THE BLOG

30
Dec

Spotkanie w piekle (o wystawie wokół Boscha w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych)

Udostępnij:

 

W Holandii mijający rok mianowano Rokiem Hieronima Boscha, mtiwnja4njmznzq4ode3ndiw

jako że zmarł okrągłe 500 lat temu. Rocznicę uczczono trzema wystawami, na które peregrynowały tłumy. Nie było łatwo, obrazów mistrza z gwarantowaną atrybucją zachowało się zaledwie 25, do tego kilka rysunków. Jubileuszowe pokazy zainaugurowano w ’s-Hertogenbosch, mieście, gdzie geniusz urodził się, żył i zmarł; następnie pałeczkę przejęło madryckie Prado, gdzie najwięcej jego dzieł zakupionych przez Filipa II Habsburga. Cykl zamyka pokaz w Wiedniu, zogniskowany wokół „Sądu Ostatecznego”, dumy tamtejszej Galerii Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych.

Tematyka ostatniej z wymienionych ekspozycji podana w tytule: „Zagubiona natura? Hybrydy, gnomy, monstra (i nie tylko) w pracach Hieronima Boscha”. I nie tylko w jego dziełach – również w dawnych kronikach, w poszukiwaniach współczesnych artystów oraz… eksperymentach genetyków.

Z jednej strony niderlandzki mistrz był nieodrodnym dzieckiem epoki pierwszych zamorskich wypraw i geograficznych odkryć, z drugiej – wyprzedzał wizją XX-wieczne naukowe doświadczenia.

To pierwsza refleksja podczas oglądania wiedeńskiej wystawy – jak on zdołał połączyć średniowiecze z erą komputerów? Jak mógł być tak strasznie naiwny i tak zdumiewająco odkrywczy, profetyczny?

 

Fascynująca obrzydliwość

Myślę, że właśnie za to kochamy Boscha. Za unaocznienie tego, co ludzkie, choć naganne. Za zobrazowanie słabości charakteru, które bynajmniej nie są nam obce: chciwość, pycha, żądza władzy, tchórzostwo, lizusostwo. A także – seksoholizm, łakomstwo, opilstwo, folgowanie zachciankom. Jak się okazuje, bez względu na epokę, człowiecze przywary pozostają bezmienne. Ale tylko mistrz z Den Bosch umiał pokazać zło w sposób dwu, a nawet wieloznaczny. Śmiesznie i strasznie, fascynująco i obrzydliwie. Nie pokazywał ludzi postępujących wbrew nakazaniom Dekalogu, lecz nadał cielesność grzechom i występkom. W tym celu stworzył całą galerię kreatur, które na jego obrazach wiercą się, biegają, wchodzą ze sobą w interakcje, niejako odwracając uwagę od głównych tematów przedstawień.

Oto „Sąd Ostateczny”, jedno z największych gabarytami dzieł Boscha.cranachlastjudgementimage_scaledfullscreen

Niedawno stanęłam ponownie przed tym ołtarzem, powstałym około 1482 roku, więc dekadę przed odkryciem Ameryki przez Kolumba i kilka dekad przed uznaniem tego lądu za nowy, nieznany kontynent. Jednak era zamorskich wypraw zaczęła się wcześniej, w późnym średniowieczu, w czasach młodości mistrza Hieronima.

Jego – i nie tylko jego – wyobraźnię pobudzały opowieści marynarzy, „naocznych świadków” dziwów nieznanych, niespotykanych w Starym Świecie. Inspirowały go kroniki z tych eskapad i „naukowe” katalogi stworzeń zamieszkujących antypody.

.hieronymus-116e 126671 830556273-last-judgement-the-last-judgment-bosch-triptych-central-panel-art-academy-of-visual-arts 314112762-last-judgement-the-last-judgment-bosch-triptych-central-panel-art-academy-of-visual-arts

W wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych zaprezentowano niektóre z tego rodzaju opracowań. I tak w „Światowej Kronice” Hartmanna Schedla z Norymbergi (koniec XV wieku) oglądamy „portret” jednonogiej, acz humanoidalnej istoty, poruszającej się na owej „łapie” zwieńczonej gigantyczną stopą z niewiarygodną szybkością. Pół wieku później francuski rysownik Francois Desprez stworzył wizerunek pokrewnego monstrum – kobiety-cyklopa, kłapouchej i wyposażonej w sześciopalczaste kończyny. W ogóle cyklopy należały do najpopularniejszych stworzeń bytujących z dala od cywilizacji. Takoż syreny i mutanty będące krzyżówkami człowieka i zwierzęcia.

W kontekście tych rewelacji, kolportowanych w „uczonych” księgach, a także na pojedynczych grafikach, popularnym jarmarcznytm towarze (jak np. eksponowany w Wiedniu drzeworyt Mathiasa Gerunga, wyobrażający kobietę-diabła), wizja Boscha nie wydaje się taka szokująca, ani odosobniona.

Dodajmy, że imaginację artystów pobudzały obserwacje. Koniec XV i początek następnego stulecia dla większości mieszkańców Europy był okresem znojów, trosk i lęków. Wojny, zarazy, kataklizmy i pożary wiele rodzin pogrążało w biedzie, niejednego trwale okaleczały i wyrzucały na społeczny margines.

Na obrazach Boscha oglądamy całą galerię poszkodowanych przez los nieszczęśników. Okaleczeni żebracy i włóczykije, degeneraci i opętani (których w szpitalach dla obłąkanych można było oglądać za opłatą, jako ciekawostki) pojawiają się równie często, jak rozmaite monstra. Czasem nie sposób odróżnić, co malarz widział na własne oczy, a co dodał od siebie.210780444-last-judgement-harp-academy-of-visual-arts-hieronymus-bosch

 

Demony są wśród nas

Wpatruję się w „Sąd Ostateczny” – i zastanawia mnie podobieństwo scen rozgrywających się na ziemskim padole z torturami, którymi w piekle męczy się grzeszników.

W raju również nie dzieje się dobrze – Adam i Ewa są właśnie wyrzucani za wiadomą konsumpcyjną niesubordynację, a zbuntowane anioły strącane z niebiańskich wyżyn na ziemski padół. I już w locie przeobrażają się w demony…95f5c896aa7f76168759a34ff6ce890f

Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda taki diabełek, ma okazję: anonimowy XVI-wieczny dowcipniś skonstruował malutkiego bazyliszka z wysuszonych rybich łusek i błon.

Skoro o transformacjach mowa – na omawianej wystawie znalazł się męski portret pędzla Giuseppe Archimboldiego. Swoim zwyczajem, ulubiony malarz Rudolfa II „ulepił” głowę z zadziwiających, odmiennych niż w rzeczywistości, elementów. W tym przypadku na ludzkie oblicze złożyły się różne bydlątka, od swojskich, poprzez zwierzynę łowiecką, po egzotyczne jak słoń czy lew. W ten sposób Archimboldo zaznaczał, że Człowiek jest panem wszelkiego stworzenia.bosch-archimboldo-aq2u-x

Niektórzy naukowcy potraktowali to dosłownie – bo oto w nieco dalej widzimy… zdjęcie Dolly, słynnej sklonowanej owieczki. A obok – dokonanie niejakiego Stelarka, współczesnego artysty australijskiego, który przeszczepił sobie na przedramię trzecie ucho. Stelarc uznał ludzkie ciało za „przestarzałe” i poświęcił się działaniom artystyczno-chirurgicznym, ofiarnie eksperymentując na sobie samym.bosch1

O ile mniej ryzykowne było malowanie czy rzeźbienie rozmaitych wynaturzeń!

Przykładem – naczynia ulepione przez włoskiego rzeźbiarza Federico Bonaldiego, mistrza ceramiki zmarłego dwa lata temu. Jednak garnki w kształcie głowonogów o wielkich oczach i wyszczerzonych zębach bardziej bawią, niż straszą. Swoją drogą, gdyby wychylić zawartość takiego dzbana, można uwierzyć w diabły.bonaldi3_0  487514be9472dc429a96dea087a1d819 leviatano-1981_mape-620x330federico-bonaldi-al-museo-civico-di-bassano-del-grappa-2

Najważniejsze: dawne monstra umoralniały, przestrzegały przed grzesznym życiem. Natomiast obecne próby negowania praw natury są świadectwem ludzkiej pychy.

Bo te najbardziej przerażające demony są w nas.

 

Zagubiona natura? Hybrydy, gnomy, monstra (i nie tylko) w pracach Hieronima Boscha – Wiedeń, Gemälde Galeria (Akademie der Bildenden Künste), wystawa czynna do 29 stycznia 2017

 

Tekst ukazał się w Rzeczpospolitej

23
Dec

Brudne buciki tradycji (wokół wystawy „Rodzime zwyczaje i obrzędy” w Pałacu Prezydenckim)

Udostępnij:

 

 Pamiętacie „Misia”?

mi2

Jakżeby nie, toż to był „Miś” na naszą miarę, na miarę roku 1981. Ale w finale żartowniś Stanisław Bareja niespodziewanie poważnieje, uderza w patos, w wieszczenie.

Ewa Bem – jako Matka Boska – śpiewa pastorałkę, otoczona grajkami-pastuszkami: „Lulejże mi lulej, we wszechświecie całym, Tyś jest moim królem, mój syneczku mały. Ciebie ja otulę, ciebie ja nakarmię, nim świąteczna nocka cały świat ogarnie”.

Wtedy kołysankę zagłusza głos węglarza, wołającego córeczkę: „Tradycja, chodź do tatusia, a butków nie zamocz”.

Słyszy to przypadkowy świadek – starszy mężczyzna (prorok?), który słysząc imię dziewczynki odpowiada wierszem: „Ona nie może się tak nazywać – Tradycja. No bo tradycją niczego nazwać nie możesz. I nie możesz ustawą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem; to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludów śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to, co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy”.

tym_i_mis e97f7d45-7b55-4f00-88bd-f7b03d3a0eb3 0004a3c85rg1piiy-c122-f4eb3e14a8-5b8f-4a72-b229-4a597f8b6023

 

Ankieta w tytule

Przypominam ten monolog, bo stał się „kultowym”. Wart jest też przywołania z rocznicowych powodów – właśnie minęło 35 lat od ogłoszenia stanu wojennego. Pamiętam ówczesny stan własny – szok i wściekłość, rzut adrenaliny, wyzwolenie niespożytej energii i siły, by przemierzać Warszawę piechotą, szukać kontaktów i informacji. Podczas tegorocznych „obchodów” wprowadzenia stanu wyjątkowego doświadczyłam odmiennych uczuć: przygnębienia, zniechęcenia, nawet strachu. Nigdy nie czułam się tak podle we własnym kraju.

W narastającej wzajemnej agresji, licytowaniu się racjami, obydwu stronom konfliktu przyda się powtórka z historii. Przypomnienie, że walka interesów i (bez)ideowe spory miały dla nas, Polaków, tragiczne konsekwencje. Nasze morale konstytuowały zarówno wielkie zwycięstwa, jak zawstydzające klęski. W przełomowych czasach oparciem bywała kultura (krzepiąca serca) oraz, a może nade wszystko – tradycja.

Chodząca boso lub w łapciach, w butach z cholewami bądź gumiakach. Czasem, kiedy zbratanie elit z ludem uważano za wyraz postępu, bywała wpuszczana na salony w ubłoconym obuwiu. Zdarzało się też odwrotnie: eleganckie trzewiki przekraczały niskie progi, nie bacząc na brud polepy.

Przedświąteczny czas – a szczególnie adwent w tym pełnym napięć roku – powinien nas skłonić do głębszych rozważań. Bo znów znaleźliśmy się na dziejowym zakręcie. Niemal z każdym tygodniem zarysowuje się coraz głębsza przepaść między zwolennikami przeciwnych opcji.

Jakby nie było w polskim społeczeństwie żadnej spójni.

Mam nadzieję – chwilowe zaczadzenie. Miazmaty opadną i otrzeźwiejemy. Jako prysznic studzący rozpalone emocje proponuję zadać sobie podstawowe egzystencjalne pytania:

skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

z12941713vobraz-paula-gauguina-d-ou-venons-nous-que-sommes

Tak brzmiał tytuł sławnego malowidła-deklaracji Paula Gauguina – lecz dziś te kwestie przypominają ankietę. Gdyby takową przeprowadzić – ciekawa jestem, jakie odpowiedzi przeważałyby w kwestionariuszu.

Bowiem z tradycją, podobnie jak z tożsamością, zawsze mieliśmy kłopoty. Katolicka ona czy słowiańska? Bliżej nam do Wschodu, czy Zachodu? Gdzie głębiej sięgają nasze korzenie – w sarmackość, szlacheckość, sobiepaństwo? Czy raczej, jak chcą niektórzy, większość z nas jest hreczkosiejem podszyta? A gdzie miejsce mieszczaństwa i inteligencji?

Z jakimi tradycjami dziś się identyfikujemy? Które kultywujemy, o których zapomnieliśmy?

Czy w zależności od politycznych sympatii, celebrujemy odmienne rocznice, wynosimy na cokoły inne postaci, fetujemy różne wydarzenia w dwóch zwaśnionych „obozach”? Nie mam jednak zamiaru składać tu jakichkolwiek deklaracji czy oceniać racji zantagonizowanych stron.

Kręte drogi polskich tradycji uświadomiła mi wystawa w Pałacu Prezydenckim: „Rodzime zwyczaje i obrzędy w sztuce polskiej XIX i XX wieku”. OLYMPUS DIGITAL CAMERAEksponaty pochodzą z krakowskiego Muzeum Narodowego, a kuratorską pieczę powierzono Wacławie Milewskiej. Wernisaż urządzono w wigilię rocznicy ogłoszenia stanu wojennego, czyli 12 grudnia 2016 roku.

Termin wybrany nieprzypadkowo – zbliżają się „najpiękniejsze w całym roczku” święta. A choć daleko za nami problemy ze zdobyciem karpia i innych wiktuałów, wciąż troska o posiłki przysłania wszystkie inne aspekty Bożego Narodzenia. I pomimo deklarowanej przez większość rodaków przynależności do kościoła katolickiego, większość społeczeństwa jakoś nie daje świadectwa głębszego rozumienia religii.

Stare obrzędy Bożonarodzeniowe i Noworoczne traktuje jak skansen; przypisane zimowym świętom tradycje kulinarne – jako przyzwolenie na obżarstwo; nawet kolędowanie przeobraziło się w całkiem świeckie adorowanie… kieliszka.

 

Sztandary tradycji

Wracając do wystawy „Rodzime zwyczaje i obrzędy” w Pałacu Prezydenckim – to pokaz długofalowy, aż do stycznia 2018, przygotowany z myślą o gościach i wycieczkach, odwiedzających siedzibę głowy państwa. Obiekty tak zostały wkomponowane w architekturę pałacu, by swą obecnością nie zmieniały charakteru przestrzeni. Tematem wszystkich prac są polskie tradycyjne obrzędy, zarówno te prasłowiańskie, pogańskie, jak chrześcijańskie. Zresztą, niektóre z nich przenikają się i nie sposób ich oddzielić.

Do prezentacji wybrano 39 obrazów autorstwa powszechnie znanych artystów, jak Tadeusz Makowski, Jacek Malczewski, Józef Chełmoński, Leon Wyczółkowski, Julian Fałat, Władysław Reymont, Witold Pruszkowski, Zofia Stryjeńska.

Głównej części ekspozycji towarzyszą trzy pokazy o odmiennej tematyce, lecz na różne sposoby łączące się z wiodącym wątkiem.

I tak w parterowym pomieszczeniu, tzw. Sali przy Okrągłym Stole, zgromadzono kompozycje współczesnych twórców z lat 80. ubiegłego stulecia – Stanisława Rodzińskiegorodzinski, Elżbiety Arent-Sobockiej, Pawła Taranczewskiego i Jacka Sroki, img_2222_kopia

którzy za pośrednictwem sztuki komentowali przełomowe polityczne wydarzenia owego okresu. Ciemnoszare, ekspresyjne obrazy Rodzińskiego niespodziewanie łączą się w tematyce i w klimacie z wspaniałą pracą Leona Wyczółkowskiego „Krucyfiks królowej Jadwigi” – przedstawienie rzeźby z barokowego ołtarza katedry na Wawelu.krucyfiks_wawelski 3d4fd8039ef3449a700b73b034855b1e

W podobnej, mrocznej gamie , w aurze cudowności utrzymana została kompozycja Józefa Chełmońskiego „Pod Twoją obronę”. To dzieło wizyjne – Matka Boska Częstochowska ukazuje się w chmurach, na tle wieczornego nieba. Tylko wokół aureoli rozbłyskują ostatnie promienie słońca.

Na klatce schodowej – inne motywy. Ściany udekorowano cyklem płócien Michała Stachowicza, obrazujących losy Tadeusza Kościuszki (pierwotnie zdobiły boki katafalku z trumną generała, podczas mszy żałobnej celebrowanej w katedrze krakowskiej). Powód podwójny: w tym roku przypadło 270-lecie urodzin Naczelnika, zaś w przyszłym będziemy obchodzić 200. rocznicę jego śmierci.243_stachowicz_96

Osobną całość stanowi zestaw prac formistów, prezentowanych w pomieszczeniu prowadzącym do kaplicy. Ta skromna (liczebnie) prezentacja jest forpocztą przyszłorocznych wydarzeń – jak wiadomo, rok 2017 ogłoszono Rokiem Awangardy.

Ale trzon wystawy to realistyczne malarstwo rodzajowe z historycznym zapleczem. Gros prac powstawało w okresie, gdy Polski nie było na mapie świata. Z tej racji autorom chodziło nie tylko o utrwalenie rozmaitych rodzimych rytuałów. Zależało im też na zaznaczeniu patriotycznej postawy. Bo obrzędy przez wieki kultywowane stały się elementem naszej historii.

Proszę jednak zwrócić uwagę – w pewnych sytuacjach religijne kanony niespodziewanie aktualizują się i… zeświecczają.

Kiedy religijna symbolika robi polityczną „karierę”? Gdy kraj w niebezpieczeństwie, w obliczu kataklizmów zewnętrznych bądź wewnętrznych. Naturalną potrzebą staje się poszukiwanie wsparcia w wierze, w tradycji. We wszystkim, co utwierdza nas w przekonaniu, że naród nie zaginął, że stanowi jedność.

Każdy wie, że podczas 123 lat polskiego „niebytu” artystom przypadła rola krzepicieli serc. Do nich, do twórców kultury, należało wzmacnianie patriotycznych postaw, podtrzymywanie poczucia spójni w podzielonym przez zaborców narodzie, uświadamianie wspólnoty korzeni, przywoływanie pamięci o momentach chwały. To wówczas, w latach zniewolenia, obok herosów z wyżyn drabiny społecznej pojawił się nowy bohater: chłop. Nieprzemakalny na obce wpływy, kultywujący pradawne obyczaje, dumny ze swej regionalnej odrębności.

Pierwsze symptomy zainteresowania folklorem pojawiły się już w oświeceniowych tekstach. Rzeczypospolita wyraźnie słabła, za co obwiniano – i słusznie – zdemoralizowane, skłócone i sparaliżowane prywatą warstwy wyższe. Odezwały się głosy powątpiewania co do narodowego charakteru szlachty. Co innego pospólstwo, które „utrzymuje rodowitość języka ojczystego, zachowuje zwyczaje i trzyma się jednostajnego trybu życia” – jak twierdził Franciszek Salezy Jezierski.

Te proludowe skłonności znalazły wyraz w przededniu insurekcji:

Wojciech Bogusławski album_p0322_-_wojciech_boguslawski

wystawił w Teatrze Wielkim w Warszawie pierwszą operę narodową z librettem pisanym gwarą – „Cud mniemany czyli Krakowiacy i Górale”. W tym samym roku insurekcja Tadeusza Kościuszki dobitnie dowiodła, że chłop potęgą jest i basta. Militarną i społeczną.chelmonski_modlitwa_przed_bitwa

Ponad 40 lat później Wincenty Pol, wpol1_auczestnik powstania listopadowego, potem działacz społeczny, przyrodnik i etnograf, w rozprawie „O malarstwie i żywiołach jego w kraju naszym” zachęcał artystów, by szukali inspiracji w ludowych gusłach i podaniach. Apelował o stworzenie swego rodzaju bazy narodowej ikonografii w oparciu o „starożytności polskie”.

Romantycy nie byli tak krytyczni wobec stanu szlacheckiego. Zagrożenia dostrzegali raczej ze strony fabrykantów i bankierów. Zdaniem Zygmunta Krasińskiego krasinski-zygmunt-portret-1_6262255„w szlachcie jest zwykle potęga, hart – to, co składa [się na] pierwiastek bohaterski narodu. Nie w prawnikach, nie w kupcach i rzemieślnikach, ale w szlachcie jest bohaterskość; w szlachcie albo w prostym ludzie.”

Jednak w czasie zaborów „pędzel był potężniejszy od słów poetów, historyków czy beletrystów”. Nic tak nie zapadało w pamięć, jak obrazy o czytelnej treści i symbolicznej wymowie. Sceny ukazujące rodzime tradycje działały jak sztandar wzniesiony przeciwko agresorom.

Patetyczne określenie? Owszem, lecz odpowiadające ówczesnym nastrojom.

 

Sojusze z ludem

Gdy porównać malarstwo II połowy XIX wieku z zachodu Europy z tym, co równolegle (w czasie) powstawało na terenie Polski, nietrudno zauważyć, że wątki ludowe miały wyjątkowe u nas wzięcie. Owszem, we Francji działali barbizończycy, wyczuleni na wiejskie motywy. To oni uznali miasta za siedliska zła, skażone degeneracja moralną i kapitalistycznym wyzyskiem. Barbizończycy znaleźli azyl niezbyt daleko od Paryża, ale z dala od cywilizacji. W ślad za nimi inni twórcy zaczęli peregrynować w „niecywilizowane” rejony własnego lub obcego kraju. Goethe padał na kolana przez majestatem Alp, Caspar David Friedrich składał hołd żywiołowi morskiemu, zaś William Turner przemierzył pieszo Anglię wzdłuż i wszerz (podobno potrafił dziennie pokonać do 40 km), odnajdując estetyczne walory lokalnego pejzażu w deszczu, mgle i mżawce.

Na terenach Polski zajęcia zwane plenerowymi seminariami do programu plastycznej edukacji wprowadził – w połowie XIX stulecia – Jan Piwarski,187px-jan_feliks_piwarski

profesor warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Wałęsanie się po kraju weszło w krew jego wychowankom: Wojciechowi Gersonowi, Franciszkowi Kostrzewskiemu, Józefowi Szermentowskiemu. Im zawdzięczamy narodziny polskiego malarstwa plenerowego oraz popularność wątków ludowych.

Warto dodać, że Gerson ilustrował książkowe wydanie dzieł Kazimierza Wójcickiego i Oskara Kolberga. I że coraz głębsze zainteresowanie etnografią miało mocne wsparcie w ówczesnej prasie. W popularnych tygodnikach publikowali pionierzy ludoznawstawa – Kazimierz Wójcicki, Zygmunt Gloger, Ludwik Anczyc. A chętnie współpracujący z mediami, często wybitni malarze zdobili ich teksty rysunkami, zastępującymi późniejszą fotograficzną dokumentację.

Szczególnego rodzaju sojusz kulturalnej elity i ludu zawiązał się w okresie Młodej Polski. Ówczesna chłopomania miała swoje źródła w… poczuciu słabości. Inteligenckiemu rozmemłaniu i kosmopolitycznym skłonnościom przeciwstawiono chłopską twardość i przywiązanie do rodzimych tradycji. Najprostszym sposobem poprawy kondycji duchowej i cielesnej elit wydało się zasilenie ich chłopską krzepą w bezpośrednich, najbliższych kontaktach. Dla młodziaków z krakowskiej bohemy ową Arkadią okazały się podkrakowskie Bronowice. Tamże osiadł Włodzimierz Tetmajer, ożeniwszy się z chłopską córką Anną Mikołajczykówną czy poeta Lucjan Rydel, który wziął za żonę inną Mikołajczykównę, Jadwigę. zaloty tetmajer_swiecone zrekowiny tance_w_karczmie

Jak wiadomo, te „mezalianse” stały się kanwą „Wesela”, którego autor wstąpił w najbardziej zastanawiający związek – z Teodorą Teofilą Pytko, chłopką ze wsi Konary, służącą z nieślubnym dzieckiem.wyspianski_autoportret_z_zona Stanisław Wyspiański „Autoportret z żoną”

Mniej ryzykowną formą zadzierzgania kontaktów z ludem stały się coraz popularniejsze plenery malarskie. Karierę robiły Kresy, te w okolicach Podolca, i te odległe, w Karpatach Wschodnich. Tam peregrynowało trzech zuchów pochodzących ze Lwowa – Władysław Jarocki, Fryderyk Pautsch i Kazimierz Sichulski, okrzyknięci mianem „huculistów” z racji ulubionej tematyki.

I znów malowniczość pejzażu oraz krasa regionalnych ubiorów szła w parze z nadzieją na animowanie patriotycznych nastrojów.

Kolejna fala ludowych fascynacji i inspiracji napłynęła już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Jednak w dwudziestoleciu międzywojennym skłonność ku folklorowi miała inne podłoże. Stanowiła wyraz dumy narodowej, była przywołaniem prasłowiańskich tradycji i manifestacją sił witalnych II RP. Wielkie międzynarodowe sukcesy Zofii Stryjeńskiej24-stryjenska-8, Władysława Skoczylasa skoczylas-pochod-zbojnikow-mnw_6209006

czy Karola Szymanowskiegoszymanowski-karol_5986727 w dużej mierze były oparte na kreatywnym podejściu do folkloru.

 

Odpór komunie

Następna faza proludowych sympatii – to okres PRL-i i efekt deklarowanego sojuszu robotniczo-chłopskiego. Wówczas jednak większą wagę przykładano do strony wizualnej wiejskich tradycji, niż do ich religijnego, duchowego wymiaru.

Powrót do źródeł nastąpił – paradoksalnie – w najczarniejszą noc komunizmu. Stan wojenny okazał się akceleratorem religijnych nastrojów. Eksponowane w Pałacu Prezydenckim obrazy to znikomy procent tego, co powstawało w czasie „wojny jaruzelskiej”, a prezentowane było w przestrzeniach kościołów, nieoficjalnych galeriach czy prywatnych mieszkaniach artystów. Jeden z organizatorów podziemnego ruchu artystycznego, historyk sztuki Janusz Bogucki,

ibogucki

trafił w sedno zjawiska, pisząc te słowa: „Wiara i twórczość wyrastają ze wspólnego pnia naszej duchowej egzystencji; najczystsze akty wiary i najczystsze akty twórczości rodzą się w strumieniu tej samej pierwotnej energii. Energią tą jest boska moc.”

Patos tej wypowiedzi odpowiadał nastrojom chwili. Ja jednak jestem przekonana, że symbolem czasów i zbiorowych emocji na zawsze pozostanie „Pojazd Betlejemski”

360829 239722

Jerzego Kaliny. Artysta zareagował na śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, kapelana warszawskiej „Solidarności”, działaniem tyleż skromnym, co nośnym. Zaaranżował żłobek w… otwartym bagażniku dużego fiata. Na igliwiu i sianku ułożył figurkę Dzieciątka Jezus, taką trochę tandetną lalkę, jak z kościelnych szopek. Było to dwa miesiące po zamordowaniu księdza Jerzego przez Służby Bezpieczeństwa. Dla wszystkich było jasne, że to aluzja do tej zbrodni.

 – Uważałem, że tamto Boże Narodzenie (1984 roku – przyp. MM) trzeba zadedykować księdzu Jerzemu – wyjaśnia Kalina. – Symbolicznie połączyłem jego śmierć z narodzinami Chrystusa. Bo determinacja księdza, jego postawa, umacniały naszą siłę. Żeby jego ofiara nie poszła na marne, trzeba było, żeby narodził się ponownie. W nas.

 

Przybieżeli do Betlejem…

Objazdowy żłobek Jerzego Kaliny skojarzył mi się z obrazem Jacka Malczewskiego, powstałym prawie sto lat wcześnie. „Jasełka” (z kolekcji Grażyny Kulczyk) ma nietypową – jak Malczewskiego – gamę kolorystyczną oraz kompozycję. jacek-malczewski-jaselka

Oto jesteśmy w chłopskiej stajni, gdzie na pierwszym planie widać żłobek i Dzieciątko leżące na sianku, na białej płachcie. Nie ma Matki Boskiej ani świętego Józefa; Jezuska też widać niezbyt wyraźnie, w dużym skrócie. Bohaterami tego przedstawienia zdają się być adorujący Maleńkiego mężczyźni. Zastanawiające – nie ma wśród nich żadnej kobiety! Żłobek otaczają sami chłopi – starcy, młodziaki, kilkuletni chłopcy. Niektórzy przynieśli dary, inni w niemym zachwycie adorują Nowonarodzonego. Na męskich i chłopięcych twarzach rysują się silne emocje. Widać, że ci twardzi ludzie, na co dzień nie nawykli do okazywania uczuć, odczuwają wzruszenie połączone z zachwytem i radością. Czują, wiedzą, że doświadczają cudu, że obcują z sacrum.

Inaczej, lecz również ciepło i serdecznie przedstawił Włodzimierz Tetmajer swoją bronowicką rodzinę – żonę Annę, trzy córki i teścia Jacentego Mikołajczyka. Familia skupiła się nieopodal okna skromnego szlacheckiego dworku, w pobliżu choinki. Ciekawostka – drzewko nie stoi na podłodze, lecz zostało zamocowane na ścianie. Pod nią stół założony słomą, jeszcze przez nakryciem białą serwetą. Bo rodzina czeka na znak z nieba – pierwszą gwiazdę.

A potem zacznie się kolędowanie…

Najbardziej przejęte są dzieciaki. To dla nich okazja do zabaw, maskarad, przebieranek i organizowaniu pochodów z gwiazdą, z szopką. Taką właśnie scenę przedstawia piękna kompozycja Tadeusza Makowskiego „Dzieci z turoniem”. dzieci_z_turoniem

Szóstka maluchów w pajacykowatych spiczastych czapeczkach odwiedza domostwa sąsiadów z gromkim pokrzykiwaniem i śpiewami. Mają przy tym wiele zabawy, a także liczą na łakocie, tradycyjny „napiwek” dla kolędników.

Jeśli zajrzą do nas, nie żałujmy im słodkości!

 

Tekst ukazał się w Plusie Minusie, cotygodniowym dodatku do „Rzeczpospolitej”

07
Dec

Wszystko pamiętać, o wszystkim zapomnieć (recenzja książki Marii Stangret-Kantor „Malując progi”)

Udostępnij:

unknown document zdjecia-5

 

Spędziła ponad 30 lat z kimś równie genialnym, co trudnym.

.Tadeusz Kantor,"Umarla Klasa"

Do legendy przeszły jego przedstawienia, happeningi, ale też… awantury, urządzane w „kantorowskim” stylu, czasem z dość enigmatycznych powodów.

A co wiemy o niej, Marii Stangret-Kantor? Jest okazja poznać ją bliżej. Właśnie ukazała się książka zatytułowana „Malując progi” – wspomnienia spisane i zredagowane przez bratanka narratorki, Lecha Stangreta, historyka sztuki, swego czasu także aktora Cricot 2.maria_stangret-kantor_malujac_progi_19-kopia tadeusz-kantor_simpson-1024x767 full_tadeusz_kantor_rolke_ag_770 iv-007041_d-simpson-877x1024

Świetna robota, gratulacje! Zachowany został tok opowieści, fraza i styl autorki. Wypada wyjaśnić, że tytuł publikacji odnosi się do akcji Marii Stangret w warszawskiej Galerii Foksal, przedsięwziętej w 1969 roku. Myślę jednak, że owe „progi” mają też metaforyczne znaczenie. Czytając, miałam wrażenie, że przestąpiłam próg prywatnego życia Kantorów, lecz nie zostałam dopuszczona do zbyt daleko, nie dotknęłam ich sekretów.

 

.andrzejewska_kantorowa

Kolejny atut tomu: ilustruje go mnóstwo zdjęć z archiwum bohaterów, którzy zwiedzili wszystkie kontynenty (z wyjątkiem Antarktydy, spotkali plejadę znanych osób, wystawiali i grali w naprawdę prestiżowych miejscach. O tych niebywałych jak na czas PRL-u sukcesach autorka mówi w tak naturalny, prosty sposób, że trudno sobie wyobrazić wysiłki, jakimi zostały okupione. A jeśli wzmiankowane są jakieś problemy – z władzą, paszportami, czy codziennym zaopatrzeniem – to z humorem, jakby to było bez znaczenia. Bo ona zdawała sobie sprawę ze skali jego talentu, więc jak mogła, ułatwiała mu życie. On tylko pracował artystycznie, jej pozostawiając „obsługę” codzienności.stangret_i_kantor_121_1  2 

Proszę nie jednak sądzić, że pani Kantorowa skarży się na swój los czy biadoli, że straciła szansę na wielką karierę. Ma dystans do siebie i świata – zarówno socjalistycznego surrealizmu, jak współczesnej stechnicyzowanej rzeczywistości.

Autorka z wielkim wyczuciem i delikatnością opowiada o związku z Tadeuszem Kantorem, unikając zbyt intymnych wynurzeń.

 

20141209_24 001

 

Nie waha się wspomnieć o osobistej tragedii, kiedy odszedł do innej, młodszej. „Potrzeba czasu i cierpliwości, by, jak mawiał Tadeusz »wszystko pamiętać i o wszystkim zapomnieć«. Dodam – trzeba klasy, by zachować taką postawę.

Przez ponad trzy dekady byli prawie nierozłączni. Tworzyli kontrastową parę: ona zawsze pogodna, pełna zrozumienia dla innych i wiecznie napięty, skory do irytacji Tadeusz Kantor. Pani Maria drobniutka, z okrągłą i roześmianą buzią dziecka. On wysoki, zgarbiony, z charakterystyczną mocno zarysowaną szczęką. On charyzmatyczny; ona „silna inaczej”.

Była nie tylko jego partnerką, także pierwszym widzem i krytykiem, powierniczką i konsultantką, sekretarką i organizatorem codzienności. Do tego czołową aktorką Cricot 2 – teatru, który częściej dawał spektakle za granicą, niż w Polsce. Z ich dokonań nie mógł zostać wyeliminowany wzajemny wpływ – ale przecież nie sposób nie zauważyć oryginalności, samodzielności poszukiwań Marii Stangret.

We wspomnienia wplecione zostały też dziesiątki anegdot o tuzach powojennej sztuki polskiej, przytoczonych z taktem i wdziękiem. Najbardziej lubię historię o tym, jak to Tadeusz omalże udusił Marię przy pomocy… papieru toaletowego. W swym pierwszym happeningu „Linia podziału” Kantor owijał żonę tym reglamentowanym towarem. Działanie powtórzył kilkakrotnie, także w Szwajcarii. Jak się okazało, tamtejszy papier był za dobrej jakości – elastyczny i nie przepuszczał powietrza. I oto – mumia zemdlała!

Książka „Malując progi” ukazała się kilka miesięcy po Roku Kantora (setna rocznica urodzin); w 50. roku istnienia Galerii Foksal, gdzie para Stangret/Kantor często bywała i wystawiała. 5609

Warto też przypomnieć, że ósmego grudnia przypada 26 rocznica śmierci autora „Umarłej klasy”. Spektaklu, na kształt którego miała wpływ również Maria Stangret. A jaki – proszę przeczytać.

13 110511_kwia_2

„Malując progi”

Maria Stangret-Kantor

Zapis i redakcja – Lech Stangret

wyd. Cricoteka, Kraków 2016