Category: Ludzie

20
Sep

Patron ekologów na zamku (Rok El Greca i obraz z Siedlec)

Udostępnij:

Objawienie

Byłam w Siedlcach w dniu, w którym święty Franciszek z Asyżu ukazał się zgromadzonym w diecezjalnym muzeum gościom i dziennikarzom. Młody, szczupły, ciemnowłosy mężczyzna w zakonnych habicie, przedstawiony na tle skłębionych, groźnych chmur. Kolorystyka mroczna, paleta szarawo-zielonkawo-brunatna. Pomimo skromności kompozycji i samego bohatera, wszyscy mieliśmy poczucie obcowania z czymś wielkim. Święty Franciszek, ten z obrazu, tym bardziej. Jego nieobecny wzrok i wyraz twarzy świadczą o ekstazie, jaką przeżywa. Właśnie został wyróżniony boskimi stygmatami.El_Greco_-_St._Francis_(private_collection)

Przez kolejne lata dzieło można było oglądać w tym samym miejscu. Przez ten czas – żadnych sensacji w rodzaju profanacji czy kradzieży. Media nie miały o czym informować, więc „naszego” El Greca nie odwiedzały tłumy. Inaczej będzie w tym roku. Franciszek rusza w podróż

.899abbde61235d49bc9a4eea536664b9 20140916_el_greco_m2

 

Za młode, by im wierzyć

– Naszemu świętemu Franciszkowi sprzyjają czwórki – takiej nietypowej informacji udziela mi ks. Robert Mirończuk, dyrektor Muzeum Diecezji w Siedlcach.

I zaraz wyjaśnia: obraz El Greca został odkryty w 1964 roku; sygnaturę autora, potwierdzającą autentyczność pracy, ujawniono dekadę później; w 2004 roku po raz pierwszy dzieło zobaczyła szersza publiczność; teraz (od 15 września do 31 października), także premierowo, płótno będzie eksponowane w warszawskim Zamku Królewskim. Następnie trafi do Krakowa, najprawdopodobniej do budynku Europeum, oddziału Muzeum Narodowego.

Te podróże łączą się obchodami Roku El Greca, ustanowionego z racji 400-lecia śmierci jednego z najoryginalniejszych twórców doby manieryzmu.

Przy okazji, przypomnęć historię spektakularnego odnalezienia obrazu pędzla grecko-hiszpańskiego artysty na siedleckiej plebanii. Było tak: lata 60. ubiegłego wieku, dwie młode absolwentki historii sztuki inwentaryzują dzieła sztuki w diecezji siedleckiej i niespodziewanie ich uwagę przyciąga płótno, w którym rozpoznają – jak wtedy sądziły – wpływy warsztatu El Greca. Ale środowisko nie ufa ich intuicji. Musiało upłynąć kilka lat, by ekspertyza konserwatorska (znaleziona pod blejtramem sygnatura autora) potwierdziła hipotezę Izabelli Galickiej i Hanny Sygietyńskiej. Z pierwszą z wymienionych rozmawiałam o tym wydarzeniu, zadając proste pytanie – dlaczego od razu nie poddano pracy badaniom? – Zdaniem poważnych autorytetów byłyśmy za młode, a w świecie nauki na zaufanie pracuje się wiekami! – wyjaśniła Iza Galicka. ekstaza3_2014_04_17_08_27_42 news-38

Dziś to ona i Hanna Sygietyńska uchodzą za autorytety.

Styl z ducha

Za życia El Greca (1541 – 1614) tworzył młodszy o trzydzieści lat inny geniusz, także rewolucyjny, niekonwencjonalny i śmiały: Caravaggio (1571 – 1610). Jednak jego sztuka, nawet gdy wywoływała skandale, podobała się większości. Efektowne chiaroscuro (ostre kontrasty światła i cienia) rzymskiego mistrza wywarły ogromny wpływ na późniejsze na pokolenia.

A samotnik z Toledo? Nikt nie ośmielił się naśladować jego maniery ani techniki. To wydłużenie ciał ludzkich, ekspresyjna stylizacja postaci, udramatyzowanie przedstawień!… Dla niektórych – dziwaczne, dla innych – zbyt egzaltowane, nieprawdziwe. El Greco miał syna, lecz niezbyt udanego, który nie odziedziczy po ojcu talentu; dwóch uczniów, o których świat zapomniał. Bo tak naprawdę – czego mógłby nauczyć El Greco? Głębokiego przeżywania? Gorączki wewnętrznej?el-greco-domenikos-theotkopoulos-the-repentant-st-maria-magdalene-circa-1577-e1279186874690 El_Greco_-_St._Francis_(private_collection) 53065609 el-greco-the-virgin-mary-13101 El_Greco_-_Count_Orgasz_-_face el_greco_sw_weronika El_Greco_-_Portrait_of_a_Man_-_WGA10554Christ_Carrying_the_Cross_1580

Te cechy doskonale widać w „Ekstazie świętego Franciszka”. Jak wiadomo, nie jest to jedyny wizerunek tego zakonnika. El Greco powracał do postaci Franciszka wielokrotnie, wybierając przełomowe momenty z życia świętego bądź stan kontemplacji.

Tu warto przypomnieć, że popularne tłumaczenia, jakoby El Greco odrealniał postaci z powodu astygmatyzmu czy też starczej niesprawności zostały dawno odrzucone przez badaczy.

Pionier ekologii

Pytam ks. Mirończuka o kult świętego Franciszka w Polsce. Czy w czasach konsumpcji i programowego egoizmu postawa świętego z Asyżu znajduje świeckich naśladowców?

– Tak, Franciszek obecnie uchodzi za patrona ekologów – mówi ksiądz dyrektor pół żartem, pół serio. – Jego bliskie kontakty z naturą, dyskusje z ptakami i rybkami to wzór dla różnego typu „zielonych” oraz wegan. Jak wiadomo, na słowa Franciszka ludzie byli głusi, za to znajdywał posłuch wśród braci mniejszych.

Na koniec dodam, że święty Franciszek został „przyswojony” przez Siedlczan do tego stopnia, że rokrocznie urządzają mu… imieniny. To już niedługo, czwartego (znowu czwórka!) października. Tym razem solenizant nie będzie obecny na fecie.

El_Greco_-_The_Knight_with_His_Hand_on_His_Breast El_Greco_-_Portrait_of_the_Artist's_Son_Jorge_Manuel_Theotokopoulos_-_WGA10567

20
Sep

Pożegnanie Jana Berdyszaka

Udostępnij:

Jan Berdyszak odszedł.

Zrobił to ze swą zwykłą klasą – usunął się w niebyt bez szumu, po cichu.

Stało się to w czwartek 18 września 2014. Trzy miesiące po 80. urodzinach.

Kto go znał, wie, co straciliśmy.

Nie tylko wybitny artysta – wspaniały, prawy człowiek. Mądry, myślący i zwyczajnie, po ludzku dobry.

W pakiecie cech charakteru miał jeszcze wiele innych zalet. Był nieprzekupny, nie układowy, nie poddający się modnym prądom, drążący w sztuce to, co go naprawdę obchodziło.Właściwie – filozofował poprzez sztukę. I nie bał się żadnych eksperymentów. Powycinane, podmalowane tu i ówdzie formy, które dokomponowywała pustka? Szkło? Ufarbowane na czerwono „jegiery”? Światło?

Nie było dla niego surowca nieprzekładalnego na obrazy, instalacje, rzeźby.

Berdyszak.1975.76.O.Koncentrujacy.VI.70.x.70.cm imgres-9 54_berdee imgres-11 images-5 images-4 7884- 16_ASW_023 images images-1 imgres-6 jan-berdyszak-reszty-reszt-001-800x600 images-3 imgres-1 imgres-7 ik1 imgres-12 Jan.Berdyszak.Szkicownik.Nr.102.5 imgres imgres-8

 

Znałam go wiele lat – a zafascynował mnie jeszcze w szkole. Pamiętam, wraz z Kołem Miłośników Sztuki przy Zachęcie byliśmy na pokazie, który Berdyszak dał w sali kinowej tejże galerii. Siedziałam zaczarowana. To był pokaz multimedialny (jeszcze wtedy nie było takiego pojęcia), obrazy rzutowane z dwóch projektorów, nakładające się, przenikające.

Od tamtej pory śledziłam poszukiwania Jana. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się – choć Jan nie należał do brat-łatów, nie był wylewny ani nie zabiegał o kontakty towarzyskie. Skromny, powściągliwy, zajęty tylko jednym – sztuką.

imgres-5  20110627112612_800 0003IWQKOYR2VBWN-C116-F4berdyszak jan portret 2009_6221024380343.3  Teraz ma nowy materiał do kolejnych doświadczeń: bezkres. Na pewno już kombinuje, jak to wykorzystać.

28
Aug

Sny w cieniu dnia (o Paulu Delvaux i jego kobietach)

Udostępnij:

Żył długo, prawie wiek; zmarł 20 lat temu, 20 lipca 1994.

 

imgres-6 imgres-7 imgres imgres imagesimages-1Oto bohater tekstu: Paul Delvaux w różnych fazach życia.

Mamisynek

Zastanawiające: przez te 97 lat, które mu były dane, świat zmienił się o 180 stopni. A jego malarstwo – tylko troszkę.

Do końca pozostało programowo nie nowoczesne, figuratywne, nasycone tą samą poetyką. Plotkowano, że był sierotą. Nieprawda. Ale wychowywał się w niezdrowej atmosferze, wśród zaborczych kobiet. Wpływ na jego wyobraźnię miała matka i ciotki, które zakazywały mu uprawiania seksu oraz kontrolowały kontakty z kobietami. Czy wśród nich znalazł prototyp swej idealnej kobiety? Nie –sam tłumaczył to tak: „Rozdarty pomiędzy zmysłowością a szacunkiem dla kobiet, tworzyłem istotę, która jest kompromisem między Ewą a Marią Dziewicą

.imgres-6 images-3 imgres-2imgres-10  Ciągle ta sama kobieta… W setkach wariantów, zmultiplikowana. Skomplikowana czy nieskomplikowa?

Rodzicielka sprawiła, że nie poślubił swej pierwszej miłości – Anne-Marie De Martelaere zwanej Tam. Choć matka zmarła w 1933 roku, Paul wciąż nie umiał przeciwstawić się jej woli. Ożenił się cztery lata później (akurat w roku śmierci ojca, prawnika), ale… nie z ukochaną. Wziął za żonę Suzanne Purnal. To była katastrofa, zakończona rozwodem w 1952 roku. Rozstanie przyspieszyło zupełnie przypadkowe i nieoczekiwane spotkanie z Tam. Doszło do niego w 1947 roku we flamandzkiej wiosce rybackiej Sint-Idesbaldt – tam, gdzie w 1982 roku, otwarto muzeum imienia Paula Delvaux.

Jego ślub z Tam odbył się 30 lat wcześniej.

Tam, gdzie nie było Tam

Prace malarza jednych zachwycają, innym wydają się monotonne, niemal przewidywalne – bo rozpoznaje się je na pierwszy rzut oka. Fakt, miał swoje ulubione chwyty, które powielał setki razy.

Najbardziej charakterystyczne są kobiece akty, realistycznie oddane, lecz nieobecne, bez kontaktu z rzeczywistością. Młode długowłose dziewczyny często są pogrążone we śnie; innym razem poruszają się jak lunatyczki. Typ ich urody oraz kupiony wyraz twarzy kojarzą się z wczesnym renesansem – jednocześnie ich nieskrępowana nagość jest efektem obyczajowej rewolucji XX wieku. Bo to istoty z jednej strony święte, natchnione – zarazem całkowicie pozbawione wstydu, wyluzowane, obojętne dla swej nagości. Ich twarze są podobne, jakby wszystkie były spokrewnione. Natomiast mężczyźni – to sztywniacy z racji wyznawanych poglądów. Mieszczuchy w brzydkich garniturach, w melonikach, ze starannie ufryzowanym zarostem. Nudziarze.imgres images-3 imgres-1 images imgres-8  images-7images

Nie-surrealista

Niby czysta fantazja, jednak wszystko na obrazach Paula Delvaux dzieje się jak na dłoni, niemal w filmowym w zbliżeniu. Każda akcja, czynność, gest wywodzą się z rzeczywistości; postaci czy krajobrazy są oddane realistycznie – niektóre miejsca można rozpoznać. Tylko że… elementy układanek wzięte są z różnych bajek. Momentem przełomowym dla Delvaux okazało się odkrycie sztuki włoskiego malarza Giorgio de Chirico. W 1934 roku zobaczył obraz „Melancholia i misterium ulicy”. Zniszczył około setki wcześniejszych kompozycji i… sam „ruszył w miasto”. Scenerią dla jego przedstawień stały się ulice, dworce kolejowe, zakamarki. Zawsze bezludne, pozbawione śladów ludzkiej obecności – jakby to były dekoracje stworzone specjalnie na występy postaci z teatru Delvaux.

Belgijskiego malarza zwykło się łączyć z ruchem surrealistycznym. Owszem, wystawiał czasem z nimi, lecz do grupy nie należał. Sam także zgłaszał zastrzeżenia do takiej kwalifikacji: „Surrealizm! Co to takiego? Moim zdaniem, to nade wszystko pobudzenie poetyckiej inwencji w sztuce; powtórne wprowadzenie w temat, ale w szczególny sposób, pozbawiony logiki”, tak wyjaśniał swą koncepcję malarstwa.

Istotnie – Delavaux komponował obrazy, jak poetyckie metafory. Do tego dodawał element mistycyzmu i dużą dawkę erotyzmu. I zapewne nieświadomie ilustrował co poniektóre poglądy Freuda.

Pozdrowienie od Paula

imgres-7 imagesObraz z prawej – to „Salut”, olej na płótnie, 90,5 x 120,5 cm, 1938, w kolekcji Museum of Modern Art (MoMA), Nowy Jork

 

 

  images-8 imgres-6 imgres-9A dalej – warianty pozdrowień. Oraz pożegnań.

 

„Salut” to po francusku powitanie, oddanie honorów. „Salut!” – witają się dobrzy znajomi, co odpowiada naszemu „cześć”. Tego słowa użył Paul Delvaux jako tytułu obrazu. Nietrudno zrozumieć, dlaczego – para głównych bohaterów, mijających się pośrodku kompozycji, wymienia gesty pozdrowienia. Poza tym, nic nie wydaje się oczywiste.

Oto ciche miasteczko w pagórkowatej okolicy. Jest pogodne letnie popołudnie; cienie stają się coraz dłuższe, ale słońce nadal ostro świeci. Niebo jasne, aż przezroczyste, już zaczyna zabarwiać się fioletem zmierzchu.

Ciekawe – artysta komponuje scenę tak, jakby trzymał w ręku kamerę. Robi ostre zbliżenie dwoje głównych „aktorów”, w efekcie czego sylwetki olbrzymieją, wyrastają ponad otoczenie. Tym wyraźniej widać, że tych dwoje zupełnie do siebie nie pasuje. Nienagannie ubrany młody pan nosi ciemny garnitur i białą koszulę. Grzecznym, konwencjonalnym gestem uchyla kapelusza przed idącą z naprzeciwka damą. Ta zaś zupełnie odstaje od mieszczańskiej normy. Na nagie ciało narzuciła jedynie czerwoną draperię, która pod wpływem energicznego ruchu efektownie zsuwa się z jej figury. O, już widać gładkie plecy, jędrne pośladki, krągłe uda…

Za chwilę materia spadnie na mozaikę i pani stanie golutka, jak ją Pan Bóg stworzył.  Ale tego już tylko widz może się domyślać.imgres-2images-1

 

28
Jul

Taneczna opowieść o miłości (o Munchu i braku miłości)

Udostępnij:

Tytuł płótna brzmi witalnie, optymistycznie: „Taniec życia”. Emanuje z niego energia. Jakże inaczej, skoro autor zderzył maksymalnie kontrastujące barwy – zieleń i czerwień, biel i czerń. Nie modelował figur światłocieniem – wypełnił kontury sylwet płasko położonymi kolorami, nie dbając o detale. Scenę namalował szerokimi, szybkimi pociągnięciami pędzla. Dynamikę tonacji i techniki potęgują pozy sześciu kobiet i czterech mężczyzn: wszyscy są w ruchu.

Gdy przyjrzeć się uważniej bohaterom tego symbolicznego „Tańca życia”, zdumiewa w nich brak radości. Niektórzy tańczą w zapamiętaniu, namiętnie obściskując się, jakby nie panowali nad pożądaniem. Inni poruszają się dystyngowanie, jak bezwolne manekiny. Jeszcze inni przyglądają się tanecznikom, nie skorzy do zabawy. Zda się, muzyka wyzwala w każdym odmienne odruchy, inne skojarzenia. Ci ludzie żyją w różnym tempie. Może nawet – w różnych światach?  images-3images-1

Bal na trawie

Obraz powstał na styku stuleci. Znamienny moment, skłaniający do rozliczeń, podsumowań, snucia proroczych wizji. Kończył się wiek XIX. W niektórych krajach Europy panowały nastroje dekadencko-katastroficzne. Malarstwo stawało się coraz bardziej drapieżne, pełne ukrytych znaczeń. Impresjonizm wydawał się zbyt „delikatnym” kierunkiem, żeby wyrazić za jego pomocą skrajne stany emocjonalne. Sztuka Muncha, całkowicie różna od impresjonizmu, stała się zaczynem nowego nurtu: rodził się ekspresjonizm.

Najlepszym przykładem – „Taniec życia”. Nie sposób przeoczyć to dzieło, „zaczepi” nas kontrastami kolorystycznymi i emocjonalnymi. Scena rozgrywa się tuż przed oczyma widza, bez dystansu. Jeszcze krok – i oglądający znajdzie się wśród tancerzy. To świadomy zabieg. Malarz chce narzucić widzowi swoich bohaterów, a raczej – ich emocje. Postaci jest tuzin. Balują na zielonej murawie, pod gołym niebem. Ich sylwetki wyraźnie odcinają się od ciemnej, nasyconej zieleniła. Czarne ubrania panów; białe muśliny pań. Tylko jedna dama nosi płomiennie czerwoną suknię. Z pewnością nie jest potulną niewiastą – trzeba nie lada temperamentu, żeby taki ciuch założyć!

Dwa przeciwległe krańce sceny zajmują kobiety samotne, bez partnerów. Z lewej strony widzimy promienną blondynkę w białej sukni, muskającą dłonią wyrastający obok niej kwiat (przypomina się Primavera z dzieła Botticellego). Przeciwległy kraniec płótna zajmuje pani smutna jak wdowa na pogrzebie. Cała w czerni, z twarzą ściągniętą grymasem rozpaczy, z załamanymi dłońmi, zdaje się uosobieniem bólu. Jednak ze sztywną pozą i żałobnym strojem nie konweniuje uczesanie damy: jej głowę otacza aureola gorących, niesfornych, złotorudych loków. Tak Edvard Munch scharakteryzował tuzin postaci, z których te pierwszoplanowe nie były mu obojętne…

Zabójcza moc miłości

„Taniec życia” to rozliczenie artysty z bliskimi mu kobietami. Jego emocjonalna biografia. Nie chodziło mu jednak o uwiecznienie pięknych uczuć ani wzruszających wspomnień. Nie, on chciał pokazać walkę płci. Chuć, która niszczy. Bowiem zdaniem Muncha miłość jest nieustającym zmaganiem między kobietą a mężczyzną. W dodatku owe zapasy prowadzą do jednego: do katastrofy. I to nie Ona, samica-diablica staje się ofiarą, lecz On, biedny samiec, omotany i bezradny wobec pożądania.imgres-3 images-7images-2 images-6

Takie poglądy szerzył nie tylko Munch – podobnego zdania był zapoznany w Berlinie przyjaciel, Stanisław Przybyszewski. Autor koncepcji „nagiej duszy” znajdował w malarstwie Norwega niemal dokładną ilustrację swych wizji i przekonań. Przy okazji berlińskiej wystawy Edvarda w 1894 roku nasz pisarz zanotował: „Jego obrazy to po prostu malowane preparaty duszy w chwilach, kiedy wszelki głos rozumu milknie, wszelka czynność pojęciowa ustaje – preparaty duszy, jak się wije i w dzikich porywach dęba staje, jak w ponurym stępieniu usycha, i z bólu krzyczy, i z głodu wyje”.images-1 images-9images-15 images-16images-8 images-4images-10

Aż trudno uwierzyć, że ten napuszony, grafomański styl znajdował wówczas swych entuzjastów. I to nie u byle kogo – Przybyszewski kolegował się z utworzoną w Berlinie „kolonią” skandynawskich intelektualistów, do której zaliczali się Ibsen, Strindberg, Kierkegaard, i, rzecz jasna, Edvard Munch. Spotykali się w winiarni Pod Czarnym Prosiakiem, gdzie królowała piękna Dagny Juell. Rok 1893 upłynął jej na burzliwych romansach. Najpierw stała się muzą Muncha, potem związała się ze Strindbergiem. images-11 images-13Wówczas interweniowali rodzice panny, na kilka tygodni zabrali ją do rodzinnego miasteczka, lecz nie zdołali na długo zatrzymać niesfornej córy. Już w sierpniu 26-letnia Dagny znów rozpalała zmysły bywalców berlińskiej winiarni, by jednego doprowadzić przed ołtarz. Piękny Stach, jak mówiono o Przybyszewskim, bynajmniej nie był niewiniątkiem – miał stałą partnerkę, matkę trójki jego dzieci. Ale dla Juell nie stanowiło to przeszkody. Swobodne obyczaje, słabość do mężczyzn oraz nieustanne flirty nie wyszły jej na dobre: wiosną 1901 roku, w dniu jej 34. urodzin zastrzelił ją wielbiciel i kochanek Władysław Emeryk, po czym targnął się na własne życie.

Choroba malarstwa

Teraz słowo o autorze. Największy mistrz norweski karierę rozpoczął w Niemczech i w Paryżu. imgres-4 imgres-5 imgres-3 imgres-3Mimo sukcesów czuł się wyobcowany. Nic dziwnego – nie należał do łatwych ludzi. Egoista, neurotyk, nadwrażliwiec. Jednym jawił się jako zamknięty w sobie melancholik, innym jako nieobyczajny pijak i raptus; jeszcze inni postrzegali go jako romantycznego marzyciela, ze strachem podchodzącego do kobiet. Jak było naprawdę? Sam Munch nie mógł się zdecydować. Raz postrzegał przedstawicielki płci pięknej jako Madonny, święte niewiasty. To znów widział w nich demony, wampiry, modliszki. Nie umiał z nimi postępować. I zawsze zakochiwał się w niewłaściwym obiekcie.

Przez całe życie borykał się z dziecięcą traumą: miał pięć lat, gdy matka zmarła na suchoty; piętnaście, kiedy odeszła na zawsze rok starsza siostra. Jednocześnie, u młodszej siostry zdiagnozowano chorobę psychiczną. Sam Edvard miewał ciężkie stany depresyjne; nieraz bliski był szaleństwa; kilkakrotnie lądował na leczeniu w szpitalu dla nerwowo chorych. Co ciekawe – zaburzone stany psychiczne uważał za materię sztuki. W niejednej jego pracy można odnaleźć motywy autobiograficzne, będące dokumentacją emocjonalnego rozchwiania. Kiedyś szczerze przyznał, że „malarstwo jest dla niego czymś w rodzaju choroby lub zatrucia”.

Akcja obrazu, o którym dziś mowa, została umieszczona w Asgardstrand, nadmorskiej wiosce położonej 50 mil od Oslo. images-14 images-2images-12To malownicze miejsce malarz odkrył w 1888 roku; spędzał wielokrotnie wakacje, aż ostatecznie w 1897 kupił tam dom. Dobrze mu się nad morzem pracowało, klimat i krajobraz koiły nadszarpnięte nerwy, plener inspirował twórczo.

Podziwiamy ten pejzaż w „Tańcu życia”: wysoki, porosły trawą brzeg, z którego ciągnie się rozległy widok na morze. Jest spokojny letni wieczór. Zachodzące słońce tonie w falach, odbicie ostatnich promieni tworzy łunę. Tak wygląda raj.

14
Jul

Rakietą w przeszłość

Udostępnij:

W Zachęcie „Kosmos wzywa!”. To istotnie wezwanie – do podróży w czasie. Cofamy się w przeszłość za sprawą op-artowskich kompozycji (Zdzisław Jurkiewicz, Jerzy Rosołowicz, Andrzej Pawłowski – to najważniejsze nazwiska), zdjęć mody (Andrzej Wiernicki), makiet i szkiców architektonicznych (Oskar Hansen), lustracji do powieści Stanisława Lema (Daniel Mróz) oraz fragmentów futurologicznych filmów.

imgres-7 imgres-10 imgres-8 imgres-6 imgres-9

 

Dopełnieniem tego pokazu – kosmiczna odyseja w krakowskim Muzeum Narodowym, czyli monografia Stanley’a Kubricka.imgres-12

imgres-15

imgres-14

imgres-13

images

A odbiciem gwiezdnych tęsknot – pokaz „Conceptual & Applied III. Surfaces and Pattern” w berlińskiej Daimler Contemporary.

 

Wszystkie te wystawy dotyczą lat 60. To ostatnia „romantyczna” epoka, kiedy wierzono w wyższe ideały i postęp. Ostatni moment w dziejach naszej cywilizacji, kiedy patrzono tylko w przyszłość. Nie było jeszcze pojęcia „retro” – istniała jedynie „retrorocket”, rakieta wystrzeliwana w kierunku przeciwnym do trajektorii statku kosmicznego.imgres-2 imgres imgres-1 imgres-3

 

Może się nią przelecimy?Galeryjna środa image002

 

Na początku była zimna wojna

Początkiem dekady rządził… strach. Bynajmniej nie metafizyczny, lecz realny, napędzany zimnowojennym konfliktem, nuklearnymi zbrojeniami, kasandrycznymi wizjami ogólnoludzkiej zagłady, gdyby doszło do konfrontacji Wschodu i Zachodu, systemu kapitalistycznego i socjalistycznego. Jednocześnie, niejako w tle obydwu światów powstawał i krzepł ten trzeci, dekolonizujący się w przyspieszonym tempie, niekiedy stający się konfrontacyjnym poligonem systemów.

Wojny na ziemi rozciągnęły się poza naszą planetę. Zaczął się fantastyczno-naukowy wyścig: kto pierwszy opanuje inne gwiazdy? Nawiąże kontakt z kosmitami? Po locie Gagarina (1961) i Tierieszkowej (1963), a kilka lat później – po spacerze Armstronga po księżycu (1969) futurologiczne marzenia zaczęły nabierać realne kształty.

Na spotkanie z pozaziemskimi cywilizacjami trzeba się przygotować. W modzie pojawia się coraz więcej tworzyw sztucznych: non-iron, ortalion, PCV, plastik-fantastik. Sylwetka ludzka upraszcza się, jest rysowana liniami prostymi. Inspiracją dla projektantów staje się skafander kosmonauty. Powstaje strój, który niesie komunikat: koniec ze stacjonarnym życiem. Koniec z niewygodą. Koniec z tradycją. Ludzie mają coraz więcej wolnego czasu, zwłaszcza kobiety. Panią domu wspomagają roboty codziennego użytku, mechanizacja, technicyzacja.

W efekcie, między rokiem 1961 a 63 zmienia się całkowicie ideał i sylwetka kobiety. Pulchne, piersiaste panny lat 50. – jak choćby supergwiazdy Marilyn Monroe, Liz Taylor, Sophia Loren – w następnej dekadzie gwałtownie wyszczuplały. Na piedestał zostaje wyniesiona małolata. Chuda istotka w mini, płaska, długonoga, wielkooka (sztuczne rzęsy!).

Wszystko za sprawą Twiggy. Supermodelka lat 60. przeobraża się w symbol epoki. Ubrana w infantylne ciuszki, kolorowe rajstopy, buty na płaskim obcasie. Wygląda jak niewiniątko, które jednak ma nerw i ciekawość świata. Wsiądzie sobie taka do rakiety i fiu! poleci w kosmos.imgres-4 imgres-3 imgres-2 imgres-5 imgres imgres imgresimgres-1Lesley Hornby-Lawson zmieniła sylwetkę modnej dziewczyny lat 60. – miała zamienić się w „Gałązkę” i mieć oczy przepastne jak galaktyka.

 

Niedziela w podróży

Jeśli nie na księżyc, to gdzie? Na Orly! Tam Gilbert Becaud zaleca spędzanie wolnego czasu, na co Wojciech Młynarski odpowiada „Niedzielą na Głównym”. Tropem podniebnym podąża Andrzej Kondratiuk, wysyłając „Wniebowziętych” (Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza) LOT-em po kraju. Modelki są fotografowane w sytuacjach, które sugerują przemieszczanie się tu i ówdzie – na lotniskach, przy samochodach, przy/na skuterach. Ma być nowocześnie, czyli dynamicznie i nie salonowo.

Wkrótce dziewczyny i chłopcy zaczynają tak samo obcinać włosy – krótko z grzywką (tzw. bob). Wygodne uczesanie pod hełm lub… zamiast. Idzie ku biseksualnemu wyglądowi.

Jasne, erotyka nie traci atrakcyjności.

Brigitte Bardot w „Pogardzie”, images-1 imgres-1 imgres

Julie Christie w „Darling” imgres-4 imgres-5 imgres-6

czy Jane Fonda w „Brabarelli” emanują seksapilem. Fonda-Barbarella nosi aerodynamiczne, futurologiczne gorsety zaprojektowane przez Paco Rabanne’a, projektanta, który ma jeden pomysł: nie szyje sukienek, lecz tnie i spawa plastikowe bądź aluminiowe płytki płytki. Szczyt kosmicznego odlotu.imgres-7 imgres-5 imgres-8 images imgres-6 Fonda jako Barbarella. Niesamowicie zgrabna, sexy, i… trochę kiczowata w kostiumach autorstwa Paco Rabanne’a.images-2 images-5 images-3 images-4A to – ziemskie kreacje tego samego projektanta. Dziś już tylko muzealne eksponaty. Kiedyś każda modna dziewczyna chciała coś takiego założyć na ekstra okazję.

Love, Peace, Freedom

Lata 60. były długie, dłuższe niż inne dekady. Wbrew logice jest także próba wyznaczenia połowy tamtego dziesięciolecia: przypada dopiero na rok 1967. Wtedy po raz pierwszy w historii odebrano przywódczy głos ludziom doświadczonym, zasobnym, z pozycją. Ton zaczęli nadawać młodzi buntownicy, rozkołysani balladowym i big beatowym rytmem, napaleni na zaprowadzenie nowego porządku i sprawiedliwości. Przez krótki okres młodzieżowej dyktatury słowa równość, wolność, braterstwo znaczyły to, co znaczyć powinny. Wojna atomowa? Strachy na lachy!

Prawdziwa trwoga, to iść do woja i być wysłanym na wietnamski front. Pacyfistyczna postawa – to jedyne słuszne. Oprócz tego, te same prawa dla wszystkich, bez względu na kolor skóry, urodzenie i płeć (feminizm w rozkwicie); wolna miłość (od 1967 roku można było bez trudu dostać antykoncepcyjną pigułkę, a nawet legalnie dokonać aborcji); wiara w „wyzwalającą” moc narkotyków; pogarda dla gromadzenia dóbr, konwenansów, społecznej hierarchii; długie włosy, w nich kwiaty.

Nastała Era Wodnika. W sztuce, modzie, designie – psychodelia, szał kolorów, płynne linie, nagromadzenie detali. Odwrotność rygorystycznych i geometrycznych linii z pierwszej połowy dekady. Raj dzieci-kwiatów trwał krótko. Co z niego zostało w latach 70.?

Programowe zrównanie okazało się szybko zapomnianym hasłem. Za to hippisowskie tęsknoty i luz przeniknęły do mody, filmu, muzyki (kolejność dowolna). I jeszcze coś: odloty w stronę pozaeuropejskich kultur nieoczekiwanie wywołały falę powrotów do przeszłości. I tak oto pod koniec lat 60. po raz pierwszy odezwały się retro-tęsknoty…

Pamiętacie „Bonnie i Clyde’a” (1967)? Piękna para drobnych przestępców symbolizowała kontestatorski ducha czasów. A zarazem, zapoczątkowała modę na lata 20/30. I tak odwróciliśmy się od gwiazd ku historii

.imgres images imgres-1 Bonnie i Clyde wystylizowani jak para z epoki Wielkiego Kryzysu, w starych samochodach wylansowali pierwszą modę retro.

 imgres-3imgres-2 imgres-4 imgres imgres-1Peace, Love, Freedom – pacyfistyczne postawy plus wolna miłość plus równość i braterstwo – idealistyczne hasła, które niedługo utrzymały swą ważność w realnym życiu.

 

 

11
Jul

W gaciach internowany

Udostępnij:

Andrzej Czeczot zawsze zaskakiwał nieszablonowym zachowaniem. Mnie zadziwił, gdy niespodziewanie zadzwonił z zaproszeniem na oglądanie najnowszych prac. Z propozycją podarowania dowolnie wybranej. Mimo to odłożyłam spotkanie na kiedyś. I nigdy już do niego nie doszło.images-6

Na początku lat 80. poznałam go w Galerii Grażyny Hase (dawno przestała istnieć…). Wystawiał wtedy haftowane makatki oraz… bereciki z tzw. antenką, tradycyjne nakrycie głowy chłopo-robotniczego ludu. Czeczot rozciągał beretki na mokro i zalecał nosić naciągnięte głęboko na czoło, na podobieństwo słynnych wówczas „nicholsonówek” (nazwa od „mycki” noszonej przez Jacka Nicholsona w „Locie nad kukułczym gniazdem”). Najważniejsze: w wersji Czeczota z „nicholsonówek” zawadiacko sterczały kutasiki.

Przez wiele lat nieobecny w kraju, powrócił na początku lat dwutysięcznych, już za „wolnej Polski”. W 2001 roku spotkałam go po latach emigracji w Galerii Zapiecek (też nie istnieje od lutego 2014). Pokazywał post-nowojorskie rysunki obok prac Rafała, syna z drugiego małżeństwa z Zofią Zarembą (już także nieżyjącą psycholożką–wróżką). Ojciec i syn znakomicie się rozumieli i uzupełniali. Niestety, Rafała dopadła choroba psychiczna, największa zgryzota dla ojca. O własne zdrowie Andrzej nie dbał. Jak większość z jego generacji nadużywał trunków i stronił od lekarzy.

Na początku maja 2012 roku poszedł do szpitala, bo kiepsko się poczuł. Był piątek – a we wtorek już nie żył. Przyczyna śmierci: nowotwór. Po raz kolejny Czeczot okazał się nieprzewidywalny.

Przedwojenna genealogia

Powiedzieć o nim – satyryk-karykaturzysta, to stanowczo za mało. To był filozof-moralista, demaskator obłudy. Do tego – wynalazca „brutalnego” stylu w rysunku, polski prekursor Neue Wilde. Ale w kontaktach z bliskimi ludźmi wyzbywał się ostrości. – Stawał się ciepły, otwarty i czuły – wspomina Mira Arens, szefowa galerii Zapiecek, wieloletnia przyjaciółka artysty. – Miał jednak wadę: nie umiał udawać, nie akceptował podwójnej moralności. Co jakiś czas wybuchał w niezbyt parlamentarnych słowach, rozjuszony tym, co obserwował.images-8

Pochodził z Włoszczowej koło Kielc. W czasach gimnazjalnych przeżył tamże największe w życiu upokorzenie, gdy… wstąpił do harcerstwa. Oto zbiórka przez wyruszeniem w teren; druh Andrzej puchnie z dumy, że wreszcie stanie się prawdziwym mężczyzną. A tu na szkolny plac wkracza służąca Czeczotów z garnkiem mleka – bo pani kazała, żeby druh wypił coś ciepłego przed wymarszem. Odtąd Andrzejek miał ksywkę „druh Mleczko”. Nie mylić z prawdziwym Andrzejem Mleczko!

Siedemnastoletni Czeczot przyjechał na Śląsk, trafił do liceum w Żorach. A tam wszyscy mówią „ślunsko godko”, której nowicjusz nie kuma. Cudzoziemiec! Na szczęście, w katowickiej filii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie zdał po maturze, obowiązywała ogólnopolska gwara: młodzieżowa. W 1957 Andrzej obronił dyplom. A rok wcześniej zadebiutował jako satyryk w tygodniku „Szpilki”.

Potem okraszał rysunkami łamy różnych inteligenckich periodyków, jak wspomniane „Szpilki” czy „Literatura”. Dla tygodnika „itd.” Czeczot wymyślił dodatek specjalny, zatytułowany „Plebey” – swojska wersja wówczas niedostępnego „Pleyboya”. Niskonakładowy rarytas, o który zabijali się wielbiciele artysty.images-2 imgres-1 images-7images-6

Posiadam jeszcze inne cudo: opublikowany w 1980 roku zbiorek Czeczotowych prac zatytułowany „IFO – zidentyfikowane obiekty latające” (zadedykowany Stanisławowi Lemowi).

Cztery lata temu nakładem Iskier ukazał się „Album przedśmiertny” (dla żony Soni). Tytuł typowy dla artysty, fana czarnego humoru. Zawartość tomu jak zwykle gorzko-sprośno-refleksyjna. I przezabawna. Obok starych i nowych rysunków, w większości niepublikowanych, znalazły się króciutkie wspomnienia artysty o sobie i rodzinie. Niestety, nazwa tomu okazała się prorocza…images-5

Styl z kartofla

W PRL-u uwielbiali go wszyscy, których mdliło od propagandy sukcesu. Bo był inny – dosadny, jak chyba nikt przedtem. Serwował odbiorcom piorunującą mieszankę seksu, okrucieństwa i chytrości. Parodiował rodaków już samą formą rysunków. W latach 70. stworzył własnego bohatera, czy raczej – antybohatera, chłopka-roztropka jak zrobionego z kartofla, otumanionego wysokoprocentowym napojem z ziemniaków. Wkrótce jego artystyczno-prześmiewczą konkurencję stanowiło trio Andrzejów: Dudziński, Krauze, Mleczko. Żaden nie miał wątpliwości, że Czeczot był tym najważniejszym z Andrzejów. .

Suplementem do twórczości rysunkowej Czeczota stały się… makatki. Wiele lat przed powszechnym zainteresowaniem kiczem wymyślił imitacje ludowych haftów opatrzonych umoralniająco-naiwnymi sentencjami. Te haftowane żarciki nazywano – jakże inaczej! – „czeczotkami”. Na pierwszy rzut oka nie różniły się od autentycznych jarmarcznych makatek: białe płótno, niezdarny rysunek wyhaftowany kolorowym kordonkiem, nad nim koślawy napis. W istocie „czeczotki” były antytezą swojskich mądrości i pouczeń. Największą furorę zrobił haft z dobrą żoną, która „tym się chlubi, że gotuje, jak mąż lubi” – a on, świntuch, lubi ją na golasa, w samym fartuszku.

– Nigdy nie wiedziałem, czy ludziom podobają się moje poglądy, czy dowcipy – mówił w wywiadzie udzielonym w 1990 roku, kiedy na krotko odwiedził Polskę po ośmioletniej emigracji. Miał powody powątpiewać: zastrzeżenia doń miała zarówno komunistyczna władza, jak prawicowi decydenci odrodzonej Rzeczypospolitej. Co i rusz miał problemy w redakcji „Polityki”, z racji dosadnego słownictwa i nadmiaru golizny w pracach. W końcu zaczął publikować rysunki w „Nie” Jerzego Urbana. I dopiero wtedy zawrzało! Oburzeni byli nawet przyjaciele artysty. A on wyjaśniał: to jedyne miejsce bez cenzury. A artysta musi być wolny.ifo-zidentyfikowane-obie_3481 images-9 imgres-4 imgres-2images-1 images-3 imgres-3

Skazany za humor

 

Najgłośniejsze wydarzenia z życia naszego bohatera, to konflikty z prawem. W 1976 roku Czeczot został pozwany do sądu przez aktora Ryszarda Filipskiego, popieranego przez komunistyczną władzą, który w rysunku satyrycznym zamieszczonym na łamach tygodnika „Literatura” dopatrzył się osobistej zniewagi. Odbył się groteskowy proces, w którym jako świadkowie oskarżenia wystąpili Kazimierz Kutz i Jonasz Kofta. Kabaret, napisany przez życie. Wyrok: sześć miesięcy w zawieszeniu, pokrycie kosztów procesu i przeprosiny.

 

A główny „winowajca”, czyli rysunek? Taki oto: na stole wóda, pejcz i korona; obok facet ze spluwą, na drugiej dłoni – kastet. Twarz niewidoczna, ukryta pod kapeluszem. I właśnie to była wskazówką. Praca okazała się brzemienna w skutki: rysownikowi odebrano rubrykę w „Literaturze”, inwigilowano, szczuto telefonami z pogróżkami, nękano nieustannym legitymowaniem. Pięć lat później, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, wpakowano artystę do pudła. W środku nocy władza wyłamuje drzwi katowickiego mieszkania Czeczotów, wywleka właściciela w samych gaciach, gna po śniegu. Do suki, potem do interny. Kolejna komediowa scena. Tak opisał ją Kazimierz Kutz: „Czeczota internowano w samych skarpetkach, a na dworze było minus 15 stopni. Gdy po niego przyszli, Czeczotowa otworzyła okno i krzyczała na pół miasta – Gestapo! Gestapo!, więc zwijali się szybko, mimo że nikt z sąsiadów nawet nie kiwnął palcem.“

Nieznośna lekkość bytu

Rok 1982, emigruje do USA.images-7 Szczęściarz – dzięki pomocy kumpli udaje mu się znaleźć pracę w Nowym Jorku, w dodatku we własnym fachu. Andrzej Dudziński i Jan Sawka, kilka lat wcześniej zadomowieni w Wielkim Jabłku, przetarli przybyszowi drogę do „New York Timesa” i „New Yorkera”. Pomoc była nieoceniona, Czeczot nie mówił po angielsku, nie znał tamtejszych układów. Udało się, współpraca zaskoczyła.

„… mieszkałem na Greenpoincie, w polskiej dzielnicy, wśród polskich sklepów i towarów”, opowiadał. Mimo to, zmęczyła go nieznośna lekkość amerykańskiego bytu, bo niespełna dwie dekady później wrócił do kraju. Zamieszkał w Warszawie.imgres-1 images-5

Nastąpiła kolejna twórcza przemiana – połączenie wczesnej czarno-białej fazy z jaskrawą zachodnią paletą. Ale pazur Czeczotowi nie stępiał, oko też nie oślepło. Nadal obnażał stare i nowe przywary naszego społeczeństwa; dostrzegał pogoń za sensacjami, seksem, kasą. Przedstawiał te tematy zgodnie ze swym satyrycznym, niezdemoralizowanym sumieniem. Niestety, wraz z polskim ustrojem zmienił się odbiorca. Z poważnych pism jedynie „Polityka” okazała się otwarta na jego drapieżność i bezwzględność (a i to, jak wspomniałam, nie bez konfliktów); inne nie miały oferty dla satyryka.

Skoncentrował się na filmie animowanym. Pełnometrażowym, ręcznie malowanym na celuloidowej taśmie. Niezwykle pracochłonnym. Przez sześć lat trudził się nad „Edenem”, filmie o przygodach Youzcka – polskiego Kandyda, zarazem Odysa, a przede wszystkim – kimś podobnym do autora. Bohater, utalentowany prostaczek, odbywa podróż z polskiej wiochy do Nowego Jorku, pod drodze spotykając typy z różnych bajek – Prometeusza, Janosika, Salvadora Dalego, orkiestrę z Titanika, Chopina, Paganiniego, Elvisa Presley’a. Pojawiają się też współcześni herosi – Bill Clinton i Monica Levinsky.

Skoro o edenie mowa – kiedyś Czeczot namalował własną wizję raju: to miejsce, gdzie nie obowiązuje zakaz palenia nawet pod rajską jabłonką. I gdzie kurzą wszyscy, od aniołów po Adama i Ewę.

Mam nadzieję, że mu się spełniło.images-3

 

09
Jul

Poetycka ekonomia śpiewana

Udostępnij:

Jak żyć? Pytają ci, którzy powinni sami dawać przykład i przynajmniej udawać, że wiedzą.

po galeriach 2_fot.wh _006_ Podzielność uwagi, podzielność myśli, podzielność talentów. „To co się da, podziel na dwa” –  jak w piosence https://www.youtube.com/watch?v=TaO5X0Q7U4k&feature=kp.

Znaczy – filozofowie, artyści, przedstawiciele zawodów skłaniających do ogólnoludzkich rozważań. Tymczasem wolne zawody przestały być niezależne i nawet najbardziej niebieskie ptaka muszą liczyć zielone. (Zauważyliście? Banknoty stuzłotowe też są obecnie seledynowe, trochę w tonacji baksów). Skończyły się czasy lekceważącego podejścia do ekonomii. Trzeba ją docenić, dopieścić, wynieść na piedestał… artystyczny. Są wzorce.

 

Magister bez kasy na kasę

„Mniejszych miast – dwie trzecie” – taki wynik dotyczący aglomeracji w Polsce podali Starsi Panowie w 1964 roku. Bo dobrze jest orientować się w danych statystycznych (nawet dumając wiosną nad Prosną). Od tamtej wiosny minęło pół wieku, a zagęszczenie ludności w naszej ojczyźnie uległo niewielkiej zmianie. Z jednym wyjątkiem: rozrosła się stolica. Kiedyś – także stolica kultury (bez urazy, Krakowie). Teraz skumulowany w Warszawie kapitał rośnie, zaś potencjał intelektualno-twórczy miasta kurczy się w przyspieszonym tempie.

Co chcieć, z pustego nawet i Salomon… Zaraz, zaraz – o jaką pustkę chodzi? Kasa jest, możliwości takoż, siły przerobowe – jak najbardziej. Zabrakło czego innego: potrzeb. Metropolia nie chce zawracać sobie kilkumilionowej głowy (współczesna mutacja hydry) czymś innym poza dorabianiem się i rozrywaniem po tym trudzie.

Wykształciuchom dziękujemy! Twórcy i intelektualiści do roboty! Tej prawdziwej, nie symulowanej, nie przynoszącej konkretnych zysków. No i mamy gallimatis. Miasta, szczególnie duże, kształcą młodzież w najrozmaitszych szkołach, licencjatach, kursach. Absolwenci (zwłaszcza uczelni humanistycznych i artystycznych) już po miesiącu po zdania indeksów zadają sobie pytania: po co? Po co robili dyplomy, zaliczali dokształty, starali się o stypendia, skoro to nie przydaje się na nic?

Odpadają mi kciuki od trzymania za młodych, zdolnych, zrozpaczonych (mam studentów na Wydziale Sztuki Mediów warszawskiej ASP). Nikt na nich nigdzie nie czeka. Polska nie potrzebuje tzw. inteligencji (czyli ludzi pracującej głową); nie ma nic do zaproponowania utalentowanym twórczo. Że kilku zrobiło kariery światowe? Wyjątki potwierdzające regułę, czy raczej wyrok – spadaj. Jeśli nie masz atutów…

Od 1989 roku zmieniło się wszystko – poza metodami kariery. Deprawacja, to od zawsze rewers polskich sukcesów. Nie chcecie wierzyć? Posłuchajcie piosenek. Tych z tekstami o rzeczywistości. Z rachunkami wplecionymi w rymy.

 

Przetrzyj okulary

Do tej pory nie zwracałam uwagi na wątek ekonomiczny w słowie rymowano-śpiewanym. Aż niedawno temu, zauważyłam, że „Okularnicy”

imgres-3imgres imgres-1Agnieszki Osieckiej (z 1963 roku) „wiązali koniec końcem za te polskie dwa tysiące”. Była to podobno wersja skorygowana przez Władysława Gomułkę, imgres imgres-1bowiem pierwotnie tekst brzmiał „…potem żyją w jakimś mieście za te polskie tysiąc dwieście”. Po czym? Po zdobyciu dyplomów wyższych uczelni. Teraz, jeśli magister nauk humanistycznym koļczy studia, przede wszystkim mierzy się z bezrobociem. I jeśli ktoś zaoferuje mu etat za dwa tysiaki, to uważa, że chwycił Pana Boga za nogi. Częściej tyra za friko lub na umowach śmieciowych.

A jak spędzają czas wolny przedstawiciele „niepraktycznych” zawodów? Prawie tak samo, jak bohater „Światowego życia” Wojciecha Młynarskiego. imgres-3 imgres-2Biegają na celebryckie spędy, gdzie „każda kanapka warta chyba z pięć czterdzieści”. Wprawdzie dziś „na sto imprez” zaprasza nie PAGART, lecz firmy uprawiające „szlachetnie snobistyczny” marketing. Na tych salonach prym wiodą nowobogaccy; wśród nich damy reprezentujące popularną markę lodziarską. Czy to aby nie o twórcach rodzinnej fortuny śpiewał Młynarski w utworze „Szajba”: „Przy maszynie – mama z zięciem,/Za wspólnika mają teścia/I za każdym pociągnięciem/ – Trzy dwadzieścia! Trzy dwadzieścia!” A potem teść podwaja tempo i za każdą porcję lodów dostaje… „ Sześć czterdzieści! Sześć czterdzieści!”

Zauważmy – od lat 60. ubiegłego wieku (bo wszystkie cytowane piosenki z tamtej epoki) przeszliśmy kilka inflacyjnych rzutów, denominację, zmianę ustroju, kryzys… A ceny jakoś dziwnie podobne.

Może tylko gest nie tak szeroki, jak dawniej. Jakiego inteligenta (nie technicznego) byłoby dziś stać na sfinansowanie „góralskich tańców”? (aluzja do banknotu o nominale pięćset zetów), o których Młynarski opowiada w scenkach rodzajowych z górskiego uzdrowiska („Jesteśmy na wczasach)”?

Co może obywatel/ka o wyższych, światowych aspiracjach, dociśnięty/ta finansowo do ściany? Jeśli ma branie – daje ciała. Przypadek znany od pradziejów, błyskotliwie zobrazowany w „Jolka, Jolka, pamiętasz” Marka Dutkiewicza („… narzeczoną miał piękną jak sen, z autobusem Arabów zdradziła go”) images imgres-1 imgres

czy w „Tańcz głupia tańcz” („U „Maxima” w Gdyni znów cię widział ktoś, sypał zielonymi mahoniowy gość”) Lady Punk. imgres-1 imgres imgres-2Niedawno bawiłam kilka „sezonowych” dni w Sopocie. Na Monciaku płacono walutą jak ze starej piosenki Jana Borysewicza: „…zapłacony ciałem kolorowy sen”.

 

Zawsze jednak ostaną się nieprzekupni. Ambitni. Szlachetni. Ci, tak jak kiedyś, na Ważną Twórczość zarabiają chałturami. Prawie trzydzieści lat temu zespół Klaus Mittwoch wyznawał: „Jezu jak się cieszę/Z tych króciutkich wskrzeszeń/Kiedy pełną kieszeń znowu mam/Znowu mogę myśleć/Trochę jakby ściślej/I wymyślać śmiało nowy plan”. Starczało na kilka dni, a potem – mijała euforia, i znów (albo nie) do roboty…

Tylko po co, za ile? „12 groszy, tylko nie płacz proszę/12 groszy w zębach tu przynoszę”– rozliczał się Kazik. images imgres-2 imgres-3 imgres

Jest ode mnie lepszy, przyznaję. Mnie proponują występy w radio, w tv gratis. Podstęp brzmi: jest pani gościu. IMG_4678Znaczy, nic się nie należy. Kapitalizm nie ceni wartości intelektualnych – to nie zajęcie dla biednych. Żeby myśleć, trzeba mieć za co żyć.

»„Jak powstają twoje teksty” – gdy mnie ktoś tak spyta/Zakurwię z laczka i poprawię z kopyta.”« To też Kazik. Też my wszyscy, niepełnosprawni ekonomicznie, choć zdolniachy. Może bici w ciemię?

https://www.youtube.com/watch?v=EvpI4uAuVu

Ehttps://www.google.pl/webhp?sourceid=chrome-instant&ion=1&espv=2&ie=UTF-8#q=kazik%2012%20groszy

 

 

 

 

 

 

 

 

01
Jul

Burza w porcie na Odrze (o losach kopii Michała Anioła i Andrei Verrocchia)

Udostępnij:

Sto lat temu Stettin stawał się drugim co do wielkości portem Niemiec. Miasto miało  odpowiednie do swej rangi kulturalne ambicje: postanowiono – powstanie muzeum, którego architektoniczny kształt powierzono Wilhelmowi Meyer-Schwartau.

Młodzik kontra mieszczanie

Na dyrektorskim stołku zasiada Walter Riezler, przybysz z Monachium, ledwo po trzydziestce.

imgres-19 256 imgres-20Pierwszy dyrektor Muzeum Miejskiego w stolicy Pomorza Zachodniego sprzyja nowatorskim prądom. Marzy mu się utworzenie muzeum nowoczesnego, nastawionego na artystyczne nowinki. Riezler ma przeciwko sobie większość mieszkańców regionu, którzy datkami, darowiznami i zapisami testamentowymi wspierają instytucję. Szczególnie intensywnie iskrzy pomiędzy młodym szefem a tradycjonalistycznie nastawionymi szczecińskimi bonzami. Najwięcej do powiedzenia ma doktor Heindrich Dohrn, przyrodnik, humanista i fan sztuki. 220px-Dohrn zbc.ksiaznica.szczecin.pl_1896Dla niego, podobnie jak dla konserwatywnych notabli, absolutny top ludzkich osiągnięć stanowi sztuka klasyczna. Stąd pomysł, żeby nowe muzeum wyposażyć w kopie słynnych rzeźb.

I tak dzięki hojności lokalnych mecenasów sztuki Stettin wzbogacił się o największy w Europie zestaw replik antycznych posągów – około 100 obiektów, rewelacja!

Wykonanie duplikatów w brązie zlecono warsztatom w Rzymie i Neapolu. Dohrn, główny darczyńca, zamierzał dołączyć do posągów hellenistycznych także repliki arcydzieł Odrodzenia. Na początek powstały dwie: konny pomnik kondotiera Colleoniego dłuta Andrei del Verrocchio i marmurowy „Mojżesz” Michała Anioła. Na tym seria „renesansowa” się zakończyła.

Po śmierci Dohrna (1913) dyrektor Reizler śmielej już lansował swoich faworytów, np. zakupił obraz Vincenta van Gogha.

Riezler kierował muzeum przez dwie dekady, do momentu kiedy uznany za piewcę „sztuki zdegenerowanej”

imgres-23 imgres-21 imgres-22 imgres-19 imgres-20 Oto najwyższe władze na wystawie Sztuki zdegenerowanej w Monachium. Rok 1937.

został pozbawiony stanowisku. Kolekcja niemieckich ekspresjonistów, fowistów i innych twórców niezgodnych z wizją narodowych socjalistów została rozproszona po Niemczech i… słuch po niej zaginął.

 

Eskalacja nienawiści

Ostatnie lata wojny, rok 1943, 1944. Najpierw alianci, potem Armia Czerwona przeobrażają Wielkie Miasto Stettin w gigantyczne morze ruin. Z dawnych obiektów przemysłowych ocalało ledwie 10 procent, zaś z całej zabudowy przetrwała jedna trzecia. Na tym nie koniec dramatu miasta. Ci, którzy je budowali i przeżyli, muszą się wynieść. Ich miejsce zajmują przybysze ze Wschodu, także wysiedleńcy. Symbolem tych wielokierunkowych migracji były walizki. Tanie, kartonowe i poobijane. Teraz są eksponatami Muzeum Historii Szczecina.

imgres-19 imgres-21 imgres-20 Tak dziś wygląda były rathaus – obecne Muzeum Historii Szczecina

Jedni z takim skromnym bagażem opuszczali na zawsze domy rodzinne, inni, równie ubogo wyposażeni, zaludniali pustostany.

Porozumienie uniemożliwiała wzajemna nienawiść, której wymownym przykładem jest „charakterystyka” niemieckiej kobiety – po czym ją poznać? Po brzydkiej, tępej twarzy; szerokich biodrach i po tym, że zamiast kapelusza nosi na ulicy chustkę. Ten opis towarzyszył fotoreportażowi ze zrujnowanego miasta w szczecińskiej gazecie z 1945 roku.

W tym też czasie zaczyna się wywózka dzieł z różnych muzealnych placówek do Polski Centralnej. Szczecińska instytucja zostaje przemianowana na Muzeum Pomorza Zachodniego. Ma koncentrować się na sztuce współczesnej regionu, plus przykłady XIX-wiecznej sztuki polskiej. Ślady kultury poniemieckiej są niemile widziane.

Tymczasem w Warszawie podjęta zostaje decyzja o utworzenia Centralnego Muzeum Sztuki Starożytnej. Profesor Stanisław Lorenz (na zdjęciach poniżej)imgres-22 imgres-19 imgres-23

zwraca się do szefów szczecińskiego muzeum o dwuletni depozyt. Wspaniałe brązowe kopie antycznych rzeźb tudzież marmurowy Mojżesz jadą do stolicy. W zamian Pomorze ma dostać obiekty sztuki polskiej od połowy XIX wieku do współczesności. Warszawa coś tam w zamian kapnęła, by w kolejnych latach sukcesywnie odbierać. A kolekcja brązowych posągów jakoś na trwałe wrosła w stołeczny pejzaż: brązy stanęły przed fasadą MNW, kopie kondotiera i Mojżesza zadomowiły się na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Za kadencji profesora Władysława Filipowiaka (kierował MNS od 1955 roku) podjęto starania o zwrot „depozytu”. Opornie szło, oj opornie.

Hellenistyczne repliki zamówione przez Dohrna wróciły nad Odrę najwcześniej, bo w połowie lat 90. W 2002 roku dogadano się w sprawie Colleoniego: wykonano… kopię z kopii. Za odlanie kolejnej repliki Szczecin zapłacił 300 tys. zł. Kondotier nie wrócił już do Sali kopułowej muzeum, gdzie stał pierwotnie.

Jest na placu Lotników.imgres-21 imgres-7 imgres-9 imgres-10 z10468345Q,Pomnik-kondotiera-Bartolomea-Colleoniego-na-dziedzincu imgres-8 imgres-6 imgres-11 imgres-5Oto ten sam – a jednak inny Colleoni: w Wenecji (oryginał), na dziedzińcu warszawskiej ASP i na placu Lotników w Szczecinie. Czarno-biale zdjęcie pokazuje usytuowanie rzeźby przed wojną, w Sali kopułowej szczecińskiego muzeum.

„Wygryzł” go Teatr Współczesny, od 1976 roku zadomowiony pod muzealnym dachem.

Najdłużej trwała walka o Mojżesza. Korzystny dla Szczecina finał nastąpił dopiero w czerwcu 2014 roku. Nam, wychowankom ASP, pozostaje czekać na kolejną kopię kopii. A na razie – dla porównania oryginał z Rzymu, z Bazyliki

Swiętego Piotra – i nasz warszawski, akademicki, przy schodach i automacie do coli.  .imgres-18 imgres-12 imgres-3 imgres-17 2014-06-09_1402322059_11 imgres-20 images-2 images-3 images-1 images imgres-14 imgres-15 imgres-13 Ale to przeszłość – teraz Mojżesza konserwują w Szczecinie, gdzie wrócił w czerwcu 2014.

28
Jun

Bycze życie po śmierci (o „Samotnym matadorze” – Juanie Belmonte)

Udostępnij:

Wino, kobiety i adrenalina – to była jego dieta przez długie lata. Walkę z bykiem traktował jako specyficzną formę twórczości. Jak metafizykę.

Unieśmiertelniony przez Hemingwaya

Juan Belmonte Garcia z Sewilli, rocznik 1892imgres-6, urodził się z defektem na pozór uniemożliwiającym start na arenie: chudziutkie, krzywiczne kończyny dolne plus potężny tors. Groteskowy kontrast. W tym nieciekawym ciele skrywała się gmatwanina kompleksów i dumy, nieśmiałości i brawury. Na przekór danym wyjściowym, Juan marzył o karierze toreadora. I odniósł sukces. Wypracował własną technikę drażnienia zwierzaka muletą. Stał nieporuszenie w miejscu, manewrami płachty zmuszając coraz bardziej ogłupiałego byka do wielokrotnych rund dookoła własnej osoby. I nagle pach! – zadawał śmiertelny cios.

url 442-juan-belmonte2 441-juan-belmonte1imgres-6

Tego pierwszego uśmiercił w 1910 roku. Potem zarabiał 9 tysięcy dolarów w ciągu jednego popołudnia, stając do walki z dwoma, nawet trzema rozwścieczonymi bestiami. W 1919 roku osiągnął szczyt: uśmiercił 234 byków podczas 109 corrid – rekord nie do pokonania przez następnych 46 lat! Kiedy nastąpiła detronizacja, fenomenalny torrero od trzech lat znajdował się już na tamtym świecie.

Zanim to nastąpiło, Belmonte próbował innych sposobów na życie – poza corridą. Nabył działkę w Andaluzji, hodował rasowe byki, napisał autobiografię (oczywiście, z pomocą ghostwrittera), przyjaźnił się z Ernestem Hemingwayem.

imgres-9 imgres-8 imgres-10 imgres-5 imgres-6 images-2 images images-1 imgres-11 Fascynacja Hem9ngway’a corridą  została utrwalona na zdjęciach – noblista na widowni areny, noblista ściskający bohaterów mulety, noblista… nie akceptujący starości.

Miał wiele wspólnego z amerykańskim noblistą – obaj nie akceptowali starości, fizycznego upadku, utraty potencji i powodzenia u dam

.BELMONTE M LIBRO JUAN BELMONTE, SALVADOR BALIL Juan_Belmonte_002 imgres-5imgres-4 imgres-3Juan Belmonte wystylizowany na bóstwo – i taki, jakim był pod koniec życia.

Hemingway unieśmiertelnił geniusza mulety w dwóch głośnych powieściach, „Śmierć po południu” i „Słońce też wschodzi”. Tydzień przed 70. urodzinami Belmonte przegalopował wokół rancza, wypalił cygaro, łyknął wina, wyciągnął pistolet i palnął sobie w łeb. Rok wcześniej identycznie postąpił Hemingway.

Samotność emeryta

Wydarzenie trafiło na łamy prasy, m.in. tygodnika „Life”. Ponad cztery dekady później na podstawie tej relacji powstał film zatytułowany „Belmonte”. Niedawno zaś Króla Corridy przypomniał Jay Writght w komiksie „The Lonely Matador”.imgres-5

Wizualnie znakomite. Konwencja groteski. Brzydko-zabawne figury obwodzi wyraźny czarny kontur; płasko kładzione kolory są skontrastowane z miejscami podrysowanymi ołówkiem czy kredkami. Poza zwykłymi planszami, komiks uatrakcyjniają elementy dodatkowe – do wyjmowania, rozkładania, przesuwania. Na przykład – afisz reklamujący wyroby wędliniarskie czy plakat zapowiadający występ torrera – kiedyś tam, dawno temu.

Ale nie o przeszłe sukcesy w tym tomie chodzi. Młody brytyjski rysownik i scenarzysta zabawił się w probabilistykę – co by było, gdyby…? Gdyby odarty z glorii sławy i samczych sukcesów toreador nie targnął się na życie, lecz wiódł je wedle wskazań doktora?

Śledzimy sześć dni z nieciekawej egzystencji ex-gwiazdora areny. Mieszka teraz w ubogiej dzielnicy niezidentyfikowanego miasta (wszystkie szyldy i napisy po angielsku), samotnie (zgodnie z tytułem), jeśli nie liczyć psa. Obydwaj, pan i pupil, nie grzeszą wzrostem ani urodą. Ale mają metodę na poprawę samooceny – przebierają się. Oto bohater. Krucza brew, uwodzicielskie baki, wypomadowana czupryna. No i starannie wystylizowany strój. Z kolei kundel paraduje z… rogami, zamocowanymi na łbie jak kokarda.

Jednak codzienność tej dziwacznej pary jest mało rozrywkowa. Samotny Matador to snuje się z psem po domu, to odwiedza market, to znów ćwiczy na siłowni. Gdy telewizja transmituje walkę byków, mistrz śledzi przebieg i oczywiście wkurza się na gafy innych. Nieoczekiwanie w piątek w toreadora wstępuje dawny duch Nieustraszonego Pogromcy Byków. Rusza do walki z własnym psem, udającym rozjuszone monstrum. Demonstruje najlepsze zagrywki. Przypadkowi widzowie, spacerowicze dębieją z wrażenia. Sukces!

W sobotę Belmonte porywa się na kolejny wyczyn. Wspina się na dach pobliskiej kamienicy i niszczy wymalowane na fasadzie ostrzeżenie przed skutkami palenia papierosów. Zamiast tego, wypisuje buńczuczne hasło: „The Fight lives on”. Czy, i jak walka potoczy się dalej, Wright nie informuje. Ale zostawia nas z nadzieją.imgres-6 imgres-10 imgres-12 imgres-8 imgres-9A gdyby nie strzelił samobója? Czy tak przebiegałyby jego dni, jak to wyobraził sobie i narysował Jay Wright?

 

The Lonely Matador

Rysunki i koncepcja Jay Wrighta

Tłum. Zuzanna Neczyńska

Wyd. Centrala – Central Europe Comics Art,

Poznań, 2011

28
Jun

Wszechświat wywiedziony z Żyrardowa (recenzja „Ballady o kapciach” Aleksandra Kaczorowskiego)

Udostępnij:

Aleksander Kaczorowski jest bohemistą, tłumaczem Hrabala, literaturoznawcą. Pogodny człowiek, pozbawiony jadu. Nie spodziewałam się, ze za jego sprawą odjadę. W przeszłość, w teraźniejszość, w dusze ludzkie. I zastanowię się nad tzw narodowym charakterem Polaków.

„Ballada o kapciach” (trzy eseje o zadupiach z okolic Warszawy) to książka niby osobista, w istocie uniwersalna, psychologiczno-historyczna. Demaskatorska. Autobiografia? Skąd, złuda. O autorze – co kot napłakał. Jego poszukiwania przodków i rekonstruowanie ich życiorysów rozgałęziają się na całą Polskę; na ziemie objęte zaborami; na naszą dawną i całkiem nieodległą historię; prowadzą za ocean; do krajów, gdzie emigrantów z „priwislanskiego kraju” najwięcej. Z biegiem spraw autor porzuca familijne historie i koncentruje na losach anonimowych (dotychczas) mieszkańców podstołecznych miasteczek (Żyrardów, Grodzisk).

To nie jest polski patriota wedle kodeksu PiS. Wyśpiewując swą „Balladę…”, demaskuje narodowe legendy. Podważa mit o odwadze; dewaluuje (podając fakty) etos prawości, chrześcijańskiego miłosierdzia, ofiarności i bohaterstwa.

Po pierwsze, nie jesteśmy en masse szlachtą – większość naszych galicyjskich przodków pochodzi od chłopa pańszczyźnianego, przez cara uwłaszczonego (dekret z 1863). Wielu naszych herbowych antenatów bieda spychała do pozycji gorszej niż zamożnego chłopstwa – i z tej grupy rekrutuje się tzw inteligencja. Po drugie, daleko nam do aniołów – często ponad interes państwa wybijał się interes własny.

Przykładem korupcyjnej hańby – losy Żyrardowa i tamtejszych zakładów włókienniczych, prosperujących najlepiej w Europie do momentu wkroczenia francuskiego kapitału. Po I wojnie niejaki Marcel Boussac, zwany „królem bawełny”,

url imgres-5 cdior-12_v_5apr12_rex_b MC9367 imgres-4 imgres-3imgres-3Ten sympatyczny starszy pan, entuzjasta rasowych koni, przyczynił się – świadomie – do upadku  Zyrardowa.

przekupił Władysława KucharskiegoWladyslaw_Grabski imgres-4 imgres-3, ministra skarbu odrodzonej Rzeczypospolitej: nabył Żyrardów za jeden procent wartości zakładów, celowo doprowadził je do ruiny – po to, by wyprowadzić z impasu swą francuską firmę tekstylną.

Gdyby ktoś nie wierzył w takie świństwo, może przekona go mocno publicystyczny poemat Czesława Miłosza (wówczas 21-letniego studenta Uniwersytetu Batorego) „Przeciwko nim”, który Kaczorowski cytuje. Nie są to wyżyny poetyckiego kunsztu, za to jaka siła perswazyjna!

Powie ktoś – zamierzchłe czasy. Tak, lecz reperkusje trwają do dziś. Otóż topiąc nasze lny, Boussac stał się najbogatszym człowiekiem Europy, którego imperium zawaliło się dopiero w 1980 roku, kiedy prezydent Mitterand imgres-4 imgres-3odmówił mu kolejnego kredytu z państwowej kiesy. Z tej zaprogramowanej klęski Żyrardów nigdy się nie podniósł. No, może pomogą mu lofty w ekskluzywnym skansenie – jedynej zachowanej w Europie XIX-wiecznej osadzie przemysłowej.177650 368704 imgres-3 imgres-4

jak to się ma do biografii Kaczorowskiego? Urodził się w Żyrardowie. Potem rodzina przeprowadziła się do Grodziska, gdzie „balladzista” chodził do liceum. Znów niby zero atrakcji – a wychodząc z grodziskiego pałacyku zwanego Lokomotywką autor dokopuje się źródeł wiedzy o tamtejszych Żydach i ich relacji z Polakami. Znowu nasza kompromitacja. Jeśli ktoś pomówi Kaczorowskiego o tendencyjność – odsyłam do „Naszej klasy” Słobodzianka. „Ballada…” dziwnie z nią współbrzmi.

 

Aleksander Kaczorowski

Ballada o kapciach

Wyd. Czarne, Wołowiec 2012