Category: Uncategorized

10
Aug

Zbrodnia z wyroku losu (o książce „Zbrodnia hrabiego Neville’a”)

Udostępnij:

Urodzona nie tyle w czepku, co w kapeluszu – Amélie Nothomb, aktualnie 50-latka (okrągłe urodziny obchodziła tego lipca), nie pokazuje się nigdy bez jakiegoś dziwacznego nakrycia głowy.

.Amélie_Nothomb_02828_G.Garitan 6376549-amelie-nothomb-se-sous-estime Amelie-Nothomb-1 475675-amelie-nothomb-637x0-3 Amelie-Nothomb_visuel_article2  photo-par-Pablo-ZamoraAmélie_Nothomb_14_mars_2009 amelier_nothomb_coul_240px-1

A pod kopułą nieźle jej buzuje. Córka belgijskiego arystokraty, wieloletniego ambasadora w azjatyckich krajach, nie korzysta z rodzinnej fortuny. Sama zarabia na siebie, i to dobrze.

Wystarczają jej cztery godziny dziennie poświęcone na pisanie. I już. Resztę czasu „konsumuje życie”.

Najpierw pasja, potem profesja, pozwoliły Nothomb wydobyć się z depresji, manifestującej się bulimią i anoreksją, co więcej – skorzystała z tych doświadczeń w literaturze. Jej doskonale przyjęty debiut „Higiena mordercy” (1992) zapoczątkował pisarską kanonadę: od tamtej publikuje co roku nowe dzieło, wyczekiwane przez krytykę i fanów.

Większość tłumaczona na wiele języków, w tym polski.

Także jestem wielbicielką jej stylu; podziwiam lapidarność, przewrotność i celność. Ostatnie cztery lata – co za przykrość! – nie ukazała się u nas żadna nówka belgijskiej gwiazdy, choć autorka nie próżnowała.

Wreszcie jest! „Zbrodnia hrabiego Neville’a” od pierwszej strony wciąga jak odkurzacz i nie można jej odłożyć, nie doczytawszy do końca. Paradoksalnie, już na początku czytelnik dowiaduje się, kim jest, a raczej będzie morderca: to tytułowy bohater, o czym informuje go wróżka.

Co więcej, zbrodnia ma się wydarzyć podczas dorocznego, tradycyjnego garden party, wydawanego przez Neville’ów w ogrodach podupadającego zamczyska. Nie tylko zabytkowa budowla pilnie wymaga napraw, również domowy budżet, od lat doraźnie łatany, obecnie sięgający dna.

W scenerii jak z angielskich powieści gothic rozgrywa się kilkudniowa akcja, w dużej mierze sprowadzona do dialogów czołowych postaci. Obok hrabiego (wzorzec z Sèvres, arystokrata doskonały), na pierwszym planie plasuje się niejaka Sérieuse (pol. „poważna”), najmłodsza z trójki jego latorośli. W przeciwieństwie do pięknych i utalentowanych starszych dziedziców familii (o znaczących imionach Orestes i Elektra), siedemnastoletnia Poważna nie wyróżnia się ani urodą, ani zdolnościami. Owszem, inteligentna, ale pozbawiona cech szczególnych, z biegiem lat zapada na dolegliwość nietypową w jej wieku: obojętność. Nic jej nie bawi, nie wzrusza, nie pociąga. Snuje się po życiu jak widmo i cierpi, nie cierpiąc wcale. Czy taka egzystencja warta jest podtrzymywania?

Tę kwestię musi rozważyć ona sama, a także jej szlachetny papa. Wróżka podpowiedziała jedynie słuszne rozwiazanie, z którego Sérieuse zamierza skorzystać: skok w niebyt, w zgodzie z wyrokiem Losu. Ciekawych, jak rzecz się zakończy, odsyłam do „Zbrodni…”

Proszę jednak nie sądzić, że Nothomb popełniła kryminał. Jej minipowieść (i nie tylko ta, o której tu mowa) ma czarodziejską własność „rozciągania się” w umyśle odbiorcy. Pomijając fenomenalny talent do pisania skondensowanych, pełnych zaskakujących zwrotów dialogów (aż proszą się o teatralną inscenizację), autorka porusza mnóstwo ważkich problemów współczesności.

Indolentna małolata, nie widząca celu w życiu – to bynajmniej nie wyimaginowana postać, lecz symboliczna figura, reprezentantka pokolenia przebywającego w wirtualnym świecie, odklejonego od realiów, egoistycznego, zagubionego i w pewnej mierze – zrozpaczonego brakiem celu. Hrabia, pomimo rozlicznych pozytywów, ma poważną wadę: nic nie wie o swoich dzieciach, nie potrafi do nich dotrzeć, z nimi rozmawiać. Żyje pozorami, udawaniem dawnej świetności, tradycją nie przystającą do obecnych czasów. Wreszcie – drugoplanowi bohaterowie, owe doskonałe, utalentowane dzieci Orestes i Elektra, to w istocie medialnie wypromowane wydmuszki, które wykonując muzykę nie potrafią wydobyć z niej… duszy.

A jeśli mamy ocalić pozamaterialne wartości, to tylko poprzez cud sztuki – uważa Nothomb. Ja też.

 

Amélie Nothomb

Zbrodnia hrabiego Neville’a

Tłum. Małgorzata Kozłowska

Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2016

22
Jun

Kiedy nagość przestała być grzechem (o wystawie „Brescia. Renesans na północy Włoch” w warszawskim Muzeum Narodowym)

Udostępnij:

W stołecznym Muzeum Narodowym wystawa, jakiej dawno nie było w Polsce. Pół setki wspaniałych malowideł z XVI stulecia, czyli cinquecenta. Faza, gdy sztuka odrodzenia uzyskała doskonałość porównywalną z klasycznymi arcydziełami.

Do pokazu wybrano obiekty sygnowane przez tak wielkie nazwiska jak Rafael, Tycjan, Tintoretto, Lotto, Moroni. Są też dzieła artystów mniej znanych, lecz zasługujących na umieszczenie w towarzystwie geniuszy.brescia-renesans-na-polnocy-wloch-moretto-–-savoldo-moroni-rafael-–-tycjan-–-lotto-muzeum-narodowe-warszawa-2016-05-27-576x502  9_MNW_Brescia.-Malarstwo-polnocy-Wloch.-Moretto_Savoldo_Moroni_Rafael_Tycjan_Lotto brescia-renesans-na-polnocy-wloch-moretto-–-savoldo-moroni-rafael-–-tycjan-–-lotto-muzeum-narodowe-warszawa-2016-05-27-001-576x718   z20130788ICR,Giovanni-Gerolamo-Savoldo--Brescia-1480-1485IER---po-

Eksponaty wypożyczone z Pinakoteki w Brescii i Accademii Carrara w Bergamo, dopełnione dziełami z polskich muzeów. Plus meble z epoki, majoliki, szkła, zbroje, starodruki oraz rozmaite luksusowe przedmioty. Wszystko w wysmakowanej, inteligentnej oprawie.

Joanna Kilian, kuratorka ekspozycji, zaprosiła do współpracy słynnego scenografa teatralnego Borisa Kudličkę. Wspólnie wykreowali zachwycający wystawowy spektakl. Inscenizacja nawiązuje do przeszłości aluzyjnie, lekko, wręcz poetycko. W tej konwencji nie dziwi błękitny motyl, który unosi się przed jednym z obrazów.

 

Na początku były proporcje

Ekspozycję otwiera relief, wyryty w przezroczystej płycie. Przedstawia… ideę. Geometryczne figury oddają zasadę złotego podziału, wzorzec proporcji doskonałych. Przykładem – „Chrystus błogosławiący” Rafaela.

z20190652Q,Rafael---Chrystus-blogoslawiacy---ok--1505-1506

Podobno jest to autoportret „boskiego” artysty, który poza talentem wyróżniał się klasą i urodą. Popatrzmy: młoda, niemal dziewczęca twarz o regularnych rysach, zamyślone oczy, powściągliwe gesty. Niedużego formatu wizerunek zdaje się świecić, nie tylko za sprawą oświetlenia. Taki efekt osiągnął Rafael dzięki zastosowaniu złotego podziału oraz wspaniale zrównoważonym barwom.

Arcydzieło Rafaela istotne jest dla wystawy również z tej racji, że uświadamia wpływy tego pracującego w Rzymie artysty na inne włoskie ośrodki. Wypada też przypomnieć, że oprócz Rzymu i Florencji wyróżniała się Wenecja. Promieniowanie potężnej Serenissimy dosięgało miasta i ośrodki położone w północnych częściach kraju. Nie można też pominąć oddziaływania Mediolanu, gdzie przez dwie dekady pracował wszechstronny Leonardo.

Wprawdzie jego dzieł nie zobaczymy w Warszawie, za to wpływy – jak najbardziej. Wystarczy rzut oka na „Zwiastowanie” Alessandra Bonviciniego zwanego Morettim, by je dostrzec. Szlachetny typ urody Marii i archanioła Gabriela, ujęcie postaci, miękkość światłocienia, a nawet górski krajobraz rozciągający się za oknem – wszystko świadczy o podziwie autora dla osiągnięć da Vinci.

Malowidła Morettiego umieszczono w salach poświęconych sztuce religijnej. Aurę sacrum podkreśla i współtworzy „niematerialna” szklana kolumnada, zwieńczona łukami arkad, ledwo zarysowanymi cienką, ażurową konstrukcją. Aluzja do renesansowej architektury, której proporcje dawały wrażenie harmonii z naturą.

Nic co ludzkie

Włoskie malarstwo epoki odrodzenia powszechnie jest uważane za szczyt artystycznego kunsztu, połączonego z intelektualnymi wyżynami. Mistrzowie cinquecenta współtworzyli kulturalny klimat tamtych czasów; zmieniali obyczajowość, mentalność, rozumienie świata. Uświadamiali, gdzie jest miejsce człowieka, najdoskonalszej kreacji Stwórcy.

To również starali się podkreślić autorzy pokazu, grupując eksponaty tematycznie. Osobną przestrzeń wyznaczyli portretom. Poczesne miejsce przypada wizerunkom pędzla Giovaniego Battisty Moroniego. Można podziwiać jeden z najsłynniejszych konterfekrtów autorstwa Moroniego – pełnopostaciową podobiznę Giana Grumellego. Młody, przystojny bohater pozuje w wykwintnym jedwabnym stroju koloru koralowego. Zaróżowione policzki świadczą o jego jurności i zdrowiu; wyraz oczu dowodzi pewności siebie i spokoju, zaś atrybuty zdradzają intelektualno-artystyczne zainteresowania.

Nie gorzej niż Moroni czy inni mistrzowie portretu, jak Tycjan i Tintoretto (też obecni na wystawie) umiała przedstawić charakter, emocje i upodobania modeli Sofonisba Anguissola, brescia-renesans-na-polnocy-wloch-moretto-–-savoldo-moroni-rafael-–-tycjan-–-lotto-muzeum-narodowe-warszawa-2016-05-27-002-576x656jedyna kobieta-malarka w zestawie i osobliwość w tamtych czasach. Na autoportrecie widzimy ją przy sztalugach, z pędzlem w ręku; na obrazie „Gra w szachy” oglądamy jej trzy siostry.z20130784IH,Sofonisba-Anguissola---Cremona-1532---Palermo-1625

Wszystkie panny, córki patrycjusza z Cremony, otrzymały staranne wykształcenie, co odzwierciedla gra, którą się zajmują: szachy uchodziły za symbol mądrości.

Mitologia seksu

Prezentację zamykają dzieła o lekko erotycznym zabarwieniu. Akty pięknych ludzi były renesansową nowością. Pretekstem do ich malowania stała się mitologia klasyczna. Popyt na tę tematykę nakręcały… śluby, albowiem dzieła z roznegliżowanymi paniami w idyllicznym pejzażu często zamawiano na prezent dla młodożeńców.

Wśród rozebranych krasawic prym wiodła Wenus; płeć przeciwną reprezentowali głównie Apollo i Adonis. Często w towarzystwie bogów pojawiały się putta, wpatrzone z uwielbieniem w nagusów, a nawet rwące się do obłapki – jak figlarny Amor na wielkim płótnie Moretta, obejmujący „swoją” Wenerę za kolanko. Znacznie bardziej swobodna wydaje się bogini piękności wyobrażona przez Parisa Bordone.

cfb5dd42-4e72-46ad-a3d8-0b59f8a0df42

Leży frontem do widza, nawet nie starając się zakryć najintymniejszą część ciała. Te gorące sceny przeznaczone umieszczano w alkowach, by podsycać namiętność. Niektóre kompozycje pełniły też funkcje dydaktyczne: co za dużo, to niezdrowo!

Najwięcej frajdy mieli artyści: wreszcie bezkarnie odtwarzali wdzięki młodych modelek. Od tamtej pory akt wszedł na stałe do repertuaru artystycznych studiów.

Dzięki ci, Wenus!

Brescia. Renesans na północy Włoch – Muzeum Narodowe w Warszawie, wystawa czynna od dziś do 28 sierpnia

Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” 06.06. 2016

12
Nov

Oko stulecia w zbliżeniu (o wystawie Cartier-Bressona w Rzymie)

Udostępnij:

Rzymskie Museo delľAra Pacis (czyli Muzeum Ołtarza Pokoju,

il_progetto_meier_slideshow Roma,_Museo_Ara_Pacis_-_Calco_di_Roma_con_Vittoria_-_Foto_Giovanni_Dall'Orto,_30-Mar-2008Ara_Pacis_RomPlan_Rome-_Ara_Pacis

modernistyczna budowla tuż nad Tybrem, gdzie klasyczna rzeźba jest konfrontowana ze współczesną sztuką i fotografią). Dziesiąta rocznica śmierci Henriego Cartier-Bressona. Monumentalna retrospektywa – ponad 500 obiektów – została przygotowana przez paryskie Centre Pompidou.  HENRI.CARTIER.BRESSON HenriCartierBresson 01_HenriCartier-Bressonimages

Jako dzieciak chciał być malarzem – był plastycznie uzdolniony. Pierwsze zachowane dzieło? Zabawnie zilustrowany list do mamy, napisany gdy Henri był nastolatkiem. Potem krótko studiował sztuki piękne (1927/8) w akademii André Lotheʼa (nieco wcześniej uczyła się tam Tamara Łempicka). Szło mu nieźle. Wyraźnie ciągnęło go do groteski, do dziwnego świata trochę karykaturalnych ludzi.

Chwila konwulsyjna

Jednak najważniejszym wydarzeniem w życiu młodego człowieka staje się spotkanie surrealisty René Crevela, który wprowadził C-B do grupy André Bretona. Papież nadrealistów sprawił, że Cartier-Bresson zaczął dostrzegać w rzeczywistości „piękno konwulsyjne” i uwieczniać je na zdjęciach. Szczęśliwie, miał już małoobrazkową leicę, article-1339702804408-139a0d2f000005dc-270356_466x310która pozwalała na szybkostrzelne kadry. Warto jednak podkreślić – bez ucieczki od świadomości i automatyzmu skojarzeń (głównych zasad surrealizmu) nie byłoby „decydującego momentu” Cartier-Bressona

.henri-cartier-bresson-umbrella henri-cartier-bresson2cartier-bresson

Nie tylko niezwykłość sytuacji i scen stanowiła o jakości zdjęć tego artysty. Cartier-Bresson stosował złoty podział, renesansową zasadę kompozycyjną. W efekcie, najbardziej dynamiczne ujęcia mają w sobie harmonię.

Talent i charakter

Na wyjątkową pozycję C-B w fotografii miał wpływ nie tylko talent. Także konsekwencja działania oraz wyjątkowa prawość. Tak, fotografia Cartier-Bressona jest w równej mierze wynikiem jego doświadczeń plastycznych, jak wykładnikiem jego światopoglądu. Tak, ideowo był po lewej stronie – co dziś (szczególnie w postkomunistycznych krajach) wydaje się naganne. Jednak dla kogoś urodzonego w 1908 roku w zamożnej rodzinie francuskich przemysłowców taki wybór oznaczał nonkonformizm, otwartość i społeczną wrażliwość. Co bynajmniej nie oznaczało zaślepienia, naiwności czy przyjęcia fałszywej perspektywy.

Jego twórczy dorobek i pasje można z grubsza podzielić na trzy okresy: lata 20./30., kiedy Cartier-Bresson fascynował się surrealizmem; dwie kolejne dekady, gdy w centrum jego uwagi były polityczne wydarzenia i potrzeba ich dokumentowania; ostatni etap – powołanie agencji Magnum Photos i poszukiwanie nowoczesnej formuły fotoreportażu.

Są jeszcze mniej znane zakręty w artystycznej biografii C-B. I tak lata 1935-1945 to dekada kina. informadora-de-la-gestapo-cartier-bressonDla C-B kamera i aparat fotograficzny to zupełnie inne narzędzia. Film uważał za dialog, opowieść; zdjęcie sytuował obok obrazu czy grafiki. Przygodę z filmem zaczął u boku Jeana Renoira, któremu asystował przy wielu realizacjach. A pod koniec wojny samodzielnie nakręcił kilka dokumentów, rejestrując np. oswobodzenie Paryża czy powrót francuskich jeńców z niemieckich obozów.

Ołówek widzi ostrzej

Pod koniec życia C-B wrócił do źródeł swej sztuki – zamienił aparat fotograficzny na ołówek i pędzel. Zaczął twórczość „po fotografii”. Oto przystojny starszy pan szkicuje zwierzęce szkielety w paryskim Muzeum Historii Naturalnej. Tym razem autorką zdjęcia jest Martine Frank, druga żona artysty. On też obserwuje zmiany zachodzące w swej fizjonomii. Portretuje siebie wielokrotnie. Odtwarza rysy cienką, nerwową kreską. Popatrzmy – piękna głowa; wielkie oczy o intensywnym spojrzeniu; brwi czujnie, nerwowo uniesione; usta wykrzywione zgorzknieniem. Rysunki nieco zbliżone charakterem do obrazów Alberto Giacomettiego, ongiś często uwiecznianego przez Cartier-Bressona. Jeśli wierzyć słowom fotografa, portrety nie były jego najmocniejszą stroną. Uliczna fotografia to przyjemność, zaś konterfekt to „wejście z kamerą między skórę a koszulę modela”.

Mimo tych zastrzeżeń, na wystawie oglądamy galerię największych XX-wiecznych sław, od wspomnianego Giacomettiego, Photograph_of_Alberto_Giacometti_by_Cartier_BressonHenriego Matisseʼa,1-HCB-French-painter-Henri-Matisse-at-his-home-villa-Le-Reve Trumana Capoteʼa,  TrumanCapotebyHenriCartier-Bresson1947Jean-Paula Sartreʼajean-paul-sartre-by-henri-cartier-bresson1 aż po naukowców jak małżeństwo Joliot-Curiecartier-bresson-10.

Moment w migawce

Znacie? Znamy! To zobaczcie: facet w meloniku (czarna sylwetka) przeskakuje kałużę, korzystając z idiotycznej konstrukcji wspomagającej. Rok 1932, Paryż, stacja Saint-Lazare. Hiszpańskie dzieciaki na tle białej ściany z małymi okienkami; za malcami paraduje starszy brzuchaty gość w kapeluszu; nic się nie dzieje, ale jest dziwność Madryt, 1933. Ten sam rok: wizja rozpalająca zmysły – nagie kobiece ciało z niewidoczną głową zanurzone w wodzie (skądinąd wiadomo, że należy do Leonor Fini, jednej z najpiękniejszych kobiet tamtej epoki, surrealistki żyjącej w związku z dwoma mężczyznami, w tym – Kotem Jeleńskim).014-henri-cartier-bresson-theredlist

Cztery lata później, Londyn, koronacja Jerzego VI. Cartier-Bresson kieruje obiektyw nie na głównego bohatera wydarzenia, ale na oglądających. Tłumy gapiów siedzących na murach wokół Trafalgar Square, wyczekujących ceremonii; jeden nie jest zainteresowany – śpi pod ludzkim zbiorowiskiem, na pokładach gazet. Się zmęczył

.2857250-3x4-700x933 Henri Cartier Bresson Couronnement de George VI, Londres, Angleterre, 12 mai 1937 cartier-bresson-henri-1908-200-waiting-in-trafalgar-sq-for-th-2793222 Henri Cartier Bresson Couronnement de George VI, Londres, Angleterre, 12 mai 1937

01_HenriCartier-BressonFIG9 54_lg

Podobne masy gromadziły się w Paryżu w maju 1968 roku, podczas studenckich zamieszek. I na pogrzebie Ghandiego. I w Chinach, i na wyścigach konnych. Cartier-Bresson kochał podpatrywać tych, którzy patrzyli. Śledzić podglądaczy.

Był okiem stulecia? Myślę, że raczej okiem na człowieka, Na jego prawdziwą naturę, bez póz i udawania.

 

 

Henri Cartier-Bresson, Museo delľAra Pacis, Rzym, wystawa czynna do 25 stycznia 2015

Tekst ukazał się w zbliżonej wersji w „Rzeczpospolitej”. 

04
Aug

Człowiek, który splamił się czernią (recenzja komiksu „Noir”)

Udostępnij:

Dwa „czarne” komiksy Wojciecha Stefańca bildezwróciły moją uwagę z kilku powodów. Przede wszystkim, mamy do czynienia z klasycznym kryminałem. Stefaniec kontynuuje tradycję Aghaty Christie czy Conan Doyle’a: akcja zwarta, napięcie rośnie, postaci niezbyt skomplikowane psychologicznie, motyw zbrodni czytelny. W czasach, gdy intryga powieści kryminalnych topi się w socjologiczno-psychologicznych dywagacjach, a zbrodnia niknie wśród opisów włosa dzielonego na czworo, taka przejrzystość – to biały kruk.imgres-11

Edycje zapowiadał animowany trailer. urlZrealizowany minimalistycznie, ale atrakcyjnie. Zachęcający, żeby sięgnąć po komiksy. Ukazały się niemal jednocześnie forpocztą był „Noir”; wkrótce potem – jego spin-off: „Ludzie, którzy nie brudzą sobie rąk”. W pierwszym przypadku plastyczną wizję Stefańca wspomógł scenariuszowo Łukasz Bogacz; drugi zeszyt jest już autorską pracą rysownika/scenarzysty. Publikacje dopełniają się, tak w warstwie tekstowej,jak wizualnej, toteż powinny być czytane/oglądane w tym samym czasie. Która pierwsza? Bez znaczenia.

Stefaniec zabrał się za czarne ilustracje w przerwach między krwawymi obrazkami do „Szelek” imgres-11 imgres-13 imgres-12(komiksowy thriller ze scenariuszem Jerzego Szyłaka). W „Noir” czerń ma potrójne znaczenie: kolorystyczne, emocjonalne i moralne.

Bohaterowie zostali naszkicowani realistycznie, lecz bez dopieszczania, grubymi pociągnięciami pędzla. Większość scen niknie w mroku, każąc odbiorcy dopowiedzieć sobie resztę. Czerń jest też „elegancka” – maskuje makabrę oraz różnego typu obrzydlistwa. Najwyraźniejsze są… ponarkotyczne majaki, rysowane ostro jak transie. Oko wypływa do szklanki, gruba baba wchłania męża przez otwór między nogami, ciało rozpada się na części. W kolorach byłoby niestrawne, a tak – zachowuje umowność.imgres-9 noir_ludzie_ktorzy_nie_brudza_sobie_rakimgres-9

Surrealistyczne wizje nie pojawiają się przypadkowo: tu się często wciąga. Towar dileruje wystylizowany, cyniczny blondyn, obsługujący potrzebujących z górnej półki – polityka, finansjera, alfonsera, shoł-biz. Blondi przy okazji dokumentuje mroczne sprawki klientów i ich wzajemne powiązania. Rzecz jasna, newsy spienięża. Nie tylko w mediach (choć tam też). Zapotrzebowanie na ten szczególny tower ma pewien pisarz, autor poczytnych kryminałów. Oto on – Robert Boganiec, syn wysoko postawionego policjanta Norberta. Od dzieciństwa zapoznawał się z przestępczym tematem, dobrze zna psychikę morderców. Nic dziwnego, że odnosi sukcesy. Po ukazaniu się „Podwójnego Nelsona zdrady” jest na topie. Jednak w hierarchii rodzinnej – niziutko. Góruje nad nim brat Oskar, człowiek bez zawodu, za to o szczególnych właściwościach: panny za nim sznurem. Nie tylko panny, mężatki takoż. Wśród nich urodziwa lekarka Iza, po mężu – Robertowa Boganiec.images

Pisarz wykrywa zdradę trochę przypadkiem (choć coś mu w głowie jarzyło), za pośrednictwem dilera-informatora. Knuje zemstę, którą równocześnie zamienia w kolejną powieść.

Dzieło będzie autotematyczne: Robert staje się jedną z wiodących postaci, podobnie jak jego brat i żona. Po prostu – tragedia antyczna. Bo na końcu okaże się, że chłopcy od małego byli naznaczeni stygmatem zbrodni, że klątwa rzucona na ród Bogańców przenosi się pokoleniami…

Czy Stefaniec uniósł tak ambitny zamysł? Tak i nie. Udało mu się zainteresować wymagającego czytelnika (znaczy, mnie) i utrzymać napięcie. Mam jednak zastrzeżenia co do plastycznych rozwiązań. Widać, ze autor rysował/malował szybko; że świetnie opanował specyfikę Warszawy oraz warszawki; że śledzi kroniki policyjne i wie, jak pada ciało. imgres-5W ogóle, piątka z anatomii. Tylko… na większości plansz panuje za duży chaos. imgres-1imgres-2imgres-1Czasem przydało by się mniej porozrzucanych i nagromadzonych detali, za to więcej zimnej precyzji. Przecież Stefaniec nie opowiada o zabójstwie w afekcie, lecz o zbrodni z premedytacją. Zabrakło mu do niej dystansu.imgres

 

Noir – scenariusz Łukasz Bogacz, rysunki– Wojciech Stefaniec

Ludzie, którzy nie brudzą sobie rąk – scenariusz i rysunki – Wojciech Stefaniec

Wyd. Timof i cisi wspólnicy

Warszawa, 2013

14
Apr

Śmierć za życia

Udostępnij:

 

Za tydzień wejdzie na nasze ekrany film „Camille Claudel, 1915”. Opowieść o kilku dniach z życia rzeźbiarki, którą wykreślono z historii sztuki.camille-20

Z  racji pewnego podobieństwa do rzeźbiarki, Isabelle Adjani wydawała się predestynowana do zagrania tytułowej roli w filmowej biografii Camille Claudel, opartej na wspomnieniach wnuczki Paula Claudela (brata Camille). Obraz nakręcony w 1988 roku przez Bruno Nuyttena odniósł sukces, a jego motywem przewodnim był trwający ponad dekadę romans pomiędzy Augustem Rodinem (w tej roli Gerard Depardieu), genialnym i powszechnie podziwianym twórcą, a pozostającą w cieniu mistrza uczennicą, potem modelką, bliską współpracownicą, kochanką, następnie – byłą kochanką…

Zerwanie okazało się dla Camille fatalne w skutkach. O tym traktuje obraz Bruna Dumonta „Camille Claudel, 1915”. Akcja zaczyna się mniej więcej w miejscu, gdzie kończył się film Nuyttena. Dumont koncentruje się na dramacie artystki, na jej zamknięciu w „azylu” dla psychicznie i fizycznie upośledzonych.

Uznana za szaloną, ubezwłasnowolniona, uwięziona w szpitalu dla obłąkanych, Camille Claudel oraz jej sztuka przestały dla świata istnieć. Na długo, na stulecie. Gdy umierała w całkowitej samotności i zapomnieniu, nie mogła przewidzieć, że los przyniesie jej zadośćuczynienie: ubiegłoroczna retrospektywa jej dorobku, na 70. rocznicę śmierci artystki, została zorganizowana w Muzeum Rodina i miała rekordową frekwencję. Z kolei przypadające na bieżący rok 150-lecie urodzin Camille Claudel przypomina kolejny film (Dumonta właśnie) o niej i tylko o niej. Już bez Rodina.Auguste_Rodin_par_Camille_Claudel_(musée_Rodin)_(8026456955)

byłą kochanką…   2403claudel L'âge mur (Musée Rodin)

 

Śmierć za życia.

Juliette Binoche nie jest fizycznie podobna do panny Claudel. Ba, ta aktorka – zimna, dominująca, emanująca seksem – w ogóle nie kojarzy się z osobą rozedrganą wewnętrznie, prześladowaną maniami i obsesjami, odrzuconą przez społeczeństwo.

Tymczasem Binoche jest idealna w roli genialnej-szalonej-zrozpaczonej-namiętnej artystki, którą tzw. historia (czytaj: najbliżsi ludzie) skreślili z istnienia. Jej blada, postarzała o sporo lat twarz staje się maską cierpienia. Chuda postać w paskudnych, burych ciuchach zdaje się wtapiać w równie ponure mury. Nawet bez słów wyraża rozpacz i świadomość krzywdy, jaka ją spotyka. Tu, w zakładzie dla psychicznie chorych, talent Claudel i jej osobowość zostają unicestwione, unieważnione – mimo to ona zachowuje godność.

Bruno Dumont, reżyser penetrujący niebezpieczne rewiry ludzkich zakusów na „boskość”, nie wdawał się w biograficzne szczegóły artystki. Skupił się na kilku dniach, kiedy Camille dostaje dobrą wiadomość: odwiedzi ją Paul, młodszy o cztery lata ukochany braciszek. Też twórca. Poeta, dramaturg, do tego dyplomata. Żarliwy katolik.

Kobieta czeka na ten przyjazd, jak na zbawienie. Wierzy, że przekona brata, aby ją uwolnił. Że nie ma powodu do trzymania jej wśród obłąkanych. A to właśnie Paul, ledwie trzy dni po śmierci ojca, gdy jako jedyny męski spadkobierca formalnie stał się głową rodziny, polecił ją izolować w szpitalu, najpierw blisko Paryża. Po pięciu dniach Camille przemocą wyciągnięto z sali, wsadzono do ambulansu i wywieziono daleko od rodziny, w okolice Awinionu. Zdiagnozowano u niej paranoję i manię prześladowczą. Było to w 1913 roku, miała 39 lat. Pozostała w zamknięciu ponad trzy dekady, do śmierci w 1943 roku.

Lot nad kukułczym gniazdem

Tytuł filmu określa czas akcji: 1915 rok, trwa wojna. Dumont precyzuje: jest wczesna wiosna, drzewa nadal łyse, słońca jak na lekarstwo, wieje mistral, szalony wiatr, wzmagający ludzkie szaleństwo. Camille stara się być spokojną, lecz nie umie zaakceptować swego położenia. Nie potrafi też „zintegrować się” z innym niesprawnymi umysłowo pacjentkami, odrażającymi wizualnie. Kiedyś ludzie tak poszkodowani przez naturę fascynowali malarzy i rysowników – Boscha, Bruegla, Géricaulta, Goyę.

Dumont także zdaje się kompletować katalog psychicznych kalectw. Kamera zagląda w oblicza napiętnowane obłędem, w bezmyślne oczy; rozwarte, bezzębne usta. Opiekują się nimi siostry zakonne – te z kolei pozbawione znaków szczególnych.

W otoczeniu tych nieszczęsnych istot Camille Claudel wydaje się piękna jak anioł. Cieszy się specjalnymi względami personelu – udaje jej się przekazać list do przyjaciółki; wolno jej gotować osobne posiłki (jest przekonana, że ktoś chce ją otruć). Stara się trzymać w emocjonalnych ryzach. Zacina się, odcina.

Pęka podczas cotygodniowej, kontrolnej wizyty u lekarza-dyrektora szpitala. Starszy pan w milczeniu, nieporuszony wysłuchuje lawiny żalów artystki, której jedynym marzeniem jest wrócić do domu matki, mieć pokój i ciszę.Czy lekarz ją rozumie? Czy w ogóle jej słucha?!

Okrucieństwo tej sceny poraża. Jednak to tylko wstęp do prawdziwej uczuciowej masakry: rozmowy z bratem. Paul Claudel to bardziej wyrafinowana wersja Tartuffe’a (w tej roli znakomity Jean-Luc Vincent). Gładki, obłudny, egocentryczny i lodowaty, dosłownie dobija zrozpaczoną siostrę. Nie wykonuje w jej stronę ani pół serdecznego gestu; nie obejmuje, nie dotyka. Przy nim nawet zachowanie siostry Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem” wydaje się szczytem empatii.

Camille zostaje sama. Skazana na dożywocie, już to wie. Nie wie natomiast, że lekarz zalecał zabranie jej do domu, co mogłoby przynieść poprawę zdrowia. Jednak Paul ani o tym myślał, podobnie jak matka i siostra. Rodzinny balast zdeponowano za grubymi murami szpitala.

vertume_pomonecauseusesage_mureob_190c20_p1010546la-tete-d-esclave-une-oeuvre-de-camille-claudelage_muresam_missions_court_photo_127_Femme_accroupiejeune-fille_gerbepetite_chatelainela_valsevertume_pomone

 

 

Wiek nigdy niedojrzały

 

„Kiedy mając lat trzydzieści zorientowała się, że Rodin ani myśli je poślubić, wszystko zawaliło się wokół niej i nie oparły się temu władze umysłowe” – tak w krótkich żołnierskich słowach Paul Claudel podsumował cios, który spotkał jego siostrę. Tak naprawdę, to ona zdecydowała się zerwać. Żeby nie znosić dłużej poniżeń.

 

Kiedy się spotkali, on miał czterdziestkę z okładem, ona nie skończyła dziewiętnastu. 24 lata różnicy. Mimo to miała już doświadczenie – rzeźbiła od dzieciństwa, jako piętnastolatka wykonała popiersia Napoleona i Bismarcka oraz scenę walki Dawida z Goliatem (żadna z tych prac nie zachowała się). Wydawało się, że sukces miała w kieszeni: polecono ją Augustowi Rodinowi, bożyszczu francuskiej rzeźby. Młódka szybko zdobyła sobie poważanie w pracowni mistrza powagą i straceńczym wręcz zapałem do pracy. A nade wszystko – talentem. Dzielili pracownię, współpracowali. Ba, ona pełniła rolę asystentki – rzecz niezwykła w tamtej epoce! Do tego była atrakcyjna. Pozowała do wielu dzieł Rodina (m.in. do „Danaidy”, „Pocałunku”, „Wiecznej Wiosny” czy „Przemijającej miłości”).

 

W 1888 roku roku Camille zdobywa się na wyczyn niebywały: wynajmuje własną pracownię w Paryżu. Rodin przeprowadza się w pobliże. Stary podrywacz znów zwodzi dziewczynę. Jednocześnie, jest z inną kobietą. Ale wybiera Camille jako modelkę. Ona zaś portretuje go (1892) tak doskonale, ze sam model uznaje ten wizerunek za najlepszą swą podobiznę. Mniej więcej w tym samym, czasie Claudel pracuje nad „Walcem” – wizją prawie nagiej pary porwanej rytmem/obłędem/miłością. Podobno był to moment, kiedy Camille miała kolejnego genialnego kochanka – Claude’a Debussy’ego. Z tym, że to kompozytor był napalony. One już nie miała nadziei na miłość.ob_a3efe2280b1d72c9fe2474043bf3de98_006timthumbcamille-atelier

 

W 1898 roku wykonała dzieło „autobiograficzne”, podczas oglądania którego Rodin podobno płakał jak dziecko. „Wiek dojrzały”, to kompozycja oddająca relacje między leciwym mistrzem a wybranką: niemłody mężczyzna zostaje porwany w otchłań przez starość; młoda kochanka błaga go na kolanach, żeby pozostał… Rok potem, w przełomowym roku między stuleciami, rzeźbiarka stworzyła „Falę” – pracę z ducha secesyjną. Tytułowy żywioł wodny porywa i zarazem chroni trzy nagie kobiece sylwetki. Niezwykły jest użyty materiał – onyks. Ekskluzywny i dekoracyjny, zapowiada późniejszą, międzywojenną stylistykę. Bo w ogóle dorobek Camille Claudel mieści się między epokami – impresjonizmem, symbolizmem, secesją. Tak jak ona sama, tak jej sztuka nigdzie nie przystawała.

Depresja leczona pracą

Czy Camille naprawdę wymagała izolacji? Do tej pory oponie naukowców są sprzeczne. Dumont nie diagnozuje swej bohaterki, raczej społeczeństwo.Wybierając do głównej roli Binoche, podkreślił nieprzystawalność artystki do ówczesnych norm i tradycji. Próbowała żyć jak mężczyzna i poniosła porażkę, z której nie umiała się podźwignąć. Nie tylko miała zranione uczucie, także ambicję. Rodin zostawił ją dla kobiety pozbawionej talentu, prostej szwaczki, niestety – także matki ich nieślubnego syna. Nawiasem mówiąc, mistrz poślubił „tę drugą” dopiero w roku jej i jego śmierci…

Dziś przypadek Camille Claudel zdiagnozowano by jako depresję. Po odsunięciu przez kochanka, rzuciła się w wir intensywnej pracy. Sztuka stała się jej jedyną rzeczywistością; jedynym dobrem, które nie zawiodło. Wtedy właśnie osiągnęła artystyczne wyżyny, znalazła własny styl, używała niekonwencjonalnych materii (np. onyksu). A że czasami niszczyła to, co uznała za mniej udane? Tego typu wściekłość i determinacja ogarnia niejednego twórcę!

Camille zapuściła pracownię, przestała dbać o powierzchowność. Po co? Cierpiała straszną biedę, do tego zdawała sobie sprawę, że jej uroda przeminęła. Wycofała się więc z życia towarzyskiego, zamiast ludzi otaczając się kotami.

Zamknięta w szpitalu, poddawana rozmaitym eksperymentom medycznym, wciąż pisywała do rodziny i przyjaciół przejrzyste, logiczne i smutne listy. Nie zniżyła się do żebrania o pomoc. „Żyję w dziwnym, obcym świecie” – napisała w jednym z nich. „Po życiu, które było jak marzenie, to tutaj jest koszmarem sennym”.