THE BLOG

30
Oct

Obrazy z kamieni i powietrza (nagroda im. Cybisa dla Kojiego Kamojiego i jego wystawa w DAP)

Udostępnij:

 

Nagroda im. Cybisa to hołd składany twórcom z dużym dorobkiem, zazwyczaj niemłodym (rok temu dostał ją Wojciech Fangor). W kapitule są tylko artyści – laureaci z poprzednich lat. Ani urzędnicy, ani kulturalny establishment nie majstrują przy werdykcie, co widać po zestawie nazwisk nagrodzonych.

Do tradycji należy prezentacja prac zwycięzcy w warszawskim Domu Artysty Plastyka plus godny katalog. Był czas, kiedy tym dobrodziejstwom towarzyszyły apanaże w postaci pewnej (niewysokiej) kwoty, lecz z braku hojnych sponsorów laureaci muszą pocieszyć się okolicznościową statuetką. Ale honor jest bezcenny!

Historia nagrody (spontanicznie ustanowionej po śmierci Jana Cybisa w 1972 roku) jan_cybis_polish_painterniekiedy splata się z politycznymi wydarzeniami w Polsce (np. spory zamęt wprowadził stan wojenny,); znajdzie się też kilka tąpnięć; lecz w przeważającej mierze ranga dokonań „cybisowców” nie budzi zastrzeżeń.

Jednak przypadek Kojiego Kamojiego jest szczególny. Bo oto po raz pierwszy „cybisa” wręczono twórcy urodzonemu w Japonii.

1963-koji-kamoji-pracownia-pruszkow-fot-zygmunt-targowski-344x381 koji_kamoji Ba, ukształtowanemu w rodzinnym kraju, obciążonego tamtejszą kulturalną schedą. Jednakże dla Kojiego miał także znaczenie pewien symboliczny fakt: otóż urodził się tego samego dnia, w którym przyszedł na świat van Gogh – tyle, że wiek później.

Koji Kamoji pojawił się w Warszawie w 1959 roku, realizując „testament” stryja Umedy, tłumacza polskiej literatury na japoński. Miał wówczas 24 lata, zdobył już wcześniej wykształcenie na tokijskiej Akademii Sztuk Pięknych, lecz podjął kolejne plastyczne studia w stołecznej ASP w pracowni Artura Nachta-Samborskiego, kapisty i przyjaciela Jana Cybisa.2 7 5

To NIE S prace Kojiego – to obrazy Artura Nachta-Samborskiego, kapisy.

 

Profesor nie zamierzał eliminować japońskich klimatów w plastycznych poszukiwaniach swego nietypowego studenta. Dowodem jego otwartości – dyplom Kamojiego. Cykl prac „Na ścianę świątyni” 809_2408_articles koji-kamoji_na-sciane%cc%a8-swia%cc%a8tyni_fot-agnieszka-indyk 1828635_art1nie miał nic wspólnego z obrazami malowanymi farbą na płótnie. Były to trójwymiarowe obiekty z wyciętymi dziurami. Pamiętajmy, że miało to miejsce w 1966 roku i podobna ekstrawagancja musiała szokować grono pedagogiczne.

Właśnie poprzez swą osobność, skłonności kontemplacyjno-filozoficzne, Kamoji zbliżył się do awangardowych twórców skupionych wokół warszawskiej Galerii Foksal. 1963-koji-kamoji-pracownia-pruszkow-fot-zygmunt-targowski-344x381

Nieoczekiwanie, sztuka abstrakcyjna okazała się kulturowym łącznikiem. full_koji_and_kamoji_reporter__770Kamoji zaprzyjaźnił się z Henrykiem Stażewskim, prawie o dwa pokolenia starszym od niego konstruktywistą; znalazł porozumienie z Edwardem Krasińskim, Zbigniewem Gostomskim, a nawet z surrealistką Erną Rosenstein. Na Foksal Koji zadebiutował (jeśli nie liczyć nieco wcześniejszej wystawy w krakowskiej Galerii Krzysztofory). Związek z warszawskim „gniazdem awangardy” ostał się upływowi czasu, czego dowodem udział Kamojiego w jubileuszowym pokazie na 50-lecie galerii (było to w marcu br.).

A co zaprezentował w Galerii DAP?

Podczas wernisażu – siebie.

Nie przesadzam – laureat wystąpił w japońskim stroju, takiej krótszej wersji kimona.

Najważniejsze oczywiście są obrazy. Jest jasno, świetliście. Prawie 30 kompozycji z ostatnich 15 lat. Biel obrazów odcina się od perłowoszarych ścian.

Obrazów? To swoiste „wizualne haiku”. Utwory malowane powietrzem, fakturą użytych materii, niekiedy minimalnie draśnięte ołówkiem. Najwyraźniejsze są doklejone… kamyczki. Małe także pomalowane na biało. Większe – czarne bazaltowe kostki – rozstawione zostały w kilku miejscach na podłodze galerii. Kolekcja MOCAK-u szum-20150807-15-35 5440 1 koji_kamoji_w01dsc5805bgf7031_foksal_koji_kamoji-3-770x513

Prace Kojiego z różnych lat i miejsc.

Koji od dawna uważał kamienie za „kości ziemi”. Tworząc z nimi kompozycje, powoływał się na ogrody zen. Bez wątpienia pierwszy przypadek, gdy podczas oglądania wystawy laureata „cybisa” czułam się jak… w japońskiej świątyni.

 

Koji Kamoji „Rzeka. Słowa i obrazy” – Galeria Domu Artysty Plastyka, Warszawa, wystawa laureata Nagrody im. Jana Cybisa za rok 2015, czynna do 30 listopada 2016

21
Oct

Raz na ludowo (o wystawie „Polska – kraj folkloru?” w Zachęcie)

Udostępnij:

Zapewniam – to nie jest pokaz skrojony wedle upodobań aktualnych kulturalnych decydentów. Joanna Kordjak, kuratorka wystawy w Zachęcie, już w tytule formułuje pytanie/wątpliwość: „Polska – kraj folkloru?” I jest to kwestia o historycznym wymiarze.

Bo choć zebrane eksponaty, filmy, muzyka, kroniki filmowe i inne dokumenty pochodzą z epoki PRL, należy przywołać zjawiska bardziej oddalone w czasie, odnoszące się do naszych narodowych losów.

Przecież w Polsce folklor miał wyjątkowe znaczenie: w czasie zaborów przypominał o naszych korzeniach, utrwalał pamięć, pobudzał patriotyzm. Młodopolska chłopomania, pomijając naiwność i manieryczność fenomenu, miała za zadanie krzepić nie tyle serca, co… ciała. A fala ludowych fascynacji i inspiracji, która nadpłynęła w dwudziestoleciu międzywojennym, była wyrazem dumy narodowej, manifestacją sił witalnych II RP, przywołaniem prasłowiańskich tradycji. Toż wielkie międzynarodowe sukcesy Zofii Stryjeńskiej22272-stryjenska_goralka , Władysława Skoczylasa pochod-zbojnikow-wladyslaw-skoczylas-drzeworyt-1919-rczy Karola Szymanowskiego w dużej mierze był oparte na kreatywnym podejściu do ludowości.

Po 1945 roku władze ZSRR, ideowo kolonializujące „kraje bloku”, napierały na popularyzowanie sztuki nieprofesjonalnej, wydawało się – masowej i przystającej do koncepcji sojuszu robotniczo-chłopskiego. Tymczasem w Polsce rzecz wyglądała nieco inaczej, choć bywało zabawnie, na przykład, gdy w filmie „Zielony szlak” Władysława Ślesickiego chłopstwo spontanicznie rusza w tan na polach, a do tych ról zaangażowano zawodowych tancerzy.

Jednak w przypadku Dożynek, gdy stary obyczaj mieszał się z nową socjalistyczną (i świecką) tradycją, nie bardzo było wiadomo, czy jest z czego się śmiać.

Wspomniałam już o uwarunkowaniach historycznych. Wypada dodać związki artystyczne. Spółdzielnia ŁAD, czyli zespół prekursorów naszej myśli designerskiej, powstała w 1926 roku i nadal działała z powodzeniem w latach powojennych. Projektanci tego ugrupowania transponowali ludowe tradycje meblarskie, tkackie czy ceramiczne na mowę nowoczesności. W modernistyczno-narodowym duchu powstawały piękne i pomysłowe krzesła, stoliki, fotele. Z litego drewna, perfekcyjnie wykonane. W Zachęcie można zobaczyć krzesełka dla dzieci, udające konia na biegunach (bez biegunów), sarenkę czy inne zwierzęta. l_1 meble-z-lat-50-i-60-3Zabawne, inteligentne, wygodne.

Są też gobeliny nestorki naszej tkaniny artystycznej, Eleonory Plucińskiej. Nie mogło zabraknąć wytworów ze spółdzielni Kamionka, specjalizującej się w ceramice, ani, rzecz jasna, słynnego do dziś Włocławka.

101_4751  r_cznie_malowana_ceramika_z_w_oc_awka_lata_70_80_90435271338niebieska_ceramika_z_w_oc_awka_163374am znudziły się już kwietne lub bardziej abstrakcyjne desenie na grubych porcelitowych naczyniach – ale dla cudzoziemców to wciąż atrakcja i polski towar eksportowy! Wiem, bo słyszałam zachwyty młodych Anglików, którym zdarzyło się zajrzeć do Cepelii i rzucili się do kupowania włocławskich mis. No właśnie – Cepelie. Było ich mnóstwo, niemal w każdym większym mieście. W samej Warszawie kilka. Zostały niedobitki. Zwłaszcza szkoda pawilonu projektu Zygmunta Stępińskiego przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich: Cepelię niemal wyparły inne sklepy, zaś szlachetna modernistyczna architektura straciła pierwotny wygląd, przysłonięta paskudnymi reklamami. Podobnie stracił na wizualnych walorach Dom Chłopa (proj. Bohdan Pniewski) dom-chlopa, pierwotnie planowany jako hotel dla przybyszów ze wsi. Chłopom zaprojektowano nie tylko pokoje i sale, także rozrywki. Do nich należało oglądanie wystaw… sztuki ludowej.

Jak widać, Joanna Kordjak skoncentrowała się na PRL-owskich próbach „przeszczepienia” folkloru do wielkich miast. Niekiedy dawało to kabaretowe efekty – jak znane z przekazów naocznych świadków hodowanie kur lub większej chlewnej w blokowiskach…

Ale, ale – wracając do tego, co kurs na folklor przyniósł dobrego. W tejże Zachęcie miały miejsce różne wystawy prezentujące sztukę nieprofesjonalną, z tymi przygotowanymi przez profesora Aleksandra Jackowskiego, wybitnego specjalisty przedmiotu. Fanem naszej ludowej rzeźby (i nie tylko) był Ludwik Zimmerer, niemiecki dziennikarz, wiele lat mieszkający w Polsce. c3283b27 fff3a4f4 Pamiętam jego dom na Saskiej Kępie, zamieniony w małe muzeum etnograficzne – zresztą, z woli kolekcjonera, po jego śmierci zbiór trafił do Muzeum Etnograficznego w Warszawie.z6825320qobraz-ludwiga-zimmerera-przekazany-muzeum-etnograf

Zimmererowi Andrzej Wajda poświęcił dokument (pokazywany w Zachęcie) „ Zaproszenie do wnętrza”.

Opieka, jaką otoczyli profesjonalni artyści nad ludowymi twórcami zaowocowała znakomitymi dokonaniami. Do dziś znane są malarki z Zalipia, „odkryte” przez małżeństwo Heleny i Lecha Grześkiewiczów zalipie_014_malowanaceramikai wylansowane nie tylko na kraj, także za granicą – jako że „zalipianki” dekorowały wnętrza transatlantyku Batory

.foto-1 foto

Wreszcie, crème de la crème – dwa eksportowe zespoły pieśni i tańca: Śląsk, istniejący od 1953 roku,  a-to-polsak-wlasnie-4f72d934bbf74 zespol-slask-534d02b3222f6-14da57ba9a7555_októry swój kunszt zawdzięczał Stanisławowi Hadynie i Elwirze Kamińskiej, oraz zespół stworzony pięć lat wcześniej, kierowany przez Tadeusza Sygietyńskiego i Mirę Zimińską-Sygietyńską – czyli wciąż istniejące i koncertujące Mazowsze. Nasza duma, nasza sława.

maxresdefault 9e53d500-fbf2-4402-ab69-99b95845ed811375188438-756376f4caae92b0c50743b933095d7a

 

 

„Polska – kraj folkloru?” – Galeria Zachęta, wystawa czynna do 15 stycznia 2017

 

Tekst był publikowany w „Rzeczpospolitej”

11
Oct

Pędzlem po ekranie (o malarstwie Andrzeja Wajdy)

Udostępnij:

– Nie udało mi się zrealizować dziecięcych marzeń: nie zostałem malarzem – przyznawał Andrzej Wajda. – Chociaż nie skończyłem studiów plastycznych, jednak uważam je za podstawowe i zasadnicze moje wykształcenie, a nie szkołę filmową, którą ukończyłem… Jeżeli stoi przede mną jakiś problem, nigdy nie szukam analogii w historii kina, a zawsze w moich dawnych doświadczeniach malarskich. To tkwi w mojej podświadomości.

Bo jeśli komuś wpojono zasady rysowania i komponowania, nigdy nie wyzbędzie się malarskiego spojrzenia. Ani skojarzeń z dziełami poprzedników, których prace wzbudziły podziw, wywarły wrażenie.

Widać to w filmowym dorobku Andrzeja Wajdy: patrzył na ekran jak na płótno na sztalugach. Dbał o plastyczną urodę każdego kadru. Nawet w czarno-białych obrazach materia plastyczna odgrywała ogromną rolę, decydując o klimacie i wymowie scen.6bcf4695-af8e-4f53-a4bb-e2286d3a2a87

Mózg hydraulika

Cztery lata temu, też w październiku, otwarto w Radomiu, gdzie przez kilkanaście lat przyszły reżyser mieszkał, wystawę jego młodzieńczych prac. Uwagę zwracał portret Grażyny Otręby, pierwszej żony artysty. Stonowana, złocista paleta, z wybijającymi się na plan pierwszy plamami czerwieni: usta i berecik, zawadiacko zsunięty na bakier przez młodą elegantkę.

Ale, prawdę mówiąc, te wczesne obrazy nie wyróżniały się niczym szczególnym. Realistyczne, porządne, ale bez oryginalnego rysu. Dopiero po „odwilży” Wajda wyzwolił się z tradycyjnej konwencji. W bodaj najlepszej kompozycji z tego okresu – „Mózgu hydraulika” (1957) nietrudno dostrzec jego fascynację surrealizmem. Paradoksalnie, w późniejszych latach znów wrócił do tego, wobec czego chciał się zbuntować: do klasyki, na ekranie i na scenie.

Większą dawkę plastycznych dokonań reżysera dostarcza album „Andrzej Wajda. Rysunki z całego życia” (ukazał się 2011, wznowiony w tym roku z okazji 90. urodzin bohatera). Tu znalazło się kilkaset prac podzielonych na trzy kategorie. Dominują szkice-notatki, na szybko sporządzane podczas spotkań, podróży, codziennych wydarzeń. Widać w nich umiejętność gospodarowania przestrzenią, rozkładania akcentów, błyskawicznego chwytania podobieństwa. No i świetną kreskę. Na drugą grupę składają się wizualizacje pomysłów inscenizacyjnych na planie filmowym i w teatrze. Do trzeciego zestawu wybrano akwarele i rysunki tworzone bez pretekstu, z wewnętrznej potrzeby.

Cztery razy Wróblewski

Jak wiadomo, początkowo reżyser zamierzał poświęcić się plastyce. W 1946 roku przyjechał do Krakowa, by studiować malarstwo.1-f-353-388-800x800 Zaliczył trzy lata na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych, by przenieść się do łódzkiej Filmówki. 1-f-403-94-800x800Dlaczego zrezygnował? Z powodu… Andrzeja Wróblewskiego. Wajda złożył mu hołd aż czterema wystawami: – Pierwszy pokaz odbył się za życia Andrzeja: wybrałem zestaw jego akwareli do poezji francuskiej i pokazałem w Warszawie – wspominał. – Druga była monografia pośmiertna, w krakowskim Pałacu Sztuki. Potem prezentacja zaaranżowana specjalnie do filmu „Wszystko na sprzedaż”, a w ubiegłym roku – w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Podczas przygotowań tej ekspozycji, nakręcono dokument o takim samym tytule: „Wróblewski według Wajdy”.

thumb_703_ilustracje_bigChoć ten pierwszy był o rok młodszy, wydawał się dojrzalszy, świadomy tego, do czego dąży. To on założył Grupę Samokształceniową, do której w 1948 roku dołączył Wajda. A kiedy przyszły reżyser zobaczył pierwsze płótno kolegi z serii „Rozstrzelań”, wiedział, że nie ma dla niego miejsca w malarstwie.

– Mógłbym jedynie naśladować Wróblewskiego, a to przecież bez sensu – przyznał reżyser.

– Postanowiłem znaleźć dla siebie inne medium, żeby mówić na ten sam temat. Chciałem, tak jak Andrzej, dać świadectwo czynów tych, którzy stracili życie. My przetrwaliśmy, nam się udało, więc naszym obowiązkiem było zabrać głos w imieniu zmarłych. Oni domagali się pamięci.

W efekcie powstała trylogia wojenna, zapoczątkowana „Pokoleniem”, zamknięta „Popiołem i diamentem”; z bodaj najmocniejszym „Kanałem” pośrodku.

Tajna korespondencja

Większość scen w teatrze, sekwencji czy poszczególnych kadrów filmowych Wajda najpierw rozrysowywał. Ale nie to wyróżnia go na tle innych reżyserów. Fascynującym zajęciem jest odszyfrowywanie tajnej korespondencji Wajdy z malarstwem innych twórców. Maciek Chełmicki w „Popiele i diamencie” umiera w pozie przypominającej postaci z „Rozstrzelań” Andrzeja Wróblewskiego. 1-f-371-147-800x800W „Lotnej” są sytuacje inspirowane „Patrolem powstańczym” Maksymiliana Gierymskiego. 6_przez%cc%87ycie_wajda_foto_j-stockaW scenach batalistycznych z „Popiołów” rozpoznajemy „Bitwę pod Somosierrą” Piotra Michałowskiego, a także – aluzje do „Okropności wojny” Francisco Goi. W „Weselu” odnajdujemy tropy wiodące do Stanisława Wyspiańskiego („Autoportret z żoną”), do „Stańczyka” Matejki i Józefa Mehoffera („Portret żony na żółtym tle”). z19977686icrkadr-z-filmu-wesele Wesele [1972] 1-F-1974-224 1-f-1974-2-800x800 1-f-1974-213-800x800 1-f-1974-236-800x800 000603au2srh6fkn-c122-f4Brzezina” – to Jacek Malczewski i jego „Thanatos” oraz „Zatruta studnia”. 1-f-89-13-800x800 brzezina andrzej-wajda-wszystko-na-sprzedazkadr-z-filmu-2013-02-26-010Wreszcie, w „Tataraku” wątek współczesny z Krystyną Jandą w pustym pokoju to cytaty z obrazów Edwarda Hoppera1341670368tatarak_europeanfilmacademy-org_-1024x682 10628520_981196185230076_4129370621544760395_nNa koniec słowo o „Dantonie”. Podczas procesu bohatera, na parapecie sądu mości się gość ze szkicownikiem. To genialny artysta epoki klasycyzmu, Jacques-Louis David. Wcielił się weń Franciszek Starowieyski, który bynajmniej nie symulował rysowania. Może publiczności byłoby obojętne, kto gra Davida, lecz nie Wajdzie. Jego drażniłby, gdyby malarza udawał ktoś, kto nie potrafi rysować.

 

z19671261ihkadr-z-filmu-andrzeja-wajdy-popiol-i-diament z19671260idrobraz-ferdynanda-ruszczyca-ziemiz3735349q-popioly-rez-andrzej-wajda-kostiumy-zaprojek 20150929_annawloch_0237-1_male_podpis z19709347icrkadr-z-filmu-czlowiek-z-marmuru1-f-283-112-800x800

 

08
Oct

Dwie strony skandalu (czyli dlaczego w polskich galeriach jest, jak jest)

Udostępnij:

Moralna wartość sztuki nie polega na tym, że sztuka czyni nas dobrymi – być może nie ma takiego potencjału. Jej wartość moralna polega na tym, że sztuka utrwala ideę wartości moralnej, pokazuje, że coś takiego naprawdę istnieje”

Roger Scruton „Kultura jest ważna”.

Jest odpowiedni czas, by odnieść się do słów brytyjskiego filozofa.

Europa zaczyna odczuwać zagrożenie nie tylko ze strony terrorystów. Co przytomniejsi zauważają, że bezkrwawo także można zniszczyć, zniweczyć kulturalny dorobek Zachodu. Więc trzeba stanąć w jego obronie, pokazując to, co mamy najcenniejsze i co stanowi fundamenty europejskiej tożsamości – miast umizgać się do multikulturowego wielkiego NIC.

Tymczasem Polska upiera się przy iluzji politycznej poprawności. W efekcie, nasza sztuka wypadła z gry – wcale nie z racji „dobrej zmiany”, lecz z powodu nieprzystawalności wizji sprzed dekady do obecnych realiów. Polski wizual-art znalazł się w kryzysie. Jeśli będziemy chcieli z niego wyjść, musimy zawrócić i znów nadrobić zaległości, jak po PRL-u. Bo teraz jest kurs na tradycyjne wartości. Na rozważania etyczne, nie etniczne.

 

Patent na stanowisko

W Polsce obserwujemy dziwaczne zjawisko: świat sztuki funkcjonuje w oderwaniu od… sztuki.

W ostatnim ćwierćwieczu powstało wiele nowoczesnych, atrakcyjnych architektonicznie, wyposażonych w nowoczesne sprzęty placówek mających oswajać społeczństwo z najnowszymi artystycznymi poszukiwaniami, służyć poszerzaniu powszechnej wiedzy o sztuce, świadomości jej wagi, niezbędności w życiu codziennym.

Jak grzyby po deszczu, wypączkowały uczelnie i kursy rozwijające talenty plastyczne. Równocześnie, wykształcono zastępy specjalistów od sztuki, jej historii i nią zarządzania, z których część znalazła zatrudnienie w instytucjach kulturalnych, centrach artystycznych i galeriach miejskich czy podpadających pod ministerstwo, akademiach sztuk pięknych i prywatnych szkołach. Z tych osób – plus niektórzy artyści – składa się art world.

Wydawać by się mogło, że rozliczni „profesjonalni satelici sztuki” powinni ułatwić porozumienie między artystami a odbiorcami; pomóc .

Nic podobnego nie nastąpiło.

Przeciwnie. Chyba jeszcze nigdy przepaść pomiędzy „zwykłym” widzem a światem sztuki nie była tak głęboka, jak obecnie. Z czego to wynika?

Z pogardy i nadmiernych ambicji.

Art world lekceważy publiczność, bo nie od niej zależą awanse na zawodowej drabinie. Sale ekspozycyjne mogą na co dzień świecić pustkami – ważne, żeby na wernisażu (lub w innym momencie) pojawił się Ktoś Ważny. Najlepiej ktoś decydujący o zakupach bądź sam kolekcjonujący sztukę. To dla tych nielicznych kręci się karuzela wystaw.

Jednocześnie, przedstawiciele art worldu samozwańczo uznali się za jedynych posiadających patent na ocenianie sztuki. Wyłonili swoich guru, ze wskazaniami których nie ma dyskusji. To oni decydują o wynikach konkursów na szefów artystycznych instytucji, dyktują trendy, namaszczają nowe gwiazdki.

Ci, którym udało się zdobyć pożądaną pozycję i pracę, zdają sobie sprawę, że mogą być zastąpieni innymi, bez względu na doświadczenie, wiedzę, zawodowe umiejętności. Bo dziś liczą się znajomości i wspólnota interesów. Stąd brak kryteriów decydujących o przyjęciach czy zwolnieniach ze stanowisk; stąd rozstrzygane pod stołem konkursy; stąd powszechnie akceptowane etyczne mętniactwo (komasowanie w jednych rękach pozornie wykluczających się funkcji, powiązania z politykami, zdobywanie tytułów naukowych „na skróty”).

Jako się rzekło powyżej, mamy nadmiar ludzi ze stosownymi dyplomami, by zająć stanowisko (etatowe) w instytucjach związanych z kulturą. Toteż polski świat sztuki bardziej obawia się politycznych zmian, niż kryzysów ekonomicznych i bessy na rynku sztuki (co w Polsce trwa od blisko dekady).

Artyści, kuratorzy i galeryści mogą liczyć na większe dochody dzięki zakupom do publicznych kolekcji tudzież dzięki systemowi budżetowych grantów i dotacji. W komisjach eksperckich zawsze zasiadali podobnie myślący członkowie. Ważni też byli „zaprzyjaźnieni” urzędnicy.

Jasne – żeby to wykazać za pomocą „twardych” danych, potrzebny byłby dziennikarz śledczy zorientowany w sprawach kultury, a takiego po prostu nie ma. Ale nawet gołym okiem widać, jak skonsolidowany i niepokojąco jednomyślny jest polski art world.

Nie jest liczny – około kilkuset osób „na stanowiskach” (mam na myśli instytucje budżetowe i szkoły wyższe). Plus drugie tyle akolitów. W małym środowisku nietrudno o jednomyślność. Dlatego wyroki ferowane przez ekspertów z art worldu są niepodważalne. Łatwo też o jednolity front socjotechniczny.

Paradoksalnie, w utrwalaniu pozycji niektórych artystycznych prominentów pomocne okazują się… skandale, których byli bohaterami lub przynajmniej aktorami bliskiego planu. Lecz są też afery zamiatane pod dywan. Z różnych powodów niewygodne.

W wywiadzie niedawno udzielonym „Dziennikowi Gazecie Prawnej” (12–15.08.2016) przez Andę Rottenberg, która wróciła z prawie rocznego stypendium w Berlinie, znalazł się zastanawiający passus: „To są rządy (PiS – przyp. MM), w których wydaje się dyrektywy, co ma być popierane, kogo popieramy. (…) Widzę, że galerie już włączają cenzorski mechanizm, już wiadomo, że nie pokażą rzeczy kontrowersyjnych, bo nie chcą mieć kłopotów. To samo będzie z wydawnictwami, książkami, pismami…”.

Cóż to znaczy? Po pierwsze, że MKiDN wcale nie wydał dyrektyw w kwestii programu galerii, tylko… takowe są spodziewane. Ba, wręcz oczekiwane! Wówczas będzie można do woli używać sobie na dyktatorskich zapędach obecnej władzy. Po drugie, powyższa wypowiedź kompromituje kuratorski mainstream, który sam siebie a priori cenzuruje, z obawy przed utratą stołków. Po trzecie, ujawnia się oportunizm liderów środowiska sztuki. Z co z kręgosłupem moralnym, odwagą cywilną, ryzykiem w imię wierności własnej wizji?

Jakże to, dla lubego grosza – jak kurek na (nomen omen) kościele?

 

Miraż guzika

Za PRL-u kursował taki dowcip: jak podnieść wartość złotówki? Wywiercić dziurki i sprzedawać jako guzik, za złoty pięćdziesiąt.

Tę metodę – z guzik wartej monety w nieco droższy od niej guzik – zastosowano w sztukach wizualnych III RP. Mizerne artystyczne produkcje podbijają ułomne intelektualnie kuratorskie komentarze. Takie przerabienie „niców na nice” (słowami Lema).

Zawiłe „eksperckie” teksty owszem, onieśmielają decydentów z urzędu, jednak nie sprawdzają się w odniesieniu do tzw. obywatela – o czym świadczy topniejąca z roku na rok frekwencja w przybytkach wizual artu. Może warto przyjrzeć się statystykom? Jednak nieistotne, ilu wiernych odwiedza te świątynie. Przecież to instytucje budżetowe, gdzie nikt nie ryzykuje własnych pieniędzy. Trzeba tylko odpowiednio ustawić dysponentów finansami. Gdy jest parafka księgowego, to czy się stoi, czy się leży (znów powiedzonko z czasów socu) – całkiem sporo się należy. Przywołanie słusznie minionej epoki wcale tu nie jest od rzeczy: w instytucjach na państwowym garnuszku powielane są PRL-owskie schematy. Widz nie ma nic do gadania, ważna jest międzyinstytucjonalna (i czasem międzynarodowa) polityka kulturalna, którą opłaca… widz właśnie, czyli podatnik.

Dlaczego nikt nie protestuje przeciwko dotowaniu pustych galerii? Czemu nikt nie wyrwie się publicznie ze szczerym wyznaniem: „Jak mnie to zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca”?

Otóż – lęk przed kompromitacją.

By go wywołać, permanentnie przypominane są dawne „wtopy” władz i krytyków. Nie skumali, głąby, że mają do czynienia z awangardową myślą, nowatorskim dokonaniem, śmiałą kreacją zrywającą pęta z tradycją. Ośmieszyli się, wybuczeli coś, przed czym ich potomkowie klękają.

Uparte przywoływanie spektakularnych skandali ma cel: uprzedzenie ciosu.

Trzeba zawczasu obśmiać każdego, kto zgłosi zastrzeżenie do programu budżetowych galerii; do ich intelektualnego poziomu lub/i strony etycznej. Bo zakwestionowanie sensu i wartości proponowanej sztuki musiałoby oznaczać zmiany w rozdawnictwie publicznych pieniędzy. A to byłoby nieprzyjemne dla dotychczasowych beneficjentów naszej kulturalnej polityki.

Więc leci litania: Salon Odrzuconych (rok 1863) i „Śniadanie na trawie” Maneta, afera z jego „Olimpią” na Salonie Paryskim 1865, pierwsza wystawa impresjonistów (1874), wystąpienie fowistów na Salonie Jesiennym 1905, „Panny z Avignonu” Picassa (1907), oburzenie wywołane spektaklem dadaistów w Cabaret Voltaire (1916), „zaaresztowanie” pierwszej wystawy Modiglianiego (1917), i tak dalej… Pierwotnie atakowane, z czasem okazały się przełomowe, genialne i niewiarygodnie drogie. Kanon historyczny uzupełniany jest skandalami bliższymi nam w czasie i geografii: „Piramida zwierząt” i „Łaźnia” Kozyry, „Naziści” Uklańskiego, „Nona ora” Cattelana…

 

Krzywda zmanipulowana

Kilka miesięcy temu obchodzono 15. rocznicę skandali niektórym znanych tylko ze zdjęć. Oto Daniel Olbrychski atakuje szabelką wystawę „Naziści” Piotra Uklańskiego – bo artysta pokazał filmową fotę aktora, na której nosi niemiecki mundur. Inny równie znany kadr: prawicowi posłowie zdejmują meteoryt z naturalistycznej figury Jana Pawła II – instalacji Maurizio Cattelana.

Praca włoskiego autora była wisienką na torcie wystawy przygotowanej na zakończenie obchodów stulecia Zachęty przez Haralda Szeemanna, nieżyjącego już kuratorskiego guru. Po tych wydarzeniach na Andę Rottenberg, ówczesną dyrektorkę najważniejszej stołecznej galerii, posypały się gromy i paskudna, antysemicka korespondencja. Odeszła z Zachęty, jako że miała inne plany oraz obietnicę ministra kultury Kazimierza Michała Ujazdowskiego, że obejmie dyrektorski fotel w Muzeum Sztuki Współczesnej (tak pierwotnie miało się nazywać warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej). Jaki program Rottenberg zamierzała realizować w MSN?

Powiedziała wówczas w udzielonym mi wywiadzie: „Chciałabym pokazywać sztukę ostatnich 50 lat, pożyczając ze świata wybrane obiekty i na tym tle zaprezentować sztukę polską. Taki rodzaj wykładu. Oprócz tego powinny tam być ekspozycje czasowe, tematyczne spięcia”.

Był marzec roku 2001.

Jak wiemy, Anda Rottenberg nie dostała nominacji na dyrektora MSN. Zgodnie z umową, złożyła podanie o dymisję, lecz… minister Ujazdowski zmienił zdanie. Jej wizja funkcjonowania tej placówki także spaliła na panewce.

Ale tym, którzy przypominają tamte afery w Zachęcie, nie chodzi o wierność faktom. Przestrzegają obecne władze: niech nie odważą się ruszać osób usadzonych na najwyższych galeryjnych stołkach, bo będzie się za nimi wlokło odium jak za ministrem Ujazdowskim, który (rzekomo) skrzywdził najwyższy w Polsce artystyczny autorytet.

Podobną „umoralniającą” rolę spełnia przypominanie wrogich reakcji na „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” Joanny Rajkowskiej (czyli palmę przy Rondzie De Gaulle’a), obecnie jednym z najbardziej charakterystycznych punktów Warszawy. Odświeża się pamięć o procesie wytoczonym Dorocie Nieznalskiej przez prawicowych posłów za obrazę uczuć religijnych, czego dopatrzyli się w pracy „Pasja” (2001). Rozpala się pamięć wielokrotnym podpalaniem „Tęczy” Julity Wójcik, ustawionej (po Brukseli) na warszawskim Placu Zbawiciela – co wywołało istną wojnę ideologiczną. Albo wytyka się niechętnym obozowi koncentracyjnemu ułożonemu z klocków lego przez Zbigniewa Liberę, że nie poznali się na dziele, wystawionym (sic!) przez nowojorskie Jewish Museum.

 

Kneblowanie niewygodnych

Historyczka sztuki Magdalena Ujma, która sporządziła listę najgłośniejszych skandali artystycznych III RP, zauważyła w komentarzu: „Ludzie sztuki wolą raczej wycofać się ze sporu, niż podejmować go na nierównych warunkach z politykami czy innymi działaczami albo dziennikarzami. Jednak także postawa artystów bywa niejednoznaczna i niekiedy naiwna. (…) nie grzeszyli rozeznaniem w sytuacji społecznej czy politycznej, która dyktowała taką, a nie inną możliwość odbioru ich dzieł. Skoro bowiem ktoś bawi się zapałkami, niech się nie dziwi, że powoduje pożar.”

Za to inni przedstawiciele art worldu potrafią mistrzowsko żonglować tym ogniem.

Przypomnę afery związane z wystąpieniami The Krasnals, kolektywu istniejącego od 2008 roku. Już na początku działalności wykrzyczeli, że „…rynkiem sztuki rządzi protekcjonalizm i układy, sama sztuka zeszla na plan dalszy”. I oto przeciwko tej anonimowej formacji, bezkompromisowo i krytycznie traktującej nasz artystyczny establishment (przypomnę skandal z obrazem „w stylu” Wilhelma Sasnala, podpisanym Whielki Krasnal, wyceniony przez dom aukcyjny Christie’s na 70 tys. funtów, co świadczyło o braku kryteriów w wartościowaniu sztuki) ruszył front nienawistników. Odmawiano im prawa do uczestnictwa w publicznych wystawach, a gdy w ubiegłym roku ich prace pojawiły się w poznańskiej galerii Arsenał, zaczęto domagać się usunięcia ze stanowiska dyrektora.

Kolektyw zarzuca kuratorom: „…staracie się, aby The Krasnals było zjawiskiem niewidocznym i niezauważalnym, co kompromituje zarazem cały kreowany przez was system sztuki, który promujecie jako ostoję demokracji i strażnika wolności sztuki”. Trudno nie przyznać grupie racji.

Z innej parafii: zacierane są ślady działalności Abbey House, firmy, która zniszczyła kariery wielu młodych artystów, publikując w poważanym onegdaj periodyku „Art & Business” dane z aukcji wirtualnych, których wyników nikt nie był w stanie sprawdzić. Konfrontacja z realiami (prawdziwym rynkiem sztuki) obnażyła manipulacje: żaden z artystów ze stajni Abbey House nie sprzedaje ani w części tak wysoko, jak podawano. O ile w ogóle istnieje w obiegu sztuki.
Jasne, podbijanie cen na dzieła przy pomocy podstawionych licytujących praktykowane jest od dawna na świecie – ale robi się to z zachowaniem proporcji oraz wiedzy o rynkowych mechanizmach. AH zabrakło jednego i drugiego. I tylko bardzo niedoświadczeni autorzy mogli dać się nabrać na sztucznie nakręcane „sukcesy”.

A skoro o naiwności mowa – nawet starsi twórcy, z dużym dorobkiem, lecz bez studiów, dali się uwieść mirażowi zdobywania magisterium i tytułów naukowych w ekspresowym, dwuletnim okresie. Tak zdarzyło się na jednej z warszawskich artystycznych uczelni. Tamże, w trybie urągającym uczciwości, przeprowadzano przewody doktoranckie z pominięciem obowiązujących reguł. Choć zaszumiało w mediach, skandal został wyciszony, a reputacja odpowiedzialnych zań osób pozostała bez skazy.

Nie ma też reperkusji mętnych konkursów na szefów ważnych instytucji sztuki. Szepcze się o tym w kulurarach, że brakuje oficjalnych informacji, nie przedstawia się kandydatów, formułuje się tak regulamin, żeby wymogi spełniała jedna konkretna osoba, zawczasu wyznaczona przez kuratorski mainstream.

Rok temu – jeszcze przed wygraną PiS – Irena Lasota pisała w tekście „Słoń a układ zamknięty” (Plus Minus 10–11.10.2015): „Przejrzystość działań rządu zaczyna się od prawdziwych konkursów na różne stanowiska – od najniższego po najwyższe. Konkursy służą między innymi temu, żeby zmniejszyć nepotyzm i prywatę”.

Rząd się zmienił, ale w przybytkach sztuki wszystko po staremu. Mimo to wszyscy „ustawieni” biją na alarm, przekonując, że demokracja sztuki jest zagrożona. Tymczasem bynajmniej nie chodzi o niezawisłość twórczą, lecz… strach o apanaże. „Współcześni liberałowie to dobrze zakamuflowani etatyści”, zauważa prof. Philip Bagus, ekonomista. Wprawdzie jego konstatacja dotyczy sfery politycznej, lecz przystaje też do branży zwanej kulturą. Bo to naczynia połączone.

 

Krzepienie serc

Każdy, kto jeździ jeździ za granicę (kierunek zachodni) i odwiedza co ważniejsze galerie, musiał to zauważyć: tam zmienił się repertuar. Spoważniał, sklasyczniał. Eksperymenty pozostawiono samofinansującym się przybytkom lub miejscom subsydiowanym przez prywatnych sponsorów. Natomiast duże centra dotowane przez państwo przeorientowano ku tradycji. Zwrot ku ogólnie akceptowanym wartościom w sposób widoczny przełożył się na frekwencję. Choć bilety drogie, tłumy walą w każdy dzień, nie tylko wtedy, gdy wejście gratis.

Publiczność poczuła się znów szanowana i dowartościowana. Dostają to, czego spodziewają się w galeriach: obiekty budzące podziw, dające poczucie obcowania z czymś wykraczającym poza przeciętne umiejętności. Nawet świeckie dzieła wydają się święte. Konsolidują. Napełniają dumą. Dają poczucie kulturowej wspólnoty, takiej prawdziwej, nie instytucjonalnej.

Taki jest czas. Taka potrzeba.

Bogate społeczeństwa Europy poczuły zagrożenie – wiadomo, jakie. Instynktownie zwracają się ku wartościom, które stanowiły, i nadal stanowią, podwaliny europejskiej cywilizacji.

W ślad za tym poszły zmiany w programach publicznych galerii. Skończyła się epoka postnihilizmu, postdadaizmu, postkonceptualizmu i innych „postów”.

To było dobre na lata pokoju i prosperity. Teraz jest wojna. Hybrydowa, ale jednak. Trzeba podbudować morale. My, Europejczycy, nie ugniemy się pod natarciem nowej barbarii. Pomoże w tym kultura.

Toteż prestiżowe salony wypełniają dzieła najwyższej próby. Pewniaki, co do jakości których nikt nie ma wątpliwości. I każdy je rozumie, nawet nie czytając wyjaśnień.

Coś podobnego miało miejsce w rozparcelowanej zaborami Polsce: tworzono ku pokrzepieniu serc. Nawet jeśli do dziś Matejko stanowi dla niektórych synonim łopatologii oraz hurra-patriotyzmu, trudno zaprzeczyć, że odegrał wielką rolę, a konsekwencją jego postawy (oraz nauczania) była erupcja talentów Młodej Polski – artystycznego zrywu, którego ranga i skala nigdy już się w Polsce nie powtórzyły.

 

Koniec czasów pogardy

Repertuarowe przetasowania, jakie zaszły w zachodnich publicznych galeriach, mają też mniej wzniosły powód: chodzi o frekwencję, czyli wpływy z biletów. W krajach bliższych demokracji szefowie budżetowych instytucji liczą się z głosem widzów. A ci powiedzieli: basta. Postawmy kres intelektualnym nizinom, warsztatowej nędzy, epatowaniu wizualnym paskudztwem. Dość nadstawiania drugiego policzka pod kuratorskie ciosy. W ogóle, koniec z szokowaniem na siłę i gonitwą za nowinkami. Chcemy stabilności i prawdziwych wartości, „mówią” (czyli jak w teatrze czy kinie: głosują nogami) odbiorcy. Płacimy i wymagamy.

I oto, po okresie eksperymentów próbujących postawić znak równości między codziennością a sztuką; polityką, socjologią, psychologią, matematyką, cybernetyką a sztuką znów wygrywa tradycja. Wielkie dzieła, wielkie nazwiska, artystyczna sublimacja dokonań dziesiątek pokoleń. Minęły modne mniej więcej dekadę temu wystawy tematyczne, penetrujące zakamarki ludzkiego ciała, duszy i seksualności (Ból, Krew, Melancholia oraz wszelkie możliwe kombinacje genderowe).

W tym roku ze szczególną intensywnością powróciło malarstwo mistrzów. Jeśli fotografia, to też liderów gatunku. Jeśli wideo, to najwyższej cyfrowej generacji, z detalicznie rozpisanymi scenariuszami – a nie improwizacje przed amatorską kamerą.

Kolejna zauważalna zmiana: zbiorówki ustąpiły pola prezentacjom indywidualnym. Z sal ekspozycyjnych wymieciono sieczkę stanowiącą ilustrację do kuratorskiej tezy. Teraz jest dostojnie, jak przystało na świątynie.

Audytorium dostrzegło tę zmianę i polubiło, czego dowodzi zachowaniem. Ludzie nie przebiegają przez wystawy w oszołomieniu i pośpiechu. Suną jak papieska procesja, w skupieniu kontemplując dzieła.

Bo jak nie podziwiać np. Botticellego, niedawnego hitu berlińskiej Gemäldegalerie; jak nie zachwycać się Georgią O’Keeffe (wprawdzie Amerykanka, lecz zainspirowana przez Europejczyków), której dorobek inauguruje funkcjonowanie nowej części Tate Modern (w budynku nazwanym Switch House); jak nie cieszyć się „całym” Balthusem w Rzymie (potem w Wiedniu), a w Wiedniu – jak nie kibicować gigantycznej ekspozycji wymownie zatytułowanej „Painting 2.0”, zajmującej cztery poziomy MUMOK-a, złożonej z ponad 200 obrazów od lat 60. XX wieku do dziś. A na wystawy upamiętniające 500. rocznicę śmierci Hieronima Boscha jego fani pielgrzymują po Europie.

Do tego przeredagowaniu uległy tytuły prezentacji. Skończył się czas metaforycznych wygibasów. Zastąpiły je skromne nazwy informacyjne, bez literackich pretensji.

Sięgam po bieżące przykłady: w londyńskiej Serpentine „Small Paintings & New Landscapes” 89-letniego, lecz wciąż wspaniałego Aleksa Katza; w National Gallery „Painters’ Paintings” (kolekcje malarskie malarzy od Anthony’ego van Dycka po Luciena Freuda); w Royal Academy of Arts „82 Portraits and 1 Still-life”, najnowsze prace 79-letniego Davida Hockneya; w wiedeńskiej Albertinie „I Never Look Away. Self-Portraits” 80-letniego Jima Dine’a oraz „Od Moneta do Picassa”…

Wszystko to dowodzi jednego: w sztuce nadchodzi kres kultu młodości. Koniec pogardy dla dojrzałości, doświadczenia, dorobku.

Szacowne dinozaury znów prowadzą wystawowy peleton. Żółtodzioby im nie podskoczą. Tak zdecydowała widownia.

 

Powrót do zapaści

Powyższych zmian zupełnie nie widać w polskich instytucjach finansowanych z publicznych źródeł.

Przeprowadziłam prywatną ankietę wśród znajomych: kiedy ostatnio odwiedzili jakieś centra sztuki współczesnej, jakieś Zachęty (bo są nie tylko w Warszawie), jakąś modną galerię z nowinkami sztuk wizualnych? Wzruszenie ramion. „Ja już w kraju na wystawy nie chodzę”, mówi znana dziennikarka i autorka książek. „Za to za granicą zwykle uchodzę nogi po pachy, dziwiąc się, że może być tak dobrze”.

W Polsce warte odwiedzenia są tylko muzea narodowe, gdzie sprowadzane są niekiedy prawdziwe rewelacje”, dorzuca inny kolega po fachu. A pewna psycholożka wyznaje: „Po tym, co widzialam kilkakrotnie w Zachęcie, mam odrzut na sztukę współczesną”.

Powiedzmy to otwartym tekstem: polskie przybytki wizual-artu świecą pustkami. Jedynie wystawy tradycyjnej, wysokiej próby twórczości (z ostatnich miesięcy: „Brescia. Renesans na północy Włoch” – Muzeum Narodowe w Warszawie, czy „Ottomania” i „Maria Mater Misericordiae” w krakowskim MN) przyciągają tłumy. Podobnie monografie mistrzów – Henryka Tomaszewskiego, Wojciecha Zamecznika, Juliusza Antoniszczaka czy Andrzeja Wróblewskiego.

Odbiorcy powiedzieli „nie” zbiorówkom skleconym wedle kuratorskich wizji, często w absurdalnie kosztownej oprawie scenograficznej. Przestali zagłębiać się w teksty wypisywane na ścianach galerii: przecież idziemy do galerii nie po to, aby czytać, ale żeby oglądać. I czerpać z tego satysfakcję.

Słabość polskiej sztuki najnowszej dostrzegają nie tylko rodzimi odbiorcy, lekceważeni przez artystycznych merytokratów jako niedouczeni, nieobyci i konserwatywni. Nie oszukujmy się – nie liczymy się poza granicami kraju. Rozliczne „polskie sezony”, mające służyć wypromowaniu polskiej kultury w świecie, na które przez kilkanaście ostatnich lat szła ogromna kasa i potężny marketing medialny, nie spełniły oczekiwań. A przecież wysyłaliśmy naszych debeściaków…

Trudno przecież traktować w kategoriach sukcesu aktualny berliński przegląd tego, co pojawiało się w konkursie „Spojrzenia”, którego współorganizatorem i fundatorem nagrody jest Deutsche Bank.

I proszę nie argumentować, że o polskiej obecności przesądzają indywidualne osiągnięcia – jakiś X miał pokaz w Londynie, jakiś Y sprzedał serię prac w Nowym Jorku, o jakimś Z pojawił się artykuł w niemieckiej prasie. To zdarzało się i przed 1989 rokiem. Po obaleniu komunizmu miało być tylko lepiej. Nie jest.

Kiedyś zapóźnienie polskiej sztuki można było zwalić na żelazną kurtynę i PRL-owską politykę kulturalną. Po transformacji ustrojowej rozbudzono w Polakach wielkie nadzieje. W latach 90. XX wieku i na początku następnego stulecia centra artystyczne przeżywały boom. Zaczęliśmy się liczyć na wystawowej mapie Europy. Jasne, nie mieliśmy wiele do zaoferowania na wymianę, ale dla twórców liczyła się też aura, atencja, adoracja… To była waluta wymienna.

Czy ktoś pamięta, jakie gwiazdy pojawiały się np. w Zamku Ujazdowskim? Wymieniam z pamięci, na wyrywki – David Nash, Tony Oursler, Gerhard Richter, Christian Boltanski, Nan Goldin, James Turrel, Sebastiao Salgado, Andreas Serrano, Shirin Neshat…

W Zachęcie dane nam było oglądać „Klasyków XX wieku” (Picasso, Bacon, Beuys, Duchamp, Kandinsky, Warhol, Malewicz, Dali, Mondrian, Brancusi) oraz nasze „Słońce i inne gwiazdy” (Abakanowicz, Kantor, Kobro, Opałka, Szapocznikow, Strzemiński, Stażewski, Witkacy, Wojtkiewicz, Wróblewski); wystawiały takie sławy jak np. Luc Tuysmans, Bill Viola, Neo Rauch, Louise Bourgeois, Yayoi Kusama. Dla młodych zdolnych zarezerwowane były Kordegarda (potem zastąpiona przez Miejsce Projektów Zachęty), Mały Salon, a po jego likwidacji – parterowe sale najstarszej stołecznej galerii.

Od kilku lat program wszystkich placówek – od MSN poczynając, poprzez CSW, Zachętę i inne miejsca dotowane, a na galeriach prywatnych kończąc – tworzy nudny monolit. Tasowane są sprawdzone nazwiska, głównie bohaterzy sztuki krytycznej. A herosi lat 90. mają zadyszkę i zamiast tworzyć, rzucają ledwie koncepty – stąd zalew ready-mades. Obok tego trwa wyścig o nowalijki. Galerzyści penetrują końcoworoczne pokazy na plastycznych uczelniach, starając się wyłuskać nowe „talenty”, którzy po opuszczeniu szkół gubią się w rzeczywistości. Szybko znikają ze sceny, zastępowani kolejnymi kuratorskimi „odkryciami”.

 

Eksperyment na umyśle

Ile jeszcze polscy odbiorcy sztuki zniosą? Jak długo nasi otępiali i potulni urzędnicy będą dotować antysztukę?

Pisał wspomniany na wstępie Roger Scruton: „Żart Duchampa uruchomił cały przemysł intelektualny poszukujący odpowiedzi na pytanie »Co to jest sztuka?« Wyroby tego przemysłu są równie nużące i jałowe jak imitacje gestu Duchampa”. I nieco dalej: „Skoro wszystko może być sztuką, to sztuka przestaje mieć sens.”

A u nas – stare bazarowe stragany, mazdy (samochody) vintage, bilety z podróży do Nowego Jorku, sosy czosnkowe, kwiatki doniczkowe, opłatki nadgryzione przez myszy i setki innych ready-mades zapełniają nasze galerie, jak nieustający hołd składany Duchampowi.

Dlaczego tak jest?

Zacznijmy od przyczyn obiektywnych. Monografie czy retrospektywy mistrzów z najwyższej półki kosztują krocie. Do tego realizacja (zabieganie o wypożyczanie prac z różnych miejsc) zabiera lata. Im większa sława, tym większy stopień trudności.

Z punktu widzenia polskiego kuratora – nieefektywny, nieopłacalny wysiłek.

Za to zbiorowe pokazy współczesnych dokonań są stosunkowo łatwe w realizacji. Kurator wymyśla temat, opatruje pojemnym hasłem i dobiera obiekty. Do współpracy najchętniej zaprasza mało znanych autorów. Tacy mają skromne wymagania, nie dyskutują, nie domagają się gratyfikacji, pozwalają manipulować pracami.

Drugi powód powodzi „wystaw kuratorskich” wynika z potrzeby autolansu. Autor koncepcji wybija się przed twórców. Występuje w mediach, urządza show pod nazwą „kuratorskie oprowadzanie”, organizuje dyskusje. Staje się lokalnym celebrytą.

Ale, ale! Najpierw trzeba nagłośnić wydarzenie. Spece od marketingu klecą z pomocą kuratora piarowskie notki i rozsyłają do mediów. Obowiązuje stylizacja na filozoficzną głębię. Oto pierwsza z brzegu zapowiedź nadchodzącej prezentacji:

Pokazywane na wystawie prace odnoszą się do pojęć mierzących się z własnymi obsesjami, fascynacjami i urazami. Łączy je refleksja o ludzkiej naturze, przemijaniu i pamięci. Jednocześnie podważają granice między dziełem a jego kontekstem, szukając radykalnych rozwiązań na drodze zmierzającej do połączenia sztuki i życia. Tym samym wystawa staje się wypowiedzią, dla której X (celowo nie wymieniam nazwiska – MM) jest jedynie pretekstem dla szerszej refleksji będącej wyrazem wahań i niepewności dotyczących możliwości i pułapek związanych ze sztuką.”

Na tym nie koniec. Egzystencjalny ton pogłębia kontekst – pardon, dyskurs – historyczny.

I oto: „Tytuł wystawy zaczerpnięty został od nazwy jednego z drzeworytów niemieckiego malarza i grafika doby renesansu Hansa Holbeina młodszego, ilustrującego cykl »Obrazów śmierci«. Scena ukazująca »Kości wszystkich ludzi« przedstawia orkiestrę szkieletów rozpoczynających swój taniec. Motyw tańca śmierci to jedno z najpopularniejszych przedstawień w sztuce i literaturze późnego średniowiecza. Przedstawienia tego typu powstawały jako upomnienie przed nieuchronnym losem, ale także jako wyraz rozczarowania światem. W kontekście wystawy motyw ten zasiewa niepokojącą myśl, że »pośród życia jesteśmy zanurzeni w śmierci«. Niemniej może dzięki temu jesteśmy w stanie chwycić jego istotę.”

Oczywiście, pokaz będzie zbiorowy. Oczywiście, zaproszono do udziału modne młode gwiazdki. Oczywiście, zacytowany powyżej bełkot powielą media – bo system „kopiuj/wklej” zastąpił analizę krytyczną.

I znów nikt nie zada niewygodnych pytań, nikt nie będzie miał wątpliwości, czy to komukolwiek służy…

Powtórzę: pod naporem inwazji barbarii zachód Europy zaczyna budzić się z letargu – co wyraża się prawdopodobnie nieuświadomymi przez większość, lecz instynktownie odczuwanymi potrzebami powrotu do tradycji. Tej, która stworzyła naszą cywilizację.

Nas to jeszcze nie dotyczy. Nie dostrzegamy związków pomiędzy sytuacją polityczną a tym, co oglądamy w galeriach. Zamiast tego – „antydemokretycznym” straszakiem stają dawne skandale. Czas dostrzec ich rewers.

 

03
Oct

Mit wciśnięty w blokowisko (o filmie „Ostatnia rodzina” – czyli portret Beksińskich)

Udostępnij:

 

…Zgrzytający dźwig wznosi się powoli, z oporami, jakby w każdym momencie mógł się popsuć, nawet spaść. Wraz z wtłoczonymi weń osobami odliczamy piętra. Im wyżej, tym straszniej. Narasta groza, nie wiedzieć czemu – przecież tylko migają numery kolejnych pięter. Suspens godny Hitchcocka.

ostatniarodzina foto-muzeum-historyczne-w-sanoku-443922ea994a7469cad3bb85564d2-1000wmfktkqturbxy8woguxnty4nme4nzrmywq5zjkwnme1ognhmwi2zmvhnc5qcgvnkpudam0bls0fbm0ddjmfzqmgzqhc

A przecież wiadomo, kiedy zdarzył się dramat: Zdzisław Beksiński autoportret_xiii-1909c został zamordowany w 2005 roku; pięć lat wcześniej jego syn Tomasz popełnił samobójstwo. Ale ta winda – to wehikuł czasu. Cofamy się do roku 1977, gdy do m-5 na nowoczesnym osiedlu na Służewiu wprowadza się familia Beksińskich: dwie starsze panie, matki Zdzisława i jego żony Zofii; jednocześnie w sąsiednim budynku samodzielne mieszkanko dostaje jedyna latorośl państwa, syn Tomasz.

I zaczyna się jazda.

W tym samym 1977 roku urodził się scenarzysta „Ostatniej rodziny” Robert Bolesto. Ani on, ani siedem lat młodszy reżyser Jan P. Matuszyński nie mają PRL–owskich powidoków.kd8ktkqturbxy82mdjmm2zmmdc2ntdmmzm0nzvinzblzjc4oda1y2u3ni5qcgvnkpudagvnbadnakctbc0dim0bwg

Mimo to, zrealizowali najdoskonalszy ze znanych mi obrazów o… obrazach. A raczej, o twórcy tychże. O prozie życia, będącej udziałem tych, których uważamy za „wybrańców”. To nie męki twórcze są ich demonami, lecz zatkana kanalizacja, niefachowi fachowcy, niedostatki zaopatrzenia. Czyli to, co nęka całą resztę społeczeństwa.

.zdzislaw_beksinski_05 3564caa71b0bcc4a5f9d5d0c88973a0b aa78_by_zdzislaw_beksinski_1978

Andrzej Seweryn zna, pamięta tamte czasy. Czy spotkał kiedykolwiek swego bohatera? Nie ważne. Stał się Beksińskim i to jest jego filmowa rola życia. Każde podciągnięcie spodni (na szelkach), kompulsywność pochałaniania jedzenia, niezdarność ruchów – to już postać. Do tego sarkazm, dowcip, pozorna oziębłość, plus dziecięca naiwność. I te niby-makabryczne obrazy! Wszystkie te elementy składają się na osobowość złożoną, nieogarniętą. Aleksandra Konieczna jako Zofia Beksińska przeraża – bo jak mogła przyjąć pozycję cienia, który dźwiga na barkach całą rodzinę? Koniecznej wierzymy i za nią się buntujemy. Ofiara przez wszystkich kochana. A ona łyka środki uspakajające i milczy.z15476625qrodzina-beksinskich-okolo-1964-r-zdzislaw-nigdy-n

Ale najstraszniejszy jest Tomasz Beksiński w wydaniu Dawida Ogrodnika.

652403_1-1 ostatnia-rodzina-foto-hubert-komerski-2Legenda trzeciego programu radia, fan nocnych i mocnych klimatów. Dziś ta muzyka brzmi deprymująco, a komentarze – irytująco pretensjonalnie. Jeszcze gorzej poza radiowym studiem. Histeryk, egotyk, prawie paranoik… Buntownik bez powodu. Nie wiadomo, przeciwko czemu protestuje. Nie lubi tatusia, bo ten nie dał mu nigdy w dupę? Nienawidzi mamusi, bo ta mu posprzątała bałagan? Dręczy zainteresowane nim dziewczyny – bo nie wykazują zrozumienia dla jego wiecznie mrocznych klimatów? Bo nie chcą być narzeczonymi wampira?

Rodzice kupili mu mieszkanie – też źle? Bo za blisko? Ale skoro synek strzaszy samobójstwami, to chyba oczywiste, że chcą mieć go na oku?

„Ostatnia rodzina” nie tyle jest ostatnia, co ostatnia tradycyjna, trzymająca się razem, na przekór danym wyjściowym.

Fenomenalną sceną w windzie, nawiązującą do arcydzieła Louisa Malle’a „Windą na szafot”, zaczyna się opowieść o rodzinie tyleż nietypowej, co szablonowej. Nietypowej z racji profesji pana domu oraz jego charakteru, stereotypowej jeśli chodzi o warunki bytowe obywateli „lepszej” kategorii z czasów późnego Gierka.

Ktoś powie – tragedia. Tak podstawowe dobra jak pralka, aparat fotograficzny, głośniki czy przede wszystkim mieszkanie zdobywane wysiłkiem wielu lat życia. A jakie straszne warunki miał mistrz do malowania! Ale to fałsz, zmyłka. Zdzisław w swojej kanciapie czuł się najlepiej. Nie potrzebował do tworzenia hangaru. Wystarczały mu dwie mocne żarówy i pulpit. Kochał muzykę i nią się dopingował – a miał ją w zasięgu ręki, w setkach płyt. Analogowych. Rezonujących w potężnych, brzydkich głośnikach starej daty, dających znakomite foniczne efekty. Nie miał potrzeb towarzyskich, nie należał też do smakoszy i kontentowało go jadło proste i nie wymagające niczego poza… wyrzuceniem pojemnika do kubła.

Z kobiet znał jedną – żonę. 1fc314887e06544cf3729fd4a3cdf2f0640000

Miłosne przygody? A po co? Wyobraźnia dawała mu równie mocne bodźce. „Nieraz wyobrażam sobie, że gwałcę kobietę.

beksinski-zdzislaw-foto-album-12_59948908b5fe18a-8f43-4873-a240-483dea344994 zdzislaw-beksinski-82

Ale przecież nie wypada tego zrobić”, wyznał w jednym z wywiadów. Jakby tytułem rekompensaty, pasjami filmował sceny z życia. Najbanalniejsze. I niespodziewanie straszne – jak napad histerii u syna Tomka, rozsierdzonego zachowaniem nadopiekuńczej matki.

Gdyby oceniać go na podstawie tych „domowych kronik” – to był pop-artysta. Polski Andy Warhol. Jednak Beksiński nie wykorzystał nakręconych materiałów jako trampoliny do kariery.Nie upubliczniał filmów. Dokumentował życie swoje i najbliższych nie wiadomo, po co. Trudno też pojąć, co go motywowało, gdy robił znakomite, nowatorskie zdjęcia. Kim był naprawdę? Odpowiedź może zaskoczyć: nie był „artystą”, lecz malarzem. Tradycyjnym. Miał swój wewnętrzny świat i nie zabiegał, by kupił to świat zewnętrzny.untitled_painting_by_zdzislaw_beksinski_1984 s-2265 s-2252

Pasjonowały go techniczne nowalijki.

Często przechodzę pod blokiem Beksińskiego. I za każdym razem serce zamiera. Bo o losie tego artysty przypomina mi mural-komiks, namalowany w przejściu między domami. Całe życie w trzech scenach. Najkrótsza recenzja.

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”.

 

 

 

02
Oct

Obraz pod dyktando hazardu (o wystawie Ryszarda Winiarskiego w Spectra Art Space)

Udostępnij:

 

Czy można malować zdając się na wyroki losu? Czy rzut kostką do gry może zastąpić twórcze myślenie?

Takie pytanie zadał sobie Ryszard Winiarski winiarskina długo przed erą programowania dzieł sztuki w komputerze. Nietypowy artysta. Był w Polsce jedynym, który połączył „klasyczny” konstruktywizm z kombinatoryką i matematyka. Zaadaptował do sztuki teorię gier i teorię przypadku. Wyszły z tego… wysmakowane estetycznie obrazy. Dziś już też klasyczne.000152_1 h_5d16dd228d897ab0a4c2d27c62267497 winiarski-1__surface-a-1967

Początki kariery artystycznej Winiarskiego przypadły na szczególny okres w sztuce. Lata 60. i 70. to nie tylko czas rozchełstanego i figuratywnego pop-artu. Równoważył ten trend (a może bardziej ruch), kierunek intelektualny, chłody, szukający związków z nauką: konceptualizm, sztuka systemowa oraz rozmaite inne formy ucieczki przed komercją i błahą dekoracyjnością. Awangarda.

Winiarski idealnie do niej pasował.

Znak rozpoznawczy artysty? Biel i czerń, regularne, logiczne podziały płaszczyzny bądź przestrzeni. Najważniejsze: logiczna reguła zamiast kreacyjnej swobody.         b5 12-winiarski big_1372102086winiarski_ryszard-statyczny_obrazTa najprostsza: rzut kostką. Jeśli liczba parzysta – to pole czarne; jeśli nieparzysta – to białe. W ten sposób Winiarski zamalowywał powierzchnie obrazów, uprzednio pokryte siatką linii pionowych i poziomych, w centymetrowych odstępach.

Rezultaty można oglądać na wystawie zorganizowanej w Spectra Art Space. To nie tyle galeria, co przestrzeń oddawana największym polskim mistrzom. Byli już Wróblewski, Fangor, Stażewski… Najwyższa półka. Za każdym razem zachwyca dobór eksponatów i konsekwencja, z jaką aranżowane są pokazy.

Ale takiej prezentacji jeszcze nie było: tu rządzi przypadek. Nie w inscenizacji – w intencji.

Kto chce, może wziąć udział w grze. Siedem gier planszowych zaprasza widzów do „współpracy”. Wygrana jak w banku – bo każde rozwiazanie satysfakcjonujące. Po raz pierwszy owe „Gry” pokazne zostały (i wypraktykowane) w roku 1976 w Kunstcentrum Badhuis w Gorinchem (Holandia); w Polsce mają premierę teraz, w 40. rocznicę wydarzenia.konstr_ic

Zastanawiające – w życiu Winiarskiego decydujące były szóstki. Najwyższa punktacja na kostce do gry. Urodzony w 1936 roku we Lwowie, 30 lat później (1966) otrzymał dyplom na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, wcześniej ukończywszy mechanikę precyzyjną na stołecznej politechnice. Zmarł dekadę temu (2006), o czym przypomina obecna wystawa. To nie wszystko – w Spectra Art Space przedstawiono 66 obiektów.

Myli się ten, kto sądzi, że kategoryczne reguły zubożyły sztukę Winiarskiego, zaś jego samego pozbawiły emocji twórczych.

]

 

winiarski2_kopia 082-ryszard-winiarski-i-miroslaw-duchowski-fot-aleksander-rawski 089-dyplom-leona-tarasewicza-1984-rok-od-lewej-ryszard-winiarski-jan-tarasin-z-prawej-strony-wojciech-wlodarczyk

 

Profesor i asystent (z pewnością na jakimś plenerze): Ryszard Winiarski (koszula w kratkę) i Mirosław Duchowski (gładka kurtka). Trzecie fota – dyplom Leona Tarasewicza (pracownia na warszawskiej ASP). Obok Winiarskiego stoi ówczesny rektor uczelni, znakomity malarz – Jan Tarasin

 

 

Dyscyplina okazała się kreatywna. Ba, niesłychanie ekscytująca. Jak hazard. Bo twórca, który uzależnił wizualny efekt obrazu od rzutu kostką do gry, igrał z losem. Oraz sam ze sobą. Nie poprzestawał na jednej zasadzie. Komplikował ją, dodawał kolejne utrudnienia, wprowadzał trzeci wymiar, a nawet – kolor. Zdarzył się nawet w jego poszukiwaniach epizod płomienny – pod koniec lat 80. formował (w przestrzeni publicznej) figury geometryczne z zapalonych zniczy. Miał jednak świadomość, że jego gwiazda się wypala…

W 1984 roku zauważył: „W historii są takie chwile, w których rola porządkująca i badawcza sztuki wydaje się ważna, a ekspresja schodzi na plan dalszy. Są też okresy, w których emocje królują niepodzielnie. Właśnie teraz napływają skłębione, groźne chmury zapowiadające burzę z błyskawicami i hukiem piorunów. Przez świat sztuki przetacza się narastająca fala emocji. Dzikie malarstwo.”

Obecnie nadszedł czas zainteresowanie indywidualnościami. Artystami tworzącymi poza głównymi nurtami. A Ryszard Winiarski rzucał kostką pod prąd mód.

cl3ktkqturbxy9hztaxymvhoddmntnhmdiwzwiwodazztnhodayzgy0my5qcgvnkpudagdncpfnbqqtbc0dim0bwg 48750207

 

Ryszard Winiarski – Spectra Art Space (Fundacja Rodziny Staraków), Warszawa, Bobrowiecka 6, wystawa czynna do 29 stycznia 2017

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”