Category: Ludzie

14
Jun

Rebeliantki z górnej półki – czyli o dołach ubrania (cz. 2)

Udostępnij:

„Jak ja nienawidzę tej baby! Jest głupia, prostacka i gadatliwa”, wściekał się Charles Baudelaire na samo wspomnienie George Sand. Za co tak jej nie lubił? Głównie miał jej za złe, że zachowywała się i ubierała jak facet. Co więcej, była rozwódką, uprawiała męski zawód: dziennikarz; pisała powieści z godną pozazdroszczenia łatwością i w ten sposób zarabiała na utrzymanie siebie, dzieci a czasem i kochanków. Jawnie uwodziła mężczyzn, zmieniała ich jak rękawiczki (z tych najsłynniejszych, zaliczyła Alfreda de Musset, Prospera Mérimée, Franciszka Liszta i Fryderyka Chopina) i używała męskiego pseudonimu: George czyli Jerzy

.imgres-9 imgres-7 imgres-3 imgres-1 imgres-6 imgres-4 Oto „Jerzy” Sand na portretach. Niebrzydki, znaczy, niebrzydka, prawda? 

Na dodatek paliła cygara i przeklinała. Naprawdę nazywała się Amantine Aurore Lucile Dupin; miała „mocne” geny (praprawnuczka Augusta II Mocnego z nieprawego łoża) i takiż charakter. Po raz pierwszy założyła męski strój przed premierą dramatu „Antony” Aleksandra Dumasa. Podczas spektaklu spodziewano ostrych reakcji, może nawet zamieszek. Więc pani Dupin asekuracyjnie ubrała się w surdut, kamizelkę i spodnie – żeby w razie czego umknąć przed burdą. Na premierze skandalu nie było, jednak nowy kostium tak się jej spodobał – a wypada dodać, że była atrakcyjną kobietą i dobrze się w nim prezentowała – iż postanowiła go nosić jak najczęściej. I ta oto rebeliantka stała się symbolem romantyzmu…

imgres-8 George Sand George Sand imgres-5 imgres-2 images DSC01685A tak flama Chopina prezentowała się w rzeczywistości, to znaczy – na fotografiach. I w kolejnym fizycznym wcieleniu – jako rzeźba.

Gdy prekursorka sufrażystek zeszła z tego świata, garnitur i smoking na kilkadziesiąt lat wróciły na tradycyjne – czyli męskie – ramiona. Był wszak wyjątek, który stanowiła inna francuska artystka. Tym razem chodzi o Sarah Bernhardt, największą gwiazdę scen paryskich. Smukła jak chłopak, wielokrotnie wcielała się w męskie role.

PHO00478 images-1 images-2 imgres-3 images images-3 hamlet imgres-2 imgres-1 Sarah Bernhardt w rolach męskich i w pełnej kobiecej krasie.

Kostium złożony z surduta i spodni tak się jej spodobał, że z teatru przeniosła go do stroju codziennego, co uznano za godną jej sławy ekstrawagancję. Kolejna diva w smokingu i cylindrze, z papierosem w dłoni – to Marlena Dietrich (obejrzyjcie scenę z filmu „Maroko” z 1930 roku, jest na youtube), imgres-5 imgres-6 imgres-4 imgres-1 imgres-3 imgres-2Najlepiej ubrany mężczyzna Hollywoodu – czyli Marlena D.

złośliwie określana jako „najlepiej ubrany mężczyzna w Hollywood”. Niemiecka aktorka lansowała styl dandysa, natomiast jej amerykańska konkurentka i niemal równolatka Katherine Hepbourn nosiła się jak robotnik – w szerokich spodniach z podwyższonym stanem, wpuszczoną do środka koszulą i sznurowanych, ciężkich buciorach.

images images-1 images-3 images-2Katherina Hepburn – kto powie, że nie była piękna w męskich ciuchach?

Podobno sukienkę z własnej woli założyła raz – na swój ślub. W ich ślady poszła bodaj największa legenda kina – „szwedzki sfinks czyli Greta Garbo. Jej image był dziełem hollywoodzkiego projektanta kostiumów Adriana Gilberta, lecz ten zmaskulinizowany wizerunek (spodnie, płaskie buty i założona na bakier fedora) stał się jej wyróżnikiem także poza planem.

No i nie można zapomnieć o „Królowej Krystynie” (1933 rok) z Garbo w roli biseksualnej władczyni, ubranej w męski XVII-wieczny strój.images imgres-3 imgres-2 imgres-1

Z haremu na rower

Wydawało by się – nic bardziej kontrastującego z emancypacją niż wschodnie hurysy. A jednak! Tureckie kobiety, u siebie w kraju stojące znacznie poniżej mężczyzn w społecznej hierarchii, stały się przykładem dla jednej z najbardziej postępowych dam Ameryki Północnej, prekursorki feminizmu za prezydentury Abrahama Lincolna. Niejaką Amelię Bloomer, żarliwą wojowniczkę o prawa dla kobiet, pionierkę dziennikarstwa kobiecego, zainspirował artykuł (nawiasem mówiąc, w piśmie wydawanym przez jej męża) o strojach Turczynek. Szarawary!

imgres-3 imgres-1 imgres-6 imgres-4 images imgres-5 imgres-2Pani Bloomer i admiratorki jej stroju – w życiu i karykaturze.

Uznała je za ubiór praktyczny, pozwalający na znacznie większy ruchowy komfort niż pętające się przy kostkach, wielowarstwowe spódnice elegantek. W 1851 roku w periodyku dla pań zatytułowanym „The Lily” madame Bloomer zaczęła lansować modę na szerokie i długie pantalony, bufiasto zebrane tuż nad kostką. Dodajmy, że pani Amelia walczyła też z ciasno sznurowanym gorsetem, przekonując czytelniczki do czegoś w rodzaju luźnej tuniki sięgającej kolan. Nie da się ukryć, nie był to ubiór dodający kobiecie gracji. Toteż na zwolenniczki „bloomerek” (tak nazwano te nowe spodnie) spadł grad dowcipasów i karykatur. Śmiano się jednak dopóty, dopóki nie nastał rowerowy szał. Pod koniec XIX wieku boomerki zdobyły uznanie nawet w oczach tradycjonalistów. Spodnie bajadery pozwalały niewiastom zachować skromność podczas szybkiego pedałowania, podczas gdy uniesione wiatrem spódnice odsłaniały aż za wiele… Z czasem tuniko-sukienka zaczęła się skracać, aż zamieniła się w bluzkę z żakietem, zaś szarawary przeobraziły w pumpy kończące się nad zgrabną łydką.

Harem zainspirował też pewnego króla – króla francuskiej mody z przełomu stuleci. Paul Poiret images imgres-10 images-1 imgres-6Król mody i jego klientki.

otworzył dom mody w 1903 roku, szokując kreacjami jak z tysiąca i jednej nocy. Jego znakiem firmowym stały się spodnie-bajadery i spódnico-spodnie. Nie całkiem wymyślił je sam – zapatrzył się na kostiumy z Baletów Rosyjskich. Niestety, mało która niewiasta miała figurę baletnicy. imgres-3 imgres-2 imgres-1 imgres-8 imgres-9 imgres-7 imgres-5 imgres-4Tak wyglądał ideał Poireta – kobieta Orientu w Paryżu. Wyzwolona niewolnica, gorąca, leniwa, zmysłowa. Dziś niektóre dziewczyny ubierają się w identyczne spodnie-szarawary, nieświadome, że zaprojektowano je sto lat temu (z okładem).

Większość fanek Poireta, zakładających fałdziste tuniki do bufiastych przypominała piec z orientalnym dekorum. Jednak spódnico-spodnie wielokrotnie powracały na modową arenę, zawsze przywiane wiatrem ze wschodu.

 

10
Jun

Emancypacja w spodniach

Udostępnij:

 

Joanna d’Arc, królowa Krystyna szwedzkaokladka-200 images,

Georg Sandimages, Emilia Plater, Sarah Bernhardt, Amelia Bloomer, Zofia Stryjeńska i Marlena Dietrich – oto kobiety, którym zawdzięczamy… wolność. Niby sprawa niższej rangi: co zrobić z nogami? Czym je zakryć? One postanowiły oblec kończyny dolne – spodniami. Urodziły się w innych epokach, pochodziły z rozmaitych krajów, wykonywały odmienne zawody, zajmowały różne społeczne pozycje. Na pozór, nie mają ze sobą nic wspólnego. Poza jednym: wszystkie zrzuciły spódnice. Powody po temu były różne, a i konsekwencje nie takie same. Jedno wspólne: panie ubrane/przebrane w męskie ciuchy sięgały tam, gdzie w kieckach nie dałyby rady. Inaczej mówiąc, proces maskulinizacji damskiej szafy jest jednocześnie historią feminizmu.

imgres imgres-1 imgres-2 imgres-3Swięta czy przeklęta? Mniejsza z tym – w spodniach. Znaczy, w czymś, co przypomina współczesne legginsy. Czyli Joanna d’Arc. 

 

Chłopczyca i garsonka

Które elementy męskiej garderoby zaadaptowała dla siebie płeć piękna? Właściwie wszystkie, od stóp do głów, od kapelusza po mokasyny. Najszybciej zaakceptowano praktyczne bluzki i żakiety, „zmiękczane” damskimi dodatkami. Najoporniej zaś szło z upowszechnieniem spodni, w pojęciu większości męskim atrybutem i genderowym wyróżnikiem.

Przełomowym wydarzeniem stała się pierwsza światowa wojna. Kobiety musiały zastąpić mężczyzn na wielu stanowiskach. Po tym kataklizmie nic już nie było jak dawniej. Emancypacja nabrała przyspieszenia na każdym polu. To wtedy narodził się typ dziewczyny zwanej chłopczycą. W 1922 roku ukazała się powieść Victora Margueritte’a „Chłopczyca”images, której bohaterka obcięła krótko włosy i domagała się równouprawnienia dla przedstawicielek swojej płci. Ale uwaga! Wzorcowa „la garconne” z czasów art déco pożyczyła od chłopaka zawodowe ambicje, zamiłowanie do sportów oraz swobodny styl bycia. Co do stroju, to manifestowała seksualność i prowokowała, długimi po szyję (wydekoltowaną) nogami w jedwabnych pończochach, wystającymi spod kusej spódniczki. Międzywojenna modnisia pogardzała też gorsetem i robiła, co mogła, żeby biust zminimalizować do zera, podobnie jak biodra.

Od słowa „la garconne” pochodzi garsonka – oficjalny, nieśmiertelny kostium kobiety pracującej wśród samców, których nie powinna rozpraszać wdziękami. I ten powściągliwy image obowiązuje bizneswoman do dziś.

Wracając do przeszłości – główni projektanci szalonych lat jazzu: Coco Chanel, Elsa Schiaparelli, Jean Patou lansowali spodnie przede wszystkim na rekreacyjne potrzeby, z powodzeniem. „Kupiono” je w wakacyjnych kurortach, podczas uprawiania sportów, i oczywiście w łóżku. Jedwabne lub wełniane piżamy należały do niezbędnego wyposażenia elegantki tamtej epoki – kobiety wyzwolonej, podróżującej po świecie i sypiającej nie tylko z mężem…

Ale babę w portkach na ulicy wielkich miast długo uważano za widok gorszący. Jeszcze w latach 50. XX wieku do eleganckich lokali dama w spodniach nie miała wejścia. Aż do czasu, kiedy Yves Saint Laurent zastąpił małą czarną czarnym smokingiem dopełnionym białą koszulą i muszką. Od 1966 roku, kiedy na wybiegu pokazały się wystylizowane na dandysów, androgyniczne modelkiimgres images-3 images-2, skończył się spodniowy ostracyzm. Do sprawy przyłożył się też Helmut Newton, fotografując chłopczyco-wampy w eleganckich „garniakach” w prowokacyjnie erotycznych sytuacjach.

Dwa lata później scenę mody i życia zrewolucjonizowali młodzi. Pojawili się nowi idole: muzycy rockowi, modelki i nieznani bliżej, malowniczo odziane dzieci-kwiaty. Wszyscy w dżinsach (to też był kiedyś męski roboczy strój) identycznych dla obydwu płci. I problem przestał istnieć.

07
Jun

Przedszkole literackiego Nobla ( utalentowanych literacko dzieciach)

Udostępnij:

Literatura literujących

Opłaca się dzieciom czytać, zanim same zaczną literować – może to bowiem przynieść nieoczekiwane zyski, zarówno dla oczytanych (osłuchanych?) pociech, jak ich rodziców. Amerykanka Dorothy Straigh jako czterolatka zaczęła sama snuć fantastyczną fabułę, zatytułowaną „Jak zaczął się świat”. me long-curly-hair D. Hammil dorothy-hamill-cool-haircut

Opowieść komponowała spontanicznie, na poczekaniu, ku uciesze babcia, której opowiastki wnuczki wydały się godne publikacji. Zgodził się z nią redaktor oficyny Pantheon Books – i oto dwa lata później Dorotka mogła sobie wpisać do cv pierwszą wydaną książkę. Zdarzyło się to pół wieku temu.

Od tamtej pory sensacyjne debiuty literackie stały się coraz częstszym zjawiskiem. Niejaki Meleik Khamari Delaney z miasta Washington zainteresował się literaturą, słuchając czytanych przez mamę bajeczek. Miał trzy lata, kiedy wymyślił własnych superbohaterów; rok później wydał pierwszy tom z przygodowej serii zatytułowanej „The Fighters of Justice” – a było to w 2010 roku. Po kolejnym roku na rynku ukazała się druga część; obecnie przedszkolak pracuje nad trzecią. Nie muszę dodawać, że na razie z zarobionych przezeń (niemałych) pieniędzy korzystają starsi.

Nie gorszy był Christopher Beale, Anglik urodzony w Szwajcarii. imgres Christopher Beale, managing partner of Alinda Capital Partners speaks at the Reuters Global Real Estate and Infrastructure Summit in New York imgres-1 20_6341771963549737505233878_55_FBealeCBeale_081710_047 eddyk-4

Liczył zaledwie 6 lat, gdy stworzył powieść fantasy „This and Last Season’s Excursions”. Nie tylko zdolniacha, także szybki chłopak: praca zabrała mu tyle czasu, ile trwał lunch. Fakt, rzecz nie była długa, zaledwie tysiąc pięćset słów, jednak i tak ryzykował – mógł się udławić!

Dwa lata młodsza od Krzysia była Jaclyn Chan z Vancouver

imgres-3 imgres-2 imgres-1 imgres, gdy wydawnictwo Xlibris wypuściło na rynek przez nią wymyśloną i zilustrowaną książkę zatytułowaną „Dziecięca fantazja” (290 stron, nie w kij dmuchał).

Czas przypomnieć zasługi małoletnich rodaków. Balthasar Klossowski de Rola imgres-1 images-2 imgres imgres-2 images-1 imagesnie dobiegł lat ośmiu, gdy napisał i zilustrował opowieść o kotce Mitsou, wywołując taki zachwyt Rainera Marii Rilkego, że poeta doprowadził do publikacji tego dziecięcego dziełka, poprzedzając je przemową.

Wspomniane przypadki wciąż należą do rzadkości – bo talenty literackie wybuchają zazwyczaj między dziesiątym a dwunastym rokiem życia, kiedy zasób słów rośnie, umysł osiąga giętkość, ciekawość świata sięga gwiazd, a młody człowiek zaczyna samodzielnie wyciągać wnioski i oceniać wydarzenia. Popełniane w tej fazie rozwoju utwory prozatorskie najczęściej plasują się w kategorii przygodowej fantastyki.

Przykłady z ostatnich lat? Charles-Antoine Cros, images imgres-2 imgres imgres-3 imgres-1obecnie lat 16 (startował mając lat 5), laureat Prix Litterature Jeunesse z 2008 roku, tworzy powieści historyczne z bohaterem-równolatkiem w roli głównej. Dziesięcioletni Tony Badulović (Amerykanin urodzony w Bośni) od czterech lat pracuje nad cyklem „Total Teen Adventure”. Valentine Stephen, dziesięciolatka, zaplanowała cykl przygód dziewczynki imieniem Timothée, odnosząc sukces już pierwszą częścią „Timothée przeciwko ninjom” Z kolei Tunezyjka Samar Samir Mezghanni jest rekordzistką co do ilości zapisanych stron: od 1997 roku, kiedy jako jedenastolatka opublikowała pierwsze dziełko, do dziś napisała ponad sto opowiadań.

Mało komu z tych smarkatych geniuszy dana jest dojrzałość i refleksyjność na miarę Anny Frank. imgres imgres-2 imgres-4 imgres-1 imgres-3Na swe 13. urodziny dostała album, w którym zaczęła prowadzić dziennik. Nie był to jednak dziewczyński pamiętnik, jakich wiele. Zapiski Anny okazały się jednym z najbardziej przejmujących dokumentów czasów wojny i holokaustu. Mało tego – do dziś uderza nie licująca z wiekiem autorki dojrzałość jej przemyśleń i konstatacji, a także – poruszający w obliczu Zagłady optymizm. „Nadal wierzę, że ludzie są z natury dobrzy”, zanotowała Frank, choć „dobrzy” sąsiedzi właśnie zadenuncjowali jej rodzinę.

W Polsce także mamy pisarkę w wieku Anny Frank. Nazywa się Alicja Wolniewicz. imgres-1 imgres 20130901-205651Miała dziesięć lat, gdy wystukała na komputerze historię o sobie i piesku Teodorze. Trzy lata temu „Psia planeta” ukazała się nakładem Muzy. Dziewczynkę okrzyknięto cudownym dzieckiem i wyróżniono w plebiscycie Róże Gali (organizowanym przez dwutygodnik „Gala”) za debiut. No, może to nie to samo, co Paszport Polityki i Nagroda Nike, jednak spory medialny sukces. Tym samym Ala prześcignęła Dorotę Masłowską – zadebiutowała, gdy była o połowę młodsza! Jak wiadomo, „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” powstała w trakcie przygotowań domaturalnych dziewiętnastoletniej autorki z Wejherowa.

Ale Ala i jej koledzy piórze oraz wieku interesują mnie nie z racji rekordów. Zastanawiam się, czy dziecięce debiuty to efekt presji wywieranej przez niespełnione ambicje rodziców, czy potrzeba własna wunderkindów, świadomych wymogów rzeczywistości, w jakiej przyszło im żyć? Moim zdaniem, obydwa powody tak samo istotne.

Co znamienne: równolegle z wysypem małoletnich geniuszy, uwidoczniły się zmiany w mentalności odbiorców, metrykalnie dorosłych, psychicznie – na poziomie dziewczynek przed pokwitaniem czy chłopczyków przed mutacją.

Choćby super-bestseller „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Kwalifikuje się tę trylogię jako lekturę dla dorosłych. Bardzo dorosłych, świadomych ciemnej strony każdej na pozór świetlanej egzystencji. Nic bardziej mylnego. Perypetie Any i młodego multimilionera zostały stworzone przez osobowość pokroju co najwyżej dwunastolatki, na potrzeby równie infantylnych, choć wiekowo dorosłych czytelników. Nie dajmy się zwieść scenom sado-maso, w jakie obfituje twór pani James. Dzieci często są okrutne, bo w ten sposób odreagowują stresy oraz zadawane im cierpienia psychiczne. Zresztą, wiedzieli o tym bracia Grimm czy inni autorzy bajek, dostarczający mrożących krew w żyłach opisów tortur. Co do seksu, nikt mi nie wmówi, że to przedmiot zainteresowań obcy przedszkolakom. Nie bez powodu zabawa w lekarza jest doświadczeniem ponadpokoleniowym.

Tymczasem E.L. James zatrzymała się w rozwoju intelektualno-emocjonalnym mniej więcej w szkole podstawowej. W zestawieniu z infantylnymi enuncjacjami jej bohaterki, postępowanie „Dzieci z Bullerbyn” cechuje refleksyjność i psychologiczna głębia.

I tak oto dziś na literackim poletku spotykają się z jednej strony wiecznie infantylni, uciekający w mrzonki dorośli (vide „Pięćdziesiąt twarzy Greya”); z drugiej – zastanawiająco, ponad wiek dojrzałe dzieciaki. Która opcja przeważy?

 

 

21
May

Tradycyjny i nowoczesny

Udostępnij:

imgres-1 Pochodził z Szydłowca (Strzelec, urodzony  14 stycznia 1928). Skąd wziął się u wiejskiego dziecka, wychowanego z dala od artystycznych centrów, zapał do rysowania wszędzie, na czym tylko się dało i czym się dało? Wrodzony talent. Nieskażony zapożyczeniami, wpływami. W pełnym tego słowa znaczeniu – malarz. Można jeszcze dodać – nauczyciel wielu pokoleń kandydatów na artystów. Za skromnie jak na wspomnieniową notę?

images-7 images-5 images-4 images-3    Bynajmniej. Tak bogatego, spełnionego życia, jak to, które stało się udziałem Tadeusza Dominika można tylko zazdrościć. Farby, pędzle, płótna – z tymi przedmiotami obcował najchętniej i najczęściej. W odniesieniu do jego sztuki chętnie posługiwano się muzycznymi terminami – że miał bezbłędny „słuch” do kolorów, że w każdej gamie znajdował harmonię i wydobywał akcenty. Jego własny, wyrazisty styl wyszedł mu ot, tak samoistnie. Bo zachował szczerość, wierność sobie. Wielokrotnie powtarzał studentom: rób, co naprawdę twoje, nie myśl, że coś jest lepsze. Tylko tak zaistniejesz – w przeciwnym razie cię nie będzie!

Los pomógł Dominikowi. Miał szczęście do ludzi, którzy zauważyli jego uzdolnienia, wsparli, pomogli. Pierwszy był Jan CybisTadeusz trafił do mistrza niemal prosto z frontu. Poszedł na egzamin wstępny w mundurze – jedynym wówczas „porządnym” ubraniu, jakie posiadał. Był rok 1946, akademia gnieździła się z gmachu Zachęty. Od tego momentu Tadeusz Dominik związał się z artystyczną uczelnią. Przeszedł wszystkie szczeble kariery akademickiej, od asystenta (dostał angaż zanim uzyskał dyplom) do profesora; z dwukrotnym epizodem na stanowisku dziekana Wydziału Malarstwa. Decyzję o emeryturze podjął w 1989 roku – chciał już tylko poświęcić się malowaniu.

„Tradycyjny i nowoczesny, abstrakcyjny i konkretny, ludowy i tkwiący w nurcie sztuki europejskiej” – tak Zbigniew Herbert scharakteryzował malarstwo artysty w 1960 roku. Słowa nadal aktualne.  images-2 imgres-1

images-3 Niewiele w jego dorobku wizerunków ludzkich. Tak to tłumaczył: „Umiem znakomicie robić portrety, umiałem już kiedy miałem 14 lat. Jako młody człowiek zarabiałem portretowaniem. Ale człowiek to jest gotowy obraz. Można go mniej lub bardziej zniekształcić, jak inni artyści robią. Dla mnie natura jest bogatsza…”

Ponad 30 lat temu Tadeusz Dominik uciekł z miasta w przyrodę. Inspirowała go w każdej postaci, o każdej porze roku. Chyba nikt nie umiał tak jak on wydobyć z pejzażu – bodaj najzwyklejszego, pozornie nieciekawego – kolorów, rytmów, dynamiki. Ale natura stanowiła tylko punkt wyjścia dla jego sztuki. Na obrazach zamieniała się w niemal abstrakcyjne formy. Niemal! Sam Dominik określał swoje kompozycje jako „znaki pejzażu”. Nie malował w plenerze, nie odtwarzał widoków. Chłonął je całym sobą, by następnie przetworzyć po swojemu. Genialnie syntetyzował kształty; odnajdywał paletę barw odległą od rzeczywistej, a zarazem idealnie trafiającą w nastrój krajobrazu i pogody. Zarazem przekazywał własne stany emocjonalne, niejako „podłączał się” pod naturę. Co znamienne – jego psychiczno-emocjonalna, pejzażowa mimikra nie dotyczyła tylko swojskiego, polskiego podwórka. W równie bezbłędny sposób wnikał w istotę egzotycznej roślinności gdzieś w Ameryce Południowej czy w zimne błękity lodowca.

images-7 imgres-4 imgres images imgres-2 images-1 imgres-5 imgres-3 images-8imgres-1 imgres

… Odchodził przez wiele miesięcy, ale bez cierpień. Spokojnie słabł. Polegiwał w swym „pałacu” (jak to żartobliwie określał), który zaczynem był drewniany domek fiński przetransportowany z centrum Warszawy do podmiejskich Łomianek. Z latami dwie izdebki rozrastały się, domek zamieniał się w dom. Potem powstała ogrodowa pracownia – szczyt szczęścia dla artysty. Tak, Tadeusz wielokrotnie podkreślał, że niczego mu do szczęścia nie brakuje, że osiągnął wszystko, o czym kiedykolwiek marzył. Zanim zakotwiczył pod Warszawą, pozwiedzał sporo świata, zaznał uroków życia, pozachwycał się kobietami, popróbował dobrych trunków…

Dominik szczerze przyznawał: – Kobiety interesowały mnie bez względu na ich profesję. Moja pierwsza żona była malarką, ale dwoje artystów musi popadać w konflikty, nawet gdy się kochają. W małżeństwie z Cynthią nie ma zawodowego współzawodnictwa. Natomiast ona znakomicie reaguje na malarstwo. Nigdy nie musiałem jej tłumaczyć, o co w nim chodzi. Bo sztuki nie trzeba rozumieć, tylko ją kochać.

images-4

08
May

Niania z lustrzanką (o Vivian Maier, fotografce)

Udostępnij:

Pamiętacie sensację, jaką wywołał film dokumentalny „Sugar Man” o piosenkarzu i kompozytorze Sixto Rodriguezie, co do którego większość była przekonana, że dawno nie żyje? A on niedawno był w Polsce, koncertował.

Teraz mamy kolejne odkrycie spowodowane dokumentem filmowym. Na ekrany naszych kin wchodzi obraz „Szukając Vivian Maier”; w warszawskiej Leica Gallery (Mysia 3) otwiera się wystawa 40 prac bohaterki. A media huczą: rewelacja!

No, na taką burzę jak przy „Sugar Man” się nie zanosi. Ale historia Vivian Maier niezwykła. W pewnym sensie – jeszcze bardziej tajemnicza.

Urodzona w 1926 roku, nieżyjąca od pięciu lat Amerykanka o francusko-austriacko-węgierskich korzeniach całe życie spędziła „pomiędzy”. Pomiędzy Europą i Stanami Zjednoczonymi, Nowym Jorkiem a Chicago. Pomiędzy stałym zarobkowym zajęciem – opiekowaniem się dziećmi rodzin ze średniej klasy – a pasją fotografowania. Niania, która prowadziła podopiecznych tam, gdzie chciała robić zdjęcia. Miała 83 lata, gdy zmarła. Nieco zdziwaczała, samotna starsza pani maniacko gromadząca wszystko, co wpadło w jej ręce, nie zobaczyła wszystkich swoich zdjęć – lwia ich część pozostała w formie negatywów.

Na jej trop wpadł niejaki John Maloof, fan fotografii, obecnie – entuzjasta, kurator wystaw i propagator dorobku Vivian Maier.

Było tak: w 2005 roku zakupił na aukcji garażowej kilkanaście tysięcy negatywów nieznanej autorki. Zachwycił się nimi, zeskanował i zaprezentował w internecie. I, oczywiście, usiłował odszukać autorkę. Bezskutecznie. W necie jej niet. Na jej ślady naprowadził dopiero… jej nekrolog.

Potem Maloof wykupuje całą schedę po Maier – a są to góry śmieci i badziewia, pomiędzy którymi znajdują się prawdziwe perły: niewywołane negatywy; koperty ze wskazówkami, jak to zrobić; amatorskie filmy. W ogóle mówi się o niej – genialna amatorka. No tak, nigdy nie uczyła się fotografowania, nie przeszła żadnej plastycznej szkoły. Po prostu – dar Boży. Jednak jej dorobek znacznie przekracza ramy hobby.  Ponad 150 tysięcy kadrów, z których większość jest doskonale zakomponowanych, przemyślanych, zarazem –  spontanicznych.

Trudno mi uwierzyć w anonimowość Maier; w to, że nikt nie nigdy nie pytał o jej pasję. Wychodziła na spacery z podopiecznymi obciążona profesjonalnym sprzętem fotograficznym. Naprawdę nikt nie zainteresował się nianią z Rolleifleksem? Toż takich kosztownych lustrzanek nie używali amatorzy, pstrykający fotki ot, tak, dla zabawy.…

A sprawy podejścia do kompozycji, do kadru? Sposób, w jaki panna Maier uwieczniała ludzi, przywodzi na myśl dokonania największych mistrzów obiektywu – Henri Cartier-Bressona, André Kertesza, Brassaï ’a czy Lisette Model. Vivian była obdarzona jakąś nadzwyczajną intuicją, nakazującą nacisnąć migawkę we właściwym momencie. Do tego umiała patrzeć, zauważać innych. W jej pracach nie ma pozy. Fotografowani są sobą, niczego nie udają, choć często są świadomi skierowanego na nich oka obiektywu. Jakoś wyczuwali, wiedzieli, że ta kobieta nie robi im pstryków dla zabawy czy sławy. Kręciło ją coś innego.

Co? Ja bym to nazwala – prawda. To największy walor jej zdjęć. Prawda o ludziach, ich emocjach, ich podejściu do świata. Przeważają czarno-białe portrety przypadkowych przechodniów, napotkanych przez fotografkę w gorszych dzielnicach Nowego Jorku i Chicago, które godzinami przemierzała.I Uwieczniała przedstawicieli środowisk marginalizowanych w bogatej, konserwatywnej Ameryce lat 50. i 60. ubiegłego wieku – czarnoskórych, robotników, biedaków. Banalne uliczne sceny i zwyczajne, codzienne życie mieszkańców tych miejsc składają się na epicką opowieść o życiu miasta.

imgres-7 imgres-8 imgres-12 imgres-11 imgres-13 images-1 imgres-15 imgres-6 search imgres-5 imgres-4 imgres images-2 imgres-2 imgres-3 images imgres-1

06
May

Saga rodu Dominików

Udostępnij:

Siedmioletni Rafał wykonał w połowie lat 90. nietypowe jak na dziecko dzieło: drzewo genealogiczne rodziny. Gruby brązowy pień, na nim nazwiska dziadków – Tadeusz Dominik i Irena Leśniak. Z dziadkowego pnia wyrastają dwie grube gałęzie: rodzice – Tomasz Dominik i Olga Wolniak oraz wujostwo – Jakub Dominik i Edyta Vlaović. Z tych konarów wyrastają dwie cienkie gałęzie, jedna z inskrypcją Rafał Dominik (pod tym podpis „ja”); na równoległej gałęzi – Szymon Dominik, syn wujostwa. Jeśli nie liczyć Szymona, wówczas przedszkolaka, wszyscy „powieszeni na drzewie” byli lub są artystami.

Przybrane dzieci Cybisa

Nestor rodu Tadeusz (rocznik 1928), pochodził z niezbyt zasobnej chłopskiej rodziny z Szymanowa. Zaczął rysować już we wczesnym dzieciństwie, sam z siebie. Linia kreślona patykiem na piachu czy ołówkiem na byle świstkach wywoływała w nim zachwyt. Czas wojny przerwał tę – nomen omen – linię rozwoju. Na egzaminach na warszawską Akademię Sztuk Pięknych szesnastoletni Tadeusz pojawił się prosto z frontu, niemal z karabinem na ramieniu. Zdawał w mundurze – to był jego najporządniejszy ubiór.

Jego talent od razu zauważył Jan Cybis, który „zaadoptował” młodziaka. „Byłem przez Cybisa wychowany, był dla mnie ojcem, opiekunem i wielkim autorytetem”, powie potem Dominik. Przyszywany tata przekazał Tadeuszowi poważne podejście do sztuki i konieczność pozostawania w zgodzie ze sobą, z wewnętrzną prawdą. Jednocześnie, nauczył go szampańskiego, barwnego życia.images-2 imgres-2 imgres-5 imgres-1 images-1 imgres-3 images imgres imgres-4Jan Cybis we własnej osobie – i w podpisie. Oraz jego prace – te dość charakterystyczne.

Wtedy, kilka lat po wojnie, lekkość bytu mało komu była dana. Środowisko twórcze uważano za uprzywilejowane – a i oni tak się czuli. Nic dziwnego, że najwięcej związków zawiązywało się pomiędzy artystami.

Tadeusz poznał ją na plenerze. Irena Leśniak (ur. 1925 r.) studia plastyczne podjęła w Sopocie, ale wkrótce przeniosła się do warszawskiej pracowni profesora Cybisa. Ślub jeszcze przed dyplomem, potem przyszły na świat dzieci. Nie przekreśliły jednak jej potrzeby malowania. W lecie Irena zabiegała o miejsce w Domu Pracy Twórczej w Ustce, gdzie wolno było zabierać małolaty. Kiedy oboje rodziców wyjeżdżali na plenery lub na długie zagraniczne pobyty, zostawiali Tomka i Kubę pod opieką Zbigniewa Tymoszewskiego, kolegi po fachu, do tego singla. Tymoszewski uwielbiał towarzystwo Dominików. W ich mieszkaniu-pracowni przy Kruczej bywał codziennie, aż do samobójczej śmierci w 1963 roku. Niektórzy mówili, że to z powodu niespełnionej miłości do pani Dominikowej; inni, że to raczej zawiedzione uczucie do Tadeusza…imgres imgres-6 images-3 imgres-3 images-1 images-4 imgres-5 images imgres-4 imgres-1 imgres-2 images-2Starsze prace Tadeusza Dominika – to te mroczne, o bogatszych fakturze. Nowsze jarzą się barwami.  Tamte wczesne dotyczyły miasta; te późniejsze – natury. Z różnych zakątków ziemi.

 

Porozumienie bez wspólnego języka

Irena zmarła w 1987 roku, jako artystka trochę zapomniana. Znacznie wcześniej usunęła się z życia towarzyskiego męża. Tadeusz robił karierę malarską, a jednocześnie pedagogiczną na stołecznej ASP. Oraz intensywnym „bywał”. Oznaczało to dyskusje o sztuce, a do tego – wino, wódka, kobiety, śpiew. No i romanse…

Ten najważniejszy, z drugą żoną, Tadeusz nawiązał już po śmierci Ireny. Owdowiały, osowiały, przez dwa lata malował ponure obrazy – w jego witalnej sztuce zjawisko niecodzienne. I wtedy Nina Rozwadowska, szefowa Galerii Grafiki i Plakatu, wespół z kumpelą, postanowiły artystę ponownie wyswatać. Kandydatka na żonę przebywała na stypendium w Warszawie. Także była wdową z dwoma synami, a poza tym – uroczą, ciepłą kobietą. Nie miało znaczenia, że nie mówiła po polsku. Ślub odbył się w 1990 roku i od tej pory para stała się nierozłączna.

– Bardzo rzadko się zdarza, że człowiek ma szansę wybrać kraj – opowiada Cynthia Dominik, Amerykanka, z wykształcenia filolog amerykanistyki, była wykładowczyni na Uniwersytecie Stanowym w Bloomington.– Mnie trafiło się to szczęście. Od początku gdy połączyłam się z Tadeuszem miałam pomysł, że będziemy żyć, mieszkać, jeść i mówić po polsku. Najtrudniejszy okazał się język. Kiedy mi słów, używam „pinglisza”, mieszanki polsko-angielskiej. Tadeusz i tak wszystko rozumie.

On też nie ma wątpliwości co słuszności wyboru. Mówi: – Kobiety interesowały mnie bez względu na ich profesję, lecz życie tak mi się układało, że na ogół obracałem się wśród plastyczek. Moja pierwsza żona była malarką, a pomimo to brakowało w naszym stadle harmonii – bo dwoje artystów musi popadać w konflikty, nawet gdy się kochają. W małżeństwie z Cynthią nie ma zawodowego współzawodnictwa. Natomiast ona znakomicie reaguje na malarstwo. Nigdy nie musiałem jej tłumaczyć, o co w nim chodzi. Bo sztuki nie trzeba rozumieć, tylko ją kochać. A Cynthia darzy moją twórczość miłością.

Romans w pracowni

Drugie pokolenie Dominików w środowisku przyjaciół nosi ksywkę „Dominiaki” – dla odróżnienia od rodziców. Starszy syn Tomek buntował się przeciwko „terrorowi genów”. Jasne, jak każde dziecko bazgrał coś na papierze, lecz nie zamierzał tego rozwijać. Planował karierę muzyczną. Uczył się jednocześnie w liceum i Szkole Muzycznej, ćwiczył grę na fortepianie, potem sięgnął po gitarę basową; grał w zespole, pisał teksty, komponował. Przed maturą skończyła się jego kontestacja. Zdawał na historię sztuki, nie dostał się, groziło mu wojsko. Deską ratunku okazała się Szkoła Języków Obcych, i, rzecz jasna, Akademia Sztuk Pięknych. Przez rok hospitował (formuła inaczej zwana „wolnym słuchaczem”) w pracowni taty, lecz korekty robił mu Piotr Kasprzyk, asystent ojca. Zdał na malarstwo i… powtórzył schemat rodziców: w pracowni „starego Dominika” poznał piękną, diabelnie utalentowaną dziewczynę, Olgę Wolniak. Urodziła się w Rangunie, w Birmie. Choć Polka, wyróżniała się egzotyczną urodą oraz pełnym dystynkcji zachowaniem.

– Studia u Tadeusza Dominika były cudowne, niezwykłe, rozwijające w wielu kierunkach – tak Olga zapamiętała tamten czas. – Urządzał nam konkursy na niecodzienne tematy. Na przykład, na obraz do wiersza Stanisława Grochowiaka, z którym był zaprzyjaźniony. Albo do filmu Piotra Szulkina. Lub do muzyki George’a Moustaki, którego też nam przyprowadził, gdy kompozytor bawił w Polsce. Organizował imprezy, zabierał na plenery w dziwnych miejscach. Raz na miesiąc zarządzał przegląd i bezbłędnie wyławiał najciekawsze, odstawiając na bok te mniej udane. Był inspirujący, zarazem dyskretny. Nie narzucał własnej wizji malarstwa, pozwalał rozwijać się niepokornym osobowościom.imgres-6 imgres-5 imgres-1 imgres-4 images imgres-7 imgres imgres-3 imgres-2To Olga Wolniak i jej prace. Inspiracją – stare dywany, tkaniny, hafty. Ręczna praca  kobiet, tak piękna, że warta powtórzenia na obrazach.

 

Olga i Tomek pobrali się jeszcze przed obroną dyplomów. Żeby nie być pomawianą o protekcję, Wolniak zatrzymała panieńskie nazwisko. Tomek do podstawowego przedmiotu – malarstwa – dołączył aneks z litografii; Olga pokaz obrazów wzmocniła aneksem z malarstwa w architekturze.

Po przełomowym dla Polski roku 1989 Tomek zaangażował się w pracę w agencji reklamowej, zostawiając sztukę na boku. Ona przeciwnie, z pełną determinacją trwała przy malarstwie, wynajmując pracownię na Pradze (mieszkali wówczas na Ochocie). Do końca ciąży nie odkładała pędzli, lecz gdy na świecie pojawił się Rafał, Olga na półtora roku poświęciła się wyłącznie macierzyńskim obowiązkom. – Kiedyś Rafał, jeszcze ledwo łażący, gdzieś mi zniknął. Znalazłam go przy obrazie Tomka, który zaczął „poprawiać” leżącymi obok farbami. – śmieje się Olga. – Przy okazji cały się upaprał, śpioszki były do wyrzucenia. A obraz z trudem dało się odratować.

W przeciwieństwie do większości koleżanek, do sztuki wróciła ze zdwojoną energią. Dziś należy do najwybitniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich artystek. Tomek zaś, po zakończeniu przygody z reklamą, powrócił do litografii.

Bęc! Pokoleniowa zmiana

Jakub, młodszy syn Tadeusza, od dziecka wykazywał smykałkę do modelowania. Precyzyjny, matematycznie uzdolniony, zamierzał pójść na politechnikę. W ostatniej chwili zmienił zdanie, wybrał Architekturę Wnętrz na ASP. W jego obrazach widać chłodniejszy niż u ojca temperament. To jakby pejzaże Tadeusza pozbawione ekspresji, ujęte w rygor linii.

Przyszłą żonę wybrał – jakże inaczej! – spośród studentek warszawskiej ASP. Chorwatka Edita Vlaović uczyła się w pracowni Wandy Pawlikowskiej-Winnickiej; po dyplomie odbyła staż w pracowni rzeźby. Ich syn Szymon, obecnie przed maturą, nie zamierza iść śladami rodziców i dziadków. Na razie.

Przeciwnie Rafał. Już w podstawówce grał na basie i perkusji (talent po tacie), pasjonował się komputerami i komiksami. W liceum nie miał wątpliwości, co po maturze: ASP, malarstwo. Lecz docelowo – nowe media. Przedsiębiorczy i niezależny, już na studiach nawiązał kontakty z Fundacją Bęc! Zmiana i do dziś z nią współpracuje.

Choć styl kompozycji Rafała w niczym nie przypomina prac rodziców, to można zauważyć zbieżność z malarstwem dziadka: podobna energia, witalność i śmiałość. Co z tego, że „Dominiuk” (jak niektórzy nazywają syna Olgi i Tomka) stosuje inne techniki? W jego sztuce widać „gen Dominika”.imgres imgres-3 images-4 images images-1 images-3 imgres-1 images-2 imgres-2 imgres-4Stare i nowe prace Rafała Dominika oraz on sam. Nie wiem, czy wy też to widzicie – przenikanie dziadkowych wpływów estetycznych przez sztukę wnuka. Coś jednak zostało w genach – podobny entuzjazm do życia.

 

27
Apr

Malarz, który został Świerzym

Udostępnij:

Był antytezą karierowicza-celebryty. Zdystansowany, introwertyczny, nie zabiegający o poklask. Nad uczestnictwo w nagłośnionych „iwentach” przedkładał kolację w niewielkim gronie naprawdę bliskich mu ludzi. Chronicznie nie znosił tłum; zżerała go trema, gdy miał przemówić do większego grona. Nawet do studentów z pracowni plakatu głównie… milczał.

Niedostępny, bo nieśmiały

Przypadkowym znajomym wydawał się nieprzystępny, zamknięty, złośliwy. Wszystko przez to, że bezbłędnie wyczuwał głupków, lizusów, cwaniaków. Wtedy bywał morderczy w słowach. Rzucał zdanko, pół zdania, słówko. W jego opinii postaci czy zjawiska niegodne uwagi nie zasługiwały na większe wydatkowanie energii.

Bliscy mu ludzie wiedzieli, że to ciepły i czuły, wręcz nadwrażliwy facet. Umiał przyjaźnić się i kochać. Pamiętam – przy mnie nie wstydził się wyznawać swego uczucia do Magdy, żony.images-3 imgres-1 images-4 images-10imagesimages-8 images-7

Czerwony szalik

Wydawał się nie tyle długowieczny, co wieczny. Jego śmierć była zaskoczeniem. Kiedyś wypełniał „salonową ankietę”. Jedno z pytań brzmiało „jak chciałbym umrzeć”. Świerzy odpowiedział: zdrowy – na leżąco. Właściwie mu się spełniło… Chorował tak krótko, że mało który z przyjaciół o tym się dowiedział; z tego powodu mało kto odwiedził go w szpitalu. Ja nie zdążyłam. Może dobrze – zapamiętam go we wściekle czerwonym szaliku, a nie w piżamie, z uroczym łobuzerskim uśmieszkiem, z którym wygłaszał niepopularne opinie. Zapamiętałam, jak śpiewał do zapalniczki, która miała udawać mikrofon, a Waldek – piosenkarza. Kolebał się w rytm jakiegoś sentymentalnego utworu, robił smutne miny i był przy tym tak zabawny, że wyliśmy ze śmiechu. Urodzony parodysta. Doskonały obserwator. Muzyk, za którego grali inni.images-6 imgres images-4 images-5

…Urodziłem się 9 września 1931 roku w mieście, które za mojego życia czterokrotnie zmieniało nazwę – z Katowic na Kattovitz, potem na Stalinogród i znów na Katowice – tak zaczynał autobiografię. „Chciałem być malarzem, a zostałem Świerzym”, dodawał. I na tym kończył. Wyciąganie z niego zwierzeń czy komentarzy do jego własnej sztuki wymagało cierpliwości i podchodów. Pytany, jak określić jego specjalność, mawiał, że jest „patrzaczem”. Kimś, kto umie patrzeć i zapamiętywać. Potrafi namalować „z głowy” podobizny bądź karykatury znajomych, polityków, aktorów; z pamięci odtwarzał czołg T-34, konia, kanarka, gitarę, postaci ulubionych jazzmanów…

Gitary nie zawracał – za młodu grał na tym instrumencie w studenckim zespole. I całe życie miał melodię do muzyki. Zawsze towarzyszyła mu przy pracy (miał gigantyczną kolekcję winyli, ciasno ustawionych na specjalnie robionych półkach; potem ze względów praktycznych przerzucił się na CD). Bawiąc za granicą, znikał na całe dnie w… sklepach muzycznych. Ta pasja odzwierciedliła się w serii „Jazz na plakacie”.

Ideał kobiety i kobiet

W życiu prywatnym – zdeklarowany domator. Opuszczał mieszkanie na warszawskiej Starówce wyłącznie kiedy musiał. Potrafił przesiedzieć tydzień, dwa, nie czując żadnej potrzeby bodaj spaceru. W związkach wierny. Z pierwszą żoną Teresą miał córkę Dorotę, japonistkę. Kiedy była dzieckiem, nie bardzo wiedział, jak z nią postępować – nie umiał niczego zakazywać ani nakazywać; nie umiał wychowywać. Za to gdy stała się bystrą małolatą, znalazł z nią porozumienie jak mało z którym kumplem. Potem tak samo znakomicie dogadywał się z trójką wnuków (gdy podrośli). Powtarzał – nie rozumiem, co znaczy konflikt pokoleń.

A kobiety? Oto jego ideał: piękna, ciepła, dowcipna, dobra, zgrabna, utalentowana, fotogeniczna szatynka. Taka, jak pewna studentka poznańskiej PWSSP. Magda zapisała się do pracowni plakatu i… zakochała się w znacznie starszym od siebie profesorze. Z wzajemnością. Powie ktoś – klasyka. Ale u nich sprawa nie ograniczyła się do romansu. Dla obydwojga to była miłość życia, do końca życia.

Zdaniem Magdy, współbycie z Waldkiem to sama przyjemność. Nie bywał uparty, z łatwością dawał sobie coś wyperswadować. Nigdy nie nudził, nawet kiedy milczał. Humor pogarszał mu się tylko wtedy, gdy nie szła mu robota – czyli prawie nigdy.

Dziś Magda odmawia wspominania, przywoływania męża. Rozumiem ją – na razie za bardzo boli.imgres-2 images images-3 images-2 images-6 images-5 images-9

Więc na koniec – trzęsienie ziemi. Nawiedziło Los Angeles w roku 1999, a choć uderzyło w pustynię i nie zgarnęło ofiar śmiertelnych, zatrzęsło całkiem solidnie. Mieszkaliśmy w tym samym hotelu, zaproszeni na otwarcie wystawy „Wątki westernowe w plakacie polskim”. Budynek kolebał się na boki, żyrandole tańczyły, otwierały się szafki. Magda uczepiona mężowskiego ramienia nie puściła go ani na minutę, nawet na pójście do toalety. Jak ginąć, to razem!

Przeżyliśmy. Przecież Świerzy miał zawsze szczęście. Do końca.

16
Apr

Wiecznie młoda, zawsze naga

Udostępnij:

Nie należał do przystojniaków. Niewielkiego wzrostu, o aparycji urzędnika, z rzadką bródką dokoła szczęki, w okrągłych drucianych okularkach nie miał szans grać roli uwodziciela. Ale też nie miał zamiaru. Zawsze uprzejmy, nie szokował ekstrawagancjami. Słowem, z wyglądu i zachowania zaprzeczenie artysty-cygana.  images-8 images-5

Malarzem został wbrew ojcu (który piastował wysoki urząd we francuskim Ministerstwie Wojny) , który przeznaczył go do prawniczej kariery. Jednak Pierre Bonnard był uparty. Studiował jednocześnie na Wydziale Prawa w Paryżu i na Akademii Sztuk Pięknych oraz Akademii Julian. W latach 80. XIX wieku wymagało to, podobnie jak dziś, sporej niezależności finansowej. Młodzieniec pochodził z nieźle prosperującej, ziemiańskiej rodziny, jednak daleko mu było magnatów. Toteż wcześnie zaczął przyjmować zlecenia na graficzne prace, które pomagały mu załatać większe dziury w budżecie. Jednak jego pasją było malarstwo. Uważał się za „mizernego impresjonistę” i słynął z wielkiej skromności tudzież obsesyjnego poprawiania płócien. Kiedyś chciano go zaaresztować w Galerii Luksemburskiej, bo dozorca zauważył „wariata”, który wyjmował z kieszeni tubki, wyciskał farbę na palec, podbiegał do obrazów, smarował coś, odskakiwał, znów paćkał. To Bonnard, który korygował własne dzieło sprzed 20 lat, wiszące w galerii! Nigdy nie uważał płócien za skończone. Znany był z tego, że nosił w kieszeniach tubki farb, pojawiał się przed wernisażem swych prac i palcami poprawiał gotowe, rozwieszone na ścianach kompozycje. Goście w drzwiach galerii, a autor na nich nie zważa. Marszandzi imali się podstępów, żeby pozwolił się odciągnąć od korygowanych do ostatniej chwili obrazów.

Muza z pamięci

Swoje przeznaczenie spotkał na szczycie wzgórza Montmartre. Był rok 1893, Pierre miał 26 lat, odniósł właśnie pierwsze zawodowe sukcesy. Zobaczył ją – uderzającą piękność. Miłość od pierwszego wejrzenia! Powiedziała, że ma 16 lat i nazywa się Marthe de Méligny. Kłamczucha – była o sześć lat starsza, a jej prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Maria Boursin. Mniejsza z tym. On już wiedział, że tylko ta kobieta będzie jego muzą, modelką, żoną. Przez pół wieku wspólnego życia powstało około 150 obrazów i ponad 700 rysunków, których Marthe jest jedyną bohaterką.images-4 imgres-1 images-1 images-6 self-portrait-in-a-shaving-mirror-1935 images-9 images-10 images-7 imgres-4 imgres-2 images-3

 

Nigdy przedtem Bonnard nie namalował kobiecego aktu – od spotkania Marthe robił to niemal wyłącznie. Co ważne – ona nigdy nie pozowała mężowi. Za leniwa, za drażliwa, zbyt nerwowa, żeby usiedzieć w jednej i tej samej pozie. Pierre malował ją z pamięci, niekiedy korzystając ze szkiców. Wpadał z zeszytem do łazienki, rzucał na kartki kilka kresek, aby potem na podstawie „impresyjnego” szkieletu wykonać malowidło. Poza tym, nieustająco obserwował żonę w życiu codziennym. Najczęściej – podczas ablucji i pielęgnowania ciała. W tym przypadku łazienka zastąpiła pracownię.

Trudno wyobrazić sobie większą bliskość – fizyczną i psychiczną – niż między Pierrem a jego ukochaną. Jednak w sztuce Bonnarda jest coś więcej, niż intymność. To gra w udawanie. On wciąż ją podgląda w sytuacjach nie przeznaczonych dla spojrzeń innych; ona zdaje się (udaje?) nie być tego świadoma.

I najważniejsze – na obrazach męża Marthe nie starzeje się. Lata płyną, ona wciąż pozostaje smukłą dziewczyną o małym biuście, wąskich biodrach i wspaniałych, długich nogach. Bonnard setki razy powracał do podobnych scen: rytuał mycia się Marthy (jedna z jej manii), wchodzenie do wanny (zwanej tubą z racji kształtu); nieruchome wylegiwanie w wodzie (ówczesna terapia na emocjonalne zaburzenia), osuszanie wilgotnego ciała ręcznikiem. Nie nudziło mu się? Jak widać – wcale. Fascynacja jedną jedyną kobietą zstąpiła mu potrzebę szukania innych podniet czy tematów.

Ciemna strona sielanki

Biedny Pierre Bonnard ! Przez 50 lat musiał się zadowalać się niemal wyłącznie towarzystwem Marthe, a nie należało to do zajęć radosnych. Kobieta cierpiała na manię prześladowczą, mizoginizm, hipochondrię. Do tego podobno miała suchoty. Józef Czapski, jeden z niewielu długoletnich przyjaciół Bonnarda, odsłania kulisy tego związku: „Miała częste ataki wariacji, nie dopuszczała prawie nikogo do siebie, zmuszała Bonnarda do zerwania z wieloma przyjaciółmi, których nie chciała widzieć. Bonnard ją pielęgnował, nie odstępował w najgorszych okresach, nie dopuszczał, by ją lekarze zabrali do kliniki czy domu dla umysłowo chorych, a po jej śmierci nie pozwalał nigdy nikomu wchodzić do pokoju, w którym umarła”.

imgres imgres-3 woman-with-dog-1891 images-2

Kiedy Marthe odeszła na zawsze, Bonnard utracił raj, cel, sens sztuki. Pięć lat później, w 1947 roku zmarł malarz, który świadomie pozostawał w konflikcie z epoką, z nowościami artystycznymi. Georges Braque tak to ujął: „Radość życia była znakiem jego epoki, nie jest natomiast znakiem naszych czasów”

 

 

.s://www.youtube.com/watch?v=NNyXKt61TNI&list=RDNNyXKt61TNI

06
Apr

Czerwone przerobione na szare

Udostępnij:

 Jaskawoczerwona okładka, lecz wewnątrz tomu dominuje szarość.

Taki właśnie kolorystyczny zestaw najtrafniej oddaje mentalność mieszkańców Korei Północnej: wiara w komunizm pomaga im znieść bezbarwną egzystencję.

Jak naprawdę wygląda ich codzienność? Czym różni się ta rzeczywistość od obrazu tworzonego na użytek reszty świata? W jaki sposób dokonywana jest manipulacja na świadomości mieszkańców tej „republiki socjalistycznej”, w istocie – ostatniego państwa za żelazną kurtyną?

Opowiada o tym komiks „Pjongjang” autorstwa Kanadyjczyka Guy Delisle’a , któremu dane było osobiście zaobserwować te rozbieżności.

 Podróże po terrorze

Rysowany reportaż z pobytu Delisle’a w północnokoreańskiej stolicy ukazał się po raz pierwszy dekadę temu. Polski przekład trafił do naszych księgarń trzy lata później, jeszcze z tytułem „Phenian”; rok temu ukazało się wydanie drugie, poprawione. To był strzał w dziesiątkę: gorący politycznie moment, kiedy świat z zapartym tchem obserwował amerykańsko-koreańskie przepychanki, wsparte nuklearnymi pogróżkami ze strony Kim Dzong Una, wnuka ojca narodu Kim Ir Sena.

„Pjongjang” należy do komiksowego gatunku cieszącego się coraz większym wzięciem. To tzw. travelogue, dziennik z podróży. Jednak w tym przypadku mamy coś więcej: obrazkową relację czy jak kto woli rysowany reportaż z miejsca, gdzie fotografa ani filmowca-dokumentalisty nie było. A gdyby, mieliby niewielkie szanse na utrwalenie realiów, sterowani przez stróżów komunistycznej propagandy. W Pjongjang Big Brother wciąż czuwa i to ze zdumiewającą skutecznością! W tych okolicznościach politycznych komiks Delisle’a, choć powstał post factum, na podstawie szkicowych notatek, ma wartość dokumentu.

Miś na koreańską miarę

Zabawne – w epoce, kiedy cyfryzacja pozwala na kręcenie filmów telefonem; kiedy dysponujemy mnóstwem nieznanych wcześniej metod rejestrowania realiów, Delisle korzysta ze środków sprzed stuleci. Bowiem zanim wynaleziono małoobrazkowy i szybkostrzelny aparat fotograficzny, „wizualnym” kronikarzem był rysownik. To on dawał świadectwo prawdzie z wojen, publicznych egzekucji, rozpraw sądowych, a także z wydarzeń towarzyskich; to rysownik pełnił rolę swoistego paparazzo. Wobec koreańskiego reżimu postęp cywilizacyjny i techniczny okazuje się bezsilny – trzeba więc było sięgnąć po sposób anachroniczny, za to pewny.

Wprawdzie kanadyjski rysownik nie posługuje się realistyczną (jak onegdaj bywało) stylistyką, lecz syntetyzuje przedstawienia i karykaturyzuje postaci – jednak to nie obniża dokumentacyjnej wartości jego story. Przeciwnie, zwięzła forma opowieści Delisle’a ułatwia uchwycenie groteski i horroru koreańskiej dyktatury. Marionetkowe figurki tylko z pozoru mogą wydać się zabawne – w istocie stylizacja postaci podkreśla skalę terroru; uświadamia presję, jakiej poddawane jest społeczeństwo, z którego wyeliminowano prawo do indywidualnego myślenia.

My, po doświadczeniu socjalizmu realnego, jesteśmy wyczuleni na tego rodzaju odgórną opresję. Ale PRL w zestawieniu z Koreą Północną wypada uznać za kraj swobód obywatelskich. Jasne, bywały momenty przykręcania propagandowej śruby, jednak do takich absurdów i tak długofalowych u nas nie doszło. W jedynym na świecie państwie komunistycznej dynastii Sławomir Mrożek z pewnością zostałby pozbawiony okularów; Stanisław Bareja nie nakręciłby „Misia”, a kabaret „Tey” zamknięty po pierwszym spektaklu.

imgres-7 imgres-3 imgres-4

Plansze z Pjongjang

Ołówek pod specjalnym nadzorem

W Korei Północnej skala zamordyzmu zaskoczyłaby nawet dawnych mieszkańców soc-bloku – a co dopiero mówić o przybyszach z Zachodu! Guy Delisle chyba nie spodziewał się tego, z czym przyszło mu się zetknąć w tytułowym mieście. Obecnie 47-letni mieszkaniec Montpelier, z wykształcenia rysownik-animator, dwadzieścia lat temu wyjechał do Pjongjang nadzorować francusko-koreańską produkcję filmową. Nie po raz pierwszy zawód pozwolił mu na wielotygodniowy pobyt w kraju pod wieloma względami odmiennego od jego ojczyzny. Ale gdy po dwóch miesiącach opuszczał Koreę Północną czuł się jak ułaskawiony więzień.

Gdy Delisle pakował walizkę do Pjongjang, tak jakoś instynktownie zabrał ze sobą „Rok 1984” Orwella. I od razu podpadł. Kontrola celna na lotnisku przypominała przesłuchanie. Omal nie skonfiskowano mu powieści „zakazanego” autora i odtwarzacza CD z zachodnią muzyką. Komórki i tak nie zabrał – bo gdyby, odebrano by ją po przekroczeniu koreańskiej granicy.

Jak każdy cudzoziemiec, tak i Kanadyjczyk z miejsca dostał anioła stróża zwanego przewodnikiem. Od pierwszych kroków na lotnisku pan Kyu nie odstępuje pana Guy – a nie jest to miłe towarzystwo dla obu stron. Koreańczyk za każdym razem, gdy podopieczny wyrywa się spod jego kurateli, przeżywa za strachu katusze Z kolei Kanadyjczyk z trudem znosi stały nadzór (do przewodnika dołączył tłumacz) i rygory, które obowiązują nawet obcokrajowców (m.in. zaraz po przybyciu musi złożyć kwiaty u stóp pomnika Kim Ir Sena, a „powitalny” bukiet otrzymuje na lotnisku). Od pierwszej chwili zdumiewa też… brak światła. Cudzoziemcy są zakwaterowani w gigantycznym hotelu, gdzie oświetla się tylko jedno piętro. Wieczorami Pjongjang tonie w mroku, dla oszczędności wyłącza się elektryczność. Z wyjątkiem metra, w razie ataku nuklearnego mogącego służyć za schron. Stacje oślepiają przepychem i światłami jak Las Vegas – z tym, że przyjezdnym udostępnione są jedynie dwie…

„Kiedy osiąga się pewien poziom ucisku, prawda nie jest już ważna. Im większe kłamstwo, tym łatwiej reżim może pokazać swą potęgę i jeszcze bardziej terroryzować społeczeństwo” – konkluduje Delisle. Zobaczymy, co dopisze najbliższa historia.

imgres-1 imgres-5 imgres-7

Scenariusz i rysunki Guy Delisle

Pjongjang

Tłum. Katarzyna Szajewska

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2013

 

30
Mar

Komunistka ucieka w absurd (o Ernie Rosenstein)

Udostępnij:

Erna-Rosenstein-Stan-Sie-851x1024 erna_1 erna-rosenstein-rowerzysci-2013-04-17 21.kolor_wystawa_18Erna-Rosenstein-Stan-Sie-851x1024erna_1Monika Małkowska

 

Mieszkanie na Górnym Mokotowie. Niby luksusowe jak na PRL-owskie standardy metrażowe. W istocie – ciasne, do tego zagracone. Zagracone? Zarośnięte! Materią na pozór nieożywioną, lecz stwarzającą pozory niezwykle witalnego organizmu. Obrazy kojarzą się z pejzażami po kataklizmie – z gołej gleby kiełkują jakieś rachityczne witki, trawki, patyki. I rozpływają się w ogromie przestrzeni pustych, astralnych. Obok – kompozycje niby-abstrakcyjne, lale dziwnie biologiczne, pączkujące, krągławe. Stłoczone jak tkanki widziane pod lupą, wręcz na naszych oczach rozmnażające się, rosnące. A ona, sprawczyni tego nadnaturalnego rozrostu, wydaje się być jego odnogą, bytem symbiotycznie połączonym ze światem wykreowanym w niewielkim pokoju.

Spotkanie pierwsze

Koniec lat 60. Wchodzimy do jej pracowni, w poczuciu wstępowania na artystyczny Olimp. Tego jeszcze nie widzieliśmy! Wrażenie przejścia na drugą stronę obrazu. Nic tu nie jest normalne. Szafka służy za magazyn rysunków. Szafka? Szafkopodobny kształt oblepiony reprodukcjami, rysunkami, sznurkami jak wodorosty. Obok krzesło kiełkujące naroślami, na którym strach siadać – a nuż wchłonie jak rosiczka owada? Telefon z ptasimi łapkami i wybebeszonym wnętrzem – obrzydliwy, zarazem fascynujący. Natłok obiektów nie z tej ziemi – surrealistycznych, niepoważnych, niepraktycznych. Wszędzie na ścianach obraz i rysunki; pracami zawalony pokryty ceratą stół. Najlepiej w tym bałaganie radzi sobie kot. No i gospodyni – Erna Rosenstein. Wysokim, dziecięcym głosikiem wyraża radość z naszego przyjścia.

Naszego, czyli grona Koła Miłośników Sztuki przy warszawskiej Zachęcie. A my, dumne małolaty, które dostąpiły zaszczytu oglądania sztuki in statu nascendi, nigdy tej wizyty nie zapomnimy.

Spotkanie drugie

Lata 80. Środowisko plastyczne bojkotuje oficjalne wystawy. Za brak subordynacji wobec władz Związek Polskich Artystów Plastyków rozwiązany; na jego gruzach zostaje uformowany posłuszny czerwonemu Związek Polskich Artystów Malarzy i Grafików. Erna jest wśród członków wrażego stowarzyszenia. Rozmawiam z nią, namawiając do zmiany stanowiska. Ale ona nie rozumie zarzutów. „Jestem komunistką od kiedy skończyłam 15 lat”, tłumaczy. Opowiada, że rodzice – inteligenci ze Lwowa żydowskiego pochodzenia – przerażeni lewicowaniem nastolatki, wysłali córkę do wiedeńskiego gimnazjum, żeby ją odciąć od złych kontaktów. Nic to nie dało, nawet przeciwnie. Konspiracyjne powiązania z socjalistyczną partią tylko umocniły w niepokornej córce lewackie przekonania. Na studiach w krakowskiej ASP (druga połowa lat 30.) od razu znalazła porozumienie z pokrewnymi duszami. Jonasz Stern, Sasza Blonder, Henryk Wiciński i inni doznali represji ze strony uczelnianych władz. I byli z tego dumni. Organizowali manifestacje, które często przybierały parateatralne formy (dziś powiedzielibyśmy – happeningi). I tu Erna odgrywa zapamiętane sprzed półwiecza fragmenty spektakli o prospołecznej wymowie. Wysokim głosikiem odczytuje z kartki kwestie własne i cudze. Opisuje, jak wyglądały maski, z którymi występowali. Oni, pierwsza Grupa Krakowska (do której jeszcze oficjalnie Rosenstein nie należała, dopiero przystąpiła po II wojnie).

Co znamienne: Erna nie dostała „Cypiska” (jak nazywano nagrody przyznawane władzom ZPAMiG-u równolegle z podziemnymi nagrodami im. Cybisa, wręczanymi od 1973 roku do dziś za dokonania na niwie malarskiej). Przyznano jej ten honor dopiero po przełomie, w wolnej Polsce, w 1996 roku. Ona sama czułaby się niezręcznie, gdyby stan wojenny pomógł jej w karierze.

Spotkanie trzecie

Rok 1991, Erna pisze do mnie kartkę pocztową z własnoręcznie wykonanym rysunkiem – lewitujące w pustce uśmiechające się usta (15 sztuk), coś jak multiplikacja uśmiechu Kota z Cheshire. Pisze: „Śmiejmy się ze wszystkiego!!!n Wszystko jest bylejakie, tak jak ta pocztówka!” (te zdania są podkreślone).

Rok później nakręcam o niej program dla TVP. Umawiamy się w znanym mi już mokotowskim mieszkaniu. Nic się nie zmieniło, jedynie rozrosły się sztuczne (czytaj: artystyczne) pnącza. Przyjmuje mnie w sandałach (na bose stopy?), w najzwyklejszych, skromnych ciuchach. Zawsze tak chodzi. Często zamiast torebki używa siatki, takiej makramowej, jak po zakupy. Mimo to artystka zwraca powszechną uwagę: zdobi ją niecodzienna biżuteria. Własnoręcznie robiona ze znalezionych na ulicy, wśród śmieci, zdestruowanych przedmiotów. Kamyk, kapsel, klucz, spinacze – oto jej „precjoza”. Dla artystki nic nie ma wartości – i wszystko jest cenne. Czyta mi wiersze (wydala kilka tomików). I pokazuje pamięciowe portrety rodziców. Głowy (twarz) unoszące się w nicości, w błękicie. Rzecz szczególna – na ogół w obrazach Rosenstein brak konkretów, podobizn, odniesień do rzeczywistości. Ale to był przymus wewnętrzny – pokazanie tego, co najbardziej boli. Erna nie skarży się na los, uśmiecha się niemal zawsze, nigdy nie drąży tematu holokaustu. Jednak to w niej jest: wojna we Lwowie, ucieczka z getta, ukrywanie się pod przybranym nazwiskiem. Stąd jej infantylno-nieobecna poza. Żarty z życia. Żarty ze śmierci. Szaleństwo, które stało się metodą. Surrealizm, panaceum na ból.

Spotkanie czwarte

Erna opowiada, jak to było, kiedy ogłoszono socrealizm. Ona – partyjna od czasów KPP. Nie akceptowała tej stylistyki, tej doktryny. Opowiedziała – a ja wierzę, bo była osobą niezdolną do kłamstwa – że w 1949, po ogłoszeniu jedynej słusznej polityki kulturalnej i wdrożeniu (na razie teoretycznym) w dokonania twórcze z różnych dziedzin, w tym – w sztuki plastyczne, jako jedna z niewielu (jedyna?) – przeciwstawiła się Erna. Na walnym zgromadzeniu ZPAP wstała i zabrała głos. – Mnie się wydaje, że wy się tu wszyscy mylicie – zapiszczała swym dyszkantem. – Nie potrafię dostosować się do narzuconej artystycznej koncepcji. Muszę się zastanowić, więc na razie będę robiła ceramikę – zadeklarowała.

I nie wystawiała na OWP (Ogólnopolskie Wystawy Plastyczne). Nie dostawała nagród, zamówień na prace publiczne (jak wielu innych, o których tu nie będę mówić), ba! w ogóle nie miała z czego żyć. Do tego poniosła dodatkowe straty: partia, do której należała, potępiła jej postawę. Dostała naganę z wpisaniem do akt.

Spotkanie piąte

Miała prawie dziewięćdziesiątkę, kiedy odeszła. Artur Sandauer, jej mąż, jej rocznik (1913) zmarł 15 lat wcześniej. Nie zmieniła się do końca. Biegała, a z czasem już tylko przychodziła na wszystkie wernisaże. Jak zawsze w ozdobach własnego pomysłu i wyrobu, z siatką pełną zdobycznych papierów i tomikami poezji. Zanosiła się dziecięcym chichotem, rzucała odjechane uwagi. Coraz mniej obecna w realnym świecie, coraz głębiej zanurzona w rzeczywistości wyobrażonej. Odpłynęła w nią, chyba bez bólu…

Wystawa w Królikarni nie tyle przywołuje jej osobowość, co odkurza dorobek. Nie lubię tej ekspozycji. Jest zimna, estetyczna, uporządkowana. Tu stoliczek z blatem pokrytym kompozycją Erny (pod szkłem); ówdzie szafa z „szuwarami”; w gablocie – telefon z kaczymi (?) łapami. Pod szkłem biżuty, surrealistyczne obiekty, reliefy z pudełek po czekoladkach.

Ani jednego zdjęcia artystki. Ani słowa o jej biografii. Zamiast programów o niej – a powstało kilka, np. Andrzeja Falbera (1992) – filmy nijak się do niej mające. Erna tu nie mieszka.

Erna Rosenstein „Nakładanie” – Królikarnia, Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego, wystaw czynna do 25 maja

z4826164Q,Erna-Rosenstein-w-1996-r-erna-rosenstein-2014-03-11-006erna-rosenstein-2014-03-11-001erna-rosenstein-2014-03-11-001erna-rosenstein-2014-03-11-002erna-rosenstein-2014-03-11-011id_657114_275340_x_1037_y_800_wm_25_817521.kolor_wystawa_18erna-rosenstein-2014-03-11-020TRUCIZNAerna-rosenstein-pozar-w-hadesie-2013-04-17

sandauer_artur_aleksander_jalosinski_forum_1