16
Feb

Nigdy nie byłam w żadnym układzie (rozmowa ze mną Bronisława Tumiłowicza)

Udostępnij:

 

Rozmowa z krytyczką sztuki Moniką Małkowską

 

-Z Pani ust wyjątkowo często padają negatywne określenia wobec konkretnych uczestników naszego rynku sztuki. Mówi Pani o imperium, monopolu a nawet mafii i korupcji. Czy nadal Pani to podtrzymuje.

-Potwierdzam. Można oczywiście używać łagodniejszych słów jak kartel czy klika w odniesieniu do grupy uprzywilejowanych kierowników instytucji państwowych i prywatnych galerii, oraz kuratorów i artystów. Ten układ, mimo zmian na scenie politycznej, nadal świetnie daje sobie radę.

-I doczekała się Pani równie soczystej reakcji. Padło nawet określenie neofaszystka. Kilka czasopism tzw. głównego nurtu – Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, Polityka, Newsweek -opisało Pani działania jako zdecydowanie szkodliwe. Że niby przez Panią zagrożony był 25-letni wspaniały dorobek polskich instytucji sztuki. Czy chociaż przeprosili za mijanie się z faktami?

-Ależ skąd. Nikt nie przeprosił. Tylko dyrektorka radiowej “dwójki” zadzwoniła z przeprosinami, że uczestnicy dyskusji w studiu bezceremonialnie natarli na mnie.

=O co poszło?

- O pieniądze. W sumie mafia je już i tak dostała, ale z lekkim opóźnieniem. Układ jednak wpadł w popłoch i na łamach prasy pojawiły się wyjątkowo wredne i kłamliwe słowa na mój temat. Chodziło o to, że na początku roku, jeszcze za rządu PO, wchodziłam w skład jednej z czterech komisji ministerialnych, która miała przyznać pieniądze z budżetu dla 4 priorytetowych muzeów sztuki nowoczesnej-Muzeum Sztuki w Łodzi, CSW Zamek Ujazdowski, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i …. Pieniądze – 7 mln zł- w skali światowej niewielkie, bo pozwalające na zakup jednej lub dwóch cennych prac, ale dla polskich instytucji ogromne. Wystarczy porównać – tutaj cztery muzea i 7 mln, a na pozostałe 125 muzeów – tylko trochę ponad 3 mln zł. Chcieliśmy w ramach tej komisji wprowadzić jakiś porządek w rozdzielaniu tak dużych pieniędzy i zmienić regulamin, aby nie kupować dzieł współczesnych w pakietach, ale by były to konkretne obiekty. Do komisji zaprosiliśmy konserwatorów sztuki, aby nie kupować prac w złym stanie, rozpadających się, nietrwałych, zapleśniałych itd.

- A konkretnie co miało być kupowane?

- Widzieliśmy, że komisja ma tylko przyklepać już zaplanowane zakupy, a nie decydować za dyrekcje muzeów. Choć każda placówka ma swoją specyfikę, ale okazało się, że powtarzają się niektóre nazwiska artystów, np. Zbigniewa Libery i jego Obrzędy intymne. Mieliśmy specyfikację zakupów, ale nie było wizualizacji, prace wideo można było obejrzeć tylko na pojedynczych fotosach. W sumie wypłata dotacji trochę się przeciągnęła, co wywołało burzę.

-Posypały się wyzwiska?

-W komisji było kilka osób, ale najwięcej oberwałam ja, jako osoba medialna, która od pewnego czasu pisze o patologiach.  W artykułach pojawiały się kłamstwa, że np. kolaborujemy z PiS-em, że pieniądze zostały zabrane i przekazane na Świątynię Opatrzności albo inne cele. Wszystko to była nieprawda, bo nikt pieniędzy nie odebrał. Nowopowołana komisja pod przewodnictwem Waldemara Baraniewskiego pieniądze rozdzieliła i już nikt jej o kolaborację z PiS nie oskarżył. Jest cicho.

-Ale przecież ta jedna sprawa nie przesądziła, że ma Pani na pieńku ze środowiskiem muzealników. Mówi Pani otwarcie o patologiach tam panujących. Gdzieś wyczytałem, że znalazła Pani “przekręt założycielski” obecnego układu życia artystycznego. 

-Określenie “przekręt założycielski” nie pochodzi ode mnie, a odnosi się w głównej mierze do Fundacji Galerii Foksal – nie mylić z Galerią Foksal. Rzecz w tym, że zakupy dla czołowych państwowych instytucji sztuki współczesnej idą przez prywatne fundacje i galerie, takie jak Fundacja Galerii Foksal i Galeria Raster. One bogacą się na publicznych pieniądzach, bo weszły w dobry układ. Składają wnioski o dotacje i zwykle wygrywają.  Samo wypełnienie wniosku jest dużą sztuką, a jego przeforsowanie jeszcze większą. Ponoć niektórzy urzędnicy proponują procent. Płyną pieniądze na programy i pomysły, ale często nie dochodzi do ich realizacji. Nie mam żadnych twardych dowodów ani dokumentów, które by potwierdzały tezę o przekrętach i wyłudzeniach. Niech się tym zajmą powołane struktury państwa. Jest jednak wysoce niestosowne, że generalnie artyści żyją na granicy biedy, wiele galerii sztuki plajtuje, bo nie jest w stanie utrzymać się na rynku, ale jest grupka wypasionych, która żeruje na państwie. Proszę sobie obejrzeć jakim budynkiem dysponuje Fundacja Galerii Foksal, która mieści się przy ul. Górskiego i zajmuje się obrotem dzieł sztuki, dużo sprzedaje i kupuje. Wystarczy porównać jej siedzibę z prawdziwą Galerią Foksal, przy końcu ulicy Foksal, która ma tylko dwie niewielkie salki wystawowe. Fundacja, która przechwyciła dobrą markę a z Galerią, nie ma nic wspólnego.

-Czy decydenci we władzach tego nie widzą?

 

-Nie za bardzo. Środowisko znawców sztuki jest wąskie i hermetyczne a układ ma to do siebie, że ustalił hierarchię wartości. Artyści nawet wybitni, którzy się nie załapali do sieci powiązań galerii i muzeów muszą walczyć o byt na własną rękę. Pomoc, dotacje i granty, pierwszeństwo z zakupach, wyjazdy na zagraniczne festiwale i opiekę kuratorską mają wciąż ci sami, których pozycja na rynku jest niekiedy sztucznie  wywindowana. Oczywiście każda ich prezentacja w kraju czy zagranicą to “wielki sukces”, ale realnie pozycja polskiej sztuki współczesnej dramatycznie spadła.

-Przestaliśmy się liczyć w świecie? Przecież nie zawsze tak było.

Był moment gdy Polska stała się modna . Po 89 roku nastał prawdziwy boom na naszą sztukę – Kozyra, Althamer, Libera. Żmijewski i inni byli bardzo poszukiwani, a również wybitni artyści zagraniczni do nas przyjeżdżali. Teraz nasi twórcy rzadziej się pojawiają w świecie, a do Polski już dawno nikt naprawdę wybitny nie przybył.

-Był np. Maurizio Cattelan.

-Tak. 5 lat temu. Jeżdżę na różne prezentacje, do Berlina, Rzymu, Paryża. O polskich artystach cicho, na Biennale Sztuki w Wenecji już dawno nie mieliśmy nic istotnego do pokazania. Król jest nagi. Ale opinię o naszym potencjale artystycznym kształtują przekupni kuratorzy. Oni są w stanie wmówić wszystko słabo przygotowanym decydentom i równie niekompetentnej publiczności. Jest układ szefów ważnych instytucji, galerzystów i kuratorów,  którzy ustalają między sobą, co dobre, co złe. To merytokracja. Bycie w układzie wystarcza, nie walczy się już o pozycję polskiej sztuki na rynku, ani o frekwencję w muzeach. Są etaty i szczodre dotacje państwowe. A jeśli nawet pojawiają się działania promocyjne, to są robione źle, nieskutecznie. Gdy organizuje się targi za granicą, to te prywatne struktury korzystają z pomocy finansowej państwa, bo udział w takich imprezach sporo kosztuje, ale nie  dbają o rzetelną reprezentację polskiej kultury, tylko troszczą się o własny biznes.

-Proszę podać jakieś przykłady artystycznych absurdów i sztucznie nadmuchanych wielkości.

-To trudna sprawa, bo dotyczy czasem nawet bardzo utalentowanych osób. Np. szanowana przeze mnie Katarzyna Kozyra, która zrobiła parę genialnych rzeczy, np. “Święto wiosny”, zaczyna się bawić w reporterkę w projekcie “Syndrom Wielkiego Tygodnia” – chodzi po Jerozolimie i rzuca pytania “Are you Jesus?”, albo staje się socjologiem i rozdaje ankieterkom formularze, by zbierali odpowiedzi w projekcie “Marne szanse na awanse”. Artur Żmijewski podeptał granice przyzwoitości  skłaniając za pieniądze biednego starca , aby “odnowił” sobie zacierający się tatuaż – numer więźnia obozu koncentracyjnego, podobnie Zbigniew Libera postąpił nieetycznie i zarejestrował w pracy wideo “Obrzędy intymne” ostatnie chwile swojej głuchoniemej i niewidomej babci. Ktoś inny nakręcił film z własnego pochówku.

-Sugeruje Pani, że to nie jest już sztuka, że nie ma żadnej wartości artystycznej. A przecież w obecnej dobie sztuką może być praktycznie wszystko czym zajmie się twórca.

-Taki pogląd, to jest ślepy zaułek. Trzeba edukować rodaków, aby nie dali się wziąć na zwietrzałe hasła dawnych przedstawicieli awangardy. Nie można brać dosłownie cytatu z Josepha Beuysa, że każdy jest artystą, ani naśladować Andy Warhola czy Marcela Duchampa, którzy uwznioślili gotowe produkty czyli “ready made”, jako dzieła sztuki. Sam Duchamp zresztą ostrzegał, że to jest pomysł na krótką metę. Nasz odbiorca jest słabo wyedukowany i daje sobie wmówić, że ma do czynienia z wielką sztuką. Niestety brak wiedzy dosięga również osób odpowiedzialnych za sprawy merytoryczne i finansowe w resorcie kultury.

-Dlaczego tzw. dobra zmiana w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zmiotła starego układu? Napisała Pani na facebooku, że w MKiDN rządzi konserwa.

-Moim zdaniem wystraszyli się. Mieli dość buczenia, krzyków i tupania. Zaakceptowali stary układ. Zresztą specjalistą od plastyki zrobiono w resorcie faceta po teatrologii, który się nie orientuje w cienkościach całej sfery. A środowisko zaczęło krzyczeć na zapas. Za jednym zamachem przywalono ministrowi Piotrowi Glińskiemu i mnie. A może ja zbierałam cięgi za Glińskiego, choć tak naprawdę widziałam szefa resortu i wicepremiera  dwa razy w życiu. A teraz jeszcze ktoś rozpuścił plotkę, że szykują mnie na szefa warszawskiej Zachęty.

-Jest Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych krytyczek sztuki, ma odpowiednie wykształcenie i świetny warsztat medialny. Czy to właśnie media, telewizja, radio, prasa , film, nie powinny edukować i sprawić, że każdy obywatel mógłby się w tym temacie jakoś orientować i samemu oddzielać ziarno od plew?

-Robię co mogę. Prowadzę w radiu audycje o sztuce, czasem występuję w TVP Kultura, sporo piszę, ale to wszystko zbyt mało. Zresztą cześć moich zajęć utraciłam w wyniku nagonki.  Społeczne zainteresowanie sztuką jest nikłe. Jest ciężko, bo nasze historyczne uwarunkowania sprawiły, że u nas bardziej liczyło się słowo niż obraz. Od 25 lat chodzę po różnych wystawach i często jestem sama w wielkiej sali. To się powoli zmienia. Są dwa momenty, gdy jest więcej publiczności – wernisaż i darmowe dni, np. Noc Muzeów. Oczywiście są wystawy przyciągające tłumy. Malarstwo Boznańskiej, Gierymskiego, sztuka Imperium Otomańskiego itd. Młodzież trochę więcej interesuje się sztuką współczesną. Edukacją, przynajmniej w odniesieniu do swoich dzieł, mogliby się zająć także tworzący artyści, ale nie każdy z nich jest intelektualistą i ma kwalifikacje humanisty.

- Czy dwa głośne filmy o naszych wybitnych współczesnych malarzach, o Beksińskim i o Strzemińskim, mogłyby masowemu odbiorcy trochę  przybliżyć kwestie sztuki współczesnej?

-Film “Ostatnia rodzina” chyba nieźle nakreślił osobowość Zdzisława Beksińskiego. Film Andrzeja Wajdy o Strzemińskim jeszcze nie wszedł na ekrany, oglądałam go jednak na specjalnym pokazie. Nie podobał mi się. Wielki Mistrz Kina chyba już dał się wyręczać innym ludziom z ekipy.

 

-Co nam zostaje?

 

-Tropić patologie i promować wybitne indywidualności w sztuce. Tym się będę nadal uparcie zajmować. Trzeba uświadamiać ludziom, że sztuka współczesna to nie absurd i wygłup, że opowiada, tak jak i przed wiekami, o naszym życiu, choć nierzadko w inny sposób.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz

 

Wywiad był publikowany w „Przeglądzie” w