Category: recenzje

08
Oct

Dwie strony skandalu (czyli dlaczego w polskich galeriach jest, jak jest)

Udostępnij:

Moralna wartość sztuki nie polega na tym, że sztuka czyni nas dobrymi – być może nie ma takiego potencjału. Jej wartość moralna polega na tym, że sztuka utrwala ideę wartości moralnej, pokazuje, że coś takiego naprawdę istnieje”

Roger Scruton „Kultura jest ważna”.

Jest odpowiedni czas, by odnieść się do słów brytyjskiego filozofa.

Europa zaczyna odczuwać zagrożenie nie tylko ze strony terrorystów. Co przytomniejsi zauważają, że bezkrwawo także można zniszczyć, zniweczyć kulturalny dorobek Zachodu. Więc trzeba stanąć w jego obronie, pokazując to, co mamy najcenniejsze i co stanowi fundamenty europejskiej tożsamości – miast umizgać się do multikulturowego wielkiego NIC.

Tymczasem Polska upiera się przy iluzji politycznej poprawności. W efekcie, nasza sztuka wypadła z gry – wcale nie z racji „dobrej zmiany”, lecz z powodu nieprzystawalności wizji sprzed dekady do obecnych realiów. Polski wizual-art znalazł się w kryzysie. Jeśli będziemy chcieli z niego wyjść, musimy zawrócić i znów nadrobić zaległości, jak po PRL-u. Bo teraz jest kurs na tradycyjne wartości. Na rozważania etyczne, nie etniczne.

 

Patent na stanowisko

W Polsce obserwujemy dziwaczne zjawisko: świat sztuki funkcjonuje w oderwaniu od… sztuki.

W ostatnim ćwierćwieczu powstało wiele nowoczesnych, atrakcyjnych architektonicznie, wyposażonych w nowoczesne sprzęty placówek mających oswajać społeczństwo z najnowszymi artystycznymi poszukiwaniami, służyć poszerzaniu powszechnej wiedzy o sztuce, świadomości jej wagi, niezbędności w życiu codziennym.

Jak grzyby po deszczu, wypączkowały uczelnie i kursy rozwijające talenty plastyczne. Równocześnie, wykształcono zastępy specjalistów od sztuki, jej historii i nią zarządzania, z których część znalazła zatrudnienie w instytucjach kulturalnych, centrach artystycznych i galeriach miejskich czy podpadających pod ministerstwo, akademiach sztuk pięknych i prywatnych szkołach. Z tych osób – plus niektórzy artyści – składa się art world.

Wydawać by się mogło, że rozliczni „profesjonalni satelici sztuki” powinni ułatwić porozumienie między artystami a odbiorcami; pomóc .

Nic podobnego nie nastąpiło.

Przeciwnie. Chyba jeszcze nigdy przepaść pomiędzy „zwykłym” widzem a światem sztuki nie była tak głęboka, jak obecnie. Z czego to wynika?

Z pogardy i nadmiernych ambicji.

Art world lekceważy publiczność, bo nie od niej zależą awanse na zawodowej drabinie. Sale ekspozycyjne mogą na co dzień świecić pustkami – ważne, żeby na wernisażu (lub w innym momencie) pojawił się Ktoś Ważny. Najlepiej ktoś decydujący o zakupach bądź sam kolekcjonujący sztukę. To dla tych nielicznych kręci się karuzela wystaw.

Jednocześnie, przedstawiciele art worldu samozwańczo uznali się za jedynych posiadających patent na ocenianie sztuki. Wyłonili swoich guru, ze wskazaniami których nie ma dyskusji. To oni decydują o wynikach konkursów na szefów artystycznych instytucji, dyktują trendy, namaszczają nowe gwiazdki.

Ci, którym udało się zdobyć pożądaną pozycję i pracę, zdają sobie sprawę, że mogą być zastąpieni innymi, bez względu na doświadczenie, wiedzę, zawodowe umiejętności. Bo dziś liczą się znajomości i wspólnota interesów. Stąd brak kryteriów decydujących o przyjęciach czy zwolnieniach ze stanowisk; stąd rozstrzygane pod stołem konkursy; stąd powszechnie akceptowane etyczne mętniactwo (komasowanie w jednych rękach pozornie wykluczających się funkcji, powiązania z politykami, zdobywanie tytułów naukowych „na skróty”).

Jako się rzekło powyżej, mamy nadmiar ludzi ze stosownymi dyplomami, by zająć stanowisko (etatowe) w instytucjach związanych z kulturą. Toteż polski świat sztuki bardziej obawia się politycznych zmian, niż kryzysów ekonomicznych i bessy na rynku sztuki (co w Polsce trwa od blisko dekady).

Artyści, kuratorzy i galeryści mogą liczyć na większe dochody dzięki zakupom do publicznych kolekcji tudzież dzięki systemowi budżetowych grantów i dotacji. W komisjach eksperckich zawsze zasiadali podobnie myślący członkowie. Ważni też byli „zaprzyjaźnieni” urzędnicy.

Jasne – żeby to wykazać za pomocą „twardych” danych, potrzebny byłby dziennikarz śledczy zorientowany w sprawach kultury, a takiego po prostu nie ma. Ale nawet gołym okiem widać, jak skonsolidowany i niepokojąco jednomyślny jest polski art world.

Nie jest liczny – około kilkuset osób „na stanowiskach” (mam na myśli instytucje budżetowe i szkoły wyższe). Plus drugie tyle akolitów. W małym środowisku nietrudno o jednomyślność. Dlatego wyroki ferowane przez ekspertów z art worldu są niepodważalne. Łatwo też o jednolity front socjotechniczny.

Paradoksalnie, w utrwalaniu pozycji niektórych artystycznych prominentów pomocne okazują się… skandale, których byli bohaterami lub przynajmniej aktorami bliskiego planu. Lecz są też afery zamiatane pod dywan. Z różnych powodów niewygodne.

W wywiadzie niedawno udzielonym „Dziennikowi Gazecie Prawnej” (12–15.08.2016) przez Andę Rottenberg, która wróciła z prawie rocznego stypendium w Berlinie, znalazł się zastanawiający passus: „To są rządy (PiS – przyp. MM), w których wydaje się dyrektywy, co ma być popierane, kogo popieramy. (…) Widzę, że galerie już włączają cenzorski mechanizm, już wiadomo, że nie pokażą rzeczy kontrowersyjnych, bo nie chcą mieć kłopotów. To samo będzie z wydawnictwami, książkami, pismami…”.

Cóż to znaczy? Po pierwsze, że MKiDN wcale nie wydał dyrektyw w kwestii programu galerii, tylko… takowe są spodziewane. Ba, wręcz oczekiwane! Wówczas będzie można do woli używać sobie na dyktatorskich zapędach obecnej władzy. Po drugie, powyższa wypowiedź kompromituje kuratorski mainstream, który sam siebie a priori cenzuruje, z obawy przed utratą stołków. Po trzecie, ujawnia się oportunizm liderów środowiska sztuki. Z co z kręgosłupem moralnym, odwagą cywilną, ryzykiem w imię wierności własnej wizji?

Jakże to, dla lubego grosza – jak kurek na (nomen omen) kościele?

 

Miraż guzika

Za PRL-u kursował taki dowcip: jak podnieść wartość złotówki? Wywiercić dziurki i sprzedawać jako guzik, za złoty pięćdziesiąt.

Tę metodę – z guzik wartej monety w nieco droższy od niej guzik – zastosowano w sztukach wizualnych III RP. Mizerne artystyczne produkcje podbijają ułomne intelektualnie kuratorskie komentarze. Takie przerabienie „niców na nice” (słowami Lema).

Zawiłe „eksperckie” teksty owszem, onieśmielają decydentów z urzędu, jednak nie sprawdzają się w odniesieniu do tzw. obywatela – o czym świadczy topniejąca z roku na rok frekwencja w przybytkach wizual artu. Może warto przyjrzeć się statystykom? Jednak nieistotne, ilu wiernych odwiedza te świątynie. Przecież to instytucje budżetowe, gdzie nikt nie ryzykuje własnych pieniędzy. Trzeba tylko odpowiednio ustawić dysponentów finansami. Gdy jest parafka księgowego, to czy się stoi, czy się leży (znów powiedzonko z czasów socu) – całkiem sporo się należy. Przywołanie słusznie minionej epoki wcale tu nie jest od rzeczy: w instytucjach na państwowym garnuszku powielane są PRL-owskie schematy. Widz nie ma nic do gadania, ważna jest międzyinstytucjonalna (i czasem międzynarodowa) polityka kulturalna, którą opłaca… widz właśnie, czyli podatnik.

Dlaczego nikt nie protestuje przeciwko dotowaniu pustych galerii? Czemu nikt nie wyrwie się publicznie ze szczerym wyznaniem: „Jak mnie to zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca”?

Otóż – lęk przed kompromitacją.

By go wywołać, permanentnie przypominane są dawne „wtopy” władz i krytyków. Nie skumali, głąby, że mają do czynienia z awangardową myślą, nowatorskim dokonaniem, śmiałą kreacją zrywającą pęta z tradycją. Ośmieszyli się, wybuczeli coś, przed czym ich potomkowie klękają.

Uparte przywoływanie spektakularnych skandali ma cel: uprzedzenie ciosu.

Trzeba zawczasu obśmiać każdego, kto zgłosi zastrzeżenie do programu budżetowych galerii; do ich intelektualnego poziomu lub/i strony etycznej. Bo zakwestionowanie sensu i wartości proponowanej sztuki musiałoby oznaczać zmiany w rozdawnictwie publicznych pieniędzy. A to byłoby nieprzyjemne dla dotychczasowych beneficjentów naszej kulturalnej polityki.

Więc leci litania: Salon Odrzuconych (rok 1863) i „Śniadanie na trawie” Maneta, afera z jego „Olimpią” na Salonie Paryskim 1865, pierwsza wystawa impresjonistów (1874), wystąpienie fowistów na Salonie Jesiennym 1905, „Panny z Avignonu” Picassa (1907), oburzenie wywołane spektaklem dadaistów w Cabaret Voltaire (1916), „zaaresztowanie” pierwszej wystawy Modiglianiego (1917), i tak dalej… Pierwotnie atakowane, z czasem okazały się przełomowe, genialne i niewiarygodnie drogie. Kanon historyczny uzupełniany jest skandalami bliższymi nam w czasie i geografii: „Piramida zwierząt” i „Łaźnia” Kozyry, „Naziści” Uklańskiego, „Nona ora” Cattelana…

 

Krzywda zmanipulowana

Kilka miesięcy temu obchodzono 15. rocznicę skandali niektórym znanych tylko ze zdjęć. Oto Daniel Olbrychski atakuje szabelką wystawę „Naziści” Piotra Uklańskiego – bo artysta pokazał filmową fotę aktora, na której nosi niemiecki mundur. Inny równie znany kadr: prawicowi posłowie zdejmują meteoryt z naturalistycznej figury Jana Pawła II – instalacji Maurizio Cattelana.

Praca włoskiego autora była wisienką na torcie wystawy przygotowanej na zakończenie obchodów stulecia Zachęty przez Haralda Szeemanna, nieżyjącego już kuratorskiego guru. Po tych wydarzeniach na Andę Rottenberg, ówczesną dyrektorkę najważniejszej stołecznej galerii, posypały się gromy i paskudna, antysemicka korespondencja. Odeszła z Zachęty, jako że miała inne plany oraz obietnicę ministra kultury Kazimierza Michała Ujazdowskiego, że obejmie dyrektorski fotel w Muzeum Sztuki Współczesnej (tak pierwotnie miało się nazywać warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej). Jaki program Rottenberg zamierzała realizować w MSN?

Powiedziała wówczas w udzielonym mi wywiadzie: „Chciałabym pokazywać sztukę ostatnich 50 lat, pożyczając ze świata wybrane obiekty i na tym tle zaprezentować sztukę polską. Taki rodzaj wykładu. Oprócz tego powinny tam być ekspozycje czasowe, tematyczne spięcia”.

Był marzec roku 2001.

Jak wiemy, Anda Rottenberg nie dostała nominacji na dyrektora MSN. Zgodnie z umową, złożyła podanie o dymisję, lecz… minister Ujazdowski zmienił zdanie. Jej wizja funkcjonowania tej placówki także spaliła na panewce.

Ale tym, którzy przypominają tamte afery w Zachęcie, nie chodzi o wierność faktom. Przestrzegają obecne władze: niech nie odważą się ruszać osób usadzonych na najwyższych galeryjnych stołkach, bo będzie się za nimi wlokło odium jak za ministrem Ujazdowskim, który (rzekomo) skrzywdził najwyższy w Polsce artystyczny autorytet.

Podobną „umoralniającą” rolę spełnia przypominanie wrogich reakcji na „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” Joanny Rajkowskiej (czyli palmę przy Rondzie De Gaulle’a), obecnie jednym z najbardziej charakterystycznych punktów Warszawy. Odświeża się pamięć o procesie wytoczonym Dorocie Nieznalskiej przez prawicowych posłów za obrazę uczuć religijnych, czego dopatrzyli się w pracy „Pasja” (2001). Rozpala się pamięć wielokrotnym podpalaniem „Tęczy” Julity Wójcik, ustawionej (po Brukseli) na warszawskim Placu Zbawiciela – co wywołało istną wojnę ideologiczną. Albo wytyka się niechętnym obozowi koncentracyjnemu ułożonemu z klocków lego przez Zbigniewa Liberę, że nie poznali się na dziele, wystawionym (sic!) przez nowojorskie Jewish Museum.

 

Kneblowanie niewygodnych

Historyczka sztuki Magdalena Ujma, która sporządziła listę najgłośniejszych skandali artystycznych III RP, zauważyła w komentarzu: „Ludzie sztuki wolą raczej wycofać się ze sporu, niż podejmować go na nierównych warunkach z politykami czy innymi działaczami albo dziennikarzami. Jednak także postawa artystów bywa niejednoznaczna i niekiedy naiwna. (…) nie grzeszyli rozeznaniem w sytuacji społecznej czy politycznej, która dyktowała taką, a nie inną możliwość odbioru ich dzieł. Skoro bowiem ktoś bawi się zapałkami, niech się nie dziwi, że powoduje pożar.”

Za to inni przedstawiciele art worldu potrafią mistrzowsko żonglować tym ogniem.

Przypomnę afery związane z wystąpieniami The Krasnals, kolektywu istniejącego od 2008 roku. Już na początku działalności wykrzyczeli, że „…rynkiem sztuki rządzi protekcjonalizm i układy, sama sztuka zeszla na plan dalszy”. I oto przeciwko tej anonimowej formacji, bezkompromisowo i krytycznie traktującej nasz artystyczny establishment (przypomnę skandal z obrazem „w stylu” Wilhelma Sasnala, podpisanym Whielki Krasnal, wyceniony przez dom aukcyjny Christie’s na 70 tys. funtów, co świadczyło o braku kryteriów w wartościowaniu sztuki) ruszył front nienawistników. Odmawiano im prawa do uczestnictwa w publicznych wystawach, a gdy w ubiegłym roku ich prace pojawiły się w poznańskiej galerii Arsenał, zaczęto domagać się usunięcia ze stanowiska dyrektora.

Kolektyw zarzuca kuratorom: „…staracie się, aby The Krasnals było zjawiskiem niewidocznym i niezauważalnym, co kompromituje zarazem cały kreowany przez was system sztuki, który promujecie jako ostoję demokracji i strażnika wolności sztuki”. Trudno nie przyznać grupie racji.

Z innej parafii: zacierane są ślady działalności Abbey House, firmy, która zniszczyła kariery wielu młodych artystów, publikując w poważanym onegdaj periodyku „Art & Business” dane z aukcji wirtualnych, których wyników nikt nie był w stanie sprawdzić. Konfrontacja z realiami (prawdziwym rynkiem sztuki) obnażyła manipulacje: żaden z artystów ze stajni Abbey House nie sprzedaje ani w części tak wysoko, jak podawano. O ile w ogóle istnieje w obiegu sztuki.
Jasne, podbijanie cen na dzieła przy pomocy podstawionych licytujących praktykowane jest od dawna na świecie – ale robi się to z zachowaniem proporcji oraz wiedzy o rynkowych mechanizmach. AH zabrakło jednego i drugiego. I tylko bardzo niedoświadczeni autorzy mogli dać się nabrać na sztucznie nakręcane „sukcesy”.

A skoro o naiwności mowa – nawet starsi twórcy, z dużym dorobkiem, lecz bez studiów, dali się uwieść mirażowi zdobywania magisterium i tytułów naukowych w ekspresowym, dwuletnim okresie. Tak zdarzyło się na jednej z warszawskich artystycznych uczelni. Tamże, w trybie urągającym uczciwości, przeprowadzano przewody doktoranckie z pominięciem obowiązujących reguł. Choć zaszumiało w mediach, skandal został wyciszony, a reputacja odpowiedzialnych zań osób pozostała bez skazy.

Nie ma też reperkusji mętnych konkursów na szefów ważnych instytucji sztuki. Szepcze się o tym w kulurarach, że brakuje oficjalnych informacji, nie przedstawia się kandydatów, formułuje się tak regulamin, żeby wymogi spełniała jedna konkretna osoba, zawczasu wyznaczona przez kuratorski mainstream.

Rok temu – jeszcze przed wygraną PiS – Irena Lasota pisała w tekście „Słoń a układ zamknięty” (Plus Minus 10–11.10.2015): „Przejrzystość działań rządu zaczyna się od prawdziwych konkursów na różne stanowiska – od najniższego po najwyższe. Konkursy służą między innymi temu, żeby zmniejszyć nepotyzm i prywatę”.

Rząd się zmienił, ale w przybytkach sztuki wszystko po staremu. Mimo to wszyscy „ustawieni” biją na alarm, przekonując, że demokracja sztuki jest zagrożona. Tymczasem bynajmniej nie chodzi o niezawisłość twórczą, lecz… strach o apanaże. „Współcześni liberałowie to dobrze zakamuflowani etatyści”, zauważa prof. Philip Bagus, ekonomista. Wprawdzie jego konstatacja dotyczy sfery politycznej, lecz przystaje też do branży zwanej kulturą. Bo to naczynia połączone.

 

Krzepienie serc

Każdy, kto jeździ jeździ za granicę (kierunek zachodni) i odwiedza co ważniejsze galerie, musiał to zauważyć: tam zmienił się repertuar. Spoważniał, sklasyczniał. Eksperymenty pozostawiono samofinansującym się przybytkom lub miejscom subsydiowanym przez prywatnych sponsorów. Natomiast duże centra dotowane przez państwo przeorientowano ku tradycji. Zwrot ku ogólnie akceptowanym wartościom w sposób widoczny przełożył się na frekwencję. Choć bilety drogie, tłumy walą w każdy dzień, nie tylko wtedy, gdy wejście gratis.

Publiczność poczuła się znów szanowana i dowartościowana. Dostają to, czego spodziewają się w galeriach: obiekty budzące podziw, dające poczucie obcowania z czymś wykraczającym poza przeciętne umiejętności. Nawet świeckie dzieła wydają się święte. Konsolidują. Napełniają dumą. Dają poczucie kulturowej wspólnoty, takiej prawdziwej, nie instytucjonalnej.

Taki jest czas. Taka potrzeba.

Bogate społeczeństwa Europy poczuły zagrożenie – wiadomo, jakie. Instynktownie zwracają się ku wartościom, które stanowiły, i nadal stanowią, podwaliny europejskiej cywilizacji.

W ślad za tym poszły zmiany w programach publicznych galerii. Skończyła się epoka postnihilizmu, postdadaizmu, postkonceptualizmu i innych „postów”.

To było dobre na lata pokoju i prosperity. Teraz jest wojna. Hybrydowa, ale jednak. Trzeba podbudować morale. My, Europejczycy, nie ugniemy się pod natarciem nowej barbarii. Pomoże w tym kultura.

Toteż prestiżowe salony wypełniają dzieła najwyższej próby. Pewniaki, co do jakości których nikt nie ma wątpliwości. I każdy je rozumie, nawet nie czytając wyjaśnień.

Coś podobnego miało miejsce w rozparcelowanej zaborami Polsce: tworzono ku pokrzepieniu serc. Nawet jeśli do dziś Matejko stanowi dla niektórych synonim łopatologii oraz hurra-patriotyzmu, trudno zaprzeczyć, że odegrał wielką rolę, a konsekwencją jego postawy (oraz nauczania) była erupcja talentów Młodej Polski – artystycznego zrywu, którego ranga i skala nigdy już się w Polsce nie powtórzyły.

 

Koniec czasów pogardy

Repertuarowe przetasowania, jakie zaszły w zachodnich publicznych galeriach, mają też mniej wzniosły powód: chodzi o frekwencję, czyli wpływy z biletów. W krajach bliższych demokracji szefowie budżetowych instytucji liczą się z głosem widzów. A ci powiedzieli: basta. Postawmy kres intelektualnym nizinom, warsztatowej nędzy, epatowaniu wizualnym paskudztwem. Dość nadstawiania drugiego policzka pod kuratorskie ciosy. W ogóle, koniec z szokowaniem na siłę i gonitwą za nowinkami. Chcemy stabilności i prawdziwych wartości, „mówią” (czyli jak w teatrze czy kinie: głosują nogami) odbiorcy. Płacimy i wymagamy.

I oto, po okresie eksperymentów próbujących postawić znak równości między codziennością a sztuką; polityką, socjologią, psychologią, matematyką, cybernetyką a sztuką znów wygrywa tradycja. Wielkie dzieła, wielkie nazwiska, artystyczna sublimacja dokonań dziesiątek pokoleń. Minęły modne mniej więcej dekadę temu wystawy tematyczne, penetrujące zakamarki ludzkiego ciała, duszy i seksualności (Ból, Krew, Melancholia oraz wszelkie możliwe kombinacje genderowe).

W tym roku ze szczególną intensywnością powróciło malarstwo mistrzów. Jeśli fotografia, to też liderów gatunku. Jeśli wideo, to najwyższej cyfrowej generacji, z detalicznie rozpisanymi scenariuszami – a nie improwizacje przed amatorską kamerą.

Kolejna zauważalna zmiana: zbiorówki ustąpiły pola prezentacjom indywidualnym. Z sal ekspozycyjnych wymieciono sieczkę stanowiącą ilustrację do kuratorskiej tezy. Teraz jest dostojnie, jak przystało na świątynie.

Audytorium dostrzegło tę zmianę i polubiło, czego dowodzi zachowaniem. Ludzie nie przebiegają przez wystawy w oszołomieniu i pośpiechu. Suną jak papieska procesja, w skupieniu kontemplując dzieła.

Bo jak nie podziwiać np. Botticellego, niedawnego hitu berlińskiej Gemäldegalerie; jak nie zachwycać się Georgią O’Keeffe (wprawdzie Amerykanka, lecz zainspirowana przez Europejczyków), której dorobek inauguruje funkcjonowanie nowej części Tate Modern (w budynku nazwanym Switch House); jak nie cieszyć się „całym” Balthusem w Rzymie (potem w Wiedniu), a w Wiedniu – jak nie kibicować gigantycznej ekspozycji wymownie zatytułowanej „Painting 2.0”, zajmującej cztery poziomy MUMOK-a, złożonej z ponad 200 obrazów od lat 60. XX wieku do dziś. A na wystawy upamiętniające 500. rocznicę śmierci Hieronima Boscha jego fani pielgrzymują po Europie.

Do tego przeredagowaniu uległy tytuły prezentacji. Skończył się czas metaforycznych wygibasów. Zastąpiły je skromne nazwy informacyjne, bez literackich pretensji.

Sięgam po bieżące przykłady: w londyńskiej Serpentine „Small Paintings & New Landscapes” 89-letniego, lecz wciąż wspaniałego Aleksa Katza; w National Gallery „Painters’ Paintings” (kolekcje malarskie malarzy od Anthony’ego van Dycka po Luciena Freuda); w Royal Academy of Arts „82 Portraits and 1 Still-life”, najnowsze prace 79-letniego Davida Hockneya; w wiedeńskiej Albertinie „I Never Look Away. Self-Portraits” 80-letniego Jima Dine’a oraz „Od Moneta do Picassa”…

Wszystko to dowodzi jednego: w sztuce nadchodzi kres kultu młodości. Koniec pogardy dla dojrzałości, doświadczenia, dorobku.

Szacowne dinozaury znów prowadzą wystawowy peleton. Żółtodzioby im nie podskoczą. Tak zdecydowała widownia.

 

Powrót do zapaści

Powyższych zmian zupełnie nie widać w polskich instytucjach finansowanych z publicznych źródeł.

Przeprowadziłam prywatną ankietę wśród znajomych: kiedy ostatnio odwiedzili jakieś centra sztuki współczesnej, jakieś Zachęty (bo są nie tylko w Warszawie), jakąś modną galerię z nowinkami sztuk wizualnych? Wzruszenie ramion. „Ja już w kraju na wystawy nie chodzę”, mówi znana dziennikarka i autorka książek. „Za to za granicą zwykle uchodzę nogi po pachy, dziwiąc się, że może być tak dobrze”.

W Polsce warte odwiedzenia są tylko muzea narodowe, gdzie sprowadzane są niekiedy prawdziwe rewelacje”, dorzuca inny kolega po fachu. A pewna psycholożka wyznaje: „Po tym, co widzialam kilkakrotnie w Zachęcie, mam odrzut na sztukę współczesną”.

Powiedzmy to otwartym tekstem: polskie przybytki wizual-artu świecą pustkami. Jedynie wystawy tradycyjnej, wysokiej próby twórczości (z ostatnich miesięcy: „Brescia. Renesans na północy Włoch” – Muzeum Narodowe w Warszawie, czy „Ottomania” i „Maria Mater Misericordiae” w krakowskim MN) przyciągają tłumy. Podobnie monografie mistrzów – Henryka Tomaszewskiego, Wojciecha Zamecznika, Juliusza Antoniszczaka czy Andrzeja Wróblewskiego.

Odbiorcy powiedzieli „nie” zbiorówkom skleconym wedle kuratorskich wizji, często w absurdalnie kosztownej oprawie scenograficznej. Przestali zagłębiać się w teksty wypisywane na ścianach galerii: przecież idziemy do galerii nie po to, aby czytać, ale żeby oglądać. I czerpać z tego satysfakcję.

Słabość polskiej sztuki najnowszej dostrzegają nie tylko rodzimi odbiorcy, lekceważeni przez artystycznych merytokratów jako niedouczeni, nieobyci i konserwatywni. Nie oszukujmy się – nie liczymy się poza granicami kraju. Rozliczne „polskie sezony”, mające służyć wypromowaniu polskiej kultury w świecie, na które przez kilkanaście ostatnich lat szła ogromna kasa i potężny marketing medialny, nie spełniły oczekiwań. A przecież wysyłaliśmy naszych debeściaków…

Trudno przecież traktować w kategoriach sukcesu aktualny berliński przegląd tego, co pojawiało się w konkursie „Spojrzenia”, którego współorganizatorem i fundatorem nagrody jest Deutsche Bank.

I proszę nie argumentować, że o polskiej obecności przesądzają indywidualne osiągnięcia – jakiś X miał pokaz w Londynie, jakiś Y sprzedał serię prac w Nowym Jorku, o jakimś Z pojawił się artykuł w niemieckiej prasie. To zdarzało się i przed 1989 rokiem. Po obaleniu komunizmu miało być tylko lepiej. Nie jest.

Kiedyś zapóźnienie polskiej sztuki można było zwalić na żelazną kurtynę i PRL-owską politykę kulturalną. Po transformacji ustrojowej rozbudzono w Polakach wielkie nadzieje. W latach 90. XX wieku i na początku następnego stulecia centra artystyczne przeżywały boom. Zaczęliśmy się liczyć na wystawowej mapie Europy. Jasne, nie mieliśmy wiele do zaoferowania na wymianę, ale dla twórców liczyła się też aura, atencja, adoracja… To była waluta wymienna.

Czy ktoś pamięta, jakie gwiazdy pojawiały się np. w Zamku Ujazdowskim? Wymieniam z pamięci, na wyrywki – David Nash, Tony Oursler, Gerhard Richter, Christian Boltanski, Nan Goldin, James Turrel, Sebastiao Salgado, Andreas Serrano, Shirin Neshat…

W Zachęcie dane nam było oglądać „Klasyków XX wieku” (Picasso, Bacon, Beuys, Duchamp, Kandinsky, Warhol, Malewicz, Dali, Mondrian, Brancusi) oraz nasze „Słońce i inne gwiazdy” (Abakanowicz, Kantor, Kobro, Opałka, Szapocznikow, Strzemiński, Stażewski, Witkacy, Wojtkiewicz, Wróblewski); wystawiały takie sławy jak np. Luc Tuysmans, Bill Viola, Neo Rauch, Louise Bourgeois, Yayoi Kusama. Dla młodych zdolnych zarezerwowane były Kordegarda (potem zastąpiona przez Miejsce Projektów Zachęty), Mały Salon, a po jego likwidacji – parterowe sale najstarszej stołecznej galerii.

Od kilku lat program wszystkich placówek – od MSN poczynając, poprzez CSW, Zachętę i inne miejsca dotowane, a na galeriach prywatnych kończąc – tworzy nudny monolit. Tasowane są sprawdzone nazwiska, głównie bohaterzy sztuki krytycznej. A herosi lat 90. mają zadyszkę i zamiast tworzyć, rzucają ledwie koncepty – stąd zalew ready-mades. Obok tego trwa wyścig o nowalijki. Galerzyści penetrują końcoworoczne pokazy na plastycznych uczelniach, starając się wyłuskać nowe „talenty”, którzy po opuszczeniu szkół gubią się w rzeczywistości. Szybko znikają ze sceny, zastępowani kolejnymi kuratorskimi „odkryciami”.

 

Eksperyment na umyśle

Ile jeszcze polscy odbiorcy sztuki zniosą? Jak długo nasi otępiali i potulni urzędnicy będą dotować antysztukę?

Pisał wspomniany na wstępie Roger Scruton: „Żart Duchampa uruchomił cały przemysł intelektualny poszukujący odpowiedzi na pytanie »Co to jest sztuka?« Wyroby tego przemysłu są równie nużące i jałowe jak imitacje gestu Duchampa”. I nieco dalej: „Skoro wszystko może być sztuką, to sztuka przestaje mieć sens.”

A u nas – stare bazarowe stragany, mazdy (samochody) vintage, bilety z podróży do Nowego Jorku, sosy czosnkowe, kwiatki doniczkowe, opłatki nadgryzione przez myszy i setki innych ready-mades zapełniają nasze galerie, jak nieustający hołd składany Duchampowi.

Dlaczego tak jest?

Zacznijmy od przyczyn obiektywnych. Monografie czy retrospektywy mistrzów z najwyższej półki kosztują krocie. Do tego realizacja (zabieganie o wypożyczanie prac z różnych miejsc) zabiera lata. Im większa sława, tym większy stopień trudności.

Z punktu widzenia polskiego kuratora – nieefektywny, nieopłacalny wysiłek.

Za to zbiorowe pokazy współczesnych dokonań są stosunkowo łatwe w realizacji. Kurator wymyśla temat, opatruje pojemnym hasłem i dobiera obiekty. Do współpracy najchętniej zaprasza mało znanych autorów. Tacy mają skromne wymagania, nie dyskutują, nie domagają się gratyfikacji, pozwalają manipulować pracami.

Drugi powód powodzi „wystaw kuratorskich” wynika z potrzeby autolansu. Autor koncepcji wybija się przed twórców. Występuje w mediach, urządza show pod nazwą „kuratorskie oprowadzanie”, organizuje dyskusje. Staje się lokalnym celebrytą.

Ale, ale! Najpierw trzeba nagłośnić wydarzenie. Spece od marketingu klecą z pomocą kuratora piarowskie notki i rozsyłają do mediów. Obowiązuje stylizacja na filozoficzną głębię. Oto pierwsza z brzegu zapowiedź nadchodzącej prezentacji:

Pokazywane na wystawie prace odnoszą się do pojęć mierzących się z własnymi obsesjami, fascynacjami i urazami. Łączy je refleksja o ludzkiej naturze, przemijaniu i pamięci. Jednocześnie podważają granice między dziełem a jego kontekstem, szukając radykalnych rozwiązań na drodze zmierzającej do połączenia sztuki i życia. Tym samym wystawa staje się wypowiedzią, dla której X (celowo nie wymieniam nazwiska – MM) jest jedynie pretekstem dla szerszej refleksji będącej wyrazem wahań i niepewności dotyczących możliwości i pułapek związanych ze sztuką.”

Na tym nie koniec. Egzystencjalny ton pogłębia kontekst – pardon, dyskurs – historyczny.

I oto: „Tytuł wystawy zaczerpnięty został od nazwy jednego z drzeworytów niemieckiego malarza i grafika doby renesansu Hansa Holbeina młodszego, ilustrującego cykl »Obrazów śmierci«. Scena ukazująca »Kości wszystkich ludzi« przedstawia orkiestrę szkieletów rozpoczynających swój taniec. Motyw tańca śmierci to jedno z najpopularniejszych przedstawień w sztuce i literaturze późnego średniowiecza. Przedstawienia tego typu powstawały jako upomnienie przed nieuchronnym losem, ale także jako wyraz rozczarowania światem. W kontekście wystawy motyw ten zasiewa niepokojącą myśl, że »pośród życia jesteśmy zanurzeni w śmierci«. Niemniej może dzięki temu jesteśmy w stanie chwycić jego istotę.”

Oczywiście, pokaz będzie zbiorowy. Oczywiście, zaproszono do udziału modne młode gwiazdki. Oczywiście, zacytowany powyżej bełkot powielą media – bo system „kopiuj/wklej” zastąpił analizę krytyczną.

I znów nikt nie zada niewygodnych pytań, nikt nie będzie miał wątpliwości, czy to komukolwiek służy…

Powtórzę: pod naporem inwazji barbarii zachód Europy zaczyna budzić się z letargu – co wyraża się prawdopodobnie nieuświadomymi przez większość, lecz instynktownie odczuwanymi potrzebami powrotu do tradycji. Tej, która stworzyła naszą cywilizację.

Nas to jeszcze nie dotyczy. Nie dostrzegamy związków pomiędzy sytuacją polityczną a tym, co oglądamy w galeriach. Zamiast tego – „antydemokretycznym” straszakiem stają dawne skandale. Czas dostrzec ich rewers.

 

03
Oct

Mit wciśnięty w blokowisko (o filmie „Ostatnia rodzina” – czyli portret Beksińskich)

Udostępnij:

 

…Zgrzytający dźwig wznosi się powoli, z oporami, jakby w każdym momencie mógł się popsuć, nawet spaść. Wraz z wtłoczonymi weń osobami odliczamy piętra. Im wyżej, tym straszniej. Narasta groza, nie wiedzieć czemu – przecież tylko migają numery kolejnych pięter. Suspens godny Hitchcocka.

ostatniarodzina foto-muzeum-historyczne-w-sanoku-443922ea994a7469cad3bb85564d2-1000wmfktkqturbxy8woguxnty4nme4nzrmywq5zjkwnme1ognhmwi2zmvhnc5qcgvnkpudam0bls0fbm0ddjmfzqmgzqhc

A przecież wiadomo, kiedy zdarzył się dramat: Zdzisław Beksiński autoportret_xiii-1909c został zamordowany w 2005 roku; pięć lat wcześniej jego syn Tomasz popełnił samobójstwo. Ale ta winda – to wehikuł czasu. Cofamy się do roku 1977, gdy do m-5 na nowoczesnym osiedlu na Służewiu wprowadza się familia Beksińskich: dwie starsze panie, matki Zdzisława i jego żony Zofii; jednocześnie w sąsiednim budynku samodzielne mieszkanko dostaje jedyna latorośl państwa, syn Tomasz.

I zaczyna się jazda.

W tym samym 1977 roku urodził się scenarzysta „Ostatniej rodziny” Robert Bolesto. Ani on, ani siedem lat młodszy reżyser Jan P. Matuszyński nie mają PRL–owskich powidoków.kd8ktkqturbxy82mdjmm2zmmdc2ntdmmzm0nzvinzblzjc4oda1y2u3ni5qcgvnkpudagvnbadnakctbc0dim0bwg

Mimo to, zrealizowali najdoskonalszy ze znanych mi obrazów o… obrazach. A raczej, o twórcy tychże. O prozie życia, będącej udziałem tych, których uważamy za „wybrańców”. To nie męki twórcze są ich demonami, lecz zatkana kanalizacja, niefachowi fachowcy, niedostatki zaopatrzenia. Czyli to, co nęka całą resztę społeczeństwa.

.zdzislaw_beksinski_05 3564caa71b0bcc4a5f9d5d0c88973a0b aa78_by_zdzislaw_beksinski_1978

Andrzej Seweryn zna, pamięta tamte czasy. Czy spotkał kiedykolwiek swego bohatera? Nie ważne. Stał się Beksińskim i to jest jego filmowa rola życia. Każde podciągnięcie spodni (na szelkach), kompulsywność pochałaniania jedzenia, niezdarność ruchów – to już postać. Do tego sarkazm, dowcip, pozorna oziębłość, plus dziecięca naiwność. I te niby-makabryczne obrazy! Wszystkie te elementy składają się na osobowość złożoną, nieogarniętą. Aleksandra Konieczna jako Zofia Beksińska przeraża – bo jak mogła przyjąć pozycję cienia, który dźwiga na barkach całą rodzinę? Koniecznej wierzymy i za nią się buntujemy. Ofiara przez wszystkich kochana. A ona łyka środki uspakajające i milczy.z15476625qrodzina-beksinskich-okolo-1964-r-zdzislaw-nigdy-n

Ale najstraszniejszy jest Tomasz Beksiński w wydaniu Dawida Ogrodnika.

652403_1-1 ostatnia-rodzina-foto-hubert-komerski-2Legenda trzeciego programu radia, fan nocnych i mocnych klimatów. Dziś ta muzyka brzmi deprymująco, a komentarze – irytująco pretensjonalnie. Jeszcze gorzej poza radiowym studiem. Histeryk, egotyk, prawie paranoik… Buntownik bez powodu. Nie wiadomo, przeciwko czemu protestuje. Nie lubi tatusia, bo ten nie dał mu nigdy w dupę? Nienawidzi mamusi, bo ta mu posprzątała bałagan? Dręczy zainteresowane nim dziewczyny – bo nie wykazują zrozumienia dla jego wiecznie mrocznych klimatów? Bo nie chcą być narzeczonymi wampira?

Rodzice kupili mu mieszkanie – też źle? Bo za blisko? Ale skoro synek strzaszy samobójstwami, to chyba oczywiste, że chcą mieć go na oku?

„Ostatnia rodzina” nie tyle jest ostatnia, co ostatnia tradycyjna, trzymająca się razem, na przekór danym wyjściowym.

Fenomenalną sceną w windzie, nawiązującą do arcydzieła Louisa Malle’a „Windą na szafot”, zaczyna się opowieść o rodzinie tyleż nietypowej, co szablonowej. Nietypowej z racji profesji pana domu oraz jego charakteru, stereotypowej jeśli chodzi o warunki bytowe obywateli „lepszej” kategorii z czasów późnego Gierka.

Ktoś powie – tragedia. Tak podstawowe dobra jak pralka, aparat fotograficzny, głośniki czy przede wszystkim mieszkanie zdobywane wysiłkiem wielu lat życia. A jakie straszne warunki miał mistrz do malowania! Ale to fałsz, zmyłka. Zdzisław w swojej kanciapie czuł się najlepiej. Nie potrzebował do tworzenia hangaru. Wystarczały mu dwie mocne żarówy i pulpit. Kochał muzykę i nią się dopingował – a miał ją w zasięgu ręki, w setkach płyt. Analogowych. Rezonujących w potężnych, brzydkich głośnikach starej daty, dających znakomite foniczne efekty. Nie miał potrzeb towarzyskich, nie należał też do smakoszy i kontentowało go jadło proste i nie wymagające niczego poza… wyrzuceniem pojemnika do kubła.

Z kobiet znał jedną – żonę. 1fc314887e06544cf3729fd4a3cdf2f0640000

Miłosne przygody? A po co? Wyobraźnia dawała mu równie mocne bodźce. „Nieraz wyobrażam sobie, że gwałcę kobietę.

beksinski-zdzislaw-foto-album-12_59948908b5fe18a-8f43-4873-a240-483dea344994 zdzislaw-beksinski-82

Ale przecież nie wypada tego zrobić”, wyznał w jednym z wywiadów. Jakby tytułem rekompensaty, pasjami filmował sceny z życia. Najbanalniejsze. I niespodziewanie straszne – jak napad histerii u syna Tomka, rozsierdzonego zachowaniem nadopiekuńczej matki.

Gdyby oceniać go na podstawie tych „domowych kronik” – to był pop-artysta. Polski Andy Warhol. Jednak Beksiński nie wykorzystał nakręconych materiałów jako trampoliny do kariery.Nie upubliczniał filmów. Dokumentował życie swoje i najbliższych nie wiadomo, po co. Trudno też pojąć, co go motywowało, gdy robił znakomite, nowatorskie zdjęcia. Kim był naprawdę? Odpowiedź może zaskoczyć: nie był „artystą”, lecz malarzem. Tradycyjnym. Miał swój wewnętrzny świat i nie zabiegał, by kupił to świat zewnętrzny.untitled_painting_by_zdzislaw_beksinski_1984 s-2265 s-2252

Pasjonowały go techniczne nowalijki.

Często przechodzę pod blokiem Beksińskiego. I za każdym razem serce zamiera. Bo o losie tego artysty przypomina mi mural-komiks, namalowany w przejściu między domami. Całe życie w trzech scenach. Najkrótsza recenzja.

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”.

 

 

 

02
Oct

Obraz pod dyktando hazardu (o wystawie Ryszarda Winiarskiego w Spectra Art Space)

Udostępnij:

 

Czy można malować zdając się na wyroki losu? Czy rzut kostką do gry może zastąpić twórcze myślenie?

Takie pytanie zadał sobie Ryszard Winiarski winiarskina długo przed erą programowania dzieł sztuki w komputerze. Nietypowy artysta. Był w Polsce jedynym, który połączył „klasyczny” konstruktywizm z kombinatoryką i matematyka. Zaadaptował do sztuki teorię gier i teorię przypadku. Wyszły z tego… wysmakowane estetycznie obrazy. Dziś już też klasyczne.000152_1 h_5d16dd228d897ab0a4c2d27c62267497 winiarski-1__surface-a-1967

Początki kariery artystycznej Winiarskiego przypadły na szczególny okres w sztuce. Lata 60. i 70. to nie tylko czas rozchełstanego i figuratywnego pop-artu. Równoważył ten trend (a może bardziej ruch), kierunek intelektualny, chłody, szukający związków z nauką: konceptualizm, sztuka systemowa oraz rozmaite inne formy ucieczki przed komercją i błahą dekoracyjnością. Awangarda.

Winiarski idealnie do niej pasował.

Znak rozpoznawczy artysty? Biel i czerń, regularne, logiczne podziały płaszczyzny bądź przestrzeni. Najważniejsze: logiczna reguła zamiast kreacyjnej swobody.         b5 12-winiarski big_1372102086winiarski_ryszard-statyczny_obrazTa najprostsza: rzut kostką. Jeśli liczba parzysta – to pole czarne; jeśli nieparzysta – to białe. W ten sposób Winiarski zamalowywał powierzchnie obrazów, uprzednio pokryte siatką linii pionowych i poziomych, w centymetrowych odstępach.

Rezultaty można oglądać na wystawie zorganizowanej w Spectra Art Space. To nie tyle galeria, co przestrzeń oddawana największym polskim mistrzom. Byli już Wróblewski, Fangor, Stażewski… Najwyższa półka. Za każdym razem zachwyca dobór eksponatów i konsekwencja, z jaką aranżowane są pokazy.

Ale takiej prezentacji jeszcze nie było: tu rządzi przypadek. Nie w inscenizacji – w intencji.

Kto chce, może wziąć udział w grze. Siedem gier planszowych zaprasza widzów do „współpracy”. Wygrana jak w banku – bo każde rozwiazanie satysfakcjonujące. Po raz pierwszy owe „Gry” pokazne zostały (i wypraktykowane) w roku 1976 w Kunstcentrum Badhuis w Gorinchem (Holandia); w Polsce mają premierę teraz, w 40. rocznicę wydarzenia.konstr_ic

Zastanawiające – w życiu Winiarskiego decydujące były szóstki. Najwyższa punktacja na kostce do gry. Urodzony w 1936 roku we Lwowie, 30 lat później (1966) otrzymał dyplom na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, wcześniej ukończywszy mechanikę precyzyjną na stołecznej politechnice. Zmarł dekadę temu (2006), o czym przypomina obecna wystawa. To nie wszystko – w Spectra Art Space przedstawiono 66 obiektów.

Myli się ten, kto sądzi, że kategoryczne reguły zubożyły sztukę Winiarskiego, zaś jego samego pozbawiły emocji twórczych.

]

 

winiarski2_kopia 082-ryszard-winiarski-i-miroslaw-duchowski-fot-aleksander-rawski 089-dyplom-leona-tarasewicza-1984-rok-od-lewej-ryszard-winiarski-jan-tarasin-z-prawej-strony-wojciech-wlodarczyk

 

Profesor i asystent (z pewnością na jakimś plenerze): Ryszard Winiarski (koszula w kratkę) i Mirosław Duchowski (gładka kurtka). Trzecie fota – dyplom Leona Tarasewicza (pracownia na warszawskiej ASP). Obok Winiarskiego stoi ówczesny rektor uczelni, znakomity malarz – Jan Tarasin

 

 

Dyscyplina okazała się kreatywna. Ba, niesłychanie ekscytująca. Jak hazard. Bo twórca, który uzależnił wizualny efekt obrazu od rzutu kostką do gry, igrał z losem. Oraz sam ze sobą. Nie poprzestawał na jednej zasadzie. Komplikował ją, dodawał kolejne utrudnienia, wprowadzał trzeci wymiar, a nawet – kolor. Zdarzył się nawet w jego poszukiwaniach epizod płomienny – pod koniec lat 80. formował (w przestrzeni publicznej) figury geometryczne z zapalonych zniczy. Miał jednak świadomość, że jego gwiazda się wypala…

W 1984 roku zauważył: „W historii są takie chwile, w których rola porządkująca i badawcza sztuki wydaje się ważna, a ekspresja schodzi na plan dalszy. Są też okresy, w których emocje królują niepodzielnie. Właśnie teraz napływają skłębione, groźne chmury zapowiadające burzę z błyskawicami i hukiem piorunów. Przez świat sztuki przetacza się narastająca fala emocji. Dzikie malarstwo.”

Obecnie nadszedł czas zainteresowanie indywidualnościami. Artystami tworzącymi poza głównymi nurtami. A Ryszard Winiarski rzucał kostką pod prąd mód.

cl3ktkqturbxy9hztaxymvhoddmntnhmdiwzwiwodazztnhodayzgy0my5qcgvnkpudagdncpfnbqqtbc0dim0bwg 48750207

 

Ryszard Winiarski – Spectra Art Space (Fundacja Rodziny Staraków), Warszawa, Bobrowiecka 6, wystawa czynna do 29 stycznia 2017

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

16
Sep

Pandemonium naszego świata

Udostępnij:

Rok 2016 w Holandii mianowano Rokiem Hieronima Boscha.

Kiedy przyszedł na świat, dokładnie nie wiadomo, jakoś około 1450 roku. 207px-jheronimus_bosch_cropped

Za to pewne, kiedy zmarł: pół tysiąca lat temu, w sierpniu. Kawał czasu – mimo to do dziś pozostaje jednym z najbardziej wpływowych i najszerzej dyskutowanych artystów. Paradoksalnie, jego dorobek (z pewną atrybucją) jest nader skromny: 25 obrazów, 8 rysunków. Niektórzy dodają sześć dzieł z warsztatu mistrza, co też nie daje imponującej liczby. Jednak nikt nie kwestionuje, że był genialny.

A przede wszystkim – uderzająco inny. Przerażający i fascynujący zarazem.jheronimus_bosch_112

Tajemniczy ogród

Co leżało u podstaw odmienności wizji Boscha, twórcy działającego na styku średniowiecza i nowożytności? Teorii wiele. Pomawiano go o herezję, o uprawianie magii, o uleganie halucynacjom. 635335823437720452Byli też tacy, którzy uważali go za krytyka ówczesnej rzeczywistości w Niderlandach, przemycającego w malowidłach treści umoralniających kazań, pism teologicznych oraz „ludową mądrość” czyli przysłowia. hieronymus_bosch_091W latach 20. XX wieku, gdy karierę zaczął robić surrealizm, Boschowi dorobiono zaszczytne miano prekursora kierunku. Czy istotnie, jak uważał leader nadrealistycznej braci André Breton, niderlandzki mistrz był tym pierwszym, który malarsko oddał automatyzm skojarzeń i uwolnił podświadomość?jheronimus_bosch_115icobosch 

Najbardziej wałkowany jest tryptyk „Ogród rozkoszy ziemskich”, malowany przez blisko dekadę (1495 – 1505), quasi-ołtarz, na tamte czasy monument mierzący ponad dwa metry wysokości, prawie cztery szerokości. Każdy detal tego arcydzieła wymaga uwagi; każdy mógłby stać się tematem naukowych traktatów. I każdy element jest dopracowany, samoistny, oraz – nie bójmy się tego określenia – nader efektowny.720px-hieronymus_bosch_051

I oto znalazł się śmiałek, który pokusił się o interpretację „Ogrodu…” oraz i innych dokonań mistrza Boscha. Tak po ludzku, zwyczajnie, posiłkując się jego biografią i domniemanymi doświadczenia. Żeby była jasność: to nader marnie udokumentowany życiorys, gdzie więcej białych plam niż twardych danych. Szczytem brawury wydaje się nie tyle pomysł, co forma – po raz pierwszy biografię Hieronima Boscha przerobiono na komiks.  hieronymus-bosch-ruijters-5

 

Wyprawa do Księżego Lasu

Tego karkołomnego zadania podjął się Marcel Ruijters, holenderski rysownik, rocznik 1966. jheronimus_ruijtersOd dawna inspirował się średniowiecznym drzeworytem, transponował ryciny (zwłaszcza karty i tarot) sprzed setek lat na mowę współczesnych ilustracji. Cztery lata temu pracował nad graficzną opowieścią o życiu mistrza z s’Hertogenbosch, czyli Księżym Lesie, w skrócie zwanym Den Bosch (czyli po prostu las).bosch_p6jb-fc72-2-01

Było to całkiem spore miasto, zamieszkałe przez około 15 tysięcy dusz, w tym przez familię van Aken, od pokoleń trudniącą się malarskim rzemiosłem. Z tego rodu wywodził się niejaki Hieronymus, zdrobniale wołany Jeroen. Od maleńkości wykazywał się zdumiewającym talentem, mimo to w rodzinnym warsztacie pełnił funkcję czeladnika: mistrzem mógł zostać tylko najstarszy z braci. Hieronim cienko przędł, nawet po zawarciu ślubu z Aleid, która wniosła w posagu sporą sumkę i ziemskie posiadłości. Nigdy nie dorobił się fortuny, nie doczekał wielkiej sławy. Z trudem dał się namówić na sygnowanie prac, posługując się mianem Bosch, skrótem nazwy jego miasta. I pod tym nazwiskiem zaistniał w historii sztuki.

Miał szanse błysnąć, wyjechać do bogatszej Flandrii. Nie skorzystał. Do śmierci pracował w pokorze w rodzinnym grajdole, zawierając niewiele znajomości, jeszcze mniej przyjaźni.

Czy z tak nudnego życiorysu można wykroić atrakcyjny biograficzny album? Ruijtersowi udała się ta sztuka.

 Ponury spektakl życia

Nie mam wątpliwości, że solidnie się przygotował – przekopał dostępne dokumenty dotyczące rodziny malarskiego klanu van Akenów oraz stosunków panujących w ich warsztacie (np. ciekawostką było dopuszczenie żon braci do współpracy). Od siebie dodał postać brata Gerardusa, światłego dominikanina, udzielającego młodemu malarzowi rad. Wplótł też w fabułę scenki rodzajowe, które mogły zainspirować Boscha.bosch_p5 bosch_p7  hieronymus-bosch-ruijters-4        bosch_p8

Jednak największym atutem tomu jest odtworzenie obyczajowej specyfiki późnego średniowiecza. Oglądamy całą galerię typów charakterystycznych dla tamtych czasów i rejonów – od wędrownych lekarzy-szarlatanów poczynając, przez bywalców karczm, gawiedź na rynku, dla której publiczne egzekucje stanowiły atrakcyjne spektakle, po pacjentów szpitala dla opętanych (można ich było oglądać za pieniężnym pobraniem), żebraków, kaleki, trędowatych… Wizualnie – pandemonium. Mizeria w sensie fizycznym i duchowym. Na ten drugi, moralny (a raczej – amoralny) aspekt ludzkich istot kładł nacisk Bosch, co Ruijters stara się podkreślić.jheronimus-bunt-blogt-1 jheronimus_ruijters

Wielką w tym rolę odegrał styl jego plansz. Na szczęście, rysownikowi nie przyszło do głowy imitować dzieła bohatera.  plaatje_jheronimus jheronimus_bosch_or_follower_001Wypracował własną mocno zdeformowaną, ekspresyjną figurację. Tu nie ma miejsca na „ładność”, nie ma prób uwodzenia odbiorcy malarskimi efektami. Czarna, dobitna krecha dominuje nad kolorami. Wyrazisty kontur opisuje postaci o drobnych ciałkach i wielkich twarzo-maskach z przesadną mimiką i gestykulacją. Wszystko to wymaga oswojenia się z konwencją przyjętą przez autora, jednak jego konsekwencja szybko przekonuje. I nagle okazuje się, że nadekspresja i wykrzywienia zastosowane przez Ruijtersa doskonale współgrają z wizjami Boscha.

Jestem przekonana, że tak sportretowany Hieronim Bosch stanie się dla współczesnych odbiorców bardziej zrozumiały.

 

 

Hieronim Bosch

Scenariusz i rysunki – Marcel Ruijters

Tłum: Alicja Oczko

Wyd. Timof i cisi wspólnicy

Warszawa 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

15
Sep

Zabawa w saksy (recenzja komiksu „Rozmówki polsko-angielskie” Agaty Wawryniuk)

Udostępnij:

z12682448qagata-wawryniuk 0805bByło tak:

Agata Wawryniuk ma 20 lat i studiuje na wrocławskiej ASP; jej chłopak ļuczy się w szkole muzycznej; Marcel, kuzyn tegoż, też do starych nie należy. Cała trójka wyrusza do Anglii popracować w czasie wakacji. Ot, tak, bez specjalnych potrzeb materialnych, raczej dla fanu. Wracają z kasą ledwo starczającą na zakup sprzętu fotograficznego. Mimo to zadowoleni ze zdobytych doświadczeń.

Brytyjska przygoda sprawiła, że główna bohaterka sięgnęła po nieznaną jej dotychczas formę wypowiedzi: napisała/narysowała reportersko-autobiograficzny komiks „Rozmówki polsko-angielskie”. Udany debiut. Pogratulować.

Miesiąc temu ukazało się wydanie drugie, uzupełnione. Ze zdjęciami autorki/bohaterki. I jej komentarzem – z perspektywy kilku minionych od brytyjskich saksów lat.

W kontekście niedawnych wydarzeń – mam na myśli mało towarzyskie zachowania Anglików wobec polskich emigrantów – warto sięgnąć po tę książkę.

z12682467q-rozmowki-polsko-angielskie-agata-wawryniuk rg1-679

Przede wszystkim, autorka znalazła własną oryginalną formę.

Rysuje ostrą czarną kreską, bez tonów pośrednich. Dymkom nadaje kształt czarnych „plemników”, z tekstami w kontrze. To właśnie plamy czerni tworzą kompozycyjną strukturę, dopełnianą przez pajęczynę linii. Fajne. Zdecydowane i wyraziste, jak galeria pojawiających się w komiksie typów.vl294839

Postaci, choć groteskowe, zdeformowane poza granice karykatur, są jednocześnie świetnie scharakteryzowane. Od razu wiadomo, co je wyróżnia; jaki mają temperament, jak się czeszą i ubierają. Wszyscy mówią niewyszukanym językiem (wulgaryzmy na porządku dziennym, także w usteczkach panny), reagują spontanicznie i bezstresowo. Nie krępuje ich nieznajomość perfekcyjnego angielskiego – ot, wystarczy, żeby się dogadać. Nie dołuje ich praca poniżej intelektualnych możliwości – rozumieją, ze aspiracje trzeba odłożyć na bardziej odpowiedni moment.rozmowki_polsko_angielskie_artykul tumblr_mb8bupto8o1rnlha3o6_1280

To nowe pokolenie, któremu mniej zależy na obrastaniu w rzeczy, niż na pełnokrwistym życiu. Dlatego też wzbudzają moją sympatię (a podejrzewam, że i również innych czytelników).

Treści? Banalne. Trójka młodych obcokrajowców poszukuje dorywczych zajęć i żadnej pracy się nie boją. Kelnerowanie? Luksus! Serwowanie posiłków szpitalu? Szczyt marzeń. Sprzątanie mieszkań? Górne strefy marzeń. Najgorsze są zadania bezmyślne, półautomatyczne, zarazem wymagające skupienia. Kontrolujesz ustawienie papieru toaletowego na taśmie – rolka za rolką, żadnych urozmaiceń – zapadasz w drzemkę – jedna rolka przewraca się – uaktywniony alarm – i panu już dziękujemy. Masz pilnować wbijanie nitów w pliki folii, przysypiasz – a tu trach! Nit wbity w dłoń.

Do walki o „job” dochodzi wojna o przetrwanie. Dostałeś mieszkanie u kumpla twojego kumpla? Lepiej sprawdź, czy nie zalega z jakimiś spłatami, bo może złupić cię na czynszu. Albo ucieknie w siną dal przed właścicielem wynajmowanego domu, wystawiając bogu ducha winnych przybyszy z ojczyzny.

Te i temu podobne wpadki Agata relacjonuje wiernie wobec faktów, acz z dystansem do siebie i dwóch kumpli; bez sympatii dla rodaków-drobnych oszustów, ale i bez wobec nich zacietrzewienia. Ot, pogodny obrazek z londyńskich saksów, przerobionych bez noża na gardle. Znamię nowej epoki.eb5c5c87-6cdc-40e1-af63-01b72e871d04_714x

 Rysunki i scenariusz – Agata Wawryniuk

Rozmówki polsko-angielskie

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2012

Wydanie II uzupełnione – Kultura Gniewu, 2016

 

09
Sep

IO jedną nogę za daleko (recenzja komiksu „Przygody Stasia i Złej Nogi”)

Udostępnij:

Mało który komiks wywarł na mnie takie wrażenie – a czytałam już powieści graficzne o śmierci, nowotworze, depresji i innych nieszczęściach, z którymi ludzie borykają się najczęściej w pojedynkę. Jednak samotność bohaterów „Stasia i Złej Nogi” jest szczególnie dotkliwa, okrutna i wywołująca wewnętrzny sprzeciw: tak nie powinno być!

Tomasz „Spell” Grządziela, młody artysta z Gdańska, dał się poznać dwa lata temu debiutanckim „Ostatnim przystankiem”, albumem bez słów. Wówczas nie sposób było ocenić nie tyle jego plastyczne możliwości (te były w porządku), co umiejętności narracyjne, jako że tom składał się z wyrywkowych obserwacji, skeczów, migawek.

Tym razem dostaliśmy pracę dojrzałą pod każdym względem. Wprawdzie Spell znów buduje fabułę z jednopalnszowych scenek zawartych w czterech kadrach, lecz akcja rozwija się chronologicznie, a postaci ze strony na następną zyskują wyrazistość, ich losy zaczynają wciągać, oni sami stają się bliscy. Świetny rysunek idzie w parze z poruszającą opowieścią, podaną lekko, miejscami żartobliwie, bez epatowania dramatem.stas-i-zla-noga-04 skan3-640

Niemal cartoonowa stylistyka oraz pogoda ducha tytułowego Stasia jeszcze bardziej podkręcają rażącą moc tej historii. Bo jak roztkliwiać się nad kimś, kto nie zauważa własnych mankamentów, a nawet robi z nich atut? I kto wcale nie martwi się tym, że urodził się z jedną nogą dłuższą, co skazuje go na poruszanie się na wózku inwalidzkim. Ograniczona ruchliwość sprawia, że nie jest szczupły, w dodatku jedną z niewielu jego przyjemności jest jedzenie.

Grządziela celowo łagodzi wizualny aspekt kalectwa groteskowym przedłużaniem kończyny w wężowy, wijący się kształt. Buzia Stasia jest zabawna, cała sylwetka miękko-obła, jak u Puchatka.zly-stas stas_zn_p82skan1-640

Tylko dlaczego misiek ma przechlapane u kolegów w szkole? Dlaczego nikt nie chce z nim siedzieć w ławce, bawić się, odwiedzić w domu?

Tak naprawdę, Staś miał do tyłu od momentu narodzin: tata na widok felernego syna dyskretnie ulotnił się, pozostawiają mamusię z tym kłopotem tudzież brakiem pieniędzy. Matka, jak to matki – daje radę, bo musi. Walczy o chłopaka, zapewnia mu rehabilitanta, umieszcza w normalnej szkole. Ma niestety nałóg: pali, nieustająco. Ma też psychiczną skazę – nie umie płakać ani uśmiechać się. Spell niezwykle trafnie sportretował mamę Stasia: mroczna młoda kobieta z podbitymi oczyma, zapewne kiedyś atrakcyjna. stas-i-zla-noga-56W jej przypadku autor nie stosuje karykaturalnych przerysowań ani surrealistycznych grepsów. Upraszcza, lecz trzyma się realu.

No i ten mały. Tragicznie samotny, tak bardzo, że… zaprzyjaźnia się z własną chorą nogą. Nadaje jej osobowość, rozmawia z nią, bawi się. Ta jednak nie odpłaca chłopcu równie pozytywnym uczuciem. Przyprawia go o ból. Bo to Zła Noga.

Czytając/oglądając pracę Spella, przypomniałam sobie słynnego Mikołajka i jego przygody. Mniej więcej równolatkowie, obydwaj obdarzeni wyobraźnią, wrażliwością, otwartością na świat. Nie ma takiej siły, żeby wyrównać im szanse. Staś przepadnie, Mikołajek zawsze będzie symbolem super fajnego dzieciaka. Co więcej, zapewne większość odbiorców będzie chciała czym prędzej zapomnieć o istnieniu takich Stasiów i Stasiowych mam. Postaci z komiksu bez trudu można zignorować. Mamy przecież dość własnych kłopotów – po co nam cudze?

 

Przygody Stasia i Złej Nogi

Rysunki i scenariusz – Tomasz „Spell” Grządziela

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2016

08
Sep

Przedmioty pożądania i zazdrości ( o wystawie „Painters’ Paintings” w londyńskiej National Gallery)

Udostępnij:

 

Wystawa „Malunki malarzy” („Painters’ Paintings”) w National Gallery nosi podtytuł „Od Freuda do van Dycka”. painters-painting-event-banner-675x285Daje widzom niecodzienną możliwość odwiedzenia pracowni lub domostw dziewięciu mistrzów – od Flamanda Antoona van Dycka do Niemca Luciena Freuda, żyjących/tworzących w Wielkiej Brytanii między XVII a XXI wiekiem. Obok nich są Francuzi Matisse i Degas oraz rodowici wyspiarze, utalentowani, utytułowani i wybitni – Joshua Reynolds, George Watts, Thomas Lawrence, Frederic Leighton.

Jednak tym razem ważniejsze od dzieł autorstwa wyżej wymienionych są obrazy innych twórców, którymi się otaczali. Trudno to nazwać kolekcjami, jako że zbiory artystów nie były gromadzone systematycznie, z jakimkolwiek zamysłem. Ba, rynkowa wartość tych obiektów nie obchodziła ich właścicieli. Chcieli te prace mieć na oku. Stawiali je lub wieszali w swym najbliższym otoczeniu, często w pracowni.

To były wyznania miłości. Lub zawiści (zawodowej). Albo źródło inspiracji.

Podziękowanie za przyjęcie

Pewnie nie byłoby tej ekspozycji, gdyby nie… testament Luciena Freuda.lucian-freud Zmarły w 2011 roku artysta zapisał płótno Jeana-Baptista Corota „Włoszka” italian-woman-with-a-yellow-jpglarge(ok. 1870) National Gallery w dowód wdzięczności za ciepłe przyjęcie jego niemieckiej rodziny, chroniącej się przed nazistami w Londynie (był rok 1933, on sam miał 11 lat, lecz pamiętał). Co ciekawe, wnuk słynnego psychiatry osiadł w mieście nad Tamizą sześć lat wcześniej, niż uczynił to jego dziadek.

Freud, najwyższa liga brytyjskich artystów XX stulecia (najdroższy obok Bacona i Hockney’a) nigdy nie przejmował się modami. Jego odarte z jakiejkolwiek kokieterii wizerunki ludzkiej cielesności miały swoich „rozmówców” z przeszłości.

Włączone do wystawy zdjęcie atelier malarza pokazuje wygląd tego wnętrza: oprócz „Włoszki” widzimy płótno Paula Cézanne’a „Popołudnie w Neapolu”. painters-painting-x9041-prWyobrażona na nim scena sprowokowała Freuda do namalowania swojej „odpowiedzi”, zatytułowanej „Po śniadaniu”. Szokowe zestawienie: u mistrza z Aix rzecz jest erotyczna i żartobliwa, u Luciena – dramatyczna. Co łączy te prace? Sposób malowania. Faktura. Lecz nade wszystko – podejście. Powaga malarstwa. Prawda sztuki.837

Hipsterzy przeszłości

Najdalej w przeszłość prowadzi nas zestaw prac, które miał w najbliższym otoczeniu Anthony van Dyck, nadworny malarz Karola I Stuarta (ściętego w 1649 roku). Ten rozchwytywany portrecista zgromadził majątek pozwalający na ekstrawaganckie zakupy. Szczególną słabość miał do Tycjana, którego aż 18 malowideł zdobiło jedną z komnat. Jest wśród nich cudowny „Mężczyzna w kaftanie” titian-portrait-of-gerolamobarbarigoz ok. 1510 – dzieło, na które zapatrzył się piękny Anthony malując autoportret w 1629 roku. painters-paintings-from-freud-to-van-dyck_anthony-van-dyck-self-portrait-detail-about-1629-private-collection-photo-courtesy-of-the-owner_1faad3184c93f2ac0c63ae9051c6c509Niestety, zestawienie jego podobizny z portretem pędzla Tycjana wypada na niekorzyść angielskiego celebryty. Van Dyck prezentuje się jak… hipster tamtych czasów. Ten wąsik, to zalotne oczko, starannie wystudiowana poza – kontra spokój, klasa, swoboda bohatera Tycjana. W porównaniu z tym renesansowym arystokratą dwaj młodzi lordowie, painters-paintings-from-freud-to-van-dyck_anthony-van-dyck-thomas-killigrew-and-william-lord-crofts-1638-royal-collection-trust-her-majesty-queen-elizabeth-ii-2016_066b1240f416a47eea63b6846a3b47b1uwiecznieni przez van Dycka, przypominają wypindrzone panny na wydaniu. Zero męskości, sama pretensjonalność i przekonanie o własnej wartości.

Ale to właśnie była prawda o tych postaciach. Fanem van Dycka był żyjący w następnym stuleciu sir Joshua Reynolds, the-national-gallery-london-uk-21st-june-2016-press-view-of-painters-g56k4cz pewnością najsłynniejszy artysta angielskiego rokoka. Jego domeną także były portrety znanych, wpływowych, zasobnych. Pokazał też siebie jako zacnego jegomościa z brzuszkiem. Na szczęście, nie tylko lubił smacznie zjeść – nie potrafił sobie odmówić przyjemności codziennego obcowania z Gentille Bellinim, Nicolasem Poussinem, Rembrandtem.image   Gentille Bellini                        rafaello-600x500A to Rafael

Dopingowani konkurencją

W otoczeniu Starych Mistrzów tworzył również Frederic lord Leighton. Tego utalentowanego potomka arystokratycznego rodu stać było na wystawny tryb życia. Jego imponujący dom-pracownia w londyńskim Holland Park wypełniały zabytkowe tkaniny, naczynia, i oczywiście obrazy. Owszem, lord zachwycał się włoskim renesansem, ale także podziwiał współczesnych mu Francuzów (długo mieszkał w Paryżu), o czym świadczy zakup „Czterech pór dnia” pędzla Jeana-Baptisty Corota i prac Eugène’a Delacroix.

Skoro mowa o francuskich koneksjach – sporo miejsca przeznaczono na kolekcję Henri’ego Matisse’a

.830henri-matisse-la-liseuse-distraite Artysta żył długo, miał rozliczne kontakty i doskonałe oko. Słynne były „zawody” między nim a Picassem. Podziwiali się wzajemnie i konkurowali o miano tego naj, największego – co przypomniano na wystawie. Na widok portretu Dory Maar, picasso-portrait-of-a-woman-dora-maartypowego „picassa” z lat 40. Matisse miał wykrzyknąć: „Dante przed wejściem do Piekła! Co za magia!” Gdy zdobył płótno, miał je zawsze w swym pobliżu. Jako wieczne wyzwanie i doping.

Osobną przestrzeń National Gallery wydzielono na duet Edgar Degas – Édouard Manet. Ich „wymiana zdań” czyli prac jest historią przyjaźni i sporów, zawsze na podłożu wzajemnego szacunku. Najlepszym tego dowodem starania Degasa, by odnaleźć pociętą na kawałki wspaniałą pracę Maneta „Rozstrzelanie cesarza Maksymiliana” (malarz zareagował na wydarzenia w Paryżu, zarazem parafrazując arcydzieło Goi „Rozstrzelanie powstańców madryckich”).url

Degas odzyskał cztery fragmenty, kupione przez National Gallery w 1918 roku, rok po śmierci wielkiego impresjonisty. Był to jeden z pierwszych nabytków do kolekcji sztuki (wówczas) współczesnej. I tak egzekucja Maksymiliana stała się ozdobą londyńskiej galerii.

 

„Painters’ Paintings. Od Freuda do van Dycka” – National Gallery w Londynie, wystawa czynna do 4 września 2016

 

01
Sep

Ile jest wart dolar (komentarz do wystawy „Bogactwo” w Zachęcie)

Udostępnij:

O marności dóbr doczesnych napisano tomy. z15536189Q

Kaznodzieje rozmaitych wyznań zdarli sobie struny głosowe, przestrzegając maluczkich przed chciwością, na liście siedmiu grzechów głównych umieszczoną na wysokiej drugiej pozycji, zaraz po pysze. Do nauk kościelnych oraz rozważań aksjologicznych twórcy dorzucali swoje pięć groszy. Moralizowali obrazami mniej lub bardziej symbolicznymi, czytelnymi tak dla niepiśmiennych, jak dla wykształconej elity.

I oto ponad pół wieku z okładem temu pewien bezczelny artysta wykonał portret… dolara.

Każdy zgaduje: Amerykanin.

Większość domyśla się: tak, to Andy Warhol.1000509261001_1283298450001_Bio-Mini-Bio-Andy-Warhol-SF

W 1962 roku zaczął malować „sałatę” z wizerunkiem Waszyngtona. Jednodolarówka, której użył jako „modelki”, miała jeszcze wtedy jaką taką wartość nabywczą, za to jej walorów plastycznych nikt nie dostrzegał. Warhol pierwszy sportretował dolara samego w sobie, w różnych kombinacjach. Najpierw pojedynczo, potem w rzędach po dwa, wreszcie – w szeregach po sto. I zastąpił szarością charakterystyczną zieleń papieru. Pytany, o co w tym chodzi, dał cyniczno-niewinną eksplikacją:

– Maluję po prostu rzeczy, które zawsze uważałem za piękne, rzeczy używane codziennie, o których nigdy się nie myśli.c00fed1ea473b275e75ac7116694810d

Kto by się spodziewał, że premierowy „Waszyngton” po latach osiągnie na aukcji ponad trzydziestomilionowe przebicie?

A tak się stało rok temu w londyńskim Sotheby’s: 32,8 mln dolców za… jednego.this-andy-warhol-painting-of-the-us-dollar-just-sold-for-328-million-at-auction

Od Warhola zaczęła się artystyczna kariera kasy.46269781 Dostrzeżono jej wizualne zalety które, rzecz jasna, przekładają się na bardziej wymierne walory.

Kilka lat temu po forsę sięgnęła Pola Dwurnik. poladwurnik1Dawno wycofane z obiegu, PRL-owskie bilety Narodowego Banku Polskiego skojarzyły się jej sentymentalnie. W serii obrazów przypomniała bankowych bohaterów oraz ich wartość nabywczą. Żółto-zielony Świerczewski oznaczał pięć dych; Waryński patronował czerwonej proletariackiej setce; burobrązowy Kościuszko bujał za 500 zł zaś kosmicznie niebieski, niedosiężny Kopernik równał się tysiaka. Autorka tak uzasadnia wybór motywu: „Świat kręci się wokół pieniędzy, które są symbolem naszych czasów, religią naszej cywilizacji, więc maluję je i wieszam na ścianie.”

Jerzy Truszkowski wpisał w quasi-banknoty symboliczną ocenę naszej potransformacyjnej sytuacji. Namalował obraz billboardowych rozmiarów (4 m długości), z daleka do złudzenia przypominający jednodolarówkę. Ale nominałem jest tu „jedna dola”, obowiązująca w kraju o nazwie „pospolita Olka” (aluzja do imienia ex-prezydenta RP).1169e1387badd9dc346cd8d78644011b

Wracając do Warhola – przebił go Oskar Dawicki. Zamiast biedzić się z jakąkolwiek próbą twórczego potraktowania papierów wartościowych, nasz artysta po prostu… wystawił 10 000 PLN.witryna_dawicki

Papiery o nominale 100 zł ułożył w zgrabny plik i pokazał w stołecznej Witrynie (tak nazywała się galeria, której przestrzeń ograniczała się do… witryny). Tamże, całodobowo oświetlony stosik kusił przechodniów swą ascetyczną urodą. Gdyby ktoś nie umiał na oko oszacować wartości papierowej kupki, mógł przeczytać wypisany literami jak woły tytuł prezentacji: „10.000 PLN”. Ciekawe – nikt nie uwierzył. Żaden włamywacz, żadem Kwinto, ba! nawet żaden desperat nie zaryzykował przywłaszczenia sobie tak ponętnego dzieła sztuki.

Ja również mam pieniężną rzeźbę. Dostałam ją jakiś czas od producenta klejów. Z odległości wygląda jak koślawa zielonkawa cegła. Z bliska widać, że składa się z niewielkich skrawków papieru. Kto przyjrzy się jeszcze uważniej, dostrzeże, że bryła została ulepiona z przepuszczonych przez niszczarkę, stuzłotowych banknotów. Totalna ich wartość:100 tysięcy złotych. Może warto na powrót zmontować ten puzzel?

31
Aug

Bieda w pozłotce (recenzja wystawy „Bogactwo” w Zachęcie)

Udostępnij:

Czym dla Polaków jest zasobność? Czy to dziś największa wartość?

Wystawa zatytułowana „Bogactwo” w Zachęcie jest próbą odpowiedzi na te pytania. Ponad dwudziestu artystów różnych pokoleń, głównie młodych i topowych (w tym dwie grupy, Azorro i Luxus), wybranych przez dwie kuratorki (Katarzynę Kołodziej i Magdalenę Komornicką) ma zdystansowany, wręcz prześmiewczy stosunek do dóbr materialnych.

O znikomości tego, co ludzkość uważa za godne starań, napisano tomy. Twórcy dawnych epok, dorzucając swój głos do rozważań aksjologicznych, na ogół moralizowali i straszyli.

Podejście do „Bogactwa”, jakie zaprezentowano w Zachęcie, może budzić zdziwienie: nikt tu nikogo nie poucza, nie apeluje do sumień. Większość eksponatów to wizulane metafory dalekie od filozoficznych traktatów. Dominuje tonacja kabaretowa, prześmiewcza.

Zaczyna się przy kasie galerii. Wraz z biletem na wystawę „Bogactwo” widz dostaje plastikową torbę, opatrzoną – jak firmowym logo – tytułem pokazu. Elegancka czerń, złote litery, a w środku… nic. To najlepszy komentarz do powszechnych (polskich) marzeń o fortunie: żeby można ją było kupić w supermarkecie!

Pokaz otwiera zestaw banknotowy. Najpierw wrocławska formacja Luxus eksponuje ogromniasty pieniądz z portretem… kota. Takiej chińskiej maskotki, która macha łapką i doprasza się o datki. Natomiast Piotr Uklański prezentuje prawdziwy banknot z wizerunkiem Jerzego Waszyngtona. Wartość niewielkiego nominału podnosi umieszczona nań inskrypcja: „Pierwszy dolar zarobiony przez Piotrka 20 sierpnia’90”. Tak ozdobiona „sałata” ma sentymentalny walor, istotny tylko dla Ukłańskiego – przypomina trudny czas po jego emigracji do USA.

Przy okazji, polski artysta odnosi się do brawurowej pracy Andy’ego Warhola, który w 1962 roku wydrukował powiększoną wersję jednodolarowego papieru. Ten pierwszy „one dollar” (potem Warhol wykonał całą „bankową” serię) dziś jest wart około 30 milionów!this-andy-warhol-painting-of-the-us-dollar-just-sold-for-328-million-at-auction 46269781

A skoro o podrabianiu mowa. Zbigniew Rogalski w 2003 roku namalował domową produkcję „Euro” (tytuł obrazu). zajawka1-1Scena ujęta z góry: autor i jego dziewczyna odręcznie tworzą walutę znajdującą się w międzynarodowym obiegu. Zabawne i nadal aktualne. Z kolei Maurycy Gomulicki pokrył największą ścianę sali czarną tapetą ze złotym deseniem, utworzonym z symboli różnych walut. Na bogato.

Maurycy Gomulicki rozprawia się z innym mitem. Jego stalowa rzeźba „Diamonds Are Forever” tytułem odnosi się do przebojowych dokonań (filmowych) agenta 007. Wielki lśniący obiekt został uformowany na podobieństwo oszlifowanego brylantu. bogactwo_wystawa_3Ponadnaturalne proporcje dzieła (mniej więcej 1:100) oddają skalę ludzkiej chciwości. Choć to też chyba dane zaniżone…

Niektórym marzy się dobrobyt dostępny jak uliczny fast food. Tak sugeruje Maria Toboła za pośrednictwem pracy „Amber Kebab”. zacheta-wystawa-bogactwo-body-image-1472409898-size_1000Obracająca się na osi złocista, podświetlone od wewnątrz bryła kojarzy się zarówno z bursztynem, jak z arabskim przysmakiem.

Multikulturowych związków jest w Zachęcie więcej. Mister D. przedstawił teledyski z Dorotą Masłowską jako pop-gwiazdą w konwencji kamp.

Rafał Dominik stworzył z poliuretanu rzeźbę w kształcie volkswagena sirocco: czarny masyw w formie samochodu ozdobiony białym „rzucikiem”. Ten absurdalny anty-pojazd przypomniał mi ostatnie dzieło Aliny Szapocznikow – rolls royce’a z marmuru.5552 5558

Dekadę temu powstały najmocniejsze obrazy-sentencje Jadwigi Sawickiej. Wysoko nad drzwiami głównej sali zawieszono złowieszcze hasło „Monopol mamon”. Obok, ze ściany krzyczy slogan „Daj mi wszystko”. CqzXlz0WEAArl3DTo jak infantylna pretensja do życia – dawaj, bo mi się należy! Nie tylko dzieci zgłaszają takie roszczenia, podobnie zachowują się ludzie całkiem dorośli.

Prezentacja „Bogactwo”, choć żartobliwa, w gruncie rzeczy kryje poważne problemy. Nie chodzi tylko o to, że wielu artystom bieda zagląda w oczy i tylko na zewnątrz trzymają fason. Bo tak naprawdę – czy tylko kasa daje szczęście? A jak nie bogactwo, to co?…

 

„Bogactwo”, wystawa zbiorowa – Zachęta w Warszawie, wystawa czynna do do 23 października 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

30
Aug

Casanova wśród feministek (recenzja komiksu „Wyspa kobiet”)

Udostępnij:

Frédéric Leutelier, pseudonim Zanzim, lat 44, wychynął z komiksiarskiego morza autorskim tomikiem „Wyspa kobiet”.

Od pierwszej planszy uwiódł mnie francuskim wdziękiem i lekkością, z jaką porusza problemy wagi… może nie ciężkiej, ale istotnej. Chodzi o ruch feministyczny, którego fala co jakiś czas wzbiera, jednak nie doprowadza do parytetu we wszystkich dziedzinach życia.

Figury spod chmury

Mężczyzn podobnych do bohatera opowieści Zanzima ,,Wyspa kobiet” okladka-600-1każda szanująca się emancypantka najchętniej widziałaby na mękach, czyli przy kobiecych czynnościach. Co spełnia się w niektórych mitach, choćby w tym o Herkulesie: najcięższą karą było dlań przebranie w damskie szaty i usadzenie przy krosnach. Do tej, i innych legend nawiązuje rzeczony komiks.

Poznajmy protagonistę: oto on, Céleste Bompard. Nałogowy pożeracz damskich serc, którymi karmi wybujałe ego. skan3-640skan2-640skan1-640

Nie pracuje, tylko „trochę lata” (jak „Wniebowzięci” Kondratiuka). Wniebowzieci 1973 1Zarabia podniebnymi akrobacjami, a im wyżej szybuje, im ryzykowniejsze wykręca figury, tym więcej dam wpada w jego ramiona, a kasa do kieszeni.

Te podboje kończą się wraz z wybuchem pierwszej wojny. Bompard zostaje zmobilizowany, trafia na front, jednak nie wpada w błoto okopów. Ma fart, nadal lata! Wprawdzie przyszło mu zamienić sportowy monoplan na ciężką wojskową maszynę, ale co tam, da radę.

Tu buńczuczny kogucik doświadcza upokorzenia: zamiast walczyć staje się… listonoszem. Ma dostarczyć korespondencję od żołnierzy ich żonom i kochankom. Doprawdy, zadanie niegodne wirtuoza przestworzy.

Bompard buntuje się, a tu – bum! Trafiony, zatopiony. To jest, zestrzelony. Ma szczęście w nieszczęściu – uchodzi z życiem, a jego samolot spada na wyspę o uwodzicielskim kształcie kobiecych piersi. Istna kraina obfitości. Bujna roślinność, obfita fauna, łagodny klimat. Jest jeden mankament: poza Célestem nie ma tu żywej duszy. Został rozbitkiem na bezludnej wyspie.

 

Figo-fago, on w pilotce, one nago

W tym miejscu wydaje się, że ciąg dalszy dobrze znamy. Pomyłka, pilot nie upodobni się do Robinsona Crusoe, choć jak heros Defoe cover1ćwiczy rozmaite nowe sprawności. Z rozpaczy nawet zaczyna tworzyć – rysuje patykiem na piasku kobiece akty. W nocy śnią mu się łóżkowe momenty, w dzień – prześladują zwidy w damskiej postaci.

Zanzim trochę współczuje swojemu bohaterowi, a zarazem nabija się z niego. Portretuje go tak sugestywnie, że wydaje się znajomy. Chudzina z wielkim nosem, w podkoszulku i spodniach na szelkach, nie zdejmujący z głowy pilotki, pomimo że powodów do jej noszenia brak. I wciąż bardzo męski pomimo mizerii sytuacji.

Pewnego dnia, goniąc za łanią, którą upatrzył sobie na obiad (aluzja: po francusku „łaniami” nazywa się dziewczęta, więc ta pogoń ma dwuznaczny charakter), wpada w międzypierśną rozpadlinę wyspy (przypominam: to teren w formie biustu) i trafia do raju. Przynajmniej tak początkowo sądzi – bo oto dookoła widzi same przedstawicielki płci pięknej. Nagie. Kąpiące się. Jak na obrazach Ingresa, Courbeta, Cézanne’a obraz-Paul+Cezanne+Kapiace+sie_main_1728_800 obraz-Paul+Cezanne+Kapiace+sie_main_1729_800 Paul Cezanne i dwie wersje „Kąpiących się”_DSC0130 Les_Baigneuses-Courbet Ingres i Courbet. To samo…

i innych mistrzów. Malarskie wizje w realu?

Chwileczkę, Zanzim po raz kolejny robi oko do czytelnika.

Bompard bynajmniej nie zostaje entuzjastycznie powitany. Panny nie życzą sobie męskiego intruza w swym gronie. Już, już grozi mu dekapitacja, jednak ratują go… przyrodzone walory. Jako więzień-rozpłodnik wykonuje rozmaite babskie czynności – pierze, sprząta, gotuje. I to jak! Jak przystało na Francuza. Wyśmienicie. Ten talent sprawia, że wyspiarki łagodnieją, a szefowa mianuje go przybocznym kucharzem. Znowu zabawa z narodową francuską tradycją, z „Wielkim żarciem” i „Ucztą Babette”.

 

Czułe słówka

Polskim odbiorcom sytuacja Bomparda skojarzy się zapewne z kultowym filmem Juliusza Machulskiego. Jak w „Seksmisji”,2444b80498296840bee1673491197b08 1-F-332-13-800x800 Screen-shot-2014-08-12-at-1.15.29-PM-700x360 ex-Casanova dwoi się i troi, by dogodzić paniom, na łasce których aktualnie się znajduje. Ku jego rozczarowaniu, seks-usługi nie są przewidziane. Zapłodnienie, owszem, lecz bez żadnych cielesnych uciech. A gdy w pilocie odzywa się głos natury, znów naraża się na najsurowszą karę. Już nieszczęśnik przywiązany do pala, już pod nim rozpalają ogień, za chwilę spłonie jak Joanna d’Arc w pilotce…

Uff, wychodzi z opresji.

Tym razem zamiast smakołyków serwuje czułe słówka. Komplementuje amazonki, bajeruje, czaruje. Jak Don Juan (w sztuce Moliera, w operze Mozarta) uwodzi mówiąc. Pięknie mówiąc.

.Finding_of_Don_Juan_by_Haidee_1873 size1 

 

Odtąd zostaje Szeherezadą z brodą. Co wieczór opowiada swym ciemiężycielkom romansowe historyjki. Gdy nie staje mu fantazji na kolejną love story, posiłkuje się korespondencją wojenną. Tą, której nie zdołał dostarczyć do adresatek. Po prostu kradnie uczucia od żołnierzy. Trafia nimi do serc żelaznych dam, bo każda widzi siebie w roli oblubienicy. Niby takie chojraczki – przeprowadziły seksmisję, lecz emocjonalnych potrzeb nie zdołały wyprzeć.

Na tym nie koniec zabaw Zanzima z czytelnikiem, literacką i filmową tradycją oraz damsko-męskimi rozgrywkami.

Kto ciekaw co dalej, polecam lekturę. Zapewniam, finał nie do przewidzenia. Na koniec tylko dodam, że finezji narracji odpowiada błyskotliwy styl rysowania – coś między karykaturą a brawurą. Jak ulał pasuje do asa awiacji.

„Wyspa kobiet”

Scenariusz i rysunki – Zanzim

Tłum. Jakub Syty

Wyd. Timof i cisi wspólnicy

Warszawa 2016