Category: życie na przekąskę

05
Nov

Słono płacisz, słono jesz

Udostępnij:

Dawno temu – tak z dekadę – brałam udział w ogromnie ekskluzywnym otwarciu tego lokalu. Leży na terenie Starego Browaru, budowli-kombinatu, multimedialnej przestrzeni handlowo-kulturalnej, chwalonej powszechnie za udany mariaż biznesu i sztuki.

Piano Bar jest na dziedzińcu tuż przy księgarni Bookarest i przy galerii Art Stations. Co do wystroju wnętrza – elegancko, choć bezstylowo. Trochę szpanersko, trochę nijako. Po spotkaniu w poznańskim Muzeum Narodowym (powód – promocja albumu Arkad z serii Skarby Sztuki, poświęconego zabytkom i najcenniejszym dziełom w stolicy Wielkopolski) – zasłużony posiłek. Rynek – nie, jednak za turystycznie; nieopodal, na Wrocławskiej znana mi kiedyś knajpa zniknęła. A czasu mało, więc do Browaru. Pewniak.

filename-piano-bar-poznan Piano-Bar_sala-restauracyjna_510 Piano-Bar_sala-kawiarniana_510 filename-table-at-piano Zdjęcia reklamowe –ale klientów brak. Nomen omen.

 

Piano Bar ma przestrzeń – to jedyna zaleta. Sadowimy się (jest nas troje, potem dociera czwarty) na kanapce i fotelach. Zjawia się kelner. Nosi tylko białą koszulę i krawat, jakby był upał. I jakoś nonszalancko podaje menu, jakoś niezbyt grzecznie odpowiada na pytania, jakoś nie nazbyt usłużnie obsługuje. Słowem, mało kelnerski. Amator jakby. A w lokalu, gdzie ceny za niektóre dania sięgają dwóch stów to chyba nieadekwatne…

Zamawiamy lekko – taka potrzeba i moment dnia. Pytam o sałatę z krewetkami (cena: 39 zł). Na sałacie lodowej. O, co to, to nie. Wybieram Italię. Rukola, suszone pomidory, kapary, włoski ser. Cena o kilka zetów niższa, ale też pod czterdziestkę. Obiecuje to cuda. Dostaję kopiastą porcję rukoli kiepskiej jakości (twarde łodygi!), plus to, co wymieniłam powyżej. Wszystko utopione w oliwie. Jem i czuję słoność. Jem – i zupełnie nie wiem, jaki to smak – bo dominuje sól, sól, sól.

Kapary słone, suszone pomidory słone, ser słony, pewnie posypali solą zanim polali oliwą. Zadnego wyrafinowania.

Potem nonszalancki kelner przynosi rachunek. Nie ja płaciłam – ale mnie wściekło.

Nigdy więcej w Piano Bar!

Słono jesz, słono płacisz. Ostrzegam!

 

22
Oct

Stara od młodości

Udostępnij:

Był taki czas, kiedy Kraków przebijał kulinarnie Warszawę. Zapomnieć. Jest odwrotnie. Nie piszę dlatego, żem warszawianka – ale z tej racji, że lubię zjeść dobrze i za słuszną cenę.

W Kra mam przyjaciółkę. Lączy mnie z nią rytuał. Po zajęciach obowiązkowych (oglądanie wystaw, zwłaszcza tych w Muzeum Narodowym) idziemy na am. Plus rozmowy, z którym zazwyczaj wynika nienasycenie. Bo zanim wyczerpią się nam tematy, biegnę do pociągu (jak powie większość – na pociąg). Od pewnego czasu naszą ulubioną platformą wymiany zdań, spostrzeżeń, uwag i międzyludzkich nowości była TriBeCa w kamienicy Szołayskich (wejście od Placu Szczepańskiego).

logo41-698x698 logo6-698x698

Artystyczna miejscówka, w Muzeum Wyspiańskiego. Wnętrze urządzone w myśl zasad „nic do niczego nie pasuje”, ale w sumie – luzowo i bezpretensjonalnie. Do tego przestrzennie – nikt nie siedzi sobie na karku, jest czym oddychać, nie słyszy się rozmów z sąsiedztwa. Menu także bez przesady w żadną stronę. Ani zbyt przaśnie, ani ekstrawagancko, tak w daniach jak w cenach. Kuchnia gatunkowo trudna do dookreślenia. Taka uproszczona wersja fusion, od wrapa do spaghetti.

U nas branie miały sałaty. Nie z powodu skłonności do wegetariańskich potraw – ze względu na lekkość potrawy (przed podróżą rozsądek nakazuje nie przeżerać się zbytnio), suto nałożonej do misy oraz przyjazną dla kieszeni cenę. Ostatnim (październikowym) razem obie zdecydowałyśmy się na Wiecznie młodą. Piękna nazwa. W opisie atrakcyjnie zestawione składniki: rukola, marynowane buraczki, ser kozi, oliwki, włoskie orzechy, oliwa. Plus bagietka.

Przyjaciółka, wilczo wygłodniała po całym dniu ciężkiej intelektualnej pracy, dodatkowo zamówiła wrapa z jarzynami z grilla (cukinia, bakłażan, papryka). Czekamy, czekamy, czekamy. Wreszcie – jest! Wiecznie młoda z ciepłą bagietką. Po chwili dochodzi wrap.

Już pierwszy kontakt z zawartością naczynia rozczarował. Popatrujemy po sobie, lecz nic nie mówimy, żeby nie zapeszać.  Może tylko ten liść pochodzi sprzed kilku dni; może jednak znajdzie się jakaś oliwka, a nie tylko kapary? Może nie każdy burak będzie smakował octowym kwachem, może nie wszystkie kawałki sera okażą się przeterminowaną fetą, udającą (bezskutecznie) kozi ser? Niestety. Każdy kęs potwierdza – to już nie to samo. Spadają w dół.

Zdobyli klientelę, przestali się wysilać, stosują tańsze erzatze zamiast tego, co głosi karta i dobry smak.

A przecież każdy kucharz wie – z g… nie da się. Ze złej jakości, przeterminowanych produktów nawet Salomon nie naleje, nie upichci. Nie ma mocnych na sałatę ze zwiędłej, podżółkłej rukoli, podjełczałej fety, przeoctowanych, zbyt grubo pokrojonych (jeszcze to!) buraczków, słonych kaparów zamiast oliwek. Do tego połówki orzechów ciśniętych ot tak, bez uprażenia, posiekania, bez wdzięku. A oliwa… Była jakaś oliwa?  Może. Tak czy inaczej, sałatki nie dojadłam.

Jeszcze większa wtopa z wrapem. Grillowane warzywa okazały się surowe, gorzkie, nie związane niczym. Obrzydliwość.

Rozumiem, że ceny nie są jak u Wierzynka. Ale też nie są z najniższej półki. Najgorsze, że TriBeCa u Wyspiańskiego na początku funkcjonowania (otworzyła się latem 2012) kokietowała lokalsów i turystów tymi samymi daniami, w identycznej cenie, lecz przyrządzonymi jak Pan Bóg przykazał.

Wniosek: właściciel zmienił kucharza bądź postanowił zbić kasę. Na mnie już nie zarobi. Mam nadzieję, że na innych też nie…logo22-698x698

 

 

09
Aug

Kopać każdy może

Udostępnij:

Wiecie już, że jedzenie – to nasza nowa religia? 

Zabrakło tradycyjnych powodów do spotkań, celebry, rytuałów, kultywowania ludzkiej potrzeby bycia razem, spotykania się, wspólnego przeżywania.

Dziś odwiedziłam po raz trzeci najbliższy geograficznie bar: KIK fit-bar, ul. Surowieckiego 32D, Ursynów, metro Ursynówimgres-7. Wysiąść tyłem lub przodem, pomknąć z 500 metrów w kierunku południowo-zachodnim, dojść do klubu Fitness – i… nic nie zobaczyć. KIK jest tak wpasowany w otoczenie, że niema niewidoczny.

Siedem stolików, trzy pod dachem, cztery na zewnątrz. imgres-2 imgres-6 imgres imgres-1 imgres-5Szef, Australijczyk Michael, gada po polsku, ale chętnie przechodzi na angielski. Czuwa nad gośćmi. Pilnuje i musztruje załogę, jak trzeba.  Temat kulinarny: wega, acz nie tylko.

Takich miejsc brak na Ursynowie. A w całej Warszawie – niewiele. Mam propozycję i miejsce na blogu: gadajmy o takich „familiar sites”, radźmy, gdzie fajnie i niedrogo zjeść. Do tego – inne kulinarne historie. imgres-8 imgres-9 Tu – wszystko wega. Ten klops też wega. A z resztą – jeśli nie wierzycie, to do KIK-a!

Dziś mam dla WAS kulinarny bonus: recenzję z filmu „‚Podróży na sto stóp”. Na MOMArt kategoria recenzje.