

 

Podziwiałam i obserwowałam poczynania duetu. Poznałam ich biografie, podpatrywałam, co działo się w ich pracowniach na warszawskiej ASP. Nie wiedziałam jednak, jakie kłopoty miał Szamborski z pozostaniem w Warszawie (pochodził ze Skarżyska-Kamiennej). Z zewnątrz wyglądało, że był dzieckiem szczęścia: wkrótce po dyplomie na ASP zatrudniony w macierzystej uczelni, posiadacz własnej pracowni na Białostockiej. Jak ją zdobył?

Po partyzancku, mówi. Bo przez wiele lat przebywał w Warszawie…nielegalnie.

Współczesnym „słoikom” tamte utrudnienia są kompletnie nieznane. Dziś wystarczy mieć budżet na wynajem mieszkania. Jak było w tamtej epoce, niech opowie bohater tego tekstu.

– W Dziekance mieszkałem jeszcze rok po dyplomie, bo zapisałem się na Studium Pedagogiczne – opowiada Wiesław Szamborski w rozmowie ze Zbigniewem Taranienką. – W 1967 roku musiałem ją opuścić. Miałem nóż na gardle, a duszę na ramieniu. Rozpaczliwie zacząłem więc szukać jakiegoś miejsca. Łaziłem po praskich pustostanach, po zdewastowanych strychach. Wreszcie na Szmulkach znalazłem strych w kamienicy zbudowanej w okolicach I wojny. Białostocka 53, z oknami na Targówek. Niebezpieczna dzielnica. Do tego trzeba było to dostać oficjalne zezwolenie. Pytany o zameldowanie, podałem adres domu studenckiego Dziekanka, gdzie mój czasowy meldunek właśnie się kończył. Urzędniczka przystawiła pieczątkę, mogłem się wprowadzić. Później miałem meldunek okresowy u ciotki na Elektoralnej; zgadzała się nawet na zameldowanie mnie na stałe, ale ze względu na ogólne przepisy było to wykluczone.

Miałem gdzie postawić łóżko, żeby położyć na nim głowę, miałem gdzie zjeść i mogłem malować. Ale najpierw trzeba było te trzydzieści metrów na strychu doprowadzić do stanu używalności. Robiliśmy to przez lato z Markiem Sapettą. Włożyliśmy kupę roboty i masę pieniędzy. Nie miałem pojęcia, że na strychu mieszkały jeszcze… pluskwy. Przerażony, lałem jakiś trujący środek do farby, sypałem proszek w zapadającą się, wypełnianą tekturami podłogę, w kontakty, elektryczne instalacje. Udało się ich pozbyć, choć sam się też podtrułem.

Byłem szczęśliwy, że mam własny kąt, co prawda niepewny: brak warszawskiego meldunku nieustannie groził eksmisją. Dopiero po kilku latach starań uzyskałem ten meldunek. I to dzięki życzliwości Akademii Sztuk Pięknych, na której zgodnie z prawem nie powinienem być zatrudniony bez meldunku. Cóż, w Polsce panował wtedy chory system.

 

Zabawy na podwórku

 

Co potem? Marek Sapetto pierwszy zniknął ze sceny sztuk wizualnych kilka lat temu, nękany chorobą. Szamborski nadal działa z niezmienną intensywnością, która w jego przypadku sprowadza się do 15-20 płócien rocznie. Łatwo policzyć, jaki daje to wynik przez półwiecze. Tylko… mało kto o tym wiedział.

Po wieloletnim milczeniu Wiesław Szamborski odzyskuje głos za sprawą wystawą w Galerii Opera. (Tu wtręt: kto zgadnie, jaką polską galerię odwiedza rekordowa widownia? Otóż, Galerię Opera. A nabija frekwencję dzięki… antraktom. To wtedy publiczność sali koncertowej przemieszcza się do sal ekspozycyjnych. Koncepcję łączenia wszystkich twórczych dyscyplin Waldemar Dąbrowski, dyrektor Opery Narodowej, przeszczepił z Centrum Sztuki Studio Teatr-Galeria, którego ideę stworzył Józef Szajna w 1972 roku. Twórca „Repliki” objął dyrekcję Teatru Klasycznego z siedzibą w Pałacu Kultury i Nauki. A że sam łączył w kreacjach elementy sztuki wizualnej, teatru (wówczas zwanego plastycznym), performence’u i instalacji, starał się przekazać tę otwartość bywalcom Centrum Sztuki Studio. W 1982 roku Szajnę zastąpił inny reżyser działający na styku teatru i plastyki – Jerzy Grzegorzewski. Wówczas współszefowaniem Studio oraz promowaniem polskiej kultury zajął się Waldemar Dąbrowski. I do dziś dowodzi propaguje zasadę przenikania się sztuk.)

 

Monograficzny pokaz Szamborskiego w Galerii Opera prowadzi odbiorcę przez całą drogę twórczą od mocnego debiutu pod koniec lat 60., poprzez zbliżone do pop-artu prace z lat 70., wymownie „antyczerwone” kompozycje z następnej dekady, do coraz bardziej nierealnych, onirycznych pejzaży z pierwszych lat po-transformacyjnych, aż do ponownie krytycznych dzieł z lat dwutysięcznych, skierowanych przeciwko ogłupiającej konsumpcji.

Patrzę na obraz „Zabawy na podwórku”. Rok 1968. Jak na tamte czasy, gdy oszczędzało się każdy skrawek płótna, każdy blejtram – monument: 163 x 252. Puste, jasnoniebieskie pole, na nim oglądane z góry postaci grających w piłkę. Z jednej strony – amarantowy barak (garaże?), obok żółty dach z różowo-czerwonym kleksem. Widoczne od tyłu (i z góry) dziewczynka z jednej strony obrysowana ciemnym konturem. Ktoś kuca jak żaba, ktoś inny gapi się na grę. Proporcje porąbane, perspektywa też. Na dokładkę fragment kadru zamyka szerokie oranżowe pasmo, jak urwana w połowie rama. Ta praca nic nie straciła na brawurze, znakomitym ujęciu i, pomimo użycia nierealnej gamy kolorystycznej – jakiejś prawdzie.

Inne dzieło, które wciąż wzrusza: „Przedwiośnie” (1971). Starszy pan w niemodnym niebieskim „garniaku” spogląda z balkonu na paskudne, podełkowate domki rozrzucone na zielonkawym tle. Nad tym swojskim widokiem wisi potężna szara chmura. Odgadujemy, że pan z balkonu nie ma radosnego nastroju. Niby nadchodzi wiosna, a wymowa sceny dołująca.

Albo taki obraz: „O ptakach i klatkach”, rok 1984. Tytułowa klatka ujęta z góry, w niej – kanarek i karma dla niego. Jadowite żółcie i trujące zielenie nie przynoszą oczom ulgi. To opowieść o zamknięciu. Chyba nie trzeba mówić, do czego pije autor?

Oczywiste w wymowie są również kompozycje z późniejszych 80 lat. Szamborski, który uczestniczył w Ruchu Kultury Niezależnej, przemawia do odbiorcy coraz dobitniej. „Upadek Ikara” (1987) przedstawia scenę uliczną. Tłum przechodniów (wszyscy w odcieniach blue, co kojarzy się z „Błękitnym szoferem” Andrzeja Wróblewskiego czy jego „Rozstrzelaniami”) nie reagują, nie dostrzegają spadającej nagiej figury. Oczywiste nawiązanie do greckiego mitu i do dzieła Bruegla. Oraz do PRL-owskiej rzeczywistości końca komunizmu.Cztery-1993-20-0001-782x600 Jeszcze-bez-tytułu-1991-20-0001-790x479

Kiedy w następnych latach na jego płótnach zapłonie ostra czerwień, brzmi jak ostatni wrzask upadającego systemu. Gromada bezmyślnych plażowiczów, malowanych na pomarańczowo, czerwono i żółto gapi się w jednym kierunku nosi ironiczny tytuł „Głowy wyżej” (1989). Z tego samego roku „Sierpniowa sobota” to miejski pejzaż z dominantą karminu. Czerwone drzewa, czerwony mały fiat, czerwona teczka w ręku gościa stojącego przy jezdni. Ale niebo już niebieskie…

Warto podkreślić, że od lat 70. Szamborski coraz częściej bazował na fotografiach. Jednak daleko mu do innych naszych fotorealistów, a lata świetlne do amerykańskich hiperrealistów. Tu kolor, odmienny od rzeczywistego, używany jest symbolicznie. Pytany o powody tych zabiegów, artysta odpowiada: – Fotografia została kiedyś wymyślona między innymi po to, żeby malarze nie musieli płacić zbyt dużo modelkom. Korzystało z niej wielu malarzy, także u nas , jak choćby Aleksander Gierymski. Później fotografia się usamodzielniła. Dla malarza zdjęcie jest pewnym rodzajem szkicownika – zawiera więcej informacji niż najlepszy nawet szkic. Kiedy, jak i ile się z tego szkicownika korzysta w procesie twórczym nie jest do końca jasne. Bo cóż my wiemy o twórczości!

 

Post scriptumWiesław-Szamborski

Co spowodowało nieobecność Szamborskiego w naszym życiu artystycznym? Jaka jest przyczyna wycięcia z historii sztuki przywołanego tu duetu? Jasne, zmienne artystyczne mody i potrzeby.

Ale nie tylko. Po prostu obecnie dozwolone stało się manipulowanie faktami wedle komercyjnych potrzeb.

Jednych ze starszej generacji lansuje się jako „prekursorów” późniejszych trendów, dokonania innych przemilcza się lub przynajmniej umniejsza znaczenie. A na dokonania tandemu Sapetto/Szamborskie mogło by się powołać wiele ugrupowań, poczynając od nowych dzikich, poprzez „ładnowców” do współczesnej ekspresyjnej figuracji najróżniejszej proweniencji.

Im dłużej przyglądam się obrazom Szamborskiego, tym mniej rozumiem tego powody. Poza jednym: koło fortuny. Tak zwykło się określać niespodziewane kariery i równie nieoczekiwane zniknięcia. Lecz nie należy temu całkowicie wierzyć…

 

 

 

 

 

21
May

Homilia księdza Marka: do hejterów

Udostępnij:

Ukochani hejterzy, umiłowani propagatorzy kłamstw, i wy, odbiorcy bez właściwości, lecz przecież umiejący czytać i chętnie ulegający wszelkiej indoktrynacji!

Spieszę WAS poinformować, że już są opracowane nowe (niezbyt zmienione, ale jednak) zasady przyznawanie ministerialnych pieniędzy na priorytetowe zakupy – czyli te, o które podniósł się taki wrzask, że zabrano 7 milionów, o które tak walczyliście, bo kochacie sztukę współczesną i jej orędowników!

Więc, ukochani, profesor Andrzej Szczerski z ramienia AICA już podpisał się pod dokumentem opracowanym wraz z gronem profesjonalistów. Pismo owo dotyczy tychże priorytetów i kasy z budżetu, a suma nie zmniejszyła się ani o złotówkę!!!

Tak, najmilsi, nadal cztery muzea ze sztuką współczesną (przypomnę zapominalskim: MSN, MOCAK, MUzeum Sztuki w Lodzi i Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu) mogą ubiegać się o siedem baniek – i zapewne dostaną, jeśli dostosują się do tak trudnych wymagań, jak np. przysłanie komisji całych filmów wideo do wglądu, a nie jednej klatki; wyjaśnią, dlaczego te same prace (kopie) mają być we wszystkich czterech kolekcjach; dlaczego jakiś obiekt kosztuje kilkakrotnie drożej, niż na polskich aukcjach.

Idźcie więc w pokoju i głoście tę dobrą nowinę!!!

20
May

Nienawiść wedle Wikipedii (czyli socjotechnika hejtu)

Udostępnij:

Nienawiść wedle Wikipedii

Monika Małkowska

 

Czy ktoś z państwa był/jest obiektem hejtu?

To coś innego niż mobbing.

To nagonka zbiorowa, zaszczuwanie w każdej możliwej formie. Doświadczenie inferna: płomienie dobywają się zewsząd, parzą, wdzierają się w duszę i duszą…

Hejt odbiera poczucie sensu działania. Eliminuje radość życia.

Hejtowany staje się samotny – bo nagle znajomi znikają. Zrozumiałe: unikają psychicznego dyskomfortu. Obserwują więc z bezpiecznej odległości, jak akcja potoczy. Kiedy już będzie wiadomo, że psy zająca zjadły, pojawią się i zaczną współczuć, żałować. Tymczasem milczą. Tymczasem postronni obserwatorzy nabierają podejrzeń – może rzeczywiście coś jest na rzeczy, skoro nikt nie oponuje?

A że najtrudniej bronić się samemu, zaszczuwany milczy. Gdy tylko odezwie się, natychmiast padają dobijające argumenty: frustrat, nieudacznik, zdrajca!!

Znam to z autopsji.

Przechodzę przez piekło ostracyzmu i wycinania od momentu publikacji tekstu „Mafia bardzo kulturalna”. Półtora roku temu, na długo przez wyborami PiS-u.

Czytam w katalogu aktualnej wystawy „Salon odrzuconych” (jest aktualnie w sopockiej PGS): „Małkowskiej nikt nie knebluje, skoro cały czas publikuje w wysokonakładowym dzienniku. (…) Dyskusja zainicjowana przez Małkowską nie była merytoryczna”.

Za to hejt jest merytoryczny. Ba! naukowy.

Atakującym w sukurs przyszła socjotechnika. Nietrudno ją opanować, wskazówki dostępne w internecie. Raptem stroniczka z wypunktowanymi metodami.

Zaczyna się niewinnie: ośmieszanie. Ofiara nienawistników jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że jest namierzona. Sama wtóruje drwinom. Przecież zaśmiać się z siebie nawet zdrowo.

Tylko… ośmieszający jednocześnie poważnieją. Pompują się. Budują własny autorytet. I już są odrobinę do przodu.

Wtedy stawiają kolejny krok – manipulują faktami. Ofiarę hejtu eliminuje się, skąd tylko można; przemilcza dorobek, nie cytuje się, nie zaprasza do publicznych dyskusji.

Dalszej już idzie z górki. Nienawistnicy odwołują się do zbiorowych emocji: środowisko dowiaduje się, że hejtowany to szkodnik (w moim przypadku – sztuki polskiej). Starannie unika się wszelkiej tytulatury: nie ma publicysty, wykładowcy, doktora. Jest samo nazwisko, często nawet bez imienia. Rzucane obcesowo, jak jakaś ściera.

Hejterzy wiedzą, że największy absurd, powtarzany uparcie, w różnych kontekstach, musi zadziałać. I działa. W efekcie, atakowany obiekt traci wsparcie w środowisku. Zostają mu nieliczni współtowarzysze hejtowej zsyłki – ale o nich za moment.

Teraz rycerze nienawiści szykują ostateczny cios: kłamią. Nawet najbardziej jaskrawe łgarstwo, powielane w mediach, zamienia się w prawdę. Przykład z ostatnich dni: Roman Pawłowski w GW po raz kolejny publikuje tekst pełen mistrzowsko spreparowanych kłamstw i półprawd. Autor sam siebie cytuje, z lubością powielając bzdurę o „zabraniu przez ministra kultury siedmiu milionów przeznaczonych na rozwój narodowych kolekcji”. Co z tego, że na poprzednie kłamstwa zareagowała sama minister Wanda Zwinogrodzka, pisząc do gazety sprostowanie? Zignorowano je. Równie nieprzemakalni na niewygodną prawdę pozostają inne „lewicowe” media.

Kłamcy praktycznie pozostają bezkarne: prawnicy ich wyapelują.

Tu dochodzimy do kolejnej socjo-sztuczki: preparacja kontekstu. Zacytuję mistrza Pawłowskiego: „z komisji oceniającej wnioski o dofinansowanie kolekcji sztuki odwołano m.in. trójkę akademickich specjalistów, a na ich miejsce powołano Zbigniewa Dowgiałłę, autora obrazu »Smoleńsk«, Monikę Małkowską, krytyczkę lansującą tezę, że sztukami wizualnymi w Polsce rządzi mafia kuratorów, oraz Jacka Kucabę, rzeźbiarza specjalizującego się w pomnikach Jana Pawła II”.

Znów metoda podręcznikowa – tworzenie stereotypów, którego siłę wzmacnia permanentne używanie. Toteż autor buduje komunikat tak, żeby wytknąć, komu trzeba niekompetencję, prawicowe poglądy i postawić w opozycji wobec „ekspertów”. No i wklepać w twardy dysk wszystkich zainteresowanych kulturą, że oto dzieje się jej krzywda.

To uszlachetnia hejt, czyż nie?

 

 

07
May

Miejsce, które obchodzi 50-lecie (o Galerii Foksal)

Udostępnij:

Galeria Foksal (nie mylić z Fundacją Galerii Foksal) świętuje 50-lecie istnienia.

10653744_955135557845980_8198459721544423941_n To zdjęcie było w oknie Galerii Foksal

Pierwsza impreza-wernisaż odbył się 1 kwietnia 1966 roku – i pomimo zmieniających się okoliczności (każdych) galeria jak Chińczycy, trzyma się mocno.th_b6013a5beacabcb919d3a6564ae91b58_foksalgalleryimage4 wieslaw-borowski-z-przedmiotem-optycznym-str-7-foto-archiwum-galerii-foksal-2012-10-15 Instalacja (słynna) Stanisława Dróżdża, która miała premierę na Foksal. I Wiesław Borowski, jeden z założycieli galerii, z obrazem Zbigniewa Gostomskiego w ręku.

 

 

Z jubileuszowej okazji jeden z obecnych kuratorów Foksalu, Lech Stangret, zaproponował super cykl, tytułem nawiązujący do początków miejsca: „Miejsce”. W trzech odsłonach, 3 x 3.
Otóż dziewięciu artystów związanych od debiutu z Foksal urządza w trzyosobowych zespołach kolejne trzy wystawy. Wystawiają nowe prace, na ogół premierowo.
Odmiennością (na dzisiejszym tle) jest BRAK KURATORSKICH DECYZJI, WPŁYWÓW i w ogóle SUGESTII.

Trzech twórców dostaje do dyspozycji maleńką przestrzeń (bez okien), cztery ściany (w jednej – drzwi) – i musi się dogadać.
Najpierw była najstarsza generacja: Maria Stangret, Koji Kamoji i Zbigniew Gostomski.

SZUM-20160404-20-48 SZUM-20160404-20-471
Kto dogaduje się w „Miejscu” obecnie?

Krzysztof Bednarski (rzeźbiarz), Marek Chlanda (malarz, rysownik, autor instalacji i performance’ów) oraz Tomasz Ciecierski (malarz).
jest pięknie, jest równowaga, jest dialog (na trzy osoby).z19894406ICR,Z-Piekla-Danego--Piesn-XXXIV--S-el-fu-si-bel---Jes z19989763IH,Beczki-Krzysztofa-M--Bednarskiego

Trzecia odsłona też zapowiada się znakomicie: Robert Maciejuk, Leon Tarasewicz, Włodzimierz Zakrzewski. To już od 19 maja.

W kolejności: dwa pierwsze zdjęcia – pierwsza odsłona „Miejsca”; dwa następne – obecna; ostatnia fota to… przypadkiem, przed chwilą znaleziona na stronie galerii (Foksal) jakiś wernisaż tamże z moim udziałem (noszę szorty, gdyby ktoś chciał wiedzieć). Autorką zdjęcia była nieżyjąca już Irena Jarosińska. No, no. Jakże miło.e6a78952-dfa7-40ac-882d-95cce978d2ca

07
May

Stoi na stacji lokomotywa… (wokół wystaw adresowanych dla dzieci, z ich udziałem)

Udostępnij:

 

Wchodzę do Zachęty i cieszę się jak dziecko.

Bo wystawa „Tu czy tam?” jest dedykowana malutkim, starym malutkim i starym wychowanym wedle PRL-owskiego wzorca. Czyli również takim jak ja.

Wzruszam się, widząc obok najnowszych ilustratorskich dokonań – klasykę spod znaku Naszej Księgarni, zdobną w prace Jana Marcina Szancera, Bohdana Butenki, Olgi Siemaszko, Antoniego Uniechowskiego, Józefa Wilkonia i innych mistrzów, na których wychowywały się pokolenia.

A gdy oglądam interaktywne propozycje dla najmłodszych, wspominam „interaktywność” dostępną mojej generacji: książeczki do kolorowania oraz woluminy rozkładające się warstwowo lub rozciągające się harmonijkowo.

Przechowuję do tej pory taki skarb: bajkę „O Janku co psom szył buty” autorstwa Juliusza Słowackiego, zobrazowaną przez Szancera. Kilkumetrowa rozkładanka, właściwie – coś w rodzaju komiksowej sekwencji. Kompozycja doskonała w każdym układzie. Od tamtej „interaktywności” – jeden skok (choć w stumilowych butach) do Zachęty, gdzie zdarzyła się szczególna wystawa. Wieloznaczny tytuł „Tu czy tam?” – a może „Tu czytam?” – prowokuje do peregrynacji w różnych kierunkach. Także w przeszłość.

Jak każdy odbiorca prezentacji, otrzymałam zeszyt do zadań, czyli swoisty przewodnik po wystawie. Wykonuję jedno z poleceń: dopełniam eksponaty własnym komentarzem. I jako szkolna prymuska wyrywam się przed orkiestrę – domalowuję tło.tuczytam-dribbble 635939106197293819

 

 muzeum1

 

Konstrukcja brudu i słonia

W dobie tabletów i gier komputerowych książeczki do kolorowania wciąż mają się świetnie, ba, przeżywają „drugą młodość”. W ogóle dzieci są zachęcane do różnego typu współpracy z ilustratorami w tradycyjnej formie – czyli ręcznie i imaginacyjnie.

Na wystawie „Tu czy tam?” w pierwszej sali umieszczono czarne tablice – prawie takie same jak te, które są w każdej klasie. Na siedmiu panelach siedmiu z czternastu uczestniczących w pokazie artystów narysowało kredą coś w rodzaju zaczynu ilustracji. Dopełnienie ich należało do widowni, tej najmłodszej. Nie chodziło tylko o sprawdzian umiejętności plastycznych. Przede wszystkim pomysłodawcom zależało na sprawdzeniu, jak funkcjonuje wyobraźnia dzieciarni, od oseska chowanej na elektronice. Czy tacy wierzą w istnienie bakterii, których gołym okiem nie widać? A tu – Patryk Mogilnicki podsuwa im widok powiększonego brudu. Albo – czy maluchy kumają, jakiego rodzaju towar sprzedaje się w księgarniach? Sprawdza to Maciek Blaźniak swoim szkicem. Z kolei Anna Niemierko i Emilia Dziubak badają poziom dziecięcej empatii. Pierwsza zachęca do kontynuacji rysunku wywołanego wierszem „Źle skonstruowany słoń”; druga w imieniu małego misia apeluje do widzów „Proszę mnie przytulić”.

Te proste odruchy sympatii i ciepła potrzebne są chyba każdemu, niezależnie od wieku. Dlatego uważam, że pokaz wymyślony i kuratorowany przez Magdę Kłos-Podsiadło z wydawnictwa Wytwórnia i Ewę Solorz, autorkę książek dla młodych, uświadamia potrzebę odruchów społecznych.

W kolejnych salach Zachęty znajdujemy „przyjemności same oraz niespodzianek wiele” (że zacytuję Tadeusza Chyłę w „Balladzie o cysorzu”).

Część ilustracji przybrała formę przestrzenną. Ot, choćby ogromna „kolumna”, w której wycięto 16 par oczu. Przez otwory można podglądać umieszczone wewnątrz konstrukcji rysunki z książki „Oczy” Joanny Chmielewskiej. Jeszcze ciekawiej, także w tytule, przedstawia się „Tajemnica Malutkiej” Agaty Dudek: tym razem, żeby zobaczyć to i owo, trzeba wczołgać się do tuby, a potem przejść do kolejnego pomieszczenia i… usiąść na owym sekrecie Malutkiej.

NzIweDQ4MCFjcm9wfDEwMDF4Mzc1eDMwNDB4MjAyNw,zacheta wybrane1_otymzepl-005 20160403_0239

 

Mysz ma dość

Nie zdradzę, co to za tajemnica – za to podpowiem, co należy zrobić z orkiestrą przedstawioną przez Martę Ignerską w dziele „Wszystko gra”: nacisnąć guziki pod każdym członkiem zespołu. Wtedy grzecznie zagrają, każdy muzyk na swoim instrumencie. Jaka z tego nauka? Zapoznanie się z brzmieniem poszczególnych instrumentów, zauważenie miejsca w orkiestrze, wreszcie – usłyszenie całej melodii, którą okiełznał jedynie pan dyrygent.

Na tym nie koniec dźwiękowych atrakcji – bo oto za ścianą urzęduje rodzina pana Tralalińskiego, którego ojcem był Julian Tuwim. Poznałam w dzieciństwie tego rozśpiewanego jegomościa, ale dopiero teraz usłyszałam, w czym specjalizowali się poszczególni członkowie familii oraz krewni i znajomi Tralalińskich. Kto ciekaw, niech podejdzie blisko, jak najbliżej postaci sportretowanych przez Katarzynę Bogucką i nasłuchuje. I proszę zwrócić uwagę na nieszczęsną mysz, która ma tak dość, że zatkała uszka. Za dużo słyszy, a pragnie ciszy.

Następne ilustracjo-instalacje nie mniej inspirujące. Na przykład, jest coś jak szafa z szufladami, które wyciągane, ukazują prezenty otrzymane przez Prosiaczka na pierwsze urodziny (autorka tekstu i ilustracji – Aleksandra Płocińska). Ciągniemy „szufladę” za ryjek (prosiaczka) i widzimy czternastu gości oraz ich dary. Ale to, co najważniejsze, pozostaje niewidoczne: miłość.

Wśrod tych atrakcji – animacja. Oto pomyka przed nami słynna „Lokomotywa” Tuwima (pierwszy raz dała sygnał do odjazdu w 1938 roku!). Ciągnie za sobą 39 wagonów, a co w nich – wie, pamięta każdy, kto zapoznał się z tą lekturą. Teraz można pomanewrować zawartością transportu i ustawić po swojemu sześć fortepianów, armatę, słonia, banany oraz grubasów, zażerających tłuste kiełbasy.

Pamiętam to literackie arcydzieło z audycji mojej babci, Wandy Tatarkiewicz-Małkowskiej, która wykorzystywała onomatopeiczne waloty wiersza Tuwima. Zresztą, każdemu czytelnikowi dźwięki wpisane w „Lokomotywę” narzucają się same. Uffff…

Na deser w Zachęcie – mini-pokaz plakatów reklamujących wystawę „Tu czy tam?”. Jak powstaje ilustracja, podpowiadają jej autorzy. A jak przebiega proces twórczy, zwierzają się podczas spotkań z młodą (i starszą) publicznością, organizowanych w weekendy do końca trwania wystawy.

Czyli do 8 maja 2016.  tuczytam_zacheta_18-1024x768

Odkrywcy muzealnych magazynów

Idę do stołecznego Muzeum Narodowego i tam dowiaduję się, że także do 8 maja „W muzeum wszystko wolno”. Ale tylko dzieciom, nie ich rodzicom. To małolaty przygotowały pokaz złożony z prawie 300 eksponatów podzielonych na sześć działów. Pracowało nad nimi sześć zespołów kuratorskich (w sumie 69 osób) złożonych z ekspertów w wieku między sześć a 14 lat.

Owo gremium wybrało dzieła z magazynów muzealnych, wypowiedziało dezyderaty odnośnie aranżacji, wyartykułowało emocje, które – ich zdaniem – powinna generować wizyta wśród zabytków.

Pomysłodawcy i organizatorzy tych „iwentów” puchną z dumy: przyczyniają się do estetycznej edukacji maluchów, rozwijają ich wizualną wrażliwość, pobudzają intelektualny rozwój, prowokują do samodzielnego decydowania i dokonywania wyborów.

Niemała w tym zasługa Agnieszki Morawińskiej, dyrektorki MNW. Już 13 lat temu, kiedy kierowała warszawską Zachętą, wpadła na rewolucyjny w tamtym czasie pomysł. Zaprosiła grono artystów do współpracy przy wystawie „Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci” (wernisaż – maj 2003). Był to „szeroko zakrojony projekt, na który składa się wystawa prac wykonanych dla dzieci przez grono wybitnych artystów oraz projekt edukacyjny”. Wśród autorów znaleźli się m.in. Paweł Althamer, Dominik Lejman, Monika Sosnowska, Wilhelm Sasnal, Robert Maciejuk, Marek Kijewski.

Tym razem spożytkowane zostały głównie zasoby muzealnych magazynów; obiekty rzadko kiedy dostępujące zaszczytu goszczenia na salach wystawowych. Toteż bohaterowie portretów i innych kompozycji mają powód do wdzieczności wobec małych kuratorów: zaistniały jako obiekty publicznego zainteresowania, nawet adoracji. Z tym, że ich oprawa odbiega daleko od tradycji. Po pierwsze, nie ma podziału na epoki, chronologię, artystyczną rangę, klasę autora. Tu arcydzieło ma prawo sąsiadować z pracą mierną, która jednak w jakiś sposób zwróciła na siebie uwagę dzieciarni.

Po drugie, dobierając eksponaty do tematów, kuratorzy-amatorzy kierowali się wyobraźnią i przekorą. I tak w grupie „Las” znalazły się zwierzęta wszelkiej maści, tak udomowione jak dzikie; zarówno istniejące, jak wykreowane przez artystów. Chimery czy syreny wydały się dzieciom równie swojskie jak kot i pies. „Pokój strachów” przypominał nieco labirynty horroru w dawnych wesołych miasteczkach: rzeźba Bolesława Biegasa straszyła jarzącymi oczodołami truposzy, nad głowami zwiedzających gromadziły się złowieszczo kraczące kruki… Za to sekcja „Zmiany”, dotycząca przeobrażeń w ludzkim przyodziewku, momentami wywoływała śmiech – gdy raptem postać na starym zdjęciu poruszała nogą, wypalała z pistoletu czy machała do widza. To nie wszystko – chętni mogli się przebrać za bohaterów dawnych przedstawień, przywdziewając jakiś kostium z epoki.

Słowem, dużo zabawy, przygotowanej przez tych, którzy na ogół nie mają głosu w wystawowym temacie.

Też do 8 maja.