03
Jan

Muszkieterowie z autobusowego przystanku (recenzja komiksu/reportażu „Morze po kolana”)

Udostępnij:

Marcin Kołodziejczyk z18052904omarcin-kolodziejczyk-fot-radek-polak

zapadł mi w pamięć zbiorem reportaży „Dysforia”;

na Marcina Podolcamarcin_podolec już dawno miałam oko za sprawą jego komiksów, tak autorskich, jak powstałych na kanwie cudzych tekstów. Ale ze zderzenia dwóch wybitnych talentów nie zawsze wynika akt strzelisty, zwłaszcza gdy w grę wchodzą ambicje. Tu też ich (ambicji) nie zabrakło, lecz dwóch Marcinów nadało im właściwy kierunek – nie na własne pępki, lecz na zewnętrzną prawdę.

„Morze po kolana”,9788380321267

 

 

ich wspólne dokonanie, jest reporterską perełką, wykreowaną słowem i obrazkiem. Nie to, że gatunkowa nowość. Zdarzało mi się już wielokrotnie czytać komiksy-reportaże, ale najczęściej były to rysowane dzienniki autora, w których on sam odgrywał istotną rolę.

 

Trzech z fasonem

Tym razem inaczej. Żaden z Marcinów nie pojawia się w opowieści. Choć nieobecni, tworzą wirtuozerski duet: co jeden przemilcza, drugi dopowiada ilustracją. Obydwaj mają wzrok i słuch doskonałe. Podolec portretuje postaci jak żywe, Kołodziejczyk wkłada im w usta dialogi z życia wzięte. skan3-640A choć wiadomo, że jeden ma zacięcie karykaturzysty, zaś drugi – wyczucie frazy godne kabaretu; że całości równie daleko do realizmu, jak Międzyzdrojom do Cannes, to i tak ma się poczucie dotarcia do jądra prawdy o Polsce B z pierwszych dekad XXI stulecia. Właściwie, czas tu nie ma znaczenia. Ważny jest sezon – po sezonie. Znaczy, martwy.

Kiedy turyści opuszczają pensjonaty, pokoje gościnne i pola namiotowe, oazą życia towarzyskiego autochtonów staje się przystanek autobusowy. 09

Nie wszystkim miejscowym tam po drodze, a i nie każdego akceptują stali przystankowi bywalcy.10e55994e6-thumb14

Jak by ich opisać? „Trzech ich było, trzech z fasonem, dwóch wesołych, jeden smutny, bo miał żonę”.

Ten trzeci to Gumowy, z zawodu wulkanizator, inwalida (efekt wypadku przy pracy) na rencie, żonaty z Eweliną lat 24. O wierność Eweli lepiej nie pytać, co Gumowego doprowadza do rozpaczy tudzież poczynań przeczących instynktowi samozachowawczemu. „Pierwszy raz wulkanizator poszedł na tory kolejowe ze złym zamiarem wobec siebie w przeddzień Matki Boskiej Zielnej”, relacjonuje Kołodziejczyk. Potem następują jeszcze dwie podobne próby, żadna nie zwieńczona powodzeniem.

To dlatego w Gumowym narasta złość wobec drugiego muszkietera z przystanku, niejakiego Szczurka, któremu całkiem niechcący udaje się rejterada z doczesności. I to akurat w chwili, gdy Szczur (w dzieciństwie noszący imię Radzio) decyduje się na emigrację zarobkową, której słodyczy miał już okazję doświadczyć. Londyn nie przyniósł mu fortuny ani szczęścia, mimo że przez moment tak się wydawało. Trochę odłożonych funciaków pozwoliło mu łudzić się, że spotkał kobietę, z którą coś go połączy – na przykład dziecko, choć co do własnego ojcostwa w danym przypadku miał duże wątpliwości.

Jednak nie wyszło, a w dodatku w okolicy zawaliła się chałupa dziada zwanego Wajdelotą. To była kropla przepełniająca nie tyle kielich, co flaszkę goryczy (z piwem na popitkę). „Mniej więcej wtedy Szczurek odczuł w sobie ziarno niepokoju. Takie jakby zagmatwanie. To się w nim sfermentowało i…” – i podzielił się z kolegami wyjazdowymi planami.

 

Stoicki narrator

I wtedy Marian słyszy swój głos, który mówi „To razem się pojedzie!”.morzepokolana_p2

No właśnie, nie było jeszcze o tym trzecim, o Marianie. morzepokolana_p1

Po czterdziestce, po pięciu semestrach polonistyki w Gdańsku, po utracie jakichkolwiek szans na finansową samodzielność. Mieszkaniec przyczepy przy polu namiotowym, w sezonie kasuje za nie opłaty, w martwym – pilnuje. Czas wolny od zajęć spędza na obserwacjach i innych niezobowiązujących czynnościach. Byle do lata.

Marian to stoik. Nie rzuca się jak Szczurek, nie włazi na tory jak Gumowy. Stoi. I się rozgląda po wyludnionej okolicy, po burym pejzażu, po zalanej deszczem plaży. Pogodził się ze swym położeniem oraz uzębieniem. Mocno wybrakowanym, lecz są pozytywy tego stanu rzeczy: w przerwie międzyzębnej mieści się kieliszek.

To jemu Kołodziejczyk powierzył rolę narratora („Było nas trzech psychicznie indyferentnych: Szczurek, Gumowy i ja, Marian”). Marian beznamiętnie relacjonuje martwotę martwego sezonu, z perspektywy przystankowej „loży” obfitującego w wydarzenia. Bez cienia hipokryzji przyznaje, że „po Szczurku piłem jakby więcej. Częściej byłem w potrzebie”. I nie przejmuje się, że wątroba zaczyna odmawiać posłuszeństwa…

Podczas lektury tomu „Morze po kolana” nie sposób się nie śmiać. Językowe akrobacje Mariana et consortes mają kabaretowy potencjał (ta stylizacja Kołodziejczyka jest równie udana, jak ongiś niby-nowomowa blokersów w wersji Masłowskiej). Nie mniej zabawna jest rysunkowa charakterystyka lokalsów autorstwa Podolca. No humor-satyra…

Przerażająca satyra. Pod pozornie lekką formą, pod absurdem sytuacji, pod śmiesznością górnolotnych sformułowań bohaterów, obnaża nam się bezdennie pesymistyczny obraz Polski „w martwym sezonie”. Nie bez powodu w prologu zacytowano fragment dramatu Becketta „Czekając na Godota”: „To co, idziemy? – Chodźmy”.czekajacng_bor_lod_07

I nic się nie zmienia.

 

Morze po kolana

Tekst: Marcin Kołodziejczyk; rysunki: Marcin Podolec

Wydawnictwo Wielka Litera,

Warszawa 2016