Category: Ludzie

15
Jun

Chmury nad tęczą czyli co widać z Placu Hipstera

Udostępnij:

 Są zajęci od rana do nocy, nawet dłużej.

Ponadnormatywnie okupują lokale przy Placu Hipstera, dawniej Zbawiciela. W ręku tablet, oko i ucho w gotowości. Niby zrelaksowani, w istocie jak cięciwa. Pozorując spożywanie, rzucają głodny wzrok ku tym, którzy mają wpływ na bieg tego, czy raczej ich świata. Może ich zauważą, zaprotegują, zbawią?

Barokowa świątynia pod wezwaniem tuż, a on wierni jak podkościelne dziady, kalecy, żebracy. Może na nich spłynie łaska? Jeździ na pstrym koniu, ale przecież odwiedza te strony. Toteż co dzień odgrywają rytuał przeistoczenia – tak długo, jak piją swoje espresso, jawią się jako warszawiacy z dziada pradziada, inteligenci, znawcy życia, trochę dandy.

Póki nie dopadnie ich nieświęta trójca: długi, samotność, depresja.

Ale póki co, przebierają się za klasę średnią, której u nas nie ma i już nie będzie.

Za to jest szara strefa, niewidoczna na tle miazmatów warszawskiego city.

Są wychowani w tradycji ziomkostwa: rodzina, kumple, wspólnota interesów. Szaraki wzięły w posiadanie jeden z centralnych placów stolicy, zamieniając go w swoją małą ojczyznę, heimat ludzi wyzwolonych, przedsiębiorczych, nie bojących się żadnego interesu, za to unikających pracy jak diabeł święconej wody.

Jest wśród nich niejaki Szef, lat dwadzieścia trzy, specjalista od komórkowych fotek luksusowych aut. Gdzie jak gdzie, ale przy Hipsterze trzeba zrobić kilka okrążeń w stylu Formula 1, zagłuszając small talks nad latte. Wtedy Boss – pstryk, potem wrzuca fotkę na fb i żyje. Chodzi mu o piękno maszyn, nie o ploty, kto siedzi za kółkiem. To wyrafinowane, acz wygodne hobby przyspożyło mu zastępy fanów, grupę lokalnego wsparia i niezłe dochody. Dzięki temu Boss zyskał przekonanie o swej wartości, czemu dał wyraz w audycji radiowej, której był bohaterem. Dalecy od takiego błogostanu są inni konsumenci latte, prosecco z kija czy tarty z sera i brokuła.

 Beautiful people za tło mają tęczę. Wcale nie piękną. Spłowiałe, oklapłe kwiaty oblepiają kostropatą konstrukcję, której daleko do łuku. Straże pilnujące na okrągło te smętne resztki pomnika pomyślności zapobiegły kolejnym podpaleniom, lecz nie dały rady smogowi. Na dziś, rzecz prezentuje się jak swoje zaprzeczenie – symboilizuje miernotę, tandetę, prowizorkę.

Widziałam tęczę cztery lata temu w Brukseli. Świeżutka, idealnie półkolista, tęczowa w zestawie barwnym prezentowała się imponująco przed gmachem Parlamentu Europejskiego. Wchodziło się pod nią do UE, jak do raju. Ależ miała potencjał! Wionęło od niej optymizmem i nadzieją doszlusowania Polski do świata.

Idiotycznie długo mamiliśmy się, że wolność – równa się przywolenie na przekręty. Na dowolne manipulacje. Na wolne ustawki. Uwierzyliśmy, że jak ktoś się wzbogaci może nie najbardziej legalnie („pierwszy milion trzeba ukraść”, powtarzano jak mantrę), to da innym na chleb z masłem, na godne życie. Baliśmy się protestować przeciwko oszustwom, dawać upust niezgodzie na malwersacje, korupcję, nepotyzm – przecież ledwie ćwierćwieku temu zdobyliśmy wolność, a już zawiedliśmy? Już nie daliśmy rady? Defetyzm!

A jeśli ktoś meknął, beknął, wylał żale – to frustrat. Stygmatyzujące określenie, nie przystające do propagandy sukcesu którejś tam RP.

Aż nagle tąpnęło.

Tak jak tęcza przy Zbawiciela, Polakom oklapło.

I nie sposób wskazać winnego. Mówi Tomasz Lipiński (w wywiadzie z Plusa Minusa 25-26. 04.), moje pokolenie: „Polska potrzebuje drugiego rozdania. Ale nie zgranej już talii kart. Do tego muszą się wziąć inteligentni, dobrze wykształceni ludzie młodszych pokoleń, umiejący działać pragmatycznie i merytorycznie”.

Gdzie on, znaczy Tomek L., przezimował, skoro nie zauważył, że to już się stało? Młodzi wzięli się do dzieła. Rozdrapali, co było do rozdrapania, a teraz wydrapują sobie wzajemnie oczy, wyjadają ciepłe mózgi i parujące wątroby. Są, owszem, inteligentni – ale do głębi cyniczni. Przebojowi w sensie brak skrupułów. Oślepieni egoizmem, z liczbą dioptrii pozwalającą dostrzec jedynie własny pępek. Kultywują komunistyczne wypaczenia: publiczne, znaczy niczyje.

Bierz, ile zdołasz unieść! I blatuj się z towarzyszami przekrętowiczami – wspólny interes łączy silniej, niż jakakolwiek idea.

Tych młodych pozytywnych, empatycznych i mądrych nie widać. Odpadają, za delikatni na dziś. Bez względu na „merytoryczność” i inne umiejętności.

Niektórzy już wyjechali, inni szykują się do odlotu. Wszędzie lepiej, byle nie w naszej mordowni.

Spatologizowaliśmy się, usłyszałam w radio. Ale wybory pokazały, że już nie chcemy udawać, że jest cudnie. To nie jest kraj dla ludzi. Może dla hipsterów?

 

 

15
Jun

Baba u lekarza czyli gdzie nas boli

Udostępnij:

Przychodzi baba do lekarza… Tak zaczynał się dowcip z nieskończoną ilością zakończeń.

Dziś babą jest Rzeczpospolita Polska. Co kobiecinie dolega? Jak ją leczyć, skoro nie za bardzo wiadomo, która część organizmu najbardziej słabuje? Niby 25-letnia młódka, ale ma płuca wyplute i cała przeżarta szkorbutem, jak dziąsła Waryńskiego (patrz: Władysław Broniewski, „Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego”). Gdyby odłączyć ją od europejskich kroplówek, pewnie by skonała.

Ale lekarze utrzymują, że pacjentka na dobrej drodze do odzyskania zdrowia. Lekarze różnych profesji, samozwańczych, czasem cynicznych, czasem odklejonych od rzeczywistości.

Nic to nowego – już Molier zauważył, że najwięcej na świecie medyków, gotowych doradzić sposób na każdy ból i bolączkę. U nas służba zdrowia niewydolna, lecz ochotników rwących się do zdiagnozowania chorej baby bez liku. Każdy podsuwa jakieś niezawodne remedium: niedożywionym – maść na szczury; bezrobotnym – napar z jaj nietoperza; pogrążonym w depresji – ekstrakcję zęba. Wszyscy oni eksperymentują na żywym organizmie, gdy tymczasem pacjent wpada w stan katatonii. I w ogóle przestaje reagować. Bo po co?

W ostatnich miesiącach zagęszczenie afer ujawnianych w Polsce uświadomiło, że „ześmiardło się” wszędzie. A wiadomo, zgnilizna idzie od głowy.

Być może są jeszcze tacy, którzy mają ją – głowę – w porządku, ale trzymają ją w chmurach.

Niedawno obradowało dwunastosobowe gremium, inaczej zwane Konsylium, które przedstawiło wyniki deliberacji na Kongresie Innowacyjnym Gospodarki (9 czerwca 2015). Oni – dwunastu genialnych ludzi – radzą, co zrobić, żeby Polska nie była aż tak rozczarowująca, jak się niektórym defetystom wydaje. Zapewniają, że ONI wiedzą, jak to zrobić.

I wspaniałomyślnie dzielą się z rodakami pomysłami na uleczenie RP. Kuracja prosta: pożegnajmy się z paletami (nasz eksportowy hit) i przerzućmy się na iPhone’y. Do tej innowacyjnej myśli dochodzi kilka innych równie odkrywczych sugestii, także prostych do wprowadzenia: „…trzeba zwolnić kulturowe hamulce – nieufność, wrogość, agresję, nietolerancję, lęki, kompleksy wyższości i niższości, bezradność, nadmierny indywidualizm, nepotym, familizm”. Dalej idzie koncert życzeń, złożony z piosenek, które społeczeństwo lubi, bo zna: „odblokowanie społecznego potencjału i energii,wyjście z getta »śmieciówek« i prekaryzacji (…) program podnoszenia płacy minimalnej i minimalna praca godzinowa; udział pracowników i interesariuszy w zarządzaniu”. Itd., itp. No rewelacja – nikt by na to nie wpadł.

W imieniu dwunastoosobowego ciała rzecz zreferował redaktor Jacek Żakowski w „Polityce” (nr 23, 01-09.06.2015). Zarówno zawartość tego tekstu, jak tonacja wprawiają w zdumienie. Zestaw banałów wygłaszanych ex catedra, z arogancją i niezachwianą pewnością siebie może byłby do przełknięcia kilka lat temu. Ale w kontekście wyborów prezydenckich, klęski PO, a następnie – erupcji szamba, której doświadczamy, ten numer nie przejdzie.

Społeczeństwo jest już odporne na połajanki ekspertów i raczej chciałoby dowiedzieć się, kiedy wreszcie skromnie zamilkną, uświadomieni w kwestii swej społecznej ślepoty (w najlepszym razie ślepoty…).Przecież chyba każdy myślący i obserwujący życie w naszym niby-rozwijającym się kraju domyśla się przyczyn tego, co zacytowane powyżej (nieufność, wrogość, agresja itd.).

Na własną rękę i odpowiedzialność przeprowadziłam rodzaj psychotestu (też zabawiłam się w lekarza) wśród reprezentatywnej grupy obywateli. Chodziło o wolne (automatyczne) skojarzenia: pierwsza, spontaniczna reakcja na jakieś słowo.

Jak wiadomo, to stara koncepcja Freuda, implantowana w sferę sztuki przez surrealistów. Ojciec psychoanalizy na podstawie analizy tych automatyzmów stawiał pacjentowi diagnozę; surrealiści grali w „Trupa doskonałego”.

Spróbujmy z babą. Oto jej odpowiedzi.

Dobrze – się urządzić;

Źle – być luzerem;

Egoizm – życiowa mądrość;

Rodzina – na fejsie;

Społeczność – w sieci;

Ojczyzna – oj tam, oj tam;

Solidarność – kultowy plakat z Garym Cooperem idącym na wybory;

Uczciwość – nie ma głupich;

Przyjaźń – współny interes;

Lojalność – dopóki trwa przyjaźń;

Sprawiedliwość – nie istnieje;

Równość – po co?

Moralność – dulszczyzna;

Pomoc – sobie samemu;

Milion – trzeba ukraść;

Katastrofa – przelicznik franka do złotówki;

Wolność – paszport;

Ryzyko – wakacje w Egipcie;

Odwaga – lokaty najwyższego ryzyka;

Ideał – 90 w biuście, 60 w talii, 90 w biodrach;

Ideały – coś z fortepianem Chopina;

Cel – duża szybka kasa;

Wiedza – luksus, na który nie stać;

Nauka – angielskiego;

Sztuka – nie wpaść;

Dywan – rzecz, pod którą się zamiata.

Moje (amatorskie) orzeczenie: baba przejęła moralność Kalego, tego z powieści Sienkiewicza. Ale mogę się mylić, przecież nie jestem ekspertem.

 

 

 

 

 

21
May

Realizm w abstrakcji (90. urodziny Stefana Gierowskiego)

Udostępnij:

Urodziny Stefana Gierowskiego.

 

Ma 90 lat (21. 05.2015), na liczniku przepracowanych ponad 60 lat.gierowski1 Z pędzlem w ręku, z głową chłonną na wiedzę, z ciekawością tego, co można wycisnąć (dosłownie i w przenośni) z tubki farby.

Z tej okazji – mini-feta w Galerii Fibaka na ASP.
Byłam, dostałam album z „Malowanie dziesięciorga przykazań” (b. ważny cykl, próba przełożenia abstrakcji na… realizm. Tom podarowała mi córka artysty, dziękując (co za honor!) za pisanie o sztuce jej ojca, także o cyklu Dekalogu.

Seria jest obecnie pokazywana w Bydgoszczy; za niecały miesiąc (od 11.06) – w Kościele Mariackim w Gdańsku.

 

Tak, to był, a dla niektórych nadal jest autorytet.

Kiedyś imię Stefan wyszło kompletnie z mody. Ale… zdarzały się małe Stefki i malutkie Stefanki. Od razu było wiadomo: dzieci wychowanków Profesora.

.gierowski

A dla wszystkich (nawet bezdzietnych), którzy studiowali na warszawskiej ASP, imię Stefan znaczyło jedno: Gierowski. Jego talent, wiedza, upór w dochodzeniu, czym jest malarstwo. Jego prawość. Jego postawa. Jego świadomość, że w sztuce nie ma półprawd.

Tę postawę dzieli z nim Jarosław Modzelewski, którego doktoranci pokazują prace w Galerii Lufcik w Domu Artysty Plastyka. Od dziś.Obrazy profesora.
Z różnych lat.
A ma na koncie przepracowanych ponad 60, może więcej.
A najważniejsze – poszukiwania SENSU abstrakcji.

gierowski-clv 02gierowski21,04 Gierowski00122 972-big gierowski-obraz  Gierowski.Stefan.1961.30.x.26.cm

 

30
Nov

Wszystko na sprzedaż (o modzie w muzeach – wstęp do eseju)

Udostępnij:

Cztery daty, cztery etapy.

Można podać o wiele więcej dat, które są ważne dla artystycznej kariery mody. Które wyznaczają dukty, jakimi Wielcy Krawcy dostąpili nobilitacji na twórcow, geniuszy, demiurgów. Na celebrytów, ikony, postaci kultowe. Ale skrócę ten proces do kilku dat.

 

Rok 1980. Nowojorski Met’s Costume Institute prezentuje dokonania Pierre’a Cardina na 30-lecie jego pracy twórczej.

1977.412.2_F _W0H8459_lg 1975.145.5_F cardin-1968-fitPrecedens! Oto żyjący projektant dostąpił zaszczytu wystawiania w muzeum. Krytycy kiwają współczująco głowami: no tak, szefowie muzeum kokietują gawiedź. Chcą zarobić. Nie ma co komentować.

 Rok 2011. W Metropolitan Museum of Art pokazywane są kreacje Alexandra McQueena,

images-1imgres

images  imgres-2Alexander-McQueen2011_04_McQueen-Savage-Beauty-Exhibit

51G801WmkkL._SY344_BO1,204,203,200_ imgres-1 savage-beauty-exhibit-feature

niecały rok po samobójstwie designera u szczytu zawodowego sukcesu. Co go skłoniło do tego kroku? Sensacja, która ma przełożenie na zainteresowanie wystawą. Kilometrowe kolejki, pokornie czekające godzinami na wejście. I pada rekord frekwencyjny, nienotowany w historii muzeum: ponad 650 tysięcy widzów, w tym prawie 20 tysięcy zwiedzających za ponad dwukrotnie wyższą stawkę – w poniedziałki, gdy wystawy są zamknięte dla publiczności. Tym, którzy nie zdążyli na tamte wydarzenia, spieszę donieść, że mają szansę obejrzeć te ekscytujące dzieła w londyńskim Victoria & Albert Museum, gdzie pokaz ku pamięci projektanta-samobójcy zagości od marca do połowy lipca 2015. Radzę już rezerwować bilety.

 Rok 2013. Marina Abramović, lat 67, pierwsza dama performance’u, ongiś jugosłowiańska dysydentka, potem emigrantka do Holandii i USA, pojawia się jako gwiazda na okładkach magazynów mody (w tym „L’Uomo Vogue”). Od tego czasu jest wszechobecna w popularnych mediach. Jak każda inna celebrytka opowiada o swoich związkach, o kosmetykach, metodach na podtrzymanie urody i odmłodzenie.

Rok 2014. Znów Abramović na okładkach prestiżowych pism. W wywiadzie udzielonym „Harper’s Bazaar” hbz-november-2013-marina-abramovic-alexis-mabile-haute-couture-coat-deprzyznaje się do nadprzyrodzonych zdolności i pozuje w niesamowitych kostiumach, wystylizowana na średniowiecznego czarownika (czarowniczkę? bo przecież nie czarownicę, tradycyjnie utożsamianą z paskudną staruchą).hbz-flipbook-marina-1-88819286

Niemal jednocześnie ukazuje się „Vogue’a”, edycja ukraińska. Wiodąca sesja mody numeru jest pastiszem jej dawnych performence’ów. Artystka pozuje w nieludzko drogich kreacjach wraz z młodą modelką, niby alter ego dawnej Mariny. Marina-Crystal-by-Dusan-Reljin-for-Vogue-Ukraine-7 Marina-Crystal-by-Dusan-Reljin-for-Vogue-Ukraine Marina-Crystal-by-Dusan-Reljin-for-Vogue-Ukraine-10 Marina-Crystal-by-Dusan-Reljin-for-Vogue-Ukraine-5 Marina-Crystal-by-Dusan-Reljin-for-Vogue-Ukraine-9 Marina-Abramovic-Crystal-Renn-Vogue-UkraineOna sama, wyfotoszopowana, upiększona i pozbawiona wieku, staje się zaprzeczeniem samej siebie. Teraz Marina dzierży sztandar komercji i pop-kultury.

23
Nov

Muza moczona w wannie (o Bractwie Pre-rafealitów i tej, która pozowała do „Ofelii”)

Udostępnij:

Dziewczyna ubrana w jasną, haftowaną suknię leży na wznak w rzece. Nurt wchłania jej ciało, nasiąkający wodą strój wciąga jak kamień w głąb, lecz górna część ciała wystaje ponad powierzchnię. Rudawe, długie włosy mieszają się z wodorostami; spod półprzymkniętych powiek wyglądają jasne oczy; w lekko rozchylonych ustach widać zdrowe, piękne zęby.

Zjawiskowa piękność. Żyje, czy jest martwa? Nie wydaje się cierpiącą. Rozłożyła ręce, jakby przyjmując świat w objęcia. Dłonie trzyma ponad taflą wody, trochę skulone, jak u dziecka. Jej buzia też wydaje się niewinna, prawie dziecięca. Panna płynie w spokojnej wodzie, otoczona cudowną, bujną przyrodą. I sama wydaje się z naturą jednoczyć.1851_Millais_Ophelia - detail

To Ofelia, ta z „Hamleta” Williama Szekspira. Jak wiadomo, popełniła samobójstwo na wieść o tym, że ukochany zabił jej ojca. Więc ona nie może poślubić zabójcy, choć pragnie go całym sercem. Oszalała z rozpaczy dziewczyna biegnie nad strumień, zrywa naręcza kwiatów i nawet nie zauważa, że wpada do wody. Powoli tonie, cały czas śpiewając. Jak w transie.

Na słynną scenę z „Hamleta” porwał się w 1851 roku dwudziestodwuletni geniusz nazwiskiem John Everett Millais. Photograph_of_John_Everett_Millais_by_Charles_Dodgson

Pracował długo, prawie rok. Najpierw w plenerze, potem w pracowni. Efekt? Wielki sukces młodego autora. Bynajmniej nie krótkotrwały – jego dzieło fascynuje i inspiruje od 160 lat.

Ale, ale. Millais nie był jedynym malarzem, którego zainspirował dramat Szekspira. Co więcej, obłąkana córka szambelana królewskiego w Danii (mowa oczywiście o Ofelii) plasuje się najwyżej w rankingu popularności szekspirowskich wątków adaptowanych na sztuki piękne. Naliczyłam 22 przedstawienia szambelanówny, zaś wśród najsłynniejszych autorów wymienić wypada Eugène’a Delacroixa, Odilona Redona i Dantego Gabriela Rossettiego.

Z artystycznych wyżyn samobójstwo Ofelii przeniknęło nawet do świata pop-kultury. To o tej nieszczęsnej dziewczynie śpiewają Nick Cave i Kylie Minogue w „Where Wild Roses Grow” (w teledysku piosenkarka udawała topielicę);

imgres imgres-2 imgres-1 imgres-4 imgres-3imgres-5do niej odnosi się reklama mody Kenzo zrealizowana przez fotografa Grega Kadela: modelki niby toną, ubrane w kreację japońskiego mistrza.77356cac1205ddd86c7d76ceb0b84ace

Przeciwko wiktoriańskiej hipokryzji

Tak naprawdę, to nie francuscy impresjoniści, ale młody, zdolny i rewolucyjnie nastawiony do akademickiego malarstwa Brytyjczyk okazał się prekursorem malarstwa plenerowego. Nie działał w pojedynkę – wraz z nim sześciu innych zuchów pragnie przywrócić „zepsutemu moralnie i wizualnie” akademickiemu malarstwu szczerość, prostotę oraz etyczne przesłanie.

Jest połowa XIX wieku. W Europie po Kongresie Wiedeńskim i upadku Napoleona pozornie panuje spokój. Burżuazja rośnie w siłę i dobra; kwitnie postęp techniczny i wynalazczość; rozwijają się nowe dziedziny nauki. Jednak obyczajowość kostnieje, hipokryzja kwitnie, występek i bieda szerzą się w pozornie coraz bogatszych miastach. Bastionem konserwy stają się Wyspy Brytyjskie pod rządami królowej Wiktorii.

I oto w 1848 roku, kiedy tłusta i purytańska monarchini fetuje dziesięciolecie szczęśliwych rządów, powstaje tajne bractwo. Nazywają się Prerafealitami, jako że – stylistycznie i uczuciowo – odnoszą się do sztuki włoskiej sprzed dojrzałego Renesansu, sprzed Rafaela. Obrazy sygnują literami PRB (skrót od nazwy, po angielsku Pre-Raphealite-Brotherhood), których nikt nie potrafi rozczytać do momentu, kiedy Dante Gabriel Rossetti, pomysłodawca i nieformalny przywódca grupy, nieopatrznie zdradził znaczenie szyfru. Natychmiast w prasie podniósł się lament: młodzi zuchwalcy szargają imię Rafaela, największego mistrza wszech czasów! Niespodziewanie, w sukurs przyszedł bractwu John RuskinJohn_Ruskin_-_Portrait_-_Project_Gutenberg_eText_17774, autorytet naukowy i krytyczny. Radził artystom, żeby „podeszli do natury niczego nie odrzucając, niczego nie wybierając i niczym nie gardząc”.

Grupa jak najchętniej przyjęła tę zasadę. W ich wczesnych scenach pejzażowych zdumiewa roślinność odwzorowywana z drobiazgową dokładnością. W naturalnej scenerii pojawiały się tematy wzięte z życia, najczęściej niepopularne, wstydliwie przemilczane: prostytucja, emigracja „za chlebem”, praca dzieci. Równolegle, pojawiały się motywy religijne oraz literackie, a także sceny z legend o Rycerzach Okrągłego Stołu.

Krzaki nad Tamizą

Prerafealici byli młodzi – najstarszy William Hunt liczył 21 lathunt-william; Rossetti miał lat 20, William_Holman_Hunt_-_Portrait_of_Dante_Gabriel_Rossetti_at_22_years_of_Age_-_Google_Art_Projecta John Everett Millais zaledwie 19. Photograph_of_John_Everett_Millais_by_Charles_DodgsonOtaczała go fama geniusza. Jego nadzwyczajne zdolności objawiły się już we wczesnym dzieciństwie; miał 11 lat, gdy przyjęto go do londyńskiej Royal Academy School jako najmłodszego ucznia w historii szkoły.

Millais znalazł w Kingston-upon-Thames pod Londynem scenerię, która wydała mu się idealna dla samobójstwa Ofelii. Przez cztery letnie miesiące z encyklopedyczną dokładnością odtwarzał tamtejszą roślinność, co wymagało od niego nie lada poświęceń. Tak je opisał: „Siedziałem po jedenaście godzin w garniturze, pod parasolką rzucającą cień szerokości półpensówki. Gdy dopadało mnie pragnienie, gasiłem je wodą ze źródła płynącego tuż za moim stanowiskiem. Ryzykowałem, że skończę jak Ofelia, wpadając do wody”.

Znawcy wyróżnili ponad tuzin roślin oddanych. Niektóre pełnią rolę symboli. Oto pochylona nad oszalałą panną wierzba płacząca, mówiąca o jej niespełnionej miłości. Pokrzywa świadczy o jej cierpieniu, stokrotka oznacza niewinność, fiołek – wierność i czystość. Część interpretatorów pracy upiera się, że artysta zakamuflował wśród roślinności przedstawienie czaszki – zapowiedź rychłej śmierci Ofelii. Być może to jedynie złudzenie i chodzi tylko grę światła i cieni na liściach oraz trawach.

A ona? Ubrana w prostą, lecz cudnie haftowaną srebrną nicią suknię, leżała godzinami w… wannie. siddal in waterNo, bo w angielskim plenerze zrobiło się za zimno. Ale w pracowni Millaisa też nie cieplej. Elizabeth marzła, godzinami pozując w wannie wypełnionej cielą, lecz stopniowo chłodniejącą wodą. Co z tego, że malarz starał się podnieść temperaturę grzejnikami olejowymi i lampami naftowymi? Modelka zapadła na bronchit, zaś tata dziewczyny ruszył do ataku na malarza. „Zapłać pan chociaż za leki”, nalegał. Niestety, bez skutku.

Życie na wzór dramatu

Modelka z „Ofelii” Millaisa również przedwcześnie rozstała się z życiem. A jak na pannę z ubogiej klasy pracującej miała je wyjątkowo burzliwe. Czy była piękna? Zależy od obrazu. Na autoportrecie Elizabeth Eleanor Siddal zwana Lizzie (obraz z 1854 roku, kiedy bohaterka liczyła lat 25) nie wydaje się tak urzekająca, jak na obrazach jej wielbicieli i kochanków. Pewnie sama siebie nie idealizowała. Najbardziej mistyczny jej wizerunek powstał… po śmierci.

Może tej śmierci nie chciała, lecz sprowokowała: przedawkowała laudanum, nie potrafiąc poradzić sobie z depresją po urodzeniu martwej córki. Była wówczas żoną jednego z najbardziej kontrowersyjnych malarzy (także poetów) wiktoriańskiej epoki – Dantego Gabriela Rossettiego. To on, owdowiały po niespełna dwóch latach zalegalizowanego związku z Lizzie,

Santca Lilias portrait-of-elizabeth-siddal-1855-pen-and-ink-rossetti tumblr_mcnj3ifwlb1rh888mo3_400stworzył jej najbardziej uwzniośloną podobiznę, czy raczej – wyobrażenie-wspomnienie. „Beata Beatrix” symbolizuje miłość trwalszą niż śmierć; uczucie ziemskie i pozagrobowe; uniesienie ciała i duszy.dante_gabriel_rossetti_17_beata_beatrix

Dante Gabriel (w istocie – Gabriel Charles Dante Rossetti; syn włoskiego uchodźcy, który przestawił sobie kolejność imion ze względu na „duchowe pokrewieństwo” z genialnym poetą) także podjął samobójczą próbę, lecz nie z powodu utraty ukochanej. Wkrótce po śmierci Elizabeth pocieszał się w ramionach innych dam (najpierw była Fanny Cornforth, pulchna blondyna zatrudniona jako gospodyni domowa artysty, potem modelki Ruth Herbert, Alexa Wilding i Annie Miller, wreszcie – wspaniała, wysmukła, królewska Jane BurdenProserpine-(utdrag),Jane_Morris_1865 żona Williama Morrisa, do której malarz od lat żywił dziwaczne i niejednoznaczne uczucie, a nade wszystko – podziwiał urodę. Z latami rozchwiany emocjonalnie Rossetti uzależnił się od alkoholu i narkotyków (brał chloral), miewał halucynacje, stany depresyjne i paranoiczne. Po tym, kiedy targnął się na życie, podobnie jak Siddal zażywając nadmiar laudanum, poddano go kuracji (był rok 1872, miał wtedy 44 lata). Skutecznej – mógł nawet przed pewien czas tworzyć. Jednak organizm nie wytrzymał i dekadę później mistrz zmarł na niewydolność nerek.

Chorowite jest piękne

Wracając do Elizabeth vel Lizzie – zanim Rossetti ją poznał, sportretowali ją inni artyści. Najpierw dwudziestoletnią pomagierkę w sklepie kapeluszniczym wypatrzył Walter Deverell, student Rossettiego. W 1850 roku młodziak wprowadził pannę do Bractwa Prerafealitów. Emma-West-as-Lizzie-Siddal.-Photo-Credit-Rebecca-PittPozowała swemu „odkrywcy” do obrazu „Twelfth Night”; potem oczarowała Johna Everetta Millaisa, który uwiecznił ją w arcydziele „Ofelia”. Wreszcie, zakochał się w niej Rossetti. Pod jego wpływem Lizzie zrezygnowała z pracy u modystki, zamieszkała z artystą, zaczęła uczyć się techniki malarskiej. Okazała się wcale zdolna. Ilustrowała książki, pisała poematy, malowała ( John Ruskin wykupił wszystkie jej prace).

Rossetti i Siddal zaręczyli się już w 1851 roku, lecz małżeństwo doszło do skutku dopiero dziewięć lat później. Dlaczego? Jedni mówili – ona ma słabe zdrowie; inni – jego na to nie stać. Tak naprawdę, panu artyście było wygodniejszy związek na kocią łapę. Dopiero po śmierci Elizabeth zrozumiał, co stracił. Wraz z ukochaną pochował… własną twórczość poetycką. Dosłownie – włożył do trumny manuskrypty. Tak zdecydował, by wyrazić ból. Jednak po dekadzie ego wzięło górę nad stratą. W1870 roku postanowił ekshumować zwłoki, by wydostać zdeponowane w grobie rymy. Sam nie jest w stanie przeżyć takiej traumy – akcję odzyskania „Poematów” oddał w ręce przyjaciół. Sam siedział w pobliżu mogiły, gryząc palce ze zdenerwowania i czekając niecierpliwie na moment odzyskania wierszy. Truchło Lizzie niewiele już go nie obchodziło…

Skandal w rodzinie

Z historią „Ofelii” i losami jej autora łączy się jeszcze jeden romans o skandalicznym posmaku. Kiedy John Ruskin john_everett_millais_14_john_ruskinzajął się rozwijaniem artystycznych talentów Lizzie, jego żoną „zaopiekował się” John Everett. I to skutecznie – Effie Gray Ruskin Euphemia_('Effie')_Chalmers_(née_Gray),_Lady_Millais_by_Thomas_Richmondzakochała się w młodym malarzu. Nie był bynajmniej przelotny romans. Małżonka autora „Kamieni Wenecji” zdecydowała się na rozwód. A następnie ślub z ukochanym. W 1855 roku cały Londyn ekscytował się tą sensacją. Dla uspokojenia plotek nowożeńcy wyjechali do Szkocji, gdzie na pewien czas osiedli. Po siedmiu latach wrócili, z ósemką dzieci. Styl Millaisa zaczął się zmieniać. Stał się poprawnie akademicki, tematy zaś – sentymentalne.

the-bridesmaid John Everett Millais - Sleeping John Everett Millais: The Black Brunswicker. John_everett_millais_ruling_passion JWLadyOfShalott millais18 5554209914_c2fe2d64e1 john_everett_millais_55_joan_of_arc-e1368185631894 the-return-of-the-dove-to-the-arkSir_John_Everett_Millais_002 hearts-are-trumpsTo musiało się spodobać. Odtąd malarz dobrze zarabia, awansuje. 24 2Cóż, duży dom wymaga stałych dochodów. Dawny buntownik obrasta w zaszczyty (dostał tytuł baroneta), wchodzi do grona akademików, obejmuje stanowisko przewodniczącego Royal Academy. Niestety, ciszy się tym zaszczytem niecałe pół roku. Umiera w 1896 roku, popularny, podziwiany, bogaty. Wkrótce nikogo nie obchodzą jego dojrzałe, schlebiające mieszczańskim gustom kompozycje. Ponadczasową sławę zawdzięcza młodzieńczej „Ofelii” i trudom towarzyszącym powstaniu dzieła.

 

John Everett Millais „Ofelia”, 1851- 52, olej na płótnie, 76 x 112 cm, Tate Gallery, Londyn

 

22
Nov

Pojedynek o żółty brzuch (o ulubionej modelce Edouarda Maneta i kilku skandalach)

Udostępnij:

 

Co ty wiesz o Olimpii? Że to tytuł jednego z najsłynniejszych obrazów świata pędzla Édouarda Maneta; że wokół dzieła wybuchł jeden z najgłośniejszych skandali w historii sztuki, bo był „płasko” namalowany i artyście pozowała kobieta lekkich obyczajów. Mało kto wie, jaką drogę przeszło płótno, zanim trafiło do paryskiego Musée d”Orsay i komu Francja zawdzięcza ten cud. Bo nie zdarzyło się to ot, tak sobie, przez wzgląd na wartość dzieła i rangę autora.Edouard_Manet_-_Olympia_-_Google_Art_Project_3

 Prowokacyjny ogon kota

Pokazana w 1865 roku na Salonie Paryskim, „Olimpia” od pierwszego dnia zyskała złą sławę. I właśnie dlatego do obrazu ustawiały się kolejki. Nie cichły komentarze – jak to się stało, że jurorzy przepuścili taką prowokację? Owszem, sędziowie zorientowali się, do czego pije Manet – do „Wenus z Urbino ” Tycjana. 17198424_130624_1840_38 Giorgione_-_Sleeping_Venus_-_Google_Art_Project_2A Tycjan odnosił się do Goiorgione’a…

Ale Francuzowi nie chodziło o boginię, lecz o kokotę! Co do zawodu modelki nie było wątpliwości. Spoczywa na łóżku, chuda, blada, zapewne znużona bezsenną nocą; z jednej stopy zsuwa się jej ranny pantofel; drugi już spadł, leży na łóżku. Bezwstydnica, taksująca widzów wyzywającym i cynicznym spojrzeniem. Służąca, Murzynka, przynosi jej bukiet kwiatów, niewątpliwie dar od klienta. Do tego Tycjanowskiego pieska zastąpił czarny kot, symbol sprośności, ze skandalicznie uniesionym ogonem (publiczność umiała odczytać ten znak).

To znów ten zuchwalec Manet, ten od „Śniadania na trawie!” I modelka ta sama, znów naga, znowu patrząca każdemu prosto w oczy. Grad obelg spadł na nią i na autora. Dlaczego? Bo mało który z widzów płci męskiej miał odwagę przyznać się, że podobne sceny zna z autopsji. W tamtym czasie w samym Paryżu zarejestrowano 5 tysięcy prostytutek. Dalsze 30 tysięcy pracowało „na czarno”, obsługując klientów z klasy średniej w domach schadzek. Najbogatsi wynajmowali swoim „podopiecznym” apartamenty (motyw znany z „Damy kameliowej” czy „Traviaty”).

Salwom śmiechu i oburzonym okrzykom sekundowali krytycy. Jeden z nich pisze w periodyku „L”Artiste”: „Kpiny czy parodia, chciałbym wiedzieć. Co znaczy ta odaliska o żółtym brzuchu, bezecny model wzięty nie wiadomo skąd, który wyobraża Olimpię?”. Współbrzmi z nim głos dziennikarza z „La Presse”: „Tłum ciśnie się jak przed wejściem do kostnicy, żeby zobaczyć przywiędłą Olimpię”.

Na gest poparcia zdobywają się najwięksi. Charles Baudelaire baudelaire_The_Perfume_Magazineusiłuje podnieść autora obrazu na duchu: „Kpią sobie z pana; drażnią pana szyderstwami; nie umieją oddać sprawiedliwości itd., itd. Czy myśli pan, że jest pan pierwszym człowiekiem w podobnej sytuacji? Czy ma pan więcej geniuszu niż Chateaubriand i Wagner? A jednak kpiono sobie z nich niezgorzej. Nie umarli od tego.”

Najgorliwszym apologetą Maneta okazuje się Émile Zola. ZOLA_1902BPisarz zdaje się rozumieć intencje autora: „Dla ciebie obraz jest tylko pretekstem do analizy. Potrzebna ci była naga kobieta, przyszła ci na myśl Olimpia; potrzebne ci były świetliste plamy, namalowałeś bukiet kwiatów; potrzebne ci było coś czarnego, umieściłeś obok siebie Murzynkę i kota. Co to wszystko znaczy? Ty tego nie wiesz dobrze, ja także nie. Wiem jednak, że jest to praca malarza i to wielkiego malarza”.

Tenże Zola jako pierwszy był przekonany, że miejsce Maneta jest w Luwrze. „Zrobiłbym dobry interes, gdybym mając pieniądze kupił dziś wszystkie jego dzieła”, zauważał po obejrzeniu „Śniadania na trawie”. Niestety, nie dotrzymał słowa, kiedy już był przy kasie.

Żonaty kawaler

Kim był artysta? Dziecko szczęścia, wychowane w luksusie, w domu wysoko postawionego sędziego i damy, którą do chrztu trzymała królowa Szwecji. Każdy, kto choć raz był w Paryżu, wie, że rue Bonaparte w dzielnicy Saint-Germain-des-Prés oraz rue Clichy, gdzie upłynęły dziecięce i młodzieńcze lata Édouarda, to okolice ekskluzywne i drogie. Ale dzieciak państwa Manet nie wyróżniał się żadnymi szczególnymi zdolnościami, szkołę skończył z wynikami najwyżej średnimi. Potem, siedemnastoletni, wstąpił do szkoły marynarskiej – lecz tu także nie widział dla siebie miejsca. Poczuł, że jego przeznaczeniem jest malarstwo. I znów sprawił rodzicom zawód – ani myślał o rzetelnej edukacji w Akademii Sztuk Pięknych. Trochę pouczył się prywatnie, a nade wszystko – powłóczył po muzeach europejskich i paryskich. To była dlań najlepsza nauka. Jednocześnie, „studiował” dandyzmu, czyli bywanie na salonach, w kawiarniach i wszędzie tam, gdzie należało.

Rok 1863, Manet staje się gwiazdą Salonu Odrzuconych dzięki aferze ze „Śniadaniem na trawie”manet-sniadanie-na-trawie-dorsay. Jest tematem plotek numer jeden oraz główną atrakcją Paryża. Zabiega o niego każdy ambitny dom, żeby choć uświetnił kolację…

Oto on, trzydziestojednolatek o długich, kręconych blond włosach (niestety, rzednących) i stylowo uformowanej jasnej brodzie. Idzie nonszalanckim, rozkołysanym krokiem, świadomy swego uroku i wpływu na kobiety. Wąskie biodra, szerokie bary; szykowny, najmodniejszy strój – dopasowane spodnie, żółte zamszowe rękawiczki, cylinder, wsuwane kamaszki, cienka laseczka.edouard-manet-standing d649f7297259ba1dc889aae75b487e25 Edouard-Manet-Henri-Fantin-Latour Carolus-Duran_-_Portrait_of_Edouard_Manet

Jest wieczór. Manet wkracza do Café de Bade – i wszystkie damy jego. Nawet mężczyźni go podziwiają, zazdroszcząc aparycji, ogłady oraz swady, z jaką rzucał błyskotliwe zdania swym charakterystycznym chrapliwym głosem. Bracia Goncourtowie, najwybitniejsi kronikarze tamtej epoki, złośliwcy jakich mało, używają sobie na Manecie-snobie w „Dziennikach”. Jednak ich opinia nie ma dla wielbicielek znaczenia. Wszystkie marzą o zdobyciu tego atrakcyjnego kawalera…

Czyżby? Zmyłka, drogie panie. Już w 1851 roku dziewiętnastoletni Édouard zakochał się w pewnej Holenderce, która przychodziła do domu Manetów uczyć chłopców (było trzech braci) gry na fortepianie. Pogodna, pulchna, niebieskooka blondynka Suzanne Leenhoff DT1929 portrait-of-suzanne-manet-1870zachwyciła młodzieńca, który nie omieszkał odwiedzać ją poza domem. Gdy zaszła z nim w ciążę, sprawca wiedział jedno: ojciec nie może się o tym dowiedzieć. Bękart sędziego? Rzecz nie do pomyślenia. Na szczęście, matka Édouarda, bardziej praktyczna i mniej surowych obyczajów, pmogła synowi wybrnąć z afery. W styczniu 1852 roku Suzanne urodziła syna, przedstawianego potem jako jej brata. Malarz wystąpił w roli chrzestnego małego. Odtąd Manet-junior wiódł podwójne życie. Oficjalnie młodzieniec do wzięcia, w istocie – ojciec rodziny. Ta sytuacja trwała do śmierci Maneta-seniora.

Zaraz potem, w październiku 1862 roku, Suzanne i Édouard (ich syn Léon miał 11 lat) połączyli się małżeńskim węzłem. Skromna uroczystość odbyła się w Holandii, ojczyźnie panny młodej. Po powrocie do Paryża rodzina zamieszkała wreszcie razem. Zabawne – Léon wciąż uważał matkę za siostrę, a biologicznego tatę – za ojca chrzestnego. Podobno prawdziwa tożsamość chłopaka nigdy nie wyszła na jaw.

Ta, która pozowała

A co z ulubioną modelką Maneta? Zwrócił na nią uwagę… w gmachu sądu, gdy wychodziła po przesłuchaniu.

. Victorine_Louise_Meurent_(1844_–_1927) Victorine Meurent na fitografii.

 

Obrzuciła go wówczas śmiałym wzrokiem, które go zachwyciło. I zapragnął to spojrzenie uwiecznić na obrazach. Kim była? Znamy jej dane: Victorine Meurent,

Le_jour_des_rameaux portrait-of-victorine-meurent-new-olympia manet_victorine_detail  victorine-meurent-1862córka rzemieślnika wyspecjalizowanego w patynowaniu brązów, urodzona 1844 roku, zmarła 83 lata potem, podobno w ubóstwie. A za młodu zebrała spory kapitalik. Od szesnastego roku życia pozowała w pracowni niejakiego Thomasa Couture’a, gdzie uczęszczał Manet. Rudowłosa, drobna, acz proporcjonalnie zbudowana, ze względu na gabaryty ochrzczona „Krewetką”. Muzykalna. in-the-conservatory-edouard-manet-1879-en11231

Występowała w paryskich café-concerts, gdzie popisywała się grą na gitarze i skrzypcach; trochę też śpiewała. Poza tym, trudniła się najstarszym zawodem świata. Nie, żeby była uliczną dziwką – to była luksusowa kurtyzana, inteligentna, i, jak się wkrótce okazało, plastycznie utalentowana. Manet sportretował ją wielokrotnie. Miał do niej słabość nie tylko ze względu na interesującą urodę. Panna Meurent okazała się wcale pojętną uczennicą mistrza. Poza tym, przez jakiś czas stała się mu się szczególnie bliska, aż za bardzo…3801

Po raz pierwszy pozowała Manetowi w 1861 roku w „Śpiewaczce ulicznej”Edouard_Manet_072; rok później w kostiumie matadora. Potem było „Śniadanie na trawie” i oczywiście „Olimpia”. Po trzech latach wystąpiła jako „Kobieta z papugą”, wyjątkowo grzecznie odziana. Zanim rozstali się w 1873 roku, Victorine zdążyła jeszcze pozować do „Gare Saint-Lazare”manet.railroad, ostatniej kompozycji Maneta z jej udziałem. Trzy lata potem sama zadebiutowała jako malarka. O ironio, jury paryskiego Salonu przyjęło jej prace, odrzucając płótna tego, który tak wiele ją nauczył. Wkrótce madame Meurent zaczęła robić karierę malarską. Przyjęta na podstawie prac do Akademii Sztuk Pięknych, w 1903 roku weszła do grona Societé des Artistes Francais. Nie lada honor! Dlaczego po takim sukcesie artystka w 1906 roku opuściła Paryż? Bo… związała się z kobietą, niejaką Marią Dufour i zamieszkały we dwie w Colombes, na paryskim przedmieściu. Szkoda, że nie dane nam ocenić skali jej malarskich osiągnięć – większość dorobku zaginęła.

 

Ostatnia walka Olimpii

Rok 1890, 17 listopada. Prezydent Republiki Francuskiej, minister edukacji i sztuki oraz dyrektor departamentu sztuk pięknych podpisują przyjęcie aktu darowizny, co publikuje „Journal officiel”. Cztery miesiące później wdowa po malarzu, pani Susanne Manet250px-Edouard_Manet_083, kwituje odbiór sumy 19 tysięcy 415 franków – należność za „Olimpię”. Doprowadził do tego Claude Monet, młodszy kolega zmarłego, nieformalnego przywódcy impresjonistów. Tak, ten artysta, który po drodze do sławy zaznał biedy, głodu, upokorzeń. Postawił na szalę swą reputację i z niezwykłym poświęceniem zawalczył o uhonorowanie Maneta. Przy okazji, uratował Francję przed utratą arcydzieła, które już, już miał wywędrować za ocean.

W 1889 roku doszła do niego poufna wiadomość o zamiarze zakupu „Olimpii” przez jednego z amerykańskich kolekcjonerów. Zareagował błyskawicznie. Zorganizował akcję wykupu pracy od rodziny za niebagatelną kwotę 20 tysięcy franków. Jak szalony słał listy do wszystkich, od których mógł się spodziewać aprobaty tudzież finansowego wsparcia. Sam zadeklarował 1000 franków – wspaniałomyślny gest, jeśli porównać z datkami innych subskrybentów. Dla porównania – Stéphane Mallarméstephane-mallarme-3 stephane-mallarme-1892

wszak niebiedny poeta i krytyk, zdeklarował zaledwie 25 fr, impresjonista Camille PissarroOLYMPUS DIGITAL CAMERA, wiecznie bez grosza – dwa razy tyle; Zola nie dał nic, choć miał kasę.…

Mimo wszystko udało się zebrać sumę prawie odpowiadającą wymogom wdowy. Jednak wykupienie od rodziny i darowizna na rzecz państwa nie wystarczyły, żeby obraz znalazł się na honorowym miejscu w Luwrze – opinia publiczna nadal była temu przeciwna. Wytaczano argumenty z najcięższego kalibru – że impresjonizm to regres sztuki; że występujący pod tym szyldem malarze to pozerzy i nieudacznicy. Krzywił się nawet Edmond de Goncourt, wystawiający kierunkowi w „Dziennikach” ocenę niedostateczną: „Wraz z Manetem i jego następcami umarło malarstwo olejne”.

Co więcej, pod koniec 1889 roku, przez „Olimpię” omal nie doszło do… pojedynku. Wyzwany został Claude Monet. claude-monetmonet-claude-c-face-half Portrait of Claude Monet by John Singer Sargent 1889 oil on canvas 40.6 x 33 cm Natinal Academy of Design NYC Claude Monet, młodszy kolega Maneta – często mylony ze względu na podobieństwo nazwisk. Jak się okazało, najbardziej lojalny przyjaciel. 

Jego przeciwnikiem miał być wspomniany Antonin Proust, nie tylko ex-minister, także pierwszy biograf Maneta. Poszło o to, ze Proust, pomimo deklarowanego entuzjazmu dla dorobku Maneta, publicznie wyraził dezaprobatę dla „Olimpii” – że czegoś kompozycji brakuje, choć nie dookreślił, czego. Monet wściekł się, zareagował listem do prasy; Proust zareplikował, między panami zawrzało, aż do propozycji „honorowego” rozwiązania czyli pojedynku. Starcie byłoby groteskowe, Monet nie władał żadną bronią.

Na szczęście, krew się nie polała – sekundantom udało się doprowadzić do porozumienia stron, ale jakie emocje! Była to już prawie ostateczna walka stoczona za i przeciw „Olimpii”. Do finalnego starcia „wulgarnej odaliski” z jej przeciwnikami doszło w 1893 roku, kiedy obraz zawieszono w Luwrze jako pendant do „Wielkiej odaliski” Ingresa, w czym niektórzy dopatrywali się kolejnej profanacji. Wtedy po raz ostatni pikietowano przed muzeum, domagając się wyrzucenia Victorine Meurent ze świątyni sztuki. Bezskutecznie. Wraz z innymi pracami impresjonistów, znienawidzona kurtyzana została przeniesiona do innego paryskiego muzeum, do d’Orsay i tam przebywa do dziś. Walka wreszcie zakończona. Triumfalnie.

 Édouard Manet „Olimpia”, 1863, olej na płótnie, 130,5 x 190 cm, Musée d’Orsay w Paryżu

Paul_Cezanne_A_Modern_Olympia_painting Olimpia Paula Cezanne’a. Godna odpowiedź na arcydzieło. 

I trochę mniej ważne prace – na ten sam temat.

Edouard_Manet_-_Olympia_-_Google_Art_Project_30Abrantes-Olympia-IId7-0907-art-3-jpgOlympia-Von-D-Manet-Painting--81588maxresdefaultbest_in_showk_olimpia1o-OLYMPIA-570553b77e0aad2ca4fae25d3d23f4ce802YSLyasumasa

 

To wszystko –współczesne pastisze i parafrazy Olimpii.  Wielka sztuka, reklama, moda, zabawa. Tak arcydzieła stają się własnością publiczną.

 

Mało który obraz w historii miał tak liczne pastisze, jak „Olimpia”. Powyżej – kilka przykładów.

 

 

10
Nov

Demolka w imię sławy – czyli o niszczycielach sztuki

Udostępnij:

Żądza sławy

Czarna Madonna z Jasnej Góry Cudowny Obraz Matki Bo¿ej 00027M7GAR35I2ST-C116dwa lata temu przeżyła bombardowanie… czarną farbą.

Nie dokonał tego następca Niki de Saint-Phalle, 6a00e54f0014bd88340148c6b7167e970c (dołączam zdjęcie dla przypomnienia francuskiej artystki, o której w poprzednim odcinku)

lecz pewien mężczyzna, który twierdził, że kiedy był w wojsku, miał objawienie. Jakie, nie zdradził. Dość, że od tamtej pory – a było to grubo ponad 30 lat temu – nienawidzi świętych obrazów. Z tego powodu cisnął w obraz żarówkami wypełnionymi czarnym kleistym płynem. Na szczęście, ikonę chroni szyba pancerna.000

Różnego typu ingerencje zawsze dotyczą dzieł sztuki „na świeczniku”. Tylko wtedy reakcje są gorące, powszechne. Wtedy akcja przedostaje się do mediów. O to właśnie chodziło pewnej młodej kobiecie reprezentującej organizację Architektów i Inżynierów Prawdy 9/11, która usiłuje zmusić Kongres USA do rozpoczęcie ponownego dochodzenia w sprawie ataku na WTC. W 2012 roku wysłanniczka ugrupowania umieściła sygnaturę „AE9/11” (skrót nazwy organizacji) na obrazie Éugene’a Delacroix „Wolność wiodącą lud na barykady”, 2011-09-205-parc3ads-luis-y-la-libertad-guiando-al-pueblo

uważając to za najskuteczniejszą formę nagłośnienia sprawy. Trudno odmówić jej racji.article-2424470-1B4F4179000005DC-271_634x430

Tu przypomina się niejaki Herostrates, szewc z Efezu, prawie 2,5 tysiąca lat temu ubzdurał sobie, że przejdzie do historii, choćby za cenę wielkiej zbrodni. Podłożył więc ogień pod świątynię Artemidy, uważanej w starożytnej Grecji za jeden z siedmiu cudów świata.

Artemizjon selcuk-artemizjon-godziny-otwarciaspłonął; przestępcę skazano na śmierć; jego imię miało być po wsze czasy wymazane z dokumentów, z ludzkiej pamięci. Ale była ciekawostka, więc zrobił się przeciek. Wieść o postępku/występku szewca wypłynęła i… przetrwała. W psychologii kompulsywną potrzebę zaistnienia określania się mianem „kompleksu Herostratesa”. Jak z tego widać, niszcząc sztukę można zyskać to samo, co ją tworząc: sławę. Ponadczasową.

Z winy obrazu

Niejaki Władimir Umaniec, rosyjski artysta, w 2012 roku chciał wylansować nowy kierunek w sztuce – yellowizm. Wpadł na pomysł widząc „promieniującą” wewnętrznym światłem kompozycję Marka Rothki z 1958 roku, eksponowaną w londyńskiej Tate Modern

. rothko-no-8-1952 NM372902_a_292729c 450px-Rothko_No_14

Wystawa Marka Rothko w Tate Modern

Na fragmencie dzieła nabazgrał czarną farbą, że to „potencjalne dzieło yellowizmu”. I złożył podpis. Zatrzymany, Umaniec trwał przy swoim: niczego nie zniszczył, przeciwnie, jego inskrypcja podnosi wartość obrazu!li-460-yellowismlighten2read yellowism-deciphered-640

Osobną kategorię stanowią obrazy, które „same się proszą” o reakcję. Tak było w przypadku kompozycji „Iwan Groźny i jego syn Iwan” w moskiewskiej Galerii Trietiakowskiej. Autor, ljia Riepin odtworzył okrutne zabójstwo carewicza z niezwykłym realizmem. 300px-REPIN_Ivan_Terrible&IvanTak wyraziście, że malarz ikon Iwan Bałaszow poczuł się sprowokowany. Rzucił się z nożem na płótno, wrzeszcząc „Dość krwi!” Było to sto lat temu – i jak wiadomo, gest Bałaszowa nie przydał się na wiele.repin-jefimowitsch-ilja--iwan-der-schreckliche-und-sein-soh-792753  Ilia Riepin i jego „Iwan Groźny” z bliska.

Inaczej motywowała swój czyn Susan Burs, która w 2011 roku usiłowała zniszczyć i zerwać ze ściany waszyngtońskiej National Gallery płótno

                                                                   „Tahitańskie kobiety”  by Paul Gauguin

pędzla Paula Gauguina. zdjaa

„Bo to był zły człowiek”, upierała się. Jej zdaniem, malowidło powinno zostać spalone jako „bardzo homoseksualne”. Na szczęście, dzieło chronione plastikową osłoną nie doznało uszczerbku.

Poczucie przyzwoitości – to też ważna motywacja korygowania największych. Nikt nie kwestionował geniuszu Michała Anioła, ale po soborze trydenckim uznano, że z golizną w Kaplicy Sykstyńskiej nieco przesadził. Jednak to dom Boży, a na sklepieniu kłębią się nagusy, bezwstydnie demonstrujący przyrodzenia. Jakby tu zrobić, żeby arcydzieła nie zniszczyć, lecz trochę uskromnić… Zadanie podjął się uczeń mistrza, niejaki Daniele da Volterra.

deposizione-di-rosso-fiorentino-a-volterra Praca własna Majtkarza – znaczy, Daniele’a da Voltarra. Zasłonięte, co trzeba.

Domalował ineksprymable na najbardziej obnażonych członkach Sądu Ostatecznego, a stało się to miesiąc przed śmiercią geniusza, który już nie miał okazji zaprotestować. Za swą usługę da Volterra co nieco zarobił, lecz również dorobił się – niechlubnego przydomku „Majtkarz” (Il Braghettone). Pod taką ksywką przeszedł do historii.

61lastju michelangelos-last-judgment-3 Fresk Michała Anioła po interwencji.

Miłość nie wszystko wybaczy

Nadmiar miłości także bywa szkodliwy. Sześć lat temu niejaka Rindy Sam, Un-baiser-qui-coute-cherartystka i fanka sztuki amerykańskiego abstrakcjonisty Cy Twombly’a, złożyła pocałunek na jego płótnie – bo się w nim zakochała. Odciskając mocno umalowane usta na białej kompozycji nie uważała się za niszczycielkę. Sądziła, że czerwonym akcentem powiększa atrakcyjność dzieła. twombly_kissKurator był innego zdania: „To gorsze niż kradzież. Eksperci powiedzieli, że nie da się całkowicie usunąć śladów szminki”, biadał. A właściciel zażądał od sprawczyni odszkodowania wysokości 2 mln euro oraz ponad 30 tys. euro z restaurację.

ob_415ddc_galeries-art-paris-karsten-greve-jpeg-dim-origine A to „odpowiedź” samego mistrza… Jego chyba adoracja Rindy Sam rozbawiła.

Cecilia Jimenez cecilia--644x362z miasteczka Borja pod Saragossą też kochała sztukę i Jezusa. Dobiegała osiemdziesiątki i niepodziewanie poczuła, że ma misję: renowację fresku „Ecce Homo” autorstwa XIX-wiecznego artysty Eliasa Martineza.   eccehommo-de-borja

Kobieta nie kończyła konserwatorskich studiów ani żadnych innych. Mimo to podjęła się zadania i wywiązała zeń. I to jak! Dzięki dokonaniu konserwo-amatorki do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Borja ciągną tłumy; fotografują się z odnowionym freskiem. To efekt internetowej sławy, której beneficjentką stała się pani Jimenez. Bo jej „konserwacja” sprawiła, że obraz daleko odbiegł od pierwowzoru. Obdarzano go różnymi mało pochlebnymi określeniami – małpa z brodą, rozmazany jeż, albo po prostu jeżuś. Autorka zaś, najpierw skonsternowana (powoływała się na akceptację parafialnego duszpasterza; tłumaczyła, że lokalnym zwyczajem jest wszystko samodzielnie naprawiać), z czasem zmieniła front i zaczęła domagać się części przychodów uzyskanych od turystów. Najwyraźniej zapomniała o misji.  cecilia_gimenez2-MONEY

10
Nov

Demolka w imię sztuki (o kilku niszczycielach, którzy przeszli do historii)

Udostępnij:

Wściekłość tworzenia Mała dziewczynka sięga po kubły z różnokolorowymi farbami, bierze rozbieg i chlust! Obryzguje biały, pusty ekran. Po chwili, na oczach zdumionej publiczności, powstaje abstrakcyjna kompozycja. Autorka, umazana od stóp do głów, też wygląda jak element pracy. Co za ekspresja, jaki talent! Widownia rozpływa się w zachwytach. Tylko… dlaczego młoda gwiazda płacze? Czyżby sprzeciwiała się trywializowaniu aktu twórczego? A może dla niej nie jest to kreacja, lecz – wielka demolka? Scena pochodzi z oscarowego filmu Paola Sorrentino „Wielkie piękno”. 411695.1 411692.1 image_gallery_display grande_bellezza_scena_hot_6366117 z15407971Q,Wielkie-piekno MrVintage-pl-Wielkie-piekno-5 To metafora quasi-tworzenia, które jest zarazem niszczeniem. Siebie, sztuki, wartości. Pełnego tego we współczesności. Ale nie bądźmy tacy patetyczni! Przecież najważniejszy jest fan. Kreatywna destrukcja Pół wieku temu z okładem w ogrodzie nowojorskiego Museum of Modern Art odbył się spektakl, którego jedynym bohaterem była… machina, zadedykowana Wielkiemu Jabłku. Zmontował ją i zaprogramował szwajcarsko-francuski artysta Yvez Tinguely. tinguely006 tinguely001 tumblr_lwd5pfCDgX1qcmo9qo1_500Jean Tinguely Homage to New YorkPrzez prawie pół godziny gigantyczny rzeźbo-robot najpierw wykonywał rozmaite absurdalne czynności – nadymał gumowe pojemniki, puszczał dymy, smrodził, gruchotał fortepian oraz niszczył obrazy Roberta Rauschenberga (za jego zgodą). Następnie konstrukcja dokonała samozniszczenia, zaś zgromadzeni widzowie mogli zabrać szczątki dzieła na pamiątkę. Mało kto wiedział, że było to drugie podejście Tinguely’ego do pracy zatytułowanej „Hommage to New York” (artysta pragnął złożyć hołd dla miasta, które wciąż się odradza). Jednak premiera nie powiodła się – nieposłuszna maszyneria zamiast demolować, co trzeba, zaczęła się palić.tinguely004 Tinguely-Hommage a New-York-1962 Peter_Selz1156057357   Prace Yvesa Tinguy’ewgo – w tym słynna autodestrukcyjna machina. Nie daleko od tego sarkastycznego pomysłu padły strzały Niki de Saint-Phalle, prywatnie – żony Tinguely’ego. Piękna (naprawdę urodziwa, za młodu była modelką) artystka zasłynęła serią „Shooting Pictures” – obrazami wykonanymi przy pomocy strzelby. . niki-de-saint-phalle_fusil 20121223-231340 hqdefault Niki w akcji Na górze białych paneli zawieszała puszki z farbami i puszczała w ich stronę seryjkę. Kule dziurawiły pojemniki, wypływała farba; powstawały zacieki i rozpryski. I gotowe. Do tego aktu twórczo-niszczycielskiego Niki niekiedy zapraszała innych artystów, jak wspomniany Rauschenberg czy Jasper Johns. W 1963 roku zaprzestała tej działalności, tłumacząc, że „zaczęła być uzależniona od strzelania, jak inni od narkotyków”. 100710-niki-de-saint-phalle-1  6a00e54f0014bd88340148c6b722cf970c 3045530260arts-graphics-2008_1184145aEfekty strzelaniny Niki de Saint-Phalle Przekłuwanie balona Czasami ręka świerzbi, żeby zrobić kuku jakiemuś słynnemu dziełu sztuki. Bo to nie tylko swoisty byt, zawierający potencjał energii, emocji i inteligencji autora. Arcydzieło, to „istota” nieśmiertelna, otoczona nimbem uwielbienia jak hermetyczną kapsułą. Aż budzi zazdrość i wściekłość zwykłych śmiertelników. Toteż często akty agresji wymierzone w obiekty sztuki podejmowane są niejako w zastępstwie. W świadomości niszczycieli podnieść rękę na obraz czy rzeźbę – to zaatakować system, instytucję, zespół ludzki, ba! przekonania. Żadna rebelia nie będzie tak skuteczna, zarazem – bezpieczna, bezkrwawa. Najlepszym przykładem – sprawa „Tęczy” Julity Wójcik .002172 tecza  3 _6237017 Tęcza w Brukseli, przed Parlamentem, niczym niezagrożonaTęcza_na_placu_zbawiciela_przed_pożarami z14932278AA,Uczestnicy-Marszu-Niepodleglosci-podpalili-tecze-n tecza-ogien_wp_388 I Tęcza w Warszawie… Ale ja chciałam nie o tym, lecz o działaniach mniej drastycznych. Krotochwilnych, wypuszczających powietrze z balona sławy. Jak to zręcznie zrymował Edward Krasiński „Coś korci aby siusiu zrobić w torcik”. Pierwszy skusił się Marcel Duchamp: spostponował najgłośniejszy portret świata. duchamp1 Big_Gallery_Image_427 lhooq W 1919 roku tajemniczy uśmiech Mony Lisy podkreślił (podkręcił!) wąsami, a frywolność tego zabiegu dopełnił inskrypcją zaszyfrowaną w literach L.H.O.O.Q. Co miało oznaczać „elle a chaud au cul” (ona ma gorący tyłek). Oczywiście, zbezczeszczenie dokonało się „konceptualnie”, na pocztówce, którą rok później Francis Picabia zreprodukował na okładce dadaistycznego magazynu „391”. Minęły 62 lata i polski artysta Adam Rzepecki (z grupy Łódź Kaliska) zadam-rzepecki-sztuka-meska-i-inna-1980-2013-03-19-002-478x800 z13598881Q,Adam-Rzepecki-w-1980-r-ażartował z dadaistycznego żartu, przekładając go na polski, tym razem bez akustycznych komentarzy. Droga sercom wszystkich Polaków Matka Boska Częstochowska też „zarosła”. Zawadiacki, do góry podniesiony, solidny wąs domalowany na reprodukcji ikony nie tylko był pastiszem duchampowskiej zabawy – także odniesieniem do Lecha Wałęsy, nosiciela naszych „narodowych” wąsów. Co zabawne – wąsata afera wybuchła z prawie dwudziestoletnim poślizgiem, po wystawie „Irreligia” w brukselskiej galerii Atelier 340. Co jeszcze zabawniejsze (?), protestujący w ogóle nie widzieli pokazu, a pracę znali… ze słyszenia.  adam rzepecki

CDN.

24
Oct

Za zasłoną portretu (o malarstwie Olgi Boznańskiej na 150-lecie jej urodzin)

Udostępnij:

Z duchami nie pogadasz. Za to możesz je zobaczyć w dawnej, cielesnej postaci – dzięki sztuce. Dzięki wystawie w krakowskim Muzeum Narodowym czułam się gościem na przyjęciu urodzinowym Olgi Boznańskiej. Największa dama naszego malarstwa obchodziła (przed czasem, bo tak naprawdę, urodziła się 15 kwietnia 1865 roku) 150-lecie urodzin (zarazem, 75. rocznicę śmierci, co w przypadku duchów możliwe).

Z tej podwójnej okazji solenizantka dostała wspaniałe prezenty, także symbolicznie. Do krakowskiej monografii dołączone zostały prace twórców, z którymi nasza malarka prowadziła artystyczny dialog.

Są dzieła Diego Velázqueza Las_Meninas_detail,

                    Édouarda ManetaEdouard_Manet_038,Edouard_Manet_040 Ta dziewczyna w czerni to bratanica Edouarda, żona młodszego brata, tajkże malarka, Berthe Morrisot. 

                 Edouarda Vuillarda

Edouard Vuillard-677979,Edouard_Vuillard_-_Le_Pot_de_fleurs_(Pot_of_Flowers)_-_Google_Art_Project Edouard_Vuillard_-_Interieur

                         Berthe Morisot cradle,berthe-morisotSłynna „Kołyska” Berty i jej kolejny portret pędzla Maneta. 

                     Jamesa WhistleraWhistlers_Mother_high_res,Whistler_James_Symphony_in_White_No_3_186622588

                 Józefa Pankiewicza 437_pankiewicz_97(jej równolatka).

Ale i tak ona góruje, reprezentowana przez 173 obrazy. Arcydzieła plus kompozycje mniej znane, z zagranicznych muzeów i prywatnych kolekcji. 

W jej dorobku najważniejszy był portret. Nic dziwnego, że ten gatunek dominuje w krakowskim zestawie.Znalazło się też miejsce dla tematów podocznych, na ogół pomijanych na ekspozycjach Boznańskiej: martwe natury, pejzaże, kwiatyRoze boznanska_images_zlote_roze. Wszystko po to, by odpowiedzieć – czy Olga Boznańska wielką artystką była?

                  Olga_Boznańska_1893_Autoportret_1893 9050-_Boznanska_Autoportret_z_pedzlem_i_kawiatami_ok_olej_na_desce_x_cm_CMYK Olga_Boznańska_Autoportret_3 Autoportret_1900

Malowała „uczciwie”, bez blagi ani upiększeń. Katowała swych modeli wielogodzinnymi nasiadówkami – co widać po… fotelu. Wysłużony mebel, na którym artystka sadowiła pozujących, ma dziurę w siedzisku i oparciu. Dla dzieciaków to musiały być tortury. Pewnie dlatego niektóre sportretowane małolaty wyglądają na przerażone. Opowiadani, że niektóre maluchy tak długo pozowały, że w trakcie dorastały i wizerunek nie zostawał ukończony.

Może udręczenie żmudnym pozowaniem to tajemnica fenomenalnej „Dziewczynki z chryzantemami” (1894)Boznańska_Girl_with_chrysanthemums, której ogromne czarne oczy tak bardzo zaintrygowały publiczność? Tym razem pokazano jeszcze drugą jej podobiznę, wcześniejszą o kilka lat – te same „krople atramentu” w bladej buzi. Naszej małej towarzyszy jeszcze słynniejsza panienka: infantka Margarita pędzla Velázqueza.

. the-infanta-margarita-teresa-of-spain-in-a-red-dress-1653 portrait-of-the-infanta-margarita-aged-five-1656 Infanta_Margarita Diego_Rodriguez_de_Silva_y_Velázquez_-_Infanta_Margarita_Teresa_in_a_Blue_Dress_-_Google_Art_ProjectTak, ta sama, której konterfekty przesyłano na wiedeński dwór, żeby cesarz oglądał dorastanie narzeczonej. Habsburżanka dość szybko straciła wdzięk i urodę, ale jej podobizny do dziś uchodzą za ponadczasowe arcydzieła, którymi zachwycała się także Boznańska. No to ma jeden z nich.1007velb

Nieco dalej możemy zobaczyć kolejną „konkurentkę” panny z chryzantemami – „Dziewczynkę w czerwonej sukience” (1897) Józefa Pankiewicza. Też blondynka z ciemnymi oczyma.

 Portret_dziewczynki

O Boznańskiej: była fenomenem w epoce męskiej dominacji – tak w życiu publicznym, jak w sztuce. Nie była jedyna, lecz – inna. W czasach, gdy samotna, choćby najbardziej utalentowana kobieta, przebijała się na artystyczną scenę za cenę dramatycznych wyrzeczeń, jej udało się nad podziw gładko. Studia w Monachium, potem szybko zdobyte międzynarodowe uznanie. Z polskiej perspektywy wyczyn bez precedensu.

 

Pierwszy sukces – złoty medal na ważnej wystawie w Wiedniu za „Portret malarza Pawła Nauena”Olga_Boznanska_Portret_malarza_Paula_Neuena – malarka odnosi w wieku 29 lat. Nawet dziś byłby to powód do słusznej dumy. Ale wtedy – zawrót głowy. I decyzja: koniec z Krakowem. Karierę można zrobić tylko nad Sekwaną.

 

Jako pół-Francuzka miała łatwiej (jej matka Eugenia Mondant przyjechała do Galicji uczyć francuskiego w przyklasztornej szkole, w Krakowie poznała inżyniera Adama Boznańskiego bozn05i została na zawsze).

Rodzice boją się posłać córkę do metropolii o fatalnej opinii. Niepotrzebnie, Olga jest tak pochłonięta pracą, że niewiele poza tym ją obchodzi. Ciuch? Ma swój staromodny styl, którym wyróżnia się jako „oryginał”. Panowie? W Krakowie czeka narzeczony Józef Czajkowski

bozn41, młodszy od Olgi o siedem lat. A jej ani w głowie powrót do rodzimego grajdoła; małżeństwo też nie nęci. Potem o rękę panny B. starał się niejaki Franciszek Mączyński

bozn29, architekt z Krakowa, młodszy o dekadę. Kochał, starał się, zabiegał. Bez wzajemności. Jak wyglądał, można zobaczyć na portrecie wykonanym w 1901 roku.

 

Staropanieństwo, które często uważano za efekt braku powodzenia Olgi, wynikło z wyboru. Bo miała wzięcie – władająca czterema językami panna o przenikliwym spojrzeniu i takiż umyśle robiła wrażenie w dobrym towarzystwie, w elicie kulturalnej.

zdj-str-35 zdj-str-21 zdj-str-27 zdj-str-23 Blumka-Boznańskiej

Z tego kręgu rekrutowali się jej modele. Znała ich dobrze, wiedziała, jak ich ustawić, wydobyć podobieństwo nie tylko fizyczne, także, czy nade wszystko psychiczne. Plakaty i obrazy Olga Boznańska - Portret młodej kobiety w bieli 079_boznan 635381731312944385 Portret_dziewczynek boznanska189 boznansp Dwie_dziewczynkiBoznańskaPortret_mezczyzny_3-Olga boznanska Olga_Boznańska_1919_Marcin_Samlicki boznanska189boznanska119

Wyróżniała ją mgławicowa” technika, wypracowana z latami, lecz  „wynaleziona” stosunkowo wcześnie. Tej stylistyce, swojej manierze pozostała wierna do końca: złamana, przygaszona kolorystyka, drobne uderzenia pędzla, matowość kompozycji (najchętniej malowała olejem na tekturze, w którą farba wsiąkała). Podziwiana za wyrafinowaną paletę i umiejętność wydobywania tysięcznych niuansów z szarości, bieli, czerni, miała rzadką umiejętność – potrafiła „usidlić” portretowanych, Nie oszczędziła nawet rodziców, przedstawiając ich w niezbyt pochlebnym świetle: mama jak kolubryna, żadnej francuskiej delikatności; ojciec z podejrzanie zaczerwienionymi oczyma i nosem, z nieładnymi proporcjami twarzy. Najlepiej wypadła Iza, utalentowana muzycznie, ukochana siostra, zarazem powiernica tajemnic Olgi. Jej samobójcza śmierć była dla malarki ogromnym ciosem. Została pokazana w muzeum, a jakże.

 

Katowała swych modeli wielogodzinnymi nasiadówkami – co widać po… fotelu (eksponowanym w MNK). Wysłużony mebel, na którym artystka sadowiła pozujących, ma dziurę w siedzisku i oparciu. Dla dzieciaków to musiały być tortury. Pewnie dlatego niektóre sportretowane małolaty wyglądają na przerażone. Opowiadano, że niektóre maluchy tak długo pozowały, że w trakcie dorastały i wizerunek nie zostawał ukończony.

Wracając do malarskich sekretów Olgi B. Proszę spojrzeć: jej mgły, zacieranie konturów i detali służą dwom celom. Ujednoliceniu materii obrazów, to raz. I dwa – wydobyciu z pozujących takich cech charakteru, które woleliby zataić przed światem. Boznańska obnażała ludzi dyskretnie, tak, żeby zauważyli to tylko nieliczni. Pozostali mogą kontemplować piękno jej sztuki. 

Olga Boznańska – Muzeum Narodowe w Krakowie, wystawa czynna do 1 lutego 2015

 

 

13
Oct

Papieros przed wejściem w rzekę (wystawa portretów Virginii Woolf w Londynie)

Udostępnij:

Mówili – uderzająca piękność.

woolf_200-5502565f827df8225fa2a8ebf67d1343afff64d2-s6-c10

Wielkie, smutne oczy; szlachetny owal, regularne rysy twarzy; wytworne ruchy i pewna nonszalancja w sposobie bycia. Taką była w odbiorze jej współczesnych; taką widzimy na zdjęciach i portretach. Szarmu dodawała jej melancholia, od czasu do czasu przechodząca w depresję. Ostatni atak choroby doprowadził ją nad rzekę Ouse, do której weszła, napełniwszy kieszenie kamieniami…   VIRGINIA WOOLFMTE4MDAzNDEwNzI4NzQ4NTU4

NPG P221; Virginia Woolf (nÈe Stephen) by George Charles BeresfordNPG P170; Virginia Woolf (nÈe Stephen) by Man Ray (Emmanuel Radnitzky) NPG P440; Virginia Woolf (nÈe Stephen) by GisËle Freund  Virginia Woolf w różnych fazach życia.

Roger_Fry_-_Virginia_Woolf Bell,_Virginia_Woolf_

I na obrazach Vanessy Bell, starszej siostry

Pisarka w obiektywie

Ten fakt z życia/śmierci Virginii Woolf jest chyba najlepiej znany. Zanim zakończyła ziemski żywot (1941), wysłała list do siostry. „Znów zaczynam wariować”, pisze w nim. Jednak śladów szaleństwa nie widać w równej, drobnej kursywie.

Widziałam tę przejmującą korespondencję.

Wraz ze mną – publiczność National Portrait Gallery, tłumnie odwiedzająca wystawę „Virginia Woolf. Art, Life and Vision”.  Składają się na nią (ekspozycję) wizerunki pisarki (malowane i fotograficzne), portrety jej przyjaciół i bliskich; zdjęcia domów, gdzie mieszkała; pierwsze edycje książek, rękopisy, dokumenty.  woolf-and-sister-playing-cricket Sisters Vanessa Bell and Virginia Woolf

Sława z ekranu

Kto się boi Virginii Woolf – niech nie wybiera się na tę wystawę! Tam przestraszy się jeszcze bardziej: po ponad 70 latach od śmierci (samobójczej) oddziaływanie osobowości pisarki wciąż zyskuje na sile. Nic dziwnego, że z poślizgiem – wyrastała ponad epokę. Krytyczna i samokrytyczna, znajdowała wsparcie i zrozumienie u niewielu – u siostry Vanessy, męża Leonarda Woolfa, grupy przyjaciół.

Lytton_Strachey_Virginia_Woolf_at_Garsington_Manor_1923 article-1024405-005DD22600000258-591_468x286_popup keynes221NPG Ax140432; Lady Ottoline Morrell; Maria Huxley (nÈe Nys); Lytton Strachey; Duncan Grant; Vanessa Bell (nÈe Stephen) by Unknown photographer15a_vw_and_lw_hyde_park Na zdjęciach z Leonardem Woolfem i przyjaciółmi z grupy Bloomsbury

Nie przestrzegała reguł mieszczańskiego, przykładnego życia. Łamała zastane zasady, wyznaczała własne. Z takimi cechami charakteru daleko się nie zajedzie w żadnym czasie – co dopiero za panowania królowej Wiktorii! Jednocześnie, tylko takie indywidualności jak VW rozniecają głębsze – czasem sprzeczne – emocje. I promieniują na przyszłość.

Widać to wyraźnie w National Portrait Gallery. Kuratorką jest biografka Virginii Woolf, Frances Spalding (przypomnę, że cztery lata temu krakowskie Międzynarodowe Centrum Kultury gościło wystawę poświęconą grupie Bloomsbury, przy współpracy z panią Spalding).

Na wystawie w NPG – tłumy kobiet; pomiędzy nimi kilku mężczyzn. Nic dziwnego, pisarkę ustawiono w szeregu feministycznych bojowniczek, tym samym wypaczając jej dorobek, postawę, życiorys. Bo wcale nie była sufrażystką, nawet przeciwnie.

Młodsza córka sir Lesliego Stephena – intelektualisty, krytyka, biografa brytyjskich pisarzyVWLS3, miała niefart urodzić się u schyłku epoki wiktoriańskiej (w 1882 roku). Jej światowa kariera zaczęła się – paradoksalnie – od dramatu Edwarda Albeego (1962), a ściślej, jego ekranizacji (1966).

Jednak długo pisarka jeszcze wymieniona w tytule sztuki i filmu pozostawała jedynie zjawiskiem w literaturze (jedna z pierwszych, która wykorzystywała technikę „strumienia świadomości”). Szersze zainteresowanie wzbudzała raczej jej samobójcza śmierć, niż dorobek. Dopiero w ostatnich latach Virginia Woolf urosła. Nie tylko jako pisarka – także jako nieszablonowa postać i „sztandarowa feministka” (bzdura!). Znów efekt filmu – tym razem chodzi o „Godziny”.iwoolfa001p1virginia_woolf_narrowweb__200x306 Nicole Kidman w roli Virginii.

Między muzeum a uniwersytetem

 

Stephenowie należeli do wyższej klasy średniej, do „arystokracji intelektualnej”. Virginia, podobnie jak jej starsza siostra, utalentowana plastycznie Vanessa, nauki pobierała w domu. Jak to się stało, że te dziewczyny skupiły wokół siebie grono artystów, intelektualistów, nowatorów, eksperymentatorów na każdym, także seksualnym polu? Odpowiedź daje wystawa w National Gallery

Zanim poszłam do gmachu muzeum przy Trafalgar Square (do działu portretów jest osobne wejście od St Martin’s Place), pobiegłam na wizję lokalną do Bloomsbury. To nie jest najbardziej snobistyczna część Londynu – za to jakie sąsiedztwo! British Museum, Biblioteka Narodowa, Uniwersytet…

 

W tej „intelektualnej” dzielnicy należy poszukać Gordon Square i posesji pod numerem 46. 42873Zwykły wiktoriański dom: parter, dwa piętra, mansarda; mikroskopijny ogródek. Wmontowana w ścianę tablica informuje, że to tu odbywały się słynne czwartkowe spotkania u sióstr Stephen. 053

 

Zaczęło się trochę z przypadku. W 1904 roku panny Stephen – 22-letnia Virginia i starsza od niej trzy lata Vanessa – zaprosiły na „domówkę” kolegów z Cambridge swego przyrodniego brata Thoby’ego. Okazało się, że wszystkim im doskwiera wiktoriańska moralność. Maleńkie, zamknięte ugrupowanie zaczęło propagować (na własny użytek) odmienny styl życia, układy, własną sub-sub-kulturę i importowaną z Francji sztukę. Tak ukształtowała się grupa Bloomsbury. Pierwsza brytyjska awangarda. 

Virginia Woolf. Art, Life and Vision – National Portrait Gallery, Londyn, wystawa do 26 października