Category: papiery wartościowe

14
May

Spieszmy się czytać książki, tak szybko wychodzą (tekst Grzegorza Sowuli)

Udostępnij:

 

2014_10_20-800

 

 

Od dłuższego czasu proszę wydawców o elektroniczne wersje książek, które chcą mi przysłać do recenzji. To wygodniejsze w lekturze, choć z pewnością łatwiej przy pisaniu omówienia kartkować tom z zagiętymi rogami stron czy rzucającymi się w oczy podkreśleniami niż skakać po zakładkach na ekranie czytnika.

Odmawiam przyjmowania drukowanych edycji, bo przeszkadza mi brak miejsca – oddaję co roku dwie setki książek z okładem różnym instytucjom (zestawy kryminałów, jak się dowiedziałem ze zrozumiałą satysfakcją, odbiera jedna z bibliotek więziennych), obdzielam znajomych, trzebię domowy zbiór jak mogę, a i tak wszystkie półki zastawione są w dwóch rzędach, książki zastawiają biurko i uparcie rozpychają się na podłodze w kolejnych stertach. Wiele bowiem spośród przysyłanych mi tomów zatrzymuję do odłożonej na przyszłość lektury – tej pierwszej, gdy nadejdzie ich kolej, i tej ponownej, „kiedyś”, „później”, „gdy już będę miał więcej czasu”.

Otóż, drodzy czytelnicy, nie łudźcie się, że kiedykolwiek będziecie mieli więcej czasu na lekturę. Żyjemy w innej epoce, „czasu” właśnie pozbawionej, ja zaś jakbym postanowił to uparcie ignorować. Gdy kilka lat temu likwidowałem domową bibliotekę mego ojca, pakując książki do pudeł zauważyłem, że niemal wszystkie były przeczytane – ale też nowości było wśród nich niewiele. Ojciec przez wiele lat emeryckiego żywota czytał namiętnie, dobierając jednak starannie lektury i dozując zakupy. Opierał się przyjmowaniu zbyt wielu nowych tytułów ode mnie. „Nie zdążę”, tłumaczył nie bez racji, bowiem kilkanaście co najmniej tomów, które poznałem jako moje dary, nosiło jedynie ślady pobieżnego kartkowania. Może powinno mnie to dziwić – przecież odkładał sobie lektury na tak zwane „zaś”, właśnie czas emerytury, ale rozumiałem go dobrze: liczba wydawanych tytułów, książek autentycznie ciekawych i wartych skupienia, przyrastała w postępie geometrycznym. „I choćby nie wiem jak się natężał, to nie udźwignie, taki to ciężar”, by przypomnieć Tuwima.

Tak to teraz wygląda – książek przybywa, czasu ubywa. Już nie udźwigniemy, zapomnijmy o tym. Czytam szybko i dużo, od lat nie mam telewizora, odzwyczaiłem się od jego uzależniającego uroku na tyle, że nawet na wakacjach, w hotelowym pokoju nie włączam odbiornika a właśnie czytam. Teoretycznie i praktycznie mam więcej czasu niż przeciętny Polak, telewizji oddający nieco ponad cztery (!) godziny dziennie, książkami zaś w ogóle niezainteresowany. Ale odpakowując kolejne przesyłki zdaję sobie sprawę, że nie starczy mi już życia, by wszystkie te nowe i stare a wznowione pozycje przeczytać. Mogę je sobie upychać na półkach i wciskać pod biurko, wydawcy jednak są szybsi, nie pozwalają mi niczego odkładaać „na zaś”, jeśli doczekam emerytury – dla osoby żyjącej z pisania to raczej nieznany stan – będę przecież dostawać nowe tomy, drukowane i ucyfrowione. Przeglądając je i zastanawiając się, od którego zacząć lekturę, z żalem będę myśleć o tych odłożonych, na które już mi czasu nie starczy czy których, quelle horreur, w ogóle nie doczekam.

Dlatego parafrazuję znane powiedzenie: „Spieszmy się czytać książki, tak szybko wychodzą”… 

 

21
Apr

O chłopcu, który nie był papierową postacią (recenzja książki Kristiny Ohlsson „Papierowy Chłopiec”)

Udostępnij:

Recenzja GRZEGORZA SOWULI:

                     Ohlsson-Papierowy chłopiec

Zaskoczyła mnie ta powieść. Precyzja konstrukcji, dobrze oddane tło społeczne, wyraźne postaci to już standard, do którego przyzwyczaili nas skandynawscy autorzy literatury kryminalnej. Kristina Ohlsson w kolejnym, piątym tomie serii o Fredrice Bergman i jej policyjnym zespole budując tę gęstą fabułę sięga do nietypowych środków: wymyśla legendy, powołuje do życia gminę żydowską w Sztokholmie, bezpardonowo rozstaje się z bohaterami. A wszystko delikatnie, bez wyzwisk, gwałt ograniczając do minimum. Czyli można przedstawić brutalną zbrodnię bez szczegółowego opisu sekcji zwłok, zadanych ran, rozczłonkowanego ciała. Z narracji Ohlsson dowiadujemy się tyle, ile trzeba.

Autorka wzięła na warsztat temat niełatwy i stary jak świat, jednocześnie nośny i dla kryminału czy thrillera idealny: antysemityzm. Można snuć przypuszczenia, grzebać w historii, krytykować uprzedzenia, a w razie czego zamknąć zbyt splątane wątki uniwersalnym usprawiedliwieniem: tajemnica państwowa, sekrety wywiadu, nie do ujawnienia. Czytelnik ma na szczęście przewagę nad biednymi gliniarzami:  m y  wiemy, jak wygląda prawda, oni mogą się jedynie jej domyślać.

Czy rzeczywiście to niechęć do Żydów stoi za zabójstwem nauczycielki w szkole prowadzonej przez gminę żydowską? I za porwaniem dwóch dziesięcioletnich chłopców z tej samej szkoły? To najprostsze rozumowanie – no bo kto poza antysemitą mógłby chcieć uczynić krzywdę zwyczajnym dzieciakom? Śledztwo prowadzone przez Fredrikę (tu uwaga – nie ona dowodzi formalnie zespołem, ale to ona jest jego najważniejszą postacią) zaczyna wydobywać motywy zachowań gminnej społeczności, które na początku konfundują, wkrótce jednak zaczynają układać się w wyraźny wzór – i wprowadzają kolejne wątpliwości. Nawet wyprawa Fredriki do Izraela też daje nieprzewidziane efekty: z jednej strony wiadomo już, skąd się wzięła „miejska legenda” o Papierowym Chłopcu, z drugiej – jego prawdziwą tożsamość chroni państwo. Nie będę już niczego więcej zdradzał, powiem jedynie, że spektakularny i nieoczekiwanie smutny koniec ujawnia prywatną zemstę. Wciągająca lektura.

Kristina OhlssonOhlsson konyvkritikat.hu

Papierowy Chłopiec

tłum. Wojciech Łygaś

s.592, Prószyński i S-ka 2015

ISBN 978-83-7961-204-8

21
Apr

O przydatnej umiejętności lawirowania w labiryncie (recenzja książki Emila Marata „Lawirynt”)

Udostępnij:

Tekst GRZEGORZA SOWULI

Aferą Amber Gold, finansowej piramidy, której ułudę chciał kupić każdy, zajmowały się wszystkie polskie media – to był pierwszy od czasów ArtB przekręt na tak ogromną skalę, może dorównają mu SKOK-i, ale poczekajmy. Z pewnością mieliśmy do czynienia z hucpą, którą kupiło tysiące pazernych naiwniaków.Marat-Lawirynt

Nie mam zamiaru tłumaczyć się z tych słów, wyjaśnia je autor Lawiryntu, historii zbudowanej wokół nadzwyczajnego sukcesu i spektakularnego upadku Aurum Profit, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, ale nieograniczonymi horyzontami, jak przekonywali jej właściciele – ci książkowi i ci realni.Szwindel niejedno miał imię: spokojna starość, bezpieczne lokaty, złoto zawsze się świeci i wiele podobnych komunałów, którymi karmiła klientów bezwzględna i oddana komórka piaru. Jak się skończyło, to wiemy – przynajmniej w rzeczywistości. Choć może też nie do końca – w książce oskarżenia są jednoznaczne: za przedstawieniem Aurum Profit jako piramidy finansowej i doprowadzeniem do upadku jej spółki zależnej, czyli taniej linii lotniczej OT-Air (czyli OLT Express) stoją tajne służby, pracujące dla konkurencji (LOT-u) i zagranicznych inwestorów, Chińczyków, którzy przejąwszy spółkę uzyskaliby istotny punkt zaczepienia, zaś „pośrednicy” z polskich służb otrzymaliby bardzo wdzięczne prowizje. Nic dziwnego więc, że gdy prywatny przewoźnik zaczął stanowić nieoczekiwanie poważną konkurencję dla spółki skarbu państwa, trzeba było podciąć mu skrzydła. Życie podsuwa gotowe fabuły.

Emil Marat pisze z pazurem – jego narracja wciąga, pełna jest zaskoczeń, dostaje się głównie mediom i działom PR, które każde gówno gotowe są owinąć w kolorowy papierek, byle tylko sprzedać je z zyskiem. „No to niech pan jeszcze dopisze, tam, gdzie jest mowa o pracownikach, że pracuje dla nas syn premiera – powiedział Rutha. – O kurwa – jęknął Kott. – Czyli tak: »Firma zatrudnia ponad 400 osób, OT-Air – kolejnych 500. W naszym zespole mamy młodych, dynamicznych specjalistów wierzących w dobrą przyszłość własną i kraju. Pracuje dla nas m.in. syn premiera rządu RP.« – Teraz brzmi mocniej – powiedział prezes”. I tak przez trzy czwarte książki, dosadnie, wyraźnie, bez ściemy, bo autor dobrze zna się na tym biznesie. Ostatnia ćwiartka (bez podtekstów) to już bajka, z odważnymi ludźmi, gangsterami przestrzegającymi moralnego kodu i wielką miłością w tle. Ale czy nie należy nam się taki happy end po brutalnym starciu z codziennym brudem? [gs]

Emil MaratEmil Marat fot. Karol Piechocki

Lawirynt

Noir sur Blanc, Warszawa 2014

s.373, ISBN 978-83-7392-509-0

21
Apr

O laniu wody przy okazji powodzi (recenzja książki Macieja Dobosiewicza „Komisarz Zagrobny i powódź”)

Udostępnij:

Dziś debiutuje na moim blogu nowy autor – GRZEGORZ SOWULA.

Tak, to człowiek mi bliski, nawet bardzo. Ale zna się na rzeczy, na której ja – nie bardzo.

Oddaję mu głos w kryminalnych sprawach.

           Dobosiewicz-Zagrobny

Coraz częściej mam wrażenie, że debiutujący autorzy zbyt wiele wysiłku wkładają w wykreowanie nowej, oryginalnej postaci bohatera – policjanta albo złoczyńcy – niż w uwiarygodnienie fabuły i jej przekonującą konstrukcję. Trzeba się jakoś wyróżnić, to zrozumiałe, ale nieporównanie łatwiej jest zbudować sylwetkę. To trochę jak z popularnymi wśród dzieci laleczkami: bierzesz takiego naguska i zaczynasz go modelować. Jeden zrobi z niego ochlaptusa i damskiego boksera, inny skrytego nienawistnika, jeszcze ktoś – nieznośnego pedanta i upierdliwca. Takim właśnie jest komisarz Zagrobny z poznańskiej policji, gliniarz z milicyjnym stażem, teraz traktowany przez przełożonych nieco ulgowo – dziwak, ale skuteczny, w dodatku doświadczony przez los, żonę zabił mu porywacz i może dlatego Zagrobny potrafi się odgrywać na bogu ducha winnych ludziach, czyli podwładnych. Prawdę powiedziawszy, gdyby aspirant z jego wydziału nie był taką „miękką cipą”, jak sam o sobie mówił, mógłby a nawet powinien komisarza oskarżyć o czysty, klasyczny mobbing. Albo dać mu po prostu po mordzie, bo zarówno metoda dedukcji stosowana przez Zagrobnego, jak i sposób prowadzenia śledztwa pozostwiają wiele do życzenia. Owszem, odlotowa koncepcja morderstw przez utopienie w piwnicznej wodzie sprawdza się, ale naciągane to niczym guma od wecka. Tym bardziej, że trupy idą na konto dwuosobowego gangu czyścicieli, specjalistów sławę ogólnopolską zdobywających właśnie w Poznaniu.

Są w tej książce dobre dialogi i wiarygodne postaci, sytuacje też mogące zaistnieć w rzeczywistości, ale „nierzeczywistość skrzeczy”, by sparafrazować Wyspiańskiego. Choć jedną cechę Zagrobnego muszę wyróżnić: to nałogowy zdobywca nagród w konkursch ogłaszanych w sklepowych gazetkach. I zarazem ich profesjonalny analityk – za wyszukiwanie źle sformułowanych reguł gry dostaje pieniądze. Od firmy swojej córki. A przy tym wygrywa nagrody. Pryncypia biorą w łeb, ale postać zyskuje.

Maciej Dobosiewicz                                        Maciej Dobosiewicz ©BLD

Komisarz Zagrobny i powódź

Videograf, Chorzów 2014

s.242, ISBN 978-83-7835-342-3