Category: recenzje

30
Aug

Casanova wśród feministek (recenzja komiksu „Wyspa kobiet”)

Udostępnij:

Frédéric Leutelier, pseudonim Zanzim, lat 44, wychynął z komiksiarskiego morza autorskim tomikiem „Wyspa kobiet”.

Od pierwszej planszy uwiódł mnie francuskim wdziękiem i lekkością, z jaką porusza problemy wagi… może nie ciężkiej, ale istotnej. Chodzi o ruch feministyczny, którego fala co jakiś czas wzbiera, jednak nie doprowadza do parytetu we wszystkich dziedzinach życia.

Figury spod chmury

Mężczyzn podobnych do bohatera opowieści Zanzima ,,Wyspa kobiet” okladka-600-1każda szanująca się emancypantka najchętniej widziałaby na mękach, czyli przy kobiecych czynnościach. Co spełnia się w niektórych mitach, choćby w tym o Herkulesie: najcięższą karą było dlań przebranie w damskie szaty i usadzenie przy krosnach. Do tej, i innych legend nawiązuje rzeczony komiks.

Poznajmy protagonistę: oto on, Céleste Bompard. Nałogowy pożeracz damskich serc, którymi karmi wybujałe ego. skan3-640skan2-640skan1-640

Nie pracuje, tylko „trochę lata” (jak „Wniebowzięci” Kondratiuka). Wniebowzieci 1973 1Zarabia podniebnymi akrobacjami, a im wyżej szybuje, im ryzykowniejsze wykręca figury, tym więcej dam wpada w jego ramiona, a kasa do kieszeni.

Te podboje kończą się wraz z wybuchem pierwszej wojny. Bompard zostaje zmobilizowany, trafia na front, jednak nie wpada w błoto okopów. Ma fart, nadal lata! Wprawdzie przyszło mu zamienić sportowy monoplan na ciężką wojskową maszynę, ale co tam, da radę.

Tu buńczuczny kogucik doświadcza upokorzenia: zamiast walczyć staje się… listonoszem. Ma dostarczyć korespondencję od żołnierzy ich żonom i kochankom. Doprawdy, zadanie niegodne wirtuoza przestworzy.

Bompard buntuje się, a tu – bum! Trafiony, zatopiony. To jest, zestrzelony. Ma szczęście w nieszczęściu – uchodzi z życiem, a jego samolot spada na wyspę o uwodzicielskim kształcie kobiecych piersi. Istna kraina obfitości. Bujna roślinność, obfita fauna, łagodny klimat. Jest jeden mankament: poza Célestem nie ma tu żywej duszy. Został rozbitkiem na bezludnej wyspie.

 

Figo-fago, on w pilotce, one nago

W tym miejscu wydaje się, że ciąg dalszy dobrze znamy. Pomyłka, pilot nie upodobni się do Robinsona Crusoe, choć jak heros Defoe cover1ćwiczy rozmaite nowe sprawności. Z rozpaczy nawet zaczyna tworzyć – rysuje patykiem na piasku kobiece akty. W nocy śnią mu się łóżkowe momenty, w dzień – prześladują zwidy w damskiej postaci.

Zanzim trochę współczuje swojemu bohaterowi, a zarazem nabija się z niego. Portretuje go tak sugestywnie, że wydaje się znajomy. Chudzina z wielkim nosem, w podkoszulku i spodniach na szelkach, nie zdejmujący z głowy pilotki, pomimo że powodów do jej noszenia brak. I wciąż bardzo męski pomimo mizerii sytuacji.

Pewnego dnia, goniąc za łanią, którą upatrzył sobie na obiad (aluzja: po francusku „łaniami” nazywa się dziewczęta, więc ta pogoń ma dwuznaczny charakter), wpada w międzypierśną rozpadlinę wyspy (przypominam: to teren w formie biustu) i trafia do raju. Przynajmniej tak początkowo sądzi – bo oto dookoła widzi same przedstawicielki płci pięknej. Nagie. Kąpiące się. Jak na obrazach Ingresa, Courbeta, Cézanne’a obraz-Paul+Cezanne+Kapiace+sie_main_1728_800 obraz-Paul+Cezanne+Kapiace+sie_main_1729_800 Paul Cezanne i dwie wersje „Kąpiących się”_DSC0130 Les_Baigneuses-Courbet Ingres i Courbet. To samo…

i innych mistrzów. Malarskie wizje w realu?

Chwileczkę, Zanzim po raz kolejny robi oko do czytelnika.

Bompard bynajmniej nie zostaje entuzjastycznie powitany. Panny nie życzą sobie męskiego intruza w swym gronie. Już, już grozi mu dekapitacja, jednak ratują go… przyrodzone walory. Jako więzień-rozpłodnik wykonuje rozmaite babskie czynności – pierze, sprząta, gotuje. I to jak! Jak przystało na Francuza. Wyśmienicie. Ten talent sprawia, że wyspiarki łagodnieją, a szefowa mianuje go przybocznym kucharzem. Znowu zabawa z narodową francuską tradycją, z „Wielkim żarciem” i „Ucztą Babette”.

 

Czułe słówka

Polskim odbiorcom sytuacja Bomparda skojarzy się zapewne z kultowym filmem Juliusza Machulskiego. Jak w „Seksmisji”,2444b80498296840bee1673491197b08 1-F-332-13-800x800 Screen-shot-2014-08-12-at-1.15.29-PM-700x360 ex-Casanova dwoi się i troi, by dogodzić paniom, na łasce których aktualnie się znajduje. Ku jego rozczarowaniu, seks-usługi nie są przewidziane. Zapłodnienie, owszem, lecz bez żadnych cielesnych uciech. A gdy w pilocie odzywa się głos natury, znów naraża się na najsurowszą karę. Już nieszczęśnik przywiązany do pala, już pod nim rozpalają ogień, za chwilę spłonie jak Joanna d’Arc w pilotce…

Uff, wychodzi z opresji.

Tym razem zamiast smakołyków serwuje czułe słówka. Komplementuje amazonki, bajeruje, czaruje. Jak Don Juan (w sztuce Moliera, w operze Mozarta) uwodzi mówiąc. Pięknie mówiąc.

.Finding_of_Don_Juan_by_Haidee_1873 size1 

 

Odtąd zostaje Szeherezadą z brodą. Co wieczór opowiada swym ciemiężycielkom romansowe historyjki. Gdy nie staje mu fantazji na kolejną love story, posiłkuje się korespondencją wojenną. Tą, której nie zdołał dostarczyć do adresatek. Po prostu kradnie uczucia od żołnierzy. Trafia nimi do serc żelaznych dam, bo każda widzi siebie w roli oblubienicy. Niby takie chojraczki – przeprowadziły seksmisję, lecz emocjonalnych potrzeb nie zdołały wyprzeć.

Na tym nie koniec zabaw Zanzima z czytelnikiem, literacką i filmową tradycją oraz damsko-męskimi rozgrywkami.

Kto ciekaw co dalej, polecam lekturę. Zapewniam, finał nie do przewidzenia. Na koniec tylko dodam, że finezji narracji odpowiada błyskotliwy styl rysowania – coś między karykaturą a brawurą. Jak ulał pasuje do asa awiacji.

„Wyspa kobiet”

Scenariusz i rysunki – Zanzim

Tłum. Jakub Syty

Wyd. Timof i cisi wspólnicy

Warszawa 2016

25
Aug

Ideał daleki od mojego (to i owo o filmie „Pan Idealny”)

Udostępnij:

Nieczęsto zdarza mi się wychodzić z seansu filmowego przed zakończeniem. Na ogół daję szansę nawet ewidentnym knotom, bo może, bo a nuż…
Jednak chyba staję się mniej cierpliwa.
Ostatnio dwukrotnie zdarzyło mi się opuścić salę kinową na długo przed pojawieniem się końcowych napisów.
Pierwszy z tych dwóch przypadków, to łabędzia pieść Andrzeja Żuławskiego Andrzej Zulawski w Ksiegarni Krytyki Politycznejczyli „Kosmos” (bardzo teoretycznie wg Gombrowicza)

.514db637-5220-46c3-89d7-d9df6c688618 z18588860Q,Kadr-z-filmu--Kosmos--Andrzeja-Zulawskiego

Ale trudno, o zmarłym nie wypada…
Natomiast wczorajsza wpadka nie ma żadnego zgonu na usprawiedliwienie.
Reżyser tego filmowego nieszczęścia Paco Cabezas (Hiszpan) liczy sobie 38 lat Paco4i nie wydaje się, żeby jego życiu cokolwiek zagrażało, Chyba, że ktoś mu sprawi zasłużony łomot za… obrażanie (ludzkiej inteligencji).
Bo oto mamy do czynienia z kinem akcji pożenionym z komedią romantyczną – ale jak zwał, tak zwał. Ja ten gatunek określam innym mianem: góra dla oligofrenów (może też obrażam?).
„Pan Idealny” („Mr. Right”), f43f3f17aa57ac4efa82adeee9517770 maxresdefault maxresdefault_livektóry wchodzi na nasze ekrany 08.09. trwa raptem półtorej godziny. Było nas kilka osób, które mniej więcej po kwadransie zaczęły odczuwać niepokój zbliżony do strachu: nie wyrobimy.

Tak też się stało. W połowie filmu opuściłam (nie sama) projekcję.
I dobrze zrobiłam: poszłyśmy (z przyjaciółką i panią, która wyraziła chęć przyłączenia się do nas) na wystawę Romana Owidzkiego w Galerii le Guern.
Ale nie mam zamiaru w jednym poście wykonać salta od dna na wyżyny (intelektualne, klasy ludzkiej i rangi dokonań).
Zmilczę więc, mruczeniem wyrażając dezaprobatę dla pierwszego i aprobatę dla drugiego z wczorajszych doświadczeń.

 

Z fejsa:

Ola Uszyńska Pani Moniko, ja również byłam załamana Kosmosem – tym bardziej, że moje oczekiwania co do filmu były spore. Dotrwałam do końca, ale nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać…

Jacek Kasprzycki Pani Moniko! To już nie ten sam A.Ż. Co w Trzeciej Części Nocy. Pierwszy raz wyszedłem z filmu mistrza Szamanka. To było coś okropnego… Potem to dzieło “na spokojnie” zobaczyłem w tv. I wrażenie potwierdziło się…
25
Aug

Rysunki, których mogło nie być (o komiksie „Spotkanie w Phoenix Sandovala)

Udostępnij:

rvd_a_phoenix_by_tonysandoval-da7y9yq okladka-600rendez_vous_a_phoenix_by_tonysandoval-da2xel7

Ta historia trochę przypomina amerykańskie mity „od pucybuta do milionera”. No, może jeszcze Antonio Sandoval nie uzbierał tyle na koncie, co Bill Gates, ale i tak spełnił swój American dream. A dokonał tego… nielegalnie. Po latach zdecydował się opowiedzieć o tym w autobiograficznym tomie „Spotkanie w Phoenix”. Warto podkreślić, że polskie wydanie ukazało się równocześnie z francuskim (brawo dla Timofa!).tony-sandoval

Sądzę, że artystę zmotywowała napływająca do Europy fala uchodźców i ich dramatyczne przejścia. On sam też jest imigrantem. W drodze do samorealizacji pokonał nie jedną granicę. Samouk urodzony i dorastający w zakurzonym meksykańskim miasteczku niedaleko granicy z USA, całymi dniami tworzył komiksowe plansze. Szlifował styl, który do tej pory go wyróżnia: to trochę zeuropeizowana manga – wielkogłowe figurki o lalkowatych buźkach i rachitycznych ciałkach. Połączenie słodyczy i koszmaru.Wzbudził mój szacunek fenomenalnie opanowanym warsztatem (tła malowane akwarelą plus rysunek rapidografem, czymś w rodzaju wiecznego pióra z rurką zamiast stalówki, piekielnie trudne w użyciu), a także – wyobraźnią.Sollies_Ville_-_Tony_Sandoval_-_P1200209 Rendez-vous-à-Phoenix-Sandoval-une Tony_Sandoval_20090313_Salon_du_livre_1

Sandolval snuje własne baje, łącząc meksykańskie upodobanie do makabry z powszechnymi zmorami współczesności. Na kartach jego komiksów smoki kooperują z pogrążonymi w depresji nastolatkami, demony pomagają przetrwać hejt rówieśników, zaczarowany hełm sprawia, że można uporać się z największą stratą… Do tego trochę seksu, a jeszcze więcej uczuć, na co dzień tłumionych, bo utrudniających poruszanie się w brutalnym świecie.

Polscy fani komiksu dobrze go znają, nawet osobiście, jako że kilkakrotnie odwiedzał nasz kraj. Nie ma daleko, mieszka w Berlinie, dokąd przeniósł się z Barcelony; od siedmiu lat współpracuje z francuskim wydawnictwem; zdobywa nagrody (m.in. trzykrotnie nominowany do Nagrody Eisnera, laureat festiwalu w Angouleme). Ale zanim rozkręcił artystyczną karierę, miał ostro pod górkę.

O tym właśnie traktuje „Spotkanie w Phoenix”.

Do tego miasta udaje się młody Tony, żeby połączyć się z amerykańską blond ukochaną. Czasy są przedinternetowe, jedyne dostępne formy komunikacji to telefon i listy, które zakochany młodziak pracowicie zdobi własnoręcznymi rysunkami. Jednak za mało, żeby uczucie kwitło… Gdy chłopak kolejny raz nie dostaje amerykańskiej wizy, decyduje się na desperacki krok: nielegalne przekroczenie granicy. Nie sam w ten sposób emigruje, współtowarzyszą mu inni ryzykanci pod „opieką” przewodnika o wyglądzie bandziora. Oczywiście, nie jest to działalność charytatywna. A szanse na powodzenie przedsięwzięcia – pół na pół. Po rozmaitych perypetiach Tony’emu udaje się zrealizować plan. I nie zdradzam tu zakończenia historii, bo przecież wszyscy je znamy dzięki biografii artysty.9782888907688.pt06 skan2-640skan3-640

Co znamienne – tym razem autor nie ucieka w fantazjowanie. Stworzył, czy raczej odtworzył z pamięci reportaż o takich jak on, poszukujących szczęścia poza ojczyzną. Dla większości emigrantów spełnieniem marzeń jest lepszy zarobek. Jak mówi jeden z uciekinierów, dzienna stawka wysokości trzech dolców to bogactwo w porównaniu z 30 pesos, na które może liczyć w kraju. Różnica w kasie ma emocjonalną cenę: rozstanie z rodziną. Żeby złagodzić tęsknotę, pewien mężczyzna rokrocznie wracał do domu i ponownie przeprawiał się przez zieloną granicę – o czym dowiadujemy się z kroniki Sandovala.

Poza dokumentalnym wątkiem, w „Spotkaniu…” zainteresowała mnie stylistyczne zróżnicowanie rysunków. Obok charakterystycznych pajacyków z ogromnymi głowami (tak autor przedstawia siebie samego) pojawiają się niemal realistycznie oddane ludzkie typy, nieobecne w innych komiksach Tony’ego: zbiry o kaprawych gębach, Afroamerykanie o wyglądzie Shreka, uciekinierzy o rysach twarzy pozwalających domyślić się ich pochodzenia. Tom zamyka dedykacja dla… owego „antycznego” rapidografu, który wprawdzie już zastąpiły inne narzędzia pracy, lecz to jemu Sandoval zawdzięcza własny styl. skan1-640 maxresdefault

 

 Spotkanie w Phoenix

Scenariusz i rysunki – Tony Sandoval

Tłum. – Jakub Jankowski, Katarzyna Sajdakowska

Wyd. Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

24
Aug

Sznycel większy niż apetyt (o wystawie Martina Parra w wiedeńskim KunstHaus)

Udostępnij:

 

Stoi w pełnej krasie na tle własnych zdjęć i zachęca publiczność, tłumnie zwiedzającą jego retrospektywę w Kunst Haus, do… pstryknięcia z nim selfie.

Tak naprawdę, żywą postać imituje płaska plansza – wycięty po konturach fotograficzny portret artysty – ale złudzenie jest. Już ten gest oddaje specyficzne (chciałoby się rzec, angielskie) poczucie humoru Martina Parra, rzecz jasna Brytyjczyka, intelektualnego pobratymca Latającego Cyrku Monty’ego Pythona.Martin-ParrMartin-Parr-Collection-England-Minehead-Autoportrait-Butlins-1998

Kto jeszcze nie zna tego nazwiska, niech czym prędzej nadrobi zaległości: rocznik 1952, wielka sława fotoreportażu, od 22 lat w Agencji Magnum (obecnie przewodniczący), wydawca, kurator wystaw, bohater prawie setki albumów i publikacji, kolekcjoner najbardziej kiczowatych pocztówek świata.p03hjg6p

 

Parówka w pazurach

O jego gwiazdorskiej pozycji świadczy także zaproszenie ze strony wiedeńskiego Muzeum Hundertwassera (Kunst Haus), obchodzącego ćwierćwiecze istnienia, do uświetnienia jubileuszu wielką wystawą. Ponad trzydziestoletni dorobek mistrza dopełnia zestaw premierowy, zamówiony przez Wiedeń: cykl „Cakes & Balls”. Parr przez dwa ostatnie lata odwiedzał naddunajską stolicę, wypatrując momentów najbardziej charakterystycznych dla miasta, gdzie tradycje z czasów Franciszka Józefa są wciąż celebrowane. Więc – życie kawiarniane i balowanie, w sensie ścisłym. Angielski fotograf odwiedził siedem balów z niezliczonych tego typu wydarzeń wydawanych w Wiedniu oraz zaglądał do rozlicznych kafejek, gdzie zatwardziali lokalsi mieszają się z turystyczną masą wszelkiej maści.

Każdy, kto kiedykolwiek zawadził o Wiedeń, wie, co jest kulinarnym symbolem siedziby Habsburgów: sznycel. AUSTRIA. Vienna. 2016.Parr uznał, że monstrualnych rozmiarów kotlet, zwisający poza brzegi talerza, ma wystarczającą wizualną siłę, żeby stać się „bohaterem” kadru. I metaforą łapczywości. Podobnie jak gigantyczne ciacha serwowane podczas zabaw czy gargantuiczne parówki (parr–ówki), AUSTRIA. Vienna. Ball der Wiener Kaffeesieder. 2016.pochłaniane przez anonimową uczestniczkę jakiegoś balu. Wędlina trzymana w drapieżnych palcach kobiety (u nas mówi się „en pazur”), na wysokości wyeksponowanego biustu, niesie seksualne skojarzenia… A błyszcząca, balowa sukienka tworzy groteskowy kontrast z mało elegancką formą konsumpcji.

To cały Parr: kpina, lecz bez sprawiania przykrości fotografowanym; ironia, ale równoważona czułością. Jak mało kto, potrafi wydobyć symboliczną warstwę z pozornie banalnych sytuacji. Jak mówi, poszukuje „niezwykłości w zwykłości”. W tym celu troszkę oszukuje: „podkręca” kolory fleszem, którego używa nawet przy słońcu. Efekty są zdumiewająco malarskie, zmysłowe, nasycone emocjami.

 

Relaks w tłumie

Jego wizja to wyraz krytycznej postawy wobec świata konsumpcji i pozornych wartości.

Jest bezlitosny, zarazem dowcipny i fenomenalnie wyczulony na formę. Do tego z socjologicznym zacięciem. Nic dziwnego, że jego fotografie są określane jako „straszliwie piękne obrazki”. On sam woli sformułowanie „dokumentacja subiektywna”.

Fotografie tak barwne jak to tylko możliwe, wręcz bijące po oczach jarmarczną jaskrawością, stały się jego znakiem rozpoznawczym już w latach 80., kiedy mało który fotoreporter posługiwał się kolorem. Ale Parr, lekko skręcając w stronę kiczu, tym celniej oddał mentalność niższych warstw społecznych, a także nowobogackich snobów.

W Wiedniu przypomniano cykl, którym artysta wywołał swego czasu burzę reakcji. „Ostatni kurort” („Last Resort”) z lat 1982-85 powstał na wybrzeżu morskim w pobliżu New Brighton, gdzie powstały „wakacyjne wioski”, do których tłumnie zjeżdżała angielska klasa pracująca. 349960 345392 die-gnadenlosen-alltagsbilder-des-fotokuenstlers-martin-parr-41-64604767191_feature_anderson

Parr uzmysłowił odbiorcom, że to zaprzeczenie wypoczynku, intymności, kontaktu z naturą. Kolejki po hot dogi, jadalnie na tysiąc miejsc, „plaża” wylana betonem, a nade wszystko – ludzkie masy, stłoczone jak sardynki w puszce. Do tego brud, śmieci i ogólne wizualne paskudztwo.

Początkowo, te zdjęcia okrzyknięto przekroczeniem społecznych norm, zaś autorowi zarzucono cynizm i nabijanie się z niezamożnych ludzi. Tymczasem Parr swe bezkompromisowe podejście łączy ze współczuciem dla tych, którym zafundowano tak podłe warunki „odpoczynku”. Mówi: „Kiedy publiczność oglądając moje zdjęcia śmieje się i płacze, to akurat jest to, co chcę osiągnąć. We mnie te sceny wywołują takie same, skrajne reakcje”.

MP6-large_trans++zhC_wx102xa17MHAde_wYcQnt3Do9q32eBGQ3uCh9EU tumblr_inline_o968tbbUJ91s1f1b3_500

 

Zoom na pychę

Realizując serię „Small World” (1989–2012) Parr objechał świat, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc „zdobytych” dla przemysłu turystycznego. Wycieczki przewalające się wśród zabytków, najbardziej zainteresowane utrwalaniem się na ich tle, to sytuacje jak z filmu „Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”.Martin-Parr

Parr nie koncentruje się na mankamentach i śmiesznostkach klasy średniej. Tematem zdjęć objętych tytułem „Luxory” są nowobogaccy, a dokładnie – ich brak osobistej kultury. BELGIUM. Knokke. 2001.SWITZERLAND. St Moritz. Snow Polo World Cup. From 'Luxury'. 2011.d0343458eca8a277f49103a0fa894fbd martin-parr-05caption_017Martin_Parr_Nice_2015_INT_2

Bo tak fotograf postrzega nachalne obnoszenie się z insygniami zamożności. Paniusie w futrach, staruszki obwieszone biżuterią, gangsterzy udający dżentelmenów, małe dziewczynki umalowane jak kokoty… To wszystko nie budzi aprobaty Parra, lecz trudno mu zarzucić manipulację. Po prostu on jest wyczulony na fałsz, pychę, prostactwo. I niczego nie tuszuje.08d6bef5c4c5719c8872af5606595f8611658-web

Wiedeńską wystawę zamykają dwie ściany wytapetowane setkami zdjęć eksponowanymi na styk, tworzącymi kolaż nazwany „Common Sense” (1994–99). Chodzi o globalny konsumpcjonizm, o nadprodukcję „dóbr”, w istocie będących bezwartościową tandetą. A jak się, drogi widzu, już nasłodzisz widokiem tych wszystkich maskotek, idiotycznych stroików i innych gadżetów, dodaj coś od siebie: selfika z Martinem Parrem. Który bezczelnie cię podpuszcza.

 

 

Martin Parr „A Photographic Journey” – Kunst Haus Wien (Muzeum Hundertwassera), Wiedeń, wystawa czynna do 2 listopada

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

21
Aug

…I koń stworzył Kossaka (recenzja z wystawy w sopockiej Państwowej galerii Sztuki)

Udostępnij:

 

Chyba lepszego prezentu w sezonie letnim Sopot nie mógł dostać – paradę koni arabskich. Nie tych z Janowa – namalowanych przez trzy generacje  Kossaków.

Prezentacja z muzealnym rozmachem – 208 prac wypożyczonych z kilkunastu instytucji i prywatnych kolekcji. Niepowtarzalna okazja porównania skali talentów i wzajemnych wpływów słynnej „dynastii” malarskiej. Kuratorską opiekę powierzono Stefanii Krzysztofowicz-Kozakowskiej, historyczce sztuki, której tematyka wystawy i epoka są szczególnie bliskie.

Zresztą, nie ona jedna ma słabość do dokonań Kossaków. Obok Matejki, to z pewnością najlepiej znane w Polsce nazwisko. Tym większy wstyd, że krakowskie gniazdo rodu – dworek zwany Kossakówką, powoli zamienia się w ruinę…

 

Koń, jaki jest, nie każdy widzi

Największą przestrzeń zajmuje nestor rodu Juliusz (1824 –1899). Parterowe sale wypełnia niemal w całości jego sztuka, z niewielkim aneksem. Otóż jeden z pokoi Juliusz dzieli z wnuczkami, Magdaleną Starzewską-Niewidowską, z12927936IH,Magdalena-Samozwaniec-w-Warszawie--Zdjecie-niedato PL_Wojciech_Kossak_Magdalena_Samozwaniecznaną pod pseudonimem Samozwaniec oraz Marią Pawlikowską-Jasnorzewskąpawlikowska2 pawlikowska_jasnorzewska_maria_6121012_1. W gablotach z literackim dorobkiem genialnej poetki i ciętej jak giez Madzi znajdują się także historyczne powieści pióra ich kuzynki Zofii Kossak.

Tuż obok – ciekawostka: jedyny zachowany cykl akwarel autorstwa Leona, młodszego brata Juliusza, powstańca i Sybiraka („Bitwa po Somosierrą i Austerlitz”).

Jednak główną atrakcją są araby.

reprodukcja_bew1076FB0Polowanie_z_sokolem 37-kossak_jul_1 Juliusz_Kossak_Odsiecz_SmolenskaMohort 60053093_1_1000x700_malarstwo-juliusz-kossak-album-wyd-1990-ksiazka-aut-maciej-maslowski-poznan

 

 

Nikt nie odmówi tym zwierzętom urody – i właśnie z racji gracji rozpanoszyły się w sztuce polskiej od romantyzmu. Obok Piotra Michałowskiego, najbardziej zasłużony w „końskim temacie” był Juliusz Kossakmaxresdefault-1, znawca i fan wierzchowców krwi arabskiej. Portretował je głównie na zamówienie właścicieli stadnin. Są wizerunki całopostaciowe (np. wspaniała teka z tuzinem najpiękniejszych okazów należących do Erazma Wolańskiego); są też konterfekty „twarzowe” czyli samego pyska. Niektóre podobizny dopełnia wykaligrafowany poniżej opis i rodowód zwierzęcia.

Za najpiękniejsze dzieło, zarazem dowód mistrzostwa autora uważam „Stadninę przy wodopoju” (1857). Różne końskie maści, rozmaite ustawienie głów, uszów, ogonów… Cała paleta końskich zachowań.

Juliusz doskonale opanował akwarelę, technikę trudną, bo nie pozwalającą na korekty. Z olejem też dobrze sobie radził, czego dowodem „Portret syna generała Hauke”. Poważny kilkulatek dosiada wierzchowca, którego jabłkowita maść kontrastuje z jego ciemnym ubraniem.

Z lasu do ogrodu

To może spotkać się z nieprzychylnym przyjęciem obrońców praw zwierząt – mianowicie, teka „Rok myśliwca Wincentego Pola”. Każda z dwunastu kart ukazuje krwawą scenę, gdzie czworonożna lub fruwająca ofiara jest bez szans wobec wyposażonego w broń człowieka. Cóż, męska rozrywka, polska tradycja.

Lepiej zmienić temat i teren – przejść z lasu do parku jakiejś zasobnej arystokratycznej rodziny. Tam można spotkać elegancko wystrojoną „Amazonkę”(1868) na białym rumaku, ku której pomykają dwaj dżentelmeni, nie mniej wytwornie odziani.

Wielbiciele koni przysięgają, że to bardzo uczuciowe zwierzęta. O przywiązaniu wierzchowca do jeźdźca opowiada wzruszający obraz „Wierny towarzysz” (1871): żołnierz padł na polu bitwy, a koń go nie odstępuje. Zda się – opłakuje kamrata.

Bywalec salonów

Gigantyczny dorobek i niemały zarobek Juliusza, tudzież coraz mocniejsza pozycja artysty w wyższych sferach utorowały Wojciechowi (1856 –1942) drogę na salony. Okazał się błyskotliwym portrecistą dam i mężów z wielkiego świata. Świetna jest podobizna Teresy Sapieżyny (1911), uchwyconej w naturalnej pozie, bez idealizowania rysów modelki.

Za to nie można nie uśmiechnąć się na widok „Portretu córek w bryczce”. Panienki mają tak nabzdyczone minki, że od razu widać, jaką to łaskę wyświadczały tatusiowi, odrywając się od zabaw.p6551151145670

Oj, ten Wojciech! Uwodziciel, jakich mało – zarazem hojny mąż i ojciec, zapracowujący się, by zadowolić wszystkie kobiety, jakie przyszło mu utrzymywać lub obdarowywać. Aż czterokrotnie udawał się za ocean, by uzupełnić ubytki w kasie. Ślad tego widzimy na wystawie: pomiędzy ułanami w czakach bądź rogatywkach zaplątał się jeździec z innej bajki: w skórzanych portkach, wywijający lassem kowboj. Tak pan Wojciech dorabiał. Trzeba mu jednak przyznać – trzaskał pędzlem ze swadą, swobodnie, w błyskawicznym tempie oddając ruch i dynamikę scen.

Wojciech-Kossak Autoportret static1.squarespacePL_Wojciech_Kossak_Autoportret_z_paleta

Dobrym przykładem malarskich umiejętności Wojciecha jest „Mała Panorama Racławicka” z 1893 roku: trzy szerokie kadry umieszczone jeden przy drugim, na styk (nomen omen, jeden kadr wykonał Jan Styka). Panorama-Racławicka2Obydwaj przygotowali się starannie do monumentu, który do tej pory można oglądać przy wrocławskim muzeum. Dostali nawet pozwolenie (byli z Galicji, potrzebowali paszportów) na jednodniowy pobyt w Racławicach, żeby naszkicować lokalny pejzaż.Panorama-Raclawicka

Przyznaję, spisali się zacnie.

Na koniec – o dwóch najmłodszych przedstawicielach rodu. Karol (urodzony w 1896, dziesięć lat młodszy od kuzyna Jerzego), jest odkryciem pokazu. Zakochany w pejzażu Karpat Wschodnich, w huculskich obyczajach, wybudował dom w Tatarowie, lecz pomieszkał tam ledwo osiem lat: w 1943 roku domostwo strawił pożar, a dla Karola i rodziny zaczął się okres tułaczki.

Wreszcie – Jerzy. Trochę mi go żal… Nie nadążając z realizacją zamówień, ojciec zrobił z niego pracownika swej „fabryczki”. Czy Jerzy cierpiał jako kopista Wojciecha? Śladów buntu jakoś nie widać.

 

 

Kossakowie – Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, wystawa czynna do 2 października 2016

 

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

12
Aug

Wiersze wydrapane paznokciem (recenzja komiksu „Słowackiego”)

Udostępnij:

Na okładce wieszcz ma wytrzeszcz – jakby grozą napełniało go to, co ogląda z niebios na ulicy swego imienia. okladka-600

Przy Słowackiego (nr 41 m 4) w centrum Katowic mieszka młode małżeństwo, Judyta Sosna i Igor Jarek. z19810938Q,Igor-i-Judyta--a-za-nimi-jeden-z-ich-poetyckich-ko

Wspólnie tworzą blog Hopsiup; razem zadebiutowali komiksem „Słowackiego”: Jarek teksty, Sosna rysunki.

Ona – freelanserka z wyższym wykształceniem plastycznym (po ASP Katowice). On (rocznik 1989) ćwiczy szkołę życia z wynikiem raczej niedostatecznym. Były górnik, były sprzedawca kwiatów na bazarze, aktualnie bezrobotny.

Poeta amator, zdecydowanie utalentowany, z doskonałym uchem na dialogi i myśli (własne oraz cudze), które w „Słowackiego” przerobił na komiksowe teksty i dymki. Sosna cała wsłuchana w jego klimaty, drapie twarde i harde rysunki jakby je rzezała w węglu kamiennym. To nie tyle ilustracje, co wizualne zapisy treści, bo pisane kostropatymi literami słowa wysuwają się na plan pierwszy. Najpierw czytamy, potem patrzymy na szczątkowe, posiekane, „nienarracyjne” kadry. Całość czarno-biała, choć w wymowie bardziej czarna.

skan5-600 skan2-600 skan3-600

Tomik cienki, jak przystało na debiut poetycki, składa się z kilkunastu mini-opowiastek z puentami lub bez. Takie wiersze prozą. Temat: autobiografia w strzępkach. Z wątkami wniesionymi przez kumpli, gęsto przewijającymi się przez podany powyżej adres. Centrum miasta, to wpadają, popijają, gadają. Jarek trochę słucha, trochę obserwuje, jak „krople piwa na stole same wchłaniają swoje kształty”. Czasem do głosu dorywa się szczur Tetro, domagając się wypuszczenia z klatki. Dialog z Tetro – jak większość rozmów – snuje się wokół spraw ostatecznych: „Wiesz, chciałbym umrzeć… mieć was wszystkich z głowy”, oznajmia gryzoń.

Umierania w tych historiach dużo. Zastanawiająco dużo, gdy pomyśleć, że autor liczy sobie ledwo 27 lat. Tyle, co III RP, która jednym dała, a innym zabrała. W towarzystwie, w jakim obraca się Jarek, przeważają ci drudzy. Nie, żeby margines. Ludzie żyjący z dnia na dzień, zrozpaczeni, przez to agresywni. Chudzi, grubi, starzy, młodzi. Los im dowalił bez ich winy, zwyczajnie nie dał szans, z racji miejsca zamieszkania chociażby.

Jarek i Sosna i tak mają lepiej – mają siebie. Mogą wspólnie pojechać poza miasto na majówkę. Podróż „napakowanym do granic możliwości busikiem” pozwala na obserwacje prawie humorystyczne: starsza kobieta wrzeszczy do telefonu relację z Zoo, gdzie trzymała krokodyla za ogon, co uwieczniła na foci. Igor Jarek też chciałby odwiedzić Zoo, chwycić gada za ogon, zaimponować Sośnie – o ile ta przeżyje jazdę autobusem, atakowana brzuchem jakiegoś grubasa, wyduszającego z niej każdy oddech.

Jeśli w tym miejscu czytelnik uśmiechnie się, to nie na długo. Zaraz będzie dołująco – story o dwóch konsumentach kebabu, którym pan pisarz przyglądał się niemądrze długo, za co spotkała go zasłużona kara z do dziś widoczną konsekwencją w postaci blizny nad brwią.

Zapomnieć o optymizmie? Gdzieś tam pojawia się nikły promyk. Oto bezrobotny, zgłodniały chłopak dostaje od kogoś jałmużnę, kupuje buły i… jest gotów podzielić się nimi z poetą, też nietęgo wyglądającym.

W ogóle Jarka z każdym dniem coraz go mniej, jak zauważa jeden z tych, co wpadają bez zapowiedzi na Słowackiego. „Więc jeśli chcecie mnie odwiedzić, to szybko, tylko musicie liczyć się z tym, że może mnie już nie być na tyle, żebym zdołał otworzyć wam drzwi”.

Dawno nie czytałam/oglądałam równie mrocznego komiksu. To nie skarga ani oskarżenie, to… strach. Przed życiem, które przerasta.

 

„Słowackiego”

Rysunki – Judyta Sosna, scenariusz – Igor Jarek

Wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2016

 

Tekst opublikowany w „Rzeczpospolitej”.

11
Aug

Bajki z rozpaczy (o książce z fantastycznymi opowiadaniami Erny Rosenstein)

Udostępnij:

 Tej książce dała szansę Europejska Stolica Kultury. Firmowane w tym roku przez Wrocław„Bajki” Erny Rosenstein big_erna_rosenstein_bajki_600x800_Gquv2

dotarły do szerszego kręgu odbiorców – choć pierwsza edycja miała miejsce dwa lata temu, na 10. rocznicę śmierci artystki – a zmarła w zacnym wieku 91 lat.

Uznano ją za czołową polską surrealistkę. Chciała zaczarować rzeczywistość, bo nie mogła w nią uwierzyć.z4826164Q,Erna-Rosenstein-w-1996-r-

Wydawać by się mogło, że Rosenstein, od młodzieńczych lat komunizująca, w PRL-u miała wielką szansę… Nie skorzystała z niej. Przez okres socrealizmu nie wystawiała, bo mierziła ją obowiązująca stylistyka. Potem też była osobna, dla jednych – fascynująca, wedle innych – dziwaczna. A po ustrojowej transformacji znów oberwała za lewicowe przekonania. Na szczęście, doceniono jej twórczość, nawet uhonorowano Nagrodą im. Cybisa (1996).

Wydano także kilka tomików jej wierszy, choć w minimalnym nakładzie. Pisała całe życie, imając się rozmaitych form. Pamiętam, jak mi kiedyś odczytała sztukę teatralną – skrzyżowanie kabaretu politycznego z teatrem lalek (wypada przypomnieć, że współpracowała z Cricotem i przyjaźniła się z Tadeuszem Kantorem).

Pamiętam też jej mieszkanie – meble i sprzęty „obrośnięte” rysunkami i rozmaitymi doklejonymi elementami, tuszującymi funkcjonalność tych obiektów. erna-rosenstein-2014-03-11-020 0f6bf46aPodobnie jej biżuteria – nosiła broszki czy wisiorki własnoręcznie sklecone ze znalezionych kamyczków, zakrętek, resztek. W takich ozdobach pojawiała się na większości warszawskich wernisaży, zawsze pogodna i otwarta na wszelkie twórcze eksperymenty.

Dziwi, że do zilustrowania „Bajek” nie wykorzystano jej znakomitych rysunków.

Erna-Rosenstein-Stan-Sie-851x102454_rosensztein 7_2fd2c5259

.erna-rosenstein-pozar-w-hadesie-2013-04-17

Bajki? Właściwie nie wiadomo, do jakiego gatunku te literackie miniatury przynależą.

Niektóre, jak np. „Poławiacza cieni” znakomicie sprawdziłyby się jako scenariusze filmowe (zresztą, figura Chaplina odgrywa tu ważną rolę): „Na ekranie olbrzymie oko zasnuwa się bielmem. Wszystko znika. Po chwili znowu konkretyzują się kształty”)”. Inne, jak „Gruzy” wydają się autokomentarzem Rosenstein do obrazów.

 Erna_Rosenstein,_Gdzieś_daleko_altana erna_rosenstein_kolebka_OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tom otwiera „Nieudana podróż”, humorystyczna rymowanka (jedyna!) przeznaczona dla małolatów. Dla nich jest również „Chłopczyk”, liryczna historyjka o dobrym dziecku , które musiało pracować, żeby utrzymać tatusia. Ale już „Babcia”, pomimo dydaktycznego smrodku, ma metaforykę wybiegającą poza wyobraźnię przeciętnego malucha.

Większość opowiastek adresowana jest do dojrzałego czytelnika. Do takiego, który zna biografię Rosenstein (przypomnianą na końcu książki). Bowiem kluczem do zrozumienia tych utworów są własne przeżycia artystki. Dramatyczne, traumatyczne. Nie chodzi tylko o wojnę, pobyt w lwowskim getcie, prześladowania za pochodzenie, ukrywanie się pod różnymi nazwiskami i tułaczkę. Największym wstrząsem było dla niej zamordowanie rodziców podczas ucieczki do Warszawy, czego była świadkiem. Nie przez Niemców, lecz polskiego szmalcownika.erna4d

Ten motyw wracał w jej malarstwie w sposób mniej lub bardziej czytelny.

W wierszach, w bajkach krzyk Erny brzmi inaczej. Mocniej, dobitniej. Jest oskarżeniem: „To nie ręce, to kłębowiska gąsiennic. Mnożą się… Szarańcza… Biały archanioł z mieczem powstaje, by walczyć. Opadają go. Żrą. Biały archanioł słania się. Pochłaniają go. Po chwili zostaje sczerniały szkielet ze srebrnym mieczem w ręku. Chodzi po ulicach, jest śmiercią”.

Kiedy czytam te słowa, widzę jej obrazy… I wiecznie uśmiechniętą twarz. Z rozpaczy, której nie daje się wyrazić. N/Z ERNA ROSENSTEIN , PLENER W OSIEKACH , KONIEC LAT 60 Sosnowski86a_kopia

 

Erna Rosenstein „Bajki”

Wybór, opracowanie, posłowie – Jarosław Borowiec

Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2016

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

 

04
Aug

Dusza butem obnażona (o wystawie Davida Hockney”a w Royal Academy of Arts)

Udostępnij:

– Ile dni mogę ludziom zabrać? – zastanawiał się David Hackney przed przystąpieniem do serii portretów, do których pozowali jego znajomi, przyjaciele i rodzina. – Zdecydowałem, że poproszę ich o trzy całodzienne sesje, z przerwami na lunch. W sumie, 20 godzin.

Nikt nie odmówił.BLOG_ARTS_HOCKNEY_Main

Ba, wszyscy zaproszeni na posiedzenie do studia czuli się wyróżnieni propozycją. Bo to mistrz wybrał modeli. Postawił im jeden warunek: mieli stawić się w jego kalifornijskim studio w określonym terminie. Hockney nie pozwalał sobie na przestój, jego asystent koordynował harmonogram. Gdy jeden gość nawalił, zamiast niego artysta namalował kilka owoców, w anturażu, w jakim portretował ludzi.

W ciągu dwóch lat (od 2013) powstało ponad 90 podobizn. Większość prezentuje obecnie londyńska Royal Academy of Arts. Pokaz został zatytułowany z buchalteryjną oschłością: „82 portrety i 1 martwa natura”. I znowu sukces, znów tłumy.IMG_2686-e1467279557183-1024x1024  hockney_postcard_pack_all_2_web

 

 

Powracające fascynacje

Najsłynniejszy, najbardziej wszechstronny i onieśmielający erudycją brytyjski artysta osiągnął zacny wiek 79 lat, lecz nie spowalnia pracy. Miał krótki przestój, gdy dopadł do lekki udar, z którego wyszedł bez szwanku, nie zmieniając przyzwyczajeń: nadal pali jak smok i nie oszczędza się w żadnym zakresie.

Debiutował w epoce pop-artu, lecz szybko stał się marką samą dla siebie. Jego talent dostrzeżono już za czasów studenckich, a dyplom, któremu towarzyszył skandal, zwrócił na niego uwagę środowiska. Potem było tylko lepiej.

W 1979 artysta wyniósł się do Kalifornii, lecz wkrótce zatęsknił za Anglią i od ponad 30 lat kursuje między hrabstwem Yorkshire, skąd pochodzi, dwoma rezydencjami w Los Angeles i siedzibą w ekskluzywnej londyńskiej dzielnicy Kensington.

W pewnym sensie miejsca zamieszkania (pomieszkiwania?) podpowiadają mu motywy i pomysły. Hockney znany jest z tego, że gdy „chwyta” temat, opracowuje go w dziesiątkach wariantów. Tak było z poprzednim cyklem – pejzażami z jego rodzinnych stron – objętym wspólnym tytułem „Obrazy Większe” (2012). Wystawa tych płócien w londyńskiej Royal Academy of Arts pobiła frekwencyjny rekord galerii: 600 tysięcy widzów (ja też tam byłam).

Po krajobrazach malarz znów przerzucił się na portretowanie. Wierne wobec pierwowzoru. To dlań nie pierwszyzna. Realistyczne odtwarzanie ludzkich rysów, postaci, a nade wszystko osobowości pasjonuje go od końca lat 60. Niektóre typy fascynują go szczególnie, więc wraca do nich co jakiś czas (łącznie z jego własną osobą).

Kilka z tych postaci zaistniało także w serii „82 portrety…”

Choćby – Margaret Hockney. Starsza siostra artysty jest emerytowaną… siostrą, znaczy – pielęgniarką. Małgorzata zasiadła przed mistrzem w białej grzecznej bluzce, z rękoma złożonymi na podołku, bezpretensjonalna, akceptująca, ciepła.Margaret-Hockney-14th-15th-16th-August-2015

Jakże inaczej prezentuje się Celia Birtwell, choć również nosi skromną białą koszulę. key 78 - Celia BirtwellmastJednak jej poza zdradza napięcie, czujne spojrzenie wwierca się w malarza (tym samym – w widza), palce rąk chodzą niespokojnie i w ogóle znana projektantka mody zdaje się niecierpliwić. Trudno jej się dziwić, wielokrotnie już pozowała Hockney’owi. MC740698Po raz pierwszy malarz uwiecznił ją w 1970 roku. Na tamtym słynnym portrecie Celia nosi nazwisko Clark; pozuje w eleganckim apartamencie wespół z ówczesnym mężem Ossie’m Clarkiem oraz kotem Percym.Mr and Mrs Clark and Percy 1970-1 by David Hockney born 1937

Państwo Clark to była topowa para Swinging Sixties. Piękni, robiący zawrotną karierę, wyluzowani. Niestety, 20 lat temu biseksualny Ossie został zamordowany przez kochanka – za to Celia ponownie wyszła za mąż, który nota bene też dostąpił zaszczytu pozowania Davidowi H.

Oprócz designerki, przed obliczem malarza zasiadło wielu znanych postaci ze świata sztuki i biznesu: John Baldesari, konceptualny artysta, wpływowy marszand Larry Gagosian, bankier lord Jacob Rothschild, a także kuratorka całego przedsięwzięcia Edith Devaney.

W przeciwieństwie do osób pozujących w odświętnych kreacjach, Edith nosi się roboczo. Wpatrzona w artystę jak bożyszcze, zdaje się deklarować: „cała jestem dla ciebie”.

Mniej respektu dla gwiazdora wykazał najmłodszy bohater serii, 11-letni Rufus Hale, syn artystki Tacity Dean. hockney-rufus-hale-xlarge_trans++ILFBuYb-N5MIHKH0sBbcxHqJ93JRoQBdcQgh8mtCags  Rufus Hale i… David Hockney. Jest podobieństwo!  18-encounter-hockney-beach.nocrop.w529.h767

Hockney’owi chłopiec przypomniał jego samego w tym wieku. Możliwe – ładny blondynek zasiadł na podium z powagą, zarazem nonszalancją, z ołówkiem w dłoni. Jakby chciał narysować tego gościa przy sztalugach.

 

Wycięci z realiów

– Zależało mi na całopostaciowych wizerunkach, żeby było dobrze widać obuwie – wyznaje Hockney. – Buty obnażają osobowość właściciela, podobnie jak układ stóp. Zresztą, każdy szczegół jest wymowny, podobnie jak mowa ciała. Tylko zatraciliśmy umiejętność czytania tych przekazów. Chciałem, żeby odbiorcy zauważyli, jak wiele informacji dostarcza nasz wygląd.David_Hockney_Royal_Academy_INT_list gayfordcrop-large_trans++2MfxYBFyJ_71J1uDNKnZO-xxajWwnrlt5CkSJHzyTxY-1 hockney-rita-pynoos-xlarge_trans++_sK7DIx3ECHmbBnXSg3Ghdq7woX2xbJbO13DEuuG7hw

Hockney wszystkim narzucił rygor: początek sesji o godz. 9 rano, wybieranie pozy, szkic węglem na przygotowanym płótnie, wypełnianie konturu akrylowymi farbami, godzinna przerwa na lunch, powrót do pracy. Blejtramy identycznych rozmiarów, jedno krzesło na podium, za nim – błękitna kotara, turkusowa wykładzina, żadnych rekwizytów. Kolory jak z telewizyjnego blue, lub greenboxu. Ustawioną na takim tle postać można „wyciąć” z kontekstu i „przenieść” w dowolne miejsce. Artyście chodziło o co innego – żeby wyabstrahować modeli z rzeczywistości. Żeby każdy objawił się jako osobny, niepowtarzalny byt. Udało mu się.

 

David Hockney „82 portrety i 1 martwa natura” – Royal Academy of Arts, Londyn, wystawa czynna do 2 października 2016

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”.dscn8571

28
Jul

Marzenia ściętych głów (o wystawach Ai Weiwei’a w Wiedniu)

Udostępnij:

 

Ten widok na długo pozostanie mi w pamięci: wokół stawu przed barokowym pałacem Belvedere stoi siedem brązowych rzeźb przedstawiających gigantyczne zwierzęce łby. Są tu mysz, wół, lew, pies, małpa… Eksponowane na wysokich prętach, jak nabite na pal głowy pokonanych wrogów. Kolejne pięć pysków zostało zgrupowanych przed wejściem do budynku. Tu w gromadce ziemskich stworów wyróżnia się fantastyczny smok. Wszystko to symboliczne zwierza z horoskopu chińskiego.hr-headerzodiacsPREVIEW DER INSTALLATION "F LOTUS" VON AI WEIWEI: HUSSLEIN / AI WEIWEI

 

Porcelanowe kości

Autorem dzieła jest Ai Weiwei, zaś jego słynny cykl „Głowy Zodiaku” to reinterpretacja rzeźb z XVIII stulecia, którym… ucięto głowy. Dosłownie. Kiedyś było ich tuzin, ustawionych wokół basenu fontanny cesarskiej siedziby w Pekinie; ich układ tworzył rodzaj zegara słonecznego. W 1860 roku francuscy i brytyjscy rabusie dokonali dekapitacji – widać same łby łatwiej było spieniężyć. Z czasem odnalazło się siedem oryginałów, wedle których Weiwei opracował swoją wersję; pozostałe pięć wykreował z wyobraźni.

Poza zestawem zodiakalnym chiński gwiazdor zaprezentował w Wiedniu same premierowe prace.

Wpisał je w kontekst architektury i historii naddunajskiej stolicy. Prezentacja z gatunku site-specific nosi tytuł „translokacja–transformacja” (tak pisane, małą literą).

Żeby obejrzeć całość, trzeba pokonać ponad półkilometrowy dystans pomiędzy powalającym wyrafinowaną wystawnością Belvedere a skromnym modernistycznym pawilonem z połowy XX wieku. Minimalistyczna konstrukcja ze szkła i stali powstała na Expo ’58 w Brukseli; po zakończeniu wystawy miała być rozebrana. Jednak nagrodzona za „wizjonerski design” została zachowana i przeznaczona na muzeum sztuki współczesnej. Pięć lat temu pawilon przearanżowano i nazwano 21er Haus (Dom 21).

Ai Weiwei w historię tego miejsca wpisał rozdział z przeszłości swojego kraju. W przestrzeń Domu 21 wstawił inny dom, a raczej jego fragment. Zakupił zabytkową drewnianą rezydencję wzniesioną za dynastii Ming (lata 1368–1644), popadającą w ruinę w efekcie Rewolucji Kulturalnej. Kiedyś domostwo zamieszkiwała zamożna rodzina Wang, trudniąca się handlem herbatą. Centralną część siedziby, tzw. hol przodków, Weiwei przetransportował do Wiednia w postaci 1300 elementów. Tu ponownie zmontowano wysoką na 14 metrów konstrukcję. Drewniane kolumny, belki i mniejsze kawałki składały się jak klocki lego, bez jednego gwoździa. Stare drewno nabrało pięknej patyny. W ten szlachetny materiał artysta wmontował współczesne reliefy, motywami nawiązujące do tradycyjnych zdobień, lecz pomalowane na ostre, rażące oczy kolory. Bo Chiny wyprzedają swą dawną kulturę, frymarczą tym, co stanowiło podwaliny potęgi.

.Ai Weiwei ai-weiwei-fuellt-das-21er-haus-in-wien-aus-41-65342034

Ta swoista świątynia zajmuje środek pawilonu. Wokół niej rozmieszczono inne wizualne aluzje do chińskich obyczajów. Oto dwa „dywany”: jeden utworzony z tysięcy odtłuczonych dzióbków od czajników do herbaty (z daleka porcelanowe szczętki wyglądają jak usypisko z kości, co kojarzy się cmentarnie, śmiertelnie).

13671075_592874677559384_773380639_n13725556_1838411309726335_1589967920_n

Drugi kobierzec został „utkany” z herbacianego suszu, wciąż kusząco pachnącego. Na nim ustawiono dwa „domki” ze sprasowanej herbaty. W przeciwieństwie do listków, to ciężki kaliber – każdy waży tonę. Waga stanowi istotę tej instalacji – wszak w Państwie Środka rytuał parzenia i picia herbaty to była osobna sztuka. Ważna.

 

Forma jak „F”

Teraz czas na spacer. Trasa prowadzi do ogrodu przy Górnym Belwederze; tamże – wspomniane już „Głowy Zodiaku”. Ale nie tylko. Warto spojrzeć na staw o regularnym, symetrycznym kształcie. Taflę wody pokrywają lotosy, kwiaty symbolizujące czystość i długowieczność. Nie są to jednak prawdziwe rośliny. Ai ułożył 201 lotosopodobnych form z… kamizelek ratunkowych, chroniących przed zatonięciem. Tu już nie chodzi o przeszłość ojczyzny artysty. To metafora współczesnego świata, masowych migracji, nielegalnego przewozu uchodźców i łączących się z tym zagrożeń. Weiwei też jest wiecznym tułaczem – gdyby ktoś pytał, obecnie mieszka w Berlinie.lr-1462804494967 971a4720-4956-11e6-bde2-88ea9f1c6889_1280x720

Na tym nie koniec treści wpisanych w „Lotosy”. Otóż te „kwiaty” pływają po stawie w zorganizowany sposób – wespół tworzą pięknie wykaligrafowaną literę „F”. Co to oznacza? Autor pozwala widzom zgadywać, podpowiadając dwa słowa: fate i future.

Los i przyszłość.ai_weiwei_pieza_flotante_refugiados_viena_0130290750-01_big

Po tym akcencie uniwersalnym i aktualnym widza czeka kolejna wyprawa do Chin i tamtejszej kultury. Ostatni przystanek na trasie wystawowej kryje się pod dachem Belvedere. Wokół paradnych pałacowych schodów fruwają trzy stwory, przywołane z dalekowschodnich mitów, pamiętających III wiek przed naszą erą. Skrzydlate smoki, skomponowane z części rozmaitych zwierząt, kojarzą się z malarstwem Hieronima Boscha. Ale Ai łączy fantazję z rzeczywistością. Mianowicie, potwory zostały „wyrzeźbione” z białego jedwabiu rozpiętego na bambusowej konstrukcji. Wyglądają jak z papieru, co z kolei kieruje skojarzenia ku latawcom, ulubionej chińskiej rozrywce i sztuce

.0xAB1CF64CDCDF54B4C234268DEFF7963B 0xB3DD82781F0F902844AA11FA41D0AB3F

Smoki doskonale czują się wśród barokowych rzeźb, kandelabrów i dekoracji. Podobnie ich autor, który umie znaleźć się w każdej sytuacji. Duży, wręcz olbrzymi facet, nawet z własnej postaci uczynił trademark

.08789e5ac5be55a5f54b3b5fa070956b8c9e4e22 ai-weiwei-chinese-artist-2008-big 546400222 13238496

W ogóle ten niemłody już twórca (28 sierpnia będzie obchodził 59. urodziny) stwarza problemy krytykom i odbiorcom. Jest w nim pewna niejednoznaczność. Niby dysydent, a tak naprawdę celebryta. Niby nielubiany przez chińskie władze – a przecież wykorzystywany jako żywa promocja kraju. Karany więzieniem, lecz wszędzie przyjmowany z honorami. Niby pochylający się nad losem skrzywdzonych, zarazem kokietujący opinię świata. Jedno trzeba mu przyznać bez zastrzeżeń: wybitną intuicję w tworzeniu symboli czytelnych pod każdą szerokością geograficzną.204244_1000x5000xDC34384E208782E944473229A11774E6Výstřižek-5

 

 

Ai Weiwei „translokacja – transformacja” – Belvedere i 21er Haus, Wiedeń wystawa czynna do 20 listopada 2016

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej”

13
Jul

Sen seksem podszyty (recenzja z komiksu „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud{

Udostępnij:

Nie ma tematów za trudnych dla autorów komiksów, oczywiście tych ambitnych i wybitnych. „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud” The_Wolf_Manjest dziełem doskonałym, acz wymagającym od czytelnika bodaj ogólnej orientacji w teorii rozwoju psychoseksualnego, dziecięcych nerwicach i w ogóle rewolucji dokonanej w naukach humanistycznych przez Zygmunta Freuda mniej więcej stulecie temu.

Ale proszę nie uciekać!

„Człowiek-wilk” to wstrząsający dokument o tym, jak nauka błądziła.

 

Na kanwie prawdy

Rzecz została podana w fascynującej formie graficznej, którą zawdzięczamy Sławie Harasymowicz, urodzonej w Krakowie brytyjskiej artystce (dyplomowanej w 2006 roku)slawa,

nota bene ex-studentce Andrzeja Klimowskiegoklimowski andrzej_6139616Klimowski8_525 Arrival-2  (A tu – prace Andrzeja Klimowskiego),

wykładowcy Royal College of Art.

Choć była to jej debiutancka graficzna opowieść, Harasymowicz doceniło londyńskie Muzeum Freuda, gdzie plansze do „Człowieka-wilka” były eksponowane cztery lata temu50. Musiały się spodobać – Harasymowicz kreuje niepokojące wizje, jakby podążała tropami zaburzeń tytułowej postaci. Raz pokazuje sceny ujęte realistycznie, opierając się na fotografiach; to znów rozchwiewa kadry, zmiękcza kreskę, rozmywa obraz, przysłania fragmenty. Cały czas kadruje jak szalona, jakby traciła panowanie nad tym, co rzeczywiste, a co wyobrażone. To wszystko służy oddaniu emocji i stanu psychicznego głównych postaci.

Stronę wizualną wzmacnia równie świetny scenariusz. Autorem tegoż jest Richard Appignanesi (ur. 1940), Richard Appignanesi. photomieszkający w Londynie Kanadyjczyk. Pisarz, muzyk i wydawca, do tego erudyta, znawca historii kultury i filozofii, nie brzydzi się formami wywodzącymi się z pop-kultury, by „oswoić” młode pokolenia z zagadnieniami z wyższej intelektualnej półki.hysteria-slide3

Dialogi do komiksu „Człowiek-wilk” powstały na kanwie przełomowej pracy wiedeńskiego psychoanalityka – eseju „Z historii nerwicy dziecięcej”, napisanego w 1918 roku. Analizowanym „przypadkiem” był niejaki Siergiej Pankiejew, bogaty rosyjski arystokrata urodzony w Odessie w 1886 roku. Jednak ani uprzywilejowana pozycja społeczna, ani pieniądze nie dawały mu szczęścia. Zdiagnozowano u niego obłęd maniakalno-depresyjny, z którego próbowały go – bezskutecznie – wyleczyć najtęższe umysły tamtych czasów. Gnębiony depresją i poczuciem bezcelowości życia pojawił się w gabinecie Freuda, gotów podjąć ryzyko nowatorskiej terapii. Miał wówczas 23 lata.

 

Kim pan jest, panie Freud?

F-PktkpTURBXy9iZGM0ZTc4MDY0MTBlMTQyNTQxN2JhYTZmNTcyZWUwYS5qcGeSlQMAAM0DIM0BwpMFzQMgzQHC 26

Freud zdecydował się na eksperyment. Zastosował „kozetkową kurację”, pytaniami zmuszając Pankiejewa do przywołania najodleglejszych wspomnień oraz snów. Wtedy to Rosjanin przypomniał sobie koszmar z dzieciństwa: sen o białych wilkach, siedzących na drzewie i wpatrujących się weń z wrogimi (niewątpliwie) zamiarami.7602618188_7bff9e83bc_o 269293601_1280x720 7733820192_56f7cb69a3 7733819878_85b49a0522

Freud triumfował: wykazał, że w snach ujawniają się treści wypierane ze świadomości. A jego pacjent (opisany w eseju) zyskał pseudonim „człowiek-wilk”. Psychoanaliza trwała cztery lata i zakończyła się wraz z przełomowym dla świata momentem – w dniu morderstwa arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Wszystko byłoby pięknie i na chwałę Freudowi, gdyby… Pankiejew poczuł się lepiej.

Tak jednak nie było.

Czteroletnia (czy nawet pięcioletnia) terapia okazała się nieskuteczna. Pomimo że Rosjanin prawie uwierzył w swój ukryty homoseksualizm, kazirodcze pożądanie wobec ojca, a jednocześnie matki, w „histerię” jelit (przyczyna niepodziewanych wypróżnień w dzieciństwie i zaparć w dorosłym wieku) – było nadal źle. Co ważne – ujawnione w komiksie relacje z przebiegu leczenia wcale nie są korzystne dla „mistrza”. Czytając jego kwestie odnosi się wrażenie, że jest hochsztaplerem lub człowiekiem bardziej chorym niż jego pacjent. Jego „diagnozy” i metody „leczenia” przypominają średniowieczną szarlatanerię, nie zaś poważną naukę. Nasuwają się też wątpliwości natury moralnej. Wydaje się, że to lekarz wpycha chorego w odmęty szaleństwa, wmawiając mu, że chciał mieć dziecko ze swym własnym ojcem, jednocześnie pożądając matki.

 

Analiza analityka

Osobistą sytuację „rosyjskiego przypadku” dodatkowo gmatwa wybuch pierwszej wojny światowej (w której nadejście Freud nie wierzył – świadectwo, że intuicja go zawodziła), rewolucja sowiecka, raptowne zubożenie arystokracji… I oto znów Pankiejew zgłasza się do Freuda, tym razem bez grosza przy duszy.WOLFMAN-2-540x736

Niespodziewanie, papa psychoanalizy okazuje się wspaniałomyślny – nie tylko „leczy” pacjenta gratis, także wspiera go finansowo. Nie jest bezinteresowny: nadal prowadzi swoje naukowe badania, mając „królika” na własność. A Pankiejew uważa to za sprawiedliwe, bo przecież „Freud był mu to winien”: to pan Zygmunt uczynił go nędzarzem, to psychoterapeuta ubezwłasnowolnił go, czyniąc „synem zastępczym”.

Gdyby ktoś był ciekaw pokrętnych relacji psychiatra/pacjent – odsyłam do komiksu.

Niezwykły jest też finał obydwu postaci. Jak wiadomo, Zygmunt Freud, wiedeński Żyd, po Anschlussie Austrii salwował się ucieczką do Londynu, gdzie przeżył rok, nękany dolegliwościami związanymi z nowotworem szczęki; zmarł w 1939 roku.

Pankiejew zaś odszedł 40 lat później, w wieku 92 lat. Pięć lat wcześniej udzielił wywiadu-rzeki austriackiej dziennikarce, w którym tak wspomina sławetną terapię: „To było bezcelowe, zupełna katastrofa! Jestem w takim samym stanie, w jakim przyszedłem do Freuda po raz pierwszy.”

Ten komiks ma obecnie większy sens, niż za życia Freuda. Ma perspektywę i następstwa.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy wierzą w sprawczą moc psychoterapeutów.

 

Tekst napisany i opublikowany w „Rzeczpospolitej”.

 

Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud

Scenariusz: Richard Appignanesi

Rysunki: Sława Harasymowicz

Tłum: Sebastian Buła i Wojciech Szot

Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2016