THE BLOG

16
Feb

Nigdy nie byłam w żadnym układzie (rozmowa ze mną Bronisława Tumiłowicza)

Udostępnij:

 

Rozmowa z krytyczką sztuki Moniką Małkowską

 

-Z Pani ust wyjątkowo często padają negatywne określenia wobec konkretnych uczestników naszego rynku sztuki. Mówi Pani o imperium, monopolu a nawet mafii i korupcji. Czy nadal Pani to podtrzymuje.

-Potwierdzam. Można oczywiście używać łagodniejszych słów jak kartel czy klika w odniesieniu do grupy uprzywilejowanych kierowników instytucji państwowych i prywatnych galerii, oraz kuratorów i artystów. Ten układ, mimo zmian na scenie politycznej, nadal świetnie daje sobie radę.

-I doczekała się Pani równie soczystej reakcji. Padło nawet określenie neofaszystka. Kilka czasopism tzw. głównego nurtu – Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, Polityka, Newsweek -opisało Pani działania jako zdecydowanie szkodliwe. Że niby przez Panią zagrożony był 25-letni wspaniały dorobek polskich instytucji sztuki. Czy chociaż przeprosili za mijanie się z faktami?

-Ależ skąd. Nikt nie przeprosił. Tylko dyrektorka radiowej “dwójki” zadzwoniła z przeprosinami, że uczestnicy dyskusji w studiu bezceremonialnie natarli na mnie.

=O co poszło?

- O pieniądze. W sumie mafia je już i tak dostała, ale z lekkim opóźnieniem. Układ jednak wpadł w popłoch i na łamach prasy pojawiły się wyjątkowo wredne i kłamliwe słowa na mój temat. Chodziło o to, że na początku roku, jeszcze za rządu PO, wchodziłam w skład jednej z czterech komisji ministerialnych, która miała przyznać pieniądze z budżetu dla 4 priorytetowych muzeów sztuki nowoczesnej-Muzeum Sztuki w Łodzi, CSW Zamek Ujazdowski, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i …. Pieniądze – 7 mln zł- w skali światowej niewielkie, bo pozwalające na zakup jednej lub dwóch cennych prac, ale dla polskich instytucji ogromne. Wystarczy porównać – tutaj cztery muzea i 7 mln, a na pozostałe 125 muzeów – tylko trochę ponad 3 mln zł. Chcieliśmy w ramach tej komisji wprowadzić jakiś porządek w rozdzielaniu tak dużych pieniędzy i zmienić regulamin, aby nie kupować dzieł współczesnych w pakietach, ale by były to konkretne obiekty. Do komisji zaprosiliśmy konserwatorów sztuki, aby nie kupować prac w złym stanie, rozpadających się, nietrwałych, zapleśniałych itd.

- A konkretnie co miało być kupowane?

- Widzieliśmy, że komisja ma tylko przyklepać już zaplanowane zakupy, a nie decydować za dyrekcje muzeów. Choć każda placówka ma swoją specyfikę, ale okazało się, że powtarzają się niektóre nazwiska artystów, np. Zbigniewa Libery i jego Obrzędy intymne. Mieliśmy specyfikację zakupów, ale nie było wizualizacji, prace wideo można było obejrzeć tylko na pojedynczych fotosach. W sumie wypłata dotacji trochę się przeciągnęła, co wywołało burzę.

-Posypały się wyzwiska?

-W komisji było kilka osób, ale najwięcej oberwałam ja, jako osoba medialna, która od pewnego czasu pisze o patologiach.  W artykułach pojawiały się kłamstwa, że np. kolaborujemy z PiS-em, że pieniądze zostały zabrane i przekazane na Świątynię Opatrzności albo inne cele. Wszystko to była nieprawda, bo nikt pieniędzy nie odebrał. Nowopowołana komisja pod przewodnictwem Waldemara Baraniewskiego pieniądze rozdzieliła i już nikt jej o kolaborację z PiS nie oskarżył. Jest cicho.

-Ale przecież ta jedna sprawa nie przesądziła, że ma Pani na pieńku ze środowiskiem muzealników. Mówi Pani otwarcie o patologiach tam panujących. Gdzieś wyczytałem, że znalazła Pani “przekręt założycielski” obecnego układu życia artystycznego. 

-Określenie “przekręt założycielski” nie pochodzi ode mnie, a odnosi się w głównej mierze do Fundacji Galerii Foksal – nie mylić z Galerią Foksal. Rzecz w tym, że zakupy dla czołowych państwowych instytucji sztuki współczesnej idą przez prywatne fundacje i galerie, takie jak Fundacja Galerii Foksal i Galeria Raster. One bogacą się na publicznych pieniądzach, bo weszły w dobry układ. Składają wnioski o dotacje i zwykle wygrywają.  Samo wypełnienie wniosku jest dużą sztuką, a jego przeforsowanie jeszcze większą. Ponoć niektórzy urzędnicy proponują procent. Płyną pieniądze na programy i pomysły, ale często nie dochodzi do ich realizacji. Nie mam żadnych twardych dowodów ani dokumentów, które by potwierdzały tezę o przekrętach i wyłudzeniach. Niech się tym zajmą powołane struktury państwa. Jest jednak wysoce niestosowne, że generalnie artyści żyją na granicy biedy, wiele galerii sztuki plajtuje, bo nie jest w stanie utrzymać się na rynku, ale jest grupka wypasionych, która żeruje na państwie. Proszę sobie obejrzeć jakim budynkiem dysponuje Fundacja Galerii Foksal, która mieści się przy ul. Górskiego i zajmuje się obrotem dzieł sztuki, dużo sprzedaje i kupuje. Wystarczy porównać jej siedzibę z prawdziwą Galerią Foksal, przy końcu ulicy Foksal, która ma tylko dwie niewielkie salki wystawowe. Fundacja, która przechwyciła dobrą markę a z Galerią, nie ma nic wspólnego.

-Czy decydenci we władzach tego nie widzą?

 

-Nie za bardzo. Środowisko znawców sztuki jest wąskie i hermetyczne a układ ma to do siebie, że ustalił hierarchię wartości. Artyści nawet wybitni, którzy się nie załapali do sieci powiązań galerii i muzeów muszą walczyć o byt na własną rękę. Pomoc, dotacje i granty, pierwszeństwo z zakupach, wyjazdy na zagraniczne festiwale i opiekę kuratorską mają wciąż ci sami, których pozycja na rynku jest niekiedy sztucznie  wywindowana. Oczywiście każda ich prezentacja w kraju czy zagranicą to “wielki sukces”, ale realnie pozycja polskiej sztuki współczesnej dramatycznie spadła.

-Przestaliśmy się liczyć w świecie? Przecież nie zawsze tak było.

Był moment gdy Polska stała się modna . Po 89 roku nastał prawdziwy boom na naszą sztukę – Kozyra, Althamer, Libera. Żmijewski i inni byli bardzo poszukiwani, a również wybitni artyści zagraniczni do nas przyjeżdżali. Teraz nasi twórcy rzadziej się pojawiają w świecie, a do Polski już dawno nikt naprawdę wybitny nie przybył.

-Był np. Maurizio Cattelan.

-Tak. 5 lat temu. Jeżdżę na różne prezentacje, do Berlina, Rzymu, Paryża. O polskich artystach cicho, na Biennale Sztuki w Wenecji już dawno nie mieliśmy nic istotnego do pokazania. Król jest nagi. Ale opinię o naszym potencjale artystycznym kształtują przekupni kuratorzy. Oni są w stanie wmówić wszystko słabo przygotowanym decydentom i równie niekompetentnej publiczności. Jest układ szefów ważnych instytucji, galerzystów i kuratorów,  którzy ustalają między sobą, co dobre, co złe. To merytokracja. Bycie w układzie wystarcza, nie walczy się już o pozycję polskiej sztuki na rynku, ani o frekwencję w muzeach. Są etaty i szczodre dotacje państwowe. A jeśli nawet pojawiają się działania promocyjne, to są robione źle, nieskutecznie. Gdy organizuje się targi za granicą, to te prywatne struktury korzystają z pomocy finansowej państwa, bo udział w takich imprezach sporo kosztuje, ale nie  dbają o rzetelną reprezentację polskiej kultury, tylko troszczą się o własny biznes.

-Proszę podać jakieś przykłady artystycznych absurdów i sztucznie nadmuchanych wielkości.

-To trudna sprawa, bo dotyczy czasem nawet bardzo utalentowanych osób. Np. szanowana przeze mnie Katarzyna Kozyra, która zrobiła parę genialnych rzeczy, np. “Święto wiosny”, zaczyna się bawić w reporterkę w projekcie “Syndrom Wielkiego Tygodnia” – chodzi po Jerozolimie i rzuca pytania “Are you Jesus?”, albo staje się socjologiem i rozdaje ankieterkom formularze, by zbierali odpowiedzi w projekcie “Marne szanse na awanse”. Artur Żmijewski podeptał granice przyzwoitości  skłaniając za pieniądze biednego starca , aby “odnowił” sobie zacierający się tatuaż – numer więźnia obozu koncentracyjnego, podobnie Zbigniew Libera postąpił nieetycznie i zarejestrował w pracy wideo “Obrzędy intymne” ostatnie chwile swojej głuchoniemej i niewidomej babci. Ktoś inny nakręcił film z własnego pochówku.

-Sugeruje Pani, że to nie jest już sztuka, że nie ma żadnej wartości artystycznej. A przecież w obecnej dobie sztuką może być praktycznie wszystko czym zajmie się twórca.

-Taki pogląd, to jest ślepy zaułek. Trzeba edukować rodaków, aby nie dali się wziąć na zwietrzałe hasła dawnych przedstawicieli awangardy. Nie można brać dosłownie cytatu z Josepha Beuysa, że każdy jest artystą, ani naśladować Andy Warhola czy Marcela Duchampa, którzy uwznioślili gotowe produkty czyli “ready made”, jako dzieła sztuki. Sam Duchamp zresztą ostrzegał, że to jest pomysł na krótką metę. Nasz odbiorca jest słabo wyedukowany i daje sobie wmówić, że ma do czynienia z wielką sztuką. Niestety brak wiedzy dosięga również osób odpowiedzialnych za sprawy merytoryczne i finansowe w resorcie kultury.

-Dlaczego tzw. dobra zmiana w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zmiotła starego układu? Napisała Pani na facebooku, że w MKiDN rządzi konserwa.

-Moim zdaniem wystraszyli się. Mieli dość buczenia, krzyków i tupania. Zaakceptowali stary układ. Zresztą specjalistą od plastyki zrobiono w resorcie faceta po teatrologii, który się nie orientuje w cienkościach całej sfery. A środowisko zaczęło krzyczeć na zapas. Za jednym zamachem przywalono ministrowi Piotrowi Glińskiemu i mnie. A może ja zbierałam cięgi za Glińskiego, choć tak naprawdę widziałam szefa resortu i wicepremiera  dwa razy w życiu. A teraz jeszcze ktoś rozpuścił plotkę, że szykują mnie na szefa warszawskiej Zachęty.

-Jest Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych krytyczek sztuki, ma odpowiednie wykształcenie i świetny warsztat medialny. Czy to właśnie media, telewizja, radio, prasa , film, nie powinny edukować i sprawić, że każdy obywatel mógłby się w tym temacie jakoś orientować i samemu oddzielać ziarno od plew?

-Robię co mogę. Prowadzę w radiu audycje o sztuce, czasem występuję w TVP Kultura, sporo piszę, ale to wszystko zbyt mało. Zresztą cześć moich zajęć utraciłam w wyniku nagonki.  Społeczne zainteresowanie sztuką jest nikłe. Jest ciężko, bo nasze historyczne uwarunkowania sprawiły, że u nas bardziej liczyło się słowo niż obraz. Od 25 lat chodzę po różnych wystawach i często jestem sama w wielkiej sali. To się powoli zmienia. Są dwa momenty, gdy jest więcej publiczności – wernisaż i darmowe dni, np. Noc Muzeów. Oczywiście są wystawy przyciągające tłumy. Malarstwo Boznańskiej, Gierymskiego, sztuka Imperium Otomańskiego itd. Młodzież trochę więcej interesuje się sztuką współczesną. Edukacją, przynajmniej w odniesieniu do swoich dzieł, mogliby się zająć także tworzący artyści, ale nie każdy z nich jest intelektualistą i ma kwalifikacje humanisty.

- Czy dwa głośne filmy o naszych wybitnych współczesnych malarzach, o Beksińskim i o Strzemińskim, mogłyby masowemu odbiorcy trochę  przybliżyć kwestie sztuki współczesnej?

-Film “Ostatnia rodzina” chyba nieźle nakreślił osobowość Zdzisława Beksińskiego. Film Andrzeja Wajdy o Strzemińskim jeszcze nie wszedł na ekrany, oglądałam go jednak na specjalnym pokazie. Nie podobał mi się. Wielki Mistrz Kina chyba już dał się wyręczać innym ludziom z ekipy.

 

-Co nam zostaje?

 

-Tropić patologie i promować wybitne indywidualności w sztuce. Tym się będę nadal uparcie zajmować. Trzeba uświadamiać ludziom, że sztuka współczesna to nie absurd i wygłup, że opowiada, tak jak i przed wiekami, o naszym życiu, choć nierzadko w inny sposób.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz

 

Wywiad był publikowany w „Przeglądzie” w

08
Feb

Zbliżenie na „Jarnucha” (o wystawie Jerzego Jarnuszkiewicza w Zachęcie)

Udostępnij:

Ma pierwszą tak obszerną wystawę monograficzną w Polsce. Niektórych prac nigdy tu nie oglądaliśmy,  bo powstały w Kanadzie i stamtąd je sprowadzono.

W Zachęcie (do 17. kwietnia) jest wszystko; różne dziedziny sztuk wizualnych, których się ima – od rzeźby monumentalnej po medale, które najlepiej oglądać z lupą przy oku; od malarstwa, czarno-białych grafik (drzeworyt) – po barwne ex librisy (techniki metalowe).

Jerzy Jarnuszkiewicz,

Jerzy Jarnuszkiewicz, rzezbiarz,

zmarły w 2005 roku, miał też wielkie zasługi jako pedagog. Z jego pracowni na warszawskiej ASP wyszli m.in. Henryk Morel, (niestety, nieżyjący od dawna – samobójstwo) i Grzegorz Kowalski, który przejął dzieło po mistrzu i przekształcił atelier w Kowalnię.
Jednak bez „Jarnucha” – jak go wszyscy na ASP nazywali – nie byłoby tego, co najlepszego wykluło się z Kowalni, zaczynając od samego Kowalskiego.

Bogata, szczera i wielostronna twórczość; tak oryginalny i prawdziwy twórca, tak inspirujący pedagog.

Ekspozycja „Jerzy Jarnuszkiewicz. Notatki z przestrzeni” – to objawianie. Także od strony aranżacji i architektury przestrzeni (autor: Robert Rumas). A kurator Waldemar Baraniewski naprawdę postarał się jak najdokładniej zaprezentować swego bohatera. Nareszcie pokaz na miarę Zachęty!

58909014807cb  58908fe1e973a

pomnik jarnuszkiewicz3_p1_resize588606419bd06  58908fe5314f7 image_003 01 58908fe9acb83large_2

 

01
Feb

Hopper w Rzymie, w kinie, w małżeństwie (wystawa w Complesso del Vittoriano)

Udostępnij:

 

 Alfred Hitchcock, Terrence Malik, Michelangelo Antonioni, Wim Wenders, David Lynch, Ari Kaurismäki, Andrzej Wajda – to tylko niektórzy mistrzowie kina, zainspirowani malarstwem Edwarda Hoppera. W tym roku minie pół wieku od śmierci artysty, który czerpał natchnienie z… ekranu, i vice versa.

Przypominająca tę rocznicę wystawa w rzymskim Complesso del Vittoriano (do 12 lutego 2017) sprowokowała mnie do tropienia związków amerykańskiego twórcy z dziewiątą muzą. Oraz do rozważań o fenomenie jego stylu i koncepcji.

                                         Hopper-Apartment-Houses hopper_exhibition_rome_4 

                                                 60.54 hb_62.95

 

Wyniesiony na ołtarz

Tę prezentację można potraktować w kategorii symbolu: oto Stary Świat padł do nóg przybysza zza oceanu. Dowodem – oddanie, czy wręcz poddanie najbardziej prestiżowego miejsca w sercu Rzymu Amerykaninowi. Oto wystawę Edwarda Hoppera ulokowano na Kapitolu, w budynku-pomniku wzniesionym na cześć Wiktora Emanuela II, pierwszego króla zjednoczonych Włoch. Il Vittoriano, gigantyczny kompleks urbanistyczny z początku XX wieku (inauguracja – 1911), zwany jest także Ołtarzem Ojczyzny. Tamże, w zachodnim skrzydle, organizowane są pokazy artystów prawdziwie zasłużonych dla światowej sztuki.

Niewątpliwie Hopper zasługuje na przyjęcie do międzynarodowego Panteonu, ale „okoliczności przyrody” (i historii) dodają wydarzeniu pikanterii.

Po pierwsze, mistrz Edward hopper_exhibition_rome_1

zaliczany jest do nurtu realizmu amerykańskiego, jednego z pierwszych rdzennie tamtejszych kierunków, zapoczątkowanych przed I wojną, a reaktywowanych i rozkwitłych po krachu na giełdzie roku pańskiego 1929. Jak wiadomo, był to początek wielkiej depresji nie tylko na Nowym Kontynencie. Efektem zapaści ekonomicznej okazały się narodziny faszyzmu w Europie, a w dalszej konsekwencji, narastanie izolacjonizmu tak w polityce, jak w sztuce. Nie trzeba dodawać, że Włochy, obok Niemiec, były epicentrum faszystowskich idei.

Co zakrawa na paradoks, zarówno w ostoi demokracji czyli w Stanach Zjednoczonych, jak w państwach skrajnie nacjonalistycznej ideologii, wypowiedziano wojnę abstrakcji.

Sztuce nieprzedstawiającej przeciwstawiono figurację, która miała nawiązywać do tradycji i dawać odpór „zdegenerowanej” kosmpopolitycznej twórczości.

 

Samotnicy z Nowego Jorku

Tak więc amerykański „prowincjonalny” realizm z lat 30.-40. XX wieku nie pojawił się przypadkowo, lecz był reakcją na wydarzenia geopolityczne. Jednak niewielu autorów zza Wielkiej Wody przebiło się na europejskie forum. Wciąż niekwestionowaną stolicą kultury był Paryż, dyktujący mody, weryfikujący kariery, namaszczający nowych guru sztuki. Oczywiście, I wojna poczyniła spustoszenie w szeregach twórców wszelkich dyscyplin, dając handicap Nowemu Jorkowi. Kolejną falę talentów ze Starego Kontynentu przywiało do Stanów faszystowskie tornado.

Lata minęły, historia sztuki została poddana wielu rewizjom i rewindykacjom. Przewartościowano zjawiska z pierwszej połowy XX stulecia, dopuszczono na Parnas także urodzonych w USA, zaakceptowano odrębność, doceniono wkład w światową sztukę, wyceniono na nowo ich dokonania. Nie mówię o trendsetterach pop-artu w rodzaju Warhola, Lichtensteina czy Rauschenberga, nie o pionierach ekspresjonizmu abstrakcyjnego jak Jackson Pollock czy Willem de Kooning. Mam na myśli przedstawicieli pokolenia urodzonego w ostatnich dekadach XIX wieku.

Większość tamtej generacji miała kompleks Europy, odrabiała z poślizgiem lekcję impresjonizmu lub z zadyszką goniła modernistyczne nowinki. Nieprzemakalni na mody okazywali się najczęściej ci, którym mentalnie było daleko do Starego Kontynentu – piewcy zdrowych amerykańskich wartości, patrioci regionalizmu, pogardzający „dekadentami” z École de Paris. Niczego nie można im było zarzucić jeśli chodzi o techniczne umiejętności, jednakże brakowało im wizjonerskich mocy.

I oto wśród twórców „made in USA”, związanych z miejscem urodzenia edukacją, myśleniem i postrzeganiem świata, pojawiło się dwoje outsiderów. Edward Hopper (1882-1967)edward-hopper-9343823-1-402

i Georgia O’Keeffe (1887-1986). image_gallery  

Choć wykształceni we własnym kraju, bez zwyczajowego europejskiego „dokształtu”, okazali się tak silnymi osobowościami, że wyłamali się z ram rodzimych tradycji. I poszybowali w kierunku własnych wyobrażeń, obsesji, koncepcji estetycznych.

O’Keeffe, niemal równolatka Hoppera, pod wieloma względami stanowi jego przeciwieństwo. Jednak można dostrzec kilka punktów styku: obydwoje szukali w malarstwie silnych kontrastów światła i cienia, oboje fascynowali się pejzażem o magicznych, metafizycznych własnościach. Co najważniejsze, obydwoje umieli oddać w obrazach specyficzny stan świadomości – bycia wewnątrz zjawisk i poza nimi; stan z pogranicza napiętej czujności i snu. Łączyli intensywność fizycznego, zmysłowego odczuwania rzeczywistości z emocjonalnym chłodem. Najkrócej rzecz ujmując, obydwoje wykreowali (każde innymi metodami) malarski koktail życia i śmierci.

Do tej wspólnoty należy dodać podobieństwo cech charakteru: byli odludkami. Powie ktoś – toż mieli partnerów, pozostawali w wieloletnich związkach małżeńskich, ba! mieszkali w Nowym Jorku, kursowali po ulicach metropolii, odwiedzali tłumne lokale. Ale zarówno Hopper, jak O’Keeffe równoważyli wielkomiejski zgiełk wyciszeniem na odludziu. On – w letnim domu na Cape Cod, ona – na Ghost Ranch w Nowym Meksyku. Mimo wszystkie różnice, późne pejzaże Georgii tchną – podobnie jak widoki uwieczniane przez Edwarda – aurą niepokojącej pustki. Jakby naprawdę przedstawiali okolice zamieszkane przez duchy. 111964 AR-160429784 georgia-okeeffe-sunset,-long-island LakeGeorge

Jest akurat okazja, by porównać dorobek Hoppera i O’Keeffe. Równolegle do ekspozycji EH na Kapitolu, w wiedeńskim Kunstforum trwa (do 26 marca 2017) wielka monografia damy, wcześniej prezentowana w londyńskiej Tate Modern. Dodajmy, że w tym roku wypadnie 130. rocznica urodzin tej artystki.

 

Kadr w świetle reflektora

Wróćmy jednak do pierwszego bohatera. Już na pierwszy rzut oka sztuka Hoppera wyróżnia się na tle innych wybitnych dokonań tamtego okresu konstrukcją kadru. A konkretnie – liniami diagonalnymi. Abstrakcjoniści (najogólniej rzecz ujmując) dbali o wyważony układ pionów i poziomów albo o równowagę walorów i „energii” obrazu. Hopper inaczej. Jego domena, to skosy, skróty, cięcia. Postaci, budynki czy inne obiekty złapane są w sieć linii ukośnych. Te przedstawienia łatwo opisać, lecz nie sposób być pewnym ich znaczenia. Konkrety mieszają się z domysłami.

summer-evening hb_53.183rooms-by-the-seafd38f575756f5adad51b4b7d60d39648

Najpierw zauważamy światło, które ustawia plany, wchodzi w interakcję z figurami, kreuje nastrój. To antyteza miękkiego sfumata Leonarda da Vinci, zaprzeczenie ciepłego chiaroscuro Caravaggia, negatyw subtelnego mżenia jasności u Vermeera van Delft.

U Hoppera w plenerowych przedstawieniach dominuje światło poranne, gdy powietrze przejrzyste, cienie wyraziste, a paleta barw chłodna nawet w pełni lata. Gdy wydarzenia rozgrywają się we wnętrzach, oświetlenie także nie daje wrażenia przytulności. Zjadliwa jasność przeraża i obnaża. Ale przecież tylko te jarzące w ciemności punkty pomagają ludziom zorientować się w przestrzeni, zobaczyć innych, znaleźć punkt oparcia. Więc nocne ćmy ciągną do światła, na własną zgubę…

Malarzowi udała się sztuka niebywała – anonimowe postaci wyniósł do rangi bohaterów. Jednak wcale nie ich nie „uczłowieczył”, nie sprawił, że interesujemy się ich losami. Ot, statyści.

Ale bezruch tych figur kryje w sobie coś złowieszczego. Wyczuwamy zapowiedź dramatu, choć na razie cisza, suspens. I napięcie rośnie.

Czy można się dziwić, że Hopperem inspirowali się reżyserzy oraz operatorzy? I odwrotnie – nie wydaje się niczym dziwnym, że namiętnością malarza były nocne, samotne wypady do kina. Ten zwyczaj, nabyty już w czasie studiów (zresztą do wizyt w kinie i teatrach zachęcał go Robert Henri, jeden z pedagogów nowojorskiej School of Art and Design, gdzie Edward pobierał nauki), kontynuował potem całe życie. Za młodu fascynował go niemiecki ekspresjonizm – Fritz Lang, Friedrich Murnau, Robert Wiene. Potem polubił filmy grozy, thillery, czarne kryminały. Uważnie śledził tricki oświetleniowe, pracę kamery, przeciąganie scen, zawieszanie akcji. Poza tym, co działo się na ekranie, chłonął aurę małych całodobowych kin, gdzie przesiadywali single nie wiedzący, czym wypełnić nadmiar wolnego czasu.

 

Marionetki w dekoracjach

Realizm Hoppera jest pułapką. Bo nie mamy pewności: pokazuje rzeczywiste budowle i wnętrza, czy tylko teatralne/filmowe dekoracje? Jako się rzekło, nadrzędną rolę pełni tu światło. A oświetleniem można fałszować, tworzyć iluzję, podkręcać napięcie. Tak właśnie robił Hopper. Na jego płótnach lampy, jarzeniówki czy reflektory zdają się decydować o egzystencji istot uwięzionych w ich świetle. W tych pomieszczeniach nie jest przytulnie ani swojsko. Pozbawione indywidualnych cech pokoje, często hotelowe czy biurowe, mają wyposażenie „praktyczne”, zredukowane do niezbędnego minimum. Nagie ściany, pozbawione zasłon okna, kanciaste sprzęty – wszystko to zdaje się ograniczać swobodę tych, którzy wejdą do środka. To nie domostwa, to więzienne cele. Bo też bohaterowie – a najczęściej bohaterki – obrazów pana EH nie cieszą się pełną wolnością. Są więźniami własnych strachów, natręctw, upokorzeń. Niewoli ich samotność i kompleksy. Żyją na uboczu. Nic im z komfortów nowoczesności – najwyżej tyle, że mogą udać się do całonocnego baru lub przesiedzieć kilka seansów filmowych. Podobnie odklejone od rzeczywistości wydają się mieszkanki prowincji. Widać, że nie doświadczają biedy; są młode, zdrowe i atrakcyjne – mimo to żadnej satysfakcji z życia nie mają.

Ale czy mamy do nich sympatię i empatię? Niekoniecznie. Ot, wieczne frustratki. Same nie wiedzą, czego chcą. Może, gdy zdobędą się na jakiś desperacki krok lub staną się ofiarą mordercy, na chwilę poruszy nas ich nieszczęście. Póki co, dopóki jeszcze żyją, są tylko kompozycyjnym sztafażem. Bez nich pejzaże i wnętrza wydawałyby się… nieludzkie.

 

Wizje nierzeczywistości

Stan zawieszenia, w jakim tkwią figury z obrazów Hoppera, prowokuje do snucia domysłów. Co było przed chwilą, co stanie się za moment? A gdyby te kukły animować, jaką fabułę by opowiedziały? I czy poszczególne płótna dadzą się ułożyć się w jakąś narrację? Takie pytanie musiały nurtować austriackiego reżysera Gustava Detscha, który z trzynastu prac amerykańskiego malarza wysnuł opowieść o losach kobiety imieniem Shirley (film „Shirley – wizje rzeczywistości”, 2013, polska premiera 2014).f17_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer installation_view_-in-milano

Deutsch ulepił swoją bohaterkę z postaci z różnych kompozycji Hoppera, powstałych w ciągu kilkudziesięciu lat. Akcja filmu? Właściwie jej nie ma. Oglądamy trzynaście oderwanych od siebie epizodów, dla których punktem wyjścia stały się płótna EH.p3_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_michaela_c_theurl_yatzer f1_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer maxresdefault-1 0c416746f6ecbcc00d6f6337fc54e822faf05d94_860

Deutsch dał Shirley zawód, czy raczej dorywcze zajęcie: to aktorka offowego teatru, potem osoba dorabiająca w kinie jako bileterka. Poznajemy ją w Nowym Jorku lat 30. i towarzyszymy przez kolejne trzy dekady. Najczęściej chodzi w skromnej, gładkiej sukience; czasem pojawia się w halce, niekiedy całkiem goła. Nie wstydzi się swego ciała, ale też nie eksponuje wdzięków. Nie podkreśla urody makijażem, nosi grzeczne uczesanie. Pomimo braku jakiejkolwiek zewnętrznej ekstrawagancji, przyciąga uwagę. Bo to sfinks, niepokojąca zagadka. Co kryje się za jej biernością, ospałymi ruchami, twarzą niemal pozbawioną mimiki?

Tak jak Hopper swoje modelki, tak Deutsch pozbawił swoją bohaterkę umiejętności uzewnętrzniania emocji. Przytłumiona, depresyjna, niezdolna do głębokich związków. Neurotyczna osobowość naszych naszych czasów.

Jednak Shirley nie jest odklejona od rzeczywistości. Choć na ekranie milczy, jej głos dobiega z offu. Widz ma wrażenie, że słyszy jej myśli. Shirley komentuje wydarzenia, analizuje siebie, swoje położenie, dostrzega istnienie innych. Monolog wewnętrzny, chwilami przeradzający się w strumień świadomości. W ten sposób reżyser, zarazem scenarzysta, zrobił użytek z techniki literackiej modnej w epoce, w której rozgrywa się akcja.

Ten film nie narusza sekretów modelki Hoppera; nie informuje, kim w istocie była. Stała się figurą uniwersalną, choć jej pierwowzór znamy z imienia i nazwisk: Josephine Nivison-Hopper. Żona i modelka artysty. Również jego jedyna przyjaciółka, sekretarka, opiekunka oraz – ofiara. Zamknięty w sobie, nieco psychopatyczny, poddany zmiennym nastrojom Edward traktował Jo (jak nazywał Josephine) niczym worek treningowy, w sensie fizycznym i psychicznym.

Poznali się na plenerze malarskim w Nowej Anglii. edward.josephine-hopper.1927-cropped_800.creditObydwoje dawno przekroczyli wiek młodzieńczy: byli po czterdziestce. Ona (urodzona w 1883 roku) była tylko o rok młodsza od tego, który miał zostać jej partnerem. Stanowili swe przeciwieństwo: on chudy wielkolud (mierzył prawie dwa metry!), zakompleksiony, małomówny. Ona malutka, żywa, ruchliwa, zawsze otoczona grupką „cygańskich” przyjaciół z nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village.

Skromna ślubna ceremonia odbyła się w 1924 roku. Żadne z nowożeńców nie było jeszcze znanym artystą. On zarabiał rysunkami do gazet, ona nauczała. I to ona pierwsza została zauważona, zaproszona do zbiorowej wystawy w Muzeum Brooklińskim. Co robi lojalna baba? Upiera się, żeby do pokazu dołączono prace męża. W efekcie, krytyka doceniła Edwarda, pomijając Jo. Od tego momentu jego kariera rusza z kopyta; jej twórczość zostaje w cieniu.

Wkrótce Eddie zostawił akwarele, które dotychczas były jego główną techniką, i przerzucił się na oleje.

 

Uwięziona pozowaniem

Związki artystów na ogół są trudne i pełne konfliktów. Nie inaczej w małżeństwie Hopperów. Delikatny introwertyk w czasie kłótni przeobrażał się w brutala. Zdarzały mu się rękoczyny, ale nade wszystko dręczył Jo psychicznie, poniżał, utrudniał pracę twórczą

.automat sunlights-in-cafeteria Hopper, Edwardedward-hopper-in-mostra-a-roma-dal-1-ottobre_890581

Wreszcie znalazł sposób, by ją ubezwłasnowolnić: uczynił swą modelką, jedyną modelką. Zaludnił przedstawiane wnętrza sobowtórami Jo. Pani Hopper nie odnajdywała się w tych przedstawieniach: „Grube i niezdarne stworzenie, które wygląda, jakby przesadziło z alkoholem. Tak naprawdę on wcale nie wierzy, że ja tak wyglądam. Po prostu nie jest w stanie namalować mnie takiej, jaka jestem”.62b11dd9ca352f5d221d8bbc8a188770

Jak wyglądało prywatne życie tej pary, dowiadujemy się z pisanych przez Josephine pamiętników. Okrutnych w swej szczerości, oddających tortury psychiczne, na jakie skazywało ją współbycie z genialnym artystą. Jo nikomu nie skarżyła się, nie ujawniała mężowskiej agresji, w imię miłości i jego talentu godziła się na ten destrukcyjny dla niej, sado-masochistyczny układ. Jedyny bunt, na jaki się zdobywała po szczególnie paskudnych akcjach artysty, to… próba zagłodzenia się na śmierć. Kładła się do łóżka i podejmowała strajk głodowy.

Z latami artysta stawał się coraz bardziej niechętny kontaktom z innymi. Przemierzał kilometrami nowojorskie ulice, przesiadywał w kinie, przejeżdżał amerykańskie prowincje w poszukiwaniu motywów i światła. Umarł niespodziewanie dwa miesiące przed ukończeniem 85 lat. Świadkiem jego odejścia – siedział w fotelu, w pracowni i nagle nie żył, w ciągu minuty, bez bólu, bez krzyku – była oczywiście Josephine.

Czy po odejściu męża poczuła się wreszcie wolna od emocjonalnych tortur? Skąd! „Nie poczekał na mnie”, poskarżyła się w pamiętniku. I dołączyła do męża dziesięć miesięcy później. Jak wyznała przyjaciołom, nie potrafiła żyć bez Edwarda.                                                                            hqdefault

 

 

Edward Hopper – Complesso del Vittoriano, Rzym, wystawa czynna do 12 lutego 2017

Georgia O’Keeffe – Kunstforum Wien, wystawa czynna do 26 marca 2017