Category: małe powiększenia

16
Aug

Sportowa marchewka (czyli krzywda Tomasza Zimocha)

Udostępnij:

Każdy słyszy o restrykcjach nowej władzy wobec dawnej załogi mediów. Mam swoje zdanie, swoje obawy i własne doświadczenie.
Ale tu coś szczególnego.

Otóż.

Co dzień słucham w radiowej Trójce reklam Lidla, które zręcznie łączy ze sportem, ale nade wszystko ze swym nazwiskiem p.Tomasz Zimoch. Zadziwiło mnie, że PR zezwala na taką autoreklamę – bo chyba więcej zyskuje (w każdym aspekcie) red. Zimoch niż marchewka, pory i inne warzywa, które reklamuje.
Trochę to… poniżej godności gwiazdora dziennikarstwa sportowego.

Jednocześnie, ten sam słynny redaktor sportowy ma program w radio Zet (od poniedziałku do piątku).

I czegoś nie rozumiem.

Czytam w „Dzienniku Gazecie Prawnej” wywiad z Barbarą Stanisławczyk, obecną prezes Polskiego Radia.
Tamże – co następuje: „Pan Zimoch przeżył tu (tj. w Polskim Radio – przyp. MM) stan wojenny. Przeszedł weryfikację i został w Polskim radiu, podczas gdy inni siedzieli w więzieniach, byli szykanowani, walczyli o inną Polskę. (…) Nie zwolniłam go, ale skierowałam sprawę do komisji etyki radia, która wyraziła swoją opinię. Była negatywna, mimo to pan Zimoch pozostawał pracownikiem PR. On sam wypowiedział umowę, próbując zrzucić winę na pracodawcę (…). P. Zimoch porzucił stanowisko w gorącym okresie, tuż przed Euro 2016 i igrzyskami. Na dodatek naruszył wizerunek Polskiego Radia. Skierowaliśmy więc sprawę do sądu”.

To jak – sam wymówił, naruszył wizerunek, poszedł do prywatnej stacji – ale PR wciąż daje mu zarobić (kompromitująco autolanserskimi) reklamami Lidla?

Ktoś tu zwariował. A ktoś inny liczy kasę.

18
Mar

Szklany sufit (felieton o tym, co się dzieje)

Udostępnij:

 

Uderzam weń od kilku lat.

Jest niewidoczny, więc nie potrafię obliczyć dzielącej mnie od niego odległości. Nie umiem też ocenić grubości szklanej tafli i nie wiem, kto za nią się kryje, bo to szkło weneckie.

Nie tylko ja walę łbem o sufit, którego nie ma, a który naprawdę stanowi limit. Znacie to angielskie powiedzenie „sky is the limit”? Co znaczy – nie ma ograniczeń, możesz zaszaleć, niech poniesie cię wyobraźnia. U nas „niebo” ucina, miażdży, obezwładnia.

W każdej dziedzinie.

Wiem, jak to niszczy. Brak szans na wykorzystanie talentów czy rzadkich umiejętności to przekleństwo. Właściwie, można mieć tylko pretensje do Boga, że je dał – i zarazem odebrał.

Bo, trala lala, można mieć słuch absolutny i wiedzieć, czuć potrzebę, żeby wyśpiewać duszę smykiem po strunach – a tu instrument niedostępny, za szybą (nomen omen). Bo to jeden Janko Muzykant został brutalnie skonfrontowany z rzeczywistością?

No, ale to było w złych czasach, kiedy tylko właściwe urodzenie decydowało o karierze. Teraz każdy może, jeśli może.

Taką utopią karmiono obywateli PRL-u; taką ściemę wciskano nam przez ćwierćwiecze „wolnorynkowej konkurencyjności”; podobną iluzją mamią nas ci, którzy obecnie są u władzy. A może to oni dają się uwieść fatamorganie? Wierzą, że zmianami na kilku stanowiskach da się zmienić polską mentalność?

Spieszę z zimną wodą: wykoślawień charakterologicznych nie poprawi się na hasło, na zaklęcie. Nie wykluczy się nakazami, zakazami ani dobrą wolą grupki gotowych do poświęceń rodaków (już samo określenie trąci skansenem).

Gdyby istniała maszyna wyrywająca z dusz chciwość, konformizm, zawiść… Niwelująca układy, blokująca drogi na skróty, paraliżująca nepotyzm… Ogólnie, przywracająca zwykłą uczciwość?

Ale jak osiągnąć to metodą człowiek – człowiekowi? Przecież nikt nie wytłumaczy nieuczciwemu, że nieuczciwość to zachowanie aspołeczne, skoro ułatwia życie. Kali ukraść krowy – dobrze; Kalemu je zabrać – źle. Taką lekcję moralności pobieramy od iluś tam lat. Kradzież jest wtedy naganna, gdy nakryta. Nieujawniona stanowi o dobrobycie kraju, wyższym PKB, wzroście konsumpcji, podniesieniu stawek dla sprzątaczek i wcześniejszej emeryturze dla mundurowych. Samo dobro, na co narzekać? Na tym wszak polega innowacyjność.

Takie mądrości wmłotkowywano Polakom, nazywając to demokracją, neoliberalizmem, wolnorynkowym kapitalizmem i innymi terminami o teoretycznie pozytywnych konotacjach. Takie tam rozpylanie rozweselających dymów. Gadanie o moralnych miazmatach było surowo zabronione. Brak akceptacji dla przekrętów nazwano frustracją, niechęć do biegu na skróty – nieudacznictwem, uczciwą grę – luzerstwem.

Kto chciał być trendy, musiał odnieść sukces. Jakość tego sięgania niebios była nieistotna, metody również. Wolnoamerykanka w show-bizie, to normalka. Ciosy poniżej pasa w mediach – wręcz delikatność. Lepiej sprawdzały się sposoby zaoczne – snucie, knucie, intrygowanie.

Kto myśli, że nowa ekipa przetrzebiła dawnych mistrzów lewych (nomen omen) ustawek, jest w błędzie. Tego nie da się załatwić odgórnie. Nawet jeśli wymieni się śrubki, mechanizmy pozostają bez zmian. A te oparte są na wspólnych interesach, na rodzinnych układach, na znajomościach i uczuciach nie mających nic wspólnego z miłością bliźniego.

Zadziwiające, jak wielu Polaków wygenerowało pokłady współczucia dla tych, którzy tracą prominente pozycje, lukratywne posady, eksponowane stołki. Gdyby znali kulisy karier, byliby bardziej wstrzemięźliwi. Może nie wiedzą, że odbyło się to kosztem tych, których eliminowano, bo nie grali w drużynie politycznych liderów.

„Piwnica pod Baranami” wyśpiewała kiedyś „Dezyderata”, tekst rzekomo znaleziony w starym kościele w Baltimore, datowany na rok 1692. „…wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść”.

Ci, którzy zderzali się ze szklanym sufitem neoliberalizmu, też mają swoją opowieść. Chcę jej wysłuchać, nawet jeśli nie towarzyszą jej fanfary sukcesu ani trąby powodzenia. Czas rozbić glass.

 

 

 

 

 

05
Mar

Rurociąg przyjaźni i odnogi ( o tym, co na bieżąco)

Udostępnij:

Odebrali nam demokrację, zawładnęli mediami, wykończają niezależną kulturę!

Wszyscy znają te hasła. Niektórzy w nie święcie wierzą, wrą oburzeniem i je manifestują. Inni uczestniczą w demonstracjach z odmiennych powodów.

Atmosfera jak za Solidarki, spotykają się znajomi, ktoś przychodzi z termosem czaju, ktoś inny z kanapkami. Stara gwardia smakuje déjà vu, młodsza – przeżywa dreszczyk nieznanych wcześniej emocji. Pomost ponad pokoleniami, z lekkim posmakiem konspiry.

Uczestnictwo w KOD-ach jest ochotnicze i spontaniczne. Tylko dlaczego niektórzy czują dyskomfort (by nie nazwać tego strachem przed obciachem), że nie biorąc udziału w przemarszach stracą przyjaciół i narażą na środowiskowy ostracyzm?

Nie podejrzewam wszystkich KOD-owców o konformizm, choć i tacy się zdarzają. Zapewne przeważają ci o czystych intencjach, szczerze przekonani o sensie obywatelskiego oporu.

Mam jednak przekonanie, że stając murem w obronie „wolnych mediów”, nie do końca są świadomi, o co idzie gra.

Mainstreamowe media nigdy nie pozostawały niezawisłe (nie tylko od władz, także rozmaitych interesów), lecz w ostatnich latach krzywa wykrzywień wzrosła. Redakcje chętnie wchodziły w pakty z różnorakimi „biznesami”. Transferowano wzajemne usługi między budżetowymi instytucjami. Co więcej, niektóre media „współpracowały” między sobą, co w rzeczywistości oznaczało rozgałęzione sieci wpływów: tego lansujemy, bo to nasz człowiek; tego skreślamy, bo ma inne poglądy. Jeśli dochodziło do dyskusji, to zawsze były to ustawki. Na niekorzyść tych, co myślą inaczej.

Teraz larum podnoszą ci, którzy zostaną lub już zostali wygnani z raju, jakim były dla nich publiczne media.

Nie chodzi wcale o polityczne wpływy, lecz o… wpływy na konta. Konkretnych redaktorów. Przez ostatnie lata zawłaszczali publiczne media po cichu, bez kija bejsbolowego, za to skutecznie. Bez skrupułów, zapominając o fundamentalnej przyzwoitości. Etyka dziennikarska stała się dla nich martwą literą w statucie dziennikarskiego stowarzyszenia.

Przy ogólnym zubożeniu środowiska dziennikarskiego, przy coraz większym zagrożeniu bezrobociem w tym zawodzie, monopolizowali różne media, mnożyli funkcje, stołki i dochody. Jak prawdziwe paniska, rozdawali splendory. Kumplom oraz „zaprzyjaźnionym” firmom, które się wypłacały lub odpłacały. Zaiste, prawdziwy rurociąg przyjaźni.

Patologii w mediach było/jest wiele. Na przykład, kolorowe magazyny pobierają kwoty za publikacje o czymś/wywiady z kimś, traktując te materiały jako formę promocji osoby/wydarzenia. Faktycznie tak jest – oceny negatywne wykluczone, a pozytywy przesadzone.

Radio i tv, pomimo niskich pensji, to w gruncie rzeczy złotonośne kury. Etat równa się panowanie nad czasem antenowym. Kto ma eter, ten ma władzę. A kto ma władzę, robi z niej użytek.

Szło to tak: najpierw wykluczono konkurencję w postaci freelancerów. Łatwo było przekonać szafów, że osoby z zewnątrz osłabiają potencjał redakcji. Równie bez trudu przyszło wmówić, że autopromocja w formie dziesiątki razy powtarzanego spotu z nazwiskiem dziennikarza służy lansowaniu stacji – podczas gdy w istocie przynosi popularność konkretnym osobom. Wiadomo, że nic tak nie pomaga sukcesowi, jak… sukces. W efekcie, ci sami dziennikarze pojawiają się w różnych mediach. Z przełożeniem na pieniądz.

Bywa jeszcze lepiej: dodatkowe gratyfikacje od tych, którym baaardzo zależy, żeby medialnie zaistnieć. Albo zagraniczne wyjazdy opłacone przez firmy zewnętrzne. Lub ekstra propozycje (spotkania autorskie, wykłady, prowadzenie iwentów, udział w reklamach).

Kolejny powszechnie stosowany myk: zapraszanie znawców w jakiejś dziedzinie jako gości redaktora prowadzącego program. Dany piecze aż trzy pieczenie na jednym ogniu – ekspert podrzuca tematy i pracuje na jego markę, nie własną; wypełnia czas antenowy, pozwalając prowadzącemu poleniuchować; najważniejsze – występuje gratis. Czasem jeszcze taki gość da kontakty do innych ekspertów, równie naiwnie wierzących w „misyjność” mediów.

Wolne media? Wolne żarty.

 

 

 

 

 

 

 

 

17
Dec

Spieszcie się kochać… (setna rocznica urodzin ks. Jana Twardowskiego)

Udostępnij:

Z tym poetą jestem od kilku dni w każdej wolnej chwili.
Powód?
Setna rocznica urodzin księdza Jana Twardowskiego.

.16.04.1996 WARSZAWA KSIADZ-POETA JAN TWARDOWSKIWD 778 XFS  Jan_Twardowski_01 ksiadz_paradoks_okladka
Właśnie dziś w kinie Atlantic (pomysłodawca, organizator i prowadzący w jednej osobie – rewelacyjny Artur Wolski) odbyła się feta. Ale bez patosu – taka ludzka, serdeczna.
Miałam przeczytać wybrany wiersz. A przed, i po mnie – kilkanaście wybitnych aktorek. Niezłe wyznanie.
Wybrałam „Poczekaj” – bo było mi do niego bliski.
To tak:

Nie wierzysz – mówiła miłość
w to że nawet z dyplomem zgłupiejesz
że zanudzisz talentem
że z dwojga złego można wybrać trzecie
w życie bez pieniędzy
w to że przepiórka żyje pojedynczo
w zdartą korę czeremchy co pachnie migdałem
w zmarłą co żywa pojawia się we śnie
w modnej nowej spódnicy i rozciętej z boku
w najlepsze najgorsze
w każdego łosia co ma żonę klępę
w dziewczynkę z zapałkami
w niebo i piekło
w diabla i Pana Boga
w mieszkanie za rok

Poczekaj jak cię rąbnę
to we wszystko uwierzysz

Hortensja Kwiatkowska

*klempę ( chyba, że to licentia poetica? Emotikon smile )


Monika Małkowska
 W tekście mam „klępę”. Nie ja zmieniłam – ortografia autora.

17
Dec

Gdzie te niegdysiejsze śniegi… (o kulturze osobistej z fb)

Udostępnij:

Gadu, gadu o polityce – a co stało się z kulturą osobistą?

Dzwonisz do kogoś – jeśli nie ma interesu, nie odbiera. Piszesz maila – to samo, bez odpowiedzi. Dostęp na żywo trudniejszy, więc te różne piskorze bez ogłady, klasy i odwagi cywilnej mają łatwiej.

Mnie uczono, że jest kompletnym brakiem kindersztuby nie odpowiadanie na listy czy telefony. Że szacunek dla innej osoby wymaga udzielenia odpowiedzi, choćby negatywnej. Że zbywanie milczeniem jest gorsze niż obelga.

Teraz nic. Ignorowanie znaczące „spadaj, nie jesteś potrzebny”.

A tu idą święta…
I jakieś idiotyczne imprezy śledziowe.
Życzliwość? Empatia? Życzenia „z serca”?
Nie udawajcie, bo udławicie się ością!

Pani Moniko bardzo trafne spostrzeżenia. Każdy powinien Pani tekst wydrukować i powiesić na tablicy ogłoszeń w pracy.
Alicja Słowikowska
 Moniko tak jest !! Mnie też bardzo smuci. Myślę, że wszyscy pospołu przestali wychowywać siebie i dzieci, a brak kultury spokojnie można nazwać dosadniej – chamstwem.

 Kowalczyk Wojciech Teraz ludzie nie odbierają telefonów bo myślą że komornik dzwoni. Emotikon smile
Piotr Krajewski Wojtek dla tego ja odbieram wszystkie nawet te prywatne. Emotikon smile
Kowalczyk Wojciech Piotr Krajewski Odbierasz prywatne telefony? O to Ciebie Piotrek nie podejrzewałem, że potrafisz ludziom telefony odbierać Emotikon smile

Piotr Krajewski Uwielbiam Ciebie Wojtek:) za wielkie poczucie humorku. Emotikon smile
Kowalczyk Wojciech Piotr Krajewski Piotrek jeśli odbierasz tylko stare Nokie, to można to podpiąć pod humor. Gorzej, jeśli odbierasz galaxy
25
Nov

Sztuka formatowana słowem (o działalności kuratorskiej)

Udostępnij:

Sztuka formatowana słowem

Na ten film trudno się dostać: „Sól ziemi”, dokument Wima Wendersa

 

44175_c 44175_1 05-©-Sól-ziemi-Sel-de-la-terre-La-Salt-of-the-Earth-The-Wim-Wenders-Juliano-Ribeiro-Salgadosolziemi

o słynnym brazylijskim fotografie Sebastiao Salgado grany jest przy kompletach na sali. Prawie przez dwie godziny na ekranie pokazywane są zdjęcia, które komentuje autor. Większość kadrów czarno-białych; opowieść też surowa, pozbawiona patosu i zbędnych słów. Obraz jest wystarczająco wymowny. Postawa Salgado – także oczywista, bez deklaracji z jego strony. Co więcej, jego dokonania obywają się bez bałamutnych wywodów kuratorów; nie trzeba dorabiać ideologii ani interpretacji.

Kiedy oglądałam ten film, uświadomiłam sobie, co mnie najbardziej drażni w lansowanej u nas sztuce: fałsz.

Kuratorski lans

Naciąganie zaczyna się na szczeblu koncepcji. Artysta już nie tworzy z potrzeby serca, ducha, umysłu. Zanim przystąpi do działania – pisze projekt, który ma szanse dostać dotację. Czyli – podejmuje „gorące” tematy, na które przychylnie patrzy Unia tudzież/lub opiniotwórcze ciała przyznające granty.

Dawno skończyły się czasy, gdy sztuka broniła się sama. Kiedy za całą wskazówkę interpretacyjną wystarczył tytuł pracy plus dane techniczne. Jednak w sytuacji, gdy unieważniono dotychczasowe kryteria wartościujące, widzom trzeba wyjaśnić, dlaczego dana rzecz czy postępowanie zostały uznane za dzieło. Komentarz ma przekonać odbiorców, że nie są wpuszczani w maliny. A to w dużej mierze zależy od słów. Od tekstu autorskiego bądź interpretacji kuratorskiej.

Kuratorów ci u nas dostatek. Rekrutują się spośród absolwentów studiów kulturoznawczych, socjologicznych, historii sztuki, uczelni plastycznych, wreszcie – specjalistycznych wydziałów.

W ostatnich latach niepomiernie wzrosła ich liczebność oraz pozycja. Artystów przesunięto do drugiego szeregu. To wyrobnicy. Ich prace traktowane są zaledwie jako surowiec. Glina, z której prawdziwy kreator-kurator lepi Dzieło. To on uważany jest za Autora. On dostaje za wystawy honorarium, często niemałe. Jego nazwisko wypisywane jest w informacjach, powtarzane w mediach. Lansowane.

Nie wszyscy kuratorzy potrafią pisać – jednak piszą. Tworzą „kulturalną” nowomowę. Grafomańskie zawijasy zdobią cytatami z modnych w intelektualnych kręgach lektur i nadużywają obcych terminów. Ta „wokółwizualna” logorea wdarła się do mediów. Dęte komentarze towarzyszą zarówno sztuce wybitnej, jak niskich lotów. I bynajmniej nie przybliżają twórczości plastycznej odbiorcom. Przeciwnie – zaciemniają obraz. Fałszują. Zrównują dokonania wartościowe z artystycznymi wydmuszkami. Żonglują sztuką, socjologią, psychologią, naukami ścisłymi, żywą istotą, chorobą, patologią i wszystkim, co popadnie. Nie ma takiego zjawiska, którego nie można wcisnąć w ramy sztuki. Słowo kuratorskie wszystko uniesie, podniesie, uzasadni.

Na tym nie kończy się zachłanność kuratorów. Ostatnio zaczęli domagać się uznania ich działań za osobny gatunek sztuk wizualnych. Skoro pozwolono im traktować dzieła sztuki jak klocki do przestawiania, może dojść i do takiego nadużycia.

Wrażliwość posthumanistyczna

W zestawieniu z rozrywką poważna sztuka przegrywa. Jest nudna i trudna, wymaga obycia, wiedzy, wrażliwości. Jak ją uatrakcyjnić? Podnoszeniem temperatury. Grą na emocjach. Manipulacjami wątpliwymi moralnie. W sztuce epoki posthumanizmu wszystkie chwyty dozwolone.

Czerwona lampka zapaliła mi się przy projekcie Joanny Rajkowskiej: urodzić dziecko.

 

. born4 699c5e4a4a2c469fabea44b77c6f7f26,750,470,0,0 bda34742c77a438fcc4deb5cc9d55274,641,360,1,0 rajkowska04

Ale nie w Polsce, lecz w Berlinie, jako że będzie to rzutowało na losy potomka. Na tym artystyczne działanie nie skończyło się. Mała Róża przyszła na świat z rzadką chorobą oczu. Doskonały motyw dla kolejnego artystycznego przedsięwzięcia. Oto, co przeczytałam w materiałach prasowych: „Córeczka artystki zaistniała w świadomości zainteresowanych sztuką Polaków w związku z chorobą, z którą z pomocą lekarzy i darowizn od przyjaciół walczą rodzice dziewczynki”.

A co z chorymi dzieciakami, o życie których walczą „zwykli” rodzice? Co z akcjami spontanicznej pomocy ze strony tych, którzy nie są zainteresowani sztuką? Kiedy humanitarne odruchy przekształcają się w „projekt”?

Przypomina mi się mit o Midasie – jak wiadomo, czego by nie tknął, zamieniało się w złoto. Współczesnymi Midasami mianowano kuratorów: kogo/czego nie wskażą, przeobraża się w sztukę.

W CSW-Zamek Ujazdowski trwa retrospektywa Franciszka Orłowskiego, lat 31.

c1ffa5378da5ff35fc349b07078b6be7,640,0,0,0 mg_1029Okazuje się, że mimo młodego wieku ma już na koncie prace „ikoniczne”, np. „Pocałunek miłości” (2009). To dzieło performatywno-procesualne (cytuję), uwiecznione na slajdach. Pewnego pięknego dnia Orłowski przysiadł na ławce obok bezdomnego i namówił go do wymiany odzieży. Rejestrację tego dwustronnego, symultanicznego striptizu zakończonego zamianą księcia w żebraka i odwrotnie, zaprezentowano widzom jako wyraz niezgody na wykluczenie.SZUM-20131212-14-34

Akcja niewątpliwie zainspirowana reportażem uczestniczącym. Pionier tego typu doświadczeń (i ich opisywania), niemiecki reporter Günter Walraff, chcąc dać niezafałszowany obraz losu gastarbeitera, zatrudniał się jako jeden z nich. Podobną mistyfikacją posłużył się Jacek Hugo-Bader, wcielając się w rolę bezdomnego imieniem Charlie. Rzecz znamienna: reportaż wcieleniowy spotkał się z potępieniem innych dziennikarzy, uważających tego typu chwyty za moralnie naganne.

 Kaskaderskie wyczyny

Artyści już spostrzegli, że kurator to twórca wyższy rangą. I tak Zbigniew Libera, znany z działań dysydenckich w latach 80., który w ostatniej dekadzie przeobraził się w gwiazdora sztuk wizualnych, poczuł się uprawniony do oceniania historii sztuki („Przewodnik po sztuce”, cykl programów w TVP Kultura) oraz przygotowywania wystaw. Prezentacja „Kurator Libera” (dwa lata temu w wrocławskim BWA) stała się czymś w rodzaju namaszczenia dla szóstki młodych artystów, wskazanych przez mistrza. Każdy z nich „wychodzi do człowieka” i „…odkrywa ʽprawdziwe łzyʼ, nieporozumienia, aporie racjonalności w zetknięciu z nieredukowalną tajemnicą, będącą zarówno źródłem blasfemicznych gestów, konfrontacyjnych dyskursywnych sprzeczności jak i wdzięczności”.

Taka rekomendacja otworzyła debiutantom drzwi do najbardziej prestiżowych galerii. Dzięki Liberze rozpoczęła spektakularną karierę Honorata Martin. Artystka uprawia sztukę podwyższonego ryzyka. W sensie dosłownym. Na przykład, zawiesza się na rękach po zewnętrznej stronie balkonów bloków mieszkalnych. Z coraz wyższych pięter, bez zabezpieczeń. Dokumentują to zdjęcia, wystawiane jako dzieła. Martin nie przeszła kursu w cyrku – to jej artystyczna inicjatywa. Inny performance, zarejestrowany na dachu wieżowca, nosi tytuł „Z wysoka widok zdaje się być piękniejszy” (oczywiste odniesienie do filmu Anki i Wilhelma Sasnali). Artystka zbliża się do krawędzi budynku, niebezpiecznie wychyla… Podtrzymuje ją ręka niewidzialnego opiekuna. Wyczytałam, że film buduje „niesamowite napięcie”. Z pewnością. A nuż baba spadnie? Dopiero będzie sensacja!

Kiedyś na targach sztuki w Berlinie widziałam amatorski film nakręcony podczas terrorystycznego ataku na WTC. Niektórzy ludzie znajdujący się w wieżowcach wyskakiwali przez okna, wybierając ten rodzaj śmierci. Lot kilku osób zarejestrowała kamera przypadkowego widza. Obserwowałam reakcje publiczności targów: kilkoro chichotało.

Jak widać, śmierć też może być artystycznym towarem.

Senna sztuka

Wydawało się, że akcje polegające na autoagresji wyczerpali pionierzy body artu. Vito Acconci, Orlan czy Marina Abramović eksperymentowali z własnym bólem i wytrzymałością psychiczną publiczności już w latach 60./70. Przeżyli. Acconci projektuje krajobrazy, Orlan ogranicza się do farbowania włosów na dwa kolory, Abramović poddała się licznym zabiegom estetycznym i występuje w charakterze modelki-celebrytki. Z wiekiem przeszła im ochota do narażania ciała na szwank.

A dziś żeby przyciągnąc do galerii widzów nieustannie bombardowanych silnymi emocjami, potrzeba czegoś ekstra. Czegoś, czego zwykle artysta publicznie nie robi. Nie, nie chodzi o wypróżnienie (to też było), lecz o stan, kiedy traci się nad ciałem kontrolę – o sen.

I nie rzecz w tym, żeby zaprezentować filmowy zapis, jak zrobił to Andy Warhol ponad pół wieku temu. Ma być reality show.

Zapoczątkowała to Natalia LL w 1978 roku. Od tamtej pory kilkakrotnie zasypiała (pod wpływem środków nasennych) w obecności zafascynowanej widowni. Jej projekt „Śnienie”

nataliaLL 829_2504_articlespodchwycił i niejako sparafrazował Karol Radziszewski, postępując podobnie podczas wernisażu swej wystawy w toruńskim CSW. Także Natalia Bażowska 006613drzemała zdrowo na otwarciu swego pokazu wiosną tego (kończącego się) roku. Posłała sobie „Leże” z mchów, liści, skór zwierzęcych w Miejscu Projektów Zachęty. Położyła się w legowisku i zapadła w sen. Z katalogu dowiedziałam się, że Bażowska „…deklaruje fascynację życiem we wszelkich jego przejawach, aspektami psychologicznymi i fizjologią ciała, a także czerpanie inspiracji z otaczającej rzeczywistości” (składnia oryginału).

Nie cała to prawda.

Inspiracją dla tej i wielu innych artystów stała się książka Moniki Bakke „Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu”, gdzie opisano „kryzys wyjątkowości człowieka”. Zwierzęta jako dzieła sztuki? Proszę bardzo! Modna perspektywa.

Rok temu w galerii Monopol duet Czekalska/Golec wyeksponowali kota. Żywego. Główny obiekt  pokazu „Still”5736233b poruszając się po sali, nieświadomie włączał urządzenie elektroniczne zapalające neon. Było o czym informować widzów: że wzięty ze schroniska, że był światkiem zbrodni; że zaszczepiony. Najważniejsze jednak – artystom udało się przestawić go na wegetarianizm.

Pionierzy z nieba

Kuratorska aktywność nie dotyczy jedynie młodych, choć pokolenie między 25 a 35 zdecydowanie dominuje w galeriach. Zdarza się jednak, że wyciągani są starsi mistrzowie. Czasem kuratorzy mianują kogoś prekursorem tego, co obecnie na topie. I tak udało się zaadaptować do aktualnych potrzeb działalność Zbigniewa Warpechowskiego, Natalii LL, Zofii Kulik, Tadeusza Rolke.

Jakoś nikt nie rwie się do lansowania Stanisława Fijałkowskiego, Stefana Gierowskiego, Magdaleny Abakanowicz, Zbigniewa Gostomskiego, Kojego Kamojego – żyjących, wybitnych, mocno niemłodych. I mających wielki wpływ na młodsze od nich pokolenia.

Bo żeby starzy pasowali do dzisiejszych trendów, trzeba ich twórczość poddać reinterpretacji. Niektórzy szczęśliwie przebywają w zaświatach i można przypisać im dowolne intencje, dorobić nowe wątki w biografii.

Świetnie do tego nadawali się m.in. Edward Krasiński, Oskar Hansen, Andrzej Wróblewski, Katarzyna Kobro, Zofia Rydet. Ich uznano za godnych antenatów, ich prace trafiły do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ich dorobek wprowadzono na rynek sztuki.

Inaczej stało się z Erną Rosenstein. z4826164Q,Erna-Rosenstein-w-1996-r-

Artystka spotkała się z ostracyzmem po 1989 roku z racji lewicowych poglądów.

erna-rosenstein-2014-03-11-017-920x622 DSC_0310Nic to, że nigdy nie shańbiła się socrealistyczną stylistyką i całe życie pozostała wierna surrealizmowi. Niedawno wyciągnięto z niebytu jej malarstwo, a zwłaszcza nadrealistycznie potraktowane meble, przedmioty i biżuteria. To przecież łakomy handlowy kąsek. Trzeba jednak było zreinterpretować dorobek Rosenstein. I zrobiono z niej… feministkę.

A kto zabroni kuratorowi?

 

 

 

 

 

 

 

19
Oct

Stołki w kulturze (jak są przyznawane stanowiska)

Udostępnij:

Myślicie, że na dyrektorskie stołki w tzw. kulturze są konkursy?
Błąd.
Są ciche nominacje.

„Jak tłumaczy w swoim piśmie Wiceminister Andrzej Wyrobiec tryb konkursowy jest tylko jedną z możliwości wyłonienia dyrektora instytucji kultury. Zgodnie z ustawą o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej organizator może powołać dyrektora bez konkursu po zasięgnięciu opinii związków zawodowych działających w tej instytucji kultury oraz stowarzyszeń zawodowych i twórczych właściwych ze względu na rodzaj działalności prowadzonej przez instytucję.”

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego niechętnie organizuje konkursy na dyrektorów instytucji kultury, których jest organizatorem.
XN–MENEDERKULTURY-FDD.PL
Jaromir Jedliński Przypomnę, co wnikliwie opisywała Christine Sourgins: “Jaki jest zatem portret bezwarunkowego bojownika Sztuki Współczesnej?
Przykro mi to stwierdzić: to kobieta. Dzieci już odchowane, czyha na nią wiek oraz nuda. Potrzebuje drugiego oddechu i drżenia z emocji dla dobrej sprawy. Nie chce sobie brudzić rąk w polityce, pragnęłaby bronić czegoś, bez dużego ryzyka. Uczynki miłosierdzia? To za bardzo pachnie starszą panią dobrodziejką, nie, jej potrzeba kuracji odmładzającej, potrzeba doznania czegoś nowocześniejszego, bardziej ekscytującego: SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ!”
Christine Sourgins ‘Les mirages de l’Art contemporain’ [La Table ronde, 2005] | III rozdział tej książki jako ZMAGANIA WIDZA ZE SZTUKĄ WSPÓŁCZESNĄ, w: Atrium Quaestiones XXI [UAM, 2010] w przekładzie Pawła Ignaczaka

 

19
Oct

Innowacja po polsku czyli a rebour (kilka uwag przedwyborczych z fb)

Udostępnij:

Kiedy czytam/słyszę o konieczności „bycia innowacyjnym”; o promowaniu „innowacyjności”; o nacisku, jaki na „innowacyjność” kładą różni mędrcy, chętnie diagnozujący nasze społeczeństwo – mam wrażenie, że ci doradcy żyją na księżycu – bo na pewno nie nad Wisłą.

Tu promowane jest zachowawcze, potulne i leniwe (pod każdym względem) powielanie tego, co po utartych torach, po najmniejszej linii oporu.
Niejaki Brian Tracy (ogromny sukces w Ameryce jako szkoleniowca od biznesu, sam znakomicie zorganizowany biznesmen, publikujący po kilka książek-poradników rocznie) w wywiadzie dla „Bloomberg” uważa, że w wolnych zawodach i w pracy umysłowej liczy się (w sensie finansowym także) wiedza, osobisty rozwój, kreatywne myślenie i doświadczenie.

„Kiedy stajemy się coraz lepszymi pracownikami, więcej zarabiamy. Rośnie przy tym nasze poczucie bezpieczeństwa. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z cudownych efektów osobistego rozwoju”.

Pan Tracy nie zna polskich realiów. Gdyby poznał, napisałby nowy podręcznik specjalnie dla nas.

Bo u nas wszystko odwrotnie. W zawodach artystycznych, w pracy umysłowej, w edukacji.
Im mniej się wie, im jest się gorszym pracownikiem, im ma się mniejsze doświadczenie – tym większa szansa na sukces. I na zarobki. O bezpieczeństwie nawet nie ma co wspominać.

Zawsze największe szanse mają krewni i znajomi królika. Pardon – Królika.

19
Oct

Polska w ruinie (kilka uwag przedwyborczych i reakcje na fb)

Udostępnij:

Kiedy czytam/słyszę o Polsce w ruinie, wcale mnie to nie śmieszy, nie oburza ani prowokuje do wykonywania gestów mających dać do zrozumienia, że ktoś tu zwariował.

Uważam, że „w ruinie” są ludzie.
I wcale nie ci ubodzy, których coraz więcej (a kiedy dzisiejsi 50-latkowie przejdą na emerytury, ten stan się pogorszy – perspektywa kilku milionów żyjących za niecały tysiąc zł wcale nie jest optymistyczna, nawet dla władz).

W ruinie – traktujmy to jako metaforę – są te wartości, które nas, i w ogóle Europę, ukonstytuowały.
Które sprawiły, że udało nam się obalić komunę.
Dziś na podobny proces nie ma szans.

Każdy patrzy, jak wejść w układ z partią (jaka by nie była u steru) i jak najwięcej z tego zyskać.
Jestem pewna, – co już obserwuję w mediach – że gorący zwolennicy PO szybciutko przesterują sympatie na prawo.

Maria Horak Janikowska W ruinie jest inteligencja. Skarlała coraz bardziej, skompromitowana (teczusie) zapadła się pod ziemię jak Atlantyda.Drzewiej wzorce szły od dworu, teraz od dna.

Marek Trojanowski Zgodziłem się z Tobą nawet bez rozwijania strony (!)

Sylwia Tarkowska-Włodarska Ja nic nie przesteruję. Moje stery prowadzą mnie w jednym kierunku- ku uczciwości i zgodzie z samą sobą. To oczywiste,że mamy w narodzie przewartościowania tak moralne jak i światopoglądowe czy polityczne. Nic juz nie jest takie jak przed laty. Proces jest nieodwracalny.

05
Oct

Żyć nie umierać (felieton o młodości, starości, filmie „Młodość”)

Udostępnij:

– Ze mną kiepsko: w połowie jestem gorący, w połowie lodowaty – zwierzył się pewien sędziwy pan innej seniorce, która również utyskiwała na zdrowotne niedomaganie. Rozpoczęła się licytacja – czyj organizm bardziej szwankuje i w jaki sposób. Wymiana chorób odbywała się w środku masowej komunikacji. Dotknięci nimi starsi państwo przekrzykiwali śródmiejski harmider, nie zważając na przypadkowych słuchaczy. Ba, kontenci z ich obecności. Nareszcie mieli odbiorców skarg. W ich przedziale wiekowym choroby nie robiły na nikim wrażenia.

„Ja mam sześćdziesiąt lat, ty masz sześćdziesiąt lat, będzie nas coraz więcej… ”

Tak mogą zaśpiewać ci, których rodzice nie myśleli o tym, czy podołają finansowo prokreacji, ale po prostu się rozmnażali. Głupio i bez wyobraźni, nie kalkulując potomstwa wedle zgromadzonych na koncie zer. Bo to na ogół było zero lub coś koło tego. W najlepszym przypadku stać ich było na założenie dziecku książeczki oszczędnościowej PKO i wpłacając co miesiąc stówki.

Dzieci powojennego wyżu wkraczają lub wkroczyły w wiek senioralny i zaczynają liczebnie niebezpiecznie dominować nad pokoleniem produkcyjnym. Niektórzy wciąż pracują, przez co młodym rośnie gula, że staruchy ich blokują. Przy bezrobociu i śmieciówkach nie ma co się dziwić, że wzmaga się ageizm, czyli dyskryminowanie osób starszych.

Właściwie, kiedy to się zaczyna? Piękna 32-latka Ann Hathaway

 

2381-anne-hathaway-widescreen Anne-Hathaway-Photoshoot

narzeka, że role odpowiednie dla jej wieku powierzane są dwudziestolatkom, bo ona jest na nie… za stara. Dodaje, że kiedy sama była o dekadę młodsza, proponowano jej wcielanie się w postaci w wieku jej matki. Ktoś powie – choroba Hollywood, nas nie dotyczy. Czyżby?

Siłowe parcie na sztuczną młodość nie wynika tylko z próżności tej i owej osoby. Nie dlatego lekarze różnych „niedochodowych” specjalności przekwalifikowują się na chirurgów estetycznych. To efekt pop-kultury, przyjętej jako jedyna prawda do wierzenia. Brak wyglądu nie przystaje do standardów XXI wieku. Kto jest wizualnie starością trafiony, ten zatopiony. No, chyba że ma sześć czy więcej zer na koncie (o których o czym marzycielsko rapuje Taco Hemingway), wtedy zewnętrzność ani wewnętrzność nie mają znaczenia. Gruby portfel przydaje zmarszczkom seksapilu: delikwent długo nie pociągnie, kasa zostanie. Warto się zatroszczyć.

Ale zejdźmy na naszą polską ziemię, na której emeryt wyciąga miesięcznie góra trzy zera, czasem nawet dwa. Nawet jeśli w promiennych latach 90. uwierzył w obietnice drugiego filaru i wpłacał comiesięczną daninę obcym bankom, mamiących „godną starością”, to dziś żyje raczej głodnie niż godnie.

Transformacja najmocniej uderzyła w wolne zawody, którym przynależność do związków twórczych nie zapewniła na stare lata niczego. Wprawdzie artystom wiek liczy się inaczej. Zdarzają się tacy, którzy z każdą dekadą nabierają coraz więcej werwy, temperamentu, życia. Włos siwieje, plecy garbią się, wzrok słabie, a prace młodnieją. Jednak kreatywność – to jedno, a biologia – drugie.

Obejrzałam „Młodość”, czyli filmową rozprawkę o starości Paola Sorrentino.

b3fc14b7 caine mlodosc-paolo-sorrentino-gutek-film-2015-07-24-001 facebook_event_909995002401650W rolach głównych pan reżyser i pan kompozytor, obydwaj pod osiemdziesiątkę. Relaksują się w szwajcarskim Davos, korzystając z wypasionej oferty kurortu: masaże, zabiegi regeneracyjne, kąpiele, koncerty, nagie baby, dzikie słonie.

Nie drżą na myśl o rachunku, jaki przyjdzie im za te dobra zapłacić – podczas gdy dla polskiego staruszka problemem bywa opłata czynszu. Dla staruszka-artysty jeszcze większy stres, jak utrzymać siebie i podtrzymać aktywność twórczą. Rozpaczliwe wysiłki, heroiczne wybory, dramatyczna walka z narastającą niemocą, a przecież „jeszcze nie wieczór”…

W pewnym momencie jednak nadchodzi. Co wtedy, gdy stan zdrowia i umysłu seniora wymagają stałej pomocy pielęgniarskiej, zaś rodzina się wypina?

Matuzalema czeka przeprowadzka do staruszkowa. O standardzie tego typu przybytków dobitnie mówią nazwy. Od przaśnych domów pomocy społecznej czy centra opieki i rehabilitacji, po ekskluzywne przystanie złotej jesieni, pogodnej i spokojnej starości i domy seniora o wyszukanych nazwach w rodzaju Vivante, Elite Prestige, Nadzieja.

Mogą ją żywić głównie wiekowi przybysze z Niemiec, dla których miesięczny wydatek wysokości 4 do 8 tysięcy zł to betka przy takich samych cyfrach, lecz w euro, które za zachodnią granicą przychodzi płacić za w miarę komfortową końcówkę życia.

To jednak nie największy luksus – bo ten kosztuje kilkanaście tysięcy za miesiąc. Są już takie miejsca w Polsce, zwłaszcza w okolicach Warszawy, gdzie największe stężenie zamożności. Tu dopiero można sobie pożyć! Pensjonariusze mają do dyspozycji pojedyncze – bądź małżeńskie – apartamenty, posiłki z karty, spa, limuzyny z szoferem, zajęcia ukulturalniające i rozrywkowe plus stałą opiekę medyczną, terapeutyczną, rehabilitacyjną.

Gardłowanie o wydłużeniu czy skróceniu wieku emerytalnego w Polsce zupełnie niepotrzebnie rozpala emocje: dla większości obywateli III RP gra toczy się o kilkaset zeta w tę czy w drugą stronę. Ekwiwalent kilku masaży, paru terapii, jednej doby w Vivante czy Prestige.

Żeby uciąć dywagacje o emeryturach, proponuję organizować seniorom ze zwykłych domów starców wycieczki po tym luksusowych. Widzicie, dziady, jaka starość możne być fajna ? A wy, niezguły, nie umieliście zapracować na złoto waszej jesieni. Zawaliliście sprawę. Miejcie pretensje do siebie.