Category: recenzje

11
May

Podglądani, podsłuchiwani, sterowani (o wystawie Watching You, Watching Me

Udostępnij:

 

Na frontowej ścianie berlińskiego Muzeum Fotografii, tuż przy Dworcu Zoo, zobaczyłam postaci dwóch mężczyzn naturalnej wielkości, dosłownie wtopione w mur. StreetGhosts-press-berlin-20

Zdumiewały ich twarze bez rysów, rozmazanie w plamę, jakby mieli naciągnięte na głowy pończochy. Reklama? Mural? Rzecz wyjaśniła się wewnątrz muzeum, na wystawie. Frekwencja wysoka, bo temat ważny.

Dotyczy nieuświadomionego przez większość monitoringu na potrzeby polityków i korporacji, równie wszechobecnego jak… Oko Opatrzności..

 

 Peruka, przyjaciel agenta

Prezentacji składa się z dwóch części przenikających się wzajemnie. „Pola mają oczy” dotyczy historii od XVI wieku do końca XX. W tym zestawie jedynie niektóre eksponaty można zaliczyć do sztuki, np. stare ryciny. Reszta to „dowody rzeczowe”. W partii współczesnej, zatytułowanej „Waching You, Watching Me” (cytat z piosenki Blla Withersas, parafraza piosenki Abby „Knowing Me, Knowig You”) bierze udział 10 fotografów z różnych krajów.

 StreetGhosts-press-london-2 street-ghosts-main 

Zacznę od postaci, które zauważyłam na fasadzie Muzeum Fotografii. To praca „Uliczne duchy” autorstwa włoskiego artysty Paolo Cirio, który wykorzystał fotki ze strony Google Street View. Ludzi, anonimowych i pozbawionych rysów, „wyjął” z Googla, powiększył do naturalnej wielkości, następnie umieścił tam, gdzie zostali „złapani” przez satelitę, czyli w przestrzeni publicznej. Dodam, że sfotografowałam te bezcielesne byty i w ten sposób dałam im kolejne życie w mojej komórce.

Obok „Duchów ulicznych” są zdjęcia całkiem konkretnych, lecz anonimowych osób – agentów Stasi. Simon Menner, niemiecki fotograf, przez trzy lata penetrował archiwa NRD-owskiej bezpieki, znajdując rozmaite przykłady inwigilacyjnych metod.

imagesPowstał cykl, który dziś wywołuje uśmiech na twarzach widzów, a kiedyś współtworzył opresyjny komunistyczny system. Oto fotograficzny instruktaż, jak szpieg powinien zmieniać powierzchowność za pomocą stroju, peruk i innych dodatków. Proszę sobie wyobrazić, że to dokumentacja z sympozjum dla agentów! Inny zestaw kadrów – system gestów, jakimi porozumiewali się Stasi. Też jak z filmu szpiegowskiego, a przecież działo się naprawdę.

Skoro o kinie mowa – nieopodal w gablotach wystawiono akcesoria agenta: mini-kamery wmontowane w aparat fotograficzny, zapalniczkę, paczkę papierosów. Znów ma się wrażenie, że to rekwizyty filmowe, a nie przedmioty z życia wzięte. Obok „zabytkowe” kamery przemysłowe i wykonane przez nie foty. Te również wydają się scenami z sensacyjnych filmów: momenty rabunkowych napadów banki czy sklep, zamaskowani bandyci, przerażeni ludzie. Wtedy byliśmy przekonani, że nadzór oka kamery służy publicznemu porządkowi.

 

Wielki Brat się myli

Proszę jednak nie myśleć, że obiektywy są… obiektywne, a służby specjalne – wyspecjalizowane. Niejaki Hasan Elahi, amerykański artysta urodzony w Bangladeszu, został przypadkiem namierzony przez FBI i omyłkowo umieszczony na liście terrorystów. A jak raz się znajdziesz w takim spisie, trudno przekonać o niewinności. Mimo to Elahi spróbował. Przed każdą podróżą dzwoni do FBI i informuje o planach, następnie wysyła szczegółową fotograficzną dokumentację wojaży (dość częstych), sekunda po sekundzie. Siedemset tysięcy ujęć – i co agentura z nimi zrobi?

Równie bezsensowna wydaje się przypadkowa rejestracja powstała przy pomocy CCTV kamery, umieszczonej na iglicy kościoła w małej miejscowości pod Phoenix w Arizonie. Taki projekt przedsięwziął Andrew Hammerand, tytułując go „The New Town”. csm_12_Andrew-Hammerand_1920x937_xl_5b1b8bad20

Aparat na kościele porobił zdjęcia fatalnej jakości, nie pozwalające rozpoznać twarzy sfotografowanych ani przyjrzeć się ich zajęciom, pojąć ich cel. Hammerand chciał w ten sposób uświadomić absurd permanentnego monitoringu, a także minimalną dokumentacyjną przydatność obrazu o niskiej rozdzielczości. Swoją drogą, przypomina się „Powiększenie” Antonioniego, kiedy kolejne zbliżenia tajemniczej sceny bardziej gmatwają sprawę, niż służą jej rozpoznaniu.

 

Oko Opatrzności w dronie

A jaką wymowę ma historyczna część berlińskiej wystawy? Stare grafiki i ilustracje książkowe przypominają, że ongiś wierzono we wszystkowidzące oko Najwyższego, co pomagało utrzymać większość społeczeństwa w ryzach. Strach przed konsekwencjami grzesznych myśli i uczynków wspomagał prawo.

Świetnie ilustruje to drzeworyt anonimowego niderlandzkiego autora „Pola mają oczy, lasy mają uszy” (1546) – rozliczne oczka, łypiące spomiędzy traw i krzewów. 20170125113504.jpg_maxPodobnie śmieszy moralizatorski w intencjach miedzioryt Jacquesa Callot „Niebo zawsze cię obserwuje” (1628): oko wyrastające jak kwiat na wysokiej łodydze.

Mniej surrealistyczne są „inżynierskie” szkice machin do podsłuchiwania – wielkich konch montowanych za pałacowymi ścianami tak, by pozostawały niewidoczne, lecz by wyłapywały rozmowy, być może groźne dla władcy. Nawiasem mówiąc, na podobnej zasadzie konstruowane były anteny „zbierające” obrazy dźwięki z wielkich dystansów – i ich zdjęcia (lata 60. XX wieku) również włączono do pokazu.

Jednak najsilniej na moją wyobraźnię podziałały zdjęcia belgijskiego fotografa Tomasa van Houtryve, nagrodzonego na World Press Photo (2015) za foty wykonane przy pomocy drona. csm_25_Tomas-van-Houtryve_1920_xl_09b441a0d0

Trzeba wiedzieć, że od 2002 roku USA używa tych urządzeń sterowanych via satelity przez operatorów oddalonych o tysiące kilometrów do militarnych celów. Van Houtryve też zainstalował aparat na dronie i w ten sposób uzyskał zdjęcia z ogromnej wysokości, podczas gdy fotografowani pozostawali nieświadomi tego faktu.

Co ciekawe – czarno-białe kadry są niezwykle wysmakowane wizualnie. Sylwetek właściwie nie widać – to punkciki głów, fragmenty ramion. Za to doskonale widoczne są wydłużone cienie tych osób. Pantomima cieni, która pozwala odgadnąć gesty i ruchy ludzi.

Jaki wniosek płynie z berlińskiej prezentacji? Że nie ma takiego miejsca, gdzie można się schować przed nadzorem tych, którym zależy na sprawowaniu kontroli nad światem. Nie chodzi o niewinną rejestrację, lecz o rozpoznanie typowych zachowań, reakcji i potrzeb rozmaitych grup społecznych. A w konsekwencji – o zdalne sterowanie nami, naiwnie wierzącymi w swą niezależność.

Współczesny Wielki Brat nie ma dobrych intencji. Chce zapanować nad naszymi myślami.

 

 

Pola mają oczy” i „Watching You, Watching Me. – Museum für Fotografie, Berlin, wystawy czynne do 2 lipca

09
Apr

Szarża na tle wieszczów (o wystawie Łodzi Kaliskiej w sopockiej galerii PGS)

Udostępnij:

To tekst z katalogu do wystawy „Parada Wieszczów” – pisany w lutym 2017

 

„Radość niszczenia jest równocześnie radością tworzenia” – to jeden z bon-motów Michaiła Bakunina, teoretyka anarchizmu z połowy wieku XIX. Ten oto myśliciel mógłby napisać wstęp do wystawy Łodzi Kaliskiej oraz zanalizować ich postawę pod kątem przydatności dla rewolucji.

Jakiej?

Z pewnością skierowanej przeciwko kapitalizmowi (zwłaszcza współczesnemu), odbierającemu jednostce wolność rozumianą jako pełny i swobodny rozwój potencjału fizycznego, intelektualnego i moralnego.

We współczesnej sztuce polskiej przewijają się/pojawiają postaci będące w opozycji do obecnego systemu ekonomicznego, do porządków i układów neo-kapitalistycznego państwa tworzonego trochę na chybił-trafił.

Ale tylko Łódź Kaliska dotyka ważnych problemów dotkliwie i prześmiewczo, miękko i wyraziście. Bez dydatkycznego smrodku, bez zapalczywości, bez osobistych powodów.

Oni rewidują Polskę bawiąc się w Polskę.

Nie mają zakresu historycznego ani tematycznego.

Co im wpadnie w sokowirówkę pomysłów, staje się materią koktajlu pitego jednym haustem, do upojenia. Bo jak zabawa, to zaba…wa!

Jak wiadomo, gry i zabawy rozwijają świadomość, uczą kreatywności, umiejętności współpracy oraz społecznych postaw. W kontekście współczesnego społeczeństwa zwanego wysoko-ucywilizowanym (cokolwiek by to nie znaczyło), w istocie złożonego z bytów pojedynczych, egoistycznych, aspołecznych i nihilistycznych, droga obrana przez członków ugrupowania Łódź Kaliska jest tyleż outsiderska i niegdysiejsza, co niosąca otuchę – że tak jeszcze można.

„Czy pani jeszcze może…?” pytał Zenon Laskowik panią Pelagię (Bohdana Smolenia) w Kabarecie Tey, na co pani Pelagia ochoczo odpowiadała: „No pewnie, że mogę!”

Oni – Łodzianie – też jeszcze mogą.

Pomimo całkowitej zmiany politycznego i ekonomicznego kontekstu. Pomimo upływu lat. Pomimo to, że z młodzieńcow stali się dziadkami.

Nadal się bawią. Wciąż mogą.

1 x majonez archaiczny + 1 x stefan archaiczny 1 x stefan zolty, majonez zolty 1 x stefan bez konserwantow   1 x majonez zolty 1 x majonez rozowy

Stefan i majonez – cykl z gatunku new-pop

 

Biegają, bo udają

Znacie? Znamy! To obejrzyjcie.

Łódź Kaliska w pełni krasy, formy, stylu (własnego).

Zobaczymy ich numery wypracowane w ciągu kilku ostatnich lat. Ćwiczyli je kawałkami, za granicą, w pracowni, w plenerze.

Panie, panowie – oto polska premiera „Parady wieszczów”.

Będzie też krótki wstęp z przeszłości ugrupowania, której meandry prowadzą od „Bitwy pod Grunwaldem” do „Komuny Paryskiej”, zwłaszcza pewnej kobiety (ma na imię Marianna) z obnażonym biustem, która powiodła lud na barykady. To jednak tylko gwoli przypomnienia, że nie urwali się z choinki.

Bo dziś, na gościnnych występach, pod auspicjami Łodzi Kaliskiej, wystąpi kombo geniuszy-proroków: Jan Janina Kochanowski, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Stefan Żeromski. W tle zaś pojawi się szarża ułanów.szarza 2016_korekta_B_19.07.2016 szarza 2016_korekta_B_19.07.2016 (1)

Taki ultrapolski koktail, którym matki karmią dziatwę; belfrzy (kto by nie pamiętał Bladaczki z „Ferdydurke”) wbijają podopiecznym w jaźń, pamięć i świadomość; duszpasterze – w dusze. Od pokoleń, od zawsze. Taka tradycja.

Wracając do szarży: dla Państwa wygody kawaleria pozostawała w bezruchu. Dla zminimalizowania kosztów, trudów i niebezpieczeństw – konie zostały zastąpione kozłami. Gimnastycznymi. Aby scenie dodać walorów wizualnych – zamiast ubranych w mundury panów w akcji udział wzięły panie. Roznegliżowane.

Żeby sobie wyobrazić, jakby to wyglądało udynamicznione, puszczone w ruch – publiczność proszona była o truchtanie wokół nagiej damskiej konnicy. Taki teatr à rebours – „scena na scenie” nieruchoma, za to widownia w akcji. Do tego ktoś ze spektatorów biegających dookoła rozebranej konnicy filmował ją podczas okrążeń.

Na taśmie filmowej dało to efekt galopu, szarży. A jak ta iluzja wygląda na stop-klatce?

Postaci „szarżujących” pań są niewyraźne, kontury ich postaci tudzież sylwetki kozłów-wierzchowców – rozmazane; tło sprowadzone do horyzontalnych, zamglonych pasm kolorów. Na ekranie i na zdjęciach, za rozmytymi poprzez pęd kształtami ciągną się „komety” form, dające wrażenie jeszcze szybszego ruchu. Za to obserwatorzy – właśnie ci, którzy naprawdę przemieszczają się, lecz są na pierwszym planie, fotografowani z bliska – zdają się tkwić w tym samym miejscu.

Ten powszechnie stosowany (lecz nieuświadomiony przez widzów) chwyt unaocznił publiczności dawno temu Andrzej Wajda w filmie „Wszystko na sprzedaż”. Tamże, kilku statystów, zaopatrzonych w husarskie skrzydła i stosowne nakrycia głowy, biegało dookoła kamerzysty, robiąc za całą armię Sobieskiego.

Mniejsza jednak z trickami filmowymi. Ważniejsze są ułudy, na które dajemy się nabrać w wyniku podstępów Łodzi Kaliskiej.

8. unnamed 2. unnamed 6. unnamed 8. unnamed 7. unnamed 5. unnamed

Balladyna w postaci komiksu – z bohaterką na selfie

 

Prorocy w szyku

Tytuł „PARADA WIESZCZÓW” nie wieszczy niczego dobrego.

Nic w tym dostojnego, godnego wieszcza właśnie.

Już w określeniu „parada” kryje się kpina. Żaden bowiem godny tego miana duchowy przywódca nie pozwoliłby sobie na wzięcie udziału w paradzie – czyli popisowym przemarszu przed oczyma publiczności, w której każdy ma prawo zająć miejsce obserwatora. Czy to władca, czy arystokrata, czy chłop, czy robotnik – każdemu wolno gapić się na paradujących.

Wyklucza to elitarną, ekskluzywną i wyizolowaną z tłumu pozycję wieszcza.

Poza tym, co wieszcz miałby do roboty w takiej masowej manifestacji? I manifestacji czego? „Wieszczowatości”? Przydatności czy predyspozycji do natchnionego przepowiadania przyszłości?

Toż to obelga dla każdego Wernyhory – przyznanie się do swej nie-wyjątkowości, znalezienie wspólnoty wizji (lub interesów) z innymi profetami, wyruszenie z nimi ramię w ramię w trasę wyznaczoną na pochód. Do tego – jakież upokarzające powinności: tu pomachać ręką fanom, tam podtrzymać iskrę w wątpiących, ówdzie skłonić się przed trybuną decydentów.

I nawet nie wiadomo, pod jakim hasłem miałby być zorganizowany przemarsz: ku pokrzepieniu serc, ku przestrodze przed inwazją ideologicznego zła (jakie by ono nie było), czy może – w imię zamanifestowania duchowej siły, zdolnej stawić odpór wszystkiemu, co polskości wraże?

Tej niepewności nie rozwieje wystawa „Parada Wieszczów”.

Ba, zapewne wprowadzi większość widzów w konfuzję. Brak bowiem wyraźnych wskazówek, za czym Łódź Kaliska optuje, a przeciwko czemu się sprzeciwia. Przecież kpina z tradycji – to nie przesłanie.

Ale… może trzeba wznieść się ponad tradycję? Zobaczyć ją w nagiej, pozbawionej literatury, teorii i ideologii, wizualnej formie? Dostrzec wszystkie uwikłania w teatralny, kabaretowy aspekt: przecież w każdym dramacie drzemie też potencjał komediowy. Przegięcie tylko w jedną emocjonalną stronę sprawia, że rzecz traci wiarygodność. Każdy pozytywny bohater, jeśli nie ma wad, staje się papierową postacią. Zrównoważenie pozytywów negatywami – to żelazna reguła każdej wielkiej, ponadczasowej sztuki.

Są tacy autorzy, u których ironia nie tylko dominuje nad patosem – także ten patos wykoślawia do granic parodii (że przywołam Stanisława Ignacego Witkiewicza, Witolda Gombrowicza, Sławomira Mrożka).

Lubię Łódź Kaliską między innymi za to, że nie dmą w trąby powagi. Nie udają badaczy społecznych nastrojów, nie opatrują swoich działań pokrętnymi interpretacjami, naszpikowanymi naukową terminologią. Jeśli Łodzianie piszą autokomentarze – to na takim samym poziomie nie-powagi, jaki cechuje ich performances czy inscenizacje. Wszystko tu się miesza: śmiech i strach, zło i dobro, refleksja nad (polskością) i kpina z (polskości). Równolegle do tej emocjonalnej mieszanki tasowane są historia, teraźniejszość, przyszłość.

I wszystko to w karnawałowej atmosferze, w kostiumach improwizowanych z tego, co pod ręką.

Łodzianie/Kaliszanie nie stawiają jednoznacznych diagnoz.

Nie chcą nas, odbiorców, przekabacić na swoją stronę – gdyż nie sposób zaznaczyć granic tej „strony”. Sami do siebie nie mają poważnego podejścia. Ich autorytety są rozciągliwe, ich doktryny – ruchome jak piaski.

Co im tam wieszcz? Tyle, co majonez. Bo jak wydało się w trakcie przygotowań jednego z wątków „Parady wieszczów”, są takie miejsca na mapie Polski, gdzie krem-sos z żółtka i oliwy otoczony jest większym kultem, niż najsłynniejsze pióro okolicy.

I tę niemiłą intelektualistom prawdę trzeba przyjąć na klatę.1 x stefan zolty, majonez zolty

A Łodzianom/Kaliszanom to nie wstyd, nie hańba. Oni chichoczą. I kręcą swoje majonezy.

 

Łobuzy z podwórka sztuki

Teraz trochę historii. Łódź Kaliska plasowała się (od zawsze, od 1979 roku) nie tyle w głównym nurcie naszej sztuki, co na jej poboczach. We czterech (stan bieżący, bo zaczynali w piątkę) liczą ponad 250 lat. Jaki jest wiek przeciętnego członka ŁK nie zdradzę, proszę sobie wyliczyć średnią. Jako formacja formalnie zbliżają się do czterdziestki (okrągła rocznica wypadnie w 2019 roku) – a to w metryce ciała zwanego ugrupowaniem artystycznym wiek matuzalemowy. Tak długo grupy nie żyją!

Na oko wydają się poważnymi panami z poważnymi minami i jeszcze bardziej serio profesjami: architekt, chemik, historyk sztuki. I tylko jeden – artysta. Mimo wszystkie różnice zawodowe, dogadują się. A najlepiej im to wychodzi na spędach z udziałem pięknych pań, inaczej zwanych Muzami. Muzy ich inspirują, pozują do zdjęć/inscenizacji, biorą udział w happeningach.

Łodzian, ich Muzy oraz członków-kandydatów (bo i tacy są) cechuje swoista niewinność, która w ich sztuce przeobraża się w prześmiewczość. Ta zaś urasta do potworności. Coś na podobieństwo figur z „Pornografii” Gombrowicza.

Wszyscy czterej cierpią na zatwardziały syndrom ułańskiej fantazji z pop-kulturowymi powikłaniami. W doborze tematyki zachowują pełną niefrasobliwość. Każdy motyw dobry, jeśli inspirujący.

Na arenie polskiej sztuki nie ma analogicznego zespołu z podobnie długim stażem i niezmiennym (od początku) statutem. Wszystkie formacje bazujące na zróżnicowaniu form wyrazu, na ironii i absurdzie – jak choćby Azorro czy Łyżka Czyli Chilli – przetrwały znacznie krócej. Wyczerpywały się pomysły, zmieniały poglądy członków i ich status materialny, pojawiały się konflikty… Tymczasem Łódź Kaliska, zespół ukonstytuowany podczas Karnawału Solidarności, przetrwał zapaść stanu wojennego, przetrzymał dogorywanie PRL-u, przeżył transformację ustrojową, nie dał się zniszczyć polskiemu drapieżnemu kapitalizmowi i poradził sobie ze zmianami mentalnymi rodaków wynikłymi z braków i dobrodziejstw III RP.

Łódź Kaliska trwa na burzliwym morzu najnowszej historii Polski i płynie zawsze pod prąd obyczajowych huraganów. Takie don Kichoty made in Poland. Jedni przyklaskują ich straceńczej strategii, inni czują się obrażeni w swej ideologicznej powadze. A Łódź Kaliska nadstawia ciała z każdej strony – to naraża się patriotom, to feministkom, to prawicy, to lewicy. Bo Łodzianie nie uznają żadnego ideolo-prymatu. To ich siła.

Gdyby próbować odpowiedzieć na pytanie: kim są? – trudno byłoby znaleźć jeden adekwatny termin. Co więcej, próby zdefiniowania ugrupowania prowadzą poza słownictwo znane/stosowane w teorii sztuki.

 

Pierwsi do narażania (się)

Łódź Kaliska mistrzowsko dworuje sobie ze wszystkiego, co inni stawiają na piedestale. Nie faworyzuje żadnej stylistyki, czy raczej – anektuje wszystko, co aktualnie jej przydatne.

Łodzianom/Kaliszanom najbliższa jest postawa dadaistyczna, za którą „rdzenni” dadaiści zbierali cięgi (sensu largo i sensu stricto), co zdarza się również ŁK. Nawet jeśli cielesne urazy nie były/nie są ich udziałem, obrywają za stawianie się wpoprzek artystycznemu establishmentowi.

Można by ich nazwać permanentnymi anarchistami, nihilistami sztuki, kontestatorami zastanych porządków. Ale wszystkie te określenia są zbyt wzniosłe, nieprzystające do ich poglądów ani strategii działań.

Wolę ich określić mianem chuliganów sztuki. Oni nie filozofują. Po prostu są przekorni i wywracają na nice (patrz: Stanisław Lem, „Bajki robotów”) to, co „do wierzenia podane”. Nie ufają dogmatom – a może są po prostu ciekawi, co kryje się pod spodem?

Dlatego skupiają się na penetrowaniu rewersów sztuki.

Rewersów? Co ja mówię, to dla nich za elegancko! Oni włażą sztuce do flaków, zaglądają do ślepej kiszki, przysadki mózgowej i grasicy. Szukają sztuce brudu za paznokciem, nagniotka na pięcie, odrostów na farbowanej czuprynie. Są wyczuleni na każdy fałsz, tak twórców, jak odbiorców.

To łobuzy, dla których nie ma żadnej świętości.

Ale, ale! Nieprawda. Mają swojego boga: doskonałość formy. Siła przekazu zawarta w przemyślanym, dopracowanym w każdym calu kształcie. W tym aspekcie trwają przy tradycji.

Niby wyrośli na podglebiu Kultury Zrzuty, niby z pnia groteski, zgrywy, sztuki żenującej – a tak naprawdę w poszanowaniu dla Formy. Jak Witkacy – szaleni i zarazem zdyscyplinowani.

Trzynaście lat temu wywołali skandal za sprawą okładki w „Playboyu”: ogołocili z godności godło polski (naga młoda piękność „wpisana” w kształt białego orła, ze skrzynkami po coca coli jako narodowym rekwizytem). Niemniejsze poruszenie wywołali wystawą w Centrum Sztuki Współczesnej-Zamku Ujazdowskim „Niech sczezną mężczyźni” (2008), narażając się na ataki feministek. Powód? Rozebrali Muzy (to akurat nic szczególnego) i „zatrudnili” w typowo męskich zawodach, jak kominiarz, tapicer, wylewanie asfaltu.

Każda ich sesja (a organizują cykliczne zjazdy w Łodzi, rzecz jasna) była/jest ekscesem.

A podczas zjazdów dzieje się! To burze mózgów połączone z happeningami; spotkania pod patronatem Muz i galopady przez historię sztuki; penetrowanie codzienności, wyłuskiwanie inspirujących plotek z brukowców i z mroków przeszłości.

Z takiej wybuchowej mieszanki nie mogło powstać nic, co przystawało/przystaje do mainstreamowych nurtów.

 

Wieszcz bez wieszcza

Czym Kaliszanie zbulwersują trójmiejską publiczność?

Myślę, że każdy cykl z „wieszczej” serii ma obrazoburczy potencjał.

„Stefan Żeromski i Majonez Kielecki” narażą się pewnie podobieństwem do „Zupy Campbell” Andy’ego Warhola. Przystojne (choć zniekształcone nierzeczywistymi kolorami) oblicze pisarza pojawia się na tle zwielokrotnionego napisu „bez konserwantów”, zacytowanego z opakowania majonezu. Seria kilkunastu słoiczków tego przysmaku też kojarzy się z pracą na papierze amerykańskiego mistrza pop-artu. To jakże to? Przerobić autora „Przedwiośnia” na modłę amerykańską?

Juliusz Słowacki też może nie przypaść tradycjonalistom do gustu. Poemat „Balladyna” przeobraził się w krwawy komiks rozpisany na kilka plansz. Teksty (fragmenty oryginału) w dymkach ulatują z ust i myśli bohaterów zastygłych w przerysowanych gestach, z nadekspresyjną mimiką – jak aktorzy z amatorskiego teatru. Kampowego sznytu dodają inscenizacjom niedorzeczne, niby-historyczne kostiumy. Pikanterii całości dodaje stylizacja „na selfies” robione przez czarną heroinę dramatu (co by było, gdyby Balladyna miała telefon komórkowy?…). Kto nie lubi pure-nonsensu i kampu, może zatrząść się z oburzenia.

Adama Mickiewicza właściwie nie widać – jego obecność została sprowadzona do rozpikslowanej reprodukcji obrazu „Polonia” Jana Styki. Choć nie, jest jeszcze aneks: kilkadziesiąt białych, gipsowych popiersi wieszcza wrzuconych do akwarium (jak ryby bez wody).

Wreszcie – Janina Kochanowska zamiast znanego skądinąd poety z Czarnolasu. Łodzianie wykorzystali tu newsa sprzed kilku lat, w którym informowano o znalezieniu czaszki kobiety w miejscu domniemanej mogiły Jana Kochanowskiego. To wystarczyło, żeby ŁK zabawiła się w swoim starym stylu. Członkowie grupy i ich Muzy zaimprowizowali sytuacje ze znanych historycznych obrazów. Tuzin znanych malowideł przerobiono na sceny z życia Janiny Kochanowskiej – kobiety. Te fotograficzne pastisze na pewno zrewolucjonizują naszą wiedzę o renesansowym poecie. Przede wszystkim, poddadzą w wątpliwość jego tożsamość płciową. Może bodaj w tym przypadku feministki zostaną usatysfakcjonowane?

 

02
Apr

Ręczna robota w animacji (wystawa Piotra Kamlera w Kordegardzie)

Udostępnij:

Piotr Kamler.kamler10

W warszawskiej Kordegardzie (przy MKiDN) wystawa (23.03 – 23.04. 2017).piotr-kamler-galeria-kordegarda-warszawa-2017-03-21

Zachwycił mnie, zawstydził (że nie wiedziałam o nim). Przedstawiciel tzw. nurtu filozoficznego w animacji.

Młodszy o mniej więcej dekadę od Lenicy (Jana) i Borowczyka (Waleriana).
Młodszy też od mojego Mistrza Daniela Szczechury (bo On uczył nas na warszawskiej ASP fotografii i filmu animowanego; pierwsze zajęcia obowiązkowe przez dwa lata; drugie – wolontarystyczne, ekskluzywne, wymagające hartu ducha, bowiem czekało się wiele miesięcy na kamerę).
Ale mniejsza, to podobne pokolenie. Robili polską animację, wynosili na świat, zdobywali nagrody.

Piotr Kamler.

Rocznik… wczesny. Międzywojnie XX wieku. Osiem krzyżyków zaliczonych. Polski artysta we Francji. Autor filmów animowanych.

I te filmy są do obejrzenia! Lata 60, 70.
Jak to się wtedy ręcznie, zręcznie robiło. Pomysłem, zmysłem, inteligencją, wyobraźnią.vlcsnap-2010-08-31-07h28m11s99 Picture 76 Picture 74 137857378_1280x720

Bardzo polecam. Do 23 kwietnia.
Poniżej – kadry z filmów. Ręczenie robione marionety !!!

!Ulotna-misja chrono2

15
Mar

Życiodajna moc sztuki (o wystawach w Fundacji Stefana Gierowskiego i Salonie Akademii)

Udostępnij:

Jednego dnia obejrzałam dwie wystawy – tak różne, jakby z innych planet. I nie chodzi o użyte media ani stylistyki. Te prezentacje wyrażały odmienne stany ducha autorów: jedna była zastrzykiem optymizmu, druga niosła rozpacz.

Ta pierwsza, w Fundacji Stefana Gierowskiego – dawała nadzieję na PRZYSZŁOŚĆ, była świadectwem potęgi sztuki i siły przyjaźni.

Jej autorzy już nie żyją, lecz wiele lat wspólnie działali w Klubie Krzywego Koła, przy tym pracowali intensywnie, każdy w zupełnie inny sposób – a spotkali się… w obozie koncentracyjnym, w czasie wojny.

 dlubak zbigniew portret_6279751

Zarówno Zbigniew Dłubak (1921 – 2005), którzy przeszedł przez Auschwitz i Mauthausen,

jak Marian Bogusz (1920 – 1980), który też był więźniem Mauthausen

66423_bc78cb7e3, uważali, że koszmar wojny można przetrzymać tylko poprzez tworzenie i organizowanie pokazów malarstwa.

fo_dlubak_uwieziony_msl_l 6c0ae5719f8d14f642588f3a9d947f3b zbigniew-dlubak-tytul-xxxsystem-iiixxx-1975-r.-ze-zbioroxxw-muzeum-sztuki-w-lodzi-1200x1360

To obrazy Zbigniewa Dłubaka z różnych lat, a najwcześniejszy „zielony ludek” zatytułowany „Uwięziony” pochodzi z 1948.

m790 H1118-L13588200 Bogusz

A to obrazy Marana Bogusza, też z rozmaitych okresów. Ostatni – z serii kompozycji  malowanych na aluminium.

Podobnie udało się przetrwać oflag Romanowi Owidzkiemu (1912 – 2009), którego wystawę kilka miesięcy temu zorganizowała Galeria Le Guern.
Sztuka, twórczość i chęć dzielenia się dokonaniami oraz poglądami na prace innych dawały siłę niejednemu artyści. Ba, przeżycia obozowe stawały się motorem do jeszcze intensywniejszego działania po wyzwoleniu – przypadek Józefa Szajny.

Tego samego dnia poszłam do Salonu Akademii (pałacyk ASP), gdzie trwa wystawa ABS_2067.
Dziesięcioro młodych absolwentów Wydziału Sztuki Mediów wzięło udział w konkursie (i zostało zakwalifikowanych do pokazu przez jury) , którego tematem była projekcja ich życia za 50 lat.

Wyszłam powalona PESYMIZMEM tych młodych, utalentowanych ludzi. Szczególnie dwie prace nie dają mi spokoju: doskonałe w każdym sensie wideo „Modern Clown” Justyny Łoś i dramatyczne wyznanie Macieja Szczęśniaka. Tenże po prostu oznajmił, że… nie może stworzyć niczego, ponieważ myśl, co będzie za 50 lat, niesłychanie go przygnębia. „Istnieje możliwość, że świat jaki znamy, skończy się w wyniku wojny albo jakiegoś kataklizmu. To wszystko jest strasznie smutne i przygnębiające. Tak bardzo smutne, że nie mogę o tym myśleć”.

Zestawienie tych dwóch pokazów – to najlepszy dowód na to, że kultura, sztuka, wartości, a tym samym – nadzieja zostały zniszczone.

Nie jest to dobra wiadomość dla świata.

08
Feb

Zbliżenie na „Jarnucha” (o wystawie Jerzego Jarnuszkiewicza w Zachęcie)

Udostępnij:

Ma pierwszą tak obszerną wystawę monograficzną w Polsce. Niektórych prac nigdy tu nie oglądaliśmy,  bo powstały w Kanadzie i stamtąd je sprowadzono.

W Zachęcie (do 17. kwietnia) jest wszystko; różne dziedziny sztuk wizualnych, których się ima – od rzeźby monumentalnej po medale, które najlepiej oglądać z lupą przy oku; od malarstwa, czarno-białych grafik (drzeworyt) – po barwne ex librisy (techniki metalowe).

Jerzy Jarnuszkiewicz,

Jerzy Jarnuszkiewicz, rzezbiarz,

zmarły w 2005 roku, miał też wielkie zasługi jako pedagog. Z jego pracowni na warszawskiej ASP wyszli m.in. Henryk Morel, (niestety, nieżyjący od dawna – samobójstwo) i Grzegorz Kowalski, który przejął dzieło po mistrzu i przekształcił atelier w Kowalnię.
Jednak bez „Jarnucha” – jak go wszyscy na ASP nazywali – nie byłoby tego, co najlepszego wykluło się z Kowalni, zaczynając od samego Kowalskiego.

Bogata, szczera i wielostronna twórczość; tak oryginalny i prawdziwy twórca, tak inspirujący pedagog.

Ekspozycja „Jerzy Jarnuszkiewicz. Notatki z przestrzeni” – to objawianie. Także od strony aranżacji i architektury przestrzeni (autor: Robert Rumas). A kurator Waldemar Baraniewski naprawdę postarał się jak najdokładniej zaprezentować swego bohatera. Nareszcie pokaz na miarę Zachęty!

58909014807cb  58908fe1e973a

pomnik jarnuszkiewicz3_p1_resize588606419bd06  58908fe5314f7 image_003 01 58908fe9acb83large_2

 

01
Feb

Hopper w Rzymie, w kinie, w małżeństwie (wystawa w Complesso del Vittoriano)

Udostępnij:

 

 Alfred Hitchcock, Terrence Malik, Michelangelo Antonioni, Wim Wenders, David Lynch, Ari Kaurismäki, Andrzej Wajda – to tylko niektórzy mistrzowie kina, zainspirowani malarstwem Edwarda Hoppera. W tym roku minie pół wieku od śmierci artysty, który czerpał natchnienie z… ekranu, i vice versa.

Przypominająca tę rocznicę wystawa w rzymskim Complesso del Vittoriano (do 12 lutego 2017) sprowokowała mnie do tropienia związków amerykańskiego twórcy z dziewiątą muzą. Oraz do rozważań o fenomenie jego stylu i koncepcji.

                                         Hopper-Apartment-Houses hopper_exhibition_rome_4 

                                                 60.54 hb_62.95

 

Wyniesiony na ołtarz

Tę prezentację można potraktować w kategorii symbolu: oto Stary Świat padł do nóg przybysza zza oceanu. Dowodem – oddanie, czy wręcz poddanie najbardziej prestiżowego miejsca w sercu Rzymu Amerykaninowi. Oto wystawę Edwarda Hoppera ulokowano na Kapitolu, w budynku-pomniku wzniesionym na cześć Wiktora Emanuela II, pierwszego króla zjednoczonych Włoch. Il Vittoriano, gigantyczny kompleks urbanistyczny z początku XX wieku (inauguracja – 1911), zwany jest także Ołtarzem Ojczyzny. Tamże, w zachodnim skrzydle, organizowane są pokazy artystów prawdziwie zasłużonych dla światowej sztuki.

Niewątpliwie Hopper zasługuje na przyjęcie do międzynarodowego Panteonu, ale „okoliczności przyrody” (i historii) dodają wydarzeniu pikanterii.

Po pierwsze, mistrz Edward hopper_exhibition_rome_1

zaliczany jest do nurtu realizmu amerykańskiego, jednego z pierwszych rdzennie tamtejszych kierunków, zapoczątkowanych przed I wojną, a reaktywowanych i rozkwitłych po krachu na giełdzie roku pańskiego 1929. Jak wiadomo, był to początek wielkiej depresji nie tylko na Nowym Kontynencie. Efektem zapaści ekonomicznej okazały się narodziny faszyzmu w Europie, a w dalszej konsekwencji, narastanie izolacjonizmu tak w polityce, jak w sztuce. Nie trzeba dodawać, że Włochy, obok Niemiec, były epicentrum faszystowskich idei.

Co zakrawa na paradoks, zarówno w ostoi demokracji czyli w Stanach Zjednoczonych, jak w państwach skrajnie nacjonalistycznej ideologii, wypowiedziano wojnę abstrakcji.

Sztuce nieprzedstawiającej przeciwstawiono figurację, która miała nawiązywać do tradycji i dawać odpór „zdegenerowanej” kosmpopolitycznej twórczości.

 

Samotnicy z Nowego Jorku

Tak więc amerykański „prowincjonalny” realizm z lat 30.-40. XX wieku nie pojawił się przypadkowo, lecz był reakcją na wydarzenia geopolityczne. Jednak niewielu autorów zza Wielkiej Wody przebiło się na europejskie forum. Wciąż niekwestionowaną stolicą kultury był Paryż, dyktujący mody, weryfikujący kariery, namaszczający nowych guru sztuki. Oczywiście, I wojna poczyniła spustoszenie w szeregach twórców wszelkich dyscyplin, dając handicap Nowemu Jorkowi. Kolejną falę talentów ze Starego Kontynentu przywiało do Stanów faszystowskie tornado.

Lata minęły, historia sztuki została poddana wielu rewizjom i rewindykacjom. Przewartościowano zjawiska z pierwszej połowy XX stulecia, dopuszczono na Parnas także urodzonych w USA, zaakceptowano odrębność, doceniono wkład w światową sztukę, wyceniono na nowo ich dokonania. Nie mówię o trendsetterach pop-artu w rodzaju Warhola, Lichtensteina czy Rauschenberga, nie o pionierach ekspresjonizmu abstrakcyjnego jak Jackson Pollock czy Willem de Kooning. Mam na myśli przedstawicieli pokolenia urodzonego w ostatnich dekadach XIX wieku.

Większość tamtej generacji miała kompleks Europy, odrabiała z poślizgiem lekcję impresjonizmu lub z zadyszką goniła modernistyczne nowinki. Nieprzemakalni na mody okazywali się najczęściej ci, którym mentalnie było daleko do Starego Kontynentu – piewcy zdrowych amerykańskich wartości, patrioci regionalizmu, pogardzający „dekadentami” z École de Paris. Niczego nie można im było zarzucić jeśli chodzi o techniczne umiejętności, jednakże brakowało im wizjonerskich mocy.

I oto wśród twórców „made in USA”, związanych z miejscem urodzenia edukacją, myśleniem i postrzeganiem świata, pojawiło się dwoje outsiderów. Edward Hopper (1882-1967)edward-hopper-9343823-1-402

i Georgia O’Keeffe (1887-1986). image_gallery  

Choć wykształceni we własnym kraju, bez zwyczajowego europejskiego „dokształtu”, okazali się tak silnymi osobowościami, że wyłamali się z ram rodzimych tradycji. I poszybowali w kierunku własnych wyobrażeń, obsesji, koncepcji estetycznych.

O’Keeffe, niemal równolatka Hoppera, pod wieloma względami stanowi jego przeciwieństwo. Jednak można dostrzec kilka punktów styku: obydwoje szukali w malarstwie silnych kontrastów światła i cienia, oboje fascynowali się pejzażem o magicznych, metafizycznych własnościach. Co najważniejsze, obydwoje umieli oddać w obrazach specyficzny stan świadomości – bycia wewnątrz zjawisk i poza nimi; stan z pogranicza napiętej czujności i snu. Łączyli intensywność fizycznego, zmysłowego odczuwania rzeczywistości z emocjonalnym chłodem. Najkrócej rzecz ujmując, obydwoje wykreowali (każde innymi metodami) malarski koktail życia i śmierci.

Do tej wspólnoty należy dodać podobieństwo cech charakteru: byli odludkami. Powie ktoś – toż mieli partnerów, pozostawali w wieloletnich związkach małżeńskich, ba! mieszkali w Nowym Jorku, kursowali po ulicach metropolii, odwiedzali tłumne lokale. Ale zarówno Hopper, jak O’Keeffe równoważyli wielkomiejski zgiełk wyciszeniem na odludziu. On – w letnim domu na Cape Cod, ona – na Ghost Ranch w Nowym Meksyku. Mimo wszystkie różnice, późne pejzaże Georgii tchną – podobnie jak widoki uwieczniane przez Edwarda – aurą niepokojącej pustki. Jakby naprawdę przedstawiali okolice zamieszkane przez duchy. 111964 AR-160429784 georgia-okeeffe-sunset,-long-island LakeGeorge

Jest akurat okazja, by porównać dorobek Hoppera i O’Keeffe. Równolegle do ekspozycji EH na Kapitolu, w wiedeńskim Kunstforum trwa (do 26 marca 2017) wielka monografia damy, wcześniej prezentowana w londyńskiej Tate Modern. Dodajmy, że w tym roku wypadnie 130. rocznica urodzin tej artystki.

 

Kadr w świetle reflektora

Wróćmy jednak do pierwszego bohatera. Już na pierwszy rzut oka sztuka Hoppera wyróżnia się na tle innych wybitnych dokonań tamtego okresu konstrukcją kadru. A konkretnie – liniami diagonalnymi. Abstrakcjoniści (najogólniej rzecz ujmując) dbali o wyważony układ pionów i poziomów albo o równowagę walorów i „energii” obrazu. Hopper inaczej. Jego domena, to skosy, skróty, cięcia. Postaci, budynki czy inne obiekty złapane są w sieć linii ukośnych. Te przedstawienia łatwo opisać, lecz nie sposób być pewnym ich znaczenia. Konkrety mieszają się z domysłami.

summer-evening hb_53.183rooms-by-the-seafd38f575756f5adad51b4b7d60d39648

Najpierw zauważamy światło, które ustawia plany, wchodzi w interakcję z figurami, kreuje nastrój. To antyteza miękkiego sfumata Leonarda da Vinci, zaprzeczenie ciepłego chiaroscuro Caravaggia, negatyw subtelnego mżenia jasności u Vermeera van Delft.

U Hoppera w plenerowych przedstawieniach dominuje światło poranne, gdy powietrze przejrzyste, cienie wyraziste, a paleta barw chłodna nawet w pełni lata. Gdy wydarzenia rozgrywają się we wnętrzach, oświetlenie także nie daje wrażenia przytulności. Zjadliwa jasność przeraża i obnaża. Ale przecież tylko te jarzące w ciemności punkty pomagają ludziom zorientować się w przestrzeni, zobaczyć innych, znaleźć punkt oparcia. Więc nocne ćmy ciągną do światła, na własną zgubę…

Malarzowi udała się sztuka niebywała – anonimowe postaci wyniósł do rangi bohaterów. Jednak wcale nie ich nie „uczłowieczył”, nie sprawił, że interesujemy się ich losami. Ot, statyści.

Ale bezruch tych figur kryje w sobie coś złowieszczego. Wyczuwamy zapowiedź dramatu, choć na razie cisza, suspens. I napięcie rośnie.

Czy można się dziwić, że Hopperem inspirowali się reżyserzy oraz operatorzy? I odwrotnie – nie wydaje się niczym dziwnym, że namiętnością malarza były nocne, samotne wypady do kina. Ten zwyczaj, nabyty już w czasie studiów (zresztą do wizyt w kinie i teatrach zachęcał go Robert Henri, jeden z pedagogów nowojorskiej School of Art and Design, gdzie Edward pobierał nauki), kontynuował potem całe życie. Za młodu fascynował go niemiecki ekspresjonizm – Fritz Lang, Friedrich Murnau, Robert Wiene. Potem polubił filmy grozy, thillery, czarne kryminały. Uważnie śledził tricki oświetleniowe, pracę kamery, przeciąganie scen, zawieszanie akcji. Poza tym, co działo się na ekranie, chłonął aurę małych całodobowych kin, gdzie przesiadywali single nie wiedzący, czym wypełnić nadmiar wolnego czasu.

 

Marionetki w dekoracjach

Realizm Hoppera jest pułapką. Bo nie mamy pewności: pokazuje rzeczywiste budowle i wnętrza, czy tylko teatralne/filmowe dekoracje? Jako się rzekło, nadrzędną rolę pełni tu światło. A oświetleniem można fałszować, tworzyć iluzję, podkręcać napięcie. Tak właśnie robił Hopper. Na jego płótnach lampy, jarzeniówki czy reflektory zdają się decydować o egzystencji istot uwięzionych w ich świetle. W tych pomieszczeniach nie jest przytulnie ani swojsko. Pozbawione indywidualnych cech pokoje, często hotelowe czy biurowe, mają wyposażenie „praktyczne”, zredukowane do niezbędnego minimum. Nagie ściany, pozbawione zasłon okna, kanciaste sprzęty – wszystko to zdaje się ograniczać swobodę tych, którzy wejdą do środka. To nie domostwa, to więzienne cele. Bo też bohaterowie – a najczęściej bohaterki – obrazów pana EH nie cieszą się pełną wolnością. Są więźniami własnych strachów, natręctw, upokorzeń. Niewoli ich samotność i kompleksy. Żyją na uboczu. Nic im z komfortów nowoczesności – najwyżej tyle, że mogą udać się do całonocnego baru lub przesiedzieć kilka seansów filmowych. Podobnie odklejone od rzeczywistości wydają się mieszkanki prowincji. Widać, że nie doświadczają biedy; są młode, zdrowe i atrakcyjne – mimo to żadnej satysfakcji z życia nie mają.

Ale czy mamy do nich sympatię i empatię? Niekoniecznie. Ot, wieczne frustratki. Same nie wiedzą, czego chcą. Może, gdy zdobędą się na jakiś desperacki krok lub staną się ofiarą mordercy, na chwilę poruszy nas ich nieszczęście. Póki co, dopóki jeszcze żyją, są tylko kompozycyjnym sztafażem. Bez nich pejzaże i wnętrza wydawałyby się… nieludzkie.

 

Wizje nierzeczywistości

Stan zawieszenia, w jakim tkwią figury z obrazów Hoppera, prowokuje do snucia domysłów. Co było przed chwilą, co stanie się za moment? A gdyby te kukły animować, jaką fabułę by opowiedziały? I czy poszczególne płótna dadzą się ułożyć się w jakąś narrację? Takie pytanie musiały nurtować austriackiego reżysera Gustava Detscha, który z trzynastu prac amerykańskiego malarza wysnuł opowieść o losach kobiety imieniem Shirley (film „Shirley – wizje rzeczywistości”, 2013, polska premiera 2014).f17_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer installation_view_-in-milano

Deutsch ulepił swoją bohaterkę z postaci z różnych kompozycji Hoppera, powstałych w ciągu kilkudziesięciu lat. Akcja filmu? Właściwie jej nie ma. Oglądamy trzynaście oderwanych od siebie epizodów, dla których punktem wyjścia stały się płótna EH.p3_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_michaela_c_theurl_yatzer f1_shirley_visions_of_reality_by_gustav_deutsch_photo_jerzy_palacz_yatzer maxresdefault-1 0c416746f6ecbcc00d6f6337fc54e822faf05d94_860

Deutsch dał Shirley zawód, czy raczej dorywcze zajęcie: to aktorka offowego teatru, potem osoba dorabiająca w kinie jako bileterka. Poznajemy ją w Nowym Jorku lat 30. i towarzyszymy przez kolejne trzy dekady. Najczęściej chodzi w skromnej, gładkiej sukience; czasem pojawia się w halce, niekiedy całkiem goła. Nie wstydzi się swego ciała, ale też nie eksponuje wdzięków. Nie podkreśla urody makijażem, nosi grzeczne uczesanie. Pomimo braku jakiejkolwiek zewnętrznej ekstrawagancji, przyciąga uwagę. Bo to sfinks, niepokojąca zagadka. Co kryje się za jej biernością, ospałymi ruchami, twarzą niemal pozbawioną mimiki?

Tak jak Hopper swoje modelki, tak Deutsch pozbawił swoją bohaterkę umiejętności uzewnętrzniania emocji. Przytłumiona, depresyjna, niezdolna do głębokich związków. Neurotyczna osobowość naszych naszych czasów.

Jednak Shirley nie jest odklejona od rzeczywistości. Choć na ekranie milczy, jej głos dobiega z offu. Widz ma wrażenie, że słyszy jej myśli. Shirley komentuje wydarzenia, analizuje siebie, swoje położenie, dostrzega istnienie innych. Monolog wewnętrzny, chwilami przeradzający się w strumień świadomości. W ten sposób reżyser, zarazem scenarzysta, zrobił użytek z techniki literackiej modnej w epoce, w której rozgrywa się akcja.

Ten film nie narusza sekretów modelki Hoppera; nie informuje, kim w istocie była. Stała się figurą uniwersalną, choć jej pierwowzór znamy z imienia i nazwisk: Josephine Nivison-Hopper. Żona i modelka artysty. Również jego jedyna przyjaciółka, sekretarka, opiekunka oraz – ofiara. Zamknięty w sobie, nieco psychopatyczny, poddany zmiennym nastrojom Edward traktował Jo (jak nazywał Josephine) niczym worek treningowy, w sensie fizycznym i psychicznym.

Poznali się na plenerze malarskim w Nowej Anglii. edward.josephine-hopper.1927-cropped_800.creditObydwoje dawno przekroczyli wiek młodzieńczy: byli po czterdziestce. Ona (urodzona w 1883 roku) była tylko o rok młodsza od tego, który miał zostać jej partnerem. Stanowili swe przeciwieństwo: on chudy wielkolud (mierzył prawie dwa metry!), zakompleksiony, małomówny. Ona malutka, żywa, ruchliwa, zawsze otoczona grupką „cygańskich” przyjaciół z nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village.

Skromna ślubna ceremonia odbyła się w 1924 roku. Żadne z nowożeńców nie było jeszcze znanym artystą. On zarabiał rysunkami do gazet, ona nauczała. I to ona pierwsza została zauważona, zaproszona do zbiorowej wystawy w Muzeum Brooklińskim. Co robi lojalna baba? Upiera się, żeby do pokazu dołączono prace męża. W efekcie, krytyka doceniła Edwarda, pomijając Jo. Od tego momentu jego kariera rusza z kopyta; jej twórczość zostaje w cieniu.

Wkrótce Eddie zostawił akwarele, które dotychczas były jego główną techniką, i przerzucił się na oleje.

 

Uwięziona pozowaniem

Związki artystów na ogół są trudne i pełne konfliktów. Nie inaczej w małżeństwie Hopperów. Delikatny introwertyk w czasie kłótni przeobrażał się w brutala. Zdarzały mu się rękoczyny, ale nade wszystko dręczył Jo psychicznie, poniżał, utrudniał pracę twórczą

.automat sunlights-in-cafeteria Hopper, Edwardedward-hopper-in-mostra-a-roma-dal-1-ottobre_890581

Wreszcie znalazł sposób, by ją ubezwłasnowolnić: uczynił swą modelką, jedyną modelką. Zaludnił przedstawiane wnętrza sobowtórami Jo. Pani Hopper nie odnajdywała się w tych przedstawieniach: „Grube i niezdarne stworzenie, które wygląda, jakby przesadziło z alkoholem. Tak naprawdę on wcale nie wierzy, że ja tak wyglądam. Po prostu nie jest w stanie namalować mnie takiej, jaka jestem”.62b11dd9ca352f5d221d8bbc8a188770

Jak wyglądało prywatne życie tej pary, dowiadujemy się z pisanych przez Josephine pamiętników. Okrutnych w swej szczerości, oddających tortury psychiczne, na jakie skazywało ją współbycie z genialnym artystą. Jo nikomu nie skarżyła się, nie ujawniała mężowskiej agresji, w imię miłości i jego talentu godziła się na ten destrukcyjny dla niej, sado-masochistyczny układ. Jedyny bunt, na jaki się zdobywała po szczególnie paskudnych akcjach artysty, to… próba zagłodzenia się na śmierć. Kładła się do łóżka i podejmowała strajk głodowy.

Z latami artysta stawał się coraz bardziej niechętny kontaktom z innymi. Przemierzał kilometrami nowojorskie ulice, przesiadywał w kinie, przejeżdżał amerykańskie prowincje w poszukiwaniu motywów i światła. Umarł niespodziewanie dwa miesiące przed ukończeniem 85 lat. Świadkiem jego odejścia – siedział w fotelu, w pracowni i nagle nie żył, w ciągu minuty, bez bólu, bez krzyku – była oczywiście Josephine.

Czy po odejściu męża poczuła się wreszcie wolna od emocjonalnych tortur? Skąd! „Nie poczekał na mnie”, poskarżyła się w pamiętniku. I dołączyła do męża dziesięć miesięcy później. Jak wyznała przyjaciołom, nie potrafiła żyć bez Edwarda.                                                                            hqdefault

 

 

Edward Hopper – Complesso del Vittoriano, Rzym, wystawa czynna do 12 lutego 2017

Georgia O’Keeffe – Kunstforum Wien, wystawa czynna do 26 marca 2017

20
Jan

Uciekinierzy spod skrzydeł mistrza (o wystawie [Powidoki awangardy” w Piękna Gallery)

Udostępnij:

 

Kilka dni po premierze filmu „Powidoki” z17866615Q,Boguslaw-Linda--Wladyslaw-Strzeminski

– dopełnienie tegoż wystawą „Powidoki awangardy”. Bohaterem znów jest Władysław Strzemińskiz19229085Q,Wladyslaw-Strzeminski--1893-1952-, w towarzystwie pięciorga uczniów.obraz_powidoki_11

Niestety, tylko Stanisław Fijałkowski (rocznik 1922)KOLEKCJA TADEUSZA ROLKE pozostaje przy życiu i twórczej aktywności. Pozostałych nie ma już wśród nas, ale reprezentuje ich dorobek.obraz_powidoki_9 stanislaw-fijalkowski-zupelnie-nowa-autostrada-6-2007-2012-10-24 fijalkowski

Jak wiadomo, mamy Rok Awangardy, z racji stulecia zaistnienia tak określanych zjawisk na terenach Polski i wiele muzeów szykuje okazjonalne wystawy. Piękna Gallery – nowy punkt na galeryjnej mapie Warszawy – zaskoczyła mnie (pozytywnie) doborem eksponatów. Wśród ponad 50 obiektów wiele rarytasów z prywatnych kolekcji. Zacznijmy od mistrza.

W zestawie dominują rysunki z lat 40. i tempery z następnej dekady, kiedy socrealizm wymusił na artyście stylistyczną i tematyczną zmianę. Jednak Strzemiński w niewielkim stopniu ugiął się pod naciskiem jedynie słusznej doktryny, nczego najlepszym świadectwem „Żniwiarki” i „Kłosy”. 6362ed3195f2c84dea572316aac243d2

Motywy ludowe, lecz forma bliska abstrakcji, syntetyczna, z umowną kolorystyką. Ciekawostką jest zrekonstruowany w 1995 roku przez Stefana Krygiera (zm. 1997) stefan_krygiel_atlas_sztukiprojekt Strzemińskiego dla kawiarni „Egzotyczna” w Łodzi. Świetny, dowcipny i dekoracyjny relief zniszczono w 1952 roku – może dzięki Krygierowi uda się go w jakimś łódzkim lokalu odtworzyć? Byłby nie lada atrakcją.

Skoro o Krygierze mowa. Wybór jego obrazów otwiera „Pejzaż z Bierutowic” (1949), obraz_powidoki_8noszący wyraźne piętno unistycznej koncepcji Strzemińskiego.

. 117 obraz_powidoki_1Ale z biegiem lat były uczeń wypracował własną poetykę, dochodząc do rozwiązań rodem z surrealizmu – czego dowodem „Symultanizm form”(1991), kompozycja oszałamiająca iluzyjną przestrzenią, w której kłębią się kształty obłe, organiczne, u podstawy obrazu przekształcające się w… psy

.Krygier-17-Porwanie Europy II                                                                   SZUKAMY SIÊ W PRZESTRZENI

obraz_powidoki_7

Do moich faworytów należy Antonii Starczewski (zm. 2000). 800antoni_starczewskiEwolucja jego sztuki poszła w kierunku minimalizmu nacechowanego przewrotnym humorem, z gatunku gorzkiego absurdu. Przykłady? Proszę bardzo: białe, ceramiczne „Kartofle” (w kształcie jak prawdziwe), obraz_powidoki_4

ułożone w równe rządki na białej tacy – natura poddana usystematyzowaniu. Albo grafika skomponowana z gazetowego tekstu, w którym wykreślono każde słowo, z gdzieniegdzie pozostawionymi pojedynczymi literami. Zawartość nieczytelna, za to wszystko mówi data: rok 1985. Starczewski003 70921

Inny mój ulubiony twórca to Stanisław Fijałkowski. W Piękna Gallery znalazł się pejzaż namalowany podczas wspomnianego pleneru w Bierutowicach. Podobnie jak u Krygiera, widać fascynację unizmem, jednak i wkład własny: doklejone w pewnym miejscu małe kamyczki. Aluzja, czy wręcz cytat z górzystych okolic, gdzie odbywał się letni studencki spęd pod wodzą Strzemińskiego. Potem Fijałkowski skręcił w stronę metafizyki, coraz to bardziej redukując elementy kompozycji, z czasem wypracowując własną wersję abstrakcji „filozoficznej”. Zaskoczył mnie pracą „Rozmowa pod przymusem” (1976), w której znaczącym detalem jest … sznur, realistycznie oddany, pojawiający pośród umownych, trudnych do zinterpretowania form. Jednak całość wymowna, stwarza wrażenie grozy, napięcia, zadawania bólu.

Lech Kunka „zdradził” unizm obraz_powidoki_5na rzecz eksperymentów bliskich op-artowi,

ikunka2

kunka

obraz_powidoki_6

zaś Judyta Sobel cbf044vtskłoniła się do sztuki bardziej tradycyjnej, wywodzącej się z postimpresjonizmu.c242745b28650b41fc7f0b902d6be076 44_sobell

Gdy ogląda się dokonania tych, dla których w pewnym okresie Strzemiński był guru, dochodzi się do ważnej konstatacji: mistrza trzeba mieć po to, żeby się jego dziełem zachłysnąć, a następnie od niego… uwolnić. Tego uczą „Powidoki awangardy”.

 

 

 

Powidoki awangardy. Strzemiński i uczniowie – Piękna Gallery, Warszawa, wystawa czynna do 28 lutego 2017

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” 20.01. 2017

15
Jan

Jasność w świetle (wystawa Jana Kucza i Janusza Antoniego Pastwy)

Udostępnij:

Na tle warszawskiej wystawowej urawniłowki pojawił się odmieniec: pokaz dwóch rzeźbiarzy w Salonie Akademii (chodzi o galerię przy ASP). Do 8 lutego można tam oglądać rzeźby Jana Kucza i Janusza Antoniego Pastwy.
Obydwaj artyści od lat związani ze stołeczną uczelnią, obydwaj niemłodzi, obaj szanujący tradycyjny warsztat.
Ich prace – starsze i powstałe całkiem niedawno – nie mają żadnej „nadbudowy” w postaci atrakcyjnej oprawy aranżacyjnej. Jest tylko dobrze ustawione światło. ’
Dawno już nie widziałam w Warszawie ekspozycji tak czystej w koncepcji i przekazie. Bo obydwu artystom nie chodzi o podpięcie się pod mody, lecz o prawdę.
Janusz Pastwa w jednej z sal zgromadził… zwierzęta. Pies, koń, osioł i wilczyca, ta kapitolińska. rzezba2_baner 4982
Każde bydlątko to pomysł na formę, fakturę, wykorzystanie własności surowca. Drewniany osioł jest zmęczony i szorstki; pies silny i kudłaty, choć z granitu; wilczyca wydaje się samą życiodajną naturą – jej sylwetka wpisana została w rytm drewnianych słojów.
U Jana Kucza – kontrastowe nastroje, biegunowo różne tematy i stylistyki. Instalacja zatytułowana „Nasza demokracja” jest zjadliwym komentarzem do rzeczywistości.
jan-kucz-nasza-demokracja-2011-2013-fot-k-kucz-2014-01-07 image
Kłębowisko groteskowych potworków – ni to kundli, ni świń, ni ludków – uszytych z czerwonej tkaniny, rozszarpuje skrawki białej materii. Mocne i trafione. Ale jest pociecha. I nadzieja. Daje ją poruszająca praca „Potrzeba dawania”. Dwie dłonie – jedna podstawiona w żebraczym, proszalnym geście; nad nią druga, zamknięta w pięść, jakby coś trzymała. Tak, to coś niezwykle cennego: spomiędzy palców sączy się blask. Światło pada na otwartą, podstawioną rękę. Oto najpiękniejszy dar, jaki można oferować. Nic materialnego – światło. Dobroć. Człowieczeństwo.z21235392IH
11
Jan

Człowiek ze spiżu (recenzja filmu Andrzeja Wajdy „Powidoki”)

Udostępnij:

 Gdyby film warto było obejrzeć dla kilkusekundowej sekwencji – polecałabym „Powidoki” afterimage-2

 

z racji sceny w pracowni Władysława Strzemińskiego. Gdy na fasadę budynku wciągany jest baner z podobizną towarzysza Stalina, wnętrze, gdzie malarz pracuje nad kolejnym obrazem, zalewa fala czerwieni. Scena mocna w swej symbolicznej wymowie jak cios między oczy, komunikatywna dla każdego, bez względu na poziom wiedzy czy wrażliwość. Oto nastaje noc socrealizmu, co dla wielu twórców oznacza czas niebytu. Także, czy nade wszystko – dla awangardystów pokroju Strzemińskiego.

Filmy tak deklaratywne jak „Powidoki” nie mogą obyć się bez jednoznacznych ideowo momentów, toteż powyższą scenę uważam za plastycznie słuszną (jedynie słuszną) i wybaczam brak wyrafinowania. Jednak film skażony jest grzechami nie do zaakceptowania pod żadnym sztandarem, nie usprawiedliwionych żadnym programem. Andrzej Wajda przystąpił do swej ostatniej produkcji – bo nie ośmielę się określić „Powidoków” mianem dzieła – pod banderą rozliczeniowo-ekspiacyjną.ru-0-r-600600-n-4aa25140e35479b55469c40f36e72bf6scjfh2p4akpa

W obecnych realiach jazda bez trzymanki po komunizmie i ówczesnych bonzach była pójściem na łatwiznę, a zobrazowanie wielokrotnie opisywanej gehenny artysty wyrzuconego przez system na margines trąciło banałem. Całość sprawiała wrażenie przymilania się do mało wymagającego odbiorcy, a co gorsza – sprzeniewierzania się samemu sobie. Jakby Wajda wytracił wrażliwość na komplikacje natury ludzkiej i uwikłania w historię.

Bo nieważne, że zmarły niedawno mistrz miał na sumieniu flirt z komunizmem (nie tylko młodzieńczy, co łatwo darować); nieistotne, że w panteonie swych bogów nie miał żadnego abstrakcjonisty. „Powidoki” budzą mój sprzeciw z powodów artystycznych.

Najpierw bohater, płaski jak wycięty z obrazu powidok. Na nic wysiłki Bogusława Lindy (który heroicznie stara się wycisnąć z granej przez siebie postaci bodaj drugi wymiar).z21008398vpowidoki

7405abc6ebec4f57a514cda3a0d8463e.

I tak jawi się jako statua ze spiżu posypana pozłotką. Niezłomny obrońca wolności twórczej, mnisio nieczuły na kobiece awanse, pogodzony z poniżeniami pół-święty, do tego czuły rodzic i oddany pedagogz19082519qplan-filmu-powidoki-andrzeja-wajdy – nie, tylu zalet na raz nie byliby w stanie unieść Kirk Douglas pospołu z Garym Cooperem.

Nasz heros mierzy się ze światem tak złym jak dziewiąty krąg piekieł. To kolejna męka – oglądać bezduszne kreatury, którym oko nie drgnie, gdy poruszający się na szczudłach, jednoręki artysta (o geniuszu którego nikt nie wątpi, ale i nie mówi) dokonuje ekwilibrystycznych figur jako dekorator witryn.

Tu dochodzimy do kolejnej wtopy: obsada. Całe szczęście, że Nice Strzemińskiej, córce pary Kobro/Strzemiński, nie dane było oglądać swego filmowego wcielenia.

Bronisława Zamachowska (tak, córka tego Zamachowskiego) afterimage_04-h_2016nie przeszłaby przez sito konkursu recytatorskiego na szczeblu szkoły podstawowej – a tu powierzono jej wielce odpowiedzialną rolę, której, jak to się mówi, nie uniosła. Natomiast nie jej, lecz scenografa winą było włożenie cynobrowego okrycia na pogrzeb matki, co całkiem bez sensu kojarzyło się z postacią dziewczynki w czerwonym płaszczyku z „Listy Schindlera” 821e15ee034eae0d12ac45cf0421189608d9d9e0

i książką Romy Ligockiej. Nie każdej czerwieni powidoki przystają do sztuki Strzemińskiego.

 

883a2495-6ab2-42e3-b44e-5cf7d43cc461 Feta w Rzymie. Bez szans w Hollywood.

03
Jan

Muszkieterowie z autobusowego przystanku (recenzja komiksu/reportażu „Morze po kolana”)

Udostępnij:

Marcin Kołodziejczyk z18052904omarcin-kolodziejczyk-fot-radek-polak

zapadł mi w pamięć zbiorem reportaży „Dysforia”;

na Marcina Podolcamarcin_podolec już dawno miałam oko za sprawą jego komiksów, tak autorskich, jak powstałych na kanwie cudzych tekstów. Ale ze zderzenia dwóch wybitnych talentów nie zawsze wynika akt strzelisty, zwłaszcza gdy w grę wchodzą ambicje. Tu też ich (ambicji) nie zabrakło, lecz dwóch Marcinów nadało im właściwy kierunek – nie na własne pępki, lecz na zewnętrzną prawdę.

„Morze po kolana”,9788380321267

 

 

ich wspólne dokonanie, jest reporterską perełką, wykreowaną słowem i obrazkiem. Nie to, że gatunkowa nowość. Zdarzało mi się już wielokrotnie czytać komiksy-reportaże, ale najczęściej były to rysowane dzienniki autora, w których on sam odgrywał istotną rolę.

 

Trzech z fasonem

Tym razem inaczej. Żaden z Marcinów nie pojawia się w opowieści. Choć nieobecni, tworzą wirtuozerski duet: co jeden przemilcza, drugi dopowiada ilustracją. Obydwaj mają wzrok i słuch doskonałe. Podolec portretuje postaci jak żywe, Kołodziejczyk wkłada im w usta dialogi z życia wzięte. skan3-640A choć wiadomo, że jeden ma zacięcie karykaturzysty, zaś drugi – wyczucie frazy godne kabaretu; że całości równie daleko do realizmu, jak Międzyzdrojom do Cannes, to i tak ma się poczucie dotarcia do jądra prawdy o Polsce B z pierwszych dekad XXI stulecia. Właściwie, czas tu nie ma znaczenia. Ważny jest sezon – po sezonie. Znaczy, martwy.

Kiedy turyści opuszczają pensjonaty, pokoje gościnne i pola namiotowe, oazą życia towarzyskiego autochtonów staje się przystanek autobusowy. 09

Nie wszystkim miejscowym tam po drodze, a i nie każdego akceptują stali przystankowi bywalcy.10e55994e6-thumb14

Jak by ich opisać? „Trzech ich było, trzech z fasonem, dwóch wesołych, jeden smutny, bo miał żonę”.

Ten trzeci to Gumowy, z zawodu wulkanizator, inwalida (efekt wypadku przy pracy) na rencie, żonaty z Eweliną lat 24. O wierność Eweli lepiej nie pytać, co Gumowego doprowadza do rozpaczy tudzież poczynań przeczących instynktowi samozachowawczemu. „Pierwszy raz wulkanizator poszedł na tory kolejowe ze złym zamiarem wobec siebie w przeddzień Matki Boskiej Zielnej”, relacjonuje Kołodziejczyk. Potem następują jeszcze dwie podobne próby, żadna nie zwieńczona powodzeniem.

To dlatego w Gumowym narasta złość wobec drugiego muszkietera z przystanku, niejakiego Szczurka, któremu całkiem niechcący udaje się rejterada z doczesności. I to akurat w chwili, gdy Szczur (w dzieciństwie noszący imię Radzio) decyduje się na emigrację zarobkową, której słodyczy miał już okazję doświadczyć. Londyn nie przyniósł mu fortuny ani szczęścia, mimo że przez moment tak się wydawało. Trochę odłożonych funciaków pozwoliło mu łudzić się, że spotkał kobietę, z którą coś go połączy – na przykład dziecko, choć co do własnego ojcostwa w danym przypadku miał duże wątpliwości.

Jednak nie wyszło, a w dodatku w okolicy zawaliła się chałupa dziada zwanego Wajdelotą. To była kropla przepełniająca nie tyle kielich, co flaszkę goryczy (z piwem na popitkę). „Mniej więcej wtedy Szczurek odczuł w sobie ziarno niepokoju. Takie jakby zagmatwanie. To się w nim sfermentowało i…” – i podzielił się z kolegami wyjazdowymi planami.

 

Stoicki narrator

I wtedy Marian słyszy swój głos, który mówi „To razem się pojedzie!”.morzepokolana_p2

No właśnie, nie było jeszcze o tym trzecim, o Marianie. morzepokolana_p1

Po czterdziestce, po pięciu semestrach polonistyki w Gdańsku, po utracie jakichkolwiek szans na finansową samodzielność. Mieszkaniec przyczepy przy polu namiotowym, w sezonie kasuje za nie opłaty, w martwym – pilnuje. Czas wolny od zajęć spędza na obserwacjach i innych niezobowiązujących czynnościach. Byle do lata.

Marian to stoik. Nie rzuca się jak Szczurek, nie włazi na tory jak Gumowy. Stoi. I się rozgląda po wyludnionej okolicy, po burym pejzażu, po zalanej deszczem plaży. Pogodził się ze swym położeniem oraz uzębieniem. Mocno wybrakowanym, lecz są pozytywy tego stanu rzeczy: w przerwie międzyzębnej mieści się kieliszek.

To jemu Kołodziejczyk powierzył rolę narratora („Było nas trzech psychicznie indyferentnych: Szczurek, Gumowy i ja, Marian”). Marian beznamiętnie relacjonuje martwotę martwego sezonu, z perspektywy przystankowej „loży” obfitującego w wydarzenia. Bez cienia hipokryzji przyznaje, że „po Szczurku piłem jakby więcej. Częściej byłem w potrzebie”. I nie przejmuje się, że wątroba zaczyna odmawiać posłuszeństwa…

Podczas lektury tomu „Morze po kolana” nie sposób się nie śmiać. Językowe akrobacje Mariana et consortes mają kabaretowy potencjał (ta stylizacja Kołodziejczyka jest równie udana, jak ongiś niby-nowomowa blokersów w wersji Masłowskiej). Nie mniej zabawna jest rysunkowa charakterystyka lokalsów autorstwa Podolca. No humor-satyra…

Przerażająca satyra. Pod pozornie lekką formą, pod absurdem sytuacji, pod śmiesznością górnolotnych sformułowań bohaterów, obnaża nam się bezdennie pesymistyczny obraz Polski „w martwym sezonie”. Nie bez powodu w prologu zacytowano fragment dramatu Becketta „Czekając na Godota”: „To co, idziemy? – Chodźmy”.czekajacng_bor_lod_07

I nic się nie zmienia.

 

Morze po kolana

Tekst: Marcin Kołodziejczyk; rysunki: Marcin Podolec

Wydawnictwo Wielka Litera,

Warszawa 2016