THE BLOG

28
Jul

Marzenia ściętych głów (o wystawach Ai Weiwei’a w Wiedniu)

Udostępnij:

 

Ten widok na długo pozostanie mi w pamięci: wokół stawu przed barokowym pałacem Belvedere stoi siedem brązowych rzeźb przedstawiających gigantyczne zwierzęce łby. Są tu mysz, wół, lew, pies, małpa… Eksponowane na wysokich prętach, jak nabite na pal głowy pokonanych wrogów. Kolejne pięć pysków zostało zgrupowanych przed wejściem do budynku. Tu w gromadce ziemskich stworów wyróżnia się fantastyczny smok. Wszystko to symboliczne zwierza z horoskopu chińskiego.hr-headerzodiacsPREVIEW DER INSTALLATION "F LOTUS" VON AI WEIWEI: HUSSLEIN / AI WEIWEI

 

Porcelanowe kości

Autorem dzieła jest Ai Weiwei, zaś jego słynny cykl „Głowy Zodiaku” to reinterpretacja rzeźb z XVIII stulecia, którym… ucięto głowy. Dosłownie. Kiedyś było ich tuzin, ustawionych wokół basenu fontanny cesarskiej siedziby w Pekinie; ich układ tworzył rodzaj zegara słonecznego. W 1860 roku francuscy i brytyjscy rabusie dokonali dekapitacji – widać same łby łatwiej było spieniężyć. Z czasem odnalazło się siedem oryginałów, wedle których Weiwei opracował swoją wersję; pozostałe pięć wykreował z wyobraźni.

Poza zestawem zodiakalnym chiński gwiazdor zaprezentował w Wiedniu same premierowe prace.

Wpisał je w kontekst architektury i historii naddunajskiej stolicy. Prezentacja z gatunku site-specific nosi tytuł „translokacja–transformacja” (tak pisane, małą literą).

Żeby obejrzeć całość, trzeba pokonać ponad półkilometrowy dystans pomiędzy powalającym wyrafinowaną wystawnością Belvedere a skromnym modernistycznym pawilonem z połowy XX wieku. Minimalistyczna konstrukcja ze szkła i stali powstała na Expo ’58 w Brukseli; po zakończeniu wystawy miała być rozebrana. Jednak nagrodzona za „wizjonerski design” została zachowana i przeznaczona na muzeum sztuki współczesnej. Pięć lat temu pawilon przearanżowano i nazwano 21er Haus (Dom 21).

Ai Weiwei w historię tego miejsca wpisał rozdział z przeszłości swojego kraju. W przestrzeń Domu 21 wstawił inny dom, a raczej jego fragment. Zakupił zabytkową drewnianą rezydencję wzniesioną za dynastii Ming (lata 1368–1644), popadającą w ruinę w efekcie Rewolucji Kulturalnej. Kiedyś domostwo zamieszkiwała zamożna rodzina Wang, trudniąca się handlem herbatą. Centralną część siedziby, tzw. hol przodków, Weiwei przetransportował do Wiednia w postaci 1300 elementów. Tu ponownie zmontowano wysoką na 14 metrów konstrukcję. Drewniane kolumny, belki i mniejsze kawałki składały się jak klocki lego, bez jednego gwoździa. Stare drewno nabrało pięknej patyny. W ten szlachetny materiał artysta wmontował współczesne reliefy, motywami nawiązujące do tradycyjnych zdobień, lecz pomalowane na ostre, rażące oczy kolory. Bo Chiny wyprzedają swą dawną kulturę, frymarczą tym, co stanowiło podwaliny potęgi.

.Ai Weiwei ai-weiwei-fuellt-das-21er-haus-in-wien-aus-41-65342034

Ta swoista świątynia zajmuje środek pawilonu. Wokół niej rozmieszczono inne wizualne aluzje do chińskich obyczajów. Oto dwa „dywany”: jeden utworzony z tysięcy odtłuczonych dzióbków od czajników do herbaty (z daleka porcelanowe szczętki wyglądają jak usypisko z kości, co kojarzy się cmentarnie, śmiertelnie).

13671075_592874677559384_773380639_n13725556_1838411309726335_1589967920_n

Drugi kobierzec został „utkany” z herbacianego suszu, wciąż kusząco pachnącego. Na nim ustawiono dwa „domki” ze sprasowanej herbaty. W przeciwieństwie do listków, to ciężki kaliber – każdy waży tonę. Waga stanowi istotę tej instalacji – wszak w Państwie Środka rytuał parzenia i picia herbaty to była osobna sztuka. Ważna.

 

Forma jak „F”

Teraz czas na spacer. Trasa prowadzi do ogrodu przy Górnym Belwederze; tamże – wspomniane już „Głowy Zodiaku”. Ale nie tylko. Warto spojrzeć na staw o regularnym, symetrycznym kształcie. Taflę wody pokrywają lotosy, kwiaty symbolizujące czystość i długowieczność. Nie są to jednak prawdziwe rośliny. Ai ułożył 201 lotosopodobnych form z… kamizelek ratunkowych, chroniących przed zatonięciem. Tu już nie chodzi o przeszłość ojczyzny artysty. To metafora współczesnego świata, masowych migracji, nielegalnego przewozu uchodźców i łączących się z tym zagrożeń. Weiwei też jest wiecznym tułaczem – gdyby ktoś pytał, obecnie mieszka w Berlinie.lr-1462804494967 971a4720-4956-11e6-bde2-88ea9f1c6889_1280x720

Na tym nie koniec treści wpisanych w „Lotosy”. Otóż te „kwiaty” pływają po stawie w zorganizowany sposób – wespół tworzą pięknie wykaligrafowaną literę „F”. Co to oznacza? Autor pozwala widzom zgadywać, podpowiadając dwa słowa: fate i future.

Los i przyszłość.ai_weiwei_pieza_flotante_refugiados_viena_0130290750-01_big

Po tym akcencie uniwersalnym i aktualnym widza czeka kolejna wyprawa do Chin i tamtejszej kultury. Ostatni przystanek na trasie wystawowej kryje się pod dachem Belvedere. Wokół paradnych pałacowych schodów fruwają trzy stwory, przywołane z dalekowschodnich mitów, pamiętających III wiek przed naszą erą. Skrzydlate smoki, skomponowane z części rozmaitych zwierząt, kojarzą się z malarstwem Hieronima Boscha. Ale Ai łączy fantazję z rzeczywistością. Mianowicie, potwory zostały „wyrzeźbione” z białego jedwabiu rozpiętego na bambusowej konstrukcji. Wyglądają jak z papieru, co z kolei kieruje skojarzenia ku latawcom, ulubionej chińskiej rozrywce i sztuce

.0xAB1CF64CDCDF54B4C234268DEFF7963B 0xB3DD82781F0F902844AA11FA41D0AB3F

Smoki doskonale czują się wśród barokowych rzeźb, kandelabrów i dekoracji. Podobnie ich autor, który umie znaleźć się w każdej sytuacji. Duży, wręcz olbrzymi facet, nawet z własnej postaci uczynił trademark

.08789e5ac5be55a5f54b3b5fa070956b8c9e4e22 ai-weiwei-chinese-artist-2008-big 546400222 13238496

W ogóle ten niemłody już twórca (28 sierpnia będzie obchodził 59. urodziny) stwarza problemy krytykom i odbiorcom. Jest w nim pewna niejednoznaczność. Niby dysydent, a tak naprawdę celebryta. Niby nielubiany przez chińskie władze – a przecież wykorzystywany jako żywa promocja kraju. Karany więzieniem, lecz wszędzie przyjmowany z honorami. Niby pochylający się nad losem skrzywdzonych, zarazem kokietujący opinię świata. Jedno trzeba mu przyznać bez zastrzeżeń: wybitną intuicję w tworzeniu symboli czytelnych pod każdą szerokością geograficzną.204244_1000x5000xDC34384E208782E944473229A11774E6Výstřižek-5

 

 

Ai Weiwei „translokacja – transformacja” – Belvedere i 21er Haus, Wiedeń wystawa czynna do 20 listopada 2016

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

13
Jul

Sen seksem podszyty (recenzja z komiksu „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud{

Udostępnij:

Nie ma tematów za trudnych dla autorów komiksów, oczywiście tych ambitnych i wybitnych. „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud” The_Wolf_Manjest dziełem doskonałym, acz wymagającym od czytelnika bodaj ogólnej orientacji w teorii rozwoju psychoseksualnego, dziecięcych nerwicach i w ogóle rewolucji dokonanej w naukach humanistycznych przez Zygmunta Freuda mniej więcej stulecie temu.

Ale proszę nie uciekać!

„Człowiek-wilk” to wstrząsający dokument o tym, jak nauka błądziła.

 

Na kanwie prawdy

Rzecz została podana w fascynującej formie graficznej, którą zawdzięczamy Sławie Harasymowicz, urodzonej w Krakowie brytyjskiej artystce (dyplomowanej w 2006 roku)slawa,

nota bene ex-studentce Andrzeja Klimowskiegoklimowski andrzej_6139616Klimowski8_525 Arrival-2  (A tu – prace Andrzeja Klimowskiego),

wykładowcy Royal College of Art.

Choć była to jej debiutancka graficzna opowieść, Harasymowicz doceniło londyńskie Muzeum Freuda, gdzie plansze do „Człowieka-wilka” były eksponowane cztery lata temu50. Musiały się spodobać – Harasymowicz kreuje niepokojące wizje, jakby podążała tropami zaburzeń tytułowej postaci. Raz pokazuje sceny ujęte realistycznie, opierając się na fotografiach; to znów rozchwiewa kadry, zmiękcza kreskę, rozmywa obraz, przysłania fragmenty. Cały czas kadruje jak szalona, jakby traciła panowanie nad tym, co rzeczywiste, a co wyobrażone. To wszystko służy oddaniu emocji i stanu psychicznego głównych postaci.

Stronę wizualną wzmacnia równie świetny scenariusz. Autorem tegoż jest Richard Appignanesi (ur. 1940), Richard Appignanesi. photomieszkający w Londynie Kanadyjczyk. Pisarz, muzyk i wydawca, do tego erudyta, znawca historii kultury i filozofii, nie brzydzi się formami wywodzącymi się z pop-kultury, by „oswoić” młode pokolenia z zagadnieniami z wyższej intelektualnej półki.hysteria-slide3

Dialogi do komiksu „Człowiek-wilk” powstały na kanwie przełomowej pracy wiedeńskiego psychoanalityka – eseju „Z historii nerwicy dziecięcej”, napisanego w 1918 roku. Analizowanym „przypadkiem” był niejaki Siergiej Pankiejew, bogaty rosyjski arystokrata urodzony w Odessie w 1886 roku. Jednak ani uprzywilejowana pozycja społeczna, ani pieniądze nie dawały mu szczęścia. Zdiagnozowano u niego obłęd maniakalno-depresyjny, z którego próbowały go – bezskutecznie – wyleczyć najtęższe umysły tamtych czasów. Gnębiony depresją i poczuciem bezcelowości życia pojawił się w gabinecie Freuda, gotów podjąć ryzyko nowatorskiej terapii. Miał wówczas 23 lata.

 

Kim pan jest, panie Freud?

F-PktkpTURBXy9iZGM0ZTc4MDY0MTBlMTQyNTQxN2JhYTZmNTcyZWUwYS5qcGeSlQMAAM0DIM0BwpMFzQMgzQHC 26

Freud zdecydował się na eksperyment. Zastosował „kozetkową kurację”, pytaniami zmuszając Pankiejewa do przywołania najodleglejszych wspomnień oraz snów. Wtedy to Rosjanin przypomniał sobie koszmar z dzieciństwa: sen o białych wilkach, siedzących na drzewie i wpatrujących się weń z wrogimi (niewątpliwie) zamiarami.7602618188_7bff9e83bc_o 269293601_1280x720 7733820192_56f7cb69a3 7733819878_85b49a0522

Freud triumfował: wykazał, że w snach ujawniają się treści wypierane ze świadomości. A jego pacjent (opisany w eseju) zyskał pseudonim „człowiek-wilk”. Psychoanaliza trwała cztery lata i zakończyła się wraz z przełomowym dla świata momentem – w dniu morderstwa arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Wszystko byłoby pięknie i na chwałę Freudowi, gdyby… Pankiejew poczuł się lepiej.

Tak jednak nie było.

Czteroletnia (czy nawet pięcioletnia) terapia okazała się nieskuteczna. Pomimo że Rosjanin prawie uwierzył w swój ukryty homoseksualizm, kazirodcze pożądanie wobec ojca, a jednocześnie matki, w „histerię” jelit (przyczyna niepodziewanych wypróżnień w dzieciństwie i zaparć w dorosłym wieku) – było nadal źle. Co ważne – ujawnione w komiksie relacje z przebiegu leczenia wcale nie są korzystne dla „mistrza”. Czytając jego kwestie odnosi się wrażenie, że jest hochsztaplerem lub człowiekiem bardziej chorym niż jego pacjent. Jego „diagnozy” i metody „leczenia” przypominają średniowieczną szarlatanerię, nie zaś poważną naukę. Nasuwają się też wątpliwości natury moralnej. Wydaje się, że to lekarz wpycha chorego w odmęty szaleństwa, wmawiając mu, że chciał mieć dziecko ze swym własnym ojcem, jednocześnie pożądając matki.

 

Analiza analityka

Osobistą sytuację „rosyjskiego przypadku” dodatkowo gmatwa wybuch pierwszej wojny światowej (w której nadejście Freud nie wierzył – świadectwo, że intuicja go zawodziła), rewolucja sowiecka, raptowne zubożenie arystokracji… I oto znów Pankiejew zgłasza się do Freuda, tym razem bez grosza przy duszy.WOLFMAN-2-540x736

Niespodziewanie, papa psychoanalizy okazuje się wspaniałomyślny – nie tylko „leczy” pacjenta gratis, także wspiera go finansowo. Nie jest bezinteresowny: nadal prowadzi swoje naukowe badania, mając „królika” na własność. A Pankiejew uważa to za sprawiedliwe, bo przecież „Freud był mu to winien”: to pan Zygmunt uczynił go nędzarzem, to psychoterapeuta ubezwłasnowolnił go, czyniąc „synem zastępczym”.

Gdyby ktoś był ciekaw pokrętnych relacji psychiatra/pacjent – odsyłam do komiksu.

Niezwykły jest też finał obydwu postaci. Jak wiadomo, Zygmunt Freud, wiedeński Żyd, po Anschlussie Austrii salwował się ucieczką do Londynu, gdzie przeżył rok, nękany dolegliwościami związanymi z nowotworem szczęki; zmarł w 1939 roku.

Pankiejew zaś odszedł 40 lat później, w wieku 92 lat. Pięć lat wcześniej udzielił wywiadu-rzeki austriackiej dziennikarce, w którym tak wspomina sławetną terapię: „To było bezcelowe, zupełna katastrofa! Jestem w takim samym stanie, w jakim przyszedłem do Freuda po raz pierwszy.”

Ten komiks ma obecnie większy sens, niż za życia Freuda. Ma perspektywę i następstwa.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy wierzą w sprawczą moc psychoterapeutów.

 

Tekst napisany i opublikowany w „Rzeczpospolitej”.

 

Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud

Scenariusz: Richard Appignanesi

Rysunki: Sława Harasymowicz

Tłum: Sebastian Buła i Wojciech Szot

Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016

10
Jul

Jestem dziś stary i nie lubię imprez (recenzja komiksu „DYM”)

Udostępnij:

 

Czy człowiek przed czterdziestką może czuć się staro? Jeśli jest muzykiem, który zagrał ponad 600 koncertów i sporą część życia spędził w trasie – ma pełne prawo. Oto przypadek Pawła Sołtysa powszechnie znanego jako Pablopavo, bohatera komiksu „Dym”. Z podtytułem „wywiad graficzny”

dym-okladka

.zdjecie_pablo_autorzy

Przeprowadzili ten interview dwaj Marcinowie – dziennikarz muzyczny Węcławek, dwa lata młodszy od „warszawskiego barda” oraz Podolec (25-latek, rocznik 1991), odpowiedzialny za stronę graficzną albumu. Przez dwa lata wałkowali temat, wyciskając z Pablopavo zwierzenia i życiorys. Wstrzelili się idealnie: ich heros został laureatem „Paszportu Polityki” (2015), dzięki czemu stał się powszechnie rozpoznawalną postacią.

Gala „Paszportów” została odnotowana w komiksie. 3bf952b7-64bf-49f0-a66a-9915ca5eea4e

Nie, żeby muzyk nadmiernie ekscytował się tym wyróżnieniem – pozowanie do zdjęć i reakcje polityków wprawiały go w zażenowanie – ale cieszyła go radość sprawiona żonie. Bo Paweł Sołtys ma tradycyjne, niegdysiejsze priorytety: ukochana kobieta i rodzina (stan aktualny: dwa plus jeden), rodzice (którzy zaszczepili mu pogardę dla pieniądza i miłość do muzyki), no i kumple, za których dałby się posiekać.

Leitmotiv albumu to… dym. Z papierosa. Świadome, czy przypadkowe odniesienie do szlagieru naszych dziadków „Jak dymek z papierosa”?

Paweł S. snuje autobiograficzną opowieść w rytm wypalonych szlugów: pięć petów, pięć rozdziałów, pięć coraz bardziej zadymionych, zamazanych fotografii artysty. Obraz dopełniają teksty piosenek, mniej lub bardziej literacko trafione, zawsze szczere, zawsze osadzone w kontekście Warszawy, zawsze odnoszące się do prywatnych doświadczeń Sołtysa.

To nie pierwszy komiksowo-muzyczny dokument wykreowany przez Podolca. Trzy lata temu odtworzył scenę i atmosferę w legendarnym klubie „Fugazi” na podstawie relacji Waldemara Czapskiego, założyciela przybytku. Wówczas jako dominanty barwnej użył zimnego błękitu – bo ten odcień kojarzył mu się z przeszłością i nostalgią.

Biografię Pablopavo Marcin Podolec odmalował różnymi odcieniami sepii.

skan1-640 pablopavo-w-komiksie-1459420444 2Odniesienie do starych rodzinnych albumów i pozowanych zdjęć. Celowy zabieg – bo w gruncie rzeczy los współczesnego muzyka niewiele różni się od doświadczeń współczesnego artysty. Wiecznie w podróży, w trudnych warunkach, konfrontowani z publicznością, której smak i kultura nieraz pozostawiają wiele do życzenia.

W „Dymie” uwidoczniają się rozmaite mało romantyczne strony peregrynowania z koncertami po kraju. Po odbyciu trasy człowiek czuje się „wydrylowany jak oliwka”. Oczywiście, zdarzają się chwile wzlotów, kiedy twórczy impuls unosi solistę i zespół ponad rzeczywistość. Jest cudnie, za to powrót do codzienności staje się bolesny. Jak wytrzymać, wytrwać w tych skrajnościach? Jak nie poddać się nerwicom i nałogom?

Znamy tego typu wyznania z wielu biografii gwiazd estrady. Tym razem jednak wartością dodaną są rysunki Podolca oraz inteligentna, doskonale konsekwentna, koncepcja albumu. Sytuacje „tu i teraz”, czyli przebieg nagrywania rozmów, Podolec pokazuje w cartoonowej konwencji: trzech gości przy stoliku pod parasolem, jeden w bejsbolówce, jeden nagrywa, jeden zawsze siedzi tyłem (to autor rysunków). Gdy wymaga tego akcja, Podolec odtwarza warszawskie plenery z dokładnością dokumentalisty. Kiedy potrzebny jest jakiś charakterystyczny detal (np. wzmiankowana czapka z wizerunkiem Deyny, zawsze noszona przed Sołtysa) – Podolec wiernie to rejestruje.

Inaczej jest w momentach, w których Pablopavo przyznaje się do dwoistości swej natury – do koegzystencji dobrego Pablo i złego Pavo („Pablo jest grzeczny, nie wadzi nikomu (…) Pavo jest kulą, która trafia w płot”). Jak dr Jekyll i Mr. Hyde. Rysownik intrygująco przedstawia tę ambiwalencję: „złym” jest wielkolud o twarzy bez oczu i wyrazu, trochę przerażający, lecz nierealny; zaś jego przeciwieństwem – mały ludzik (nomen omen) o wyrazistej mimice. Co znamienne – obydwaj noszą bejsbolówki i namiętnie palą. Na razie żaden nie uleciał z dymem.

A Pablopavo już na zawsze pozostanie postacią ze świata muzyki – i komiksu.

 

Recenzja napisana dla „Rzeczpospolitej” 

„Dym Pablopavo. Wywiad graficzny”

Tekst: Marcin „Flint” Węcławek; rysunki: Marcin Podolec

Kultura Gniewu/Karrot Kommando, Warszawa 2016

10
Jul

Morderstwo w pozaczasie (recenzja komiksu „Patience”)

Udostępnij:

 

Od dawno mój faworyt. Wydaje albumy rzadko; u nas ukazują się na ogół z wieloletnim poślizgiem Ale akurat ten zatytułowany „Patience” Patience-Daniel-Clowes

Daniel Clowes (ur. 1961) 1024x1024clowes-1

opublikował w USA w tym samym roku, w którym pojawił się w Polsce.

Obsypywany nagrodami autor ma na koncie współpracę z Davidem Lynchem, z którym po łączyło go upodobanie do kampu, groteski i czarnego horroru, a wszystko to podane w surrealistycznym sosie.

 

W ten album wchodzi się jak w szaleństwo.2519298-i02-2016-073-19600050b

160307_BOOKS_Daniel-Clowes-panel1.jpg.CROP.promo-xlarge202e45767

Od pierwszych kadrów przyprawia o gęsią skórkę. „Patience”, czyli Cierpliwość – takie imię nosi bohaterka. Dwuznaczny tytuł. Domyślamy się, że ktoś tu będzie grał na zwłokę…

Zaczyna się tak banalnie, że aż boli. Jest rok 2012, jakieś amerykańskie miasto, jakaś para biedaków/przeciętniaków dowiadują się, że za pewien czas będą rodzicami. Są szczęśliwi, ale też oszołomieni. A czytelnik już spodziewa się najgorszego. Bo Clowes nawet prostą, intymną scenę potrafi nasycić grozą. To kwestia kadrowania, sposobu rysowania i kolorystyki. Barwy jakieś zgrzytliwe, odpychające, nienaturalne (czasem ciało jest niebieskie, to znów żółte lub fioletowe); linia dziwnie zimna, „nieżyczliwa” postaciom. Kadry niby realistyczne, sceneria z życia wzięta, lecz wszystko nagle przeobraża się w potworność, w wynaturzenie, wręcz obrzydliwość. Co zadziwiające – nawet fantastyczne sytuacje nacechowane są zwyczajnością. Ani przez moment ta dziwna bajka nie pozwala nam zapomnieć, że dzieje się tu i teraz. A ludzie? Kreatury-karykatury. Cóż, znamy podobnych aż za dobrze.

Już na samym początku orientujemy się, że Patience i jej mąż Jack Barlow, mimo miłości, nie byli względem siebie całkiem szczerzy. On nie dostał pracy, która pozwoliłaby im stanąć na nogi; ona nie miała tak świetlanej przeszłości, w jaką on wierzył. Jednak z pewnością dogadaliby się, wybaczyli sobie, żyli długo i szczęśliwie, gdyby nie to, że… Patience zostaje zamordowana.

Kryminał. Zrozpaczony Jack, najpierw posądzony o zbrodnię, potem uniewinniony, ma jeden cel w życiu: pomścić ukochaną. Zdeterminowany, nie cofa się przed szarlatanerią. Wchodzi w posiadanie „wehikułu czasu” i… zaczyna się jazda, nad którą mściciel nie do końca panuje: nie zawsze trafia we właściwy rok.

Clowes wspaniale charakteryzuje każdy okres i miejsce, do którego dociera nieszczęsny Jack. Przy okazji snucia historii, dokumentuje epokę. Taka dbałość o detal budzi szacunek!

Zadziwiające też, że wątek fantastyczny wcale nie czyni opowieści sympatyczniejszą czy łatwiejszą do przyjęcia. To nie bajka ani sf – to jakiś koszmar, horror. Autor cały czas przykłada odbiorcy prawym sierpowym rzeczywistości. Jack odkrywa po drodze „w tył” tyle paskudztw i szwindli, że brak kasy wydaje się przy nich najmniejszym problemem.

Bo prawdziwą przyczyną zła jest… niewłaściwe miejsce urodzenia.

Czy Patience musiała zostać ofiarą? Czy Jack ma szansę ją uratować, wszystko jedno, przy pomocy jakich zabiegów i urządzeń?

Clowes stawia mało optymistyczną diagnozę. Nie swoim postaciom – społeczeństwu. Temu najbardziej demokratycznemu na świecie, zasobnemu, gdzie rzekomo każdy pucybut z motywacją może zostać milionerem, a na pewno ukuć swój los. Jednak przykrość płynącą z ponurych konstatacji rekompensuje artystyczny poziom albumu.

Rewelacja – ale nie dla tych, którzy szukają w komiksie rozrywki. Do „Patience” trzeba cierpliwości. I intelektualnego wysiłku. Ale warto.

 

 

Recenzja napisana dla „Rzeczpospolitej”

 

„Patience”

Scenariusz i rysunki – Daniel Clowes

Tłum. – Wojciech Góralczyk

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2016

01
Jul

Jak tworzyć mity (Anda Rottenberg nagina fakty)

Udostępnij:

Kultura Liberalna

 Rzepa 7-8.03.2001 (1)Rzepa 08.03.2001Rzepa 28-29.04.2001
 ROZMOWA…

Wolność doskwiera. Rozmowa z Andą Rottenberg

Z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowskianda 980_980 z17032839IER,Anda-Rottenberg z16137721Q,Anda-Rottenberg--byla-dyrektorka-Zachety--w-antyhe

O społecznej roli sztuki po 1989 r., radzeniu sobie z ograniczeniami narzucanymi przez polityków i mechanizmy rynkowe oraz o pożegnaniu artystów ze sztuką krytyczną na rzecz eskapizmu – z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowski.

Grzegorz Brzozowski: Czy przeżyła pani w swojej kuratorskiej karierze taki moment, gdy miała pani poczucie rzeczywistego ukształtowania społecznej wrażliwości estetycznej?

Anda Rottenberg: Tak mi się w życiu złożyło, że propozycje moje czy moich kuratorów w Zachęcie zawsze wyprzedzały upowszechnienie, które nastąpiło po tych wszystkich skandalach. Te zmiany są absolutnie widoczne, musiał tylko upłynąć czas, który zawsze działa na korzyść artysty. Najpierw jest odrzucenie i poczucie obcości, potem czas na przyzwyczajanie się, a następnie już akceptacja. Najbardziej może spektakularnym tego przykładem były wystawy Katarzyny Kozyry. Zaczęło się od skandalu z „Łaźnią żeńską”, skandal powtórzył się z „Łaźnią męską” jeszcze zanim została pokazana w Warszawie i w Wenecji. Ale ponieważ w Wenecji dostała ona za tę pracę nagrodę, sytuacja się zmieniła. I po pewnym czasie okazało się, że ta wstrętna Katarzyna Kozyra to teraz nasza Kasia Kozyra. Dziś, cokolwiek zrobi, nie budzi już fali społecznego czy medialnego odrzucenia.

(…)

Zatem paradoksalnie pewien rodzaj wolności sztuki, który udało się w czasach komuny wygospodarować, okazał się po 1989 nieosiągalny?

Kiedy nastąpiła konstytucyjna wolność i teoretycznie zlikwidowano cenzurę, pojawiła się społeczna potrzeba wprowadzania ponownych ograniczeń, tworzenia ram, poza które nie powinno się wykraczać w imię niedookreślonych, niepisanych zasad. Niecenzuralny okazał się nowy, jeszcze nieprzyswojony język sztuki wprowadzany przez nowe pokolenie. Wtedy się tego nie spodziewałam, zajmowałam się przede wszystkim sztuką, nie edukacją muzealną, która była w powijakach. Wzięłam Zachętę w 1993 r., kiedy społeczeństwo nie było jeszcze przyzwyczajone do zderzenia z wolnością artysty. Ludzie nie bardzo wiedzą, co robić z wolnością. Potrzebują wskazówek.

W stanie wojennym byli tacy, którzy zadawali pytania w rodzaju: „Chciałbym żyć uczciwie jako artysta, proszę mi powiedzieć, gdzie mogę wystawiać, a gdzie nie, bo chce być postrzegany jako artysta opozycyjny”. Mówiłam: „Wie pan, jest pan wolnym człowiekiem, proszę wybrać”. Wolność doskwiera. Więc jeśli artyści nagle zaczęli rzeczywiście realizować swoją wolność, to było bardzo trudne do przełknięcia, a wkrótce okazało się obraźliwe.

Kiedy to panią uderzyło? Kiedy zdała sobie pani sprawę, że nauka wolności w szerszym społecznym wymiarze będzie dłuższym procesem, niż się wydaje?

Myślę, że stało się to właśnie po pierwszej wystawie Kozyry, pierwszej w tym ciągu wystaw uznanych za kontrowersyjne. Narastanie poczucia obcości wobec tej sztuki trwało ponad cztery lata, jego kulminacja nastąpiła przy Cattelanie. Widziałam to, czytałam gazety, słuchałam reakcji nawet moich kolegów, krytyków. Widać było, że nie starają się zrozumieć społecznych diagnoz stawianych przez wystawiających w Zachęcie artystów. Ale nic dziwnego, wprowadziłam do najważniejszego salonu w Warszawie – jeśli nie w Polsce – pewne ważne diagnozy wyrażane w bardzo wówczas niekonwencjonalny sposób.

Mam poczucie, że miałam pionierską rolę. Kiedy objęłam Zachętę, nikt o niej na świecie nie słyszał. Musiałam uzmysłowić piętnastu dyrektorom najważniejszych muzeów świata, trzydziestu ważnym kuratorom oraz dziesiątkom liczących się w świecie artystów, że istnieje takie miejsce, jak Zachęta, że tu się coś odbywa, że to ważna galeria i możemy podjąć współpracę. Pozycjonowanie takiego miejsca zajmuje mnóstwo czasu. Przede wszystkim polega to na wypracowaniu swojej własnej, dyrektorskiej wiarygodności, bez tego nic się nie uda. A tę wiarygodność buduje się przez realizację określonego programu. W tamtym czasie wszystko trzeba było robić naraz, z istniejącym zespołem, który znałam już gdy odchodziłam z Zachęty w 1973 r. Oni wszyscy tam zostali. Po dwudziestu latach wróciłam do rzeki, która nie płynęła zbyt wartko. Zostało w tym czasie przyjętych kilka młodych osób, kilka sama wprowadziłam. Na nich opierałam swoją działalność, cała reszta wymagała zmotywowania. I udało mi się to zrobić, co mnie zupełnie zdumiało.

Dzisiaj oczywiście wydaje się, że mogłam to zrobić lepiej i zupełnie inaczej, ale było do nadrobienia mnóstwo zaległości, zaczynając od wypełniania zaległych luk programowych, czyli prezentowania twórczości ważnych artystów, którzy nie mieli jeszcze poważnych, dużych wystaw. Kontynuowałam też tradycję wystaw problemowych, realizowanych wcześniej przez Janusza Boguckiego i Marka Rostworowskiego, tyle że w odświeżonej formule. Tej ciągłości też nikt nie dostrzegł. A tych młodych, niepokornych, ciekawych pokazywała głównie Hania Wróblewska w Małym Salonie, poniekąd na marginesie głównego nurty programowego, lecz to właśnie one spowodowały serię skandali wokół galerii.

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

(…)

Czy chodzi tu jednak przede wszystkim o wyzwanie, jaki stanowiły konflikty z przedstawicielami prawicy? Czy raczej potransformacyjna klasa polityczna jako taka nie sprostała zadaniu ustanowieniu warunków autonomii sztuki?

Pan Minister Dejmek, który jak wiemy, był zbliżony do kół postkomunistycznych, po czterominutowym pobycie na wystawie traktowanej dziś jako historyczna, „Gdzie jest brat twój Abel” z 1995 r., zasugerował ustami swego przedstawiciela, żebym się czuła odwołana. Czy inaczej: pan wiceminister zaproponował, żebym sobie szykowała następcę. Konsekwencją było rozpisanie konkursu na moje stanowisko na długo, zanim moja kadencja się skończyła. Nie twierdzę więc, że tylko prawica ma takie potrzeby, ponieważ liczba donosów na mnie ze strony kół postkomunistycznych, które trafiły na biurko ministra Dejmka, również była imponująca. Tak się akurat złożyło, że je wszystkie czytałam, czego nadawcy może nie wiedzieli.

To też były ukryte naciski polityczne, które dalej funkcjonują instrument, którym nie cenzurując wprost, można wpływać na profil funkcjonowania instytucji. Ja się akurat na to nie godziłam przy żadnym ministrze. Miałam może luksusową sytuację, a przynajmniej wydawało mi się, że mogę ją mieć. Gdy znalazłam się z dnia na dzień na ulicy bez środków do życia i ubezpieczenia, a okazało się, że muszę iść na operację, to było troszkę gorzej. Nie miałam jednak kredytów, małych dzieci, iluś tam uwarunkowań socjalnych, przy których człowiek się zastanowi, czy może sobie pozwolić na to, że odchodzi w każdej chwili. Bo w gruncie rzeczy chodzi o zachowanie lub niezachowanie posady, choć często mówi się wówczas o nieoddawaniu pola.

Kiedy na przełomie lat 2000/2001 byłam na krótkim urlopie w Brazylii, zadzwonił do mnie zastępca Michała Ujazdowskiego z propozycją, żebym zamknęła wystawę z tym nieszczęsnym Cattelanem. Odpowiedziałam: „Panie ministrze, galeria należy do pana, już pan zamknął wystawę Piotra Uklańskiego, może pan też zamknąć wystawę, którą zrobił szwajcarski kurator. Nie zamierzam pana w tym wyręczać”. Gdybym tę wystawę zamknęła, zapewne zostałabym w Zachęcie. Ale wiem, że to by mnie nie uratowało przed społecznym pręgierzem, bo nastroje już były przez prasę rozhuśtane. Gdybym została, to w poczuciu totalnego dyskomfortu i klęski – że właściwie zachowałam posadę za cenę zamknięcia ekspozycji – po prostu wstydziłabym się sama przed sobą. Mogłam sobie jednak na taki ruch pozwolić psychicznie i ekonomicznie, ponieważ nie miałam wielkich potrzeb materialnych. Ale dla bardzo wielu osób jest to bardzo trudne, ja to świetnie rozumiem.

.z13089391Q,Anda-Rottenberg--Sukienka-z-butiku-EM-Cashmere-prz 000003V69ANII1N8-C122-F4  Celebrytką być… scena z: Anda Rottenberg, SK:, , fot. Wojtalewicz Jarosław/AKPA

 

Tyle cytatów z wywiadu AR dla Kultury Liberalnej..

Teraz – mój głos.

 

Otóż mając do dyspozycji o wiele obszerniejsze, niż obecnie, lamy „Rzeczpospolitej”, broniłam awangardy, odważnych pomysłów, nawet prowokacji. Występowałam w obronie Andy i jej programu w Zachęcie. Natomiast, jeśli nie podobały mi się robione przez nią wystawy (jeszcze gdy kierowała galerią DAP, zjechałam pokazywane tam przez AR reklamowe słodkości Ryszarda Horowitza).  I proszę sobie poczytać, jak był naprawdę z odejściem Andy ze stołka dyrektorskiego w Zachęcie. Miała zapewnione miękkie lądowanie w MSN – co jednak się nie stało i stąd ten wrzask.

 

Rzepa 19.03.2001