10
Sep

Cóż artyście po tytule (teraz i w przeszłości)

Udostępnij:

Wróble ćwierkają, ludzie tweetują i zadają pytanie: o co chodzi z tymi doktoratami na Akademii Sztuk Pięknych? Po co tytuły artystom? Otóż upomniała się o nie Wielka Unijna Biurokracja. Surowa to pani: sekuje wszystkich, którzy nie wykazują się stosownym papierem.

Bo cóż po artyście w czasie marnym? Co po kreatywności bez naukowego certyfikatu? W ogóle – jak tworzyć bez naukowego tytułu?

Artysta powinien śpiewać jak ptak – wmawiali adeptom sztuk pięknych konserwatywni mistrzowie zachowawczych uczelni artystycznych. Znaczyło – tworzyć, to wyrażać siebie bez jakichkolwiek zewnętrznych nacisków. Nawet za cenę przymierania głodem, chłodem, kiły i szkorbutu oraz dziurawego płaszcza czy innej peleryny.bohema_1000

ab61a5b200058d924f0ab049 img

Mit romantycznego „cygana” trwał jeszcze za socu. Artystyczna brać brała się za bary z życiem, z pogardą patrząc na „użytkowców”, trzeźwych na umyśle i ze świeżym oddechem.

„Użytki” nie śpiewały, tylko odrabiały zadania. Pracusie jeb…ne, na pensjach od ósmej do szesnastej, na stanowiskach „inżyniera plastyka”, w zakładach produkujących rdzewiejące ciągniki, niewygodne meble ergonomiczne czy zniechęcającą do konsumpcji zastawę z fajansu.

A wolne błękitne ptaki, fruuuu! Niebo było im limitem, nie stan konta.

Ptasia metafora to pieśń przeszłości. Oraz obciach. Wiadomo, śpiewać każdy może. Teraz z treli trzeba uczynić fach potwierdzony rejentalnie. Bez naukowego tytułu ćwierkanie nie ma przełożenia na karierę. Jeśli nie artystyczną, to chociaż dydaktyczną. W czasach marnych lepszy taki wróbel w garści niż gonitwa za pawim ogonem sławy.

Dawno, dawno temu malarze, rzeźbiarze i inni reprezentanci sztuk pięknych, obecnie zwanych wizualnymi, kształcili się w warsztatach u mistrzów, by po odbyciu czeladniczego stażu oraz zaprezentowaniu „masterpeace’a” zdobyć mistrzowskie uprawnienia. Od czasów, gdy powstały akademie, ich absolwenci czyli akademicy byli uprzywilejowani w wyścigu po zamówienia. A co z całą resztą utalentowanych, z różnych powodów bez szans na studia?

Cóż, losem Janka Muzykanta wzruszali się nieliczni. z18002137qkarol-sienkiewicz-i-katarzyna-gorna-przed-drzwiamiZdarzali się jednak dobre panie i panowie, refundujący zdolniachom artystyczne wykształcenie. Działał też system stypendialny (nota bene, istniejący do dziś).

Już w XIX wieku zakwestionowano sens studiów artystycznych („talentu nikogo nie da się nauczyć”). Owszem, godzono się z koniecznością opanowania warsztatowych sekretów, co samodzielnie trudne. Argument „techniczny” padł w zderzeniu z awangardami następnego stulecia.

Warsztat? Burżuazyjny przesąd. louis_xiv_und_colbert_in_der_akademieArtystą mógł być każdy, kto się nim poczuł, miał wenę oraz środki na jej podtrzymanie. A najlepiej – odziedziczoną fortunkę.

Nieskrępowanej kreatywności stanął w poprzek PRL. Studia znów stały się niezbędne, żeby wykonywać „zawód” plastyka, tym samym – zarabiać. Wraz z dyplomem ukończenia wyższej szkoły czy akademii absolwenci otrzymywali tytuł „mgr sztuki”. Magistrami stał Związek Polskich Artystów Plastyków i formacje zrzeszające projektantów. A co z samoukami, naiwistami, malarzami niedzielnymi? Mieli pod górkę.nikifor_krakowska_wolnica  nikifor_025

Żeby jednak nie głodowali (socjalistyczna ojczyzna otaczała opieką nawet największe niezguły) zezwolono im ubiegać się o ministerialny glejt. W MKiS raz, dwa razy do roku zbierało się ciało wydające amatorom uprawnienia „profesjonalisty”. Zdarzali się jednak wykluczeni – jak choćby Nikifor, analfabeta słabo radzący sobie w PRL-owskiej rzeczywistości. O dziwo, trafił na pomocnych ludzi, doczekał sławy i w miarę godziwych warunków bytowych.

Krynicki nie legitymował się żadnym certyfikatem potwierdzającym jego umiejętności. Wystarczała mu pieczątka „Nikifor artysta/ Krynica – wieś” (prostokątna, pisana wersalikami) lub „Pamiątka z Krynicy. Nikifor” Nikifor(też majuskuła, treść wpisana w koło). Samodzielnie nie potrafił tych stempli wykonać, lecz dumnie przystawiał na każdej akwareli czy rysunku, oferowanych na sprzedaż. Czy wystarczyłoby na doktorat?

Zastanówmy się: co jest przyczyną parcia na tytuł ludzi znanych, poważanych, utalentowanych, dotychczas nie marzących o karierze naukowej? Powody są dwa (pomijam motywację ambicjonalną).

Raz, to niepewność egzystencji. Systematyczna sprzedaż w galeriach komercyjnych nie wchodzi już w rachubę, zakupy do publicznych kolekcji mocno ograniczone, coraz trudniej o zamówienia, a do tego „cygańskie życie” wyszło z mody. Jeśli nie należy się do kasty gwiazdorów, stały dopływ gotówki gwarantuje jeno dydaktyka. Ustawiwszy dobrze czas i znajomości, można nauczać w kilku szkołach, prowadzić zajęcia w różnych miastach.

Drugi powód cudownego rozmnażania doktoratów, habilitacji i profesur (zwyczajnych) wśród artystycznej braci to wymogi administracyjne. Ale przepisy są rozciągliwe, zwłaszcza te nieżyciowe. Bilans utytułowanych dusz w uczelnianym ciele musi być dodatni, więc się je mnoży. Im więcej tytułów, tym w większe wpływy wydziału; tym wyższa dotacja dla szkoły; większy prestiż uczelni; tym więcej garnie się doń kandydatów, większe zainteresowanie studiami zaocznymi (płatnymi), więcej chętnych na studia doktoranckie…

I wszyscy zadowoleni, koło się zamyka i kręci. Tylko… ośka jakby krzywa, nie porusza się po prostej. Trzeba by do kowala. Może najpierw dać mu doktorat?