01
Jul

Jak tworzyć mity (Anda Rottenberg nagina fakty)

Udostępnij:

Kultura Liberalna

 Rzepa 7-8.03.2001 (1)Rzepa 08.03.2001Rzepa 28-29.04.2001
 ROZMOWA…

Wolność doskwiera. Rozmowa z Andą Rottenberg

Z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowskianda 980_980 z17032839IER,Anda-Rottenberg z16137721Q,Anda-Rottenberg--byla-dyrektorka-Zachety--w-antyhe

O społecznej roli sztuki po 1989 r., radzeniu sobie z ograniczeniami narzucanymi przez polityków i mechanizmy rynkowe oraz o pożegnaniu artystów ze sztuką krytyczną na rzecz eskapizmu – z Andą Rottenberg rozmawia Grzegorz Brzozowski.

Grzegorz Brzozowski: Czy przeżyła pani w swojej kuratorskiej karierze taki moment, gdy miała pani poczucie rzeczywistego ukształtowania społecznej wrażliwości estetycznej?

Anda Rottenberg: Tak mi się w życiu złożyło, że propozycje moje czy moich kuratorów w Zachęcie zawsze wyprzedzały upowszechnienie, które nastąpiło po tych wszystkich skandalach. Te zmiany są absolutnie widoczne, musiał tylko upłynąć czas, który zawsze działa na korzyść artysty. Najpierw jest odrzucenie i poczucie obcości, potem czas na przyzwyczajanie się, a następnie już akceptacja. Najbardziej może spektakularnym tego przykładem były wystawy Katarzyny Kozyry. Zaczęło się od skandalu z „Łaźnią żeńską”, skandal powtórzył się z „Łaźnią męską” jeszcze zanim została pokazana w Warszawie i w Wenecji. Ale ponieważ w Wenecji dostała ona za tę pracę nagrodę, sytuacja się zmieniła. I po pewnym czasie okazało się, że ta wstrętna Katarzyna Kozyra to teraz nasza Kasia Kozyra. Dziś, cokolwiek zrobi, nie budzi już fali społecznego czy medialnego odrzucenia.

(…)

Zatem paradoksalnie pewien rodzaj wolności sztuki, który udało się w czasach komuny wygospodarować, okazał się po 1989 nieosiągalny?

Kiedy nastąpiła konstytucyjna wolność i teoretycznie zlikwidowano cenzurę, pojawiła się społeczna potrzeba wprowadzania ponownych ograniczeń, tworzenia ram, poza które nie powinno się wykraczać w imię niedookreślonych, niepisanych zasad. Niecenzuralny okazał się nowy, jeszcze nieprzyswojony język sztuki wprowadzany przez nowe pokolenie. Wtedy się tego nie spodziewałam, zajmowałam się przede wszystkim sztuką, nie edukacją muzealną, która była w powijakach. Wzięłam Zachętę w 1993 r., kiedy społeczeństwo nie było jeszcze przyzwyczajone do zderzenia z wolnością artysty. Ludzie nie bardzo wiedzą, co robić z wolnością. Potrzebują wskazówek.

W stanie wojennym byli tacy, którzy zadawali pytania w rodzaju: „Chciałbym żyć uczciwie jako artysta, proszę mi powiedzieć, gdzie mogę wystawiać, a gdzie nie, bo chce być postrzegany jako artysta opozycyjny”. Mówiłam: „Wie pan, jest pan wolnym człowiekiem, proszę wybrać”. Wolność doskwiera. Więc jeśli artyści nagle zaczęli rzeczywiście realizować swoją wolność, to było bardzo trudne do przełknięcia, a wkrótce okazało się obraźliwe.

Kiedy to panią uderzyło? Kiedy zdała sobie pani sprawę, że nauka wolności w szerszym społecznym wymiarze będzie dłuższym procesem, niż się wydaje?

Myślę, że stało się to właśnie po pierwszej wystawie Kozyry, pierwszej w tym ciągu wystaw uznanych za kontrowersyjne. Narastanie poczucia obcości wobec tej sztuki trwało ponad cztery lata, jego kulminacja nastąpiła przy Cattelanie. Widziałam to, czytałam gazety, słuchałam reakcji nawet moich kolegów, krytyków. Widać było, że nie starają się zrozumieć społecznych diagnoz stawianych przez wystawiających w Zachęcie artystów. Ale nic dziwnego, wprowadziłam do najważniejszego salonu w Warszawie – jeśli nie w Polsce – pewne ważne diagnozy wyrażane w bardzo wówczas niekonwencjonalny sposób.

Mam poczucie, że miałam pionierską rolę. Kiedy objęłam Zachętę, nikt o niej na świecie nie słyszał. Musiałam uzmysłowić piętnastu dyrektorom najważniejszych muzeów świata, trzydziestu ważnym kuratorom oraz dziesiątkom liczących się w świecie artystów, że istnieje takie miejsce, jak Zachęta, że tu się coś odbywa, że to ważna galeria i możemy podjąć współpracę. Pozycjonowanie takiego miejsca zajmuje mnóstwo czasu. Przede wszystkim polega to na wypracowaniu swojej własnej, dyrektorskiej wiarygodności, bez tego nic się nie uda. A tę wiarygodność buduje się przez realizację określonego programu. W tamtym czasie wszystko trzeba było robić naraz, z istniejącym zespołem, który znałam już gdy odchodziłam z Zachęty w 1973 r. Oni wszyscy tam zostali. Po dwudziestu latach wróciłam do rzeki, która nie płynęła zbyt wartko. Zostało w tym czasie przyjętych kilka młodych osób, kilka sama wprowadziłam. Na nich opierałam swoją działalność, cała reszta wymagała zmotywowania. I udało mi się to zrobić, co mnie zupełnie zdumiało.

Dzisiaj oczywiście wydaje się, że mogłam to zrobić lepiej i zupełnie inaczej, ale było do nadrobienia mnóstwo zaległości, zaczynając od wypełniania zaległych luk programowych, czyli prezentowania twórczości ważnych artystów, którzy nie mieli jeszcze poważnych, dużych wystaw. Kontynuowałam też tradycję wystaw problemowych, realizowanych wcześniej przez Janusza Boguckiego i Marka Rostworowskiego, tyle że w odświeżonej formule. Tej ciągłości też nikt nie dostrzegł. A tych młodych, niepokornych, ciekawych pokazywała głównie Hania Wróblewska w Małym Salonie, poniekąd na marginesie głównego nurty programowego, lecz to właśnie one spowodowały serię skandali wokół galerii.

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

Fot. Zachęta Narodowa Galeria Sztuki/licencja Creative Commons

(…)

Czy chodzi tu jednak przede wszystkim o wyzwanie, jaki stanowiły konflikty z przedstawicielami prawicy? Czy raczej potransformacyjna klasa polityczna jako taka nie sprostała zadaniu ustanowieniu warunków autonomii sztuki?

Pan Minister Dejmek, który jak wiemy, był zbliżony do kół postkomunistycznych, po czterominutowym pobycie na wystawie traktowanej dziś jako historyczna, „Gdzie jest brat twój Abel” z 1995 r., zasugerował ustami swego przedstawiciela, żebym się czuła odwołana. Czy inaczej: pan wiceminister zaproponował, żebym sobie szykowała następcę. Konsekwencją było rozpisanie konkursu na moje stanowisko na długo, zanim moja kadencja się skończyła. Nie twierdzę więc, że tylko prawica ma takie potrzeby, ponieważ liczba donosów na mnie ze strony kół postkomunistycznych, które trafiły na biurko ministra Dejmka, również była imponująca. Tak się akurat złożyło, że je wszystkie czytałam, czego nadawcy może nie wiedzieli.

To też były ukryte naciski polityczne, które dalej funkcjonują instrument, którym nie cenzurując wprost, można wpływać na profil funkcjonowania instytucji. Ja się akurat na to nie godziłam przy żadnym ministrze. Miałam może luksusową sytuację, a przynajmniej wydawało mi się, że mogę ją mieć. Gdy znalazłam się z dnia na dzień na ulicy bez środków do życia i ubezpieczenia, a okazało się, że muszę iść na operację, to było troszkę gorzej. Nie miałam jednak kredytów, małych dzieci, iluś tam uwarunkowań socjalnych, przy których człowiek się zastanowi, czy może sobie pozwolić na to, że odchodzi w każdej chwili. Bo w gruncie rzeczy chodzi o zachowanie lub niezachowanie posady, choć często mówi się wówczas o nieoddawaniu pola.

Kiedy na przełomie lat 2000/2001 byłam na krótkim urlopie w Brazylii, zadzwonił do mnie zastępca Michała Ujazdowskiego z propozycją, żebym zamknęła wystawę z tym nieszczęsnym Cattelanem. Odpowiedziałam: „Panie ministrze, galeria należy do pana, już pan zamknął wystawę Piotra Uklańskiego, może pan też zamknąć wystawę, którą zrobił szwajcarski kurator. Nie zamierzam pana w tym wyręczać”. Gdybym tę wystawę zamknęła, zapewne zostałabym w Zachęcie. Ale wiem, że to by mnie nie uratowało przed społecznym pręgierzem, bo nastroje już były przez prasę rozhuśtane. Gdybym została, to w poczuciu totalnego dyskomfortu i klęski – że właściwie zachowałam posadę za cenę zamknięcia ekspozycji – po prostu wstydziłabym się sama przed sobą. Mogłam sobie jednak na taki ruch pozwolić psychicznie i ekonomicznie, ponieważ nie miałam wielkich potrzeb materialnych. Ale dla bardzo wielu osób jest to bardzo trudne, ja to świetnie rozumiem.

.z13089391Q,Anda-Rottenberg--Sukienka-z-butiku-EM-Cashmere-prz 000003V69ANII1N8-C122-F4  Celebrytką być… scena z: Anda Rottenberg, SK:, , fot. Wojtalewicz Jarosław/AKPA

 

Tyle cytatów z wywiadu AR dla Kultury Liberalnej..

Teraz – mój głos.

 

Otóż mając do dyspozycji o wiele obszerniejsze, niż obecnie, lamy „Rzeczpospolitej”, broniłam awangardy, odważnych pomysłów, nawet prowokacji. Występowałam w obronie Andy i jej programu w Zachęcie. Natomiast, jeśli nie podobały mi się robione przez nią wystawy (jeszcze gdy kierowała galerią DAP, zjechałam pokazywane tam przez AR reklamowe słodkości Ryszarda Horowitza).  I proszę sobie poczytać, jak był naprawdę z odejściem Andy ze stołka dyrektorskiego w Zachęcie. Miała zapewnione miękkie lądowanie w MSN – co jednak się nie stało i stąd ten wrzask.

 

Rzepa 19.03.2001