THE BLOG

25
Nov

Ciało prawdę ci powie (o wystawie-monografii Piny Bausch w Berlinie)

Udostępnij:

 

W berlińskiej galerii Martin-Gropius-Bau

martin-gropius-bau_berlin  mgblichthofhoch-jpg_max GERMANY-CHINA-ART-EXHIBITION-AI WEIWEI

08307727819278a64ecd13d84cb22a0f (to pan Martin Gropius) 

, jednej z najważniejszych berlińskich galerii – nietypowy pokaz: dokumentacja dokonań Piny Bausch. A także etapy kształtowania się jej osobowości, stylu; proces formowania zespołu.4b6a509bee01cd0396fb241296e826a7

Wielka gwiazda współczesnego tańca zmarła ponad siedem lat temu, lecz monografia daleka od koturnowego podejścia do tematu. Nie ma sążnistych tekstów, cytatów czy eksplikacji. Obeszło się też bez bombardowania widza wizualnymi efektami najnowszych technologii.

To próba dyskretnego zbliżenia się do Piny9617287_268869_50c84b0b4c046768a049e2202dbe7d6d_wm. Powiedziałabym – wystawa celowo skromna, oparta na instynktownym porozumieniu odbiorcy z bohaterką, na wspólnocie wrażliwości.

Najpierw widz musi się wyciszyć, pozostawić na zewnątrz zgiełk wielkiego miasta. Dlatego przestrzeń ekspozycyjna tonie w mroku.

 

Droga dookoła serca

Centrum wystawy, czy, jak mówią organizatorzy – jej serce – tworzy rekonstrukcja Lichtburga, starego kina w Wuppertalu, 439_2_tanztheater Pina Bausch ff20120210a3a

 

gdzie Bausch urządziła salę prób. I nie tylko: tamże odbywały się publiczne pokazy, projekcje filmów o zespole, rozmowy, warsztaty. Odtworzony Lichtburg oddaje tamten magiczny klimat – gigantyczna hala, cztery wielkie lustra, tu i ówdzie wiszą jakieś ciuchy, na ekranie – twarze członków zespołu Tanzteater3816111_3_gebirge_in_wuppertal_ensembleszene_foto_oliver_look 20bausch-superjumbo

Owo „serce” otacza dukt dokumentacyjny. Chronologia zachowana, lecz skąpo z informacjami, żeby nie przegadać zjawiska.

Na ścianach i w gablotach plakaty, programy i zdjęcia z początków kariery Bausch; z jej studenckich lat w nowojorskiej Juilliard School. Jest kilka rejestracji filmowych, czarno-białych, niedoskonałych technicznie, amatorskich.

Trasę zamyka jedyne w tej przestrzeni mocne uderzenie skalą i kolorem: na dużym ekranie oglądamy fragment spektaklu „Danzón”. Premiera odbyła się w 1995 roku, z zapierającą dech w piersiach końcówką: tańcem młodego mężczyzny na tle sfilmowanego akwarium pełnego egzotycznych ryb. Teraz jest inaczej – wielokrotnie powiększone ryby przytłaczają drobną, ubraną w czerń kobiecą sylwetkę. To Pina. Wykonuje ruchy płynne, zarazem nierealne, jak we śnie, w transie. Na ekranie widać jej cień… Zapis tego tańca powstał dekadę przed śmiercią twórczyni Wuppertal Tanzteater. Ale performance wmontowano w scenerię akwaryjną dwa lata po jej odejściu… Trwają dyskusje, czy to uprawniony moralnie zabieg. Kwestia równie trudna do rozstrzygnięcia, jak pytanie, czy ansambl powinien nadal istnieć i wystawiać dzieła zmarłej choreografki.  c_mv_abeele_pina_bausch_viktor Pina Bausch 67f5155145c8806b62c33fa9cc5b2bfd

Kim jesteś

Monografię podzielono na cztery części. Tę opisaną powyżej zatytułowano „tancerka” (z małej litery). Kolejne sale poświęcono „metodologii”, „scenie”, „koprodukcjom”. Warto zobaczyć, w jaki sposób Bausch osiągała tak zdumiewające efekty „odkłamania” teatru i tańca. Najpierw jej niemal psychoterapeutyczne podejście do członków zespołu. Z każdym rozmawiała o jego dzieciństwie, rodzinie, najgłębszych przeżyciach, zranieniach i niepowodzeniach. Wyciągała traumy, radości, momenty uniesienia. Obserwowała, jak człowiek porusza się poza sceną i tę gestykulację wykorzystywała w przedstawieniach. Kiedyś, podczas tournée na Sycylię, „zadała” trupie pracę dodatkową: rysowanie drzewa. W Berlinie wystawiono te szkice. Są tak różne, jak tancerze Piny, z wyraźnym znamieniem charakteru tych ludzi. Sama na wyjazdach dużo fotografowała, bez pretensji do profesjonalizmu. Plon jej „pstrykania” pokazano możliwie najbanalniej: zdjęcia rozrzucone po blatach stołów, przyciśnięte szklaną taflą. Powie ktoś – tak robi się w domu, a nie w poważnej galerii! O to właśnie, o atmosferę luzu i naturalności, chodziło trzem kuratorom, wśród których znalazł się Salomon Bausch, syn Piny ze związku z Ronaldem Kay. Jej pierwszy mąż, scenograf i kostiumolog Rolf Borzik, zmarł na leukemię w 1980 roku. Potem do końca współpracowała ze scenografem Peterm Pabstem, kostiumy powierzając byłej tancerce, następnie swej asystentce Marion Cito. Żeby nie było zbyt profesjonalnie, za to prawdziwie.

Po prostu być

Całość zamyka dział piąty, niejako dodatkowy, nazwany po prostu „zespół”.

W ciągu 36 lat kierowania Tanzteater Pina współpracowała ze 125 tancerzami. Znalazłam polskie nazwisko: Janusz Skubicz, znany choreograf, aktor i tancerz, który spędził 15 lat w zespole z Wuppertalu. Odszedł w latach 90., kiedy świat zaakceptował styl Bausch, jej metody i wizję. Wcześniej: „to były czasy pionierskie”, opowiadał Skubicz, „kiedy publiczność po zakończeniu spektaklu krzyczała, protestowała, obrażała nas. Wtedy akcja teatralna miała niewiele wspólnego z tym, co się działo dookoła na świecie”.

.couv_nelken_pina_bausch_theatre_ville_jochen_viehoff_loeildoliv

Bausch, formując ekipę, zmieniła baletowe obyczaje: nie eliminowała tancerzy w bardziej zaawansowanym wieku, znajdowała dla nich role, pozwalała im zostać na scenie tak długo, jak sami chcieli. Co więcej, nie narzucała nikomu zachowań – przeciwnie, chciała, żeby każdy pozostawał sobą. Ba, wydobywała z nich charakterystyczne gesty czy tiki i robiła z nich małe indywidualne rytuały. Stworzyła spektakle eksponujące ułomności, potknięcia, żenadę, kompleksy. Oddała mizerię człowieczej cielesności; uświadomiła daremność prób przeciwstawiania się losowi, naturze, upływowi czasu. To musiało szokować.

Co ciekawe, początki choreograficznej twórczości Piny zbiegły się z wybuchem eksperymentów z ciałem w sztukach wizualnych. Jej performances z lat 70. i 80. plasowały się blisko działań międzynarodowej grupy Fluxus; nieopodal poszukiwań Mariny Abramović, Valie Export, Vito Acconci. Jak się okazało, odbiorcom łatwiej było zaakceptować ten rodzaj aktywności u artystów wizualnych, niż na scenie teatralnej. Wielkie sukcesy Tanzteater nadeszły dopiero w kolejnej dekadzie.

W ostatnim pokoju berlińskiej galerii sześć ekranów tworzy fryz ciągnący się przez całą ścianę. Na nim – symultanicznie wyświetlane urywki przedstawień, a raczej, ich zakończenia. Oto korowód ekipy grającej w „Goździkach”, powtarzającej te same, dalekie od gracji gesty; oto zespół podczas ukłonów; tancerze/aktorzy wbiegają na scenę w typowy dla siebie sposób, nie siląc się na wdzięczne ruchy, wręcz podkreślając własną groteskowość.

9010ba551055190b068935fa2be22893 405cd2fc34034e669ca72c27eabc977b img_9561-ph-olivier-lookpina-bausch-nelkenm220257

 

Nagle pojawia się Ona, krucha drobinka w czerni. Poważna. Skromna. Świadcząca całą sobą i swym dziełem, że tylko prawda jest ważna i godna sztuki.

Przyznaję, oglądałam wystawę ze ściśniętym gardłem, podobnie jak spektakle Piny. Bo ona tam, w Gropius-Bau, znów pojawiła się, jak zwykle intensywnie obecna poprzez swą empatię dla ludzi.

 

 

Pina Bausch and the Tanzteater – Martin-Gropius-Bau, Berlin, wystawa czynna do 9 stycznia 2017

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”.

11
Nov

Gorączka listownej mocy ( recenzja korespondencji Szymborskiej i Filipowicza)

Udostępnij:

Odradzam tę lekturę wszystkim ciekawym łóżkowych sensacji z noblistką w roli głównej. Odradzam ją także łakomym plotek o ludziach z kręgu krakowskiej bohemy doby PRL-u.

W dwudziestoletniej wymianie listów pomiędzy Wisławą Szymborską

6a00d83455bea369e2017d4325c273970c-600wiwislawa-szymborska szymborska1 wislawa-szymborska

a Kornelem FilipowiczemFilipowicz Kornel, wieloletnim partnerem poetki, również pisarzem i mistrzem form krótkich (acz dłuższych niż te, którymi zasłynęła Szymborska) najwięcej miejsca zajmują… ryby. Łowione przez pana Kornela podczas wielotygodniowych bądź jednodniowych wędkarskich wypadów

.018d064d-7c0f-46fb-8cbb-fae541520fa3_900x z11765086qwislawa-szymborska-lubila-fotografowac-sie-pod-ta

Sporo miejsca zajmują też niedomagania zdrowotne obydwojga, opisane powściągliwie, bez użalania się nad sobą.

Późna miłość

Spotkali się w wieku, w którym – teoretycznie – nie czas na płomienne romanse: on był po pięćdziesiątce, ona dziesięć lat młodsza. On wdowiec (pierwsza żona, malarka Maria Jarema, zmarła w 1958 roku)jaremianka-i-kornel-kamieniolomy-r-40, potem ponownie ożeniony i rozwiedziony; ona także po rozwodzie.

Choć nie młodzieńcze, połączyło ich mocne uczucie – jak się okazało, dozgonne.

54a5b6f9b412c_o z11734897qwislawa-szymborska-i-kornel-filipowiczNie był to bynajmniej związek platoniczny, a jego temperaturę oddaje częstotliwość listownych kontaktów, gdy los zmuszał parę do rozstań.

Korespondencja opublikowana pod tytułem-cytatem z listownych westchnień Szymborskiej „Najlepiej w życiu ma twój kot” dostarcza przyjemności wielorakiego rodzaju. Że to frajda intelektualna, nie muszę przekonywać nikogo, komu znane dokonania wyżej wzmiankowanego duetu. Dla mnie istotne są inne zalety tej korespondencji: subtelność, dyskrecja, wzajemny szacunek i te cudowne niedopowiedzenia, pozostawienie przestrzeni dla wyobraźni. Strach, żeby nie przegadać tego, co niewypowiadalne. Seks, owszem, ale w domyśle. Żadnej wzmianki o „nózi, buzi” czy innych detalach cielesnych. A wszak to ludzie pióra, na co dzień „robiący w słowie” – i zapewne dlatego powściągliwi. Wiedzieli, że uczucia nie da literacko okiełznać.

Paradoksalnie, przemilczając to, co najważniejsze, Szymborska i Filipowicz powiedzieli o sobie o wiele więcej niż tekstem. Nade wszystko, ocalili siebie. Nie stali się własnością ogółu. Nadal fascynują twórczością, a nie tym, jakie figury przybierali pod kołdrą. Jasne, niejeden/dna chciałby tego właśnie się dowiedzieć – jakie pieszczoty preferowała noblistka, jak wyglądała po nieprzespanej nocy, jaką zakładała bieliznę…

Na szczęście, te sekrety na zawsze pozostaną tylko ich własnością. My co najwyżej możemy dowiedzieć się, w jakim stanie ducha był kot Filipowicza po jego śmierci – co miało miejsce w 1990 roku.

Kocimi sprawami Szymborska przejmowała się podobnie jak jej ukochany. Gdy w stanie wojennym i przez resztę lat 80. pojawiły się kłopoty z zaopatrzeniem, w listach omawiane są niedostatki ryb w diecie Kizi, kotki Filipowicza. A że sami niedojadali? Mniejsza z tym, kot ważniejszy. Musi mieć „najlepiej w życiu”.

Gradacja bliskości

 

filipowicz1szymborska1-1

 

Tom (pod redakcją Tomasza Fijałkowskiego i Sebastiana Kudasa) otwierają dwie krótkie przesyłki adresowane do „Drogiej Pani Wisławy” z grudnia 1966 roku, lecz już na następnej stronie – kwiecień 1967 rok – ta oficjalna formuła skraca się do „Drogiej Wisławy”, by z biegiem kolejnych miesięcy zamienić się w bardziej czułą tytulaturę. To samo z drugiej strony. Szymborska zachwyca się każdym aspektem fizycznego i duchowego jestestwa umiłowanego. Miłosne gruchanie przeplata się z atakami zazdrości, żartami, docinkami, autoironią i tym wszystkim, co onegdaj nazywano z francuska „esprit”. Do tego dochodzą listowne kadryle z udziałem postaci fikcyjnych, jako to hrabiny Lanckorońskiej (epistoły antydatowane 60 lat wstecz) czy zakochanej w Filipowiczu niejakiej Gieni (osoby mocno na bakier z ortografią). Pisarska para bawi się znakomicie, niemal nie zawracając uwagi na PRL-owskie tło. Niemal – bo tu i ówdzie przewijają się uwagi dotyczące realiów. Trudno jednak ustrzec się wrażeniu, że mamy do czynienia z dwojgiem ludzi uprzywilejowanych jak na socjalistyczne warunki, ba! uprzywilejowanych także jak na sytuację obecną. Elitarność tego duetu nie bierze się z pochodzenia, wychowania i wykształcenia, nawet nie z racji ich intelektualnego formatu, choć to też istotne. Ich wyróżnia… wolność.

Koty chodzące własnymi drogami

Uprawiają wolne zawody, mają prawo do samodzielnego dysponowania czasem, stać ich na wielotygodniowe wakacje i pobyty z dala od warsztatu pracy. Oboje prowadzą bujne życie towarzyskie, oczywiście ograniczone do starannie wyselekcjonowanej grupy osób. No i mają czas na korespondencję.z11734945ihkornel-filipowicz-i-wislawa-szybmorska-u-kornela

Zresztą, to prawie jedyna forma wymiany myśli i uczuć, jako że telefony wymagały dłuższych zabiegów (zamawiane linii, dokładne umawianie dnia i godziny, są do tego częsta słaba słyszalność) niż skreślenie (odręczne) kilku zdań oraz ewentualne dorysowanie/doklejenie obrazkowego komentarza. To wówczas Wisława Szymborska zaczęła uprawiać sztukę kolażu, w późniejszych latach rozwiniętą do rozmiarów prywatnego rytuału pocztówkowego.

Ale pod koniec lat 60. poetka jeszcze nie rozpieszcza przyjaciół kolażowymi rebusami. Na razie zabawia wycinankami wzbogaconymi o teksty w „dymkach” (jak w komiksie) ukochanego, za którym wściekle tęskni, zamknięta w antygruźliczym sanatorium pod Zakopanem. W tym samym czasie Filipowicz biwakuje na odludziach w celach rybołówczych, również zżerany pragnieniem obcowania z najdroższą mu kobietą. To najgorętszy okres w ich korespondencji. Są jak Abelard i Heloiza – nieszczęśliwi, siłą rozdzieleni średniowieczni kochankowie, którym cielesne obcowanie zastąpiły namiętne listy. Zapewne dlatego Szymborska sygnuje niektóre listy imieniem Heloizy hr. Lanckorońskiej.

Inne smaczki polecam zakosztować osobiście. Warto też zwrócić uwagę na przypisy pod każdym listem. Bez tego trudno byłoby odgadnąć, o jakiego kota chodzi.

 

„Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy” – korespondencja Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, redakcja: Tomasz Fijałkowski, Sebastian Kudas; wyd. Znak, Kraków 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

04
Nov

Klęska nieudanego podbródka (recenzja komiksu „Dawni mistrzowie” wg.książ`ki Thomasa Bernharda)

Udostępnij:

Co oni mi zrobili, ten złośliwy Thomas Bernhard thomas-bernhardi równie uszczypliwy Nicolas MahlerNicolas Mahler - VIS - Vienna Independent Shorts 2014!

Przez nich już zawsze będę chichotać, wchodząc do Kunsthistorisches Museum, Wiedeń.255

O tym pierwszym powiadają, że geniusz. Wydana w 1985 roku jego powieść „Dawni mistrzowie” (na polski przetłumaczona 20 lat później) wywołała – jak inne książki czy dramaty Bernharda – sporo szumu. Ten drugi, ten Mahler, to też Austriak, rocznik 1969. Dał się zauważyć dzięki inteligentnym, minimalistycznym rysunkom prasowym tudzież wydawanym własnym sumptem komiksom (kiedyś recenzowałam jego „Pragnienie”).

Z grubego tomiszcza oryginału rysownik wybrał tylko nieliczne kwestie. okladka-450O dziwo, udało mu się wypunktować najważniejsze spostrzeżenia pisarza-malkontenta. Jak wiadomo, Berhnard nie był fanem austriackiego społeczeństwa („Geniusz i Austria wzajemnie się wykluczają. W Austrii, żeby ktoś doszedł do głosu i żeby traktowano go poważnie, musi być przeciętniakiem, musi to być prowincjonalny i zakłamany partach, człowiek z absolutnie ciasnopaństwową głową”, napisał). Jednak bynajmniej nie należał do ponurych utyskiwaczy – jego sarkazm okrasza błyskotliwy humor.

Wersja komiksowa „Dawnych mistrzów” wypadła znakomicie. Kiedy ją czytałam, pamięć podpowiadała różne skojarzenia – a z „Maksymami” księcia La Rochefoucaul, to z „Rozmowami z diabłem” Leszka Kołakowskiego, czy też z dywagacjami Kłapouchego, kumpla Kubusia Puchatka. Bo Mahler, skracając dzieło wielkiego rodaka, niejako „podkręcił” kontrasty. Pesymistyczne uwagi dotyczące sensu życia i natury ludzkiej skrzą się tu i ówdzie finezyjnym dowcipem. Nie bez powodu rzecz została określona mianem komedii.

Tyle, że to komedia filozoficzna. Skreślona wedle klasycznej zasady trzech jedności: czasu, miejsca, akcji.

Wszystko dzieje się w ciągu jednego dnia, w sali Kunsthistorisches Museum zwanej salą Bordona (chodzi o późnorenesansowego weneckiego mistrza Parisa Bordone’a).gg_120_cd

Tamże udaje się narrator – w powieści jest nim niejaki Atzbacher – by najpierw obserwować, następnie spotkać się i porozmawiać z niejakim Regerem, 82-letnim krytykiem sztuki pisującym do „Timesa”. On to właśnie jest alter ego pisarza, a nawet, jak Bernhard, cierpi na nieuleczalną chorobę płuc. Trzecią postacią dramatu jest portier nazwiskiem Irrsigler, („Burgerlandzki Głupek”) wychowywany „na człowieka” przez intelektualistę Regera.

Reger chadza do muzeum co drugi dzień od trzydziestu lat. Onegdaj poznał tu kobietę, która została jego żoną. Niestety, madame Reger zeszła z tego świata przed nim, zostawiając wdowca w prawdziwej, szczerej rozpaczy. Chciał ze sobą skończyć, ale „…tyle miałem bieganiny z pogrzebem, że nie starczyło mi czasu, żeby się zabić.”.

Od tamtej pory Reger spojrzał na dokonania wielkich artystów z pretensją: zawiedli. W decydującym momencie nie pomogli. Cała ich wspaniałość okazała się niczym wobec utraty jednej i jedynej ukochanej istoty. „Choćbyśmy sobie nie wiem ilu wielkich duchem i dawnych mistrzów wzięli za towarzyszy, oni nie zastąpią żadnej istoty ludzkiej.”  gg_1530_cd gg_90_cd     gg_100_cdgg_83_2_cd_0 597321964d6038d5c030f3b20ef3e616

Poruszające i jakże prawdziwe wyznanie!

Mimo to rytuał wizyt w Kunstchistorisches uratował Regera przed depresją: „Muszę chodzić do mistrzów, żeby móc dalej istnieć”. Lecz im bardziej przypatrywał się słynnym malowidłom, tym więcej odkrywał mankamentów. Wreszcie doszedł do konstatacji, że wszyscy geniusze nie są wiele warci – żaden z nich nie stworzył stuprocentowego arcydzieła. Zawsze gdzieś dostrzega się jakiś źle namalowany detal: fatalny podbródek, okropne kolano, powieka jakby tknięta nerwowym tikiem. Najwięcej wpadek mistrzowie zaliczali odtwarzając ręce, „tragikomicznie nieudane”.

Tylko jedna praca w wiedeńskim muzeum nie poddała się bezlitosnej analizie krytyka: „Siwobrody mężczyzna” Tintoretta. jacopo_robusticalled_tintoretto_-_man_with_a_white_beard_-_google_art_projectDlatego surowy krytyk zawsze zasiada przed tym portretem, uważając go za najcenniejszy spośród zasobów Kunsthistorisches. Są jeszcze bardziej prozaiczne powody – mianowicie, idealne warunki termiczne panujące w sali Bordona, dobre oświetlenie i wygodna ławka, idealna do lektury.

Z ironią Berhnarda współgra szydercza kreska Mahlera.

skan2-640 skan3-640 skan1-640359_img4

Karykaturalna trójka bohaterów, groteskowi przypadkowi widzowie, arcydzieła jak w krzywym zwierciadle. Najpiękniejsze boginie przeobraziły się w tłuste babska, dostojni mężowie zamienili się w koślawych dziadów. Co ważniejsze – Mahler znakomicie utrafił w klimat narracji, oddał ukryty sens monologu Regera, zobrazował jego uczucia w symbolicznej formie. Gdy krytyk wyznaje, że po śmierci żony przez pół roku nie odwiedzał muzeum, stan jego ducha wyraża pusta strona z czarnym kwadratem. Gdy mówi o konieczności przebywania z ludźmi („tylko pośród nich mamy szansę żyć dalej i nie oszaleć”) – Mahler kwituje to uproszczonym rysunkiem marmurowej posadzki w hallu Kunsthistorisches, gdzie, jak wiadomo, zawsze kłębi się tłum. image_gallery 2803428

I ja tam byłam – a gdy pójdę znów, spojrzę na dawnych mistrzów oczyma Berhnarda i Mahlera. I na pewno zachichoczę.

 

„Dawni mistrzowie. Komedia narysowana przez Mahlera”

Tekst: Thomas Bernhard, rysunki: Nicolas Mahler

Tłum: Marek Kędzierski

Wyd. Prószyński Media Sp. z o.o./Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016

04
Nov

Niepodległość na fundamencie tradycji (o pokazie w Pałacu Prezydenckim)

Udostępnij:

 

To nie tyle wystawa, co przestrzeń dla sztuki polskiej, wydzielona w Pałacu Prezydenckim.rogul

Lokalizacja też znamienna: sala prowadząca do kaplicy. Tu zaprezentowano wybór prac naszej pierwszej awangardowej formacji: formistów.

Debiutowali w Krakowie w 1917 roku (pod nazwą Ekspresjoniści Polscy, po dwóch latach przemianowali się na formistów), wyznaczając kierunek późniejszym poszukiwaniom, z czasów międzywojnia. Ci najważniejsi – Tytus Czyżewski, bracia Zbigniew i Andrzej Pronaszkowie, Konrad Winkler,most_w_kroscienku Jan Hrynkowski (a także nieobecni w prezentacji Stanisław Ignacy Witkiewiczwitkacy_dwie_glowy, Tymon Niesiołowski i August Zamoyski) dowodzili, że można łączyć nowoczesność z tradycją; światowość z patriotyzmem. Inspiracje znaleźli w sztuce ludowej. W tym, co było rdzennie tutejsze, czyste, nie skażone komercją.

W ekspozycji „prezydenckiej” (przygotowanej przez prof. Andrzeja Szczerskiego, wicedyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie, skąd pochodzi większość obiektów) skoncentrowano się na tematyce religijnej, z racji wspomnianego powyżej sąsiedztwa. Jednocześnie, ta skromna (liczebnie) prezentacja jest forpocztą przyszłorocznych wydarzeń, podczas których przypomniane będą zasługi pierwszej polskiej awangardy.

Sto lat temu Polski jeszcze nie było na mapie Europy – jednak już wtedy przeczuwano, że nasz kraj w konsekwencji I wojny światowej odzyska niepodległość. A przynajmniej, takie nadzieje żywili twórcy różnych dyscyplin. Co znamienne – najbardziej skrajni awangardyści, intelektualiści upierali się, że polska sztuka współczesna powinna mieć zabarwienie nie tyle kosmopolityczne, co narodowe. Oczywiście, nie wolno pozostawać w tyle za Europą, lecz ślepe naśladownictwo Paryża nie ma sensu.

Jak wyglądało to w praktyce? Popatrzmy na słynną „Madonnę” (1922 r.) wszechstronnie utalentowanego Czyżewskiego. madonna_and_child_1909_xx_museum_of_art_lodzPołączenie ludowego świątka z malarstwem Cézanne’a. Plus emocjonalna metafora – bo Matka Boska tuli Jezusa aż… trzema ramionami. Tyle miłości, że w dwóch rękach nie da rady unieść. Z kolei Andrzej Pronaszko (młodszy z braci) operuje konturem i formą kojarzącymi się z góralskim malarstwem na szkle. Starszy Pronaszko, Zbigniew, w 1918 roku stworzył monumentalną i symboliczną rzeźbę „Pietà”. Religijny kanonu potraktował w kubistyczny, zarazem „świątkarski” sposób. Kolejny formista, Jan Hrynkowski, zainspirował się drzeworytem w najbardziej surowym, niby-nieudolnym wydaniu. Właśnie owa celowa „toporność” grafiki „Ucieczka do Egiptu” (1917) stanowi o nowatorskiej formie pracy.skoczylas-pochod-zbojnikow-mnw_6209006

Pamiętajmy – były to czasy negowania poprawnej, mieszczańskiej sztuki. Nasi twórcy czerpiąc z rodzimego folkloru nie schlebiali popularnym gustom. A podejmując wątki religijne uświadamiali, że polska tradycja chrześcijaństwem stoi.

 

Rok Awangardy i otwarcie Sali Formistów – Pałac Prezydencki, 03.11. 2016. Wystawa czynna do grudnia 2017.