Category: Ludzie

20
May

Nienawiść wedle Wikipedii (czyli socjotechnika hejtu)

Udostępnij:

Nienawiść wedle Wikipedii

Monika Małkowska

 

Czy ktoś z państwa był/jest obiektem hejtu?

To coś innego niż mobbing.

To nagonka zbiorowa, zaszczuwanie w każdej możliwej formie. Doświadczenie inferna: płomienie dobywają się zewsząd, parzą, wdzierają się w duszę i duszą…

Hejt odbiera poczucie sensu działania. Eliminuje radość życia.

Hejtowany staje się samotny – bo nagle znajomi znikają. Zrozumiałe: unikają psychicznego dyskomfortu. Obserwują więc z bezpiecznej odległości, jak akcja potoczy. Kiedy już będzie wiadomo, że psy zająca zjadły, pojawią się i zaczną współczuć, żałować. Tymczasem milczą. Tymczasem postronni obserwatorzy nabierają podejrzeń – może rzeczywiście coś jest na rzeczy, skoro nikt nie oponuje?

A że najtrudniej bronić się samemu, zaszczuwany milczy. Gdy tylko odezwie się, natychmiast padają dobijające argumenty: frustrat, nieudacznik, zdrajca!!

Znam to z autopsji.

Przechodzę przez piekło ostracyzmu i wycinania od momentu publikacji tekstu „Mafia bardzo kulturalna”. Półtora roku temu, na długo przez wyborami PiS-u.

Czytam w katalogu aktualnej wystawy „Salon odrzuconych” (jest aktualnie w sopockiej PGS): „Małkowskiej nikt nie knebluje, skoro cały czas publikuje w wysokonakładowym dzienniku. (…) Dyskusja zainicjowana przez Małkowską nie była merytoryczna”.

Za to hejt jest merytoryczny. Ba! naukowy.

Atakującym w sukurs przyszła socjotechnika. Nietrudno ją opanować, wskazówki dostępne w internecie. Raptem stroniczka z wypunktowanymi metodami.

Zaczyna się niewinnie: ośmieszanie. Ofiara nienawistników jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że jest namierzona. Sama wtóruje drwinom. Przecież zaśmiać się z siebie nawet zdrowo.

Tylko… ośmieszający jednocześnie poważnieją. Pompują się. Budują własny autorytet. I już są odrobinę do przodu.

Wtedy stawiają kolejny krok – manipulują faktami. Ofiarę hejtu eliminuje się, skąd tylko można; przemilcza dorobek, nie cytuje się, nie zaprasza do publicznych dyskusji.

Dalszej już idzie z górki. Nienawistnicy odwołują się do zbiorowych emocji: środowisko dowiaduje się, że hejtowany to szkodnik (w moim przypadku – sztuki polskiej). Starannie unika się wszelkiej tytulatury: nie ma publicysty, wykładowcy, doktora. Jest samo nazwisko, często nawet bez imienia. Rzucane obcesowo, jak jakaś ściera.

Hejterzy wiedzą, że największy absurd, powtarzany uparcie, w różnych kontekstach, musi zadziałać. I działa. W efekcie, atakowany obiekt traci wsparcie w środowisku. Zostają mu nieliczni współtowarzysze hejtowej zsyłki – ale o nich za moment.

Teraz rycerze nienawiści szykują ostateczny cios: kłamią. Nawet najbardziej jaskrawe łgarstwo, powielane w mediach, zamienia się w prawdę. Przykład z ostatnich dni: Roman Pawłowski w GW po raz kolejny publikuje tekst pełen mistrzowsko spreparowanych kłamstw i półprawd. Autor sam siebie cytuje, z lubością powielając bzdurę o „zabraniu przez ministra kultury siedmiu milionów przeznaczonych na rozwój narodowych kolekcji”. Co z tego, że na poprzednie kłamstwa zareagowała sama minister Wanda Zwinogrodzka, pisząc do gazety sprostowanie? Zignorowano je. Równie nieprzemakalni na niewygodną prawdę pozostają inne „lewicowe” media.

Kłamcy praktycznie pozostają bezkarne: prawnicy ich wyapelują.

Tu dochodzimy do kolejnej socjo-sztuczki: preparacja kontekstu. Zacytuję mistrza Pawłowskiego: „z komisji oceniającej wnioski o dofinansowanie kolekcji sztuki odwołano m.in. trójkę akademickich specjalistów, a na ich miejsce powołano Zbigniewa Dowgiałłę, autora obrazu »Smoleńsk«, Monikę Małkowską, krytyczkę lansującą tezę, że sztukami wizualnymi w Polsce rządzi mafia kuratorów, oraz Jacka Kucabę, rzeźbiarza specjalizującego się w pomnikach Jana Pawła II”.

Znów metoda podręcznikowa – tworzenie stereotypów, którego siłę wzmacnia permanentne używanie. Toteż autor buduje komunikat tak, żeby wytknąć, komu trzeba niekompetencję, prawicowe poglądy i postawić w opozycji wobec „ekspertów”. No i wklepać w twardy dysk wszystkich zainteresowanych kulturą, że oto dzieje się jej krzywda.

To uszlachetnia hejt, czyż nie?

 

 

07
May

Miejsce, które obchodzi 50-lecie (o Galerii Foksal)

Udostępnij:

Galeria Foksal (nie mylić z Fundacją Galerii Foksal) świętuje 50-lecie istnienia.

10653744_955135557845980_8198459721544423941_n To zdjęcie było w oknie Galerii Foksal

Pierwsza impreza-wernisaż odbył się 1 kwietnia 1966 roku – i pomimo zmieniających się okoliczności (każdych) galeria jak Chińczycy, trzyma się mocno.th_b6013a5beacabcb919d3a6564ae91b58_foksalgalleryimage4 wieslaw-borowski-z-przedmiotem-optycznym-str-7-foto-archiwum-galerii-foksal-2012-10-15 Instalacja (słynna) Stanisława Dróżdża, która miała premierę na Foksal. I Wiesław Borowski, jeden z założycieli galerii, z obrazem Zbigniewa Gostomskiego w ręku.

 

 

Z jubileuszowej okazji jeden z obecnych kuratorów Foksalu, Lech Stangret, zaproponował super cykl, tytułem nawiązujący do początków miejsca: „Miejsce”. W trzech odsłonach, 3 x 3.
Otóż dziewięciu artystów związanych od debiutu z Foksal urządza w trzyosobowych zespołach kolejne trzy wystawy. Wystawiają nowe prace, na ogół premierowo.
Odmiennością (na dzisiejszym tle) jest BRAK KURATORSKICH DECYZJI, WPŁYWÓW i w ogóle SUGESTII.

Trzech twórców dostaje do dyspozycji maleńką przestrzeń (bez okien), cztery ściany (w jednej – drzwi) – i musi się dogadać.
Najpierw była najstarsza generacja: Maria Stangret, Koji Kamoji i Zbigniew Gostomski.

SZUM-20160404-20-48 SZUM-20160404-20-471
Kto dogaduje się w „Miejscu” obecnie?

Krzysztof Bednarski (rzeźbiarz), Marek Chlanda (malarz, rysownik, autor instalacji i performance’ów) oraz Tomasz Ciecierski (malarz).
jest pięknie, jest równowaga, jest dialog (na trzy osoby).z19894406ICR,Z-Piekla-Danego--Piesn-XXXIV--S-el-fu-si-bel---Jes z19989763IH,Beczki-Krzysztofa-M--Bednarskiego

Trzecia odsłona też zapowiada się znakomicie: Robert Maciejuk, Leon Tarasewicz, Włodzimierz Zakrzewski. To już od 19 maja.

W kolejności: dwa pierwsze zdjęcia – pierwsza odsłona „Miejsca”; dwa następne – obecna; ostatnia fota to… przypadkiem, przed chwilą znaleziona na stronie galerii (Foksal) jakiś wernisaż tamże z moim udziałem (noszę szorty, gdyby ktoś chciał wiedzieć). Autorką zdjęcia była nieżyjąca już Irena Jarosińska. No, no. Jakże miło.e6a78952-dfa7-40ac-882d-95cce978d2ca

08
Apr

Kobieta, która ujarzmia żywioły (o sztuce Shirin Neshat i „Burzy” z choreografią Krzysztofa Pastora)

Udostępnij:

Neshat_Shirin_mini2 h2_1997-129-8 0d9aff7e6527e3ac48be4f50df00c51eNeshat_Rebel

 

„Nigdy nie stworzyłam pięknego obrazu bez skontrastowania go z czymś, co zadaje temu pięknu gwałt. Piękno jako cel sam w sobie w ogóle mnie nie interesuje”, wyznaje Shirn Neshat.

Trudno jednak nie zauważyć estetycznego aspektu jej zdjęć czy filmów – ich wizualny czar dosłownie uwodzi widza. I mają jeszcze coś, co wymyka się opisowi: magię.

Czarodziejka z Iranu wciąż zmienia pola działań. Przeszła już – zwycięsko – przez kilka dyscyplin: od fotografii do wideo, od performence’u do filmu, od kina do baletu. Tak z racji talentu, jak tematyki (prowokatorsko-ryzykownej) prac uchodzi za jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata. Wystawiała wszedzie, gdzie wypada się pojawić, m.in. w nowojorskim MoMA, londyńskiej Tate Modern, w Luwrze.

Czym jeszcze zaskoczy nas Neshat?

Ona sama nie wie. „Szukam coraz to nowych terytoriów, zajmuję i eksploruję do całkowitego wyczerpania własnych sił i możliwości. Uważam za idiotyczne przywiązywanie się do jakiegoś stylu czy medium. Jestem za nieustannym zaczynaniem od zera.”

 

Obca w Nowym Jorku

Natura nie poskąpiła jej darów: urodziwa, utalentowana, z charakterem. Wydawała się dzieckiem szczęścia. Urodzona w 1957 roku w mieście Qazvin, jedna z pięciorga dzieci zasobnej rodziny. Jej ojciec, wzięty lekarz i zwolennik szacha Mahommeda Rezy Pahlawi, zagwarantował córce i jej braciom porządne wykształcenie. Shirin została wysłana do katolickiej szkoły w Teheranie i długo nie wiedziała, czego islamska tradycja i religia oczekuje od kobiety. Ledwo skończyła 17 lat, papa uznał ją za dostatecznie samodzielną, by podjęła studia w Ameryce.

W 1974 roku panna wyjechała do Los Angeles; po roku przeprowadziła się do San Francisco; następnie przeniosla się do Nowego Jorku, gdzie mieszka do dziś.

Ominęły ją wydarzenia z końca 1978 i początku 1979 roku, w efekcie których szach uciekł z Iranu, a jego miejsce zajął ajatollach Chomeini i proklamował Islamską Republikę Iranu. Wtedy to ojciec Shirin stracił pracę i pozycję, a rodzina znalazla się na cenzurowanym.

Od tego momentu wyrodna córa islamu nie miała powrotu do ojczyzny. Niejako uwięziona w USA, próbowała swych sił na polu sztuki, lecz bez spektakularnych rezultatów.

W Nowym Jorku spotkała koreańskiego kuratora Kyong Parka, założyciela i dyrektora non-profitowej organizacji Storefront for Art and Architectura. Porozumienie artystyczne przeobraziło się w bliższy kontakt, miłość, ślub, dziecko… Ich syn Cyrus ma obecnie 25 lat. Jednak małżeństwo długo nie utzrymało się. Po rozwodzie z Parkiem partnerem artystki został Shoja Azari, irańsko-amerykański filmowiec. Z nim Shirin podejmuje wspólne realizacje – jak ta, o której za chwilę.

 

Niechciane kobiety Allaha

W 1990 roku Shirin wraca do Persji. Przeżywa szok. Nic nie jest jak kiedyś, jak pamiętała z dzieciństwa. Nie może też zaakceptować tego, co dzieje się z jej matką; oburza ją sytuacja kobiet w państwach islamskich. Zagrożona aresztowaniem, szybko wraca do Stanów. Usiłuje jeszcze kilkakrotnie przyjechać do Iranu, jednak gdy w 1996 roku zostaje zatrzymana na teherańskim lotnisku i postraszona poważnymi konsekwencjami – daje za wygraną. Ale czuje się wydziedziczona, wykorzeniona, uwięziona – choć wolna.

Odtąd jej sztuka zaczęła odzwierciedlać „stan wygnania”. O ironio – właśnie te prace pełne smutku i pytań o los własny i rodaczek przyniosły jej pocieszenie w postaci nagrody na weneckim Biennale Sztuki. W 1999 roku została wyróżniona za fotografie, które na długo kojarzono z jej nazwiskiem. Mocne, niezaprzeczalnie piękne (jednak!) kompozycje.

Na czarno-białych zdjęciach widać islamskie kobiecy w tradycyjnych strojach. A raczej, widać ich twarze, fragmenty twarzy; dłonie, stopy. 03-Shirin_Neshat_Women_of_Allah_Allegiance_with_Wakefulness-small-243x321 imageproxyTe partie ciała, które religia dopuszczaa, by były wystawione na widok publiczny. Ale trudno uznać te panie za potulne owieczki. Z oczu patrzy im hardość. W dodatku niektóre trzymają mało damski rekwizyt: karabin. Zdają się pieścić, całować metalową lufę. Niepokój potęgują wykaligrafowane na ciele bądź w tle kompozycji teksty. Nawet nieznający alfabetu perskiego potrafią odczytać symbolikę tych „tatuaży”. Tytuł też znaczący: „Women of Allah”. Oczywiście, nie mogło to zyskać aprobaty ze strony Teheranu.

„Sztuka jest naszą bronią, kultura formą oporu” – uważa Neshat i… walczy.

Czując, że wyczerpała pomysły na fotografie, zmieniła dyscyplinę: sięgnęła po wielokanałowe instalacje wideo. Zajmowały ją przez dekadę, od 1998 roku.

Zaraz po pierwszych próbach dostała doping w postaci Złotego Lwa w Wenecji za wideo „Turbulent”. Potem powstała cała seria wideoinstalacji o zbliżonym przesłaniu: konflikt dwóch płci, konflikt charakterów, konflikt natury i religii.

Na dwóch, czasem trzech przeciwstawnych ekranach pokazywała dwa różne światy: kobiecy i męski. Dwa osobne światopoglądy, dwie odrębne wizje rzeczywistości. Na użytek tych filmów aranżowała swoisty teatr w plenerze. Poprzez układ/ruch/gestykulację grup męskich i żeńskich, Neshat uświadamiała widzom wzajemną obcość, nieprzystawalność i zamknięcie na drugą płeć. Wymowę tej swoistej „mentalnej pantomimy” podbijał pejzaż: morze, skały, nagie mury.

Artystka nie ograniczała się do efektów wizualnych – nie mniej istotny był dźwięk i ludzkie głosy: mamrotanie, zawodzenie, wycie.

Wyreżyserowana historia

Już wtedy Shirin myślała o pełnometrażoym, aktorskim filmie – lecz nie miała funduszy. Marzenie spełniło się dopiero w 2010 roku. Dysponując budżetem 6 milionów funtów, zebranych we Francji, Austrii i Niemczech, nakręciła pełnometrażowy obraz „Kobiety bez mężczyzn”. Zaangażowała doń irańskich aktorów mieszkających w Europie, zaś na miejsce akcji wybrała Maroko.

Ani fabuła, ani historyczny dokument, ani film artystyczny. Niektórzy określają ten film jako realizm magiczny. Przede wszystkim, to manifestacja postawy Shirin – bunt wobec zniewoleniu kobiet. Film opowiada losy czterech kobiet mieszkających w Teheranie w 1953 roku, gdy wydawało się, że w kraju nastaną demokratyczne rządy. Bohaterki wymykają się spod męskiej władzy; kreują własny „raj” w ogrodzie jednej z nich. Nawet samobójcza śmierć jednej z nich jest jej zwycięstwem, wyborem. Ona sama deklaruje: „Zawsze staram się poruszać między intymnymi odczuciami a problemami socjopolitycznymi, znacznie mnie przerastającymi. Mój film jest bardzo irański, lecz problem, który poruszam – uniwersalny, globalny”.

Jak na ironię, wenecki pokaz „Kobiet bez mężczyzn” zbiegł się z kolejną falą protestów w Iranie… Jakby Neshat wyreżyserowała także współczesną historię.Tuggar_Fatimah_HotWaterForTea

Czy można się dziwić, że obraz zdobył na weneckim Festiwalu Filmowym Srebrengo Lwa?

O nagrodzie poinformowały także irańskie media, co rozbawiło autorkę – nie spodziewała się, że kiedykolwiek zobaczy swoje nazwisko w rodzimej prasie!

Połączeni w burzy

Na tym nie koniec twórczej aktywności Shirin Neshat. Ledwo skończyła z filmem, już porwała się na kolejną nieznaną jej dziedzinę sztuki – weszła na operową scenę. A stało się to za sprawą polskiego choreografa Krzysztofa Pastorea. Po raz pierwszy współpracowała z nim przy balecie „Szeherezada” – co niejako oczywiste z racji pochodzenia artystki.

Ale jaki był powód, że wspólnie zajęli się „Burzą”?

Rok temu nasz choreograf sięgnął po „The Tempest” (którą uważa za najlepszy dramat Szekspira). Zajął go wątek Prospera i jego córki Mirandy. Wygnańcy… To był powód, dla którego nie zawahał się ponownie zaprosił Neshat do współdziałania. Wiedział – ona to zrozumie. I rzeczywiście, irańska autorka odebrała temat przedstawienia bardzo osobiście. Z kolei artystka, znając historię Polski, też nie miała wątpliwości, że twórca z tego kraju inaczej – ale zapewne ciekawie – zintrepretuje angielski dramat.

W „Burzy” taniec i obraz wideo stały się integralnym dziełem. Neshat (przy artystycznym wsparciu swego partnera Shoji Azari) zaprojektowała obrazy żywiołów, oszałamiające w swej grozie i pięknie. W Amsterdamie spektakl stał się wydarzeniem. Zapewne nie inaczej będzie w Warszawie.

A sama Neshat? „Wschód spotyka się Zachodem w głębokim duchowym porozumieniu”, tak oceniła efekty współpracy z Krzysztofem Pastorem.

Dodała, że czuje się jak Prospero, skazany na wygnanie. I jak książę-banita próbuje swych sił w… magii. Bo czymże jest sztuka, jak nie czarem?TheTempest3-616x436 shirin_neshat_rapture ml_04_Shirin-Neshat_1200Neshat_Rebel

 

08
Mar

Gloria Artis dla Edwarda Dwurnika (fragmenty laudacji, którą wygłosiłam)

Udostępnij:

Uważa się za szczęśliwego człowieka: zarabia sztuką.

I to zarabia dobrze.portrety_picasa_148  z13596890Q,Edward-Dwurnik-na-swojej-wystawie

Warto więc wiedzieć, co ma na koncie nagrodę za plakat „Stara kobieta wysiaduje” (1979), nagrodę krytyki artystycznej im. Norwida (1981), Solidarności (1983) i nagrodę Fundacji Sztuki Współczesnej (1997). A także… dwie karty kredytowe, których nigdy nie użył. I nigdy nie wziął zaliczki. Bo nawet kiedy wyda wszystkie pieniądze – a ma skłonność do rozrzutności – udaje zasobnego. Taki styl.

Uwielbia drogie samochody, markowe ciuchy, atrakcyjne kobiety. Te ostatnie – z wzajemnością.

Ale tylko bez jednego nie potrafi żyć: bez malarstwa. Najdłużej wytrzymał tydzień.

 jestem-chrystus-edward-dwurnik-2012-07-27-540x710 634271508339830000

Nie trzeba mówić, że jest wybitnym malarzem. I ma dorobek, którym nikt z jego kolegów nie mógłby się pochwalić: około 6 tys. obrazów, 20 tys. rysunków. Plus setki wystaw, wystąpień, wyjazdów. 

Nigdy nie przyjął propozycji nauczania. Był „zazdrosny o czas” Poza tym, obawiał się, że zdemoralizuje młodych: chcieli od razu wystawiać, sporzedawać i od razu drogo. Jak ED. 

Ma dużą rodzinę. Za młodu dostał od niej wsparcie, psychiczne i finansowe. Matka Władysława z domu Kaszuba – ludowa hafciarka i gospodyni domowa; ojciec Władysław – radzymiński wytwórca metalowej galanterii, które to zajęcie onegdaj określano „prywaciarz”; dwie siostry, jeden brat; jedna (ślubna) żona, z którą spędził 35 lat; jedna córka Pola, także malarka.

 

A co z antenatami? Dotarłam do niektórych.

 

Jednym z nich był z pewnością Hieronimus Bosch, którego pięćsetna rocznica śmierci mija w obecnym roku. Trochę młodszy, ale też pochodzący z Niskich Krajów – to pra-pradziad Pieter Bruegel wołany Chłopskim lub Piekielnym. Z Bolonii wywodził się inny przodek Edwarda Dwurnika – Annibale Carracci; w Rzymie mieszkał kolejny wujo – ta sama generacja – Michelangelo Merisi zywany Caravaggiem. Kolejni członkowie familii zamieszkiwali w Hiszpanii Habsburgów i Burbonów. Oto oni – Diego Velazquez i Francisco Goya.

 

W drzewie genealogicznym ED znalazło się dwóch rodaków. Pierwszy, to akademik, malarz naszej historii Jan Matejko. W 2010 roku ED przyznał się do tego pokrewieństwa wprost, malując „Bitwę pod Grunwaldem”. Po swojemu. dwurnik14

Nie wyrzeka się też związków krwi z symbolistą Jackiem Malczewskim. Ani z całą plejadą pobratymców-kolorystów. U jednego z nich ED studiował – u Eugeniusza Eibischa.

 

Rodzina ED jest bardzo rozgałęziona. Gdy dobrze poszukałam, odnalazłam niemieckich stryjów. Austriak Oskar Kokoschka i Berlińczycy Georg Grosz, Ernest Ludwig Kirchner, Emil Nolde. W jaki sposób familijne korzenie sięgnęły terenów Europy Wschodniej – nie wie nikt. Tymczasem ten krewniak jest Edwardowi najbliższy: Epifaniusz Drowniak powszechnie znany pod imieniem Nikifor. Edward spotkał się z jego sztuką w 1965 roku i…  od razu wiedział, że to swojak. Wreszcie zrozumiał, skąd pochodzi – z deptaka w Krynicy.

 

Przez jakiś czas wydawało mu się, że ma coś wspólnego z Jacksonem Pollockiem. Spróbował drippingu, bo chciał doświadczyć abstrakcji – ale szybko pojął: nie te geny. Odkrył za to innych amerykańskich powinowatych: twórców komiksów.  Comic strips kochał od dziecka. A że w PRL-u było o nie trudno, to sam je rysował. I tak mu zostało – w sztuce lubi opowiadać historie. b773e4d6b74d1adb551aeac1353aed8e bddf5dd8f41980cada73868a02bf4f45 f54b5dd031b3b527ded5e67aeac54353 edward dwurnik02

Wracając do decydującego momentu w życiu ED, czyli spotkania z Nikiforem. Tak tę scenę opisał w wywiadzie, który przeprowadzałam z nim 15 lat temu: „Andrzej Banach przywiózł go na warszawską ASP. Pamiętam, miał czarny kapelusz ozdobiony muszelkami. Usiadł na ławce i rysował pałacyk. Budował gzyms po gzymsie, okno za oknem. Podsunął mi pomysł na styl.” 

Nawet przez pewien czas peregrynował po Polsce śladami Nikifora. Udawał ubogiego, jako że chciał wczuć się w sytuację swego idola. Sprzedawał nawet rysunki i akwarelki po 5, 10 zł na rynku w Krakowie. Taka artystyczna kreacja. Dziś miałby szanse na tym poprzestać, tym działaniem zdobyć poklask. Lecz w latach minionych artyści poważniej traktowali sztukę i więcej od siebie wymagali.

 

Potem zaczął już jeździć sam – autostopem.

 

Ten cykl prowadził najdłużej, przez cztery dekady: „Podróże autostopem”. Do wyczynów fizycznych wypada też zaliczyć serię „Sportowców”. To portrety cwaniaczków-obiboków, którym czas schodził głównie na jaraniu papierosów sportów – stąd tytuł. Odmienna w klimacie i poważnie potraktowana była seria „Robotnicy”, przez którą ED miał kłopoty z cenzurą.

 

Potem powstały „Obrazy duże”. Monumentalnych rozmiarów, przy tym dotyczące potężnych tematów – jak np. „Bogurodzica”, „Konstytucja 3 maja”. Ale też „Klęska urodzaju”. Wizja nadobfitości owoców, których nieszczęśni sadownicy nie byli w stanie sprzedać.  

W 1977 roku napisał: „Pierwszą przyczyną, dla której maluję  ludzi, jest żal nad ich i swoją niedoskonałością. Żal, że całe dorosłe życie człowieka polega na pokonywaniu oporu własnego ciała (…). Dzieje się to w tym samym czasie, gdy nasza świadomość biegnie daleko naprzód, wytwarza fantastyczne idee, których niestety nie jesteśmy w stanie zrealizować i które zamieniają się w marzenia”.

Kto to mówił? 34-latek! A jaki jest 40 lat później? Pełen przeciwieństw. Uważny obserwator, żywiący się tym, co widać dookoła. Bywa patetyczny, to znów żartobliwy. Innym razem staje się romantyczny, dający prymat uczuciu. Obnażający, bezlitosny, krytyczny. Mówią o nim, że cynik. Raczej antykonformista, obnażający mechanizmy naszych działań. Tym drażni, prowokuje, wywołuje kontrowersje.

Krytyk niemiecki zauważył: „Dwurnik jest ponurym pesymistą, który dzięki swej sztuce stwarza sobie własny pogląd na świat, a dzięki ironii ratuje się przed rozpaczą”. Zgadzam się.7ecd5b580a735f3cf263bc6ba9baa1cb,981,0,0,0

 

 

 

 

 

 

 

 

29
Jan

Gra w monopol (ciąg dalszy o układach w kulturze i mediach).

Udostępnij:

Kolejny tekst, który dotyczył tego, co stało się w polskiej sztuce i mediach zajmujących się kulturą (choć o mediach  – naskórkowo.

Ukazał się w Plusie Minusie  (cotygodniowy dodatek do „Rzeczpospolitej”) latem 20115.

Z czego żyją artyści, którzy tworzą gigantyczne i nietrwałe instalacje? – pyta Tomasz Raczek z rozbrajającym uśmiechem dziecka. Jest z innej branży i po prostu nie rozumie tego fenomenu.

Ze stypendiów – brawurowo strzela K., jedna z kuratorek CSW Zamek Ujazdowski, siedząca vis à vis redaktora prowadzącego Szczerotok. – Ale podanie o grant trzeba umieć napisać, a nie każdy artysta potrafi… – dodaje.

Program jest na żywo, z telefonami słuchaczy, często nie na temat. W studio Tok FM jest jeszcze B., przez prawie całą godzinę zachowująca wstrzemięźliwe milczenie. No i ja, sprawczyni tego spotkania na antenie. Przyczyną – mój tekst opublikowany w styczniu br. na łamach Plus Minus „Mafia bardzo kulturalna”.

Co winien artysta

 

Publikacja wywołała wstrząsowe reakcje. Stała się najszerzej ostatnio omawianym, dyskutowanym, opluwanym i chwalonym tekstem o sztuce .

Ale… odpowiedzią w mediach była cisza. Jeśli nie liczyć audycji Tomasza Raczka – nikt nie próbował podjąć tematu. Sprawę zamieciono pod dywan.

Tymczasem nadspodziewanie szczera wypowiedź K. w Tok FM – ta o utrzymywaniu się artystów ze stypendiów – powinna dać do myślenia nawet ludziom spoza branży. Bo oto na naszych szeroko zamkniętych oczach wygenerowała się nowa specjalność: wypełniacze formularzy.

Żeb „zwykły twórca” mógł to prawidłowo zrobić, musi poświęcić kilka dobrych dni. Najpierw trzeba rozeznać się w gorących tematach, preferowanych przez UE i rynek sztuki. Nie warto nawet próbować z tradycyjnymi zagadnieniami czy technikami. Ma to być projekt (tradycyjne media – surowo wzbronione) i dotyczyć spraw społecznych. Dobrze widziane zaangażowanie w wykluczonych, gender, postkolonializm (lista niepełna, do uzupełnienia).

Jednak najtrudniejsze i decydujące jest rozpracowanie budżetu. Rozłożenie projektów na etapy i wyliczenie probabilistycznych kosztów. To równanie z samymi niewiadomymi. Jasne, że mało który humanista czy artysta to potrafi. Pomoc księgowych jest niezbędna. Dodajmy – księgowych wyspecjalizowanych. Za taką usługę płaci się kilka tysięcy.

Ale nawet najlepiej wypełniony wniosek nie przesądza sprawy. W niektórych przypadkach priorytetem są rekomendacje – jeśli od osób „właściwych”, kandydat zbiera punkty. Jeśli od kogoś spoza eksperckiego kręgu – nie przydają się do niczego, nawet mogą zaszkodzić. To jeszcze nie wszystko. Warto mieć „zaprzyjaźnionego” urzędnika. Jeśli wnioskodawca zgodzi się na uiszczenie mu procentowego udziału od przyznanej sumy – może liczyć na stypendium.

Czy ktoś pamięta błyskotliwy „performance korupcyjny”, przygotowany przez Cezarego Bodzianowskiego, w 2003 roku nominowanego do Nagrody Deutsche Banku („Spojrzenia”)? Wtedy ta niby-propozycja (w istocie – mistyfikacja) złożona przez artystę ówczesnej dyrektorce Zachęty Agnieszce Morawińskiej – że jeśli dostanie nagrodę, podzieli się z nią pół na pół – wydawała mi się przezabawnym grepsem. Dziś uważam ją za wizjonerską.

 

Rozdawnictwo stołków

Chciałabym panią serdecznie przeprosić, tak po ludzku – usłyszałam w telefonie głos Małgorzaty Małaszko, szefowej radiowej Dwójki. Było to dzień po audycji prowadzonej przez A., w drugim programie właśnie. Znów byłam zaproszona do dyskusji na mafijny temat, ponownie na żywo. Po raz kolejny współrozmówcy mieli osobisty interes, żeby ściemniać. Jednak tym razem mieli po swej stronie prowadzącą, która konsekwentnie forsowała z góry ustawioną tezę. To nie była wymiana argumentów, lecz nagonka, przy jednoczesnym dezawuowaniu moich racji.

Program daleki był od standardów dziennikarskiej profesji, także od zwykłej osobistej kultury.

Nie dziwota, że dyrektorka Dwójki poczuła lekkie zażenowanie i usiłowała zrekompensować mi przykrości.

Czy A. spotkały jakiekolwiek niemiłe konsekwencje? Skądże. Awansowała. Otrzymała wkrótce nominację na widedyrektorkę CSW. Tą drogą – serdeczne gratulacje.

Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że przy obecnej bryndzy w kulturze praktycznie każdy etat jest na wagę złota. Tym bardziej kierownicze stołki, łączące się z rozlicznymi apanażami: zagraniczne wyjazdy, samochód służbowy, takiż telefon, nie wspominając o uposażeniu wynoszącym wielokrotność podstawowego.

Jednak nawet na najniżej płatne stanowiska w instytucjach uważanych za priorytetowe rozpisywane są konkursy. Niektóre nawet ogłaszane są w prasie. Oficjalnie.

W Internecie opisany został przypadek młodej kobiety ubiegającej się o posadę w stołecznym CSW – w pewnym momencie był akurat wakat – której oferowano pensję wysokości tysiąca złotych, podłe warunki, dyspozycyjność… I tak pracy nie dostała, bo wyprzedził ją ktoś inny. Z polecenia, czyli – znajomy, krewny, zakumplowany.

I tak zawsze. Ewentualnym kandydatom przedstawia się listę wymagań, z merytorycznymi na czele, ale też ważne doświadczenie, języki, kondycja fizyczna. W praktyce to bez znaczenia. Liczą się wyłącznie znajomości. Tak samo w mediach; nie inaczej na uczelniach. Dlaczego? Bo pensja, choćby najniższa, to przy lawinowo powiększającym się kultur-prekariacie – wygrana na loterii.

Z perspektywy młodych ludzi – idealna trampolina, by odbić się od dna kulturalnego prekariatu.

Schody zaczynają się w momencie, gdy pracownik merytoryczny muzeum czy centrum kultury ma już za sobą jakiś staż; osiągnie pewien wiek; chce osiągnąć coś więcej, niż stabilizacja za 1500-1800 zł. Tak, takie gaże oferowane są nie tylko paniom pilnujących wystaw. To stawki dla ludzi z wyższym wykształceniem, dysponującym wyspecjalizowaną wiedzą, pragnącym rozwijać siebie i swoje umiejętności.

A tu – koniec kariery. Praca teoretycznie ośmiogodzinna, w istocie jest nienormowana. Jakiekolwiek dorobienie poza firmą wymaga wyrzeczeń, niedosypiań, zawalania wolnych dni i wakacji.

 

Trwanie czy przetrwanie

W Noc Muzeów kilka placówek podjęło strajk, w tym – krakowskie Muzeum Narodowe. Był to protest osobliwy, w krakowskim stylu: przebrani za żebraków, wyszli na Rynek Główny, pod transparentem „dziady kultury”.

Mówi pracownik MKN pragnący zachować anonimowość: – Od 2004 roku nie dostaliśmy żadnych podwyżek, a nawet przeciwnie, wciąż coś nam się obcina, choćby nagrody roczne. Jesteśmy szantażowani, że jeśli będziemy strajkować, to odbierze się nam z godzin pracy.

Podobnie rozpaczliwie przedstawia się sytuacja muzealników i kuratorów w Warszawie i innych miastach. Za to nie da się żyć – zgodnie twierdzą etatowi „żebracy”. Niby nie są to umowy śmieciowe, lecz warunki równie beznadziejne.

Także prywatni galeryści walczą o przetrwanie. Ci, którzy nie mają ministerialnych czy marszałkowskich dotacji, zamykają biznes bądź wspierają się dodatkową działalnością (ramiarstwo, biżuteria, wynajmowanie przestrzeni na ewenty).

Przez ostatni rok nie pojawił się ani jeden nowy klient zainteresowany sztuką współczesną – przyznaje Zuzanna Sokalska, prowadząca stołeczną galerię Monopol, działającą od lutego 2014.

Jest gorzej niż się spodziewałam. Jeśli udaje mi się cokolwiek sprzedać, to tylko tym, z którymi nawiązałam kontakt i współpracę przez dekadę funkcjonowania galerii Art NEW media (Sokalska była tam dyrektorką – przyp. MM).

Galerzyści i kuratorzy najchętniej zwalają winę na brak edukacji. Ludzie muszą wiedzieć, że kultura jest im potrzebna, mówią chórem. I przytaczają anegdotki o biznesmenach, którzy wyrzucają krocie na złote klamki, a skąpią na wybitne dzieła. Tymczasem Marcel Andino Velez, wicedyrektor MSN, jest innego zdania: – Jest rynek, bo muzea i publiczne galerie kupują prace do swych zbiorów – uważa.

W Polsce rynek sztuki współczesnej nie wybuchł od razu po transformacji. Szło z oporami. Najpierw nabywcy ostrożnie kupowali figuratywną klasykę, najchętniej malarstwo akademickie (do dziś w najwyższej cenie). Hossa nastała dopiero z nadejściem nowego tysiąclecia i trwała mniej więcej do 2008 roku. Ogólnoświatowy kryzys odbił się zapaścią w sprzedaży sztuki, zwłaszcza tej współczesnej. To oczywiste: świeży „towar” nie zdążył przejść próby czasu, a nikt przytomny i orientujący się na rynku nie mógł zagwarantować przyrostu wartości. Owszem, pewna/niepewna firma podająca się za przyjazną sztuce próbowała zdobyć klientelę zapewniając, że sztuka przynosi 50-krotne zyski w ciągu dekady, ale jakoś mało kto dał tym rewelacjom wiarę.

Wraz z bessą, prywatne galerie zaczęły robić bokami, artyści – wpadać w finansowe tarapaty.

Wtedy zaczął się bieg po stypendia do MKiDN, po granty do UE, po najróżniejsze suporty od władz miejskich, gminnych, dzielnicowych… We wszystkich tych miejscach, w komisjach przyznających większą lub mniejszą kasę, obok urzędników zasiadają eksperci. Zazwyczaj to znani kuratorzy, szefowie ważnych instytucji, galeryści. Wszyscy, od których zależy być lub nie być artysty.

 

Merytokraci sztuki

Tworzą ciało eksperckie. Na szczeblu niższym – ogólnokrajowe; wyżsi rangą wchodzą w skład merytokracji międzynarodowej. Ustalają między sobą, co dobre, co złe. Ku czemu sztuka ma skręcić, żeby skręcić – coś dla siebie. Mają monopol na artystyczny biznes.

Jeszcze nigdy nie było takiego terroru w sztuce – smutno zauważa Wiesław Boprowski, ex-szef, współzałożyciej Galerii Foksal, której nazwę przywłaszczyła sobie potem Fundacja Galerii Foksal, od dawna nie mająca z „matecznikiem” nic wspólnego. Borowski pamięta czasy socrealizmu i Prl-u. Jest zdania, że pomijając krótki okres dominajcji jedynie słusznej ideologii estetyczne, nawet za komuny istniała większa różnorodność postaw, pomysłów, dokonań. Obecnie arenę sztuki opanowała jedna orientacja – ta, którą lansują i którą handlują merytokraci.

Toteż publiczność ich nie intersuje. Nie przychodzą na wystawy, łaski bez. Galerie świecą pustkami – nic to, świat sztuki współczesnej nie potrzebuje widowni. Decyzje zostają podjęte innym trybem: wedle potrzeb rynkowych.

A sprzedać można wszystko. Byle zostało odpowiednio zinterpretowane. Od tego merytokraci mają podwykonawców. Musi być z użyciem obcych terminów i na tyle zawile, żeby żaden urzędnik od kasy nie ośmielił się wystąpić z wątpliwościami.

Refleksja nad ludzkimi odruchami i potrzebami ustępuje w nowych pracach M. kontemplacji śmiertelności, jako cechy wspólnej życia. Strach, ból, gwałt obserwujemy w jego skrajnie indywidualnym, osobistym wymiarze, ale też w skali gatunków. Wtedy nazywamy je zagrożeniem albo wymieraniem. To, co różni obie obserwacje, czyli świadome przeżywanie, jest zarazem kluczowym albo »twardym« (Chalmers) problemem współczesności. Niemożliwym do uzgodnienia z naturalistycznym modelem wyjaśniania.”

To cytat z kuratorskiego tekstu dotyczącego wystawy „Bóg Małpa”.

Co na niej? Dokumentacja wyczynu artystycznego.

Było tak: prawie zero stopni, a M., młoda artystka – chlup do rzeki w bluzeczce bez rękawów i letnich spodniach. Nie w celach samobójcych, lecz artystycznych. Unosząc się na wodzie, miss mokrego zimowego podkoszulka pozowała do zdjęć na podobieństwo Ofelii ze słynnego obrazu Millaisa. Fakt, dużo ryzykowala: zapalenie płuc. Ale czy dokumentacja tego heroicznego aktu warta jest ich ceny, zaś autorka – godna miena najbardziej obiecującej artystki roku 2014?

Wedle krajowej merytokracji – to objawienie. Poparte zakupami do MSN i nie tylko.

W obecnej rzeczywistości zakupy odbywają się za pośrednictwem kilku topowych prywatnych galerii. Przypomnę schemat działania: właściciele wybierają artystów do galeryjnej „stajni”; inwestują w ich kariery (wystawy, pokazy zagraniczne, targi zagraniczne, publikacje). To nie są małe koszty. Siłą napędową tych karier są pokazy w prestiżowych miejscach i prace w poważnych, publicznych kolekcjach. Jedyny problem – przekonać etatowych kuratorów.

W Polsce instytucji liczących się, a do tego gromadzących własne zbiory jest niewiele – MSN, Zachęta, Zamek Ujazdowski, niektóre centra sztuki współczesnej, pozawarszawskie Zachęty. Co ciekawe, pula zakupowa muzeów narodowych jest w tym zestawie najniższa i nowe nabytki trafiają tam dzięki wsparciu biznesu.

Ale… tych miejsc jest i tak więcej, niż prywatnych galerii, których szefowie mają wpływ na publiczne zakupy. Wszystkie są skomasowane w Warszawie. Każdy z branży je zna: w pierwszej lidze – Raster, Fundacja Galerii Foksal; znacznie dalej plasują się Starter, Stereo, Leto i Dawid Radziszewski. Czy można się dziwić, że twórcy wykonują tańce godowe przed ich bossami?

Połów zaczyna się już na poziomie studiów. Im kto młodszy, mniej znany – tym lepiej, galeria zalicza punkty za odkrycie talentu. Bywa, że młody geniusz z czasem nie spełni oczekiwań; wypala się; robi rzeczy wtórne i durne. I co, pieniądze na lans wyrzucone? Nie ma takiej opcji.

Od czego zaprzyjaźnieni dziennikarze? Do nich należy propaganda sukcesu tych, którzy już sukces odnieśli. Uporczywe powtarzanie tych samych nazwisk, przy jednoczesnym eliminowaniu innych, odnosi skutek.

 

Polka monopolka

W kwietniowym wydaniu Plusa Minusa Mariusz Cieślik (11-12.04) pisał o fatalnej kondycji mediów („Czwarta władza piąte koło u wozu”). Wspomina o upraszczaniu przekazu tak bardzo, żeby dał się przełknąć ludziom o najniższych intelektualnych wymaganiach. Dziennikarze „…nie mówią o ważnych problemach, tylko o ludziach”, jako że w ten sposób najłatwiej wywołać emocje, które „są najbardziej pożądanym towarem we współczesnych mediach”. Kończąc swoje wywody, autor zauważa: „I nikt mnie nie przekona, że komercyjne stacje radiowe czy telewizyjne mogą robić, co chcą, bo liczy się tam tylko oglądalność. Koncesje na nadawanie przyznano im m.in. dlatego, by uczciwie informowały obywateli”.

E, tam. Nikomu włos z głowy nie spadnie tylko dlatego, że zaniża standardy dziennikarskie. Ani w prywatnych, ani w publicznych mediach. Ten sam proces tabloidyzacji dotyczy rozgłośni z tradycjami. Odbiorców traktuje się jak niedorozwiniętych umysłowo, niezdolnych do skupienia się na dłużej niż kilka minut. A wywoływanie tanich emocji? Toż to baza repertuarowa TVP i wszystkich stacji radiowych. Nie miejsce tu na analizę tego zjawiska – chcę tylko uświadomić, jak się ono ma do sztuki oraz jej obecnego stanu.

Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem: wszystko zaczęło się w księgowości. Media zbiedniały, ich szefowie obrali kurs na oszczędność. Zmniejszanie etatów, zmuszanie dziennikarzy do przechodzenia na samozatrudnienie zaowocowały najpierw strachem, następnie agresją. Wolni strzelcy rzucili się na tematy nieryzykowne, szybkie i nie wymagające wielkiej profesjonalnej wiedzy. Za takowe uznano sztuki wizualne, i tak mało dla kogo zrozumiale.

Z innymi dziedzinami tak łatwo nie poszło. Film, gatunek lawirujący między sztuką a rozrywką, nadal ma prawdziwą, profesjonalną krytykę; podobnie literatura i teatr, tradycyjnie cenione u nas wysoko (co nie znaczy rozumiane). Także o muzyce poważnej nikt nie ośmieli się rozprawiać bez głębokiej fachowej znajomości. Muzyka popularna wymusiła na swych recenzentach profesjonalizm siłą liczebności fanów: wobec masowego audytorium krytyk nie śmie się zbłaźnić.

Rozpaczliwe wołanie Mariusza Cieślika o upadku rangi, jakości i etyki mediów to jeden z setek głosów, tworzących chór biadoleń. A echo odpowiada… walcie się. Najlepiej przystosowani przetrwają.

Niezawodną metodą jest uformowanie wewnętrznych monopoli. I niewpuszczanie freelancerów.

Już kilka lat temu, gdy kryzys zaczął łapać media za gardło, co bystrzejsi pracownicy redakcji kulturalnych zwarli szyki. Rozdzielili między sobą czas antenowy i wyeliminowali freelancerów, współpracujących z rozgłośnią. Zaczęli też nachalny autolans, powtarzając we wszelkich możliwych konfiguracjach swoje i kolegów nazwiska. Ich zasadą jest też… nie mieć swojego zdania. Nie analizować, nie oceniać. Wypowiadać się tylko pozytywnie, ba, entuzjastycznie!

Określenia typu „niesamowity”, „wyjątkowy” i „niezwykły” funkcjonują w ich komentarzach jako podstawowe zwroty wartościujące. Bez uzasadnienia. To właśnie ta gra na emocje, o której pisał Mariusz Cieślik.

To jeszcze nie wszystko. Ludzie z mediów wiedzą doskonale, jak zyskać poparcie wśród twórców i ludzi kultury: chwalić i udostępnić mikrofony osobom bezpośrednio zainteresowanym nagłośnieniem siebie bądź swego dzieła. Więc o filmie mówi dystrybutor, aktor, reżyser. To samo z książkami (wypowiada się autor, tłumacz, wydawca). Sztuki wizualne? Wystawę chwali jej kurator, rzadziej artysta, bo ma gorsze gadane. A niezależna krytyka? A kysz!

 

Od prekariatu, wybaw nas, Panie!

W ten sposób etatowi dziennikarze „od kultury” zaczęli być bezkonkurencyjni na rynku. Do nich zwracają się organizatorzy koncertów, dystrybutorzy filmów, kuratorzy, wydawcy książkowi. Dzięki temu te same kilka osób dorabia sobie prowadzeniem spotkań autorskich z pisarzami, festiwali, koncertów. Ci sami dzielni monopoliści wyjeżdżają za granicę przy każdej promocyjnej akcji kultury polskiej. Ci sami urządzają konkursy i przyznają swoje nagrody. Wreszcie, ci sami trafiają do innych mediów, zwłaszcza do telewizji.

Mało? Wszystko!

Wiem, winner takes it all – ale w jakim to konkursie startowali ci zwycięzcy? W zawodach na największy tupet, najwyżej postawione znajomości, najmniej skrupułów?

Tak jak w innych dziedzinach kultury, tak i w mediach freelancerzy mają przechlapane. Tymczasem nawet najlepszych dziennikarzy szefowie i właściciele stacji telewizyjnych i radiowych oraz prasy wypychają na samozatrudnienie. Niby nadal pracują, czy raczej współpracują, ale bez żadnego zabezpieczenia socjalnego. Co więcej, wolnych strzelców wypuszcza się przeciwko zatrudnionym na umowach śmieciowych bądź najniższych pensjach.

I zaczyna się walka o ogień…

Jeżeli ci „zatrudnieni” dopuszczają kogoś z zewnątrz, to jako „gościa-eksperta”, co na ogół oznacza udzielanie się za darmochę. Mniejsza jednak z kasą – gość nie ma wpływu na dobór tematów poruszanych w audycji/programie. Mówi na zadany temat tyle minut, ile mu dadzą. Ma obok siebie osoby, z którymi niekoniecznie chciałby wystąpić. Niekiedy zdarza się, że niektórzy zaproszeni tworzą wspólny front z prowadzącym (vide: przytoczony na początku przypadek w Dwójce). Wówczas ten, kto jest w kontrze może sobie iść do domu – na pewno nie będzie miał racji. Ostatnie słowo zawsze należy do prowadzącego.

Czasem gość-ekspert, nie podzielający poglądów prowadzącego, zostaje wyeliminowany na amen. I nie daj Boże dysponować umiejętnościami konkurencyjnymi wobec dziennikarzy etatowych! Wyrazista osobowość, oryginalne opinie, umiejętność przykuwania uwagi odbiorców – to dyskwalifikacja.

Słuchacz czy widz musi odnieść wrażenie, że prowadzący są jedynymi i niezastępowalnymi fachowcami. Podobnie powinien myśleć szef.

 

Taki piękny interes

Sztuki wizu (skrót od wizualne) same się podłożyły. Nie dość, że niezrozumiałe i nielubiane – gdy przemówiły słowami kuratorów, zraziły sobie odbiorców do reszty. Bo kuratorzy, rekrutujący się zazwyczaj z absolwentów historii sztuki, kulturoznawstwa i studiów kuratorskich, popisywali się erudycją, znajomością obcych terminów i pokrętnymi skojarzeniami nijak nie przemawiającymi do wyobraźni szerokiej publiczności.

Jednak autorzy tych wywodów mało zajmowali się odbiorcami, bardziej swoim losem. Po studiach humanistycznych w większości byli bez szans na zatrudnienie – o czym już było powyżej.

Nepotyzm stał się obecnie tak powszechną praktyką, że właściwie nikogo nie dziwi. W zawodach, gdzie wielokrotnie więcej chętnych niż miejsc zatrudnienia, o pracy decydują kumoterstwo i wspólnota interesów.

Zwolnień nie uzasadnia się – po prostu informuje delikwenta. Czasem brutalnie. Głośna swego czasu sprawa odsunięcia Milady Ślizińskiej z zajmowanego przez wiele lat kuratorskiego stanowiska właściwie nie miała żadnych reperkusji. Na otarcie łez zatrudniono ją w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Uczelnie artystyczne – to kolejne miejsca szturmowane przez wychowanków tych szkół oraz absolwentów wydziałów związanych ze sztuką. Metoda ta sama, jak gdzie indziej: rodzina, wzajemne powiązania, wspólny interes. Mogą też decydować związki pokoleniowe oraz zbliżona wizja sztuki. Podobnie jak media, akademie zapraszają gwiazdy, którym przypisuje się moc sprawczą w naborze. Wabią się więc sławy na różne sposoby: swobodą w doborze godzin wykładowych, tytulaturą, wyższymi niż przeciętne stawkami. Rzeczywiście, znane nazwiska przyciągają – wpisanie do CV, że kończyło się studia u gwiazdy może mieć znaczenie. Poza tym, na pracownie znanych artystów zwracają uwagę galeryści i kuratorzy, poszukujący świeżego mięsa. Czasem mięso jest trochę zmarznięte, bo zanurzone w lodowatej rzece. Ale czego nie robi się dla sztuki!

 

Szkodnik w akcji

Czy kondycja naszego visual-artu istotnie jest tak kwitnąca, jak przekonują ludzie od propagandy jego sukcesu? Och, proszę nie wątpić! Jest osoba odpowiedzialna za sianie defetyzmu: to ja. Małkowska zaszkodziła, grzmi pewien obrońca uciśnionych merytokratów. Pełen patosu, jak Rejtan na obrazie Matejki, daje mi odpór tekstem „Brońmy układu w polskim świecie sztuki” („Kultura Liberalna” Nr 312, 05.03. 2015). To reakcja na wspomniany artykuł publikowany w Plusie Minusie. Posłuchajmy, co adwokat zaatakowanej „strony” ma do powiedzenia:

Chodzi tu nie tylko o szeroką publiczność, lecz także o potencjalnych kolekcjonerów, prywatnych mecenasów, politycznych decydentów i grantodawców. Jeżeli potraktują oni słowa krytyczki poważnie, to konsekwencje odczujemy wszyscy, a najbardziej – artyści.”

No właśnie, ten strach o kieszeń… Własną. W obliczu takiego zagrożenia autor nie waha się sięgnąć po argumenty pozamerytoryczne: że mój zaawansowany wiek nie pozwal mi uchwycić istoty obecnej sztuki, że mam rozbuchane ego (?), że zostałam zmanipulowana przez redakcję „Rzeczypospolitej” (!).

Środowisko przyjęło tekst raczej z rozbawieniem. Ironia skrywała jednak poczucie zażenowania. Oto osoba rozpoznawalna i ciesząca się niemałym autorytetem publicznie zarzuca cynizm i koniunkturalizm wszystkim, którym w ostatnich latach udało się coś osiągnąć. Ciekawe, że oprócz szybkiej riposty Marcela Andino Veleza (wicedyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej – przyp. MM) tekst nie wywołał polemik. Wielu uznało, że z tak absurdalnymi tezami nie warto dyskutować – należy raczej spuścić zasłonę milczenia, gdyż sama artykulacja sprzeciwu nadaje publikacji Małkowskiej nieadekwatną wagę.

Tekst Małkowskiej zaszkodził nam wszystkim: krytykom, kuratorom publicznych instytucji i pracownikom prywatnych galerii, wzbudzając nieufność wśród tych, którzy interesują się sztuką współczesną, lecz nie orientują się w jej rzeczywistych niuansach. Chodzi tu nie tylko o szeroką publiczność, lecz także o potencjalnych kolekcjonerów, prywatnych mecenasów, politycznych decydentów i grantodawców. Jeżeli potraktują oni słowa krytyczki poważnie, to konsekwencje odczujemy wszyscy, a najbardziej – artyści.”

Czuję się zaszczycona supozycją, że ode mnie zależy los tak wielu ludzi. Jednak spieszę rozczarować autora: gdyby wina za katastrofalną sytuację kultury i sztuki leżała po stronie jednej osoby – problem byłby z głowy: uciąć. Tę jedną.

 

PS. Celowo nie wymieniam kilku nazwisk. Bo nieważne, dobrze czy źle, byle nazwisko było dostatecznie często powtarzane.

 

29
Jan

Mafia bardzo kulturalna (pierwotny tytuł: „Czego nie widać”)

Udostępnij:

Dla tych, którzy nie znają tego tekstu – a był opublikowany w połowie stycznie 23015 roku.

Chcesz mieć dzieło sztuki, ale nie stać cię na zakup? Zrób sobie sam/a!

Rozejrzyj się dookoła. Wybierz coś, co jak najmniej kojarzy ci się ze sztuką. Nie zrażaj się, że coś podobnego widziałe/aś na śmietniku. Weź cokolwiek – plastikowy pojemnik napełniony mocno (i brzydko) woniejącą mazią; oprawiony w ramki niedojedzony plasterek dowolnego produktu jadal­nego; nakręcony komórką filmik z załatwiania intymnych potrzeb; kapotę (czy inny element) mene­la, uzyskaną drogą wymiany na nową rzecz; kanarka w klatce, psa w budzie, kota w worku.

Żeby coś, co sztuką nie jest, przeobraziło się w nią, wystarczy poprosić kuratora – niech namaści egzegezą. Kupa błocka, poddana krytycznej analizie, okaże się pełna wysublimowanych znaczeń.

Krok pierwszy: obsikiwanie terenu

Pole leżało odłogiem, niczyje. Dziki teren z żyłami złota, których istnienia nikt nie podejrzewał. A nawet jeśli, to brakowało urządzeń, żeby do nich dobrać. Mówię o zasobach w postaci sztuki. O wydobyciu ich i wprowadzeniu w rynkowy obieg.

Transformacja 1989 wymagała nowych ludzi na dyrektorskich stołkach. Nowych, znaczyło „nie umoczonych” i lepiej zorientowanych w realiach art worldu, niż poprzedni szefowie. Również kryty­ka wymagała odświeżenia, na podobnych zasadach.

Pierwsze wydarzenia wprawiały wszystkich w euforię. Rok 1990, Ministerstwo Kultury i Sztuki, pani minister Izabella Cywińska namaszcza dwoje takich nowych – Wojciech Krukowski obejmuje ster CSW-Zamku Ujazdowskiego; Barbara Majewska dostaje Zachętę. Wkrótce potem Anda Rotten­berg zostaje kuratorką Galerii Domu Artysty Plastyka, będąc jednocześnie dyrektorką Departamen­tu Sztuki w MKiS. W 1993 roku Rottenberg zakończyła pracę w DAP, by przez kolejnych osiem lat szefować najważniejszej polskiej instytucji artystycznej – Zachęcie. Dalsze zmiany w co ważniej­szych polskich galeriach wynikały z powyżej wymienionych i/lub były efektem postsolidarnościo­wych wyborów.

Do połowy lat 90. w polskiej sztuce hulało. Artyści chcieli wykrzyczeć wolność. Romantycy! Nie bali się żadnej formy ani tematyki. Ryzykowali i brali społeczne odium na klatę. Nie byli nastawieni merkantylnie, nie planowali karier. Ba, plasowali się w opozycji do aukcyjnych tuzów (bo zaczęły się pierwsze licytacje i wyłonili zwycięzcy). Twórcy z ochotą przekazywali prace na liczne aukcje charytatywne, gdzie młotek szedł w ruch przy sumie wywoławczej 100 zł. Nawet właściciele prywatnych galerii wciąż zachowywali się bardziej jak entuzjaści-amatorzy niż twardzi marszandzi nastawieni na zysk.

W drugiej połowie lat 90. klimat się zmienił. Zaczęły zarysowywać się frakcje, trakcje, akcje. I poja­wili się pierwsi poszukiwacze złota. Aroganccy, bezwzględni, młodzi. Chcieli zgarnąć co najlepsze, nade wszystko zaś objąć rząd dusz.

To oni utworzyli zaczyn instytucjonalno-komercyjnej sieci, przez którą nikt niepożądany (czytaj: nie­zależny i samodzielny) się nie przeciśnie.

Etap drugi: skręcanie sieci

Liderzy tego układu weszli w polskie ciało kulturalne jak w masło. Nie groziła im ani konkurencja, ani mechanizmy kontrolne. Ruszyli pokoleniową ławą – „młodzi wilcy”. Zastosowali nieznaną w PRL-u technikę: przykopywanie, skopywanie, dokopywanie. Poza agresją, ich głównym atutem był wiek.

Najszybciej sytuację rozpoznały dwie formacje: Fundacja Galerii Foksal i Raster. Ci pierwsi (Joan­na Mytkowska, Andrzej Przywara, Adam Szymczyk) wykorzystali znaną w świecie nazwę Galeria Foksal (pierwsza awangardowa galeria warszawska, istniejąca od 1966 roku, niezależna od polity­ki kulturalnej PRL-u, gdzie wystawiały międzynarodowe sławy) oraz jej kontakty. Manewr, który za­pewnił im łatwy start oraz ksywkę Foxy lub po prostu Lisy).

W przeciwieństwie do milkliwych Foxów, duet Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński czyli Raster ro­bił dużo hałasu. Zaczęli od wydawania magazynu literacko-artystycznego, który w 2000 roku prze­obraził się w „Internetowy tygodnik szybkiego reagowania”, byli obecni w kilku innych periodykach, przez pewien czas prowadzili telewizyjnego „Pegaza” (był taki program w Jedynce), tworzyli gale­rię, wydawali płyty. No i lansowali młodych zdolnych.

Trzeba przyznać – mieli nosa. I byli zabawni. Szybko stali się pupilami warszawki, skupiając środo­wisko dwudziestokilkulatków (temu służyła kultowa świetlica). Skonsolidowali grupę fanów, gotowych dać się za nich posiekać. W przyszłości miało się to okazać bezcenne.

Dowcipnie parafrazowali oficjalne nazewnictwo, wyrażając jednocześnie swój stosunek do zna­nych instytucji, typów, zjawisk. I tak Zachętę przechrzcili na Zniechętę, Zamek Ujazdowski na ZUJ, Dom Artysty Plastyka na DUPĘ; beztalent – to polski artysta.

Jako outsiderzy, wtedy jeszcze wyrażali słuszną społeczną troskę: „Wystawy arte polo organizują niektóre państwowe muzea i galerie za pieniądze podatników”. Hi, hi, hi… Skąd znamy ten argument?

W czasie, gdy kształtowała się sieć, byłam krytykiem w „Rz”. Na kulturę przeznaczano sporo miejsca. Dużo jeździłam po kraju; zaglądałam w miejsca, gdzie, jak fama niosła, działo się coś interesującego. Donosiłam o tym czytelnikom, mówiłam w radio, w TV. Z perspektywy czasu widać, że miałam podobne wybory jak Raster czy FGF. Pierwsza pisałam (z aplauzem) na łamach ogólnopolskiego dziennika m.in. o Dominiku Lejmanie, Robercie Kuśmirowskim, Mariuszu Tarkawianie, Janku Simonie, Oskarze Dawickim, Azorro, duecie Tworzywo, Monice Sosnowskiej, Zbyszku Rogalskim, Magdzie Moskwie, Bognie Burskiej, Annie Baumgart, Basi Bańdzie i wielu innych.

Broniłam do upadłego Kozyry, Górnej, Julity Wójcik, Althamera, Żmijewskiego. Atakowałam uznane wielkości, jeśli dostrzegałam miałkość ich prac (Siudmak, Olbiński, Mitoraj, Kawiak).

Ale… działałam w pojedynkę. Do tego bezinteresownie.

Runda trzecia: kompromitacja jako argument

Tymczasem młodzi ruszyli kupą, a kupa daje oparcie. Paradoksalnie, z pomocą przyszło im kilka spektakularnych afer z początku lat 2000..

Pamiętacie? Pewnie, przecież te skandale weszły do „kanonu buraka”. Szarża szablą na „Nazi­stów” Uklańskiego; uwalnianie figury Jana Pawła II (praca Cattelana) spod ciężaru meteorytu; pro­ces w sprawie „Pasji” Doroty Nieznalskiej, awantura o pieska (Piotra Kurki) i kilka pomniejszych spraw. Wszystko groteskowe, jakby wyjęte z „Ubu Króla”.

Wkrótce okazało się, że szum medialny wokół artystycznych wydarzeń miał nieocenioną wartość marketingową i nie tylko nie zaszkodził, lecz promował ich bohaterów.

Efekty? Skończyły się publiczne dyskusje wokół sztuk wizualnych. Wymiotło malkontentów, niedo­wiarków, pyskaczy z prasy, z mediów w ogóle. Coraz mniej osób ośmiela się zabierać głos w sprawie twórczości plastycznej, obawiając się obciachu.

Jednocześnie, sztukę odpuściła sobie niedoszła klasa średnia, wraz z postępującą pauperyzacją coraz bardziej indyferentna wobec wszystkiego, co nie dawało chleba i nie udawało igrzysk. Właśnie owa obojętność ze strony większości społeczeństwa po­zwoliła nowej grupie artystycznych decydentów na coraz większą brawurę.

Etap czwarty: scalanie układu

W 1998 roku niejaki Piotr Śmigłowicz (pisarz, osoba spoza plastycznego środowiska) na zamówie­nie Rastra rozpracował „Układ scalony sztuki”.

Czytamy we wstępie: „W Polsce wszystko funkcjonuje na zasadzie układów. Jednym z nich jest układ scalony sztuki. Scalony, bowiem z uwagi na niski poziom kulturowy naszego kraju i znikomą liczbę osób zajmujących się dobrą sztuką, wszyscy ci ludzie – artyści, kuratorzy, dyrektorzy, krytycy – znają się nawzajem. Układ scalony służy ekonomizowaniu życia artystycznego w Polsce […]. Każda sieć składa się przynajmniej z kilku ośrodków, tak aby żaden z nich nie musiał ponosić pełnej odpowiedzialności za to, co pokazuje, i jednocześnie aby to, co pokazuje łatwo było – za pomocą zgodnych opinii wszystkich ośrodków w sieci – uznać za wybitną sztukę”.

Wszystko aktualne. Układ scalony nadal hula. Ale zmiana jest zasadnicza: ten dawny, z lat 90. miał charakter towarzyski. Łączami były upodobania, wybory artystyczne, wspólne imprezowanie, czasem dyskusje. Wiek nie stanowił najistotniejszego wyróżnika.

Teraz układ zamienił się w sieć interesów. Dawni outsiderzy pełnią rolę głównych strategów oraz beneficjentów. Ważna stała się przynależność pokoleniowa: między trzydziestką a czterdziestką.

Do „starych” wyjadaczy dołączyła młoda kadra kuratorsko-krytyczna. Rekrutują się spośród absolwentów historii sztuki, kulturoznawstwa, wydziału kuratorskiego. Jest ich o wiele za dużo, żeby znaleźli zatrudnienie, bez względu na umiejętności czy wiedzę.

Są świadomi, że tylko łokcie, zęby i brak skrupułów zagwarantują im sukces, ba! przeżycie. Przy ich agresji dawny Raster to poczciwcy. Aspiranci do mainstreamu przywalają każdemu, kto mógłby być konkurencją. Mieszają z błotem, dezawuują. Jeśli nie kopią, to milczą. A cisza… ucisza głos mających odrębne zdanie.

Etap piąty: crossing interesów

Z czasem do układu scalonego doszlusowały małe prywatne galerie i fundacje. Obecnie – wyłącznie warszawskie. Niektóre nieznane ogółowi, poukrywane gdzieś w oficynach i na piętrach zwykłych kamienic, anonsowane niedostrzegalną tabliczką. Serwują dania przyrządzone wedle jedynie słusznej receptury (o tym będzie poniżej). Czasem to dziury, gdzie poza wernisażami nie zagląda pies z kulawą… Ale współczesny artystyczny biznes nie potrzebuje widzów.

W Warszawie tych miejsc jest niewiele ponad dwadzieścia. Żałośnie mało w porównaniu z Berli­nem, gdzie funkcjonuje około 600 prywatnych galerii, z bardzo zróżnicowaną ofertą.

Skromność liczebna stołecznych galerii tylko wzmacnia pozycję szefów układu. Tylko oni oraz ich podopieczni mają zapewniony byt, lans i zbyt. Tylko oni są obecni w mediach. Z ich polecenia/nadania dokonywane są zakupy do kolekcji, prywatnych i publicznych.

Jest jeszcze instytucja naganiaczy – speców od art consultingu. Tandem Piotr Bazylko/Krzysztof Masiewicz zaprzyjaźnił się ze sztuką podczas krótkiego rynkowego boomu (środek ubiegłej dekady). Wiedzę zdobywali przede wszystkim w Rastrze, FGF i Czarnej (nieistniejąca galeria, powiązana z Rastrem). Ci świeżo upieczeni fachowcy zainstalowali internetowy periodyk ArtBazaar, a także opublikowali dzieło „Przewodnik kolekcjonera sztuki najnowszej”. Zaczęli doradzać klientom zakupy takie, jakie trzeba i tam, gdzie trzeba – no, chyba nie muszę mówić, gdzie?

Pozostałe nieliczne, nienależące (nie przyjęte?) do układu galerie komercyjne z ambitnym progra­mem robią bokami. Bronią się tylko salony z ofertą typu „cóś pięknego i niedrogo”. Bo ogółowi społeczeństwa podoba się sztuka łatwa, miła i przyjemna. Ostatnie ćwierćwiecze, kiedy zabrakło edukacji plastycznej, tylko wzmocniło ogólnoludzką skłonność do dekoracyjnego kiczu.

I tak oto mamy dwie strony współczesnej sztuki polskiej: przymilna tandeta lub brzydactwa z intelektualnym backgroundem.

Wyścig na margines

Co widać w naszych co ważniejszych publicznych galeriach i kilku „prestiżowych” prywatnych? Zo­stały szturmem wzięte przez postkonceptualizm i działania społeczne. Instytucjom i grantodawcom można wcisnąć wszystko, byle zaszyfrowane „słusznym” hasłem. Feminizm, gender, ekologia, prospołeczność. Majstrując chwytliwym hasłem-wytrychem łatwo dobrać się do stypendiów, dotacji unijnych, współfinansowania. Ryzyko żadne: nie chodzi o wiecznotrwałe dzieła, ale o zjawiska ze swej natury ulotne, przemijające, efemeryczne.

Ten typ niesprzedażnych, rebelianckich działań i postaw znamy od mniej więcej stulecia. Ale dawni outsiderzy i buntownicy z założenia stawali w opozycji wobec establishmentu. Nie zamierzali wpro­wadzać w rynkowy obieg swych gestów, akcji, prowokacji. Chcieli społeczeństwu coś uświadomić (np. absurd wojny), poruszyć (sumienie), obnażyć (hipokryzję).

Naiwni! Nie przewidzieli, że spieniężyć można wszystko – pustą, wymalowaną na biało galerię, smugę dymu na niebie, tekst pisany podczas ulewy i natychmiast rozmywany, fingowaną sprzecz­kę, latanie na nagusa w tłumie, sen (w obecności widowni), sam pomysł na sen… Dziś już wiado­mo, że nie ma takiej rury, z której nie można wycisnąć dzieła.

Teraz obserwujemy karuzelę frików i trików. Pilnie poszukiwani są wykluczeni i marginalizowani – od pensjonariuszy domu starców poczynając, poprzez więźniów, chorych na MS, niepełnospraw­nych intelektualnie, po niewidomych. Nade wszystko – nieświadomych, że resocjalizacyjne zajęcia z „panem/panią od plastyki” są salonowym artystycznym eksperymentem. Nie muszę chyba doda­wać, że zainteresowanie osobnikami z marginesu nie ma nic wspólnego z empatią. To chwyt, na który nabierają się instytucje budżetowe i media.

Z działaniami terapeutycznymi, resocjalizującymi i edukacyjnymi zawłaszczonymi przez art world idą w parze ready mades. W tym zakresie mamy prawdziwą galopadę pomysłów. To ktoś sięga po produkty jadalne (kruche ciasteczka z dziurką, zgodnie ze swą naturą – pokruszone; galaretkę konsumowaną przez zgraję mrówek; opłatki nadżarte przez mysz; aspirynę rozpuszczaną w wo­dzie). Na fali są żywe zwierzęta – były już grane muszki meszki, kot, koza i papużki faliste. Wciąż w cenie są manifestacjami z gatunku minimal: folia remontowa położona na podłodze, wygaszony neon, monochromatycznie zabarwiony ekran iPhona. Wszystko da się uwznioślić, byle dopisała kuratorowi wena.

Z bytami artystycznymi tak subtelnymi, że wymagającymi wielostronicowych epistoł, kontrastują obiekty mocne jak cios w nos. Czasem dosłownie – jak plastikowy sagan wypełniony sosem czosnkowym czy zdezelowane, poobijane wózki bezdomnych, zdobyte drogą wymiany na wózki nowe. Do tego należy dodać celowo nieudolne, badziewne komórkowe „focie” oraz filmiki o ni­czym. Najnowsze technologie także mogą służyć jako manifestacja powrotu do jaskini. Gdzieś w tle modnych galerii snują się prace z „warsztatem” (malarstwo, fotografia, obiekty rzeźbopodobne), bo takowe jednak łatwiej sprzedać.

Polka monopolka

Nasza ćwierćwiekowa wolność nie przyniosła twórcom wiele dobrego. Urynkowienie okazało się dla nich zgubne – bo biedniejące społeczeństwo przede wszystkim zrezygnowało z potrzeb wyż­szego rzędu. Żeby zupełnie nie zdechła sztuka wymagająca od odbiorcy rozeznania i intelektualnej aktywności, trzeba było wygenerować pozarynkowe mechanizmy.

Na sukces załapali się nieliczni. Najwyższe pozycje zajęli dawni outsiderzy z nurtu krytycznego oraz postkonceptualni minimaliści. W malarzach poprzebierano jak w ulęgałkach i ostatecznie wpuszczono na Parnas trzech z byłej Gruppy, kilku z Luxusa (szablony) plus nowych post-surreali­stów, którzy rzekomo już się zmęczyli – rzeczywistością. Wybrano sobie nestorów: Edward Krasiń­ski, Alina Szapocznikow, Oskar Hansen. Rocznicowo przypomniany został Henryk Tomaszewski. Niedawno dorzucono Mirona Białoszewskiego (tak, tak, jako reprezentanta sztuk wizualnych) i Ernę Rosenstein. Z żyjących za starego, dobrego guru uchodzi Edward Dwurnik. Orszak nobilito­wanych fotografów otwierają Zofia Kulik i Józef Robakowski, zamyka Zbigniew Libera. I wystarczy.

Dlaczego tak małe grono dostąpiło wyróżnienia? Nie podważając rangi ich dokonań (każdego wysoko cenię!), powiedzmy otwarcie: ich dorobek lub schedę po nich wprowadzono do układu. A to oznacza promocję u nas i za granicą.

Pozostali artyści toną. Wielu zawiesiło się na jakimś raz sprzedanym, powielanym w setkach wa­riantów pomyśle. Tysiące popadło w biedę, choroby, depresję. Jest jeszcze spora grupa niepokor­nych, utalentowanych i wystawiających, gdzie tylko się da – co i tak nic nie da, bo działają w próż­ni. Poza krewnymi i znajomymi, którzy przyjdą na wernisaż, nikt się o nich i ich pracach nie zająknie.

W rezultacie, mnóstwo zdolnych twórców przepadło. Nikt się nimi nie interesuje. Jakby umarli. A oni żyją, pracują, eksperymentują – tylko nie mają gdzie się zaprezentować. Choćby byli najgenial­niejsi, jeśli nie należą do mainstreamu, nie mają szans na karierę. Bo nie ma niezależnej krytyki.

Coming out kuratorów

Ostatnia dekada – to dyktatura tych, których długo nie było widać na wizualnej scenie. Działali w drugim szeregu, niemal niewidoczni zza pleców artystów, jeśli znani, to głównie środowiskowo.

Pierwszą u nas wielką manifestacją kuratorskiej kreacyjności była prezentacja „Polaków portret własny” (1979). Nazwisko jej autora Marka Rostworowskiego stało się powszechnie znane. W latach 80. i na początku 90. mistrzem od pokazów scenariuszowych okazał się Janusz Bogucki.

Co to takiego – wystawy zwane tematycznymi, scenariuszowymi bądź po prostu kuratorskimi?

W 1998 roku w „Słowniczku artystycznym Rastra” wśród wielu złośliwych quasi-definicji znalazła się taka: „AMBIT – najbardziej ambitny typ wystawy zbiorowej, tzw »wystawa problemowa«, czyli starannie wymyślona przez kuratora. Zaproszeni artyści lub konkretne, wyselekcjonowane przez kuratora dzieła mają ilustrować postawione przez niego tezy, odnieść się do nich albo też charakteryzować wskazane zjawisko. […] Z kreatywnością nie jest najlepiej, ale dotyczy to w rów­nej mierze kuratorów, którzy jako tematy wystawy często wymyślają tak ogólne hasła (czy wręcz slogany), że nie mogą one stanowić jakiegokolwiek wyzwania intelektualnego dla artystów.”

Minęło kilkanaście lat. Teraz to oni, kuratorzy, decydują o kształcie sztuki (nie tylko ekspozycji!); ich arbitralne decyzje wynoszą lub usuwają w cień czyjś dorobek; oni zastąpili krytykę artystyczną. Ba! Stali się ważniejsi niż artyści.

W wywiadzie dołączonym do „Kompasu Młodej Sztuki 2014” (dodatek w „Rz”) Katarzyna Stanny, artystka, wyznaje: „O tym, czy dany eksponat jest dziełem sztuki czy nie, decyduje przede wszyst­kim miejsce jego prezentacji, a także kurator wystawy. Galeria albo muzeum nadaje kontekst obiektowi, a interpretacje takich zjawisk są wielowymiarowe”.

Przedstawicielka sztuk wizualnych, do tego pedagog stołecznej ASP, mówi otwartym tekstem o niebezpiecznym relatywizmie. O naginaniu. Bo skoro dzieło samo w siebie nic nie znaczy, a dopie­ro kontekst nadaje mu sens – to znaczy, że artyści nie tworzą z potrzeby własnej czy w wyniku przemyśleń, lecz „pod kuratora” lub „na zadany temat”. I obojętne, czy powstaje rzecz wybitna, ory­ginalna, wartościowa, czy też coś banalnego, wtórnego, bezmyślnego – bo i tak nie ma żadnych uniwersalnych kryteriów ani obiektywnej oceny.

Rezultaty tej manipulacji widoczne są gołym okiem. W galeriach zrobiło się monotonnie. Niemal wszędzie królują wystawy kuratorskie – czy za galerię robią dwa pokoiki w bloku na piętrze, czy publiczne centra.

Bywają świetne – ale te wyjątkowe są kosztowne i wymagają długich przygotowań. Gdzie kasy i czasu brak, pojawia się quasi-sztuka, ready-mades i obiekty zastępcze. Do kuratora należy spryt­nie nagiąć to coś pod stosowną tezę.

Odbiorcy coraz częściej czują się mamieni, kołowani, poniżeni – ale milczą, bo niby gdzie mają się wypowiedzieć? A że tracą ochotę na odwiedzanie galerii? Bez znaczenia, przecież te przybytki nie utrzymują się z biletów ani ze sprzedaży sztuki.

Im więcej inteligencji, tym więcej głupoty

Po moim niedawnym wykładzie w toruńskim CSW napisała do mnie jego słuchaczka: „…gdy szu­kałam informacji o artystach albo czytałam teksty kuratorskie – ogarniało mnie przerażenie. To, co pisali kuratorzy w tekstach dotyczących różnych wystaw poniewierało mną, wzmacniało kompleksy i utwierdzało w przekonaniu, że »progi są za wysokie na moje nogi«”.

Nieznośnie pretensjonalne i nudne teksty, zamieszczone w katalogach czy bezpośrednio na wysta­wach, istnieją same dla siebie. Właściwie – stały się ważniejsze niż to, co widać. Im bardziej zniko­ma zawartość sztuki w sztuce, tym bardziej rozbuchane dywagacje. Ich autorom często zby­wa na umiejętności formułowania myśli, językiem ojczystym posługują się jak łopatą, za to chętnie doko­nują karkołomnych porównań, powołując się na znane w humanistyce nazwiska. Bełkot, który nie­trudno obśmiać, obnażając tautologie, antynomie, logiczne sprzeczności i inne błędy poprzetykane zapożyczeniami z angielskiego. Jak wiadomo, soc-nowomowa była pożywką dla kabaretu. Gdyby Kolega Kierownik (Jacek Fedorowicz) z „60 minut na godzinę” miał następcę, mógłby czerpać in­spirację z tekstów kuratorskich. Ale takiego kabaretu nie ma. A ci, którzy nie mają żadnych skrupu­łów w ośmieszaniu innych (obciachem już jest dojrzały wiek), tracą poczucie humoru gdy tyko ktoś chce się odwinąć i oddać pięknym za nadobne.

Dwa w jednym

Konsekwencje nadpłodności teoretycznej były nieoczekiwane: kuratorzy zaczęli występować w roli krytyków. Pierwsze sygnały nie wydawały się groźne, choć trąciły brakiem etyki zawodowej.

Przez piętnaście lat mojej pracy w „Rz” obowiązywała żelazna zasada – krytyk nie może być podejrzany o osobiste korzyści, czerpane przy okazji popularyzowania jakiejś osoby (wystawy, zjawiska, itp.). Naganne nawet było napisanie wstępu do katalogu wystawy, którą potem omawiało się (choćby w innej formie) na lamach gazety. Połączenie funkcji kuratora i krytyka wydawało się nie do przyjęcia (o ile wiem, „Rz” nadal obstaje przy tej regule).

Novum pojawiło się na początku lat 2000. Dwaj kuratorzy CSW-Zamek Ujazdowski zaczęli regularnie publikować w dzienniku i innych czasopismach. Nie w tym rzecz, czy byli/są literacko zdolni oraz oblatani w temacie. Zrobili wyłom w „kodeksie krytycznej moralności”.

Po nich ruszyła sfora młodszych, dla których jakiekolwiek uczciwe zasady gry nie miały znaczenia. I poszło!!!

Bardzo Kulturalna Mafia

Dziś kurator już nie jest tylko pomysłodawcą pokazów, interpretatorem dzieł, egzegetą twórczych poszukiwań. Mianowano go artystą! A ekspozycje ze scenariuszami uznano za osobny gatunek sztuki. To jakby cofnąć się do średniowiecza – wówczas status malarza czy rzeźbiarza zrównany był z rzemieślnikiem. Jedni i drudzy pozostali na wieki bezimienni.

Konsekwencją obecnych manewrów na scenie sztuki może być powrót do… anonimowych autorów, podczas gdy jedynym kreatorem będzie kurator. O krytykach nie ma co mówić – w tym rozdaniu nie grają.

Pożegnanie z krytyką”. Tak Mieczysław Porębski, mój intelektualno-moralny idol (jestem z pokole­nia, które takowych miewało) zatytułował książkę-esej sprzed prawie pół wieku (1966, wznowienie – 1982). Było to w czasach, gdy krytyka trzymała się mocno, a status społeczny przedstawicieli tej profesji plasował się znacznie powyżej zwykłego dziennikarza.

Tymczasem w ostatnich kilku latach niezawisła krytyka zniknęła z mediów. Tak, to efekt uboczny urynkowienia: ten towar nie ma brania. Nikt nie chce czytać/słuchać o czymś, czego nie rozumie, a wstydzi się do tego przyznać. To wiąże się z manipulacjami, o których już była mowa.

Są też inne powody: krytyków zastąpili szeregowi dziennikarze, którzy po prostu kopiują/wklejają notki z PR-owskich zapowiedzi. I tak odbiorca dostaje niestrawną promocyjną papkę. Z blurbami nie da się pokłócić czy nie zgodzić – przecież to nie są niczyje opinie, tylko chwyt marketingowy. Daje to rezultat kuli śniegowej: niezrozumiałe „opisy” zrażają potencjalnych widzów. Niechęć do sztuki rośnie, zainteresowanie nią maleje.

Następna przyczyna eliminacji krytyki ma charakter jeszcze bardziej przyziemny: media zbiedniały. Jak wiadomo, w sytuacjach kryzysowych, gdy przestają działać mechanizmy ochronne dla pew­nych grup zawodowych czy społeczności, najlepiej sprawdzają się metody mafijne. Osoby wzięte pod skrzydła „rodziny” mogą spać spokojnie, o ile dostosują się do pewnych zasad.

Tak właśnie stało się w mediach. No, nie wszędzie – ale w wielu redakcjach (zwłaszcza kultural­nych, bo to dziedzina, gdzie najtrudniej o obiektywną ocenę wiedzy i umiejętności) uformowały się grupy wzajemnego wsparcia, wykluczające kogokolwiek z zewnątrz. Nawet jeśli dochody są nie­wielkie, to nieustanne autopromowanie siebie i zespołu kolegów procentuje innym zyskami.

Rodziny” wyeliminowały pośredników-ekspertów. Szybko zorientowali się, gdzie jest głowa układu scalonego. Krytycy sztuki są im niepotrzebni, ba! Niebezpieczni – mogą chlapnąć coś nie w smak decydentom. Kulturalni redaktorzy zwracają się bezpośrednio do kuratora czy artysty. Taki chętnie chętnie się wypowie, przez telefon czy na żywo; o każdej porze dnia czy nocy; całkiem gratis. Przecież to jego interes.

W takim układzie wszyscy są zadowoleni – redaktorzy nawiązują kontakty, przeprowadzają wywia­dy, wyjeżdżają na zagraniczne imprezy plastyczne. Z czasem – czasem bardzo krótkim – zaczyna­ją uważać się za fachowców. I tak utrwala się monopol medialno-kulturalny.

A krytycy? Im już dziękujemy, sami się obsłużymy. I wszystko zostanie w rodzinie.

[mm]

15
Jan

Co artyście po tytule (powody, dla których twórcy zabiegają o naukowe stopnie)

Udostępnij:

Wróble ćwierkają, ludzie tweetują i zadają pytanie: o co chodzi z tymi doktoratami na Akademii Sztuk Pięknych? Po co tytuły artystom? Otóż upomniała się o nie Wielka Unijna Biurokracja. Surowa to pani: sekuje wszystkich, którzy nie wykazują się stosownym papierem.

Bo cóż po artyście w czasie marnym? Co po kreatywności bez naukowego certyfikatu? W ogóle – jak tworzyć bez naukowego tytułu?

 

Artysta powinien śpiewać jak ptak – wmawiali adeptom sztuk pięknych konserwatywni mistrzowie zachowawczych uczelni artystycznych. Znaczyło – tworzyć, to wyrażać siebie bez jakichkolwiek zewnętrznych nacisków. Nawet za cenę przymierania głodem, chłodem, kiły i szkorbutu oraz dziurawego płaszcza czy innej peleryny.

Mit romantycznego „cygana” trwał jeszcze za socu. Artystyczna brać brała się za bary z życiem, z pogardą patrząc na „użytkowców”, trzeźwych na umyśle i ze świeżym oddechem.

„Użytki” nie śpiewały, tylko odrabiały zadania. Pracusie jeb…ne, na pensjach od ósmej do szesnastej, na stanowiskach „inżyniera plastyka”, w zakładach produkujących rdzewiejące ciągniki, niewygodne meble ergonomiczne czy zniechęcającą do konsumpcji zastawę z fajansu.

A wolne błękitne ptaki, fruuuu! Niebo było im limitem, nie stan konta.

Ptasia metafora to pieśń przeszłości. Oraz obciach. Wiadomo, śpiewać każdy może. Teraz z treli trzeba uczynić fach potwierdzony rejentalnie. Bez naukowego tytułu ćwierkanie nie ma przełożenia na karierę. Jeśli nie artystyczną, to chociaż dydaktyczną. W czasach marnych lepszy taki wróbel w garści niż gonitwa za pawim ogonem sławy.

 

Dawno, dawno temu malarze, rzeźbiarze i inni reprezentanci sztuk pięknych, obecnie zwanych wizualnymi, kształcili się w warsztatach u mistrzów, by po odbyciu czeladniczego stażu oraz zaprezentowaniu „masterpeace’a” zdobyć mistrzowskie uprawnienia. Od czasów, gdy powstały akademie, ich absolwenci czyli akademicy byli uprzywilejowani w wyścigu po zamówienia. A co z całą resztą utalentowanych, z różnych powodów bez szans na studia?

Cóż, losem Janka Muzykanta wzruszali się nieliczni. Zdarzali się jednak dobre panie i panowie, refundujący zdolniachom artystyczne wykształcenie. Działał też system stypendialny (nota bene, istniejący do dziś).

Już w XIX wieku zakwestionowano sens studiów artystycznych („talentu nikogo nie da się nauczyć”). Owszem, godzono się z koniecznością opanowania warsztatowych sekretów, co samodzielnie trudne. Argument „techniczny” padł w zderzeniu z awangardami następnego stulecia.

Warsztat? Burżuazyjny przesąd. Artystą mógł być każdy, kto się nim poczuł, miał wenę oraz środki na jej podtrzymanie. A najlepiej – odziedziczoną fortunkę.

 

Nieskrępowanej kreatywności stanął w poprzek PRL. Studia znów stały się niezbędne, żeby wykonywać „zawód” plastyka, tym samym – zarabiać. Wraz z dyplomem ukończenia wyższej szkoły czy akademii absolwenci otrzymywali tytuł „mgr sztuki”. Magistrami stał Związek Polskich Artystów Plastyków i formacje zrzeszające projektantów. A co z samoukami, naiwistami, malarzami niedzielnymi? Mieli pod górkę.

Żeby jednak nie głodowali (socjalistyczna ojczyzna otaczała opieką nawet największe niezguły) zezwolono im ubiegać się o ministerialny glejt. W MKiS raz, dwa razy do roku zbierało się ciało wydające amatorom uprawnienia „profesjonalisty”. Zdarzali się jednak wykluczeni – jak choćby Nikifor, analfabeta słabo radzący sobie w PRL-owskiej rzeczywistości. O dziwo, trafił na pomocnych ludzi, doczekał sławy i w miarę godziwych warunków bytowych.

2701 Nikifor

Krynicki nie legitymował się żadnym certyfikatem potwierdzającym jego umiejętności. Wystarczała mu pieczątka „Nikifor artysta/ Krynica – wieś” (prostokątna, pisana wersalikami) lub „Pamiątka z Krynicy. Nikifor” (też majuskuła, treść wpisana w koło). Samodzielnie nie potrafił tych stempli wykonać, lecz dumnie przystawiał na każdej akwareli czy rysunku, oferowanych na sprzedaż. Czy wystarczyłoby na doktorat?

 

Zastanówmy się: co jest przyczyną parcia na tytuł ludzi znanych, poważanych, utalentowanych, dotychczas nie marzących o karierze naukowej? Powody są dwa (pomijam motywację ambicjonalną).

Raz, to niepewność egzystencji. Systematyczna sprzedaż w galeriach komercyjnych nie wchodzi już w rachubę, zakupy do publicznych kolekcji mocno ograniczone, coraz trudniej o zamówienia, a do tego „cygańskie życie” wyszło z mody. Jeśli nie należy się do kasty gwiazdorów, stały dopływ gotówki gwarantuje jeno dydaktyka. Ustawiwszy dobrze czas i znajomości, można nauczać w kilku szkołach, prowadzić zajęcia w różnych miastach.

Drugi powód cudownego rozmnażania doktoratów, habilitacji i profesur (zwyczajnych) wśród artystycznej braci to wymogi administracyjne. Ale przepisy są rozciągliwe, zwłaszcza te nieżyciowe. Bilans utytułowanych dusz w uczelnianym ciele musi być dodatni, więc się je mnoży. Im więcej tytułów, tym w większe wpływy wydziału; tym wyższa dotacja dla szkoły; większy prestiż uczelni; tym więcej garnie się doń kandydatów, większe zainteresowanie studiami zaocznymi (płatnymi), więcej chętnych na studia doktoranckie…

I wszyscy zadowoleni, koło się zamyka i kręci. Tylko… ośka jakby krzywa, nie porusza się po prostej. Trzeba by do kowala. Może najpierw dać mu doktorat?

 

Tekst (w krótszej wersji) ukazał się w Plusie Minusie 16-17.01.2016

 

 

 

 

 

29
Oct

Gra w monopol – i gra w kulki (o układach w polskiej sztuce)

Udostępnij:

Podsyła mi znajomy z fejsa:

„W Szumie wywiad z namaszczoną Honoratą. Gdy ją pytają:

“– Jacy inni artyści byli wtedy dla ciebie ważni? Jak jest teraz?” i kto z polskiego podwórka, co odpowiada? Że Kozyra i Libera.

– Śledziłaś dyskusję wokół tekstu Moniki Małkowskiej „Gra w monopol,” w którym występujesz jako „Honorata M.” i synonim wszelkiego zła w młodej sztuce?

– Tak, przeczytałam ten tekst, podobnie jak odpowiedź, czyli list do redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” napisany przez dyrektorów muzeów i galerii zajmujących się sztuką najnowszą. Nie przejęłam się tym artykułem tak, jak chyba powinnam. Miałam moment, że chciałam napisać do niej prywatnie, bo zastanawiałam się, skąd pani Małkowska wzięła wszystkie te informacje, w większości nieprawdziwe. Nie wiedziałam, o co chodzi, dlaczego akurat ja? Jak to się stało, że w jej mniemaniu jestem ucieleśnieniem teorii spiskowych? Czytelnik jej tekstu mógł odnieść wrażenie, że jestem wytworem rynkowych machinacji – wytworem pławiącym się w luksusie. Nawiasem mówiąc, w jej tekście można znaleźć punkty, wokół których dyskusja byłaby możliwa, jednak unieważniają je insynuacje i ton podejrzliwości wobec środowiska. To odbiera powagę całemu tematowi.

– A jak odebrałaś list otwarty dyrektorów? Poświęcili ci sporo miejsca.

– Ponieważ byłam jedyną artystką wymienioną przez panią Małkowską. Ale fragment, w którym o mnie pisali, był tylko jednym z wielu. Moim zdaniem ich odpowiedź nie tylko była bardzo konkretna, ale także dotyczyła ważnych spraw: postaw i, jeżeli można tak powiedzieć, stosunku do prawdy. Ważne wydaje mi się też pytanie, które postawili: czy w tak dużej gazecie, o nakładzie ogólnopolskim, można pisać tyle oszczerstw?

Tu poniżej, pełny tekst, na który powołuje się HM. Oraz do którego odnoszą się redaktorzy z Szumu. Był drukowany w czerwcu w Plusie Minusie (cotygodniowym dodatku do „Rzeczpospolitej”).

GRA W MONOPOL

Z czego żyją artyści, którzy tworzą gigantyczne i nietrwałe instalacje? – pyta Tomasz Raczek z rozbrajającym uśmiechem dziecka. Jest z innej branży i po prostu nie rozumie tego fenomenu.

Ze stypendiów – brawurowo strzela K., jedna z kuratorek CSW Zamek Ujazdowski, siedząca vis à vis redaktora prowadzącego Szczerotok. – Ale podanie o grant trzeba umieć napisać, a nie każdy artysta potrafi… – dodaje.

Program jest na żywo, z telefonami słuchaczy, często nie na temat. W studio Tok FM jest jeszcze B., przez prawie całą godzinę zachowująca wstrzemięźliwe milczenie. No i ja, sprawczyni tego spotkania na antenie. Przyczyną – mój tekst opublikowany w styczniu br. na łamach Plus Minus „Mafia bardzo kulturalna”.

Co winien artysta

Publikacja wywołała wstrząsowe reakcje. Stała się najszerzej ostatnio omawianym, dyskutowanym, opluwanym i chwalonym tekstem o sztuce .

Ale… odpowiedzią w mediach była cisza. Jeśli nie liczyć audycji Tomasza Raczka – nikt nie próbował podjąć tematu. Sprawę zamieciono pod dywan. Tymczasem nadspodziewanie szczera wypowiedź K. w Tok FM – ta o utrzymywaniu się artystów ze stypendiów – powinna dać do myślenia nawet ludziom spoza branży. Bo oto na naszych szeroko zamkniętych oczach wygenerowała się nowa specjalność: wypełniacze formularzy.

Żeby „zwykły twórca” mógł to prawidłowo zrobić, musi poświęcić kilka dobrych dni. Najpierw trzeba rozeznać się w gorących tematach, preferowanych przez UE i rynek sztuki. Nie warto nawet próbować z tradycyjnymi zagadnieniami czy technikami. Ma to być projekt (tradycyjne media – surowo wzbronione) i dotyczyć spraw społecznych. Dobrze widziane zaangażowanie w wykluczonych, gender, postkolonializm (lista niepełna, do uzupełnienia).

Jednak najtrudniejsze i decydujące jest rozpracowanie budżetu. Rozłożenie projektów na etapy i wyliczenie probabilistycznych kosztów. To równanie z samymi niewiadomymi. Jasne, że mało który humanista czy artysta to potrafi. Pomoc księgowych jest niezbędna. Dodajmy – księgowych wyspecjalizowanych. Za taką usługę płaci się kilka tysięcy.

Ale nawet najlepiej wypełniony wniosek nie przesądza sprawy. W niektórych przypadkach priorytetem są rekomendacje – jeśli od osób „właściwych”, kandydat zbiera punkty. Jeśli od kogoś spoza eksperckiego kręgu – nie przydają się do niczego, nawet mogą zaszkodzić. To jeszcze nie wszystko. Warto mieć „zaprzyjaźnionego” urzędnika. Jeśli wnioskodawca zgodzi się na uiszczenie mu procentowego udziału od przyznanej sumy – może liczyć na stypendium.

Czy ktoś pamięta błyskotliwy „performance korupcyjny”, przygotowany przez Cezarego Bodzianowskiego, w 2003 roku nominowanego do Nagrody Deutsche Banku („Spojrzenia”)? Wtedy ta niby-propozycja (w istocie – mistyfikacja) złożona przez artystę ówczesnej dyrektorce Zachęty Agnieszce Morawińskiej – że jeśli dostanie nagrodę, podzieli się z nią pół na pół – wydawała mi się przezabawnym grepsem. Dziś uważam ją za wizjonerską.

Rozdawnictwo stołków

Chciałabym panią serdecznie przeprosić, tak po ludzku – usłyszałam w telefonie głos Małgorzaty Małaszko, szefowej radiowej Dwójki. Było to dzień po audycji prowadzonej przez A., w drugim programie właśnie. Znów byłam zaproszona do dyskusji na mafijny temat, ponownie na żywo. Po raz kolejny współrozmówcy mieli osobisty interes, żeby ściemniać. Jednak tym razem mieli po swej stronie prowadzącą, która konsekwentnie forsowała z góry ustawioną tezę. To nie była wymiana argumentów, lecz nagonka, przy jednoczesnym dezawuowaniu moich racji.

Program daleki był od standardów dziennikarskiej profesji, także od zwykłej osobistej kultury.

Nie dziwota, że dyrektorka Dwójki poczuła lekkie zażenowanie i usiłowała zrekompensować mi przykrości.

Czy A. spotkały jakiekolwiek niemiłe konsekwencje? Skądże. Awansowała. Otrzymała wkrótce nominację na widedyrektorkę CSW. Tą drogą – serdeczne gratulacje.

Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że przy obecnej bryndzy w kulturze praktycznie każdy etat jest na wagę złota. Tym bardziej kierownicze stołki, łączące się z rozlicznymi apanażami: zagraniczne wyjazdy, samochód służbowy, takiż telefon, nie wspominając o uposażeniu wynoszącym wielokrotność podstawowego.

Jednak nawet na najniżej płatne stanowiska w instytucjach uważanych za priorytetowe rozpisywane są konkursy. Niektóre nawet ogłaszane są w prasie. Oficjalnie.

W Internecie opisany został przypadek młodej kobiety ubiegającej się o posadę w stołecznym CSW – w pewnym momencie był akurat wakat – której oferowano pensję wysokości tysiąca złotych, podłe warunki, dyspozycyjność… I tak pracy nie dostała, bo wyprzedził ją ktoś inny. Z polecenia, czyli – znajomy, krewny, zakumplowany.

I tak zawsze. Ewentualnym kandydatom przedstawia się listę wymagań, z merytorycznymi na czele, ale też ważne doświadczenie, języki, kondycja fizyczna. W praktyce to bez znaczenia. Liczą się wyłącznie znajomości. Tak samo w mediach; nie inaczej na uczelniach. Dlaczego? Bo pensja, choćby najniższa, to przy lawinowo powiększającym się kultur-prekariacie – wygrana na loterii.

Z perspektywy młodych ludzi – idealna trampolina, by odbić się od dna kulturalnego prekariatu.

Schody zaczynają się w momencie, gdy pracownik merytoryczny muzeum czy centrum kultury ma już za sobą jakiś staż; osiągnie pewien wiek; chce osiągnąć coś więcej, niż stabilizacja za 1500-1800 zł. Tak, takie gaże oferowane są nie tylko paniom pilnujących wystaw. To stawki dla ludzi z wyższym wykształceniem, dysponującym wyspecjalizowaną wiedzą, pragnącym rozwijać siebie i swoje umiejętności.

A tu – koniec kariery. Praca teoretycznie ośmiogodzinna, w istocie jest nienormowana. Jakiekolwiek dorobienie poza firmą wymaga wyrzeczeń, niedosypiań, zawalania wolnych dni i wakacji.

Trwanie czy przetrwanie

W Noc Muzeów kilka placówek podjęło strajk, w tym – krakowskie Muzeum Narodowe. Był to protest osobliwy, w krakowskim stylu: przebrani za żebraków, wyszli na Rynek Główny, pod transparentem „dziady kultury”.

Mówi pracownik MKN pragnący zachować anonimowość: – Od 2004 roku nie dostaliśmy żadnych podwyżek, a nawet przeciwnie, wciąż coś nam się obcina, choćby nagrody roczne. Jesteśmy szantażowani, że jeśli będziemy strajkować, to odbierze się nam z godzin pracy. Podobnie rozpaczliwie przedstawia się sytuacja muzealników i kuratorów w Warszawie i innych miastach. Za to nie da się żyć – zgodnie twierdzą etatowi „żebracy”. Niby nie są to umowy śmieciowe, lecz warunki równie beznadziejne.

Także prywatni galeryści walczą o przetrwanie. Ci, którzy nie mają ministerialnych czy marszałkowskich dotacji, zamykają biznes bądź wspierają się dodatkową działalnością (ramiarstwo, biżuteria, wynajmowanie przestrzeni na ewenty).

Przez ostatni rok nie pojawił się ani jeden nowy klient zainteresowany sztuką współczesną – przyznaje Zuzanna Sokalska, prowadząca stołeczną galerię Monopol, działającą od lutego 2014.

Jest gorzej niż się spodziewałam. Jeśli udaje mi się cokolwiek sprzedać, to tylko tym, z którymi nawiązałam kontakt i współpracę przez dekadę funkcjonowania galerii Art NEW media (Sokalska była tam dyrektorką – przyp. MM).

Galerzyści i kuratorzy najchętniej zwalają winę na brak edukacji. Ludzie muszą wiedzieć, że kultura jest im potrzebna, mówią chórem. I przytaczają anegdotki o biznesmenach, którzy wyrzucają krocie na złote klamki, a skąpią na wybitne dzieła. Tymczasem Marcel Andino Velez, wicedyrektor MSN, jest innego zdania: – Jest rynek, bo muzea i publiczne galerie kupują prace do swych zbiorów – uważa.

W Polsce rynek sztuki współczesnej nie wybuchł od razu po transformacji. Szło z oporami. Najpierw nabywcy ostrożnie kupowali figuratywną klasykę, najchętniej malarstwo akademickie (do dziś w najwyższej cenie). Hossa nastała dopiero z nadejściem nowego tysiąclecia i trwała mniej więcej do 2008 roku. Ogólnoświatowy kryzys odbił się zapaścią w sprzedaży sztuki, zwłaszcza tej współczesnej. To oczywiste: świeży „towar” nie zdążył przejść próby czasu, a nikt przytomny i orientujący się na rynku nie mógł zagwarantować przyrostu wartości. Owszem, pewna/niepewna firma podająca się za przyjazną sztuce próbowała zdobyć klientelę zapewniając, że sztuka przynosi 50-krotne zyski w ciągu dekady, ale jakoś mało kto dał tym rewelacjom wiarę.

Wraz z bessą, prywatne galerie zaczęły robić bokami, artyści – wpadać w finansowe tarapaty.

Wtedy zaczął się bieg po stypendia do MKiDN, po granty do UE, po najróżniejsze suporty od władz miejskich, gminnych, dzielnicowych… We wszystkich tych miejscach, w komisjach przyznających większą lub mniejszą kasę, obok urzędników zasiadają eksperci. Zazwyczaj to znani kuratorzy, szefowie ważnych instytucji, galeryści. Wszyscy, od których zależy być lub nie być artysty.

Merytokraci sztuki

Tworzą ciało eksperckie. Na szczeblu niższym – ogólnokrajowe; wyżsi rangą wchodzą w skład merytokracji międzynarodowej. Ustalają między sobą, co dobre, co złe. Ku czemu sztuka ma skręcić, żeby skręcić – coś dla siebie. Mają monopol na artystyczny biznes.

Jeszcze nigdy nie było takiego terroru w sztuce – smutno zauważa Wiesław Borowski, ex-szef, współzałożyciel Galerii Foksal, której nazwę przywłaszczyła sobie potem Fundacja Galerii Foksal, od dawna nie mająca z „matecznikiem” nic wspólnego. Borowski pamięta czasy socrealizmu i Prl-u. Jest zdania, że pomijając krótki okres dominajcji jedynie słusznej ideologii estetyczne, nawet za komuny istniała większa różnorodność postaw, pomysłów, dokonań. Obecnie arenę sztuki opanowała jedna orientacja – ta, którą lansują i którą handlują merytokraci.

Toteż publiczność ich nie intersuje. Nie przychodzą na wystawy, łaski bez. Galerie świecą pustkami – nic to, świat sztuki współczesnej nie potrzebuje widowni. Decyzje zostają podjęte innym trybem: wedle potrzeb rynkowych.

A sprzedać można wszystko. Byle zostało odpowiednio zinterpretowane. Od tego merytokraci mają podwykonawców. Musi być z użyciem obcych terminów i na tyle zawile, żeby żaden urzędnik od kasy nie ośmielił się wystąpić z wątpliwościami.

Refleksja nad ludzkimi odruchami i potrzebami ustępuje w nowych pracach M. kontemplacji śmiertelności, jako cechy wspólnej życia. Strach, ból, gwałt obserwujemy w jego skrajnie indywidualnym, osobistym wymiarze, ale też w skali gatunków. Wtedy nazywamy je zagrożeniem albo wymieraniem. To, co różni obie obserwacje, czyli świadome przeżywanie, jest zarazem kluczowym albo »twardym« (Chalmers) problemem współczesności. Niemożliwym do uzgodnienia z naturalistycznym modelem wyjaśniania.”

To cytat z kuratorskiego tekstu dotyczącego wystawy „Bóg Małpa”.

Co na niej? Dokumentacja wyczynu artystycznego.

Było tak: prawie zero stopni, a M., młoda artystka – chlup do rzeki w bluzeczce bez rękawów i letnich spodniach. Nie w celach samobójcych, lecz artystycznych. Unosząc się na wodzie, miss mokrego zimowego podkoszulka pozowała do zdjęć na podobieństwo Ofelii ze słynnego obrazu Millaisa. Fakt, dużo ryzykowala: zapalenie płuc. Ale czy dokumentacja tego heroicznego aktu warta jest ich ceny, zaś autorka – godna miena najbardziej obiecującej artystki roku 2014?

Wedle krajowej merytokracji – to objawienie. Poparte zakupami do MSN i nie tylko.

W obecnej rzeczywistości zakupy odbywają się za pośrednictwem kilku topowych prywatnych galerii. Przypomnę schemat działania: właściciele wybierają artystów do galeryjnej „stajni”; inwestują w ich kariery (wystawy, pokazy zagraniczne, targi zagraniczne, publikacje). To nie są małe koszty. Siłą napędową tych karier są pokazy w prestiżowych miejscach i prace w poważnych, publicznych kolekcjach. Jedyny problem – przekonać etatowych kuratorów.

W Polsce instytucji liczących się, a do tego gromadzących własne zbiory jest niewiele – MSN, Zachęta, Zamek Ujazdowski, niektóre centra sztuki współczesnej, pozawarszawskie Zachęty. Co ciekawe, pula zakupowa muzeów narodowych jest w tym zestawie najniższa i nowe nabytki trafiają tam dzięki wsparciu biznesu.

Ale… tych miejsc jest i tak więcej, niż prywatnych galerii, których szefowie mają wpływ na publiczne zakupy. Wszystkie są skomasowane w Warszawie. Każdy z branży je zna: w pierwszej lidze – Raster, Fundacja Galerii Foksal; znacznie dalej plasują się Starter, Stereo, Leto i Dawid Radziszewski. Czy można się dziwić, że twórcy wykonują tańce godowe przed ich bossami?

Połów zaczyna się już na poziomie studiów. Im kto młodszy, mniej znany – tym lepiej, galeria zalicza punkty za odkrycie talentu. Bywa, że młody geniusz z czasem nie spełni oczekiwań; wypala się; robi rzeczy wtórne i durne. I co, pieniądze na lans wyrzucone? Nie ma takiej opcji.

Od czego zaprzyjaźnieni dziennikarze? Do nich należy propaganda sukcesu tych, którzy już sukces odnieśli. Uporczywe powtarzanie tych samych nazwisk, przy jednoczesnym eliminowaniu innych, odnosi skutek.

Polka monopolka

W kwietniowym wydaniu Plusa Minusa Mariusz Cieślik (11-12.04) pisał o fatalnej kondycji mediów („Czwarta władza piąte koło u wozu”). Wspomina o upraszczaniu przekazu tak bardzo, żeby dał się przełknąć ludziom o najniższych intelektualnych wymaganiach. Dziennikarze „…nie mówią o ważnych problemach, tylko o ludziach”, jako że w ten sposób najłatwiej wywołać emocje, które „są najbardziej pożądanym towarem we współczesnych mediach”. Kończąc swoje wywody, autor zauważa: „I nikt mnie nie przekona, że komercyjne stacje radiowe czy telewizyjne mogą robić, co chcą, bo liczy się tam tylko oglądalność. Koncesje na nadawanie przyznano im m.in. dlatego, by uczciwie informowały obywateli”.

E, tam. Nikomu włos z głowy nie spadnie tylko dlatego, że zaniża standardy dziennikarskie. Ani w prywatnych, ani w publicznych mediach. Ten sam proces tabloidyzacji dotyczy rozgłośni z tradycjami. Odbiorców traktuje się jak niedorozwiniętych umysłowo, niezdolnych do skupienia się na dłużej niż kilka minut. A wywoływanie tanich emocji? Toż to baza repertuarowa TVP i wszystkich stacji radiowych. Nie miejsce tu na analizę tego zjawiska – chcę tylko uświadomić, jak się ono ma do sztuki oraz jej obecnego stanu.

Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem: wszystko zaczęło się w księgowości. Media zbiedniały, ich szefowie obrali kurs na oszczędność. Zmniejszanie etatów, zmuszanie dziennikarzy do przechodzenia na samozatrudnienie zaowocowały najpierw strachem, następnie agresją. Wolni strzelcy rzucili się na tematy nieryzykowne, szybkie i nie wymagające wielkiej profesjonalnej wiedzy. Za takowe uznano sztuki wizualne, i tak mało dla kogo zrozumiale.

Z innymi dziedzinami tak łatwo nie poszło. Film, gatunek lawirujący między sztuką a rozrywką, nadal ma prawdziwą, profesjonalną krytykę; podobnie literatura i teatr, tradycyjnie cenione u nas wysoko (co nie znaczy rozumiane). Także o muzyce poważnej nikt nie ośmieli się rozprawiać bez głębokiej fachowej znajomości. Muzyka popularna wymusiła na swych recenzentach profesjonalizm siłą liczebności fanów: wobec masowego audytorium krytyk nie śmie się zbłaźnić.

Rozpaczliwe wołanie Mariusza Cieślika o upadku rangi, jakości i etyki mediów to jeden z setek głosów, tworzących chór biadoleń. A echo odpowiada… walcie się. Najlepiej przystosowani przetrwają.

Niezawodną metodą jest uformowanie wewnętrznych monopoli. I niewpuszczanie freelancerów.

Już kilka lat temu, gdy kryzys zaczął łapać media za gardło, co bystrzejsi pracownicy redakcji kulturalnych zwarli szyki. Rozdzielili między sobą czas antenowy i wyeliminowali freelancerów, współpracujących z rozgłośnią. Zaczęli też nachalny autolans, powtarzając we wszelkich możliwych konfiguracjach swoje i kolegów nazwiska. Ich zasadą jest też… nie mieć swojego zdania. Nie analizować, nie oceniać. Wypowiadać się tylko pozytywnie, ba, entuzjastycznie!

Określenia typu „niesamowity”, „wyjątkowy” i „niezwykły” funkcjonują w ich komentarzach jako podstawowe zwroty wartościujące. Bez uzasadnienia. To właśnie ta gra na emocje, o której pisał Mariusz Cieślik.

To jeszcze nie wszystko. Ludzie z mediów wiedzą doskonale, jak zyskać poparcie wśród twórców i ludzi kultury: chwalić i udostępnić mikrofony osobom bezpośrednio zainteresowanym nagłośnieniem siebie bądź swego dzieła. Więc o filmie mówi dystrybutor, aktor, reżyser. To samo z książkami (wypowiada się autor, tłumacz, wydawca). Sztuki wizualne? Wystawę chwali jej kurator, rzadziej artysta, bo ma gorsze gadane. A niezależna krytyka? A kysz!

Od prekariatu, wybaw nas, Panie!

W ten sposób etatowi dziennikarze „od kultury” zaczęli być bezkonkurencyjni na rynku. Do nich zwracają się organizatorzy koncertów, dystrybutorzy filmów, kuratorzy, wydawcy książkowi. Dzięki temu te same kilka osób dorabia sobie prowadzeniem spotkań autorskich z pisarzami, festiwali, koncertów. Ci sami dzielni monopoliści wyjeżdżają za granicę przy każdej promocyjnej akcji kultury polskiej. Ci sami urządzają konkursy i przyznają swoje nagrody. Wreszcie, ci sami trafiają do innych mediów, zwłaszcza do telewizji.

Mało? Wszystko!

Wiem, winner takes it all – ale w jakim to konkursie startowali ci zwycięzcy? W zawodach na największy tupet, najwyżej postawione znajomości, najmniej skrupułów?

Tak jak w innych dziedzinach kultury, tak i w mediach freelancerzy mają przechlapane. Tymczasem nawet najlepszych dziennikarzy szefowie i właściciele stacji telewizyjnych i radiowych oraz prasy wypychają na samozatrudnienie. Niby nadal pracują, czy raczej współpracują, ale bez żadnego zabezpieczenia socjalnego. Co więcej, wolnych strzelców wypuszcza się przeciwko zatrudnionym na umowach śmieciowych bądź najniższych pensjach.

I zaczyna się walka o ogień…

Jeżeli ci „zatrudnieni” dopuszczają kogoś z zewnątrz, to jako „gościa-eksperta”, co na ogół oznacza udzielanie się za darmochę. Mniejsza jednak z kasą – gość nie ma wpływu na dobór tematów poruszanych w audycji/programie. Mówi na zadany temat tyle minut, ile mu dadzą. Ma obok siebie osoby, z którymi niekoniecznie chciałby wystąpić. Niekiedy zdarza się, że niektórzy zaproszeni tworzą wspólny front z prowadzącym (vide: przytoczony na początku przypadek w Dwójce). Wówczas ten, kto jest w kontrze może sobie iść do domu – na pewno nie będzie miał racji. Ostatnie słowo zawsze należy do prowadzącego.

Czasem gość-ekspert, nie podzielający poglądów prowadzącego, zostaje wyeliminowany na amen. I nie daj Boże dysponować umiejętnościami konkurencyjnymi wobec dziennikarzy etatowych! Wyrazista osobowość, oryginalne opinie, umiejętność przykuwania uwagi odbiorców – to dyskwalifikacja.

Słuchacz czy widz musi odnieść wrażenie, że prowadzący są jedynymi i niezastępowalnymi fachowcami. Podobnie powinien myśleć szef.

Taki piękny interes

Sztuki wizu (skrót od wizualne) same się podłożyły. Nie dość, że niezrozumiałe i nielubiane – gdy przemówiły słowami kuratorów, zraziły sobie odbiorców do reszty. Bo kuratorzy, rekrutujący się zazwyczaj z absolwentów historii sztuki, kulturoznawstwa i studiów kuratorskich, popisywali się erudycją, znajomością obcych terminów i pokrętnymi skojarzeniami nijak nie przemawiającymi do wyobraźni szerokiej publiczności.

Jednak autorzy tych wywodów mało zajmowali się odbiorcami, bardziej swoim losem. Po studiach humanistycznych w większości byli bez szans na zatrudnienie – o czym już było powyżej.

Nepotyzm stał się obecnie tak powszechną praktyką, że właściwie nikogo nie dziwi. W zawodach, gdzie wielokrotnie więcej chętnych niż miejsc zatrudnienia, o pracy decydują kumoterstwo i wspólnota interesów.

Zwolnień nie uzasadnia się – po prostu informuje delikwenta. Czasem brutalnie. Głośna swego czasu sprawa odsunięcia Milady Ślizińskiej z zajmowanego przez wiele lat kuratorskiego stanowiska właściwie nie miała żadnych reperkusji. Na otarcie łez zatrudniono ją w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Uczelnie artystyczne – to kolejne miejsca szturmowane przez wychowanków tych szkół oraz absolwentów wydziałów związanych ze sztuką. Metoda ta sama, jak gdzie indziej: rodzina, wzajemne powiązania, wspólny interes. Mogą też decydować związki pokoleniowe oraz zbliżona wizja sztuki. Podobnie jak media, akademie zapraszają gwiazdy, którym przypisuje się moc sprawczą w naborze. Wabią się więc sławy na różne sposoby: swobodą w doborze godzin wykładowych, tytulaturą, wyższymi niż przeciętne stawkami. Rzeczywiście, znane nazwiska przyciągają – wpisanie do CV, że kończyło się studia u gwiazdy może mieć znaczenie. Poza tym, na pracownie znanych artystów zwracają uwagę galeryści i kuratorzy, poszukujący świeżego mięsa. Czasem mięso jest trochę zmarznięte, bo zanurzone w lodowatej rzece. Ale czego nie robi się dla sztuki!

Szkodnik w akcji

Czy kondycja naszego visual-artu istotnie jest tak kwitnąca, jak przekonują ludzie od propagandy jego sukcesu? Och, proszę nie wątpić! Jest osoba odpowiedzialna za sianie defetyzmu: to ja. Małkowska zaszkodziła, grzmi pewien obrońca uciśnionych merytokratów. Pełen patosu, jak Rejtan na obrazie Matejki, daje mi odpór tekstem „Brońmy układu w polskim świecie sztuki” („Kultura Liberalna” Nr 312, 05.03. 2015). To reakcja na wspomniany artykuł publikowany w Plusie Minusie. Posłuchajmy, co adwokat zaatakowanej „strony” ma do powiedzenia:

Chodzi tu nie tylko o szeroką publiczność, lecz także o potencjalnych kolekcjonerów, prywatnych mecenasów, politycznych decydentów i grantodawców. Jeżeli potraktują oni słowa krytyczki poważnie, to konsekwencje odczujemy wszyscy, a najbardziej – artyści.”

No właśnie, ten strach o kieszeń… Własną. W obliczu takiego zagrożenia autor nie waha się sięgnąć po argumenty pozamerytoryczne: że mój zaawansowany wiek nie pozwal mi uchwycić istoty obecnej sztuki, że mam rozbuchane ego (?), że zostałam zmanipulowana przez redakcję „Rzeczypospolitej” (!).

Środowisko przyjęło tekst raczej z rozbawieniem. Ironia skrywała jednak poczucie zażenowania. Oto osoba rozpoznawalna i ciesząca się niemałym autorytetem publicznie zarzuca cynizm i koniunkturalizm wszystkim, którym w ostatnich latach udało się coś osiągnąć. Ciekawe, że oprócz szybkiej riposty Marcela Andino Veleza (wicedyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej – przyp. MM) tekst nie wywołał polemik. Wielu uznało, że z tak absurdalnymi tezami nie warto dyskutować – należy raczej spuścić zasłonę milczenia, gdyż sama artykulacja sprzeciwu nadaje publikacji Małkowskiej nieadekwatną wagę.

Tekst Małkowskiej zaszkodził nam wszystkim: krytykom, kuratorom publicznych instytucji i pracownikom prywatnych galerii, wzbudzając nieufność wśród tych, którzy interesują się sztuką współczesną, lecz nie orientują się w jej rzeczywistych niuansach. Chodzi tu nie tylko o szeroką publiczność, lecz także o potencjalnych kolekcjonerów, prywatnych mecenasów, politycznych decydentów i grantodawców. Jeżeli potraktują oni słowa krytyczki poważnie, to konsekwencje odczujemy wszyscy, a najbardziej – artyści.”

Czuję się zaszczycona supozycją, że ode mnie zależy los tak wielu ludzi. Jednak spieszę rozczarować autora: gdyby wina za katastrofalną sytuację kultury i sztuki leżała po stronie jednej osoby – problem byłby z głowy: uciąć. Tę jedną.

 

PS. Celowo nie wymieniam kilku nazwisk. Bo nieważne, dobrze czy źle, byle nazwisko było dostatecznie często powtarzane.

 

26
Oct

Stacje romantycznego rewolucjonisty (Pożegnanie Wojciecha Fangora (1922 – 2015)

Udostępnij:

 

Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich twórców, u nas i na świecie. O ogromnym dorobku, wielu liczących się prezentacjach, przełomowych dokonaniach. Jakimi słowami najlepiej określić Wojciecha Fangora?sztuka-fotografia-czeslaw-czaplinski-wojciech-fangor-w-90-rocznice-urodzin-galeria-plenerowa-muzeum-lazienki-krolewskie-warszawa-610-1

Nonkonformista. Rewolucjonista. Romantyk. Wszystko, za co się brał, łączyło się z ryzykiem; wszystko robił bez kunktatorstwa, z nonszalancją i przekorą. W emocjonalnym crescendo. W takim stylu zakończył życie: zmarł w niedzielę, w szalonym dniu wyborów, dwa tygodnie przed swymi 93. urodzinami.

Wynalazca epoki

Dziewięćdziesiąt trzy lata przeżyte w kilku systemach politycznych, w różnych krajach. Imał się wielu technik, stylistyk i dyscyplin ze sztuk wizualnych – malarstwa, rzeźby, plakatu, projektowania, architektury wnętrz. Pasjonował się rozlicznymi naukami, ze szczególnym uwzglednieniem astronomii.

O takich jak on mówi się: świadek epoki. Ale to nie dotyczy Wojciecha Fangora. Jaki z niego świadek? On nie przyglądał się stuleciu – tworzył je, formował, nadawał wizualny kształt.

Tylko wielcy artyści potrafią twórczo pożenić własną wizję ze zbiorowymi oczekiwaniami. To swego rodzaju geniusze wynalazczości, zarazem mistycy. Mają patent na ducha czasów. Ich prace stają się symbolami. W dorobku Fangora takich „patentów” mniej wprawdzie, niż u Thomasa Edisona, ale ranga porównywalna.

Przebył drogę od „Matki Koreanki” wojciech-fangor-matka-koreanka-800pxl-e1361232693205

do abstrakcji 635219490894658566i z powrotem do figuracji21, i jeszcze raz ku sztuce znakowej; po drodze zaliczył dookolną trasę od plakatu i karykaturalnych rysunków prasowych do aranżacji wnętrz; od socrealizmu fangor postaci msl_6402672do wystroju II linii warszawskiego metra.

Zatrzymajmy się na najważniejszych dlań przystankach: urodziny w Warszawie, w 1922 roku; wojenne, prywatne studia plastyczne (u profesorów Pruszkowskiego i Kowarskiego); dyplom warszawskiej ASP tuż po wojnie (1946); praca na macierzystej uczelni w charakterze asysystenta (1953-61); wyjazd z Polski do USA via Francja i Anglia; powrót w 1999.

Po drodze minął jeszcze wiele innych stacji, lecz każdy odcinek odbył w indywidualnym tempie, nie zwalniając ani przyspieszając pod zewnętrznymi naciskami.07

Za to dookoła niego zakotłowało się, mniej więcej od dekady. Pozycja artysty poszybowała w górę jak rakieta: sława, chwała i gólny aplauz specjalistów, rosnące ceny na aukcjach, zarazem unikanie uczestnictwa w artystycznym życiu na rzecz wycofania się na prowincję. Posypały się propozycje wystaw, honory, nagrody, zaszczyty. O które nie zabiegał i które chyba cieszyły go mniej, niż kolejne eksperymenty i realizacje nowych koncepcji. Największe zwycięstwo – ściany stacji II linii warszawskiego metra, których nazwy (i litery) zamienił w pół-abstrakcyjne kompozycje. Były problemy, walka, procesy. Wygrał, i całe szczęście – to jedna z niewielu okazji kontaktu z wysoką sztuką dla każdego, podczas przemieszczania się po stolicy.z12640898Q,Wojciech-Fangor--1922----malarz--artysta-grafik--r

Honory i nagrody

Ostatni raz widziałam go w kwietniu tego roku, na wernisażu „Environment Starak” w siedzibie Fundacji Rodziny Staraków. Męczyły go przybyłe na otwarcie tłumy i… obce mu, celebryckie klimaty.

Nie uczestniczył w uroczystości przyznania mu honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku – co miało miejsce miesiąc temu. Przed wernisażem w Sopocie (06. 10.) poczuł się kiepsko, trafił do szpitala. Stefan Szydłowski, historyk sztuki blisko zwiazany z mistrzem, zapewniał, że to przejściowe niedomaganie. Za tydzień, 5. listopada, planowano kolejną fetę, tym razem w stolicy: wręczenie artyście nagrody im. Jana Cybisa za rok 2014.

Nie zawsze tak było. Pamiętam rok 1990 i „Wystawę retrospekrtywną – 50 lat malarstwa” w Zachęcie. Wielka panorama, jeszcze przed powrotem artysty do Polski (co stało się dziewięć lat później). Wydarzenie. Imponująca frekwencja. I zdumienie: to on przestał malować op-artowskie, pulsujące koła i fale? Wrócił do figuracji? Czyżby zabrakło mu weny?

Przeciwnie. Pokazane po raz pierwszy w Polsce „obrazy telewizyjne” były równie pionierskie i wizyje – wkrótce mały ekran miał zawładnąć naszą wyobraźnią, świadomością, wyborami. Fangor to zauważył. Zachwycił się migotaniem punkcików na ekranie (taki impersjonizm XX wieku); Uchwycił też samotność ludzi i coraz intensywniejszą obecność szklanego goscia – następca Hoppera.

 

Większość znawców sztuki przywołuje „Studium przestrzeni” z 1958 roku. To było pionierskie w skali światowej: environment, czyli rodzaj instalacji, która ogarnia widza, zaprasza go do środka. Autorami byli Wojciech Fangor i Stanisław Zamecznik. Potem był wyjazd z Polski z samodzielne przedzieranie się przez meandy rynku sztuki.

Była połowa lat 60., w modzie op-art, prace Fangora podpadały pod trend, zarazem odbiegając od dokonań innych: określono je jako „romantyczne”. Bo wyzwalały emocje nieczęste w przypadku sztuki abstrakcyjnej – jakieś niepokoje egzystencjalne, świadomość dobra, piękna, prawdy.

Nie chciał zdyskontować niebywałego sukcesu: indywidualnej wystawy w Guggenheim Museum (rok 1970). Pierwszy, i jak dotychczas jedyny Polak, który dostąpił tego zaszczytu.

Tak jak nie ustąpił wsprawie stacji metra, tak nie ugiął się pod naciskami amerykańskich galerystów, którzy namawiali go na seryjną „produkcję” obrazów, dzięki którym zyskał sławę. Pomyśleć – co za brawura! Przybysz zza żelaznej kurtyny – która akurat po odwilży uniosła się nieco, pozwalając artystom na dłuższe, stypendialne pobyty na Zachodzie – ośmiela się odmawiać. Marszandom chodziło o kompozycje z kołami i falami, łudzące oko pulsowaniem, wibrowaniem, przenikaniem. Robił to pędzlem i farbą olejną, bez żadnych technicznych nowalijek.

Ktoś powiedział, że sukces miał wpisany w nazwisko: „fan – gor”. Łatwe do zapamiętania na całym świecie. Kojarzące się z zabawą. Tak, wybitni artyści zawsze mają z pracy „fun”, czegokolwiek by się nie imali.

.timthumb

 

 

 

 

 

 

 

28
Jul

Legenda o słonecznikach (125 rocznica śmierci van Gogha)

Udostępnij:

Dziś wspomnienie.

Vincent_van_Gogh_-_Self-Portrait_-_Google_Art_Project_(454045)Vincent_Willem_van_Gogh_111Vincent_van_Gogh_-_National_Gallery_of_Art-13842892aac06843398898a08142dd7e7Self-Portrait-with-Straw-HatVincent_Willem_van_Gogh_106

Minęło 125 lat od śmierci Vincenta van Gogha (1853 – 1890).

Stał się legendą nie tylko z powodu dokonań – nie mnie „efektowny” był jego dramatyczny życiorys. W sam raz dla odbiorców pop-kultury, lubujących się w cudzych dramatach.

Ale tu – słoneczna migawka z życia Vincenta.

Rok 1888, Vincent oczekuje (niecierpliwie) wizyty Paula Gauguina w Arles, w Prowansji, gdzie wieje niebezpieczny sirocco, ale kolory wspaniałe i światło oślepiające. Van Gogh szykuje  Żółty Dom na hotel dla kolonii artystów, która nigdy za jego życia tam nie powstała. A on marzył, że tak jak do Pont Aven w Bretanii, tak tu, na południe Francji, zjadą malarze i będzie wspólna praca…

Wielkie rozczarowanie – i wielki płomień uczuć.
„Słoneczniki” z założenia nie miały być poważnymi, znaczącymi dziełami. To… dekoracje wnętrz. Vincent chce „ocieplić”, oswoić nagie mury Zółtego Domu; zastąpić obrazami braki wyposażenia. Spieszy się, trzaska płótno za płótnem.

Ale twórcom tak wybitnie uzdolnionym, jak Vincent, to nie zdarzają się kiepskie rzeczy. Choć niby proste, szybko malowane, to przecież „Słoneczniki” stały się kwintesencją poszukiwań van Gogha: synteza formy i koloru; gorączka gestu, uderzenia pędzla; napięcie uzyskane poprzez zderzenie najmocniej nasyconych odcieni, ekspresja kształtów kwiatów; ich dynamika i drapieżność.

Efektowne? Tak! Ale o ileż tu więcej treści, niż w zwykłej dekoracyjnej kompozycji!

664baaf6cec9f48c33867af9988ba392 2a400c9036895b6e86859b476c39e958 VngGogh