Category: Ludzie

21
Apr

Zależało jej na Polsce (o Magdalenie Abakanowicz – w dniu Jej śmierci)

Udostępnij:

 

 

W piątek 21 kwietnia 2017 zmarła Magdalena Abakanowicz. Miała 87 lat.5447641443981_magdalena_abakanowicz

Chorowała mniej więcej od dekady – z Alzheimerem nie można wygrać. Ale jej przypadek jest szczególny, bowiem chorobę przyspieszyła… rozpacz. Abakanowicz przegrała walkę o Park Rzeźby, o budynek na przechowywanie jej monumentalnych prac, o obecność w warszawskich muzeach… Kiedy dopadła ją choroba uniemożliwiająca dalszą aktywność, nikt się nie palił, żeby zadbać o jej pozycję w naszej sztuce. Zepchnięto ją gdzieś na dalekie pozycje.

Ostatni raz oglądałam jej wystawę dwa lata temu w Berlinie (2015). Pokaz w nieczynnym klasycystycznym kościele trwał raptem tydzień, lecz był jednym z najpiękniejszych, jakie widziałam. Specyficzna architektura świątyni i przesycona światłem przestrzeń stworzyły idealny kontekst dla jej wielopostaciowych instalacji. Zwłaszcza słynne „Plecy” z 1976 roku zyskały kontemplacyjny wymiar.plecy_6440812

To było pierwsze dzieło Abakanowicz, które wywarło na mnie wrażenie obcowania z czymś niezwykle ważnym, ponadczasowym, ponadkulturowym. Potem zachwyciła mnie instalacja, w której obok figur „wylęgły się” i rozpączkowyały kokono-jajo-kamienie – czyli praca „Embriologia”.Embryology 1978-80 by Magdalena Abakanowicz born 1930

Oczywiście, najpierw musiałam natknąć się na „Abakany”, sizalowe ogromy, antyteza tradycyjnych gobelinów. Zafascynowały mnie dziką, nieokiełznaną witalnością i jakimś przyczajonym, zamaskowanym zagrożeniem. Drapieżne, organiczne stwory, rozrastające się ponad, poza wyobrażenie o tkaninie dekoracyjnej. Piękne i straszne, stworzone przez człowieka, a nieludzkie, jakby pochodzące od samej natury. To właśnie „Abakany” przyniosły autorce międzynarodowy sukces, gdy w 1965 roku dostała za nie Grand Prix na Biennale w Sao Paolo

Featured-Artist-Magdalena-Abakanowicz-Hero.g76_a441 abakany_34px 852fd1d2ceda9ce55e9bce04b7b3496e

Poznałam ją w Lozannie, na Biennale Tkaniny, gdzie otwierała indywidualną wystawę. Był rok 1979, Abakanowicz wydawała się niedostępną gwiazdą. Odważyłam się do niej podejść dopiero w 1994, w warszawskiej Kordegardzie, gdzie pokazywała „Gry Wojenne”. Genialnie znaleziony skrót siły i bezsiły, agresji i ubezwłasnowolnienia. Potężne pnie drzew ujarzmione, zakute w kajdany, wzięte na smycz. – Wtedy myślano, że emigrowałam – śmiała się artystka. – A ja na Mazurach robiłam „Gry Wojenne”, pierwszy cykl, do których użyłam drzew. Uciekłam od świata. I choć tak dużo podróżuję i mam pracownie w różnych miastach, zawsze szczycę się polskim obywatelstwem. To jest przynależność: mam obowiązek dawać znać, że mój kraj istnieje. Zależy mi, żeby Polska nie była na marginesie świata

.15_DSCN9615 tumblr_nkph90soic1qekn8bo1_500-1ukon a3

W latach 90. zaczęłam za nią jeździć na co ważniejsze wystawy w Polsce. Odwiedzałam ją w domu, prowadziłam wywiady, telefonowałam całkiem prywatnie. Wiedziałam już, że pomimo sukcesów nie pozbyła się dziecięcych lęków. Nie potrafiła być na luzie. Za fasadą „żelaznej damy” wciąż kryła się nieśmiała dziewczynka – co zauważyłam przed jej wystąpieniami publicznymi, które zawsze ją stresowały.

Już w latach 60. XX wieku jej nazwisko stało się marką. Emisariuszka kultury polskiej na świat w czasach, gdy tak niewielu udawało się przebić poza żelazną kurtynę i zaistnieć w świadomości zagranicznych odbiorców. I pozostać na lata, na równych prawach z zachodnimi autorami.

W późniejszych latach Abakanowicz irytowało kojarzenie jej poszukiwań tylko z tkaniną artystyczną; uparcie przedstawiała się jako „rzeźbiarka”. Poniekąd sama sobie była winna: przecież właśnie w nazwę tych tekstylnych monstrów wplotła swoje nazwisko. Swoją drogą, co za brawura w dobie programowej PRL-owskiej skromności! Ile w tym było dumy, świadomości własnej wyjątkowości. Bo też miała po temu powody: przełamała tradycyjną dekoracyjność tkaniny, zmierzyła się z monumentalną skalą – i to mieszkając w kawalerce, w bloku na Saskiej Kępie – a nade wszystko, wyłamała się z drugoplanowego szeregu kobiet-artystek, przewyższając sławą i pozycją większość mężczyzn, co nadal należy do rzadkości, a w dobie RPL było wyjątkiem.

Pytałam ją kiedyś o genezę „Abakanów”. Powiedziała: – Człowiek rodzi się z pewnym zasobem konieczności. Miałam własną wizję tkaniny, musiałam wyjść poza mury pracowni. Marzyłam o działaniu w przestrzeni, o zespoleniu prac z plenerem. „Abakany” przyniosły mi niesamowitą sławę. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Tokio, na lotnisku czekało na mnie pół tysiąca osób.

O Japonii Abakanowicz opowiadała zawsze ze wzruszeniem. Na prośbę mieszkańców Hiroszimy zrealizowała dzieło upamiętniające ofiary wybuchu bomby jądrowej. Grupa 40 postaci z brązu została ustawiona na wzgórzu, na którym ludzie usiłowali się schornić i gdzie umierali.

Europejczyk zrobił ze sztuki dekorację. A ja chciałam uwolnić sztukę od estetycznego działania. Chciałam przekazać rzeźbą coś awerbalnego. Jedna figura ludzka, pojedyncza rzeźba nie działa tak silnie jak zespół figur, tłum.

Po figurach siedzących pojawiły się postaci stojące, kroczące, potem tańczące… Do każdego cyklu rzeźbiarka dobierała stosowne surowce. Od antropomorficznych dzieł przeszła do abstrakcji – na pustyni Negev ustawiła 7 kamiennych kręgów; na Litwie, w leśnym parowie, wzniosła 26 „pni” z betonu; w Storm King Art Center w Nowym Jorku skonstruowała 4 „sakrofagi” z drewna w oszklonej konstrukcji. Jej kreatywność wydawała się nie mieć końca…

W latach 90. i na początku następnej dekady wciąż sięgała po coraz to nowe wyzwania, mierzyła się z kolejnymi materiałami, skalą, rozwiązaniami przestrzennymi. Jednocześnie, zaczęto ją odsuwać, minimalizować znaczenie dokonań. Z pewnością gdyby wyjechała z Polski – po czemu miała dziesiątki okazji – jej kariera nie załamałaby się tak gwałtownie. Jednak ona uważała, że emigracja pozbawi jej sztukę korzeni. Bo tylko w Polsce, z naszych doświadczeń czerpała inspirację.

Po roku 1989 jej sztuka przestała „pasować” do potransformacyjnego społeczeństwa. Dawne metafory jakby straciły sens. U nas – bo za granicą Abakanowicz nadal funkcjonowała po dawnemu, szanowana i uznawana za klasyka sztuki współczesnej. Ostatnia dekada wyraźnie jej nie sprzyjała: nie udało się zdobyć terenu na je wymarzony Park Rzeźby, nie dostała lokalu na magazyn prac. Ale jestem pewna, że dla sztuki Abakanowicz znów nadejdzie sprzyjający klimat – bo dzieła wybitne zawsze przetrwają

.Europos_parkas_1 1000168 6cf2eb29-8cd8-481f-b184-f0783bc235ae_5702c5a0949b5a70c5310a174f8b4d81512

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a

31
Mar

Nie szykuję się do odejścia. Rozmowa z Moniką Małkowską (Karolina Plinta)

Udostępnij:

Fikcyjny wywiad ze mną przeprowadziła pracownica magazyny SZUM. Miał być dowcipem na Prima Aprilis – ukazał się jednak dzień wcześniej, co nie było żartem, ale…  wyrazem samozadowolenia autorki, że oto znów mi dowaliła.
fotomontaż na podstawie zdjęcia: zwierciadlo.pl
Mafia kulturalna z upodobaniem demonstruje swoją elitarność, ale zarazem nie ma skrupułów, żeby zwykłego podatnika oskubywać z jego własnych pieniędzy. Śmieje mu się w twarz i ordynarnie sięga do kieszeni, bo przecież sztuce się należy…

Karolina Plinta: Pani Moniko, na wstępie chciałam pani podziękować za to spotkanie. Po raz ostatni rozmawiałyśmy ze sobą trzy lata temu, niestety wszystko skończyło się małym sporem, który, mam nadzieję, jest już za nami…

Monika Małkowska: Przyznaję, że sytuacja jest dla mnie dziwna. Wpuściłam panią do domu, pokazałam swoją kolekcję, opowiedziałam o sobie, a pani tekst… Był niedopuszczalny! Rozumiem, że zamierza pani mnie wreszcie publicznie przeprosić za ten paszkwil?

W zasadzie skontaktowałam się z panią na polecenie redakcji „Szumu”. Jesteśmy poruszeni pani ostatnią audycją w Czwórce (do której zaprosiła pani Andrzeja Biernackiego i Piotra Bernatowicza) i uznaliśmy, że warto rozwinąć niektóre wątki, które pojawiły się w tej dyskusji. Szczególnie interesuje nas problem wykluczenia, ponieważ po przyznaniu ministerialnych grantów sami czujemy się trochę zmarginalizowani.

Fortuna kołem się toczy…. No ale przecież „Szum” dostał grant z MKiDN, nie możecie narzekać. Wygląda na to, że jesteście pupilkami każdej władzy.

Niby trochę dostaliśmy, ale gdzie nam do „Arteonu”… W każdym razie postanowiliśmy przemodelować trochę nasz profil, i tu bardzo przyda się nam pani pomoc.

Pani Karolino, nie mam czasu na podchody. O co konkretnie chodzi?

No dobrze. No więc zamierzamy usunąć z naszej redakcji niektórych autorów, nazwijmy to, o zbyt oczywistych ideologicznych preferencjach – takich jak na przykład Agata Pyzik.

To ta od selfie-feminizmu? Dawno nie czytałam takich bzdur!

No właśnie.

I ta nowomowa… „Empowerować”? „Cisgenderowe”? Co to w ogóle znaczy?!

Też doszliśmy do takich wniosków. Planujemy więc nieco zmienić profil redakcji i może zgodziłaby się pani…

…pachnie mi to interesownością.

Bynajmniej, a nawet odwrotnie. Teraz chcemy robić pismo całkowicie apolityczne, takie jak „Arteon”.

Proszę mówić dalej.

Powiem wprost: czy zechciałaby pani podjąć regularną współpracę z „Szumem”? Nie ma pani obecnie, zdaje się, stałej redakcji…

I to właśnie ty jesteś osobą, która stara się o moje względy?! To naprawdę komiczne, biorąc pod uwagę, że kiedyś naśmiewałaś się z mojego bloga i porównywałaś mnie do Kory upalonej suszem z konopi indyjskich. Jak mam rozumieć tę zmianę zdania? I co to za kosz, który przyniosłaś ze sobą w torbie „Szumu”?

Proszę przyznać, że jest pani fanką Kory.

Więcej, byłam jej stylistką. Gdybyś chociaż trochę interesowała się historią krytyki polskiej drugiej połowy XX wieku, wiedziałabyś na przykład, że kiedyś zaprojektowałam dla niej ciuchy do kilku sesji fotograficznych, zresztą wykonanych we współpracy z Tadziem Rolke. Ostatnio jednak odkryłam, że w internecie przypisuje się im inne autorstwo, prowadzę w tej sprawie śledztwo…

Jednym z podstawowych problemów sztuki współczesnej jest jej ignorancja względem widza. Artyści i kuratorzy zachowują się często tak, jakby chcieli odbiorcę wyśmiać i zadrwić z jego kompetencji.

Nie pierwsze i nie ostatnie. Przy okazji: czy mogę spytać, na jakim etapie jest pani, jeśli chodzi o spiski mafii bardzo kulturalnej?

Wczoraj wybrałam się nad Wisłę i w oczy rzucił mi się ten poniemiecki hangar, jaki wybudował sobie MSN…

Właściwie to austriacki. Właścicielem pawilonu jest fundacja Thyssen-Bornemisza Art Contemporary, założona przez Franceskę von Habsburg.

To nawet gorzej, dawny okupant znów stoi u naszych bram! Czy ten pawilon nie jest czasem koniem trojańskim? To naprawdę smutne, że polski odbiorca musi zadowalać się ochłapami z Zachodu. Ciekawa jestem, ile pieniędzy zapłaciliśmy za to pudło tej austriackiej firmie?

Sugeruje pani, że mamy do czynienia z zamachem na polską suwerenność artystyczną?

Ja tylko pytam. Ale mam nadzieję, że ministerstwo kultury zajmie się tą sprawą.

Może wrócimy do tematu mody? Mogłaby pani pisać o niej na naszych łamach. Ma pani na szyi piękny naszyjnik, czy to masajskie dredy?

Dredy, które, przypomnę, również wyśmiałaś w swoim hejterskim artykule.

Dlaczego hejterskim? Przecież koniec końców nazwałam panią mistrzynią. Czas pokazał, jak bardzo trafna była moja diagnoza. Jest pani żywą historią polskiej krytyki artystycznej, a mi – cóż – został tylko ten Kubeł, w którym czasem performuję siebie i innych…

Co to za tampony oblepione brokatem w środku?

To wystawa wykuratorowana przez Zofię Krawiec, selfie-feministkę i ofiarę internetowego hejtu, oznaczaną tagiem #tanieporno. A także moją niegdysiejszą współlokatorkę, z którą rozstałam się w niezgodzie, ponieważ obraziłam jej chłopaka. Ostatnio udało nam się pojednać w Kuble i tak sobie pomyślałam, że może chciałby pani jednego tamponika…?

I co to miałoby niby symbolizować, jeśli chodzi o naszą nową relację?

Pani Moniko, tu nie chodzi tylko o naszą relację, ale także relacje kobiet w ogóle, przyjaźń siostrzaną.

Co sugerujesz?

No, na przykład myślałam o pani dawnej znajomej, Andzie Rottenberg… Przy okazji: czy szykuje pani jakąś aukcję swoich dzieł sztuki albo biżuterii i ubrań, podobną do tej, którą organizuje Anda? Śmierć to w końcu problem, który dotyczy nas wszystkich i warto pomyśleć zawczasu o uporządkowaniu pawlacza.

Nie znam tej pani. Zresztą osoby takie jak ja – z misją tropienia patologii w sztuce – raczej nie myślą o odpoczynku. Ktoś w końcu musi wskazywać ludziom wartości i definiować jakość, żeby publiczność nie nabierała się na kity, jakie często chce im wcisnąć środowisko artystyczne… Nie, definitywnie nie szykuję się do odejścia. Co gorsza, nie widzę następców.

Dorobek Łodzi Kaliskiej należy już do narodowego kanonu. I przede wszystkim, jest to sztuka o nas, o Polakach, w Polsce i o Polsce, dla Polaków.

A Iwo Zmyślony?

Rzeczywiście, obserwuję go od pewnego czasu i podoba mi się jego sposób myślenia. Kiedyś pisywał nawet do „Szumu”, ale widzę, że spadły mu klapki z oczu i dostrzegł totalitaryzm lewicowego reżimu, który obowiązuje w polskiej sztuce. Niełatwo jest sprzeciwić się mainstreamowi, tym bardziej cenię tak nonkonformistyczne postawy jak Iwona Zmyślonego. Ale żeby mnie zastąpił, musiałby napisać jeszcze z tysiąc tekstów. To w ogóle krytyk mało piszący, prawda? No, w każdym na razie na razie godnie zastępuje mnie w Tygodniku kulturalnym narodowej TVP Kultura.

No właśnie, „Szum”. Jak mówiłam, zamierzamy obrać nowy kierunek. Mamy nadzieję, że dzięki temu wyjdziemy z niszy tzw. pisma branżowego i zyskamy szersze grono odbiorców.

Pani Karolino, w końcu się zgadzamy! Jednym z podstawowych problemów sztuki współczesnej jest jej ignorancja względem widza. Artyści i kuratorzy zachowują się często tak, jakby chcieli odbiorcę wyśmiać i zadrwić z jego kompetencji. Jak często zauważa pan Zmyślony, opisy na wystawach są enigmatyczne, a wybór artystów nie uwzględnia wrażliwości konserwatywnej. Mafia kulturalna z upodobaniem demonstruje swoją elitarność, ale zarazem nie ma skrupułów, żeby tego odbiorcę, zwykłego podatnika, ujmijmy to wprost – oskubywać z jego własnych pieniędzy. Śmieje mu się w twarz i ordynarnie sięga do kieszeni, bo przecież sztuce się należy…

Pani także kuratoruje, 8 kwietnia w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie otworzy się wystawa Parada wieszczów Łodzi Kaliskiej. Skąd ten wybór?

Dorobek Łodzi Kaliskiej należy już do narodowego kanonu. I przede wszystkim, jest to sztuka o nas, o Polakach, w Polsce i o Polsce, dla Polaków.

Jednym z niekwestionowanych walorów wystawy będzie silna reprezentacja nagich kobiet. To może wielu się spodobać, szczególnie mężczyznom.

Łódź Kaliska jest dzisiaj jedną z niewielu grup artystycznych, która potrafi przeciwstawić się współczesnemu nihilizmowi i egoizmowi, ale robi to z lekkością, bez dydaktycznego smrodku i ukrytych intencji. W prezentowanym na wystawie filmie zobaczymy paradę wieszczów i towarzyszącą jej szarżę ułanów. Zastąpienie ułanów roznegliżowanymi paniami jest gestem estetycznym, jak pani wie, ważnym w sztuce od stuleci.

Znowu się zgadzamy! Czy mam rozumieć, że zgodzi się pani dołączyć do zespołu „Szumu”? Na zachętę przyniosłam pani nowy numer.

Doceniam ten gest. Dobrze, przygotuje kilka tekstów na próbę, a nawet mam kilka nieopublikowanych rzeczy w szufladzie…

Bardzo się cieszę! Mam nadzieję, że ta rozmowa będzie dobrym początkiem naszej przyszłej współpracy. Dziękuję za wywiad.

Tylko prześlij mi go do autoryzacji! W przeciwnym razie pozwę was wszystkich!

Warszawa, 1 kwietnia 2017

* Ta rozmowa niestety się nie odbyła.

15
Mar

Jak z kalendarzem Kory i okładką „Nocnego patrolu” było naprawdę

Udostępnij:

Zabawne – ale tak naprawdę, wcale nie śmieszne.

Przypomniałam (przez przypadek) zdjęcie Kory, które robiłam (stylizowałam) we współpracy z Tadziem Rolke.
I nagle okazało się, że te foty mają INNYCH autorów.
Póki co, łatwo to zweryfikować – choćby zadając kilka pytań dotyczących okoliczności powstania prac.
Za jakiś czas nikt już nie odpowie na te kwestie.

Przy okazji – zamieściłam na FB kilka historyjek o niektórych ciuchach z tej (i innych) sesji fotograficznych Kory i Maanamu.

Te zdjęcia Kory i Maanamu autorstwa Tadeusza Rolke nie byłyby takie, jakie są – gdyby nie mój udział. Owijałam Korę w moje jedwabie (te paski i niby-mini), aranżowałam i stylizowałam, na ile pozwalały warunki oraz moje zasoby. Bo to wszystko było z domowych zapasów. Teraz nikt temu nie da wiary – że to było z mojej własnej garderoby i szafy. Plus szaleństwa Dwurnika i w ogóle nasza pomysłowość.

KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80 KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE LATA 80

Najśmieszniejsze, że to były MOJE (i tylko moje) ciuchy i jedwabie – a nie jakieś zasoby telewizyjnej czy teatralnej garderoby.
W naszym skromnym, trzyosobowym gronie potrafiliśmy zabawić się w super kreatorów. Ślad jest na zdjęciach.

kora maanam 1983 -3bb

O, to właśnie jedno ze zdjęć ze słynnej sesji fotograficznej u Dwurnika. Umazaliśmy Korę na wzór obrazu. Za nią w tle – praca (blejtram) Edzia. W ówczesnej biedzie podpartej modą na „japońszczyznę” najlepiej sprawdzały się kawałki (tzw. kupony) jedwabiu oraz szalone malunki na twarzy i włosach.
Kora znakomicie się nadawała do eksperymentów.
Ale bez udziału równie szalonej osoby, jaką byłam wówczas, sesja nie wypadłaby tak malowniczo…

Dodam jeszcze, że kawę/herbatę parzyła nam Teresa Gierzyńska, wówczas żona Edzia, doskonała fotografka. A po mieszkaniu (blok na Stegnach, jak dziś pamiętam, sama przez pewien czas wynajmowała z chłopakiem mieszkanie w bloku obok) plątała się mała dziewczynka – Pola.nocny-patrol-b-iext37704845

16
Feb

Nigdy nie byłam w żadnym układzie (rozmowa ze mną Bronisława Tumiłowicza)

Udostępnij:

 

Rozmowa z krytyczką sztuki Moniką Małkowską

 

-Z Pani ust wyjątkowo często padają negatywne określenia wobec konkretnych uczestników naszego rynku sztuki. Mówi Pani o imperium, monopolu a nawet mafii i korupcji. Czy nadal Pani to podtrzymuje.

-Potwierdzam. Można oczywiście używać łagodniejszych słów jak kartel czy klika w odniesieniu do grupy uprzywilejowanych kierowników instytucji państwowych i prywatnych galerii, oraz kuratorów i artystów. Ten układ, mimo zmian na scenie politycznej, nadal świetnie daje sobie radę.

-I doczekała się Pani równie soczystej reakcji. Padło nawet określenie neofaszystka. Kilka czasopism tzw. głównego nurtu – Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, Polityka, Newsweek -opisało Pani działania jako zdecydowanie szkodliwe. Że niby przez Panią zagrożony był 25-letni wspaniały dorobek polskich instytucji sztuki. Czy chociaż przeprosili za mijanie się z faktami?

-Ależ skąd. Nikt nie przeprosił. Tylko dyrektorka radiowej “dwójki” zadzwoniła z przeprosinami, że uczestnicy dyskusji w studiu bezceremonialnie natarli na mnie.

=O co poszło?

- O pieniądze. W sumie mafia je już i tak dostała, ale z lekkim opóźnieniem. Układ jednak wpadł w popłoch i na łamach prasy pojawiły się wyjątkowo wredne i kłamliwe słowa na mój temat. Chodziło o to, że na początku roku, jeszcze za rządu PO, wchodziłam w skład jednej z czterech komisji ministerialnych, która miała przyznać pieniądze z budżetu dla 4 priorytetowych muzeów sztuki nowoczesnej-Muzeum Sztuki w Łodzi, CSW Zamek Ujazdowski, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i …. Pieniądze – 7 mln zł- w skali światowej niewielkie, bo pozwalające na zakup jednej lub dwóch cennych prac, ale dla polskich instytucji ogromne. Wystarczy porównać – tutaj cztery muzea i 7 mln, a na pozostałe 125 muzeów – tylko trochę ponad 3 mln zł. Chcieliśmy w ramach tej komisji wprowadzić jakiś porządek w rozdzielaniu tak dużych pieniędzy i zmienić regulamin, aby nie kupować dzieł współczesnych w pakietach, ale by były to konkretne obiekty. Do komisji zaprosiliśmy konserwatorów sztuki, aby nie kupować prac w złym stanie, rozpadających się, nietrwałych, zapleśniałych itd.

- A konkretnie co miało być kupowane?

- Widzieliśmy, że komisja ma tylko przyklepać już zaplanowane zakupy, a nie decydować za dyrekcje muzeów. Choć każda placówka ma swoją specyfikę, ale okazało się, że powtarzają się niektóre nazwiska artystów, np. Zbigniewa Libery i jego Obrzędy intymne. Mieliśmy specyfikację zakupów, ale nie było wizualizacji, prace wideo można było obejrzeć tylko na pojedynczych fotosach. W sumie wypłata dotacji trochę się przeciągnęła, co wywołało burzę.

-Posypały się wyzwiska?

-W komisji było kilka osób, ale najwięcej oberwałam ja, jako osoba medialna, która od pewnego czasu pisze o patologiach.  W artykułach pojawiały się kłamstwa, że np. kolaborujemy z PiS-em, że pieniądze zostały zabrane i przekazane na Świątynię Opatrzności albo inne cele. Wszystko to była nieprawda, bo nikt pieniędzy nie odebrał. Nowopowołana komisja pod przewodnictwem Waldemara Baraniewskiego pieniądze rozdzieliła i już nikt jej o kolaborację z PiS nie oskarżył. Jest cicho.

-Ale przecież ta jedna sprawa nie przesądziła, że ma Pani na pieńku ze środowiskiem muzealników. Mówi Pani otwarcie o patologiach tam panujących. Gdzieś wyczytałem, że znalazła Pani “przekręt założycielski” obecnego układu życia artystycznego. 

-Określenie “przekręt założycielski” nie pochodzi ode mnie, a odnosi się w głównej mierze do Fundacji Galerii Foksal – nie mylić z Galerią Foksal. Rzecz w tym, że zakupy dla czołowych państwowych instytucji sztuki współczesnej idą przez prywatne fundacje i galerie, takie jak Fundacja Galerii Foksal i Galeria Raster. One bogacą się na publicznych pieniądzach, bo weszły w dobry układ. Składają wnioski o dotacje i zwykle wygrywają.  Samo wypełnienie wniosku jest dużą sztuką, a jego przeforsowanie jeszcze większą. Ponoć niektórzy urzędnicy proponują procent. Płyną pieniądze na programy i pomysły, ale często nie dochodzi do ich realizacji. Nie mam żadnych twardych dowodów ani dokumentów, które by potwierdzały tezę o przekrętach i wyłudzeniach. Niech się tym zajmą powołane struktury państwa. Jest jednak wysoce niestosowne, że generalnie artyści żyją na granicy biedy, wiele galerii sztuki plajtuje, bo nie jest w stanie utrzymać się na rynku, ale jest grupka wypasionych, która żeruje na państwie. Proszę sobie obejrzeć jakim budynkiem dysponuje Fundacja Galerii Foksal, która mieści się przy ul. Górskiego i zajmuje się obrotem dzieł sztuki, dużo sprzedaje i kupuje. Wystarczy porównać jej siedzibę z prawdziwą Galerią Foksal, przy końcu ulicy Foksal, która ma tylko dwie niewielkie salki wystawowe. Fundacja, która przechwyciła dobrą markę a z Galerią, nie ma nic wspólnego.

-Czy decydenci we władzach tego nie widzą?

 

-Nie za bardzo. Środowisko znawców sztuki jest wąskie i hermetyczne a układ ma to do siebie, że ustalił hierarchię wartości. Artyści nawet wybitni, którzy się nie załapali do sieci powiązań galerii i muzeów muszą walczyć o byt na własną rękę. Pomoc, dotacje i granty, pierwszeństwo z zakupach, wyjazdy na zagraniczne festiwale i opiekę kuratorską mają wciąż ci sami, których pozycja na rynku jest niekiedy sztucznie  wywindowana. Oczywiście każda ich prezentacja w kraju czy zagranicą to “wielki sukces”, ale realnie pozycja polskiej sztuki współczesnej dramatycznie spadła.

-Przestaliśmy się liczyć w świecie? Przecież nie zawsze tak było.

Był moment gdy Polska stała się modna . Po 89 roku nastał prawdziwy boom na naszą sztukę – Kozyra, Althamer, Libera. Żmijewski i inni byli bardzo poszukiwani, a również wybitni artyści zagraniczni do nas przyjeżdżali. Teraz nasi twórcy rzadziej się pojawiają w świecie, a do Polski już dawno nikt naprawdę wybitny nie przybył.

-Był np. Maurizio Cattelan.

-Tak. 5 lat temu. Jeżdżę na różne prezentacje, do Berlina, Rzymu, Paryża. O polskich artystach cicho, na Biennale Sztuki w Wenecji już dawno nie mieliśmy nic istotnego do pokazania. Król jest nagi. Ale opinię o naszym potencjale artystycznym kształtują przekupni kuratorzy. Oni są w stanie wmówić wszystko słabo przygotowanym decydentom i równie niekompetentnej publiczności. Jest układ szefów ważnych instytucji, galerzystów i kuratorów,  którzy ustalają między sobą, co dobre, co złe. To merytokracja. Bycie w układzie wystarcza, nie walczy się już o pozycję polskiej sztuki na rynku, ani o frekwencję w muzeach. Są etaty i szczodre dotacje państwowe. A jeśli nawet pojawiają się działania promocyjne, to są robione źle, nieskutecznie. Gdy organizuje się targi za granicą, to te prywatne struktury korzystają z pomocy finansowej państwa, bo udział w takich imprezach sporo kosztuje, ale nie  dbają o rzetelną reprezentację polskiej kultury, tylko troszczą się o własny biznes.

-Proszę podać jakieś przykłady artystycznych absurdów i sztucznie nadmuchanych wielkości.

-To trudna sprawa, bo dotyczy czasem nawet bardzo utalentowanych osób. Np. szanowana przeze mnie Katarzyna Kozyra, która zrobiła parę genialnych rzeczy, np. “Święto wiosny”, zaczyna się bawić w reporterkę w projekcie “Syndrom Wielkiego Tygodnia” – chodzi po Jerozolimie i rzuca pytania “Are you Jesus?”, albo staje się socjologiem i rozdaje ankieterkom formularze, by zbierali odpowiedzi w projekcie “Marne szanse na awanse”. Artur Żmijewski podeptał granice przyzwoitości  skłaniając za pieniądze biednego starca , aby “odnowił” sobie zacierający się tatuaż – numer więźnia obozu koncentracyjnego, podobnie Zbigniew Libera postąpił nieetycznie i zarejestrował w pracy wideo “Obrzędy intymne” ostatnie chwile swojej głuchoniemej i niewidomej babci. Ktoś inny nakręcił film z własnego pochówku.

-Sugeruje Pani, że to nie jest już sztuka, że nie ma żadnej wartości artystycznej. A przecież w obecnej dobie sztuką może być praktycznie wszystko czym zajmie się twórca.

-Taki pogląd, to jest ślepy zaułek. Trzeba edukować rodaków, aby nie dali się wziąć na zwietrzałe hasła dawnych przedstawicieli awangardy. Nie można brać dosłownie cytatu z Josepha Beuysa, że każdy jest artystą, ani naśladować Andy Warhola czy Marcela Duchampa, którzy uwznioślili gotowe produkty czyli “ready made”, jako dzieła sztuki. Sam Duchamp zresztą ostrzegał, że to jest pomysł na krótką metę. Nasz odbiorca jest słabo wyedukowany i daje sobie wmówić, że ma do czynienia z wielką sztuką. Niestety brak wiedzy dosięga również osób odpowiedzialnych za sprawy merytoryczne i finansowe w resorcie kultury.

-Dlaczego tzw. dobra zmiana w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zmiotła starego układu? Napisała Pani na facebooku, że w MKiDN rządzi konserwa.

-Moim zdaniem wystraszyli się. Mieli dość buczenia, krzyków i tupania. Zaakceptowali stary układ. Zresztą specjalistą od plastyki zrobiono w resorcie faceta po teatrologii, który się nie orientuje w cienkościach całej sfery. A środowisko zaczęło krzyczeć na zapas. Za jednym zamachem przywalono ministrowi Piotrowi Glińskiemu i mnie. A może ja zbierałam cięgi za Glińskiego, choć tak naprawdę widziałam szefa resortu i wicepremiera  dwa razy w życiu. A teraz jeszcze ktoś rozpuścił plotkę, że szykują mnie na szefa warszawskiej Zachęty.

-Jest Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych krytyczek sztuki, ma odpowiednie wykształcenie i świetny warsztat medialny. Czy to właśnie media, telewizja, radio, prasa , film, nie powinny edukować i sprawić, że każdy obywatel mógłby się w tym temacie jakoś orientować i samemu oddzielać ziarno od plew?

-Robię co mogę. Prowadzę w radiu audycje o sztuce, czasem występuję w TVP Kultura, sporo piszę, ale to wszystko zbyt mało. Zresztą cześć moich zajęć utraciłam w wyniku nagonki.  Społeczne zainteresowanie sztuką jest nikłe. Jest ciężko, bo nasze historyczne uwarunkowania sprawiły, że u nas bardziej liczyło się słowo niż obraz. Od 25 lat chodzę po różnych wystawach i często jestem sama w wielkiej sali. To się powoli zmienia. Są dwa momenty, gdy jest więcej publiczności – wernisaż i darmowe dni, np. Noc Muzeów. Oczywiście są wystawy przyciągające tłumy. Malarstwo Boznańskiej, Gierymskiego, sztuka Imperium Otomańskiego itd. Młodzież trochę więcej interesuje się sztuką współczesną. Edukacją, przynajmniej w odniesieniu do swoich dzieł, mogliby się zająć także tworzący artyści, ale nie każdy z nich jest intelektualistą i ma kwalifikacje humanisty.

- Czy dwa głośne filmy o naszych wybitnych współczesnych malarzach, o Beksińskim i o Strzemińskim, mogłyby masowemu odbiorcy trochę  przybliżyć kwestie sztuki współczesnej?

-Film “Ostatnia rodzina” chyba nieźle nakreślił osobowość Zdzisława Beksińskiego. Film Andrzeja Wajdy o Strzemińskim jeszcze nie wszedł na ekrany, oglądałam go jednak na specjalnym pokazie. Nie podobał mi się. Wielki Mistrz Kina chyba już dał się wyręczać innym ludziom z ekipy.

 

-Co nam zostaje?

 

-Tropić patologie i promować wybitne indywidualności w sztuce. Tym się będę nadal uparcie zajmować. Trzeba uświadamiać ludziom, że sztuka współczesna to nie absurd i wygłup, że opowiada, tak jak i przed wiekami, o naszym życiu, choć nierzadko w inny sposób.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz

 

Wywiad był publikowany w „Przeglądzie” w

11
Oct

Pędzlem po ekranie (o malarstwie Andrzeja Wajdy)

Udostępnij:

– Nie udało mi się zrealizować dziecięcych marzeń: nie zostałem malarzem – przyznawał Andrzej Wajda. – Chociaż nie skończyłem studiów plastycznych, jednak uważam je za podstawowe i zasadnicze moje wykształcenie, a nie szkołę filmową, którą ukończyłem… Jeżeli stoi przede mną jakiś problem, nigdy nie szukam analogii w historii kina, a zawsze w moich dawnych doświadczeniach malarskich. To tkwi w mojej podświadomości.

Bo jeśli komuś wpojono zasady rysowania i komponowania, nigdy nie wyzbędzie się malarskiego spojrzenia. Ani skojarzeń z dziełami poprzedników, których prace wzbudziły podziw, wywarły wrażenie.

Widać to w filmowym dorobku Andrzeja Wajdy: patrzył na ekran jak na płótno na sztalugach. Dbał o plastyczną urodę każdego kadru. Nawet w czarno-białych obrazach materia plastyczna odgrywała ogromną rolę, decydując o klimacie i wymowie scen.6bcf4695-af8e-4f53-a4bb-e2286d3a2a87

Mózg hydraulika

Cztery lata temu, też w październiku, otwarto w Radomiu, gdzie przez kilkanaście lat przyszły reżyser mieszkał, wystawę jego młodzieńczych prac. Uwagę zwracał portret Grażyny Otręby, pierwszej żony artysty. Stonowana, złocista paleta, z wybijającymi się na plan pierwszy plamami czerwieni: usta i berecik, zawadiacko zsunięty na bakier przez młodą elegantkę.

Ale, prawdę mówiąc, te wczesne obrazy nie wyróżniały się niczym szczególnym. Realistyczne, porządne, ale bez oryginalnego rysu. Dopiero po „odwilży” Wajda wyzwolił się z tradycyjnej konwencji. W bodaj najlepszej kompozycji z tego okresu – „Mózgu hydraulika” (1957) nietrudno dostrzec jego fascynację surrealizmem. Paradoksalnie, w późniejszych latach znów wrócił do tego, wobec czego chciał się zbuntować: do klasyki, na ekranie i na scenie.

Większą dawkę plastycznych dokonań reżysera dostarcza album „Andrzej Wajda. Rysunki z całego życia” (ukazał się 2011, wznowiony w tym roku z okazji 90. urodzin bohatera). Tu znalazło się kilkaset prac podzielonych na trzy kategorie. Dominują szkice-notatki, na szybko sporządzane podczas spotkań, podróży, codziennych wydarzeń. Widać w nich umiejętność gospodarowania przestrzenią, rozkładania akcentów, błyskawicznego chwytania podobieństwa. No i świetną kreskę. Na drugą grupę składają się wizualizacje pomysłów inscenizacyjnych na planie filmowym i w teatrze. Do trzeciego zestawu wybrano akwarele i rysunki tworzone bez pretekstu, z wewnętrznej potrzeby.

Cztery razy Wróblewski

Jak wiadomo, początkowo reżyser zamierzał poświęcić się plastyce. W 1946 roku przyjechał do Krakowa, by studiować malarstwo.1-f-353-388-800x800 Zaliczył trzy lata na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych, by przenieść się do łódzkiej Filmówki. 1-f-403-94-800x800Dlaczego zrezygnował? Z powodu… Andrzeja Wróblewskiego. Wajda złożył mu hołd aż czterema wystawami: – Pierwszy pokaz odbył się za życia Andrzeja: wybrałem zestaw jego akwareli do poezji francuskiej i pokazałem w Warszawie – wspominał. – Druga była monografia pośmiertna, w krakowskim Pałacu Sztuki. Potem prezentacja zaaranżowana specjalnie do filmu „Wszystko na sprzedaż”, a w ubiegłym roku – w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Podczas przygotowań tej ekspozycji, nakręcono dokument o takim samym tytule: „Wróblewski według Wajdy”.

thumb_703_ilustracje_bigChoć ten pierwszy był o rok młodszy, wydawał się dojrzalszy, świadomy tego, do czego dąży. To on założył Grupę Samokształceniową, do której w 1948 roku dołączył Wajda. A kiedy przyszły reżyser zobaczył pierwsze płótno kolegi z serii „Rozstrzelań”, wiedział, że nie ma dla niego miejsca w malarstwie.

– Mógłbym jedynie naśladować Wróblewskiego, a to przecież bez sensu – przyznał reżyser.

– Postanowiłem znaleźć dla siebie inne medium, żeby mówić na ten sam temat. Chciałem, tak jak Andrzej, dać świadectwo czynów tych, którzy stracili życie. My przetrwaliśmy, nam się udało, więc naszym obowiązkiem było zabrać głos w imieniu zmarłych. Oni domagali się pamięci.

W efekcie powstała trylogia wojenna, zapoczątkowana „Pokoleniem”, zamknięta „Popiołem i diamentem”; z bodaj najmocniejszym „Kanałem” pośrodku.

Tajna korespondencja

Większość scen w teatrze, sekwencji czy poszczególnych kadrów filmowych Wajda najpierw rozrysowywał. Ale nie to wyróżnia go na tle innych reżyserów. Fascynującym zajęciem jest odszyfrowywanie tajnej korespondencji Wajdy z malarstwem innych twórców. Maciek Chełmicki w „Popiele i diamencie” umiera w pozie przypominającej postaci z „Rozstrzelań” Andrzeja Wróblewskiego. 1-f-371-147-800x800W „Lotnej” są sytuacje inspirowane „Patrolem powstańczym” Maksymiliana Gierymskiego. 6_przez%cc%87ycie_wajda_foto_j-stockaW scenach batalistycznych z „Popiołów” rozpoznajemy „Bitwę pod Somosierrą” Piotra Michałowskiego, a także – aluzje do „Okropności wojny” Francisco Goi. W „Weselu” odnajdujemy tropy wiodące do Stanisława Wyspiańskiego („Autoportret z żoną”), do „Stańczyka” Matejki i Józefa Mehoffera („Portret żony na żółtym tle”). z19977686icrkadr-z-filmu-wesele Wesele [1972] 1-F-1974-224 1-f-1974-2-800x800 1-f-1974-213-800x800 1-f-1974-236-800x800 000603au2srh6fkn-c122-f4Brzezina” – to Jacek Malczewski i jego „Thanatos” oraz „Zatruta studnia”. 1-f-89-13-800x800 brzezina andrzej-wajda-wszystko-na-sprzedazkadr-z-filmu-2013-02-26-010Wreszcie, w „Tataraku” wątek współczesny z Krystyną Jandą w pustym pokoju to cytaty z obrazów Edwarda Hoppera1341670368tatarak_europeanfilmacademy-org_-1024x682 10628520_981196185230076_4129370621544760395_nNa koniec słowo o „Dantonie”. Podczas procesu bohatera, na parapecie sądu mości się gość ze szkicownikiem. To genialny artysta epoki klasycyzmu, Jacques-Louis David. Wcielił się weń Franciszek Starowieyski, który bynajmniej nie symulował rysowania. Może publiczności byłoby obojętne, kto gra Davida, lecz nie Wajdzie. Jego drażniłby, gdyby malarza udawał ktoś, kto nie potrafi rysować.

 

z19671261ihkadr-z-filmu-andrzeja-wajdy-popiol-i-diament z19671260idrobraz-ferdynanda-ruszczyca-ziemiz3735349q-popioly-rez-andrzej-wajda-kostiumy-zaprojek 20150929_annawloch_0237-1_male_podpis z19709347icrkadr-z-filmu-czlowiek-z-marmuru1-f-283-112-800x800

 

10
Sep

Cóż artyście po tytule (teraz i w przeszłości)

Udostępnij:

Wróble ćwierkają, ludzie tweetują i zadają pytanie: o co chodzi z tymi doktoratami na Akademii Sztuk Pięknych? Po co tytuły artystom? Otóż upomniała się o nie Wielka Unijna Biurokracja. Surowa to pani: sekuje wszystkich, którzy nie wykazują się stosownym papierem.

Bo cóż po artyście w czasie marnym? Co po kreatywności bez naukowego certyfikatu? W ogóle – jak tworzyć bez naukowego tytułu?

Artysta powinien śpiewać jak ptak – wmawiali adeptom sztuk pięknych konserwatywni mistrzowie zachowawczych uczelni artystycznych. Znaczyło – tworzyć, to wyrażać siebie bez jakichkolwiek zewnętrznych nacisków. Nawet za cenę przymierania głodem, chłodem, kiły i szkorbutu oraz dziurawego płaszcza czy innej peleryny.bohema_1000

ab61a5b200058d924f0ab049 img

Mit romantycznego „cygana” trwał jeszcze za socu. Artystyczna brać brała się za bary z życiem, z pogardą patrząc na „użytkowców”, trzeźwych na umyśle i ze świeżym oddechem.

„Użytki” nie śpiewały, tylko odrabiały zadania. Pracusie jeb…ne, na pensjach od ósmej do szesnastej, na stanowiskach „inżyniera plastyka”, w zakładach produkujących rdzewiejące ciągniki, niewygodne meble ergonomiczne czy zniechęcającą do konsumpcji zastawę z fajansu.

A wolne błękitne ptaki, fruuuu! Niebo było im limitem, nie stan konta.

Ptasia metafora to pieśń przeszłości. Oraz obciach. Wiadomo, śpiewać każdy może. Teraz z treli trzeba uczynić fach potwierdzony rejentalnie. Bez naukowego tytułu ćwierkanie nie ma przełożenia na karierę. Jeśli nie artystyczną, to chociaż dydaktyczną. W czasach marnych lepszy taki wróbel w garści niż gonitwa za pawim ogonem sławy.

Dawno, dawno temu malarze, rzeźbiarze i inni reprezentanci sztuk pięknych, obecnie zwanych wizualnymi, kształcili się w warsztatach u mistrzów, by po odbyciu czeladniczego stażu oraz zaprezentowaniu „masterpeace’a” zdobyć mistrzowskie uprawnienia. Od czasów, gdy powstały akademie, ich absolwenci czyli akademicy byli uprzywilejowani w wyścigu po zamówienia. A co z całą resztą utalentowanych, z różnych powodów bez szans na studia?

Cóż, losem Janka Muzykanta wzruszali się nieliczni. z18002137qkarol-sienkiewicz-i-katarzyna-gorna-przed-drzwiamiZdarzali się jednak dobre panie i panowie, refundujący zdolniachom artystyczne wykształcenie. Działał też system stypendialny (nota bene, istniejący do dziś).

Już w XIX wieku zakwestionowano sens studiów artystycznych („talentu nikogo nie da się nauczyć”). Owszem, godzono się z koniecznością opanowania warsztatowych sekretów, co samodzielnie trudne. Argument „techniczny” padł w zderzeniu z awangardami następnego stulecia.

Warsztat? Burżuazyjny przesąd. louis_xiv_und_colbert_in_der_akademieArtystą mógł być każdy, kto się nim poczuł, miał wenę oraz środki na jej podtrzymanie. A najlepiej – odziedziczoną fortunkę.

Nieskrępowanej kreatywności stanął w poprzek PRL. Studia znów stały się niezbędne, żeby wykonywać „zawód” plastyka, tym samym – zarabiać. Wraz z dyplomem ukończenia wyższej szkoły czy akademii absolwenci otrzymywali tytuł „mgr sztuki”. Magistrami stał Związek Polskich Artystów Plastyków i formacje zrzeszające projektantów. A co z samoukami, naiwistami, malarzami niedzielnymi? Mieli pod górkę.nikifor_krakowska_wolnica  nikifor_025

Żeby jednak nie głodowali (socjalistyczna ojczyzna otaczała opieką nawet największe niezguły) zezwolono im ubiegać się o ministerialny glejt. W MKiS raz, dwa razy do roku zbierało się ciało wydające amatorom uprawnienia „profesjonalisty”. Zdarzali się jednak wykluczeni – jak choćby Nikifor, analfabeta słabo radzący sobie w PRL-owskiej rzeczywistości. O dziwo, trafił na pomocnych ludzi, doczekał sławy i w miarę godziwych warunków bytowych.

Krynicki nie legitymował się żadnym certyfikatem potwierdzającym jego umiejętności. Wystarczała mu pieczątka „Nikifor artysta/ Krynica – wieś” (prostokątna, pisana wersalikami) lub „Pamiątka z Krynicy. Nikifor” Nikifor(też majuskuła, treść wpisana w koło). Samodzielnie nie potrafił tych stempli wykonać, lecz dumnie przystawiał na każdej akwareli czy rysunku, oferowanych na sprzedaż. Czy wystarczyłoby na doktorat?

Zastanówmy się: co jest przyczyną parcia na tytuł ludzi znanych, poważanych, utalentowanych, dotychczas nie marzących o karierze naukowej? Powody są dwa (pomijam motywację ambicjonalną).

Raz, to niepewność egzystencji. Systematyczna sprzedaż w galeriach komercyjnych nie wchodzi już w rachubę, zakupy do publicznych kolekcji mocno ograniczone, coraz trudniej o zamówienia, a do tego „cygańskie życie” wyszło z mody. Jeśli nie należy się do kasty gwiazdorów, stały dopływ gotówki gwarantuje jeno dydaktyka. Ustawiwszy dobrze czas i znajomości, można nauczać w kilku szkołach, prowadzić zajęcia w różnych miastach.

Drugi powód cudownego rozmnażania doktoratów, habilitacji i profesur (zwyczajnych) wśród artystycznej braci to wymogi administracyjne. Ale przepisy są rozciągliwe, zwłaszcza te nieżyciowe. Bilans utytułowanych dusz w uczelnianym ciele musi być dodatni, więc się je mnoży. Im więcej tytułów, tym w większe wpływy wydziału; tym wyższa dotacja dla szkoły; większy prestiż uczelni; tym więcej garnie się doń kandydatów, większe zainteresowanie studiami zaocznymi (płatnymi), więcej chętnych na studia doktoranckie…

I wszyscy zadowoleni, koło się zamyka i kręci. Tylko… ośka jakby krzywa, nie porusza się po prostej. Trzeba by do kowala. Może najpierw dać mu doktorat?

 

 

 

 

 

06
Sep

Poszukiwacz przerażenia. Na pożegnanie Marcina Jarnuszkiewicza (1947 – 2016)

Udostępnij:

 

Scenograf, reżyser i lalkarz; także pedagog. Jego śmierć była nieoczekiwana, choć od kilku lat miał miał kłopoty z sercem. Wydawało się, że jest podleczony, pełen entuzjazmu i sił. W poniedziałek 5 września był umówiony z dyplomantką Wydziału Sztuki Mediów na rozmowę. Nie przyszedł, ale przecież zdarzało mu się spóźniać…

Po południu przyczyna absencji już była znana.z20648771Q,Marcin-Jarnuszkiewicz-w-2011-roku-

 

Od małego wychowywał się w atmosferze sztuki. Jego ojciec, Jerzy Jarnuszkiewicz, wybitny rzeźbiarz, uczył na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych przez 35 lat. Jednak Marcin nie chciał korzystać z pozycji ojca. Zdecydował się na samodzielną drogę: najpierw zrobił dyplom na Wydziale Architektury Wnętrz (w 1973), potem studiował na Wydziale Reżyserii PWST w Warszawie (dyplom w 1981). Ale największą pasją była dlań scenografia.

Jeszcze na studiach rozpoczął współpracę z największymi mistrzami sceny, m.in. oprawiał plastycznie „Ulissesa” Zygmunta Hübnera. Zabłysnął kontrowersyjną inscenizacją it_t_15198„Balladyny” Adama Hanuszkiewicza (Teatr Narodowy, 1974), gdzie bohaterowie jeździli na hondach, zaś Balladyna paradowała w kostiumie Barbarelli.

.it_t_27005 it_t_27003 it_t_15202it_t_27013

Potem Andrzej Wajda powierzył mu scenografię do „Sprawy Dantona”, ale naprawdę kreatywna okazała się współpraca z Bohdanem Cybulskim w gorzowskim Teatrze im. Osterwy, ze słynnym „Aktem przerywanym ” Różewicza na czele.

Jarnuszkiewicz sam też zajął się reżyserią (m.in. „Głosy” Ireneusza Iredyńskiego, „Białe małżeństwo” Tadeusza Różewicza czy „Do Damaszku” Augusta Strindberdga). Jednocześnie dał się poznać jako pełen inwencji scenograf telewizyjny, doskonale czujący specyfikę małego ekranu. Pod koniec lat 80. zainteresował się teatrem lalkowym, w spektaklach włączając do akcji lalki i kukły – np. w „Scenach pasyjnych”, plastycznej impresji na kanwie Pasji wg św. Mateusza Bacha wykorzystał wielką marionetę symbolizującą Chrystusa, czy „Urodziny infantki” Oscara Wilde’a w warszawskim Teatrze Lalki.serce-tomaszzakrzewski

Był minimalistą, najchętniej ograniczał się do prawie abstrakcyjnych przestrzeni, emocj wygrywając mrokiem i światłem. – Szukam skupienia, zastygnięcia, przerażenia, które nie pozwala człowiekowi zareagować. Czyli implozji, a nie ekspresji uczuć – wyjaśniał Jarnuszkiewicz.

W latach 80. zaczął nauczać na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, najpierw w Katedrze Scenografii, potem na Wydziale Sztuki Mediów i Scenografii.

O sobie samym, własnym i uniwersalnym losie opowiedział w niemej suicie „Homework” (2009), Homework_foto2w której zagrał główną rolę w towarzystwie lalki-sobowtóra.

– Z natury prowokator, nie należał do łatwych – przyznaje Dorota Kołodyńska, scenografka, była uczennica Jarnuszkiewicza. – Mimo to studenci do niego lgnęli. Młodzi potrafią wyczuć indywidualność i talent, a nade wszystko – prawdziwą, niefałszowaną pasję.

On sam deklarował: – Interesuje mnie rozpoznawanie tego, czy człowiek jako gatunek został obarczony przez Boga czy przez los. Taki podstawowy ludzki status.dalekapodroz1tomzakrz 511d9f217b38509a0b676eed75fcbe4ee2815f43

20
Aug

Kreatywność pod gołym niebem (o plenerach malarskich i innych formach kontaktu z naturą)

Udostępnij:

Wyjść z domu. Iść przed siebie, daleko. Zapocić się, zedrzeć buty. Doświadczać przyrody i kontaktów z prostym ludem. Czy to już sztuka, czy jej namiastka?

Z roku na rok przybywa latem plenerowych iwentów. Dominują festiwale muzyczne – bo pod „otwartym” niebem muza szybuje wysoko, a jej fanom zdaje się, że kontaktują nie tylko ze sobą, ale też z wszechświatem. Tak, przyroda daje ludzkiej kreatywności impuls, kop, echo. Bywa nawet dla sztuki konkurencją. Niektórzy uważają, że zachód słońca nad morzem jest spektaklem dorównującym napięciem dramatom Eurypidesa. Co zaś do zalet wizualnych, to żadne dzieło rąk ludzkich nie może się mierzyć z pięknem tej sceny.

Naturę wyniesiono na piedestał w epoce romantyzmu, kiedy przestano ufać „mędrca szkiełku i oku”. Twórcy poczuli potrzebę wzniosłości, metafizyki i mistycyzmu – co odnaleźli w krajobrazach dzikich, nieokiełznanych, trudno dostępnych. To oni zapoczątkowali erę pieszych wędrówek, najczęściej odbywanych w samotności, by w skupieniu oddać się kontemplacji dzieła Stwórcy. William Turner przemierzył pieszo Anglię wzdłuż i wszerz (podobno potrafił dziennie pokonać do 40 km), odnajdując estetyczne walory w deszczu, mgle i mżawce. Goethe padał na kolana przez majestatem Alp, Johann_Heinrich_Wilhelm_Tischbein_-_Goethe_in_der_roemischen_Campagna

Caspar Friedrich składał hołd żywiołowi morskiemu.

024-caspar-david-friedrich-theredlist Caspar_David_Friedrich_-_Der_Mönch_am_Meer_-_Google_Art_Project001-caspar-david-friedrich-theredlist                     Caspar_David_Friedrich_-_Wanderer_above_the_sea_of_fog

Zarówno ci wielcy, jak i mniej utalentowani, starali się przelać wrażenia na papier, słowem bądź obrazem.

 

Z czasem peregrynowanie w pojedynkę przeobraziło się w eskapady grupowe. Tak powstała moda na spędzanie wakacji w plenerze (spolszczona wersja francuskiego terminu „plein airs”, co oznacza otwarte powietrze, wolna przestrzeń). Bazą dla wycieczek krajoznawczo-artystycznych były zazwyczaj zabite deskami wiochy; miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tam artyści organizowali „kolonie”.

Pionierzy malowania i życia w naturze pojawili się we Francji w latach 30. XIX wieku. Barbizończycy (nazwa wywodzi się od miejscowości Barbizon w pobliżu Fontainebleau) CorotSaintQuentinuznali miasta za siedliska zła, skażone degeneracja moralną i kapitalistycznym wyzyskiem. Znaleźli azyl niezbyt daleko od Paryża, ale daleko od cywilizacji. Żyjąc w spartańskich warunkach, nie rozpraszani miejskimi pokusami, oddawali się w całości twórczości

Corot_Mont_Soracte182627 Guigou_Paul_Camille_An_Autumn_Morning

W ślad za barbizończykami ruszyli impresjoniści. Ci, jak wiadomo, chcieli utrwalić ulotne wrażenia – blaski i cienie, gęstość powietrza, zmienność pogody, pór dnia. Plener stał się ich żywiołem. Niektórzy amatorzy natury i naturalności opuszczali metropolie na długie miesiące, nawet lata. To przypadek Vincenta van Gogha, który doznał olśnienia w gorączce południowej Francji, Van_Gogh_-_Blick_auf_Arles_mit_Iris_im_Vordergrund Van_Gogh_-_Weizenfeld_bei_Sonnenuntergangczy Władysława Ślewińskiego, którego malarsko rozgrzała zimna Bretania oraz charyzmatyczna osobowość Paula Gauguina – ten zaś wkrótce zrezygnował ze skalistego bretońskiego wybrzeża na rzecz egzotycznego Tahiti. Znaleźli się też tacy, którzy chcieli efemeryczne zjawiska osadzić na geometrii: kuli, stożku, walcu. Przy tym upierał się Paul Cézanne, bez względu na stan zdrowia czy warunki atmosferyczne maniakalnie malujący górę świętej Wiktorii w okolicy Aix.

 

A kiedy plenery pojawiły się w Polsce?

Do połowy XIX wieku studenci naszych nielicznych szkół artystycznych kopiowali krajobrazy z wzorników. Na ostatnim roku dostępowali łaski odmalowywania widoków według… pejzaży holenderskich. Dopiero niejaki Jan Piwarski, profesor warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, wprowadził do programu zajęcia zwane plenerowymi seminariami. Wałęsanie się po kraju weszło w krew jego wychowankom: Wojciechowi Gersonowigerson-cmentarz-w-gorach_0ilMVAG

              , Franciszkowi Kostrzewskiemu5c65a58eff4df79f71e113ff4f0d83e9,

                      Józefowi Szermentowskiemus2-droga-do-wsi. Im zawdzięczamy narodziny polskiego malarstwa plenerowego. Oraz popularność letnich wyjazdowych „dokształtów”, do tej pory obowiązkowe na studiach plastycznych.

Trzy lata pewna młoda artystka ruszyła w pojedynkę przez Polskę, od Gdańska po południową granicę, pieszo. Plonem jej łazęgi okazały się selfies i filmiki kręcone komórką. Przy okazji piechurka skonstatowała: „społeczeństwo jest niemiłe”. Rodacy nie zauważyli, że na ich oczach tworzone jest dzieło sztuki. Za to kuratorzy okrzyknęli, że „star is born”.

Bo obecnie niewiele potrzeba, żeby doszlusować do artystycznego panteonu. Wystarczą mocne nogi.

 

 

 

 

 

01
Jul

Jak tworzyć mity (Anda Rottenberg nagina fakty)

Udostępnij:

Kultura Liberalna

 Rzepa 7-8.03.2001 (1)Rzepa 08.03.2001Rzepa 28-29.04.2001
 ROZMOWA…

Wolność doskwiera. Rozmowa z Andą Rottenberg

Z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowskianda 980_980 z17032839IER,Anda-Rottenberg z16137721Q,Anda-Rottenberg--byla-dyrektorka-Zachety--w-antyhe

O społecznej roli sztuki po 1989 r., radzeniu sobie z ograniczeniami narzucanymi przez polityków i mechanizmy rynkowe oraz o pożegnaniu artystów ze sztuką krytyczną na rzecz eskapizmu – z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowski.

Grzegorz Brzozowski: Czy przeżyła pani w swojej kuratorskiej karierze taki moment, gdy miała pani poczucie rzeczywistego ukształtowania społecznej wrażliwości estetycznej?

Anda Rottenberg: Tak mi się w życiu złożyło, że propozycje moje czy moich kuratorów w Zachęcie zawsze wyprzedzały upowszechnienie, które nastąpiło po tych wszystkich skandalach. Te zmiany są absolutnie widoczne, musiał tylko upłynąć czas, który zawsze działa na korzyść artysty. Najpierw jest odrzucenie i poczucie obcości, potem czas na przyzwyczajanie się, a następnie już akceptacja. Najbardziej może spektakularnym tego przykładem były wystawy Katarzyny Kozyry. Zaczęło się od skandalu z „Łaźnią żeńską”, skandal powtórzył się z „Łaźnią męską” jeszcze zanim została pokazana w Warszawie i w Wenecji. Ale ponieważ w Wenecji dostała ona za tę pracę nagrodę, sytuacja się zmieniła. I po pewnym czasie okazało się, że ta wstrętna Katarzyna Kozyra to teraz nasza Kasia Kozyra. Dziś, cokolwiek zrobi, nie budzi już fali społecznego czy medialnego odrzucenia.

(…)

Zatem paradoksalnie pewien rodzaj wolności sztuki, który udało się w czasach komuny wygospodarować, okazał się po 1989 nieosiągalny?

Kiedy nastąpiła konstytucyjna wolność i teoretycznie zlikwidowano cenzurę, pojawiła się społeczna potrzeba wprowadzania ponownych ograniczeń, tworzenia ram, poza które nie powinno się wykraczać w imię niedookreślonych, niepisanych zasad. Niecenzuralny okazał się nowy, jeszcze nieprzyswojony język sztuki wprowadzany przez nowe pokolenie. Wtedy się tego nie spodziewałam, zajmowałam się przede wszystkim sztuką, nie edukacją muzealną, która była w powijakach. Wzięłam Zachętę w 1993 r., kiedy społeczeństwo nie było jeszcze przyzwyczajone do zderzenia z wolnością artysty. Ludzie nie bardzo wiedzą, co robić z wolnością. Potrzebują wskazówek.

W stanie wojennym byli tacy, którzy zadawali pytania w rodzaju: „Chciałbym żyć uczciwie jako artysta, proszę mi powiedzieć, gdzie mogę wystawiać, a gdzie nie, bo chce być postrzegany jako artysta opozycyjny”. Mówiłam: „Wie pan, jest pan wolnym człowiekiem, proszę wybrać”. Wolność doskwiera. Więc jeśli artyści nagle zaczęli rzeczywiście realizować swoją wolność, to było bardzo trudne do przełknięcia, a wkrótce okazało się obraźliwe.

Kiedy to panią uderzyło? Kiedy zdała sobie pani sprawę, że nauka wolności w szerszym społecznym wymiarze będzie dłuższym procesem, niż się wydaje?

Myślę, że stało się to właśnie po pierwszej wystawie Kozyry, pierwszej w tym ciągu wystaw uznanych za kontrowersyjne. Narastanie poczucia obcości wobec tej sztuki trwało ponad cztery lata, jego kulminacja nastąpiła przy Cattelanie. Widziałam to, czytałam gazety, słuchałam reakcji nawet moich kolegów, krytyków. Widać było, że nie starają się zrozumieć społecznych diagnoz stawianych przez wystawiających w Zachęcie artystów. Ale nic dziwnego, wprowadziłam do najważniejszego salonu w Warszawie – jeśli nie w Polsce – pewne ważne diagnozy wyrażane w bardzo wówczas niekonwencjonalny sposób.

Mam poczucie, że miałam pionierską rolę. Kiedy objęłam Zachętę, nikt o niej na świecie nie słyszał. Musiałam uzmysłowić piętnastu dyrektorom najważniejszych muzeów świata, trzydziestu ważnym kuratorom oraz dziesiątkom liczących się w świecie artystów, że istnieje takie miejsce, jak Zachęta, że tu się coś odbywa, że to ważna galeria i możemy podjąć współpracę. Pozycjonowanie takiego miejsca zajmuje mnóstwo czasu. Przede wszystkim polega to na wypracowaniu swojej własnej, dyrektorskiej wiarygodności, bez tego nic się nie uda. A tę wiarygodność buduje się przez realizację określonego programu. W tamtym czasie wszystko trzeba było robić naraz, z istniejącym zespołem, który znałam już gdy odchodziłam z Zachęty w 1973 r. Oni wszyscy tam zostali. Po dwudziestu latach wróciłam do rzeki, która nie płynęła zbyt wartko. Zostało w tym czasie przyjętych kilka młodych osób, kilka sama wprowadziłam. Na nich opierałam swoją działalność, cała reszta wymagała zmotywowania. I udało mi się to zrobić, co mnie zupełnie zdumiało.

Dzisiaj oczywiście wydaje się, że mogłam to zrobić lepiej i zupełnie inaczej, ale było do nadrobienia mnóstwo zaległości, zaczynając od wypełniania zaległych luk programowych, czyli prezentowania twórczości ważnych artystów, którzy nie mieli jeszcze poważnych, dużych wystaw. Kontynuowałam też tradycję wystaw problemowych, realizowanych wcześniej przez Janusza Boguckiego i Marka Rostworowskiego, tyle że w odświeżonej formule. Tej ciągłości też nikt nie dostrzegł. A tych młodych, niepokornych, ciekawych pokazywała głównie Hania Wróblewska w Małym Salonie, poniekąd na marginesie głównego nurty programowego, lecz to właśnie one spowodowały serię skandali wokół galerii.

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

(…)

Czy chodzi tu jednak przede wszystkim o wyzwanie, jaki stanowiły konflikty z przedstawicielami prawicy? Czy raczej potransformacyjna klasa polityczna jako taka nie sprostała zadaniu ustanowieniu warunków autonomii sztuki?

Pan Minister Dejmek, który jak wiemy, był zbliżony do kół postkomunistycznych, po czterominutowym pobycie na wystawie traktowanej dziś jako historyczna, „Gdzie jest brat twój Abel” z 1995 r., zasugerował ustami swego przedstawiciela, żebym się czuła odwołana. Czy inaczej: pan wiceminister zaproponował, żebym sobie szykowała następcę. Konsekwencją było rozpisanie konkursu na moje stanowisko na długo, zanim moja kadencja się skończyła. Nie twierdzę więc, że tylko prawica ma takie potrzeby, ponieważ liczba donosów na mnie ze strony kół postkomunistycznych, które trafiły na biurko ministra Dejmka, również była imponująca. Tak się akurat złożyło, że je wszystkie czytałam, czego nadawcy może nie wiedzieli.

To też były ukryte naciski polityczne, które dalej funkcjonują instrument, którym nie cenzurując wprost, można wpływać na profil funkcjonowania instytucji. Ja się akurat na to nie godziłam przy żadnym ministrze. Miałam może luksusową sytuację, a przynajmniej wydawało mi się, że mogę ją mieć. Gdy znalazłam się z dnia na dzień na ulicy bez środków do życia i ubezpieczenia, a okazało się, że muszę iść na operację, to było troszkę gorzej. Nie miałam jednak kredytów, małych dzieci, iluś tam uwarunkowań socjalnych, przy których człowiek się zastanowi, czy może sobie pozwolić na to, że odchodzi w każdej chwili. Bo w gruncie rzeczy chodzi o zachowanie lub niezachowanie posady, choć często mówi się wówczas o nieoddawaniu pola.

Kiedy na przełomie lat 2000/2001 byłam na krótkim urlopie w Brazylii, zadzwonił do mnie zastępca Michała Ujazdowskiego z propozycją, żebym zamknęła wystawę z tym nieszczęsnym Cattelanem. Odpowiedziałam: „Panie ministrze, galeria należy do pana, już pan zamknął wystawę Piotra Uklańskiego, może pan też zamknąć wystawę, którą zrobił szwajcarski kurator. Nie zamierzam pana w tym wyręczać”. Gdybym tę wystawę zamknęła, zapewne zostałabym w Zachęcie. Ale wiem, że to by mnie nie uratowało przed społecznym pręgierzem, bo nastroje już były przez prasę rozhuśtane. Gdybym została, to w poczuciu totalnego dyskomfortu i klęski – że właściwie zachowałam posadę za cenę zamknięcia ekspozycji – po prostu wstydziłabym się sama przed sobą. Mogłam sobie jednak na taki ruch pozwolić psychicznie i ekonomicznie, ponieważ nie miałam wielkich potrzeb materialnych. Ale dla bardzo wielu osób jest to bardzo trudne, ja to świetnie rozumiem.

.z13089391Q,Anda-Rottenberg--Sukienka-z-butiku-EM-Cashmere-prz 000003V69ANII1N8-C122-F4  Celebrytką być… scena z: Anda Rottenberg, SK:, , fot. Wojtalewicz Jarosław/AKPA

 

Tyle cytatów z wywiadu AR dla Kultury Liberalnej..

Teraz – mój głos.

 

Otóż mając do dyspozycji o wiele obszerniejsze, niż obecnie, lamy „Rzeczpospolitej”, broniłam awangardy, odważnych pomysłów, nawet prowokacji. Występowałam w obronie Andy i jej programu w Zachęcie. Natomiast, jeśli nie podobały mi się robione przez nią wystawy (jeszcze gdy kierowała galerią DAP, zjechałam pokazywane tam przez AR reklamowe słodkości Ryszarda Horowitza).  I proszę sobie poczytać, jak był naprawdę z odejściem Andy ze stołka dyrektorskiego w Zachęcie. Miała zapewnione miękkie lądowanie w MSN – co jednak się nie stało i stąd ten wrzask.

 

Rzepa 19.03.2001

21
May

Homilia księdza Marka: do hejterów

Udostępnij:

Ukochani hejterzy, umiłowani propagatorzy kłamstw, i wy, odbiorcy bez właściwości, lecz przecież umiejący czytać i chętnie ulegający wszelkiej indoktrynacji!

Spieszę WAS poinformować, że już są opracowane nowe (niezbyt zmienione, ale jednak) zasady przyznawanie ministerialnych pieniędzy na priorytetowe zakupy – czyli te, o które podniósł się taki wrzask, że zabrano 7 milionów, o które tak walczyliście, bo kochacie sztukę współczesną i jej orędowników!

Więc, ukochani, profesor Andrzej Szczerski z ramienia AICA już podpisał się pod dokumentem opracowanym wraz z gronem profesjonalistów. Pismo owo dotyczy tychże priorytetów i kasy z budżetu, a suma nie zmniejszyła się ani o złotówkę!!!

Tak, najmilsi, nadal cztery muzea ze sztuką współczesną (przypomnę zapominalskim: MSN, MOCAK, MUzeum Sztuki w Lodzi i Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu) mogą ubiegać się o siedem baniek – i zapewne dostaną, jeśli dostosują się do tak trudnych wymagań, jak np. przysłanie komisji całych filmów wideo do wglądu, a nie jednej klatki; wyjaśnią, dlaczego te same prace (kopie) mają być we wszystkich czterech kolekcjach; dlaczego jakiś obiekt kosztuje kilkakrotnie drożej, niż na polskich aukcjach.

Idźcie więc w pokoju i głoście tę dobrą nowinę!!!