THE BLOG

16
Sep

Pandemonium naszego świata

Udostępnij:

Rok 2016 w Holandii mianowano Rokiem Hieronima Boscha.

Kiedy przyszedł na świat, dokładnie nie wiadomo, jakoś około 1450 roku. 207px-jheronimus_bosch_cropped

Za to pewne, kiedy zmarł: pół tysiąca lat temu, w sierpniu. Kawał czasu – mimo to do dziś pozostaje jednym z najbardziej wpływowych i najszerzej dyskutowanych artystów. Paradoksalnie, jego dorobek (z pewną atrybucją) jest nader skromny: 25 obrazów, 8 rysunków. Niektórzy dodają sześć dzieł z warsztatu mistrza, co też nie daje imponującej liczby. Jednak nikt nie kwestionuje, że był genialny.

A przede wszystkim – uderzająco inny. Przerażający i fascynujący zarazem.jheronimus_bosch_112

Tajemniczy ogród

Co leżało u podstaw odmienności wizji Boscha, twórcy działającego na styku średniowiecza i nowożytności? Teorii wiele. Pomawiano go o herezję, o uprawianie magii, o uleganie halucynacjom. 635335823437720452Byli też tacy, którzy uważali go za krytyka ówczesnej rzeczywistości w Niderlandach, przemycającego w malowidłach treści umoralniających kazań, pism teologicznych oraz „ludową mądrość” czyli przysłowia. hieronymus_bosch_091W latach 20. XX wieku, gdy karierę zaczął robić surrealizm, Boschowi dorobiono zaszczytne miano prekursora kierunku. Czy istotnie, jak uważał leader nadrealistycznej braci André Breton, niderlandzki mistrz był tym pierwszym, który malarsko oddał automatyzm skojarzeń i uwolnił podświadomość?jheronimus_bosch_115icobosch 

Najbardziej wałkowany jest tryptyk „Ogród rozkoszy ziemskich”, malowany przez blisko dekadę (1495 – 1505), quasi-ołtarz, na tamte czasy monument mierzący ponad dwa metry wysokości, prawie cztery szerokości. Każdy detal tego arcydzieła wymaga uwagi; każdy mógłby stać się tematem naukowych traktatów. I każdy element jest dopracowany, samoistny, oraz – nie bójmy się tego określenia – nader efektowny.720px-hieronymus_bosch_051

I oto znalazł się śmiałek, który pokusił się o interpretację „Ogrodu…” oraz i innych dokonań mistrza Boscha. Tak po ludzku, zwyczajnie, posiłkując się jego biografią i domniemanymi doświadczenia. Żeby była jasność: to nader marnie udokumentowany życiorys, gdzie więcej białych plam niż twardych danych. Szczytem brawury wydaje się nie tyle pomysł, co forma – po raz pierwszy biografię Hieronima Boscha przerobiono na komiks.  hieronymus-bosch-ruijters-5

 

Wyprawa do Księżego Lasu

Tego karkołomnego zadania podjął się Marcel Ruijters, holenderski rysownik, rocznik 1966. jheronimus_ruijtersOd dawna inspirował się średniowiecznym drzeworytem, transponował ryciny (zwłaszcza karty i tarot) sprzed setek lat na mowę współczesnych ilustracji. Cztery lata temu pracował nad graficzną opowieścią o życiu mistrza z s’Hertogenbosch, czyli Księżym Lesie, w skrócie zwanym Den Bosch (czyli po prostu las).bosch_p6jb-fc72-2-01

Było to całkiem spore miasto, zamieszkałe przez około 15 tysięcy dusz, w tym przez familię van Aken, od pokoleń trudniącą się malarskim rzemiosłem. Z tego rodu wywodził się niejaki Hieronymus, zdrobniale wołany Jeroen. Od maleńkości wykazywał się zdumiewającym talentem, mimo to w rodzinnym warsztacie pełnił funkcję czeladnika: mistrzem mógł zostać tylko najstarszy z braci. Hieronim cienko przędł, nawet po zawarciu ślubu z Aleid, która wniosła w posagu sporą sumkę i ziemskie posiadłości. Nigdy nie dorobił się fortuny, nie doczekał wielkiej sławy. Z trudem dał się namówić na sygnowanie prac, posługując się mianem Bosch, skrótem nazwy jego miasta. I pod tym nazwiskiem zaistniał w historii sztuki.

Miał szanse błysnąć, wyjechać do bogatszej Flandrii. Nie skorzystał. Do śmierci pracował w pokorze w rodzinnym grajdole, zawierając niewiele znajomości, jeszcze mniej przyjaźni.

Czy z tak nudnego życiorysu można wykroić atrakcyjny biograficzny album? Ruijtersowi udała się ta sztuka.

 Ponury spektakl życia

Nie mam wątpliwości, że solidnie się przygotował – przekopał dostępne dokumenty dotyczące rodziny malarskiego klanu van Akenów oraz stosunków panujących w ich warsztacie (np. ciekawostką było dopuszczenie żon braci do współpracy). Od siebie dodał postać brata Gerardusa, światłego dominikanina, udzielającego młodemu malarzowi rad. Wplótł też w fabułę scenki rodzajowe, które mogły zainspirować Boscha.bosch_p5 bosch_p7  hieronymus-bosch-ruijters-4        bosch_p8

Jednak największym atutem tomu jest odtworzenie obyczajowej specyfiki późnego średniowiecza. Oglądamy całą galerię typów charakterystycznych dla tamtych czasów i rejonów – od wędrownych lekarzy-szarlatanów poczynając, przez bywalców karczm, gawiedź na rynku, dla której publiczne egzekucje stanowiły atrakcyjne spektakle, po pacjentów szpitala dla opętanych (można ich było oglądać za pieniężnym pobraniem), żebraków, kaleki, trędowatych… Wizualnie – pandemonium. Mizeria w sensie fizycznym i duchowym. Na ten drugi, moralny (a raczej – amoralny) aspekt ludzkich istot kładł nacisk Bosch, co Ruijters stara się podkreślić.jheronimus-bunt-blogt-1 jheronimus_ruijters

Wielką w tym rolę odegrał styl jego plansz. Na szczęście, rysownikowi nie przyszło do głowy imitować dzieła bohatera.  plaatje_jheronimus jheronimus_bosch_or_follower_001Wypracował własną mocno zdeformowaną, ekspresyjną figurację. Tu nie ma miejsca na „ładność”, nie ma prób uwodzenia odbiorcy malarskimi efektami. Czarna, dobitna krecha dominuje nad kolorami. Wyrazisty kontur opisuje postaci o drobnych ciałkach i wielkich twarzo-maskach z przesadną mimiką i gestykulacją. Wszystko to wymaga oswojenia się z konwencją przyjętą przez autora, jednak jego konsekwencja szybko przekonuje. I nagle okazuje się, że nadekspresja i wykrzywienia zastosowane przez Ruijtersa doskonale współgrają z wizjami Boscha.

Jestem przekonana, że tak sportretowany Hieronim Bosch stanie się dla współczesnych odbiorców bardziej zrozumiały.

 

 

Hieronim Bosch

Scenariusz i rysunki – Marcel Ruijters

Tłum: Alicja Oczko

Wyd. Timof i cisi wspólnicy

Warszawa 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

15
Sep

Zabawa w saksy (recenzja komiksu „Rozmówki polsko-angielskie” Agaty Wawryniuk)

Udostępnij:

z12682448qagata-wawryniuk 0805bByło tak:

Agata Wawryniuk ma 20 lat i studiuje na wrocławskiej ASP; jej chłopak ļuczy się w szkole muzycznej; Marcel, kuzyn tegoż, też do starych nie należy. Cała trójka wyrusza do Anglii popracować w czasie wakacji. Ot, tak, bez specjalnych potrzeb materialnych, raczej dla fanu. Wracają z kasą ledwo starczającą na zakup sprzętu fotograficznego. Mimo to zadowoleni ze zdobytych doświadczeń.

Brytyjska przygoda sprawiła, że główna bohaterka sięgnęła po nieznaną jej dotychczas formę wypowiedzi: napisała/narysowała reportersko-autobiograficzny komiks „Rozmówki polsko-angielskie”. Udany debiut. Pogratulować.

Miesiąc temu ukazało się wydanie drugie, uzupełnione. Ze zdjęciami autorki/bohaterki. I jej komentarzem – z perspektywy kilku minionych od brytyjskich saksów lat.

W kontekście niedawnych wydarzeń – mam na myśli mało towarzyskie zachowania Anglików wobec polskich emigrantów – warto sięgnąć po tę książkę.

z12682467q-rozmowki-polsko-angielskie-agata-wawryniuk rg1-679

Przede wszystkim, autorka znalazła własną oryginalną formę.

Rysuje ostrą czarną kreską, bez tonów pośrednich. Dymkom nadaje kształt czarnych „plemników”, z tekstami w kontrze. To właśnie plamy czerni tworzą kompozycyjną strukturę, dopełnianą przez pajęczynę linii. Fajne. Zdecydowane i wyraziste, jak galeria pojawiających się w komiksie typów.vl294839

Postaci, choć groteskowe, zdeformowane poza granice karykatur, są jednocześnie świetnie scharakteryzowane. Od razu wiadomo, co je wyróżnia; jaki mają temperament, jak się czeszą i ubierają. Wszyscy mówią niewyszukanym językiem (wulgaryzmy na porządku dziennym, także w usteczkach panny), reagują spontanicznie i bezstresowo. Nie krępuje ich nieznajomość perfekcyjnego angielskiego – ot, wystarczy, żeby się dogadać. Nie dołuje ich praca poniżej intelektualnych możliwości – rozumieją, ze aspiracje trzeba odłożyć na bardziej odpowiedni moment.rozmowki_polsko_angielskie_artykul tumblr_mb8bupto8o1rnlha3o6_1280

To nowe pokolenie, któremu mniej zależy na obrastaniu w rzeczy, niż na pełnokrwistym życiu. Dlatego też wzbudzają moją sympatię (a podejrzewam, że i również innych czytelników).

Treści? Banalne. Trójka młodych obcokrajowców poszukuje dorywczych zajęć i żadnej pracy się nie boją. Kelnerowanie? Luksus! Serwowanie posiłków szpitalu? Szczyt marzeń. Sprzątanie mieszkań? Górne strefy marzeń. Najgorsze są zadania bezmyślne, półautomatyczne, zarazem wymagające skupienia. Kontrolujesz ustawienie papieru toaletowego na taśmie – rolka za rolką, żadnych urozmaiceń – zapadasz w drzemkę – jedna rolka przewraca się – uaktywniony alarm – i panu już dziękujemy. Masz pilnować wbijanie nitów w pliki folii, przysypiasz – a tu trach! Nit wbity w dłoń.

Do walki o „job” dochodzi wojna o przetrwanie. Dostałeś mieszkanie u kumpla twojego kumpla? Lepiej sprawdź, czy nie zalega z jakimiś spłatami, bo może złupić cię na czynszu. Albo ucieknie w siną dal przed właścicielem wynajmowanego domu, wystawiając bogu ducha winnych przybyszy z ojczyzny.

Te i temu podobne wpadki Agata relacjonuje wiernie wobec faktów, acz z dystansem do siebie i dwóch kumpli; bez sympatii dla rodaków-drobnych oszustów, ale i bez wobec nich zacietrzewienia. Ot, pogodny obrazek z londyńskich saksów, przerobionych bez noża na gardle. Znamię nowej epoki.eb5c5c87-6cdc-40e1-af63-01b72e871d04_714x

 Rysunki i scenariusz – Agata Wawryniuk

Rozmówki polsko-angielskie

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2012

Wydanie II uzupełnione – Kultura Gniewu, 2016

 

10
Sep

Cóż artyście po tytule (teraz i w przeszłości)

Udostępnij:

Wróble ćwierkają, ludzie tweetują i zadają pytanie: o co chodzi z tymi doktoratami na Akademii Sztuk Pięknych? Po co tytuły artystom? Otóż upomniała się o nie Wielka Unijna Biurokracja. Surowa to pani: sekuje wszystkich, którzy nie wykazują się stosownym papierem.

Bo cóż po artyście w czasie marnym? Co po kreatywności bez naukowego certyfikatu? W ogóle – jak tworzyć bez naukowego tytułu?

Artysta powinien śpiewać jak ptak – wmawiali adeptom sztuk pięknych konserwatywni mistrzowie zachowawczych uczelni artystycznych. Znaczyło – tworzyć, to wyrażać siebie bez jakichkolwiek zewnętrznych nacisków. Nawet za cenę przymierania głodem, chłodem, kiły i szkorbutu oraz dziurawego płaszcza czy innej peleryny.bohema_1000

ab61a5b200058d924f0ab049 img

Mit romantycznego „cygana” trwał jeszcze za socu. Artystyczna brać brała się za bary z życiem, z pogardą patrząc na „użytkowców”, trzeźwych na umyśle i ze świeżym oddechem.

„Użytki” nie śpiewały, tylko odrabiały zadania. Pracusie jeb…ne, na pensjach od ósmej do szesnastej, na stanowiskach „inżyniera plastyka”, w zakładach produkujących rdzewiejące ciągniki, niewygodne meble ergonomiczne czy zniechęcającą do konsumpcji zastawę z fajansu.

A wolne błękitne ptaki, fruuuu! Niebo było im limitem, nie stan konta.

Ptasia metafora to pieśń przeszłości. Oraz obciach. Wiadomo, śpiewać każdy może. Teraz z treli trzeba uczynić fach potwierdzony rejentalnie. Bez naukowego tytułu ćwierkanie nie ma przełożenia na karierę. Jeśli nie artystyczną, to chociaż dydaktyczną. W czasach marnych lepszy taki wróbel w garści niż gonitwa za pawim ogonem sławy.

Dawno, dawno temu malarze, rzeźbiarze i inni reprezentanci sztuk pięknych, obecnie zwanych wizualnymi, kształcili się w warsztatach u mistrzów, by po odbyciu czeladniczego stażu oraz zaprezentowaniu „masterpeace’a” zdobyć mistrzowskie uprawnienia. Od czasów, gdy powstały akademie, ich absolwenci czyli akademicy byli uprzywilejowani w wyścigu po zamówienia. A co z całą resztą utalentowanych, z różnych powodów bez szans na studia?

Cóż, losem Janka Muzykanta wzruszali się nieliczni. z18002137qkarol-sienkiewicz-i-katarzyna-gorna-przed-drzwiamiZdarzali się jednak dobre panie i panowie, refundujący zdolniachom artystyczne wykształcenie. Działał też system stypendialny (nota bene, istniejący do dziś).

Już w XIX wieku zakwestionowano sens studiów artystycznych („talentu nikogo nie da się nauczyć”). Owszem, godzono się z koniecznością opanowania warsztatowych sekretów, co samodzielnie trudne. Argument „techniczny” padł w zderzeniu z awangardami następnego stulecia.

Warsztat? Burżuazyjny przesąd. louis_xiv_und_colbert_in_der_akademieArtystą mógł być każdy, kto się nim poczuł, miał wenę oraz środki na jej podtrzymanie. A najlepiej – odziedziczoną fortunkę.

Nieskrępowanej kreatywności stanął w poprzek PRL. Studia znów stały się niezbędne, żeby wykonywać „zawód” plastyka, tym samym – zarabiać. Wraz z dyplomem ukończenia wyższej szkoły czy akademii absolwenci otrzymywali tytuł „mgr sztuki”. Magistrami stał Związek Polskich Artystów Plastyków i formacje zrzeszające projektantów. A co z samoukami, naiwistami, malarzami niedzielnymi? Mieli pod górkę.nikifor_krakowska_wolnica  nikifor_025

Żeby jednak nie głodowali (socjalistyczna ojczyzna otaczała opieką nawet największe niezguły) zezwolono im ubiegać się o ministerialny glejt. W MKiS raz, dwa razy do roku zbierało się ciało wydające amatorom uprawnienia „profesjonalisty”. Zdarzali się jednak wykluczeni – jak choćby Nikifor, analfabeta słabo radzący sobie w PRL-owskiej rzeczywistości. O dziwo, trafił na pomocnych ludzi, doczekał sławy i w miarę godziwych warunków bytowych.

Krynicki nie legitymował się żadnym certyfikatem potwierdzającym jego umiejętności. Wystarczała mu pieczątka „Nikifor artysta/ Krynica – wieś” (prostokątna, pisana wersalikami) lub „Pamiątka z Krynicy. Nikifor” Nikifor(też majuskuła, treść wpisana w koło). Samodzielnie nie potrafił tych stempli wykonać, lecz dumnie przystawiał na każdej akwareli czy rysunku, oferowanych na sprzedaż. Czy wystarczyłoby na doktorat?

Zastanówmy się: co jest przyczyną parcia na tytuł ludzi znanych, poważanych, utalentowanych, dotychczas nie marzących o karierze naukowej? Powody są dwa (pomijam motywację ambicjonalną).

Raz, to niepewność egzystencji. Systematyczna sprzedaż w galeriach komercyjnych nie wchodzi już w rachubę, zakupy do publicznych kolekcji mocno ograniczone, coraz trudniej o zamówienia, a do tego „cygańskie życie” wyszło z mody. Jeśli nie należy się do kasty gwiazdorów, stały dopływ gotówki gwarantuje jeno dydaktyka. Ustawiwszy dobrze czas i znajomości, można nauczać w kilku szkołach, prowadzić zajęcia w różnych miastach.

Drugi powód cudownego rozmnażania doktoratów, habilitacji i profesur (zwyczajnych) wśród artystycznej braci to wymogi administracyjne. Ale przepisy są rozciągliwe, zwłaszcza te nieżyciowe. Bilans utytułowanych dusz w uczelnianym ciele musi być dodatni, więc się je mnoży. Im więcej tytułów, tym w większe wpływy wydziału; tym wyższa dotacja dla szkoły; większy prestiż uczelni; tym więcej garnie się doń kandydatów, większe zainteresowanie studiami zaocznymi (płatnymi), więcej chętnych na studia doktoranckie…

I wszyscy zadowoleni, koło się zamyka i kręci. Tylko… ośka jakby krzywa, nie porusza się po prostej. Trzeba by do kowala. Może najpierw dać mu doktorat?

 

 

 

 

 

09
Sep

IO jedną nogę za daleko (recenzja komiksu „Przygody Stasia i Złej Nogi”)

Udostępnij:

Mało który komiks wywarł na mnie takie wrażenie – a czytałam już powieści graficzne o śmierci, nowotworze, depresji i innych nieszczęściach, z którymi ludzie borykają się najczęściej w pojedynkę. Jednak samotność bohaterów „Stasia i Złej Nogi” jest szczególnie dotkliwa, okrutna i wywołująca wewnętrzny sprzeciw: tak nie powinno być!

Tomasz „Spell” Grządziela, młody artysta z Gdańska, dał się poznać dwa lata temu debiutanckim „Ostatnim przystankiem”, albumem bez słów. Wówczas nie sposób było ocenić nie tyle jego plastyczne możliwości (te były w porządku), co umiejętności narracyjne, jako że tom składał się z wyrywkowych obserwacji, skeczów, migawek.

Tym razem dostaliśmy pracę dojrzałą pod każdym względem. Wprawdzie Spell znów buduje fabułę z jednopalnszowych scenek zawartych w czterech kadrach, lecz akcja rozwija się chronologicznie, a postaci ze strony na następną zyskują wyrazistość, ich losy zaczynają wciągać, oni sami stają się bliscy. Świetny rysunek idzie w parze z poruszającą opowieścią, podaną lekko, miejscami żartobliwie, bez epatowania dramatem.stas-i-zla-noga-04 skan3-640

Niemal cartoonowa stylistyka oraz pogoda ducha tytułowego Stasia jeszcze bardziej podkręcają rażącą moc tej historii. Bo jak roztkliwiać się nad kimś, kto nie zauważa własnych mankamentów, a nawet robi z nich atut? I kto wcale nie martwi się tym, że urodził się z jedną nogą dłuższą, co skazuje go na poruszanie się na wózku inwalidzkim. Ograniczona ruchliwość sprawia, że nie jest szczupły, w dodatku jedną z niewielu jego przyjemności jest jedzenie.

Grządziela celowo łagodzi wizualny aspekt kalectwa groteskowym przedłużaniem kończyny w wężowy, wijący się kształt. Buzia Stasia jest zabawna, cała sylwetka miękko-obła, jak u Puchatka.zly-stas stas_zn_p82skan1-640

Tylko dlaczego misiek ma przechlapane u kolegów w szkole? Dlaczego nikt nie chce z nim siedzieć w ławce, bawić się, odwiedzić w domu?

Tak naprawdę, Staś miał do tyłu od momentu narodzin: tata na widok felernego syna dyskretnie ulotnił się, pozostawiają mamusię z tym kłopotem tudzież brakiem pieniędzy. Matka, jak to matki – daje radę, bo musi. Walczy o chłopaka, zapewnia mu rehabilitanta, umieszcza w normalnej szkole. Ma niestety nałóg: pali, nieustająco. Ma też psychiczną skazę – nie umie płakać ani uśmiechać się. Spell niezwykle trafnie sportretował mamę Stasia: mroczna młoda kobieta z podbitymi oczyma, zapewne kiedyś atrakcyjna. stas-i-zla-noga-56W jej przypadku autor nie stosuje karykaturalnych przerysowań ani surrealistycznych grepsów. Upraszcza, lecz trzyma się realu.

No i ten mały. Tragicznie samotny, tak bardzo, że… zaprzyjaźnia się z własną chorą nogą. Nadaje jej osobowość, rozmawia z nią, bawi się. Ta jednak nie odpłaca chłopcu równie pozytywnym uczuciem. Przyprawia go o ból. Bo to Zła Noga.

Czytając/oglądając pracę Spella, przypomniałam sobie słynnego Mikołajka i jego przygody. Mniej więcej równolatkowie, obydwaj obdarzeni wyobraźnią, wrażliwością, otwartością na świat. Nie ma takiej siły, żeby wyrównać im szanse. Staś przepadnie, Mikołajek zawsze będzie symbolem super fajnego dzieciaka. Co więcej, zapewne większość odbiorców będzie chciała czym prędzej zapomnieć o istnieniu takich Stasiów i Stasiowych mam. Postaci z komiksu bez trudu można zignorować. Mamy przecież dość własnych kłopotów – po co nam cudze?

 

Przygody Stasia i Złej Nogi

Rysunki i scenariusz – Tomasz „Spell” Grządziela

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2016

08
Sep

Przedmioty pożądania i zazdrości ( o wystawie „Painters’ Paintings” w londyńskiej National Gallery)

Udostępnij:

 

Wystawa „Malunki malarzy” („Painters’ Paintings”) w National Gallery nosi podtytuł „Od Freuda do van Dycka”. painters-painting-event-banner-675x285Daje widzom niecodzienną możliwość odwiedzenia pracowni lub domostw dziewięciu mistrzów – od Flamanda Antoona van Dycka do Niemca Luciena Freuda, żyjących/tworzących w Wielkiej Brytanii między XVII a XXI wiekiem. Obok nich są Francuzi Matisse i Degas oraz rodowici wyspiarze, utalentowani, utytułowani i wybitni – Joshua Reynolds, George Watts, Thomas Lawrence, Frederic Leighton.

Jednak tym razem ważniejsze od dzieł autorstwa wyżej wymienionych są obrazy innych twórców, którymi się otaczali. Trudno to nazwać kolekcjami, jako że zbiory artystów nie były gromadzone systematycznie, z jakimkolwiek zamysłem. Ba, rynkowa wartość tych obiektów nie obchodziła ich właścicieli. Chcieli te prace mieć na oku. Stawiali je lub wieszali w swym najbliższym otoczeniu, często w pracowni.

To były wyznania miłości. Lub zawiści (zawodowej). Albo źródło inspiracji.

Podziękowanie za przyjęcie

Pewnie nie byłoby tej ekspozycji, gdyby nie… testament Luciena Freuda.lucian-freud Zmarły w 2011 roku artysta zapisał płótno Jeana-Baptista Corota „Włoszka” italian-woman-with-a-yellow-jpglarge(ok. 1870) National Gallery w dowód wdzięczności za ciepłe przyjęcie jego niemieckiej rodziny, chroniącej się przed nazistami w Londynie (był rok 1933, on sam miał 11 lat, lecz pamiętał). Co ciekawe, wnuk słynnego psychiatry osiadł w mieście nad Tamizą sześć lat wcześniej, niż uczynił to jego dziadek.

Freud, najwyższa liga brytyjskich artystów XX stulecia (najdroższy obok Bacona i Hockney’a) nigdy nie przejmował się modami. Jego odarte z jakiejkolwiek kokieterii wizerunki ludzkiej cielesności miały swoich „rozmówców” z przeszłości.

Włączone do wystawy zdjęcie atelier malarza pokazuje wygląd tego wnętrza: oprócz „Włoszki” widzimy płótno Paula Cézanne’a „Popołudnie w Neapolu”. painters-painting-x9041-prWyobrażona na nim scena sprowokowała Freuda do namalowania swojej „odpowiedzi”, zatytułowanej „Po śniadaniu”. Szokowe zestawienie: u mistrza z Aix rzecz jest erotyczna i żartobliwa, u Luciena – dramatyczna. Co łączy te prace? Sposób malowania. Faktura. Lecz nade wszystko – podejście. Powaga malarstwa. Prawda sztuki.837

Hipsterzy przeszłości

Najdalej w przeszłość prowadzi nas zestaw prac, które miał w najbliższym otoczeniu Anthony van Dyck, nadworny malarz Karola I Stuarta (ściętego w 1649 roku). Ten rozchwytywany portrecista zgromadził majątek pozwalający na ekstrawaganckie zakupy. Szczególną słabość miał do Tycjana, którego aż 18 malowideł zdobiło jedną z komnat. Jest wśród nich cudowny „Mężczyzna w kaftanie” titian-portrait-of-gerolamobarbarigoz ok. 1510 – dzieło, na które zapatrzył się piękny Anthony malując autoportret w 1629 roku. painters-paintings-from-freud-to-van-dyck_anthony-van-dyck-self-portrait-detail-about-1629-private-collection-photo-courtesy-of-the-owner_1faad3184c93f2ac0c63ae9051c6c509Niestety, zestawienie jego podobizny z portretem pędzla Tycjana wypada na niekorzyść angielskiego celebryty. Van Dyck prezentuje się jak… hipster tamtych czasów. Ten wąsik, to zalotne oczko, starannie wystudiowana poza – kontra spokój, klasa, swoboda bohatera Tycjana. W porównaniu z tym renesansowym arystokratą dwaj młodzi lordowie, painters-paintings-from-freud-to-van-dyck_anthony-van-dyck-thomas-killigrew-and-william-lord-crofts-1638-royal-collection-trust-her-majesty-queen-elizabeth-ii-2016_066b1240f416a47eea63b6846a3b47b1uwiecznieni przez van Dycka, przypominają wypindrzone panny na wydaniu. Zero męskości, sama pretensjonalność i przekonanie o własnej wartości.

Ale to właśnie była prawda o tych postaciach. Fanem van Dycka był żyjący w następnym stuleciu sir Joshua Reynolds, the-national-gallery-london-uk-21st-june-2016-press-view-of-painters-g56k4cz pewnością najsłynniejszy artysta angielskiego rokoka. Jego domeną także były portrety znanych, wpływowych, zasobnych. Pokazał też siebie jako zacnego jegomościa z brzuszkiem. Na szczęście, nie tylko lubił smacznie zjeść – nie potrafił sobie odmówić przyjemności codziennego obcowania z Gentille Bellinim, Nicolasem Poussinem, Rembrandtem.image   Gentille Bellini                        rafaello-600x500A to Rafael

Dopingowani konkurencją

W otoczeniu Starych Mistrzów tworzył również Frederic lord Leighton. Tego utalentowanego potomka arystokratycznego rodu stać było na wystawny tryb życia. Jego imponujący dom-pracownia w londyńskim Holland Park wypełniały zabytkowe tkaniny, naczynia, i oczywiście obrazy. Owszem, lord zachwycał się włoskim renesansem, ale także podziwiał współczesnych mu Francuzów (długo mieszkał w Paryżu), o czym świadczy zakup „Czterech pór dnia” pędzla Jeana-Baptisty Corota i prac Eugène’a Delacroix.

Skoro mowa o francuskich koneksjach – sporo miejsca przeznaczono na kolekcję Henri’ego Matisse’a

.830henri-matisse-la-liseuse-distraite Artysta żył długo, miał rozliczne kontakty i doskonałe oko. Słynne były „zawody” między nim a Picassem. Podziwiali się wzajemnie i konkurowali o miano tego naj, największego – co przypomniano na wystawie. Na widok portretu Dory Maar, picasso-portrait-of-a-woman-dora-maartypowego „picassa” z lat 40. Matisse miał wykrzyknąć: „Dante przed wejściem do Piekła! Co za magia!” Gdy zdobył płótno, miał je zawsze w swym pobliżu. Jako wieczne wyzwanie i doping.

Osobną przestrzeń National Gallery wydzielono na duet Edgar Degas – Édouard Manet. Ich „wymiana zdań” czyli prac jest historią przyjaźni i sporów, zawsze na podłożu wzajemnego szacunku. Najlepszym tego dowodem starania Degasa, by odnaleźć pociętą na kawałki wspaniałą pracę Maneta „Rozstrzelanie cesarza Maksymiliana” (malarz zareagował na wydarzenia w Paryżu, zarazem parafrazując arcydzieło Goi „Rozstrzelanie powstańców madryckich”).url

Degas odzyskał cztery fragmenty, kupione przez National Gallery w 1918 roku, rok po śmierci wielkiego impresjonisty. Był to jeden z pierwszych nabytków do kolekcji sztuki (wówczas) współczesnej. I tak egzekucja Maksymiliana stała się ozdobą londyńskiej galerii.

 

„Painters’ Paintings. Od Freuda do van Dycka” – National Gallery w Londynie, wystawa czynna do 4 września 2016

 

06
Sep

Poszukiwacz przerażenia. Na pożegnanie Marcina Jarnuszkiewicza (1947 – 2016)

Udostępnij:

 

Scenograf, reżyser i lalkarz; także pedagog. Jego śmierć była nieoczekiwana, choć od kilku lat miał miał kłopoty z sercem. Wydawało się, że jest podleczony, pełen entuzjazmu i sił. W poniedziałek 5 września był umówiony z dyplomantką Wydziału Sztuki Mediów na rozmowę. Nie przyszedł, ale przecież zdarzało mu się spóźniać…

Po południu przyczyna absencji już była znana.z20648771Q,Marcin-Jarnuszkiewicz-w-2011-roku-

 

Od małego wychowywał się w atmosferze sztuki. Jego ojciec, Jerzy Jarnuszkiewicz, wybitny rzeźbiarz, uczył na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych przez 35 lat. Jednak Marcin nie chciał korzystać z pozycji ojca. Zdecydował się na samodzielną drogę: najpierw zrobił dyplom na Wydziale Architektury Wnętrz (w 1973), potem studiował na Wydziale Reżyserii PWST w Warszawie (dyplom w 1981). Ale największą pasją była dlań scenografia.

Jeszcze na studiach rozpoczął współpracę z największymi mistrzami sceny, m.in. oprawiał plastycznie „Ulissesa” Zygmunta Hübnera. Zabłysnął kontrowersyjną inscenizacją it_t_15198„Balladyny” Adama Hanuszkiewicza (Teatr Narodowy, 1974), gdzie bohaterowie jeździli na hondach, zaś Balladyna paradowała w kostiumie Barbarelli.

.it_t_27005 it_t_27003 it_t_15202it_t_27013

Potem Andrzej Wajda powierzył mu scenografię do „Sprawy Dantona”, ale naprawdę kreatywna okazała się współpraca z Bohdanem Cybulskim w gorzowskim Teatrze im. Osterwy, ze słynnym „Aktem przerywanym ” Różewicza na czele.

Jarnuszkiewicz sam też zajął się reżyserią (m.in. „Głosy” Ireneusza Iredyńskiego, „Białe małżeństwo” Tadeusza Różewicza czy „Do Damaszku” Augusta Strindberdga). Jednocześnie dał się poznać jako pełen inwencji scenograf telewizyjny, doskonale czujący specyfikę małego ekranu. Pod koniec lat 80. zainteresował się teatrem lalkowym, w spektaklach włączając do akcji lalki i kukły – np. w „Scenach pasyjnych”, plastycznej impresji na kanwie Pasji wg św. Mateusza Bacha wykorzystał wielką marionetę symbolizującą Chrystusa, czy „Urodziny infantki” Oscara Wilde’a w warszawskim Teatrze Lalki.serce-tomaszzakrzewski

Był minimalistą, najchętniej ograniczał się do prawie abstrakcyjnych przestrzeni, emocj wygrywając mrokiem i światłem. – Szukam skupienia, zastygnięcia, przerażenia, które nie pozwala człowiekowi zareagować. Czyli implozji, a nie ekspresji uczuć – wyjaśniał Jarnuszkiewicz.

W latach 80. zaczął nauczać na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, najpierw w Katedrze Scenografii, potem na Wydziale Sztuki Mediów i Scenografii.

O sobie samym, własnym i uniwersalnym losie opowiedział w niemej suicie „Homework” (2009), Homework_foto2w której zagrał główną rolę w towarzystwie lalki-sobowtóra.

– Z natury prowokator, nie należał do łatwych – przyznaje Dorota Kołodyńska, scenografka, była uczennica Jarnuszkiewicza. – Mimo to studenci do niego lgnęli. Młodzi potrafią wyczuć indywidualność i talent, a nade wszystko – prawdziwą, niefałszowaną pasję.

On sam deklarował: – Interesuje mnie rozpoznawanie tego, czy człowiek jako gatunek został obarczony przez Boga czy przez los. Taki podstawowy ludzki status.dalekapodroz1tomzakrz 511d9f217b38509a0b676eed75fcbe4ee2815f43

01
Sep

Ile jest wart dolar (komentarz do wystawy „Bogactwo” w Zachęcie)

Udostępnij:

O marności dóbr doczesnych napisano tomy. z15536189Q

Kaznodzieje rozmaitych wyznań zdarli sobie struny głosowe, przestrzegając maluczkich przed chciwością, na liście siedmiu grzechów głównych umieszczoną na wysokiej drugiej pozycji, zaraz po pysze. Do nauk kościelnych oraz rozważań aksjologicznych twórcy dorzucali swoje pięć groszy. Moralizowali obrazami mniej lub bardziej symbolicznymi, czytelnymi tak dla niepiśmiennych, jak dla wykształconej elity.

I oto ponad pół wieku z okładem temu pewien bezczelny artysta wykonał portret… dolara.

Każdy zgaduje: Amerykanin.

Większość domyśla się: tak, to Andy Warhol.1000509261001_1283298450001_Bio-Mini-Bio-Andy-Warhol-SF

W 1962 roku zaczął malować „sałatę” z wizerunkiem Waszyngtona. Jednodolarówka, której użył jako „modelki”, miała jeszcze wtedy jaką taką wartość nabywczą, za to jej walorów plastycznych nikt nie dostrzegał. Warhol pierwszy sportretował dolara samego w sobie, w różnych kombinacjach. Najpierw pojedynczo, potem w rzędach po dwa, wreszcie – w szeregach po sto. I zastąpił szarością charakterystyczną zieleń papieru. Pytany, o co w tym chodzi, dał cyniczno-niewinną eksplikacją:

– Maluję po prostu rzeczy, które zawsze uważałem za piękne, rzeczy używane codziennie, o których nigdy się nie myśli.c00fed1ea473b275e75ac7116694810d

Kto by się spodziewał, że premierowy „Waszyngton” po latach osiągnie na aukcji ponad trzydziestomilionowe przebicie?

A tak się stało rok temu w londyńskim Sotheby’s: 32,8 mln dolców za… jednego.this-andy-warhol-painting-of-the-us-dollar-just-sold-for-328-million-at-auction

Od Warhola zaczęła się artystyczna kariera kasy.46269781 Dostrzeżono jej wizualne zalety które, rzecz jasna, przekładają się na bardziej wymierne walory.

Kilka lat temu po forsę sięgnęła Pola Dwurnik. poladwurnik1Dawno wycofane z obiegu, PRL-owskie bilety Narodowego Banku Polskiego skojarzyły się jej sentymentalnie. W serii obrazów przypomniała bankowych bohaterów oraz ich wartość nabywczą. Żółto-zielony Świerczewski oznaczał pięć dych; Waryński patronował czerwonej proletariackiej setce; burobrązowy Kościuszko bujał za 500 zł zaś kosmicznie niebieski, niedosiężny Kopernik równał się tysiaka. Autorka tak uzasadnia wybór motywu: „Świat kręci się wokół pieniędzy, które są symbolem naszych czasów, religią naszej cywilizacji, więc maluję je i wieszam na ścianie.”

Jerzy Truszkowski wpisał w quasi-banknoty symboliczną ocenę naszej potransformacyjnej sytuacji. Namalował obraz billboardowych rozmiarów (4 m długości), z daleka do złudzenia przypominający jednodolarówkę. Ale nominałem jest tu „jedna dola”, obowiązująca w kraju o nazwie „pospolita Olka” (aluzja do imienia ex-prezydenta RP).1169e1387badd9dc346cd8d78644011b

Wracając do Warhola – przebił go Oskar Dawicki. Zamiast biedzić się z jakąkolwiek próbą twórczego potraktowania papierów wartościowych, nasz artysta po prostu… wystawił 10 000 PLN.witryna_dawicki

Papiery o nominale 100 zł ułożył w zgrabny plik i pokazał w stołecznej Witrynie (tak nazywała się galeria, której przestrzeń ograniczała się do… witryny). Tamże, całodobowo oświetlony stosik kusił przechodniów swą ascetyczną urodą. Gdyby ktoś nie umiał na oko oszacować wartości papierowej kupki, mógł przeczytać wypisany literami jak woły tytuł prezentacji: „10.000 PLN”. Ciekawe – nikt nie uwierzył. Żaden włamywacz, żadem Kwinto, ba! nawet żaden desperat nie zaryzykował przywłaszczenia sobie tak ponętnego dzieła sztuki.

Ja również mam pieniężną rzeźbę. Dostałam ją jakiś czas od producenta klejów. Z odległości wygląda jak koślawa zielonkawa cegła. Z bliska widać, że składa się z niewielkich skrawków papieru. Kto przyjrzy się jeszcze uważniej, dostrzeże, że bryła została ulepiona z przepuszczonych przez niszczarkę, stuzłotowych banknotów. Totalna ich wartość:100 tysięcy złotych. Może warto na powrót zmontować ten puzzel?