Category: Autobiografia

09
May

Hardkorowo na kempingu (autobiografia od kuchni)

Udostępnij:

Spróbowałam harcerstwa, usiłując rozliczyć się – z opóźnieniem – z rodzinną tradycją (Małkowscy, założyciele polskiego skautingu).

Obóz spławny kajakowy, namioty, śpiwory, plecaki, kuchnia we własnym zakresie. Grupa małolatów trudna do upilnowania przez oszalałego „z nerw” wuefistę. Mieliśmy dyżury przy garach, naprzemiennie. Kucharze zmieniali się, dieta – ani na jotę. Co dzień to samo: chleb krojony na dwa palce grubo, marmolada, serek topiony, smalec, zupa, kartofle, na deser – kisiel. Najlepiej wychodziło nam to słodkie, różowe, nie wymagające praktycznie żadnych zabiegów poza mieszaniem i pilnowaniem stężenia. Nawet nadzór nad kisielem okazał się za trudny jak na nasze niecierpliwe natury. Stwardniał, bestia, na masę gumopodobną, elastyczną, nie poddającą się zimnej wodzie z jeziora. Ani to łyżką nabrać, ani pokroić, ani rozrzedzić płynem.

Jednak znaleźliśmy zastosowanie. Wyciągaliśmy kisielowe gluty i guguły z kotła bezpośrednio palcami, ugniataliśmy zgrabne porcje mieszczące się w dłoniach i pac! w kolegę/koleżankę. Prawdziwa bitwa na kisiel rozgorzała na wodzie. Kajaki utknęły na mieliźnie, jezioro płytkie po kostki nie groziło zatonięciem, a w garze nadal tkwiły nawisy gumiastej słodyczy, czekające na zmiłowanie w postaci deszczu. Latający kisiel – to danie wcześniej nienotowane w historii gastronomii. Nikt nie odniósł większych strat cielesnych, nikomu nie wybito oka ani nawet nie nabito siniaka.

Jednak do końca życia zapamiętam obozowy kisielek, bo porcja utkwiła mi… we włosach. Spróbujcie wypłukać taką gumową masę bez ciepłej wody, prysznica, szamponu. Antycypowałam punk-fryzurę. Włosy zbiły się w sztywnego, niepoddającego się grzebieniowi koguta, który opadł dopiero po solidnej mykwie w warszawskim warunkach.

 

09
May

Autobio-culinary (moich katastrof kulinarnych ciąg dalszy)

Udostępnij:

Drugie podejście.

Tym razem z homo.

To był wówczas najgłośniejszy krzyk nabiałowej mody. Wytwór PRL-owskich zakładów mleczarskich, idealny do użytku natychmiastowego (bezpośrednia kanap(k)owa konsumpcja) bądź z poślizgiem na żelatynie (sernik na zimno). Poszłam z nim na ostro. Zmieszałam homogenizowaną biel z musztardą sarepską w idealnie zbalansowanych proporcjach. Papka, która powstała, zapachowo nie miała żadnych cech charakterystycznych. Za to wyróżniała się wizualnie: było to najbrzydsze danie, jakie zdarzyło mi się widzieć. Jedyne skojarzenie, które nasuwało się – produkt gołębi nakarmionych laksatywą. Miałam w tym doświadczenie, jako że gruchały na naszym balkonie pomimo różnych straszaków stosowanych przez nieżyczliwych im dorosłych. Ja je kochałam, zwłaszcza paskudne, nieopierzone pisklęta, gnieżdżące się w skrzynkach na kwiaty i skutecznie usuwające konkurencję (rośliny). Te maleństwa wykazywały się zdumiewającym potencjałem wydalniczym, proporcjonalnym do wilczego apetytu. Mama załamywała ręce i na próżno usiłowała nadążyć z usuwaniem biało-szaro-zielonkawej masy, z półpłynnej twardniejącej w skamienielinę obrastającą balkonowe ranty.

Gdybym podłożyła gołębiom danie serowo-musztardowe, pewnie nie spostrzegłyby różnicy, no, chyba że były wrażliwe na formę. Ta wyprodukowana przeze mnie wypełniała miękką, jednolitą papką kamionkową, sraczkową w barwie miseczkę. W tym naczyniu zaserwowałam dzieło mamie, dumna, że pomagam jej w gospodarstwie. Nie wiem czemu odmówiła degustacji.

– Co to za kupa? – nieuprzejmie zapytała.

Jak nic, homo-uprzedzona.

Po tym przypadku zniechęciłam się do kulinarnych prób na cale lata.

09
May

Jak straciłam cnotę (kulinarną)

Udostępnij:

Czy pamiętacie SWÓJ PIERWSZY RAZ?

Ja – owszem.
To był disaster.

Zostałam uświadomiona kulinarnie w wieku lat siedmiu.
Groza! Tego się dziecku nie robi!
Wszystko przez nieodpowiedni podręcznik.
Tym pierwszym poradnikiem, po który sięgnęłam, była książka kucharska Maryi Monatowej, wydanie z 1905 roku, wznowie chyba dwudzieste.
Był przepis na gruszki w miodzie. Miodzio! Ale chwilowo nie miałam pod ręką gruch – nie sezon. Więc zastąpiłam marchewką. W spiżarni miodu nie znalazłam, ale też wymyśliłam erzatz: serek topiony tylżycki.

 

Potem patelnia, rozgrzanie tejże, na to serek, topliwy w wysokich temperaturach, jak mniemałam. Myliłam się – trochę miękł, trochę przypalał, do tego – cuchnął. Mimo to dorzuciłam marchewkę,  czekając na pożądaną reakcję chemiczną. Nie zaszła. Za to wzmógł się fetor. Już wiedziałam, że nie należy wychylać się z daniem. Wrzuciłam całość do klopa, spuściłam wodę.  Jednak ślad po eksperymencie pozostał – nie zdążyłam przewietrzyć kuchni. Stare, solidne budownictwo długo konserwowało zapachy.

Babcia wróciła z radia, jak zwykle głodna po zmaganiach w reżyserskim studio. Skierowała się w stronę spiżarki i niuch, niuch – po mieszkaniu.

– Okropnie cuchnie z rur, będzie zmiana pogody – zawyrokowała.

Powiedzieć, że byłam rozczarowana – to mało. Zrozumiałam, co to gorycz nieudanego doświadczenia.

Co z tego wynikło?  Wieloletnie powstrzymywanie się od kontaktów z garnkami.

 

07
Dec

Moje piękne samobójstwo

Udostępnij:

Skok w samodzielność

Zabiłam się cztery lata temu w maju.

Skoczyłam w przepaść samodzielności. A w Polsce freelancerstwo czyli zawód wolny, to zawód najwyższego ryzyka. Jednostka z zewnątrz, usiłująca przebić się przez zasieki redakcyjnych układów, jest bez szans. Argument w postaci bagażu wiedzy czy talentu tylko obciąża jak kamień u szyi. Taki delikwent stanowi zagrożenie dla miernych, dyspozycyjnych, słabych. Ale żeby popełnić samobójstwo, trzeba mieć jaja. Znaczy, siłę charakteru. Mam.

Więc zabiłam się te kilka lat temu, z nadzieją na efekt feniksa. Wolałam to niż stagnację i stan permanentnej frustracji. Mogłam jeszcze trzymać się pazurami ostatniego skrawka wolnej przestrzeni, jaką mi pozostawiono. Mogłam przyduszać się w coraz gęstszej atmosferze. Mogłam znosić znój durnych obowiązków. Jednak zamiast tego – poszłam w samobója: wymówiłam pracę w redakcji „Rzeczpospolitej”.

Ku uldze wielu osób.

Robili, co mogli, żeby w Polsce krytyka artystyczna przeszła do historii, jak zawód garncarza czy kominiarza. Poniekąd udało im się. Zastąpiły ją – krytykę – twory lepiej s przystające do obecnych potrzeb: wystawy kuratorskie, sztuka krytyczna, publicystyka kuratorska, p.r. -owskie brify.

Co to oznacza dla artystów? Być albo nie być. Tylko tyle.

 

22
Nov

Autobiografia w obrazkach

Udostępnij:

Po 1989 roku ruszyłam z entuzjazmem do walki o sztukę. Dekada po stanie wojennym nie dawała szans na rozwinięcie krytyczno-publicystycznych skrzydeł: ograniczał nas – tych niesprzyjających czerwonej władzy – zakaz pisania/mówienia/występowania w oficjalnych mediach. A innych nie było.

Więc gdy poprzedni strój legł w gruzach – do roboty! Sztuka stała się wolna, ja też. Słowa również zostały uwolnione. Takoż sądy, poglądy, przekonania. Wydawało się – w każdym zakresie, w sztuce zwłaszcza.Eugène_Delacroix_-_La_liberté_guidant_le_peuple

Krytyka sztuki znakomicie odpowiadała mojemu temperamentowi oraz umiejętnościom. Jeszcze wtedy istniał taki zawód/pasja/powołanie.

Pomijając detale stroju – zachowywałam się jak Marianna. Też się obnażałam – psychicznie. Szczera, odważna, bezkompromisowa.

9Wytaczałam armatnie argumenty przeciwko tandecie i nawykom (estetycznym). Wyjaśniałam, że sztuka może być mniej miła dla oka i niezbyt wygodna dla sumienia gwałtownie odkuwającego się, nagle wzorowo konsumpcyjnego społeczeństwa.

.somosierra2_orginalBywało trudno. Zwłaszcza w dość tradycyjnej gazecie „Rzeczpospolita”. Ale wywalczyłam tam sporą niezależność.

Madame_Récamier_painted_by_Jacques-Louis_David_in_1800   Nie spoczywałam.

c3a9douard-manet-the-railway-gare-saint-lazare-1872-731Podróżowałam, oglądałam, chłonęłam to, co dzieje się za granicą.

cezanne.fatherNamiętnie czytałam, uzupełniając na bieżąco wiedzę z historii sztuki.

Wojciech_Fangor_SOAP_OPERA_1979 Popularyzowałam sztukę w mediach „gadanych” – w radio i tv. Nabywałam sprawności, których wcześniej nie posiadałam: mówienia do kamery, do mikrofonu. Ba, nauczyłam się montażu telewizyjnego i robiłam własne popularyzujące sztukę programy w tv. Dostałam stały felieton w Trójce; udział w dyskusjach w Dwójce.  Byłam częstym gościem radia S; pojawiałam się w Jedynce. Do tego Pegaz (tv) i inne, własne programy artystycznie edukujące.

kiss1 image9W życiu prywatnym też mi się zaczęło układać. Poznałam wreszcie tego jedynego i zjednoczyliśmy się – w pocałunku, w tańcu, w codzienności. Co obowiązuje do tej pory.

thedancingclass1874.jpgHD Na mediach moja aktywność nie kończyła się. Zaczęłam uczyć, prowadzić młodych na wystawy, opowiadać o dziełach w galeriach, otwierając ludziom oczy przy pomocy żywych przykładów.

the-cardgame-1950Ale diabeł nie spał.

Podczas gdy ja biegałam za motylkami, nieświadoma, że trzeba się ustawić, inni formowali układ.2233327

Jak dziecko wierzyłam, że sztuka/kultura – to rewiry, gdzie spotykają się ludzie o wyższym niż gdzie indziej (np. w polityce, biznesie) morale.

the-awakening-conscience-1853Któregoś dnia nastąpiło przebudzenie. Otrzeźwienie. Wstałam z kolan nader kulturalnego kochanka (kochanki?).  Zauważyłam interesy. Cudze. Szyte coraz grubszymi nićmi. Bo dla społeczeństwa sztuka nigdy się specjalnie nie liczyła, a po kryzysie 2008 – w ogóle zniknęła z pola zainteresowań. Ci, co kręcili na tym marginalnym poletku swoje lody, nie napotykali na żadne przeszkody.

the-desperate-man-self-portrait-1845Wreszcie to zrozumiałam.

The fabric of everyday lifeStara idiotka. Wciąż poza układami, wciąż borykająca się z rzeczywistością w pojedynkę.

2926_bigWrzasnęłam. Krzyk pooooszedł… po fali.

Na efekty nie trzeba było długo czekać.

analiza_i_interpretacja_obrazu_57824Odbyła się egzekucja.

11transnTak, jasne – to metafora. Ale wykluczenie jest jak zabójstwo.

francisco-goya-cykl-okropnoc59bci-wojny-e1327185560614Zwłaszcza mordercze jest odebranie pasji.

Naraziłam się układowi. Czy raczej – układom. Różnym sieciom, siatkom, mafiom i mafijkom.

Najlepiej dla nich byłoby, gdybym zrobiła to, co ta pani.

1280px-John_Everett_Millais_-_Ophelia_-_Google_Art_Project

Pozostało mi jedno wyjście: internet. Niniejszym korzystam.

07
Nov

Stroję się (cz.2)

Udostępnij:

Gdy nadchodził karnawał i zaczynały się imprezy, inwencja w zakresie strojów przybierała na sile.

Na bale przebierańców czekaliśmy ze szczególnym napięciem. Będzie narzucona tematyka czy każdy wygłup dozwolony? Ale nawet najściślej określone hasło wywoławcze pozwalało na improwizacje. Od czego dowcip i wyobraźnia? Oraz swoboda skojarzeń? W końcu artyście nie przystoi pójść do wypożyczalni kostiumów i po prostu przebrać się za jakąś postać.

Mój pierwszy bal – to była manifestacja dzieci-kwiatów. Miałam dość tej słodkiej stylistyki. Postanowiłam się sprzeciwić. Zawalczyć. Stąd pomysł na sukienkę-zbroję. Widziałam podobne w żurnalach, lansował je Paco Rabanne.

 Paco232 paco_rabanne_542233360_north_545x paco-rabanne-dress410 robe_paco_rabanne_756153989_north_545xTo miało być coś w tym stylu…

Ale skąd w PRL-u wziąć materiał-łuskę? Przez wiele miesięcy prowadziłam kwestę: zbierałam kapsle od mleka i nakrętki od wódki. Wycinałam aluminiowe denka i naszywałam na siatkowy podkoszulek. Nie wyrobiłam się do balu. Zabrakło mi co najmniej czterech piątych dzieła. W ostatnim dniu srebrzyste denka zastąpiłam wszystkim, co wpadło mi w ręce – łańcuszkami, guzikami, cekinami, dżetami. Wypadło super.

Kolejna przebierana zabawa – parada historii. Przy tym mnóstwo śmiechu, bo mało kto zgadywał, za co przebrali się koledzy. Wystąpiłam jako kobieta pierwotna (pamiętacie „Planetę małp”?). aaa0d345c9162e49770f883aa2e90725,14,1 12422_1

Najłatwiejszy kostium w mojej karierze. Wybłagałam u mamy futro z oposów, spód z pelisy. Zrobiłam z tego sukienkę włosem na wierzch, z szerokim pasem w talii. Do tego wysokie boty, natapirowane włosy, „dziki” makijaż i już kreacja była gotowa. Pod koniec studiów temat balu był szczególnie wyrafinowany: zgniły Zachód. Tu trzeba dodać, że studiowałam za czasów Gierka, kiedy powiało bananowym szpanem. Towary markowe, jak dżinsy, perfumy czy swetry kupowało się w Peweksach. Te oazy luksusu posłużyły mi za inspirację. Postanowiłam przebrać się za… snobizm. Symbolem tegoż uznałam metki, przez niektórych moich znajomych starannie eksponowane na spodniach, koszulach, szalikach. Niektórzy byli gotowi założyć ciuchy na lewą stronę, żeby tylko inni dostrzegli i docenili pochodzenie stroju.

Myślicie, że to Calvin Klein wymyślił slipki wystające spod spodni? Nie, moi zapatrzeni na Zachód kumple wcześniej niż niemiecki projektant wyciągali jak najwyżej gumki od bielizny, a szaliki zawsze nosili tak, żeby firma była widoczna.

Pogardzałam szpanerami. W koszulkach odpruwałam metki, bo drapały mnie w kark; w dżinsach wycinałam firmowe oznakowania, bo bałam się pomówienia o autolans. To samo robiłam z garderobą mojego chłopaka. Powstała z tego minikolekcja metek. Takie ładne, że żal wyrzucić. Zainspirowały mnie: zrobię z nich wystawę. Na sobie, znaczy – na sukience.

russian influence_d viva fidel_d seven arts_dWiele lat później Mariola Przyjemska zauważyła urodę metek i zrobiła z nich wielkie fotografie. Pokrewna mi dusza. Tu – jej prace (znaczy, zdjęcia labels).

Podjęłam szeroko zakrojoną akcję. Każdemu, kto wyjeżdżał za granicę – co zdarzało się incydentalnie – obiecywałam złote góry za „labels”. Apelowałam do zagranicznych przyjaciół o przysyłanie markowych logo.

Co za cuda wtedy zdobyłam! Pamiętam, że największy kawałek jedwabnej materii (markowe metki najczęściej robiono – i tak pozostało do dziś – z jedwabiu) pochodziły z… kaszmirowego koca. Najdyskretniej zaś – jako wstążeczka z imieniem i nazwiskiem – afiszowała się moja koleżanka z Amsterdamu, przejściowo zajmująca się projektowaniem.

Co z tym towarem zrobiłam? Na gładki biały T-shirt po narzeczonym (dla mnie jak minisukienka) ponaszywam setki labels, tak, żeby zasłonić podkład. Ręcznie. Układałam kompozycję, jakbym malowała obraz. Po balu przerobiłam sukienkę na kamizelkę.

Metki, których nie zdążyłam naszyć, spożytkowałam na inne trykotowe koszulki. Za każdym razem układałam elementy w odmiennym szyku – w rzędach, chaosie, po skosie. Wkrótce potem wyjechałam do Amsterdamu. Moje logo-kreacje zrobiły furorę. Z kilku zrobiłam znajomej prezent. Odwdzięczyła się, kontaktując z szefem amsterdamskiego trendowego butiku. Dostałam propozycję współpracy. Ile takich uszyję przez miesiąc, padało pytanie. No… ze dwa, trzy, odpowiedziałam, przecież to rękodzieła. Oferta natychmiast stała się nieaktualna. Nie przyszło mi do głowy, żeby zatrudnić innych…

Wróciłam więc do kraju. Do dziś zachowałam kamizelkę pokrytą gęsto metkami. Mam do niej sentyment. Przypomina mi bal. Oraz projektancki sukces, którego nie potrafiłam zdyskontować. 

06
Nov

Stroję się (cz. 1)

Udostępnij:

Nigdy wcześniej ani potem nie dostałam od ojca tak wspaniałego prezentu.

Przywiózł mi z Paryża białe, plastikowe botki, kopię szałowego obuwia Courrege’a, wówczas największego hitu mody. Courreges-Vogue-1May13-Rex_b courreges-rex_2016605a CourregeLaRedoute tumblr_m0don5uDaz1r2tq6j louisvuitton 9-2-andre-courreges-and-design 19391348526771072_e8758149f7_o

Chodziło o takie mniej więcej botki jak te na zdjęciach – tylko w wersji tańszej, plastikowej. 

Zadawałam szyku! Żadna z koleżanek nie mogła popisać się podobnie awangardowym obuwiem – a nawet w PRL-u moda zaczynała się od podstawówki. I wszystkie panny w zasmarkanym wieku wiedziały, co jest en vogue. Że mini, że botinki, że płaski obcas i kolorowe rajstopy (z braku tychże zastępowane przez kolorowe albo białe koronkowe pończochy). W ogóle, ze wszystkim był problem, jednak z informacją – żaden.

Kobiety wiedziały, co jest grane. Instynkt? Podsłuch? Tajni agenci? Otóż wystarczyło kilka sygnałów i przesłanek, by polskie damy w każdym wieku rozwiązywały równanie z wieloma niewiadomymi. Coś tam zobaczyły w tygodniku „Przekrój”, na coś otworzył im oczy materiał z miesięcznika „Ty i Ja”

z13114259Q,Debiutancka-kolekcja-Grazyny-Hase-opublikowana-w-m 1182_lightbox_RC5 Ty i Ja - sierpień 1964 - s. 21-003 IMG_3402 z13114267Q,Miesiecznik---Ty-i-Ja-- IMG_3584 sweet_Picture-8Strony i okładki miesięcznika „Ty i Ja”.

jakiś detal wypatrzyły w tygodniku „ITD”.

Mniej więcej 40 lat temu Wojciech Młynarski w piosence „Światowe życie” podsunął pomysły na swojskie ersatze luksusowych produktów z Zachodu. Czeskie kolie zastępowały Cartiera i Tiffany’ego; przemysławka pachniała jak markowe perfumy; żubrówka konkurowała z whisky.

Nie wiedzieć czemu, nasz satyryk-piosenkarz zapomniał o rodzimych odpowiednikach dżinsów. Oryginalne spodnie z denimu bywały dostępne na ciuchach i w komisach, ale za niebotyczne sumy. Natomiast za cenę przyjazną kieszeni można było nabyć szariki. Nie były blue, tylko szaro-niebieskie. W miejscu przy pasku, gdzie w amerykańskich „dżinach” pojawiało się firmowe logo, szariki miały psią mordę…

Na Modę Polską, jedyną firmę na niemal światowym poziomie, stać było znikomy procent obywatelek PRL-u. fot (21) z12249708Q,Ubrania-z-kolekcji-Mody-Polskiej-z-pierwszej-polow z12249705Q,Jadwiga-Grabowska-zawsze---w-idealnie-skrojonym-ko z12249710Q,Ubrania-z-kolekcji-Mody-Polskiej-z-pierwszej-polow a2 21431_KEYFRAMES_00_00_12_21 antkowiak jerzy bucking the tide 1_6954872 z12249712Q,Ubrania-z-kolekcji-Mody-Polskiej-z-pierwszej-polow P8230610-768x1024 a4Trochę z archiwum Mody Polskiej. Starsza pani w turbanie – to Jadwiga Grabowska. 

Bardziej demokratyczna i dostępna cenowo była Telimena. Jednak te przedsiębiorstwa nie „wyrabiały się” na krajowe potrzeby, ba! na potrzeby większych miast. Toteż rozpleniła się sprzedaż spod lady, wziątka wręczane sklepowym, a także – sieć wymiany towaru (ktoś dorwał „okazję”, która wcale nie pasowała, ktoś inny nabył niepotrzebnie dwa identyczne swetry, bo akurat rzucili). Nie do przecenienia były też słynne odrzuty z eksportu. Cudzoziemcom nie podoba się? Uszyte krzywo? Nam pasuje. Usterki można poprawić. Byle trąciło Zachodem.

Na Akademii Sztuk Pięknych parada kreacji – a raczej ekstrawagancji – odbywała się co dnia. Tradycja dotycząca płci obydwu, której żadne pokolenie nie miało ochoty się sprzeciwić. Bez względu na czasy, dbałość o własny, oryginalny styl stanowiła warunek konieczny, żeby liczyć się w tym niewielkim zespole. Studencka brać nie oceniała talentu – lecz wygląd

27
Oct

Zazdrość (może boleć)

Udostępnij:

Znacie smak zazdrości? Ja znam. Kożuszek turecki. Wakacje w Jugosławii. Długie włosy z grzywką.A2G2186

Hieronymus_Bosch_078Hieronymus_Bosch_077Aż tak, to nie…

Ściskało mnie w dołku, żeby też tak mieć. I zazdrościłam tym, które miały. Ale o chłopa? Nie doświadczyłam. Znajdowałam szybko kolejnego, nawet jeśli rozstanie z poprzednim bolało.

Bywałam natomiast obiektem zazdrości. Jeden taki mnie porwał na motocyklu, bo nie stawiłam się na randkę. Zawiózł na wiślaną łachę, gdzie żywego ducha, chciał posiąść, na co nie miałam ochoty. Wielogodzinne pertraktacje zakończyły się moim zwycięstwem – czy raczej zwycięstwem elokwencji nad chucią. Drugi zamknął mnie w pracowni, klucz zamelinował i terroryzował emocjonalnie, że jak go rzucę, to się potnie (czy coś podobnego). Uwięziona jak księżniczka w baszcie (choć to akurat była piwnica), miałam potem o czym opowiadać.

Co innego zazdrość mężowska. Doświadczyłam w dwóch kolejnych przypadkach. Na pozór inne charaktery, odmienne okoliczności, lecz ataki zazdrości u obydwu objawiały się podobnie. Nie dawali wytchnienia, wiercili dziurę w brzuchu, brali w krzyżowy ogień pytań, łapali za słówka. Przesłuchania ubeków to przy nich pikuś – wprawdzie nie torturowali cieleśnie, ale dobijali psychicznie. I nigdy nie mieli dość. Nawijali dzień i noc (z niewielkim przerwami, kiedy padali spać), analizując sytuacje, w których spojrzałam zbyt lubieżnie na innego samca, jeszcze innego powitałam buziakiem (publicznym), tańczyłam, zadzierając za wysoko nogę. Słowo, takie mieli problemy. Kto tego nie przeżył, nie ma pojęcia, jak rani zarzut: „Chciałaś go uwieść, mnie lekceważysz!”jealousy_and_flirtation-jpg

Efekty: zaczynasz kontrolować każdy odruch koleżeńskiej serdeczności, powściągać spontaniczne zachowanie, patrzeć, nie widząc (w przypadku krótkowidza – nic nadzwyczajnego, a gdy jednak chcę coś/kogoś zobaczyć wyraźniej, kolejny powód do rugania: spoufalam się). Kolejny etap – unikasz spotkań ze znajomymi, odrzucasz zaproszenia na imprezy, gdzie tańce, w ogóle przestajesz wychodzić z domu. Chyba że do roboty… Pod telefoniczną kontrolą, ze stałymi meldunkami, gdzie i co. Przecież operator i cała ekipa, na ogół męska – też zagrożenie. A on przez to cierpi.jealousy

Zazdrość może boleć. Rękoczyny skutecznie leczą zranione męskie ego. Bo jak suka nie chce się przyznać, to człowiek wychodzi z siebie. Jak się przyzna (już czasem, dla świętego spokoju, mówisz – tak, chciałam go uwieść, mea culpa) – tym bardziej zasłużyła.

Przy pierwszym małżonku szybko – po dziewięciu miesiącach – zorientowałam się i wniosłam o rozwód, bez orzekania o winie. Ale on – co to, to nie! Przecież on bez skazy, on kocha. Ma być z orzeczeniem o mojej winie. Chłop urządził proces pokazowy, bodaj 24 rozprawy. Miał czas, mało pracował. Zazdrość przerodziła się w manię niszczenia. Tropił mnie, jak detektyw. Czaił się pod domem, śledził na wernisażach. Wystraszał nowych absztyfikantów. Powoływał na świadków wszystkich znanych mi mężczyzn, od profesorów ze studiów po przypadkowych znajomych. W razie absencji jakiegokolwiek świadka domagał się przełożenia terminu sprawy o kolejny miesiąc, dwa. Gdy akurat wszyscy się stawiali, nawalał główny bohater, biorąc zwolnienia lekarskie. Prawie trzy lata ciągnął zabawę, żebym tylko nie poczuła się wolna. Ha! Zemsta jest rozkoszą bogów! 89674293A on się czuł bosko. Wreszcie sąd przejrzał jego grę. Dostałam rozwód. Z orzeczeniem o jego winie. Niedoczekanie! Złożył odwołanie. I prośbę o zniesienie kosztów kolejnego procesu (że bezrobotny i go nie stać). Chciał jeszcze z roczek pobawić się, popsuć mi szyki, podrażnić. Ale przegiął.

I szybko wpadłam w ramiona kolejnego zazdrośnika.JealousyCausesUsToLoseOurIdentitiesAsChristians

Z tym drugim ślubnym sądowe unieważnienie związku przebiegało po maśle. Wiedział, że przegrał – emocjonalnie i psychicznie wymknęłam się spod kontroli. Jego sceny zazdrości zaczęły mnie śmieszyć. Jak oprawca ma pracować, kiedy ofiara zamiast bać się, chichocze?mon

Jeśli ktokolwiek współczuje tym skrzywdzonym chłopakom, spieszę z info: pocieszyli się błyskawicznie. Pierwszy sprowadził następczynię i natychmiast się rozmnożył, żeby zachować mieszkanie, z którego uciekłam (przed nim, rzecz jasna). Drugi zakręcił się przy kolejnej babie z mieszkaniem (miał wprawę, zawsze takie wybierał, samiec bez metrażu) i zaraz pach! córeczka.

Memento dla wszystkich, które/którzy jeszcze nie wiedzą: wielka zazdrość nie oznacza uczucia podobnych rozmiarów. Najczęściej bywa odwrotnie. Przekonuję się o tym każdego dnia cudownego związku, gdzie nikt nikogo kontroluje. Ufamy sobie.

 

20
Sep

Jak się żenić, to się żenić!

Udostępnij:

…Niech się stopi, niech się spali/ byle ładnie grajcy grali,/ byle grali na wesele…

008 2 cd377616-6729-4bc4-bd80-393013948ad0

 

Praktyki weselne i robotnicze

Dwóch zamroczonych chłopków, jeden czule obejmuje bas, drugi rzępoli na skrzypkach, do tego baba okrakiem na bębnach. Takie kombo przygrywało na moim pierwszym weselu. Pierwszym, w którym uczestniczyłam. Nie, że ja wstępowałam w związek – wydawała się córka naszej kucharci z praktyk robotniczych. Prosta kobiecina gotowała nam zawiesiste zupy i brejowate sosy, żebyśmy przetrwali w trudnych mazurskich warunkachz11442549VMazury-Polska-Port-jachtowy-Niedzwiedzi-Rog-na-jeziorem, często po raz pierwszy bez mamy/taty/zadbania. Zaprosiła nas hurtem, spontanicznie, z polską gościnnością. O, naiwna! Nie wiedziała, ile taki student potrafi wypić. Chłopaki pili szklankami czystą gorzałę, bo stała ot, tak, na stole. Zachłanność odebrała im rozsądek (choć może nie miała co odbierać). Jeden taki Maruś zaszył się pod stołem z dwiema flaszkami zwiniętymi ze stołu i tam go sen zmorzył, zanim opróżnił swoje zdobycze. Drugi taki Misio Wampirem zwany zastąpił w muzycznym trio spitą babę zasypiającą nad bębnem i bezskutecznie usiłował zsynchronizować uderzenia w instrument z duetem bas-skrzypce, jak na razie wciąż pozostającym w pionie. Wojtuś nie wchodził w rytm, melodia rozsypywała się na drobny mak, nikt już nie panował nad muzą. A pary wirowały wedle własnego wewnętrznego pulsu.

Jedna taka Misia, która umiała prowadzić cztery kółka, lecz aktualnie prawa nie posiadała, postanowiła odwieźć najbardziej poszkodowanych do obozowiska. Szła do samochodu zygzakiem, co nie uszło uwadze ludności rolniczej. Słusznie nie pozwolono jej dorwać się do kierownicy. Chłopaków (w stanie przypominającym kisiel) zdeponowano na wóz i wio! mała, do gospodarstwa. Najwięcej kłopotu było z Marzenką, która kopała i gryzła na dowód, że jest w stanie bezpiecznie odtransportować siebie i kolegów tam, gdzie trzeba. Myliła się – szkapa miała lepsze kwalifikacje. Zwłaszcza, że pobierała tylko hadwao.

 

Gość nie zawsze w dom

Drugie wesele – w drodze powrotnej z weekendu nad Zalewem Zegrzyńskim. zdjecie,600,72907,zalew-zegrzynski-port-w-nieporecie

Nasza czteroosobowa gromadka – tak jakby w uniesieniu. Wiosna, zaloty, świat nam sprzyja! Był z nami reżyser W., piękny i sławny. Zachciało nam się kawę wypić w przydrożnym zajeździe. Niestety, cały wynajęty pod wesele. Tym lepiej. Tradycja każe zaprosić nawet chochoła, co dopiero sławnego W. Toż to okrasa uroczystości, dar niebios, błogosławiona panna młoda! Wkroczyliśmy na salę pewni aplauzu. Wyszło nam na powitanie dwóch wykidajłów. – My z życzeniami – bajerujemy, pewni siły przyciągania W. Wykidajły jakoś nie dają wiary. – A co staropolską gościnnością? A Wyspiański, a Wesele, a tradycja? – stajemy się natarczywi, pić się chce. I wiecie? Oni nas wykidali! Pozwolili napić się soczku, po szklaneczce i won, kolesie, tu poważne wesele, panna młoda od sołtysa, ważniejszych nam nie trzeba. Dla W. był to cios. Jego pozycja bożyszcza runęła. Dorobek stanął pod znakiem zapytanie. Pewność siebie znikła. Wesele odebrało mu radość.

Moje własne

A to moje? Pierwsze odbyło się w kawiarni Domu Plastyka.

Marian Czapla i Wiesław Sokołowski archiwum ZA Jan Masiak i Wiesław Sokołowski archiwum ZA Lata_70 obrazy_w_architekturze_97286    Sceny rodzajowe z kawiarni DAP. Nie z mojego wesela, ale widzicie klimaty.

Dwoje świadków, przypadkowi goście, rodziny brak. Ja w białych dżinsach, mój oblubieniec w swetrze typu szetland; codzienna elegancja, dzień jak co dzień, bodaj czwartek. Drugie już niby lepiej przygotowane, familia obecna plus krewni i znajomi królika – a we mnie zero szczęścia, tylko strach. Różowa jedwabna sukienka i jakaś świadomość idąca od pięt, że robię głupio. Trzecie – moja sprawa, nie powiem.

05
Aug

Liga cudzoziemców

Udostępnij:

Nieważne – ma zalety ciała i umysłu, byle nie bił i miał zagraniczny paszport. To była nie tylko moja dewiza. Większość koleżanek dostawała cipca na wieść, że na warszawskiej orbicie pojawił się cudzoziemiec. Samiec. Najlepiej – wolny, ale jeśli trochę żonaty, też nie szkodzi.

W mojej uczuciowej konstelacji zajarzyło kilku obcokrajowców. Niestety, ten pierwszy – Jean, Francuz, przybył za wcześnie – nie miałam jeszcze planów matrymonialnych; za wcześnie zgasła jego gwiazda.

Na szczęście, Akademia Sztuk Pięknych dostarczała czasem materiał prawie nie wybrakowany; odrzuty (z importu) bez zarzutu. No, niemal. Na studiach pojawiła się para Finów (nazwisk nie pomnę). Próbowałam wejść z nimi (zwłaszcza z nim) w kontakt, bez powodzenia. Izolowali się, tak językowo, jak konsumpcyjnie – nawet nie chodzili na herbatę do Eufemii. Ale raz…  Wchodzę po szerokich schodach wydziału malarstwa, a na parapecie siedzi anioł. Piękny, kędzierzawy, w długim rozkloszowanym paletku. Pier-Giorgio-Giovanni mu. Znaczy, Włoch. Zna francuski, ja w tym dobra. Wzięłam kręconego na hol. Szybko się wyjaśniło, że ma kobietę, Polkę (o, suka!), lecz nie widzi przeszkód co do przyjaźni. Tośmy się przyjaźnili.

P-G-G nie był jedyny; Finowie też nie wyjątki: studiowałam w latach, kiedy do pracowni plakatu Henryka Tomaszewskiego peregrynowały tabuny z całego świata, na studia, na staż. Niezłe polowanko. imgresLepiej miały te, które też uczęszczały do pracowni mistrza. Jedna śliczna taka wypatrzyła Thierry’ego, Paryżanina. Zanim zobaczyłam, słyszałam same superlatywy. W jej opowieści przyćmiewał aparycją imgres-1Alaina Delona – w istocie miał metr sześćdziesiąt wzrostu i nos prawie takich rozmiarów. Łysiał. Owszem, miły. Thierry zabrał lalę do Francji. Już po dyplomie, odwiedziłam ich w Paryżu. Jeszcze byli razem, ale związek zmierzał ku końcowi. Ona dostrzegła mankamenty jego urody; miała branie u przystojniejszych. Ale została nad Sekwaną, zadomowiona i naturalizowana.

Popularniejsze były kraje anglojęzyczne. Kiedy na staż przyjechał Tim, Timothy (kraj pochodzenia: Wielka Brytania), zakręciła się koło niego hoża blondyna z wciętą talią i pokaźnym biustem. Miękła, omdlewała, kiedy pojawiał się na korytarzu. Umiała to zagrać, z aktorskiej rodziny. Wpadł na amen, zabrał ją do Londynu. Wróciła kiedyś na krótko, wyglądała na zadowoloną z losu. Coś tam dłubała w ceramice. Nie wybiła się, ale czy tu by jej się to udało?

Co do mnie – miałam kilku amantów z dobrym (czytaj: zachodnim) pochodzeniem. Philippe’a z Francji, równie pięknego jak głupiego, i przerażonego, że może będę coś od niego chciała. Andreasa z Argentyny (przygłup w glanc wyjściowych butach do dżinsów; ale skąd miał mieć obycie, jego rodzina dorobiła się na guzikach, brzmi kabaretowo, lecz  było serio!). Nie mogło nam wyjść.

Już po studiach, w gorączce solidarnościowych nocy, pojawił się Holender, który mi się oświadczył. Ale, o holender, był to Frans, ryży neurastenik z przerostem libido. Odpadł w konfrontacji z moimi potrzebami. Potem był Mat, dentysta z Amsterdamu, Żyd o artystycznych zamiłowaniach. Brzydactwo, lecz opiekuńczy. Pożerał kalafiora na surowo i spał na łóżku-materacu wypełnionym wodą. Chciał uchodzić za ekscentryka, a przerażająco nudny. Nie dało rady. Jacyś jeszcze dowalali się, lecz nie pozostało po nich wspomnienie.

Kiedy wreszcie poczułam się dobrze w ojczyźnie, dostałam szansę, by ją (ojczyznę, znaczy) opuścić. I to oferowaną przez Polaka, osadzonego nad Menem (taka rzeka w Niemczech). A wtedy nie, dziękuję. Mnie tu dobrze (albo źle, bez znaczenia). Z cudzoziemcami zabawa skończona. I wiecie, co się stało? Tak słusznie się domyślacie: on tu jest. Nadal.