Category: recenzje

01
Jan

Miłość w renesansowych dekoracjach (o wystawie „Love” w Rzymie)

Udostępnij:

 

W tej wystawie liczą się nie tylko znane nazwiska, których cała plejada: od Andy’ego Warhola do Tracey Emin, od Roberta Indiany do Yayoi Kusamy, od Toma Wesselmanna do duetu Gilbert & George. Na kształt pokazu mają też odbiorcy.

Ściany klatki schodowej pokrywają ich spontaniczne wyznania miłości – a do końca wystawy na pewno wpisów przybędzie (ja też umieściłam swój). Żaden wandalizm: organizatorzy sami zachęcają widzów do takiej aktywności. Zapraszają także publiczność do fotografowania się wśród eksponatów, zwłaszcza na kanapie w kształcie ust/serca projektu Salvadore Dalego. Jest jeszcze „Kissing Point”, miejsce, gdzie całusy oglądających stają się elementem prezentacji. A żeby było jeszcze słodziej, przestrzeń ekspozycyjną wyłożono różowym dywanem.

 

„Love” na dziedzińcu

Niepoważna wystawa? Skąd, pokazano dzieła klasyków pop-artu (niektórych już nieżyjących) oraz współczesnych twórcy z całego świata. W ponad 60 obiektach odzwierciedlają się rozmaite stadia miłosnego afektu, a także różne formy ich wyrażania i przeżywania.

A wszystko to w sercu Rzymu, gdzie każdy kamień ma historię.

Ten budynek nazywa się Chiostro del Bramante („kiosk” Bramantego). image chiostro_bramante

Od lat pełni funkcję centrum kulturalnego, ale powstał około 1500 roku, zaprojektowany przez genialnego architekta Donata Bramante. Ideał renesansu, doskonałe proporcje, dziedziniec otoczony krużgankami.

Środek tego podworca zajęła Miłość.chiostro-bramante-mostra-love

Rzeźba skomponowana z liter, dzieło amerykańskiego pop-artysty, leciwego (88 lat) Roberta Indiany. Dla Rzymu wykonał włoską wersję swej ikonicznej pracy „Love”. Pierwowzór (graficzny) powstał pół wieku temu; z biegiem lat Indiana stworzył warianty przestrzenne. W Chiostro obok karminowej kompozycji „Love”, stanął utrzymany w błękicie „Amor”.990810f9242641a8e264ce996a78ed28_xl

Już pod dachem galerii obiekty kolejnych Amerykanów związanych z pop-artem. Jest grafika Andy’ego Warhola z wizerunkiem Marilyn Monroe, symbolu powszechnego pożądania, zarazem niezaspokojenia. Inny pop-twórca, Tom Wesselmann (zmarły w 2004), zachęca do… palenia. Jego „Smoker” („smokerka”, bo to kobieta) nie ma twarzy. 51969e4c7c540fc9e5005abcfb118bb6

Gigantyczna plastikowa wycinanka, to same usta, w nich tlący się papieros. Gorąc, lśniące i seksownie rozchylone wargi zdają się zachęcać, żeby wyjąć z nich peta i całować. Są jak brama do nieba, a może piekła? Kto da się skusić, będzie zgubiony!

 

(A to inne palaczki, już nie z rzymskiej wystawy – jedna jest w Wiedniu w Albertinie. Kto rozpozna, która?)h0027-l07925878 5850390-1x1-940x940

 

Od zauroczenia do nienawiści

Tracey Emin (ur. 1963), _78593923_78593922

niegdyś enfant terrible brytyjskiej sztuki, przestała już szokować. Tym razem prezentuje grzeczne neonowe napisy, jarzące się fosforyzującymi barwami. Wbrew kolorom, hasła są przygnębiające: „My forgotten heart” (moje zapomniane serce) czy „Those who suffer love” (ci, co cierpią miłość). Oj, nie miała ta Emin dobrych doświadczeń z mężczyznami!

4ea67b440598b01892ae6f42848763cf te5403-1 te5537-1 9e7a5e66c8febf3fb0b75c0787c95b51

Australijska artystka Tracey Moffat (1960) tracey_moffatt

ukazała emocjonalny proces – od fascynacji do nienawiści.

Jej znakomity kolaż filmowy (tzw. found footage), zatytułowany po prostu „Love”, składa się z setek fragmentów rozmaitych filmów. Sekwencje układają się w opowieść o narodzinach uczucia, namiętności, aż do nienawiści, która pozwala uśmiercić niegdyś ukochaną istotę. Aż trudno uwierzyć, że w tysiącach filmów pojawiają się niemal bliźniacze ujęcia, gdzie ważniejsze niż słowa są mowa ciała i wymowa spojrzeń.

tracey_moffatt_galerie_dix9_helene_lacharmoise_302_1 moffatt_love_02-1

Nieco inny aspekt miłosnego opętania porusza szwedzka gwiazda Nathalie Djurberg (ur. 1978, Srebrne Lwy na Biennale w Wenecji 2009). Wespół z Hansem Bergiem, image-1

muzykiem i kompozytorem, kreują instalacje złożone z rzeźb (monstrualne sztuczne kwiaty), dźwięku i filmów animowanych. Formowane z modeliny trochę przerażające, zarazem zabawne lalki odgrywają na ekranie silne emocje. Jednak Djurberg nie pozwala nam polubić żadnego z bohaterów, ujawniając podwójność (potrójność?) prowadzonej przez nich gry. Zarówno miłosne spazmy jak łzy cierpienie służą zniewoleniu, opętaniu, zmanipulowaniu partnera/partnerki. Świetne.

.djurberg4 20121009083332-djurberg

 

Jak Narcyz z Apollem

Jeden z dwóch uczestniczących w wystawie Włochów – Franceso Vezzoli (1971) img-francesco-vezzoli-02_132945523457znany jest z ironiczno-prześmiewczego spojrzenie na rzeczywistość. Zamiast fascynacji kimś, manifestuje miłość własną.

Na jego pastiszowych fotografiach aktorka Eva Mendes prezentuje swe nienaganne ciało, upozowana wedle klasycznych arcydzieł. Jako Paulina Borghese (wyrzeźbiona w 1804 roku przez Antonio Canovę) eva-mendes-francesco-vezzoli-photoshoot-nsfw4i jako święta Teresa w ekstazie (wyobrażona przez Gianlorenza Berniniego w połowie XVII wieku). Widać, że modelka (a także tamte modelki z minionych epok) bardzo lubi własną urodę. Pomiędzy tymi pięknościami pojawia się autor. A dokładnie – jego realistyczna podobizna, wyrzeźbiona w alabastrze. Na marmurowym popiersiu artysty wydyma wargi jak do pocałunku. Zdaje się – chce obdarzyć pieszczotą… drugie popiersie, przedstawiające Apolla Belwederskiego. Obie rzeźby „wymieniają” spojrzenia. Wygląda to tak, jakby bóg piękna zakochał się – z wzajemnością – w Vezzolim. Zarazem, obaj kochają się w swej urodzie. Narcyzy!

Pokaz zamyka instalacja słynnej i niemłodej Japonki Yayoi Kusamy (ur. 1929). 031-yayoi-kusama-theredlist kusama-yayoi-_kusama-with-pumpkin_2010_1500x1000-625x417

To propozycja zakochania się w… dyniach. Tak jak autorka, która tytułem wyznaje uczucie: „All the Eternal Love I have for the Pumpkins”. 170825466-f8b987d4-bd87-4efb-9c59-454442729a98

Ale ostrożnie – ta aranżacja grozi zawrotem głowy. System luster zamienia aranżację z czarno-żółtymi tykwami w kosmiczny, bezkresny pejzaż. Wejdziesz, spojrzysz – jesteś zgubiony. Jak każdy, kto ulega władzy miłości.

 

„Love”, wystawa 17. współczesnych artystów – Chiostro del Bramante, Rzym, wystawa czynna do 19 lutego 2017

 

adres galerii:

 

chiostrodelbramante.it

30
Dec

Spotkanie w piekle (o wystawie wokół Boscha w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych)

Udostępnij:

 

W Holandii mijający rok mianowano Rokiem Hieronima Boscha, mtiwnja4njmznzq4ode3ndiw

jako że zmarł okrągłe 500 lat temu. Rocznicę uczczono trzema wystawami, na które peregrynowały tłumy. Nie było łatwo, obrazów mistrza z gwarantowaną atrybucją zachowało się zaledwie 25, do tego kilka rysunków. Jubileuszowe pokazy zainaugurowano w ’s-Hertogenbosch, mieście, gdzie geniusz urodził się, żył i zmarł; następnie pałeczkę przejęło madryckie Prado, gdzie najwięcej jego dzieł zakupionych przez Filipa II Habsburga. Cykl zamyka pokaz w Wiedniu, zogniskowany wokół „Sądu Ostatecznego”, dumy tamtejszej Galerii Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych.

Tematyka ostatniej z wymienionych ekspozycji podana w tytule: „Zagubiona natura? Hybrydy, gnomy, monstra (i nie tylko) w pracach Hieronima Boscha”. I nie tylko w jego dziełach – również w dawnych kronikach, w poszukiwaniach współczesnych artystów oraz… eksperymentach genetyków.

Z jednej strony niderlandzki mistrz był nieodrodnym dzieckiem epoki pierwszych zamorskich wypraw i geograficznych odkryć, z drugiej – wyprzedzał wizją XX-wieczne naukowe doświadczenia.

To pierwsza refleksja podczas oglądania wiedeńskiej wystawy – jak on zdołał połączyć średniowiecze z erą komputerów? Jak mógł być tak strasznie naiwny i tak zdumiewająco odkrywczy, profetyczny?

 

Fascynująca obrzydliwość

Myślę, że właśnie za to kochamy Boscha. Za unaocznienie tego, co ludzkie, choć naganne. Za zobrazowanie słabości charakteru, które bynajmniej nie są nam obce: chciwość, pycha, żądza władzy, tchórzostwo, lizusostwo. A także – seksoholizm, łakomstwo, opilstwo, folgowanie zachciankom. Jak się okazuje, bez względu na epokę, człowiecze przywary pozostają bezmienne. Ale tylko mistrz z Den Bosch umiał pokazać zło w sposób dwu, a nawet wieloznaczny. Śmiesznie i strasznie, fascynująco i obrzydliwie. Nie pokazywał ludzi postępujących wbrew nakazaniom Dekalogu, lecz nadał cielesność grzechom i występkom. W tym celu stworzył całą galerię kreatur, które na jego obrazach wiercą się, biegają, wchodzą ze sobą w interakcje, niejako odwracając uwagę od głównych tematów przedstawień.

Oto „Sąd Ostateczny”, jedno z największych gabarytami dzieł Boscha.cranachlastjudgementimage_scaledfullscreen

Niedawno stanęłam ponownie przed tym ołtarzem, powstałym około 1482 roku, więc dekadę przed odkryciem Ameryki przez Kolumba i kilka dekad przed uznaniem tego lądu za nowy, nieznany kontynent. Jednak era zamorskich wypraw zaczęła się wcześniej, w późnym średniowieczu, w czasach młodości mistrza Hieronima.

Jego – i nie tylko jego – wyobraźnię pobudzały opowieści marynarzy, „naocznych świadków” dziwów nieznanych, niespotykanych w Starym Świecie. Inspirowały go kroniki z tych eskapad i „naukowe” katalogi stworzeń zamieszkujących antypody.

.hieronymus-116e 126671 830556273-last-judgement-the-last-judgment-bosch-triptych-central-panel-art-academy-of-visual-arts 314112762-last-judgement-the-last-judgment-bosch-triptych-central-panel-art-academy-of-visual-arts

W wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych zaprezentowano niektóre z tego rodzaju opracowań. I tak w „Światowej Kronice” Hartmanna Schedla z Norymbergi (koniec XV wieku) oglądamy „portret” jednonogiej, acz humanoidalnej istoty, poruszającej się na owej „łapie” zwieńczonej gigantyczną stopą z niewiarygodną szybkością. Pół wieku później francuski rysownik Francois Desprez stworzył wizerunek pokrewnego monstrum – kobiety-cyklopa, kłapouchej i wyposażonej w sześciopalczaste kończyny. W ogóle cyklopy należały do najpopularniejszych stworzeń bytujących z dala od cywilizacji. Takoż syreny i mutanty będące krzyżówkami człowieka i zwierzęcia.

W kontekście tych rewelacji, kolportowanych w „uczonych” księgach, a także na pojedynczych grafikach, popularnym jarmarcznytm towarze (jak np. eksponowany w Wiedniu drzeworyt Mathiasa Gerunga, wyobrażający kobietę-diabła), wizja Boscha nie wydaje się taka szokująca, ani odosobniona.

Dodajmy, że imaginację artystów pobudzały obserwacje. Koniec XV i początek następnego stulecia dla większości mieszkańców Europy był okresem znojów, trosk i lęków. Wojny, zarazy, kataklizmy i pożary wiele rodzin pogrążało w biedzie, niejednego trwale okaleczały i wyrzucały na społeczny margines.

Na obrazach Boscha oglądamy całą galerię poszkodowanych przez los nieszczęśników. Okaleczeni żebracy i włóczykije, degeneraci i opętani (których w szpitalach dla obłąkanych można było oglądać za opłatą, jako ciekawostki) pojawiają się równie często, jak rozmaite monstra. Czasem nie sposób odróżnić, co malarz widział na własne oczy, a co dodał od siebie.210780444-last-judgement-harp-academy-of-visual-arts-hieronymus-bosch

 

Demony są wśród nas

Wpatruję się w „Sąd Ostateczny” – i zastanawia mnie podobieństwo scen rozgrywających się na ziemskim padole z torturami, którymi w piekle męczy się grzeszników.

W raju również nie dzieje się dobrze – Adam i Ewa są właśnie wyrzucani za wiadomą konsumpcyjną niesubordynację, a zbuntowane anioły strącane z niebiańskich wyżyn na ziemski padół. I już w locie przeobrażają się w demony…95f5c896aa7f76168759a34ff6ce890f

Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda taki diabełek, ma okazję: anonimowy XVI-wieczny dowcipniś skonstruował malutkiego bazyliszka z wysuszonych rybich łusek i błon.

Skoro o transformacjach mowa – na omawianej wystawie znalazł się męski portret pędzla Giuseppe Archimboldiego. Swoim zwyczajem, ulubiony malarz Rudolfa II „ulepił” głowę z zadziwiających, odmiennych niż w rzeczywistości, elementów. W tym przypadku na ludzkie oblicze złożyły się różne bydlątka, od swojskich, poprzez zwierzynę łowiecką, po egzotyczne jak słoń czy lew. W ten sposób Archimboldo zaznaczał, że Człowiek jest panem wszelkiego stworzenia.bosch-archimboldo-aq2u-x

Niektórzy naukowcy potraktowali to dosłownie – bo oto w nieco dalej widzimy… zdjęcie Dolly, słynnej sklonowanej owieczki. A obok – dokonanie niejakiego Stelarka, współczesnego artysty australijskiego, który przeszczepił sobie na przedramię trzecie ucho. Stelarc uznał ludzkie ciało za „przestarzałe” i poświęcił się działaniom artystyczno-chirurgicznym, ofiarnie eksperymentując na sobie samym.bosch1

O ile mniej ryzykowne było malowanie czy rzeźbienie rozmaitych wynaturzeń!

Przykładem – naczynia ulepione przez włoskiego rzeźbiarza Federico Bonaldiego, mistrza ceramiki zmarłego dwa lata temu. Jednak garnki w kształcie głowonogów o wielkich oczach i wyszczerzonych zębach bardziej bawią, niż straszą. Swoją drogą, gdyby wychylić zawartość takiego dzbana, można uwierzyć w diabły.bonaldi3_0  487514be9472dc429a96dea087a1d819 leviatano-1981_mape-620x330federico-bonaldi-al-museo-civico-di-bassano-del-grappa-2

Najważniejsze: dawne monstra umoralniały, przestrzegały przed grzesznym życiem. Natomiast obecne próby negowania praw natury są świadectwem ludzkiej pychy.

Bo te najbardziej przerażające demony są w nas.

 

Zagubiona natura? Hybrydy, gnomy, monstra (i nie tylko) w pracach Hieronima Boscha – Wiedeń, Gemälde Galeria (Akademie der Bildenden Künste), wystawa czynna do 29 stycznia 2017

 

Tekst ukazał się w Rzeczpospolitej

23
Dec

Brudne buciki tradycji (wokół wystawy „Rodzime zwyczaje i obrzędy” w Pałacu Prezydenckim)

Udostępnij:

 

 Pamiętacie „Misia”?

mi2

Jakżeby nie, toż to był „Miś” na naszą miarę, na miarę roku 1981. Ale w finale żartowniś Stanisław Bareja niespodziewanie poważnieje, uderza w patos, w wieszczenie.

Ewa Bem – jako Matka Boska – śpiewa pastorałkę, otoczona grajkami-pastuszkami: „Lulejże mi lulej, we wszechświecie całym, Tyś jest moim królem, mój syneczku mały. Ciebie ja otulę, ciebie ja nakarmię, nim świąteczna nocka cały świat ogarnie”.

Wtedy kołysankę zagłusza głos węglarza, wołającego córeczkę: „Tradycja, chodź do tatusia, a butków nie zamocz”.

Słyszy to przypadkowy świadek – starszy mężczyzna (prorok?), który słysząc imię dziewczynki odpowiada wierszem: „Ona nie może się tak nazywać – Tradycja. No bo tradycją niczego nazwać nie możesz. I nie możesz ustawą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem; to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludów śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to, co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy”.

tym_i_mis e97f7d45-7b55-4f00-88bd-f7b03d3a0eb3 0004a3c85rg1piiy-c122-f4eb3e14a8-5b8f-4a72-b229-4a597f8b6023

 

Ankieta w tytule

Przypominam ten monolog, bo stał się „kultowym”. Wart jest też przywołania z rocznicowych powodów – właśnie minęło 35 lat od ogłoszenia stanu wojennego. Pamiętam ówczesny stan własny – szok i wściekłość, rzut adrenaliny, wyzwolenie niespożytej energii i siły, by przemierzać Warszawę piechotą, szukać kontaktów i informacji. Podczas tegorocznych „obchodów” wprowadzenia stanu wyjątkowego doświadczyłam odmiennych uczuć: przygnębienia, zniechęcenia, nawet strachu. Nigdy nie czułam się tak podle we własnym kraju.

W narastającej wzajemnej agresji, licytowaniu się racjami, obydwu stronom konfliktu przyda się powtórka z historii. Przypomnienie, że walka interesów i (bez)ideowe spory miały dla nas, Polaków, tragiczne konsekwencje. Nasze morale konstytuowały zarówno wielkie zwycięstwa, jak zawstydzające klęski. W przełomowych czasach oparciem bywała kultura (krzepiąca serca) oraz, a może nade wszystko – tradycja.

Chodząca boso lub w łapciach, w butach z cholewami bądź gumiakach. Czasem, kiedy zbratanie elit z ludem uważano za wyraz postępu, bywała wpuszczana na salony w ubłoconym obuwiu. Zdarzało się też odwrotnie: eleganckie trzewiki przekraczały niskie progi, nie bacząc na brud polepy.

Przedświąteczny czas – a szczególnie adwent w tym pełnym napięć roku – powinien nas skłonić do głębszych rozważań. Bo znów znaleźliśmy się na dziejowym zakręcie. Niemal z każdym tygodniem zarysowuje się coraz głębsza przepaść między zwolennikami przeciwnych opcji.

Jakby nie było w polskim społeczeństwie żadnej spójni.

Mam nadzieję – chwilowe zaczadzenie. Miazmaty opadną i otrzeźwiejemy. Jako prysznic studzący rozpalone emocje proponuję zadać sobie podstawowe egzystencjalne pytania:

skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

z12941713vobraz-paula-gauguina-d-ou-venons-nous-que-sommes

Tak brzmiał tytuł sławnego malowidła-deklaracji Paula Gauguina – lecz dziś te kwestie przypominają ankietę. Gdyby takową przeprowadzić – ciekawa jestem, jakie odpowiedzi przeważałyby w kwestionariuszu.

Bowiem z tradycją, podobnie jak z tożsamością, zawsze mieliśmy kłopoty. Katolicka ona czy słowiańska? Bliżej nam do Wschodu, czy Zachodu? Gdzie głębiej sięgają nasze korzenie – w sarmackość, szlacheckość, sobiepaństwo? Czy raczej, jak chcą niektórzy, większość z nas jest hreczkosiejem podszyta? A gdzie miejsce mieszczaństwa i inteligencji?

Z jakimi tradycjami dziś się identyfikujemy? Które kultywujemy, o których zapomnieliśmy?

Czy w zależności od politycznych sympatii, celebrujemy odmienne rocznice, wynosimy na cokoły inne postaci, fetujemy różne wydarzenia w dwóch zwaśnionych „obozach”? Nie mam jednak zamiaru składać tu jakichkolwiek deklaracji czy oceniać racji zantagonizowanych stron.

Kręte drogi polskich tradycji uświadomiła mi wystawa w Pałacu Prezydenckim: „Rodzime zwyczaje i obrzędy w sztuce polskiej XIX i XX wieku”. OLYMPUS DIGITAL CAMERAEksponaty pochodzą z krakowskiego Muzeum Narodowego, a kuratorską pieczę powierzono Wacławie Milewskiej. Wernisaż urządzono w wigilię rocznicy ogłoszenia stanu wojennego, czyli 12 grudnia 2016 roku.

Termin wybrany nieprzypadkowo – zbliżają się „najpiękniejsze w całym roczku” święta. A choć daleko za nami problemy ze zdobyciem karpia i innych wiktuałów, wciąż troska o posiłki przysłania wszystkie inne aspekty Bożego Narodzenia. I pomimo deklarowanej przez większość rodaków przynależności do kościoła katolickiego, większość społeczeństwa jakoś nie daje świadectwa głębszego rozumienia religii.

Stare obrzędy Bożonarodzeniowe i Noworoczne traktuje jak skansen; przypisane zimowym świętom tradycje kulinarne – jako przyzwolenie na obżarstwo; nawet kolędowanie przeobraziło się w całkiem świeckie adorowanie… kieliszka.

 

Sztandary tradycji

Wracając do wystawy „Rodzime zwyczaje i obrzędy” w Pałacu Prezydenckim – to pokaz długofalowy, aż do stycznia 2018, przygotowany z myślą o gościach i wycieczkach, odwiedzających siedzibę głowy państwa. Obiekty tak zostały wkomponowane w architekturę pałacu, by swą obecnością nie zmieniały charakteru przestrzeni. Tematem wszystkich prac są polskie tradycyjne obrzędy, zarówno te prasłowiańskie, pogańskie, jak chrześcijańskie. Zresztą, niektóre z nich przenikają się i nie sposób ich oddzielić.

Do prezentacji wybrano 39 obrazów autorstwa powszechnie znanych artystów, jak Tadeusz Makowski, Jacek Malczewski, Józef Chełmoński, Leon Wyczółkowski, Julian Fałat, Władysław Reymont, Witold Pruszkowski, Zofia Stryjeńska.

Głównej części ekspozycji towarzyszą trzy pokazy o odmiennej tematyce, lecz na różne sposoby łączące się z wiodącym wątkiem.

I tak w parterowym pomieszczeniu, tzw. Sali przy Okrągłym Stole, zgromadzono kompozycje współczesnych twórców z lat 80. ubiegłego stulecia – Stanisława Rodzińskiegorodzinski, Elżbiety Arent-Sobockiej, Pawła Taranczewskiego i Jacka Sroki, img_2222_kopia

którzy za pośrednictwem sztuki komentowali przełomowe polityczne wydarzenia owego okresu. Ciemnoszare, ekspresyjne obrazy Rodzińskiego niespodziewanie łączą się w tematyce i w klimacie z wspaniałą pracą Leona Wyczółkowskiego „Krucyfiks królowej Jadwigi” – przedstawienie rzeźby z barokowego ołtarza katedry na Wawelu.krucyfiks_wawelski 3d4fd8039ef3449a700b73b034855b1e

W podobnej, mrocznej gamie , w aurze cudowności utrzymana została kompozycja Józefa Chełmońskiego „Pod Twoją obronę”. To dzieło wizyjne – Matka Boska Częstochowska ukazuje się w chmurach, na tle wieczornego nieba. Tylko wokół aureoli rozbłyskują ostatnie promienie słońca.

Na klatce schodowej – inne motywy. Ściany udekorowano cyklem płócien Michała Stachowicza, obrazujących losy Tadeusza Kościuszki (pierwotnie zdobiły boki katafalku z trumną generała, podczas mszy żałobnej celebrowanej w katedrze krakowskiej). Powód podwójny: w tym roku przypadło 270-lecie urodzin Naczelnika, zaś w przyszłym będziemy obchodzić 200. rocznicę jego śmierci.243_stachowicz_96

Osobną całość stanowi zestaw prac formistów, prezentowanych w pomieszczeniu prowadzącym do kaplicy. Ta skromna (liczebnie) prezentacja jest forpocztą przyszłorocznych wydarzeń – jak wiadomo, rok 2017 ogłoszono Rokiem Awangardy.

Ale trzon wystawy to realistyczne malarstwo rodzajowe z historycznym zapleczem. Gros prac powstawało w okresie, gdy Polski nie było na mapie świata. Z tej racji autorom chodziło nie tylko o utrwalenie rozmaitych rodzimych rytuałów. Zależało im też na zaznaczeniu patriotycznej postawy. Bo obrzędy przez wieki kultywowane stały się elementem naszej historii.

Proszę jednak zwrócić uwagę – w pewnych sytuacjach religijne kanony niespodziewanie aktualizują się i… zeświecczają.

Kiedy religijna symbolika robi polityczną „karierę”? Gdy kraj w niebezpieczeństwie, w obliczu kataklizmów zewnętrznych bądź wewnętrznych. Naturalną potrzebą staje się poszukiwanie wsparcia w wierze, w tradycji. We wszystkim, co utwierdza nas w przekonaniu, że naród nie zaginął, że stanowi jedność.

Każdy wie, że podczas 123 lat polskiego „niebytu” artystom przypadła rola krzepicieli serc. Do nich, do twórców kultury, należało wzmacnianie patriotycznych postaw, podtrzymywanie poczucia spójni w podzielonym przez zaborców narodzie, uświadamianie wspólnoty korzeni, przywoływanie pamięci o momentach chwały. To wówczas, w latach zniewolenia, obok herosów z wyżyn drabiny społecznej pojawił się nowy bohater: chłop. Nieprzemakalny na obce wpływy, kultywujący pradawne obyczaje, dumny ze swej regionalnej odrębności.

Pierwsze symptomy zainteresowania folklorem pojawiły się już w oświeceniowych tekstach. Rzeczypospolita wyraźnie słabła, za co obwiniano – i słusznie – zdemoralizowane, skłócone i sparaliżowane prywatą warstwy wyższe. Odezwały się głosy powątpiewania co do narodowego charakteru szlachty. Co innego pospólstwo, które „utrzymuje rodowitość języka ojczystego, zachowuje zwyczaje i trzyma się jednostajnego trybu życia” – jak twierdził Franciszek Salezy Jezierski.

Te proludowe skłonności znalazły wyraz w przededniu insurekcji:

Wojciech Bogusławski album_p0322_-_wojciech_boguslawski

wystawił w Teatrze Wielkim w Warszawie pierwszą operę narodową z librettem pisanym gwarą – „Cud mniemany czyli Krakowiacy i Górale”. W tym samym roku insurekcja Tadeusza Kościuszki dobitnie dowiodła, że chłop potęgą jest i basta. Militarną i społeczną.chelmonski_modlitwa_przed_bitwa

Ponad 40 lat później Wincenty Pol, wpol1_auczestnik powstania listopadowego, potem działacz społeczny, przyrodnik i etnograf, w rozprawie „O malarstwie i żywiołach jego w kraju naszym” zachęcał artystów, by szukali inspiracji w ludowych gusłach i podaniach. Apelował o stworzenie swego rodzaju bazy narodowej ikonografii w oparciu o „starożytności polskie”.

Romantycy nie byli tak krytyczni wobec stanu szlacheckiego. Zagrożenia dostrzegali raczej ze strony fabrykantów i bankierów. Zdaniem Zygmunta Krasińskiego krasinski-zygmunt-portret-1_6262255„w szlachcie jest zwykle potęga, hart – to, co składa [się na] pierwiastek bohaterski narodu. Nie w prawnikach, nie w kupcach i rzemieślnikach, ale w szlachcie jest bohaterskość; w szlachcie albo w prostym ludzie.”

Jednak w czasie zaborów „pędzel był potężniejszy od słów poetów, historyków czy beletrystów”. Nic tak nie zapadało w pamięć, jak obrazy o czytelnej treści i symbolicznej wymowie. Sceny ukazujące rodzime tradycje działały jak sztandar wzniesiony przeciwko agresorom.

Patetyczne określenie? Owszem, lecz odpowiadające ówczesnym nastrojom.

 

Sojusze z ludem

Gdy porównać malarstwo II połowy XIX wieku z zachodu Europy z tym, co równolegle (w czasie) powstawało na terenie Polski, nietrudno zauważyć, że wątki ludowe miały wyjątkowe u nas wzięcie. Owszem, we Francji działali barbizończycy, wyczuleni na wiejskie motywy. To oni uznali miasta za siedliska zła, skażone degeneracja moralną i kapitalistycznym wyzyskiem. Barbizończycy znaleźli azyl niezbyt daleko od Paryża, ale z dala od cywilizacji. W ślad za nimi inni twórcy zaczęli peregrynować w „niecywilizowane” rejony własnego lub obcego kraju. Goethe padał na kolana przez majestatem Alp, Caspar David Friedrich składał hołd żywiołowi morskiemu, zaś William Turner przemierzył pieszo Anglię wzdłuż i wszerz (podobno potrafił dziennie pokonać do 40 km), odnajdując estetyczne walory lokalnego pejzażu w deszczu, mgle i mżawce.

Na terenach Polski zajęcia zwane plenerowymi seminariami do programu plastycznej edukacji wprowadził – w połowie XIX stulecia – Jan Piwarski,187px-jan_feliks_piwarski

profesor warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Wałęsanie się po kraju weszło w krew jego wychowankom: Wojciechowi Gersonowi, Franciszkowi Kostrzewskiemu, Józefowi Szermentowskiemu. Im zawdzięczamy narodziny polskiego malarstwa plenerowego oraz popularność wątków ludowych.

Warto dodać, że Gerson ilustrował książkowe wydanie dzieł Kazimierza Wójcickiego i Oskara Kolberga. I że coraz głębsze zainteresowanie etnografią miało mocne wsparcie w ówczesnej prasie. W popularnych tygodnikach publikowali pionierzy ludoznawstawa – Kazimierz Wójcicki, Zygmunt Gloger, Ludwik Anczyc. A chętnie współpracujący z mediami, często wybitni malarze zdobili ich teksty rysunkami, zastępującymi późniejszą fotograficzną dokumentację.

Szczególnego rodzaju sojusz kulturalnej elity i ludu zawiązał się w okresie Młodej Polski. Ówczesna chłopomania miała swoje źródła w… poczuciu słabości. Inteligenckiemu rozmemłaniu i kosmopolitycznym skłonnościom przeciwstawiono chłopską twardość i przywiązanie do rodzimych tradycji. Najprostszym sposobem poprawy kondycji duchowej i cielesnej elit wydało się zasilenie ich chłopską krzepą w bezpośrednich, najbliższych kontaktach. Dla młodziaków z krakowskiej bohemy ową Arkadią okazały się podkrakowskie Bronowice. Tamże osiadł Włodzimierz Tetmajer, ożeniwszy się z chłopską córką Anną Mikołajczykówną czy poeta Lucjan Rydel, który wziął za żonę inną Mikołajczykównę, Jadwigę. zaloty tetmajer_swiecone zrekowiny tance_w_karczmie

Jak wiadomo, te „mezalianse” stały się kanwą „Wesela”, którego autor wstąpił w najbardziej zastanawiający związek – z Teodorą Teofilą Pytko, chłopką ze wsi Konary, służącą z nieślubnym dzieckiem.wyspianski_autoportret_z_zona Stanisław Wyspiański „Autoportret z żoną”

Mniej ryzykowną formą zadzierzgania kontaktów z ludem stały się coraz popularniejsze plenery malarskie. Karierę robiły Kresy, te w okolicach Podolca, i te odległe, w Karpatach Wschodnich. Tam peregrynowało trzech zuchów pochodzących ze Lwowa – Władysław Jarocki, Fryderyk Pautsch i Kazimierz Sichulski, okrzyknięci mianem „huculistów” z racji ulubionej tematyki.

I znów malowniczość pejzażu oraz krasa regionalnych ubiorów szła w parze z nadzieją na animowanie patriotycznych nastrojów.

Kolejna fala ludowych fascynacji i inspiracji napłynęła już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Jednak w dwudziestoleciu międzywojennym skłonność ku folklorowi miała inne podłoże. Stanowiła wyraz dumy narodowej, była przywołaniem prasłowiańskich tradycji i manifestacją sił witalnych II RP. Wielkie międzynarodowe sukcesy Zofii Stryjeńskiej24-stryjenska-8, Władysława Skoczylasa skoczylas-pochod-zbojnikow-mnw_6209006

czy Karola Szymanowskiegoszymanowski-karol_5986727 w dużej mierze były oparte na kreatywnym podejściu do folkloru.

 

Odpór komunie

Następna faza proludowych sympatii – to okres PRL-i i efekt deklarowanego sojuszu robotniczo-chłopskiego. Wówczas jednak większą wagę przykładano do strony wizualnej wiejskich tradycji, niż do ich religijnego, duchowego wymiaru.

Powrót do źródeł nastąpił – paradoksalnie – w najczarniejszą noc komunizmu. Stan wojenny okazał się akceleratorem religijnych nastrojów. Eksponowane w Pałacu Prezydenckim obrazy to znikomy procent tego, co powstawało w czasie „wojny jaruzelskiej”, a prezentowane było w przestrzeniach kościołów, nieoficjalnych galeriach czy prywatnych mieszkaniach artystów. Jeden z organizatorów podziemnego ruchu artystycznego, historyk sztuki Janusz Bogucki,

ibogucki

trafił w sedno zjawiska, pisząc te słowa: „Wiara i twórczość wyrastają ze wspólnego pnia naszej duchowej egzystencji; najczystsze akty wiary i najczystsze akty twórczości rodzą się w strumieniu tej samej pierwotnej energii. Energią tą jest boska moc.”

Patos tej wypowiedzi odpowiadał nastrojom chwili. Ja jednak jestem przekonana, że symbolem czasów i zbiorowych emocji na zawsze pozostanie „Pojazd Betlejemski”

360829 239722

Jerzego Kaliny. Artysta zareagował na śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, kapelana warszawskiej „Solidarności”, działaniem tyleż skromnym, co nośnym. Zaaranżował żłobek w… otwartym bagażniku dużego fiata. Na igliwiu i sianku ułożył figurkę Dzieciątka Jezus, taką trochę tandetną lalkę, jak z kościelnych szopek. Było to dwa miesiące po zamordowaniu księdza Jerzego przez Służby Bezpieczeństwa. Dla wszystkich było jasne, że to aluzja do tej zbrodni.

 – Uważałem, że tamto Boże Narodzenie (1984 roku – przyp. MM) trzeba zadedykować księdzu Jerzemu – wyjaśnia Kalina. – Symbolicznie połączyłem jego śmierć z narodzinami Chrystusa. Bo determinacja księdza, jego postawa, umacniały naszą siłę. Żeby jego ofiara nie poszła na marne, trzeba było, żeby narodził się ponownie. W nas.

 

Przybieżeli do Betlejem…

Objazdowy żłobek Jerzego Kaliny skojarzył mi się z obrazem Jacka Malczewskiego, powstałym prawie sto lat wcześnie. „Jasełka” (z kolekcji Grażyny Kulczyk) ma nietypową – jak Malczewskiego – gamę kolorystyczną oraz kompozycję. jacek-malczewski-jaselka

Oto jesteśmy w chłopskiej stajni, gdzie na pierwszym planie widać żłobek i Dzieciątko leżące na sianku, na białej płachcie. Nie ma Matki Boskiej ani świętego Józefa; Jezuska też widać niezbyt wyraźnie, w dużym skrócie. Bohaterami tego przedstawienia zdają się być adorujący Maleńkiego mężczyźni. Zastanawiające – nie ma wśród nich żadnej kobiety! Żłobek otaczają sami chłopi – starcy, młodziaki, kilkuletni chłopcy. Niektórzy przynieśli dary, inni w niemym zachwycie adorują Nowonarodzonego. Na męskich i chłopięcych twarzach rysują się silne emocje. Widać, że ci twardzi ludzie, na co dzień nie nawykli do okazywania uczuć, odczuwają wzruszenie połączone z zachwytem i radością. Czują, wiedzą, że doświadczają cudu, że obcują z sacrum.

Inaczej, lecz również ciepło i serdecznie przedstawił Włodzimierz Tetmajer swoją bronowicką rodzinę – żonę Annę, trzy córki i teścia Jacentego Mikołajczyka. Familia skupiła się nieopodal okna skromnego szlacheckiego dworku, w pobliżu choinki. Ciekawostka – drzewko nie stoi na podłodze, lecz zostało zamocowane na ścianie. Pod nią stół założony słomą, jeszcze przez nakryciem białą serwetą. Bo rodzina czeka na znak z nieba – pierwszą gwiazdę.

A potem zacznie się kolędowanie…

Najbardziej przejęte są dzieciaki. To dla nich okazja do zabaw, maskarad, przebieranek i organizowaniu pochodów z gwiazdą, z szopką. Taką właśnie scenę przedstawia piękna kompozycja Tadeusza Makowskiego „Dzieci z turoniem”. dzieci_z_turoniem

Szóstka maluchów w pajacykowatych spiczastych czapeczkach odwiedza domostwa sąsiadów z gromkim pokrzykiwaniem i śpiewami. Mają przy tym wiele zabawy, a także liczą na łakocie, tradycyjny „napiwek” dla kolędników.

Jeśli zajrzą do nas, nie żałujmy im słodkości!

 

Tekst ukazał się w Plusie Minusie, cotygodniowym dodatku do „Rzeczpospolitej”

07
Dec

Wszystko pamiętać, o wszystkim zapomnieć (recenzja książki Marii Stangret-Kantor „Malując progi”)

Udostępnij:

unknown document zdjecia-5

 

Spędziła ponad 30 lat z kimś równie genialnym, co trudnym.

.Tadeusz Kantor,"Umarla Klasa"

Do legendy przeszły jego przedstawienia, happeningi, ale też… awantury, urządzane w „kantorowskim” stylu, czasem z dość enigmatycznych powodów.

A co wiemy o niej, Marii Stangret-Kantor? Jest okazja poznać ją bliżej. Właśnie ukazała się książka zatytułowana „Malując progi” – wspomnienia spisane i zredagowane przez bratanka narratorki, Lecha Stangreta, historyka sztuki, swego czasu także aktora Cricot 2.maria_stangret-kantor_malujac_progi_19-kopia tadeusz-kantor_simpson-1024x767 full_tadeusz_kantor_rolke_ag_770 iv-007041_d-simpson-877x1024

Świetna robota, gratulacje! Zachowany został tok opowieści, fraza i styl autorki. Wypada wyjaśnić, że tytuł publikacji odnosi się do akcji Marii Stangret w warszawskiej Galerii Foksal, przedsięwziętej w 1969 roku. Myślę jednak, że owe „progi” mają też metaforyczne znaczenie. Czytając, miałam wrażenie, że przestąpiłam próg prywatnego życia Kantorów, lecz nie zostałam dopuszczona do zbyt daleko, nie dotknęłam ich sekretów.

 

.andrzejewska_kantorowa

Kolejny atut tomu: ilustruje go mnóstwo zdjęć z archiwum bohaterów, którzy zwiedzili wszystkie kontynenty (z wyjątkiem Antarktydy, spotkali plejadę znanych osób, wystawiali i grali w naprawdę prestiżowych miejscach. O tych niebywałych jak na czas PRL-u sukcesach autorka mówi w tak naturalny, prosty sposób, że trudno sobie wyobrazić wysiłki, jakimi zostały okupione. A jeśli wzmiankowane są jakieś problemy – z władzą, paszportami, czy codziennym zaopatrzeniem – to z humorem, jakby to było bez znaczenia. Bo ona zdawała sobie sprawę ze skali jego talentu, więc jak mogła, ułatwiała mu życie. On tylko pracował artystycznie, jej pozostawiając „obsługę” codzienności.stangret_i_kantor_121_1  2 

Proszę nie jednak sądzić, że pani Kantorowa skarży się na swój los czy biadoli, że straciła szansę na wielką karierę. Ma dystans do siebie i świata – zarówno socjalistycznego surrealizmu, jak współczesnej stechnicyzowanej rzeczywistości.

Autorka z wielkim wyczuciem i delikatnością opowiada o związku z Tadeuszem Kantorem, unikając zbyt intymnych wynurzeń.

 

20141209_24 001

 

Nie waha się wspomnieć o osobistej tragedii, kiedy odszedł do innej, młodszej. „Potrzeba czasu i cierpliwości, by, jak mawiał Tadeusz »wszystko pamiętać i o wszystkim zapomnieć«. Dodam – trzeba klasy, by zachować taką postawę.

Przez ponad trzy dekady byli prawie nierozłączni. Tworzyli kontrastową parę: ona zawsze pogodna, pełna zrozumienia dla innych i wiecznie napięty, skory do irytacji Tadeusz Kantor. Pani Maria drobniutka, z okrągłą i roześmianą buzią dziecka. On wysoki, zgarbiony, z charakterystyczną mocno zarysowaną szczęką. On charyzmatyczny; ona „silna inaczej”.

Była nie tylko jego partnerką, także pierwszym widzem i krytykiem, powierniczką i konsultantką, sekretarką i organizatorem codzienności. Do tego czołową aktorką Cricot 2 – teatru, który częściej dawał spektakle za granicą, niż w Polsce. Z ich dokonań nie mógł zostać wyeliminowany wzajemny wpływ – ale przecież nie sposób nie zauważyć oryginalności, samodzielności poszukiwań Marii Stangret.

We wspomnienia wplecione zostały też dziesiątki anegdot o tuzach powojennej sztuki polskiej, przytoczonych z taktem i wdziękiem. Najbardziej lubię historię o tym, jak to Tadeusz omalże udusił Marię przy pomocy… papieru toaletowego. W swym pierwszym happeningu „Linia podziału” Kantor owijał żonę tym reglamentowanym towarem. Działanie powtórzył kilkakrotnie, także w Szwajcarii. Jak się okazało, tamtejszy papier był za dobrej jakości – elastyczny i nie przepuszczał powietrza. I oto – mumia zemdlała!

Książka „Malując progi” ukazała się kilka miesięcy po Roku Kantora (setna rocznica urodzin); w 50. roku istnienia Galerii Foksal, gdzie para Stangret/Kantor często bywała i wystawiała. 5609

Warto też przypomnieć, że ósmego grudnia przypada 26 rocznica śmierci autora „Umarłej klasy”. Spektaklu, na kształt którego miała wpływ również Maria Stangret. A jaki – proszę przeczytać.

13 110511_kwia_2

„Malując progi”

Maria Stangret-Kantor

Zapis i redakcja – Lech Stangret

wyd. Cricoteka, Kraków 2016

25
Nov

Ciało prawdę ci powie (o wystawie-monografii Piny Bausch w Berlinie)

Udostępnij:

 

W berlińskiej galerii Martin-Gropius-Bau

martin-gropius-bau_berlin  mgblichthofhoch-jpg_max GERMANY-CHINA-ART-EXHIBITION-AI WEIWEI

08307727819278a64ecd13d84cb22a0f (to pan Martin Gropius) 

, jednej z najważniejszych berlińskich galerii – nietypowy pokaz: dokumentacja dokonań Piny Bausch. A także etapy kształtowania się jej osobowości, stylu; proces formowania zespołu.4b6a509bee01cd0396fb241296e826a7

Wielka gwiazda współczesnego tańca zmarła ponad siedem lat temu, lecz monografia daleka od koturnowego podejścia do tematu. Nie ma sążnistych tekstów, cytatów czy eksplikacji. Obeszło się też bez bombardowania widza wizualnymi efektami najnowszych technologii.

To próba dyskretnego zbliżenia się do Piny9617287_268869_50c84b0b4c046768a049e2202dbe7d6d_wm. Powiedziałabym – wystawa celowo skromna, oparta na instynktownym porozumieniu odbiorcy z bohaterką, na wspólnocie wrażliwości.

Najpierw widz musi się wyciszyć, pozostawić na zewnątrz zgiełk wielkiego miasta. Dlatego przestrzeń ekspozycyjna tonie w mroku.

 

Droga dookoła serca

Centrum wystawy, czy, jak mówią organizatorzy – jej serce – tworzy rekonstrukcja Lichtburga, starego kina w Wuppertalu, 439_2_tanztheater Pina Bausch ff20120210a3a

 

gdzie Bausch urządziła salę prób. I nie tylko: tamże odbywały się publiczne pokazy, projekcje filmów o zespole, rozmowy, warsztaty. Odtworzony Lichtburg oddaje tamten magiczny klimat – gigantyczna hala, cztery wielkie lustra, tu i ówdzie wiszą jakieś ciuchy, na ekranie – twarze członków zespołu Tanzteater3816111_3_gebirge_in_wuppertal_ensembleszene_foto_oliver_look 20bausch-superjumbo

Owo „serce” otacza dukt dokumentacyjny. Chronologia zachowana, lecz skąpo z informacjami, żeby nie przegadać zjawiska.

Na ścianach i w gablotach plakaty, programy i zdjęcia z początków kariery Bausch; z jej studenckich lat w nowojorskiej Juilliard School. Jest kilka rejestracji filmowych, czarno-białych, niedoskonałych technicznie, amatorskich.

Trasę zamyka jedyne w tej przestrzeni mocne uderzenie skalą i kolorem: na dużym ekranie oglądamy fragment spektaklu „Danzón”. Premiera odbyła się w 1995 roku, z zapierającą dech w piersiach końcówką: tańcem młodego mężczyzny na tle sfilmowanego akwarium pełnego egzotycznych ryb. Teraz jest inaczej – wielokrotnie powiększone ryby przytłaczają drobną, ubraną w czerń kobiecą sylwetkę. To Pina. Wykonuje ruchy płynne, zarazem nierealne, jak we śnie, w transie. Na ekranie widać jej cień… Zapis tego tańca powstał dekadę przed śmiercią twórczyni Wuppertal Tanzteater. Ale performance wmontowano w scenerię akwaryjną dwa lata po jej odejściu… Trwają dyskusje, czy to uprawniony moralnie zabieg. Kwestia równie trudna do rozstrzygnięcia, jak pytanie, czy ansambl powinien nadal istnieć i wystawiać dzieła zmarłej choreografki.  c_mv_abeele_pina_bausch_viktor Pina Bausch 67f5155145c8806b62c33fa9cc5b2bfd

Kim jesteś

Monografię podzielono na cztery części. Tę opisaną powyżej zatytułowano „tancerka” (z małej litery). Kolejne sale poświęcono „metodologii”, „scenie”, „koprodukcjom”. Warto zobaczyć, w jaki sposób Bausch osiągała tak zdumiewające efekty „odkłamania” teatru i tańca. Najpierw jej niemal psychoterapeutyczne podejście do członków zespołu. Z każdym rozmawiała o jego dzieciństwie, rodzinie, najgłębszych przeżyciach, zranieniach i niepowodzeniach. Wyciągała traumy, radości, momenty uniesienia. Obserwowała, jak człowiek porusza się poza sceną i tę gestykulację wykorzystywała w przedstawieniach. Kiedyś, podczas tournée na Sycylię, „zadała” trupie pracę dodatkową: rysowanie drzewa. W Berlinie wystawiono te szkice. Są tak różne, jak tancerze Piny, z wyraźnym znamieniem charakteru tych ludzi. Sama na wyjazdach dużo fotografowała, bez pretensji do profesjonalizmu. Plon jej „pstrykania” pokazano możliwie najbanalniej: zdjęcia rozrzucone po blatach stołów, przyciśnięte szklaną taflą. Powie ktoś – tak robi się w domu, a nie w poważnej galerii! O to właśnie, o atmosferę luzu i naturalności, chodziło trzem kuratorom, wśród których znalazł się Salomon Bausch, syn Piny ze związku z Ronaldem Kay. Jej pierwszy mąż, scenograf i kostiumolog Rolf Borzik, zmarł na leukemię w 1980 roku. Potem do końca współpracowała ze scenografem Peterm Pabstem, kostiumy powierzając byłej tancerce, następnie swej asystentce Marion Cito. Żeby nie było zbyt profesjonalnie, za to prawdziwie.

Po prostu być

Całość zamyka dział piąty, niejako dodatkowy, nazwany po prostu „zespół”.

W ciągu 36 lat kierowania Tanzteater Pina współpracowała ze 125 tancerzami. Znalazłam polskie nazwisko: Janusz Skubicz, znany choreograf, aktor i tancerz, który spędził 15 lat w zespole z Wuppertalu. Odszedł w latach 90., kiedy świat zaakceptował styl Bausch, jej metody i wizję. Wcześniej: „to były czasy pionierskie”, opowiadał Skubicz, „kiedy publiczność po zakończeniu spektaklu krzyczała, protestowała, obrażała nas. Wtedy akcja teatralna miała niewiele wspólnego z tym, co się działo dookoła na świecie”.

.couv_nelken_pina_bausch_theatre_ville_jochen_viehoff_loeildoliv

Bausch, formując ekipę, zmieniła baletowe obyczaje: nie eliminowała tancerzy w bardziej zaawansowanym wieku, znajdowała dla nich role, pozwalała im zostać na scenie tak długo, jak sami chcieli. Co więcej, nie narzucała nikomu zachowań – przeciwnie, chciała, żeby każdy pozostawał sobą. Ba, wydobywała z nich charakterystyczne gesty czy tiki i robiła z nich małe indywidualne rytuały. Stworzyła spektakle eksponujące ułomności, potknięcia, żenadę, kompleksy. Oddała mizerię człowieczej cielesności; uświadomiła daremność prób przeciwstawiania się losowi, naturze, upływowi czasu. To musiało szokować.

Co ciekawe, początki choreograficznej twórczości Piny zbiegły się z wybuchem eksperymentów z ciałem w sztukach wizualnych. Jej performances z lat 70. i 80. plasowały się blisko działań międzynarodowej grupy Fluxus; nieopodal poszukiwań Mariny Abramović, Valie Export, Vito Acconci. Jak się okazało, odbiorcom łatwiej było zaakceptować ten rodzaj aktywności u artystów wizualnych, niż na scenie teatralnej. Wielkie sukcesy Tanzteater nadeszły dopiero w kolejnej dekadzie.

W ostatnim pokoju berlińskiej galerii sześć ekranów tworzy fryz ciągnący się przez całą ścianę. Na nim – symultanicznie wyświetlane urywki przedstawień, a raczej, ich zakończenia. Oto korowód ekipy grającej w „Goździkach”, powtarzającej te same, dalekie od gracji gesty; oto zespół podczas ukłonów; tancerze/aktorzy wbiegają na scenę w typowy dla siebie sposób, nie siląc się na wdzięczne ruchy, wręcz podkreślając własną groteskowość.

9010ba551055190b068935fa2be22893 405cd2fc34034e669ca72c27eabc977b img_9561-ph-olivier-lookpina-bausch-nelkenm220257

 

Nagle pojawia się Ona, krucha drobinka w czerni. Poważna. Skromna. Świadcząca całą sobą i swym dziełem, że tylko prawda jest ważna i godna sztuki.

Przyznaję, oglądałam wystawę ze ściśniętym gardłem, podobnie jak spektakle Piny. Bo ona tam, w Gropius-Bau, znów pojawiła się, jak zwykle intensywnie obecna poprzez swą empatię dla ludzi.

 

 

Pina Bausch and the Tanzteater – Martin-Gropius-Bau, Berlin, wystawa czynna do 9 stycznia 2017

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”.

11
Nov

Gorączka listownej mocy ( recenzja korespondencji Szymborskiej i Filipowicza)

Udostępnij:

Odradzam tę lekturę wszystkim ciekawym łóżkowych sensacji z noblistką w roli głównej. Odradzam ją także łakomym plotek o ludziach z kręgu krakowskiej bohemy doby PRL-u.

W dwudziestoletniej wymianie listów pomiędzy Wisławą Szymborską

6a00d83455bea369e2017d4325c273970c-600wiwislawa-szymborska szymborska1 wislawa-szymborska

a Kornelem FilipowiczemFilipowicz Kornel, wieloletnim partnerem poetki, również pisarzem i mistrzem form krótkich (acz dłuższych niż te, którymi zasłynęła Szymborska) najwięcej miejsca zajmują… ryby. Łowione przez pana Kornela podczas wielotygodniowych bądź jednodniowych wędkarskich wypadów

.018d064d-7c0f-46fb-8cbb-fae541520fa3_900x z11765086qwislawa-szymborska-lubila-fotografowac-sie-pod-ta

Sporo miejsca zajmują też niedomagania zdrowotne obydwojga, opisane powściągliwie, bez użalania się nad sobą.

Późna miłość

Spotkali się w wieku, w którym – teoretycznie – nie czas na płomienne romanse: on był po pięćdziesiątce, ona dziesięć lat młodsza. On wdowiec (pierwsza żona, malarka Maria Jarema, zmarła w 1958 roku)jaremianka-i-kornel-kamieniolomy-r-40, potem ponownie ożeniony i rozwiedziony; ona także po rozwodzie.

Choć nie młodzieńcze, połączyło ich mocne uczucie – jak się okazało, dozgonne.

54a5b6f9b412c_o z11734897qwislawa-szymborska-i-kornel-filipowiczNie był to bynajmniej związek platoniczny, a jego temperaturę oddaje częstotliwość listownych kontaktów, gdy los zmuszał parę do rozstań.

Korespondencja opublikowana pod tytułem-cytatem z listownych westchnień Szymborskiej „Najlepiej w życiu ma twój kot” dostarcza przyjemności wielorakiego rodzaju. Że to frajda intelektualna, nie muszę przekonywać nikogo, komu znane dokonania wyżej wzmiankowanego duetu. Dla mnie istotne są inne zalety tej korespondencji: subtelność, dyskrecja, wzajemny szacunek i te cudowne niedopowiedzenia, pozostawienie przestrzeni dla wyobraźni. Strach, żeby nie przegadać tego, co niewypowiadalne. Seks, owszem, ale w domyśle. Żadnej wzmianki o „nózi, buzi” czy innych detalach cielesnych. A wszak to ludzie pióra, na co dzień „robiący w słowie” – i zapewne dlatego powściągliwi. Wiedzieli, że uczucia nie da literacko okiełznać.

Paradoksalnie, przemilczając to, co najważniejsze, Szymborska i Filipowicz powiedzieli o sobie o wiele więcej niż tekstem. Nade wszystko, ocalili siebie. Nie stali się własnością ogółu. Nadal fascynują twórczością, a nie tym, jakie figury przybierali pod kołdrą. Jasne, niejeden/dna chciałby tego właśnie się dowiedzieć – jakie pieszczoty preferowała noblistka, jak wyglądała po nieprzespanej nocy, jaką zakładała bieliznę…

Na szczęście, te sekrety na zawsze pozostaną tylko ich własnością. My co najwyżej możemy dowiedzieć się, w jakim stanie ducha był kot Filipowicza po jego śmierci – co miało miejsce w 1990 roku.

Kocimi sprawami Szymborska przejmowała się podobnie jak jej ukochany. Gdy w stanie wojennym i przez resztę lat 80. pojawiły się kłopoty z zaopatrzeniem, w listach omawiane są niedostatki ryb w diecie Kizi, kotki Filipowicza. A że sami niedojadali? Mniejsza z tym, kot ważniejszy. Musi mieć „najlepiej w życiu”.

Gradacja bliskości

 

filipowicz1szymborska1-1

 

Tom (pod redakcją Tomasza Fijałkowskiego i Sebastiana Kudasa) otwierają dwie krótkie przesyłki adresowane do „Drogiej Pani Wisławy” z grudnia 1966 roku, lecz już na następnej stronie – kwiecień 1967 rok – ta oficjalna formuła skraca się do „Drogiej Wisławy”, by z biegiem kolejnych miesięcy zamienić się w bardziej czułą tytulaturę. To samo z drugiej strony. Szymborska zachwyca się każdym aspektem fizycznego i duchowego jestestwa umiłowanego. Miłosne gruchanie przeplata się z atakami zazdrości, żartami, docinkami, autoironią i tym wszystkim, co onegdaj nazywano z francuska „esprit”. Do tego dochodzą listowne kadryle z udziałem postaci fikcyjnych, jako to hrabiny Lanckorońskiej (epistoły antydatowane 60 lat wstecz) czy zakochanej w Filipowiczu niejakiej Gieni (osoby mocno na bakier z ortografią). Pisarska para bawi się znakomicie, niemal nie zawracając uwagi na PRL-owskie tło. Niemal – bo tu i ówdzie przewijają się uwagi dotyczące realiów. Trudno jednak ustrzec się wrażeniu, że mamy do czynienia z dwojgiem ludzi uprzywilejowanych jak na socjalistyczne warunki, ba! uprzywilejowanych także jak na sytuację obecną. Elitarność tego duetu nie bierze się z pochodzenia, wychowania i wykształcenia, nawet nie z racji ich intelektualnego formatu, choć to też istotne. Ich wyróżnia… wolność.

Koty chodzące własnymi drogami

Uprawiają wolne zawody, mają prawo do samodzielnego dysponowania czasem, stać ich na wielotygodniowe wakacje i pobyty z dala od warsztatu pracy. Oboje prowadzą bujne życie towarzyskie, oczywiście ograniczone do starannie wyselekcjonowanej grupy osób. No i mają czas na korespondencję.z11734945ihkornel-filipowicz-i-wislawa-szybmorska-u-kornela

Zresztą, to prawie jedyna forma wymiany myśli i uczuć, jako że telefony wymagały dłuższych zabiegów (zamawiane linii, dokładne umawianie dnia i godziny, są do tego częsta słaba słyszalność) niż skreślenie (odręczne) kilku zdań oraz ewentualne dorysowanie/doklejenie obrazkowego komentarza. To wówczas Wisława Szymborska zaczęła uprawiać sztukę kolażu, w późniejszych latach rozwiniętą do rozmiarów prywatnego rytuału pocztówkowego.

Ale pod koniec lat 60. poetka jeszcze nie rozpieszcza przyjaciół kolażowymi rebusami. Na razie zabawia wycinankami wzbogaconymi o teksty w „dymkach” (jak w komiksie) ukochanego, za którym wściekle tęskni, zamknięta w antygruźliczym sanatorium pod Zakopanem. W tym samym czasie Filipowicz biwakuje na odludziach w celach rybołówczych, również zżerany pragnieniem obcowania z najdroższą mu kobietą. To najgorętszy okres w ich korespondencji. Są jak Abelard i Heloiza – nieszczęśliwi, siłą rozdzieleni średniowieczni kochankowie, którym cielesne obcowanie zastąpiły namiętne listy. Zapewne dlatego Szymborska sygnuje niektóre listy imieniem Heloizy hr. Lanckorońskiej.

Inne smaczki polecam zakosztować osobiście. Warto też zwrócić uwagę na przypisy pod każdym listem. Bez tego trudno byłoby odgadnąć, o jakiego kota chodzi.

 

„Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy” – korespondencja Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, redakcja: Tomasz Fijałkowski, Sebastian Kudas; wyd. Znak, Kraków 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

04
Nov

Klęska nieudanego podbródka (recenzja komiksu „Dawni mistrzowie” wg.książ`ki Thomasa Bernharda)

Udostępnij:

Co oni mi zrobili, ten złośliwy Thomas Bernhard thomas-bernhardi równie uszczypliwy Nicolas MahlerNicolas Mahler - VIS - Vienna Independent Shorts 2014!

Przez nich już zawsze będę chichotać, wchodząc do Kunsthistorisches Museum, Wiedeń.255

O tym pierwszym powiadają, że geniusz. Wydana w 1985 roku jego powieść „Dawni mistrzowie” (na polski przetłumaczona 20 lat później) wywołała – jak inne książki czy dramaty Bernharda – sporo szumu. Ten drugi, ten Mahler, to też Austriak, rocznik 1969. Dał się zauważyć dzięki inteligentnym, minimalistycznym rysunkom prasowym tudzież wydawanym własnym sumptem komiksom (kiedyś recenzowałam jego „Pragnienie”).

Z grubego tomiszcza oryginału rysownik wybrał tylko nieliczne kwestie. okladka-450O dziwo, udało mu się wypunktować najważniejsze spostrzeżenia pisarza-malkontenta. Jak wiadomo, Berhnard nie był fanem austriackiego społeczeństwa („Geniusz i Austria wzajemnie się wykluczają. W Austrii, żeby ktoś doszedł do głosu i żeby traktowano go poważnie, musi być przeciętniakiem, musi to być prowincjonalny i zakłamany partach, człowiek z absolutnie ciasnopaństwową głową”, napisał). Jednak bynajmniej nie należał do ponurych utyskiwaczy – jego sarkazm okrasza błyskotliwy humor.

Wersja komiksowa „Dawnych mistrzów” wypadła znakomicie. Kiedy ją czytałam, pamięć podpowiadała różne skojarzenia – a z „Maksymami” księcia La Rochefoucaul, to z „Rozmowami z diabłem” Leszka Kołakowskiego, czy też z dywagacjami Kłapouchego, kumpla Kubusia Puchatka. Bo Mahler, skracając dzieło wielkiego rodaka, niejako „podkręcił” kontrasty. Pesymistyczne uwagi dotyczące sensu życia i natury ludzkiej skrzą się tu i ówdzie finezyjnym dowcipem. Nie bez powodu rzecz została określona mianem komedii.

Tyle, że to komedia filozoficzna. Skreślona wedle klasycznej zasady trzech jedności: czasu, miejsca, akcji.

Wszystko dzieje się w ciągu jednego dnia, w sali Kunsthistorisches Museum zwanej salą Bordona (chodzi o późnorenesansowego weneckiego mistrza Parisa Bordone’a).gg_120_cd

Tamże udaje się narrator – w powieści jest nim niejaki Atzbacher – by najpierw obserwować, następnie spotkać się i porozmawiać z niejakim Regerem, 82-letnim krytykiem sztuki pisującym do „Timesa”. On to właśnie jest alter ego pisarza, a nawet, jak Bernhard, cierpi na nieuleczalną chorobę płuc. Trzecią postacią dramatu jest portier nazwiskiem Irrsigler, („Burgerlandzki Głupek”) wychowywany „na człowieka” przez intelektualistę Regera.

Reger chadza do muzeum co drugi dzień od trzydziestu lat. Onegdaj poznał tu kobietę, która została jego żoną. Niestety, madame Reger zeszła z tego świata przed nim, zostawiając wdowca w prawdziwej, szczerej rozpaczy. Chciał ze sobą skończyć, ale „…tyle miałem bieganiny z pogrzebem, że nie starczyło mi czasu, żeby się zabić.”.

Od tamtej pory Reger spojrzał na dokonania wielkich artystów z pretensją: zawiedli. W decydującym momencie nie pomogli. Cała ich wspaniałość okazała się niczym wobec utraty jednej i jedynej ukochanej istoty. „Choćbyśmy sobie nie wiem ilu wielkich duchem i dawnych mistrzów wzięli za towarzyszy, oni nie zastąpią żadnej istoty ludzkiej.”  gg_1530_cd gg_90_cd     gg_100_cdgg_83_2_cd_0 597321964d6038d5c030f3b20ef3e616

Poruszające i jakże prawdziwe wyznanie!

Mimo to rytuał wizyt w Kunstchistorisches uratował Regera przed depresją: „Muszę chodzić do mistrzów, żeby móc dalej istnieć”. Lecz im bardziej przypatrywał się słynnym malowidłom, tym więcej odkrywał mankamentów. Wreszcie doszedł do konstatacji, że wszyscy geniusze nie są wiele warci – żaden z nich nie stworzył stuprocentowego arcydzieła. Zawsze gdzieś dostrzega się jakiś źle namalowany detal: fatalny podbródek, okropne kolano, powieka jakby tknięta nerwowym tikiem. Najwięcej wpadek mistrzowie zaliczali odtwarzając ręce, „tragikomicznie nieudane”.

Tylko jedna praca w wiedeńskim muzeum nie poddała się bezlitosnej analizie krytyka: „Siwobrody mężczyzna” Tintoretta. jacopo_robusticalled_tintoretto_-_man_with_a_white_beard_-_google_art_projectDlatego surowy krytyk zawsze zasiada przed tym portretem, uważając go za najcenniejszy spośród zasobów Kunsthistorisches. Są jeszcze bardziej prozaiczne powody – mianowicie, idealne warunki termiczne panujące w sali Bordona, dobre oświetlenie i wygodna ławka, idealna do lektury.

Z ironią Berhnarda współgra szydercza kreska Mahlera.

skan2-640 skan3-640 skan1-640359_img4

Karykaturalna trójka bohaterów, groteskowi przypadkowi widzowie, arcydzieła jak w krzywym zwierciadle. Najpiękniejsze boginie przeobraziły się w tłuste babska, dostojni mężowie zamienili się w koślawych dziadów. Co ważniejsze – Mahler znakomicie utrafił w klimat narracji, oddał ukryty sens monologu Regera, zobrazował jego uczucia w symbolicznej formie. Gdy krytyk wyznaje, że po śmierci żony przez pół roku nie odwiedzał muzeum, stan jego ducha wyraża pusta strona z czarnym kwadratem. Gdy mówi o konieczności przebywania z ludźmi („tylko pośród nich mamy szansę żyć dalej i nie oszaleć”) – Mahler kwituje to uproszczonym rysunkiem marmurowej posadzki w hallu Kunsthistorisches, gdzie, jak wiadomo, zawsze kłębi się tłum. image_gallery 2803428

I ja tam byłam – a gdy pójdę znów, spojrzę na dawnych mistrzów oczyma Berhnarda i Mahlera. I na pewno zachichoczę.

 

„Dawni mistrzowie. Komedia narysowana przez Mahlera”

Tekst: Thomas Bernhard, rysunki: Nicolas Mahler

Tłum: Marek Kędzierski

Wyd. Prószyński Media Sp. z o.o./Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016

04
Nov

Niepodległość na fundamencie tradycji (o pokazie w Pałacu Prezydenckim)

Udostępnij:

 

To nie tyle wystawa, co przestrzeń dla sztuki polskiej, wydzielona w Pałacu Prezydenckim.rogul

Lokalizacja też znamienna: sala prowadząca do kaplicy. Tu zaprezentowano wybór prac naszej pierwszej awangardowej formacji: formistów.

Debiutowali w Krakowie w 1917 roku (pod nazwą Ekspresjoniści Polscy, po dwóch latach przemianowali się na formistów), wyznaczając kierunek późniejszym poszukiwaniom, z czasów międzywojnia. Ci najważniejsi – Tytus Czyżewski, bracia Zbigniew i Andrzej Pronaszkowie, Konrad Winkler,most_w_kroscienku Jan Hrynkowski (a także nieobecni w prezentacji Stanisław Ignacy Witkiewiczwitkacy_dwie_glowy, Tymon Niesiołowski i August Zamoyski) dowodzili, że można łączyć nowoczesność z tradycją; światowość z patriotyzmem. Inspiracje znaleźli w sztuce ludowej. W tym, co było rdzennie tutejsze, czyste, nie skażone komercją.

W ekspozycji „prezydenckiej” (przygotowanej przez prof. Andrzeja Szczerskiego, wicedyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie, skąd pochodzi większość obiektów) skoncentrowano się na tematyce religijnej, z racji wspomnianego powyżej sąsiedztwa. Jednocześnie, ta skromna (liczebnie) prezentacja jest forpocztą przyszłorocznych wydarzeń, podczas których przypomniane będą zasługi pierwszej polskiej awangardy.

Sto lat temu Polski jeszcze nie było na mapie Europy – jednak już wtedy przeczuwano, że nasz kraj w konsekwencji I wojny światowej odzyska niepodległość. A przynajmniej, takie nadzieje żywili twórcy różnych dyscyplin. Co znamienne – najbardziej skrajni awangardyści, intelektualiści upierali się, że polska sztuka współczesna powinna mieć zabarwienie nie tyle kosmopolityczne, co narodowe. Oczywiście, nie wolno pozostawać w tyle za Europą, lecz ślepe naśladownictwo Paryża nie ma sensu.

Jak wyglądało to w praktyce? Popatrzmy na słynną „Madonnę” (1922 r.) wszechstronnie utalentowanego Czyżewskiego. madonna_and_child_1909_xx_museum_of_art_lodzPołączenie ludowego świątka z malarstwem Cézanne’a. Plus emocjonalna metafora – bo Matka Boska tuli Jezusa aż… trzema ramionami. Tyle miłości, że w dwóch rękach nie da rady unieść. Z kolei Andrzej Pronaszko (młodszy z braci) operuje konturem i formą kojarzącymi się z góralskim malarstwem na szkle. Starszy Pronaszko, Zbigniew, w 1918 roku stworzył monumentalną i symboliczną rzeźbę „Pietà”. Religijny kanonu potraktował w kubistyczny, zarazem „świątkarski” sposób. Kolejny formista, Jan Hrynkowski, zainspirował się drzeworytem w najbardziej surowym, niby-nieudolnym wydaniu. Właśnie owa celowa „toporność” grafiki „Ucieczka do Egiptu” (1917) stanowi o nowatorskiej formie pracy.skoczylas-pochod-zbojnikow-mnw_6209006

Pamiętajmy – były to czasy negowania poprawnej, mieszczańskiej sztuki. Nasi twórcy czerpiąc z rodzimego folkloru nie schlebiali popularnym gustom. A podejmując wątki religijne uświadamiali, że polska tradycja chrześcijaństwem stoi.

 

Rok Awangardy i otwarcie Sali Formistów – Pałac Prezydencki, 03.11. 2016. Wystawa czynna do grudnia 2017.

 

 

30
Oct

Obrazy z kamieni i powietrza (nagroda im. Cybisa dla Kojiego Kamojiego i jego wystawa w DAP)

Udostępnij:

 

Nagroda im. Cybisa to hołd składany twórcom z dużym dorobkiem, zazwyczaj niemłodym (rok temu dostał ją Wojciech Fangor). W kapitule są tylko artyści – laureaci z poprzednich lat. Ani urzędnicy, ani kulturalny establishment nie majstrują przy werdykcie, co widać po zestawie nazwisk nagrodzonych.

Do tradycji należy prezentacja prac zwycięzcy w warszawskim Domu Artysty Plastyka plus godny katalog. Był czas, kiedy tym dobrodziejstwom towarzyszyły apanaże w postaci pewnej (niewysokiej) kwoty, lecz z braku hojnych sponsorów laureaci muszą pocieszyć się okolicznościową statuetką. Ale honor jest bezcenny!

Historia nagrody (spontanicznie ustanowionej po śmierci Jana Cybisa w 1972 roku) jan_cybis_polish_painterniekiedy splata się z politycznymi wydarzeniami w Polsce (np. spory zamęt wprowadził stan wojenny,); znajdzie się też kilka tąpnięć; lecz w przeważającej mierze ranga dokonań „cybisowców” nie budzi zastrzeżeń.

Jednak przypadek Kojiego Kamojiego jest szczególny. Bo oto po raz pierwszy „cybisa” wręczono twórcy urodzonemu w Japonii.

1963-koji-kamoji-pracownia-pruszkow-fot-zygmunt-targowski-344x381 koji_kamoji Ba, ukształtowanemu w rodzinnym kraju, obciążonego tamtejszą kulturalną schedą. Jednakże dla Kojiego miał także znaczenie pewien symboliczny fakt: otóż urodził się tego samego dnia, w którym przyszedł na świat van Gogh – tyle, że wiek później.

Koji Kamoji pojawił się w Warszawie w 1959 roku, realizując „testament” stryja Umedy, tłumacza polskiej literatury na japoński. Miał wówczas 24 lata, zdobył już wcześniej wykształcenie na tokijskiej Akademii Sztuk Pięknych, lecz podjął kolejne plastyczne studia w stołecznej ASP w pracowni Artura Nachta-Samborskiego, kapisty i przyjaciela Jana Cybisa.2 7 5

To NIE S prace Kojiego – to obrazy Artura Nachta-Samborskiego, kapisy.

 

Profesor nie zamierzał eliminować japońskich klimatów w plastycznych poszukiwaniach swego nietypowego studenta. Dowodem jego otwartości – dyplom Kamojiego. Cykl prac „Na ścianę świątyni” 809_2408_articles koji-kamoji_na-sciane%cc%a8-swia%cc%a8tyni_fot-agnieszka-indyk 1828635_art1nie miał nic wspólnego z obrazami malowanymi farbą na płótnie. Były to trójwymiarowe obiekty z wyciętymi dziurami. Pamiętajmy, że miało to miejsce w 1966 roku i podobna ekstrawagancja musiała szokować grono pedagogiczne.

Właśnie poprzez swą osobność, skłonności kontemplacyjno-filozoficzne, Kamoji zbliżył się do awangardowych twórców skupionych wokół warszawskiej Galerii Foksal. 1963-koji-kamoji-pracownia-pruszkow-fot-zygmunt-targowski-344x381

Nieoczekiwanie, sztuka abstrakcyjna okazała się kulturowym łącznikiem. full_koji_and_kamoji_reporter__770Kamoji zaprzyjaźnił się z Henrykiem Stażewskim, prawie o dwa pokolenia starszym od niego konstruktywistą; znalazł porozumienie z Edwardem Krasińskim, Zbigniewem Gostomskim, a nawet z surrealistką Erną Rosenstein. Na Foksal Koji zadebiutował (jeśli nie liczyć nieco wcześniejszej wystawy w krakowskiej Galerii Krzysztofory). Związek z warszawskim „gniazdem awangardy” ostał się upływowi czasu, czego dowodem udział Kamojiego w jubileuszowym pokazie na 50-lecie galerii (było to w marcu br.).

A co zaprezentował w Galerii DAP?

Podczas wernisażu – siebie.

Nie przesadzam – laureat wystąpił w japońskim stroju, takiej krótszej wersji kimona.

Najważniejsze oczywiście są obrazy. Jest jasno, świetliście. Prawie 30 kompozycji z ostatnich 15 lat. Biel obrazów odcina się od perłowoszarych ścian.

Obrazów? To swoiste „wizualne haiku”. Utwory malowane powietrzem, fakturą użytych materii, niekiedy minimalnie draśnięte ołówkiem. Najwyraźniejsze są doklejone… kamyczki. Małe także pomalowane na biało. Większe – czarne bazaltowe kostki – rozstawione zostały w kilku miejscach na podłodze galerii. Kolekcja MOCAK-u szum-20150807-15-35 5440 1 koji_kamoji_w01dsc5805bgf7031_foksal_koji_kamoji-3-770x513

Prace Kojiego z różnych lat i miejsc.

Koji od dawna uważał kamienie za „kości ziemi”. Tworząc z nimi kompozycje, powoływał się na ogrody zen. Bez wątpienia pierwszy przypadek, gdy podczas oglądania wystawy laureata „cybisa” czułam się jak… w japońskiej świątyni.

 

Koji Kamoji „Rzeka. Słowa i obrazy” – Galeria Domu Artysty Plastyka, Warszawa, wystawa laureata Nagrody im. Jana Cybisa za rok 2015, czynna do 30 listopada 2016

21
Oct

Raz na ludowo (o wystawie „Polska – kraj folkloru?” w Zachęcie)

Udostępnij:

Zapewniam – to nie jest pokaz skrojony wedle upodobań aktualnych kulturalnych decydentów. Joanna Kordjak, kuratorka wystawy w Zachęcie, już w tytule formułuje pytanie/wątpliwość: „Polska – kraj folkloru?” I jest to kwestia o historycznym wymiarze.

Bo choć zebrane eksponaty, filmy, muzyka, kroniki filmowe i inne dokumenty pochodzą z epoki PRL, należy przywołać zjawiska bardziej oddalone w czasie, odnoszące się do naszych narodowych losów.

Przecież w Polsce folklor miał wyjątkowe znaczenie: w czasie zaborów przypominał o naszych korzeniach, utrwalał pamięć, pobudzał patriotyzm. Młodopolska chłopomania, pomijając naiwność i manieryczność fenomenu, miała za zadanie krzepić nie tyle serca, co… ciała. A fala ludowych fascynacji i inspiracji, która nadpłynęła w dwudziestoleciu międzywojennym, była wyrazem dumy narodowej, manifestacją sił witalnych II RP, przywołaniem prasłowiańskich tradycji. Toż wielkie międzynarodowe sukcesy Zofii Stryjeńskiej22272-stryjenska_goralka , Władysława Skoczylasa pochod-zbojnikow-wladyslaw-skoczylas-drzeworyt-1919-rczy Karola Szymanowskiego w dużej mierze był oparte na kreatywnym podejściu do ludowości.

Po 1945 roku władze ZSRR, ideowo kolonializujące „kraje bloku”, napierały na popularyzowanie sztuki nieprofesjonalnej, wydawało się – masowej i przystającej do koncepcji sojuszu robotniczo-chłopskiego. Tymczasem w Polsce rzecz wyglądała nieco inaczej, choć bywało zabawnie, na przykład, gdy w filmie „Zielony szlak” Władysława Ślesickiego chłopstwo spontanicznie rusza w tan na polach, a do tych ról zaangażowano zawodowych tancerzy.

Jednak w przypadku Dożynek, gdy stary obyczaj mieszał się z nową socjalistyczną (i świecką) tradycją, nie bardzo było wiadomo, czy jest z czego się śmiać.

Wspomniałam już o uwarunkowaniach historycznych. Wypada dodać związki artystyczne. Spółdzielnia ŁAD, czyli zespół prekursorów naszej myśli designerskiej, powstała w 1926 roku i nadal działała z powodzeniem w latach powojennych. Projektanci tego ugrupowania transponowali ludowe tradycje meblarskie, tkackie czy ceramiczne na mowę nowoczesności. W modernistyczno-narodowym duchu powstawały piękne i pomysłowe krzesła, stoliki, fotele. Z litego drewna, perfekcyjnie wykonane. W Zachęcie można zobaczyć krzesełka dla dzieci, udające konia na biegunach (bez biegunów), sarenkę czy inne zwierzęta. l_1 meble-z-lat-50-i-60-3Zabawne, inteligentne, wygodne.

Są też gobeliny nestorki naszej tkaniny artystycznej, Eleonory Plucińskiej. Nie mogło zabraknąć wytworów ze spółdzielni Kamionka, specjalizującej się w ceramice, ani, rzecz jasna, słynnego do dziś Włocławka.

101_4751  r_cznie_malowana_ceramika_z_w_oc_awka_lata_70_80_90435271338niebieska_ceramika_z_w_oc_awka_163374am znudziły się już kwietne lub bardziej abstrakcyjne desenie na grubych porcelitowych naczyniach – ale dla cudzoziemców to wciąż atrakcja i polski towar eksportowy! Wiem, bo słyszałam zachwyty młodych Anglików, którym zdarzyło się zajrzeć do Cepelii i rzucili się do kupowania włocławskich mis. No właśnie – Cepelie. Było ich mnóstwo, niemal w każdym większym mieście. W samej Warszawie kilka. Zostały niedobitki. Zwłaszcza szkoda pawilonu projektu Zygmunta Stępińskiego przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich: Cepelię niemal wyparły inne sklepy, zaś szlachetna modernistyczna architektura straciła pierwotny wygląd, przysłonięta paskudnymi reklamami. Podobnie stracił na wizualnych walorach Dom Chłopa (proj. Bohdan Pniewski) dom-chlopa, pierwotnie planowany jako hotel dla przybyszów ze wsi. Chłopom zaprojektowano nie tylko pokoje i sale, także rozrywki. Do nich należało oglądanie wystaw… sztuki ludowej.

Jak widać, Joanna Kordjak skoncentrowała się na PRL-owskich próbach „przeszczepienia” folkloru do wielkich miast. Niekiedy dawało to kabaretowe efekty – jak znane z przekazów naocznych świadków hodowanie kur lub większej chlewnej w blokowiskach…

Ale, ale – wracając do tego, co kurs na folklor przyniósł dobrego. W tejże Zachęcie miały miejsce różne wystawy prezentujące sztukę nieprofesjonalną, z tymi przygotowanymi przez profesora Aleksandra Jackowskiego, wybitnego specjalisty przedmiotu. Fanem naszej ludowej rzeźby (i nie tylko) był Ludwik Zimmerer, niemiecki dziennikarz, wiele lat mieszkający w Polsce. c3283b27 fff3a4f4 Pamiętam jego dom na Saskiej Kępie, zamieniony w małe muzeum etnograficzne – zresztą, z woli kolekcjonera, po jego śmierci zbiór trafił do Muzeum Etnograficznego w Warszawie.z6825320qobraz-ludwiga-zimmerera-przekazany-muzeum-etnograf

Zimmererowi Andrzej Wajda poświęcił dokument (pokazywany w Zachęcie) „ Zaproszenie do wnętrza”.

Opieka, jaką otoczyli profesjonalni artyści nad ludowymi twórcami zaowocowała znakomitymi dokonaniami. Do dziś znane są malarki z Zalipia, „odkryte” przez małżeństwo Heleny i Lecha Grześkiewiczów zalipie_014_malowanaceramikai wylansowane nie tylko na kraj, także za granicą – jako że „zalipianki” dekorowały wnętrza transatlantyku Batory

.foto-1 foto

Wreszcie, crème de la crème – dwa eksportowe zespoły pieśni i tańca: Śląsk, istniejący od 1953 roku,  a-to-polsak-wlasnie-4f72d934bbf74 zespol-slask-534d02b3222f6-14da57ba9a7555_októry swój kunszt zawdzięczał Stanisławowi Hadynie i Elwirze Kamińskiej, oraz zespół stworzony pięć lat wcześniej, kierowany przez Tadeusza Sygietyńskiego i Mirę Zimińską-Sygietyńską – czyli wciąż istniejące i koncertujące Mazowsze. Nasza duma, nasza sława.

maxresdefault 9e53d500-fbf2-4402-ab69-99b95845ed811375188438-756376f4caae92b0c50743b933095d7a

 

 

„Polska – kraj folkloru?” – Galeria Zachęta, wystawa czynna do 15 stycznia 2017

 

Tekst był publikowany w „Rzeczpospolitej”